Schizofrenia - Sylwester K. Erazmus
39.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Złośliwi powiadają o facetach po czterdziestce, że ich dziwne decyzje i zachowanie determinowane jest przez objawy kryzysu wieku średniego albo wczesnego starzenia, którymi objawia się początek andropauzy. Żony i dzieci z politowaniem kiwają głowami, obserwując ich kolejne dziwactwa, śmieją się lub obawiają o nich, widząc coraz to dziwniejsze i zabawniejsze wyczyny swoich machos.
Jedni, zmagając się z upływającym czasem, oszukują go poprzez poczernianie siwizny lub zasiew implantów na łysej głowie. Inni jeszcze kupują motocykl i próbują poznawać życie od innej strony mocy. Tych, których na to stać, znajdują sobie nowe, młode żony albo kochanki.
Moje dziwactwo polega na tym, że chcę wam opowiedzieć historię o młodym człowieku. Nie jest ważne czy ta historia jest prawdziwa, nie jest to też żadna powieść ani opowiadanie miłosne. Jeśli brakuje ci jednego słowa, aby wyrazić jakąś myśl, po prostu opowiadasz historię. Gdzieś przeczytałem - nie jesteś skończony, tak długo, dopóki masz dobrą historię i kogoś, komu możesz ją opowiedzieć.
Problem jeszcze w tym, że nikt może nie chcieć uwierzyć moją historię o nim.
Ktoś inny jeszcze powiedział, że w życiu ma się tylko jednego prawdziwego przyjaciela i tylko raz w życiu spotyka się takiego człowieka. Ja też tak myślałem. Jednak myliłem się. To prawda, on był moim przyjacielem i nigdy więcej takiego nie miałem. On jednak miał to szczęście, że miał ich kilku, takich prawdziwych. Jakby ot tak, mimochodem chciało się być jego przyjacielem.
Urodził się i dorastał w czasach dla większości ludzi naznaczonych gonitwą i problemami życia codziennego w raju stworzonym na ziemi przez komunistów, czyli mniejszości zwanej bolszewikami. Mniejszość tej mniejszości stanowili idealiści, i to ich życie w tym raju, wciąż objawiało się przede wszystkim przez walkę o naprawianie świata i poprawianie raju. Był to też ten okres w naszych dziejach, który równie często był naznaczony walką innych idealistów z tymi, którzy świat naprawiali. Czasy o tyle ciekawe, co wyjątkowe, obfitujące w burzliwe, czasem okrutne wydarzenia, sprawiły, że wielu takich jak on, było przeświadczonych o wyjątkowości swojego losu i życia.
Miał rzadkie, niecodzienne imię - Ernest.
Poznałem Ernesta późną wiosną 1988, w wieku prawie dwudziestu trzech lat. Właściwie to wciąż miał wygląd i urodę dużego chłopca. Był średnio wysoki, o szczupłej jeszcze wtedy sylwetce. Ciemne, prawie czarne włosy, wciąż chłopięca twarz z wysokim czołem oraz łagodnymi, ciepłymi i ciemnymi oczami powodowały, że od pierwszego kontaktu nabierało się do niego sympatii i jakiegoś takiego bezwarunkowego zaufania.
To, co zawsze zwracało uwagę, powodując, że nie można było przejść obok niego obojętnie, było jego spojrzenie, zwykle łagodnie i pogodne, ale czasem na wskroś przenikliwe i ostre. Jednak zawsze wywierało wrażenie, odciskając ślad na sercu, piętno na duszy lub w psychice. Nie można go było nie lubić, zresztą był typem, który łatwo dał się lubić, może nawet nieświadomie zawsze chciał być lubiany. Jednak było też czasem w nim i w jego spojrzeniu coś, co u niektórych wywoływało pewien rodzaj awersji lub agresji.
Nikt nie był i nikt nie mógł być wobec niego obojętny.
Mieszkaliśmy w średniej wielkości powiatowym miasteczku na południu, na pograniczu województwa krakowskiego, wtedy tak się jeszcze nazywało.
Zajmowałem się malarstwem sztalugowym, chciałbym móc się określić artystą, nie tylko, dlatego i dzięki temu, że byłem zrzeszony w lokalnym ZPAP-ie. Zarabiałem głównie na wykonywaniu kopii znanych dzieł malarstwa klasycznego. Większość moich prac wędrowała w prywatne ręce towarzystwa partyjnego z komitetu zakładowego i powiatowego. Powodziło mi się całkiem nieźle.
Byłem o prawie 20 lat starszy od Ernesta. Odwiedzał mnie regularnie w moim mieszkaniu i pracowni, przychodził grać ze mną w szachy. Uwielbiał to, chociaż nie był zbyt dobry. Tak naprawdę interesowała go moja praca, obrazy, sztuka. Przez długie chwile wpatrywał się w jakiś obraz, jakby kontemplował go w swoim cichym zamyśleniu. Przy każdym spotkaniu, przy każdej partii piliśmy wódkę, a on opowiadał mi o sobie.
Jeśli głębokość przyjaźni jest definiowana przez ilość butelek razem wypitej wódki oraz ilość czasu wspólnie spędzonego na rozmowach o polityce, o kobietach, o świecie, nierzadko do rana, to nasza relacja była bardzo głęboką przyjaźnią. Polubiłem go pomimo tej znacznej różnicy wieku między nami. Również za jego dziecinny wręcz niewinny wygląd, za jego szczerość w zachowaniu, by nie powiedzieć naiwność.
Nasze spotkania i rozmowy bardzo nas zbliżyły. Lubił i potrafił ciekawie mówić. Za każdym razem, były to opowieści o przeżyciach ze swojego dzieciństwa, albo o wydarzeniach z ostatnich lat.
A pomimo młodego wieku, miał dużo do opowiedzenia.
Poznałem go wtedy dosyć dobrze. Wierzył i ufał ludziom bardzo łatwo, zbyt łatwo. Jego łagodność i dobroduszność wynikała z tych głębokich, trudnych i właściwie tragicznych przeżyć.
Chociaż dzisiaj nie jestem już pewien, ile było w nich prawdy. Niektóre były tak niewiarygodne, niczym zmyślone przez wybujałą wyobraźnię. Jakby tracił poczucie rzeczywistości, zatracał granicę pomiędzy tym, co prawdziwe, a co odrealnione. Opowiadał beznamiętnie, lecz z pełnym przekonaniem, tak jak inni opowiadają na przykład o pogodzie. Przy tym uśmiechał się prawie bez przerwy, w każdej sytuacji, niezależnie, czy smutnej, czy wesołej. Jakby pod maską szerokiego nieustającego i uśmiechu chciał schować całe zło świata, które dane było mu widzieć. Jakby okrucieństwa i tragizm sytuacji, jakich doświadczył, chciał zatuszować permanentnym optymizmem. Swoiste rozdwojenie jaźni, istny obłęd i schizofrenia.
Pewnego dnia przyniósł mi paczkę kilkunastu kopert spiętych gumką. Każda zawierała po kilka kartek odręcznie pisanych listów. Koperty znaczone licznymi śladami brązowych plam jakby zakrzepłej krwi. Pieczęcie odciśniętych palców miały być krwawym świadectwem autentyczności. Oznajmił wtedy, że to jedyna pamiątka, jak mu została z tych ostatnich kilku lat. Pisał te listy do jakiejś francuskiej dziewczyny.
Zostawił mi je, mówiąc, że mogę przeczytać, jako dopełnienie jego opowieści. Znalazłem pośród nich też kilka fotografii i rysunków, jakie wtedy wykonał w swoim pamiętniku. Jednak treść tych listów, ogrom tragizmu, jaki z nich wypływał, poznałem dopiero po pewnym czasie, gdy poprosiłem moją przyjaciółkę o przetłumaczenie. Wtedy zorientowałem się, jakim powiernikiem jego tajemnic zostałem. Z początku nie mogłem pojąć, dlaczego tak postąpił, dlaczego mi zaufał. Odpowiedź okazała się banalnie prosta. Chciał o tym zapomnieć, wyrzucić z pamięci, aby chronić swoją rodzinę, jednocześnie nie skazując na zapomnienie pamięci o tej dziewczynie.
Z tego powodu zaplątałem się w sieci jego przyjaznego usposobienia i ufności. Wciąż nie jestem pewien, czy odpowiedziałem mu swoim pełnym zaufaniem, ale wiem, że mężczyzna ufa innemu mężczyźnie wtedy, gdy porównuje się do niego, gdy widzi w nim siebie, albo, kiedy podświadomie uznaje go za człowieka, którym chciałby być.
Dzisiaj jestem pewien, że to dzięki niemu, dzięki jego ufności w ludzi i wierze w dobro świata, niesieni na fali wydarzeń wczesnej wiosny 1989, zdecydowałem się razem z nim, jakby na złość i wbrew wszystkim moim mocodawcom, zainicjować niezależny komitet wyborczy w mieście, wpadliśmy w wir wydarzeń politycznych, tak zwanych przemian demokratycznych następujących po układach Okrągłego Stołu. Chcieliśmy naprawiać zepsuty przez komunę świat, chcieliśmy zmian.
Tak naprawdę to on chciał. Ja byłem jednak bardziej pragmatyczny. Chcieliśmy wolności i chcieliśmy lepszego życia dla ludzi. Jednak po wielu latach, wciąż zadaję sobie pytanie, czy ci wszyscy ludzie dookoła tego chcieli?
Moje znajomości wśród towarzystwa partyjnego dały mi mocne i stałe miejsce w polityce i łagodne przejście w ich struktury przy tych niby-demokratycznych zmianach.
On jednak, jakby ciągle działał wbrew wszystkim i wszystkiemu, przede wszystkim na przekór swojej matce. Właśnie historia o jego matce była jedną z pierwszych opowieści, które od niego usłyszałem. Wiecznie walcząca z całym światem, zaślepiona powojenną komunistyczną ideą naprawiania świata. Od momentu, gdy w młodości pierwszy raz zetknęła się z ogólnie panującą i jedynie słuszną ideologią socjalizmu, łatwo uległa ułudzie możliwości urządzenia świata na nowo. Zafascynowała ją filozofia równości klas, sprawiedliwości społecznej i równych szans dla wszystkich. Jednak, jako jedna z nielicznych w swoim otoczeniu, była prawdziwą idealistką.
Po kilku latach okazało się, że wspięła się wysoko w hierarchii rządzącej w kraju partii robotniczej. Jednak były to również czasy, gdy to mężczyźni zdominowali całe środowisko polityczne. Jej pozostały znajomości i układy pośród dygnitarzy. Była aktywna, wiecznie zabiegana, zaangażowana i mocno uwikłana w życie polityczne i intrygi struktur partyjnych. Jak sama mawiała, musiała być agresywnie sugestywna, by wpływać na zamierzenia oraz decyzje partyjnych sekretarzy, poczynając od miast powiatowych, kończąc na szczeblu wojewódzkim i centralnym.
Oczywiście miało to swoje konsekwencje w zaniedbywaniu wychowania swojego syna Ernesta.
Wiecznie nieobecna z powodu wyjazdów służbowych na zebrania i narady egzekutywy partyjnej, zostawiała pod opieką niani lub u swojej matki, by jej młodsze siostry mogły zajmować się nim. Równie często zabierała go ze sobą. A on, jako dziecko siedział grzecznie i spokojnie z boku, bo uwielbiał ten splendor tajemniczego świata i czarnych limuzyn ustawionych przed budynkami niczym pałace, należących do dygnitarzy partyjnych. Oczarowywała go atmosfera przesiąkniętą gęstym dymem papierosów, stołów pokrytych zielonym suknem, zastawionych literatkami i licznymi butelkami wódki. Przemowy, dyskusje, układanie planów rozwoju, sposobów i strategii utrzymania władzy partii, a przede wszystkim pozostawania samemu u szczytu, u steru dla narodu.
To oczarowanie z czasem przerodziło się w przeciwne uczucie. Znienawidził system, który zabierał mu matkę, rodziców, bo ojca nie pamiętał.
Ernesta nie widziałem już od kilku lat, odkąd wyjechałem z kraju do Hiszpanii. Uciekłem, zostawiłem wszystko i wszystkich, wmawiając sobie, że chciałem wreszcie doświadczyć innego świata, poznać, zobaczyć kobiety, przepełnione tą subtelnością i niewypowiedzianą tajemnicą. Kobiety, które mają w sobie tę wyjątkową iskrę, temperament, tę zdolność uwodzenia i jednocześnie zdolność wysyłania subtelnych sygnałów, że chcą być uwodzone. Opanowały tę sztukę do perfekcji. Umiejętność odpowiedzi i zachętę do flirtu, bycia zdobywaną, potem odpychania od siebie. Niedopowiedzenia, spojrzenia, gesty, ubiór. Na tym to wszystko polega.
Zamieszkałem na południu w Maladze, mieście Picassa.
Teraz spisuję tę opowieść, a właściwie kilkanaście opowieści Ernesta. Sam nie wiem, dlaczego, może po to, aby nie zostały zapomniane, a może po prostu brakuje mi rozmów z Ernestem, jego maski permanentnego uśmiechu. Nie był jednym z tych, którzy uśmiechają się, żeby coś osiągnąć, ani też nie, dlatego, że napotkał coś naprawdę godnego uśmiechu. Zwyczajnie był po prostu pozytywnie nastrojony i przepełniony przyjacielskim nastawieniem oraz dobrem wobec wszystkich i wszystkiego.
Pamiętam, jak kiedyś powiedział, tak spontanicznie, bez żadnego celu, ani powodu, że przyczyną każdego dobrego uczynku, lub pozytywnego, altruistycznego albo filantropijnego działania jest jakaś mroczna tajemnica. Możliwe, że nie zawsze tak jest, ale w jego przypadku, na pewno.
Wszystko, co przeżył, doświadczył, wypełniało go wewnętrznym bólem, aby łagodzić te objawy, jego umysł tłumił wyrzuty sumienia i wstyd za zło, które przypadło mu w udziale. Pewnie, dlatego druga część jego duszy, dla równowagi uruchamiała w nim ten optymizm i trwały uśmiech.
Wówczas stwierdził też, że z tego powodu właśnie czuje jakieś rozdwojenie jaźni. Bo ta łagodność, ten optymizm, dają ukojenie i spokój sumienia, które staje się milczące i dalekie, jak nieme, niedosięgalne gwiazdy, w momentach, gdy z ukrytych zakamarków jego myśli wypełzają wszystkie jego mroczne tajemnice i ukryte motywy, przywierając od wewnątrz do jego maski wesołości.
***
*/ Przyp. autora - przegląd wydarzeń na bazie: Portal Historyczny "dzieje.pl" lub pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Wydarzenia
8 lipca 1985 r. - Morze Bałtyckie, poligon morski 9 Flotylli Obrony Wybrzeża
między Helem a Bałtyjskiem w ZSRR (obwód Kaliningradzki),
pokład ORP Flaming z 13. dywizjonu trałowców.
Wzburzony, rozhuśtany Bałtyk raz po raz kołysał kadłubem okrętu, trałowca o numerze bocznym 621, rzucając nim w dół, to znów unosząc dziób. Jakby to była mała łódka na jeziorze. Trójnożny maszt z radarami i anteny miarowo chwiały się na boki dodatkowo kołysane przez mocujące je sprężyny. Miało się wrażenie, że fale tworzą kilkumetrowe zagłębienia, ni to wyrwy w powierzchni morza, po to, by znów spiętrzyć się niczym wzniesienie kilkadziesiąt metrów dalej.
Tak właśnie to widział Ernest Szulkin, gdy przebywał na pomoście śródokręcia za główną nadbudówką, kurczowo trzymając się jedną ręką obramowania podestu na pływaki, aby nie stracić równowagi. Spieniona woda raz po raz zalewała pokład zimnym prysznicem. Z niemałym wysiłkiem, drugą ręką przekładał linę przez oka w obramowaniu, próbując przymocować ogromne metalowe, podłużne pływaki trałowe. Klęczał pochylony na czworaka na żelaznej ramie, plecami odwrócony do rufowej nadbudówki, na której dwie wieże armat przeciwlotniczych dumie patrzyły w niebo swoimi czterema lufami.
Niedawno skończyli ćwiczenia w trałowaniu w ostatnim dniu manewrów morskich z zaprzyjaźnioną flotą radziecką. Było to uroczyste wydarzenie ku chwale i na cześć traktatu Układu Warszawskiego, przedłużonego przeszło dwa miesiące temu.
Teraz, jako najmłodszy marynarz otrzymał to zadanie od szefa minerów, spasionego bosmana, draba z grubym karkiem. Mówiło się, że inteligencja minerów, ta nazwa w ich przypadku określała zespół obsługi trału, jest odwrotnie proporcjonalna do grubości ich szyi. Wszyscy najmłodsi marynarze milcząco, w wyobraźni mierzyli obwody ich karków, w duchu śmiejąc się z nich. Dawało im to odrobinę ulgi i odreagowania na różne szykany ze strony starszych marynarzy, psychiczne i fizyczne znęcanie się oraz ogólne trudy bycia najmłodszym w hierarchii.
Ernest właśnie kończył przywiązywać ostatni pływak, gdy usłyszał za sobą głos jednego z nich.
- Hej baniaku1, kończ to i biegusiem na mostek, wzywa cię DO2.
- Już kończę, jeszcze ostatni.
- Jakie, kurwa, kończę, biegiem, już dawno miały być przysztormowane. Jak się rozsypią przy tej szóstce3, to masz wpierdol, ja nie będę za ciebie roboty odwalał!
- Spoko, już skończyłem, jest solidnie.
Ernest uśmiechnął się, kończąc wiązać ostatni węzeł. Wyprostował się, przytrzymując się pilaru pod rufową nadbudówką, bo w tym momencie pokład uciekł mu spod nóg, opadając o dobre pół metra. Poprawił kombinezon, trzymając się relingów, już chciał prześliznąć się obok minera, nie spuszczając z niego wzroku, gdy ten złapał go za bluzę na piersi.
- A gdzie ty, kurwa, masz kapok? Przy takim wietrze na głównym pokładzie bez kapoka? Przecież mogę teraz cię do wachy4 i nikt by nawet nie zauważył.
Ernest wystraszył się nie na żarty i odruchowo mocniej ścisnął łańcuch relingu. Już drugi raz miał wrażenie, że chcą się go pozbyć po wydarzeniach sprzed dwóch dni. Teraz po ostatnim zadaniu w manewrach mieli wracać do bazy w Helu, czekali tylko na rozkazy przez radio.
Wachtę w kabinie radio miał teraz jego szef Mirek (do cywila jeszcze rok). Podczas mocowania pływaków, pomimo szumu wiatru i fal, Ernest przez otwarty bulaj w kabinie radio znajdującej się tuż nad pomostem, słyszał charakterystyczne piski, kropki i kreski, gdy Darek potwierdzał morsem, właśnie odebrane komunikaty, a potem jak pracuje maszyna deszyfrująca, wydając charakterystyczne zgrzyty i skrzypienia.
- Melduję starszy, że bosman wyrwał mnie po wachcie z kabiny radio, zaraz po wybraniu trału i kazał mi tak, jak stałem, poukładać i przymocować pływaki.
- I do tego, kurwa, jeszcze kapuś. Jak śmiesz?
Ernest zamilkł, wiedział, że każde słowo więcej tylko pogorszy sytuację.
- Dobra, masz szczęście, że cię lubię, biegiem do DO!
To była prawda starszy miner, liczył już ostatnie dni do wyjścia do cywila i nieraz dawał Ernestowi fory.
Cała ta sytuacja była tylko pozą, bo pewne reguły w wojsku są nie zamienialne, uniwersalne, jak porządek, hierarchia i lojalność. "Chociaż" - pomyślał Ernest - "wszystko już mu powinno zwisać". Ale wiedział też, że źle zrobił i znowu trochę podpadł, mówiąc o poleceniu bosmana i próbując na niego zrzucić winę za brak kapoka.
Otworzył właz do nadbudówki i wspiął się biegiem po trapie na najwyższy pokład GSD5, głośno tupiąc marynarskimi butami, aby był słyszany z daleka.
- Obywatelu kapitanie, marynarz Szulkin melduje się na rozkaz.
Głowy wszystkich obecnych zwróciły się jego stronę. Omiotło go kilka złowrogich spojrzeń, jakby winili go za te wszystkie wydarzenia.
- Wejść i spocznij - usłyszał głos DO, kapitana Drejerskiego - przyszedł rozkaz ze sztabu flotylli w Gdyni, wracacie do Centrum. Oficjalnie, jako instruktor radiotelegrafii. Powiedziałem oficjalnie, bo nie spotkałem się jeszcze z tym, aby przyjeżdżali po instruktora. Wieczorem będziemy w bazie na Helu. Rano zameldujecie się u oficera dyżurnego jednostki w porcie, ktoś z WSW6 ma po was przyjechać na dziewiątą. W nocy się spakujecie. Do rana macie wachtę w radio, myślę marynarzu, że tam bezpiecznie przeczekacie i fala was tam nie dopadnie. Nie pokazujcie się już na apelu porannym przy podniesieniu bandery. Od rana będziecie wykreśleni z ewidencji.
Ernest powiódł oczami dookoła, spojrzenia zebranych na mostku oficerów były jeszcze bardziej nieprzyjazne.
- Chyba trochę uratowałem wasze dupsko - dodał kapitan - mam nadzieję, że nie będziecie zbyt dużo opowiadać o tym, co tu zaszło. Wszystko zostało napisane w raporcie i wysłane do sztabu. Mam nadzieję, że przez te parę miesięcy w naszej jednostce zdążyliście się już nauczyć, co to lojalność. Zwłaszcza lojalność wobec samego siebie. Życzę powodzenia. Chyba już się nie zobaczymy. Odmaszerować.
- Tak jest - odpowiedział Ernest, regulaminowo zasalutował do orzełka na czarnym berecie, wykonał w tył zwrot, opuścił GSD.
Ślizgając się po poręczach trapu, zjechał na niższy pokład, po czym pobiegł do kabiny radio. Jakoś przeczeka do rana, nawet nie zejdzie do kajuty na kolację, o ile szef radia mu nie przyniesie.
Darek właśnie siedział przy radiostacji i stroił odbiornik, popatrzył na młodszego kolegę.
- Wiem już wszystko, to ja im zaniosłem depeszę, jedziesz do Centrum, szczęściarz z Ciebie, ale kto, jeśli nie ty - uśmiechnął się - bo naprawdę dobry w tym jesteś. Z drugiej strony chyba już nie miałbyś tutaj życia po tym wszystkim. Zgnoiliby cię, wykończyli, albo doprowadzili, że sam byś skończył ze sobą. Tak jak Ślązak. Większość cię tu lubiła, nikt za bardzo cię nie ścigał, nawet trepy7. Teraz wszyscy są przeciwko tobie. Nie tolerują buntowania się młodych. Wiedzą, że na starych i doświadczonych żołnierzach mogą polegać. A młodzi muszą się uczyć. To się sprawdza w morzu, w zadaniach bojowych, bo wtedy oni sami mają pełne gacie ze strachu, a doświadczenie i zgrane działanie to podstawa.
Ernest milczał.
Wiedział, że to racja, że tak jest. Marynarka wojenna to jednostki wojskowe praktycznie cały czas wykonujące zadania bojowe, nawet w czasach tak zwanego pokoju. A morze to żywioł, którego nie można lekceważyć.
Ot, twarda i trudna służba w marynarce.
***
Problemy zaczęły się trzy dni temu w piątkowy poranek. Zaplanowano pokazowe ćwiczenia w rozbrajaniu min morskich Pokazowe, bo w obecności okrętów zaprzyjaźnionej floty radzieckiej z Bałtyjska. Dobra okazja dla kadry oficerskiej, aby się pokazać lub zarobić kilka punktów w karierze.
Zadanie polegało na unieszkodliwieniu wytrałowanych min morskich, atrap właściwie, przez ekipy saperskie podpływające w łodzi do unoszących się na powierzchni ładunków. W drugim ćwiczeniu miny miały zostać zdetonowane poprzez ostrzelanie z armaty na wieży dziobowej.
Młody marynarz, artylerzysta, podszedł do sprawy ambitnie, uparcie celował do pływającego obiektu wielkości beczki na paliwo, oddalonego o około 150 metrów od okrętu. Uparcie, bo otrzymał rozkaz, aby strzelić, niezależnie czy trafi w minę, czy tylko obok. Liczyło się oddanie strzału, dowódca okrętu wraz z radzieckim oficerem inspekcyjnym, uzgodnili już wcześniej przy butelce wódki dobrą ocenę. Jednak Ślązak z mozołem próbował zgrać przyrządy celownicze, przeszkadzały mu fale bujające kadłubem okrętu. Już był pewien trafienia, nacisnął triggery, gdy niespodziewanie kolejna fala zakołysała okrętem. Wszyscy wpatrzeni w pływającą minę usłyszeli ogłuszającą podwójną kanonadę z dwóch luf armaty, razem cztery pociski miały uderzyć w jej pobliże. Zaskakująco jednak nic takiego się nie stało, wpatrywali się w obiekt, nadaremno, po blisko pięciu sekundach, ich oczom ukazały się cztery gejzery piasku na plaży pośrodku Mierzei Wiślanej. Z niedowierzaniem pokręcili głowami. Przez megafon rozgłośni natychmiast padła gniewnym głosem komenda, głosem pijanym od agresji i wódki.
- Artylerzysta wstrzymać ogień, zabezpieczyć działo! Natychmiast opuścić stanowisko bojowe, drugi oficer przejąć jebanego baniaka i zamknąć w mesie pod strażą, do przesłuchania!
Afera związana z ostrzelaniem brzegu przez jednostkę pływającą okazała się ogromną kompromitacją przed radzieckim inspektorem. Co prawda ten odcinek mierzei był strefą wojskową i nadgraniczną, z zakazem wstępu cywilom, ale nigdy nic nie wiadomo, poza tym mogli tam znajdować się wojskowi, w szczególności radzieccy.
W konsekwencji kadra podpuściła starszych służbą marynarzy, ci zrobili sobie z przerażonego chłopaka ofiarę i pośmiewisko. Oprócz psychicznych szykan nie mogło obyć się bez przemocy fizycznej, poszturchiwali, popychali go, tak, że odbijał się od ścian lub od innych, starszych członków załogi, którzy tym bardziej go odpychali. Sypały się częste razy w brzuch lub w plecy, jego twarz wkrótce opuchła od ciosów, siniaki, krwawiące usta i oba łuki brwiowe, pokryły twarz strugami krwi.
Załamany wewnętrznie chłopak, czuł się winny tego, co zrobił, ale nie zasługiwał na takie poniżanie i znęcanie się. Przecież chciał jak najlepiej.
W normalnym wojsku powinno skończyć się to regulaminowym sądem wojskowym, z karą zależną od tego, czy były ofiary. Dodatkową odpowiedzialność ponosił dowódca okrętu, odpowiedzialny za wyszkolenie artylerzysty.
Ślązak nie wytrzymał haniebnego, upadlającego traktowania, w nocy wymknął się do łazienki i tam podciął sobie żyły w obu nadgarstkach. Na szczęście, nieprzytomnego już chłopaka odnalazł Ernest, który po skończonej wachcie w kabinie radio, został przydzielony "w ramach odpoczynku" do czyszczenia zęzy. W nocy skończył pracę i poszedł do łazienki się umyć. Wtedy zobaczył leżące na metalowej posadzce ciało w szaro-granatowym kombinezonie. Nie od razu zauważył, co się stało.
Często się zdarzało, że młodzi chowali się w łazience, by na drewnianych gretingach złapać kilkanaście minut snu. Jednak Ernest pośliznął się na lepkiej mazi i przewrócił się na leżącego. Gdy ten nie zareagował, zorientował się, że coś musi być nie tak. Zapalił światło. Lepka maź okazała się karmazynową kałużą krwi, której większość i tak już zdążyła odpłynąć do otworu ściekowego. Zsunął tamtemu skarpety i silnie obwiązał nimi jego nadgarstki. Skarpety nadawały się do tego idealnie, były długie i elastyczne, po związaniu dobrze uciskały. Natychmiast wywołał alarm, meldując oficerowi dyżurnemu na GDO. Wezwano okręt ratowniczo-medyczny, znajdujący się w konwoju eskadry.
- Tak się kończy samowola w wojsku i niewykonywanie rozkazów - skwitował zajście DO - gdyby baniak wykonał rozkaz i strzelił natychmiast, bez ambitnego celowania, nie byłoby problemu. To jest nauczka, że młodzi nadają się do czyszczenia zęzy, nawet nie do zadań, które są proste i łatwe. - Odwrócił się w stronę Ernesta. - Marynarzu, w nagrodę wyczyścicie posadzkę z krwi oraz zdrapiecie ją z tych drewnianych gretingów, do białego. - Wtedy nerwowym ruchem rozbił butelkę po wódce o metalową burtę. - Tutaj macie szkło do drapania drewna. Przystąpić do zadania natychmiast.
Dzięki szybkiej reakcji Ernesta, młodego artylerzystę zabrano do szpitala, po drodze podano mu kroplówki, w rezultacie odratowano. Chłopak przeżył. Po miesiącu zabrano go do wojskowego psychiatryku, po kilku następnych, został zwolniony ze służby wojskowej i wrócił do domu.
Jednak po tej feralnej nocy, tak zwana "fala" zawzięła się na Ernesta. Od rana zaczęły się groźne spojrzenia, odzywki. Zarzucali mu, że za wcześnie poszedł się myć - "coś ty taki czyścioch się zrobił, że w nocy do łazienki chodzisz? "
Następnego dnia po południu skończył wachtę w radiu, zmienił go Darek, jako dowódca zespołu łączności. Właściwie mieli wakat, bo było ich tylko dwóch do radia. Wachty w kabinie trzymali na zmianę, z tą różnicą, że młody marynarz, zamiast na odpoczynek, udawał się do wykonywania innych czynności pomocniczych, głównie, jako pomoc kuchenna na zmywaku, sprzątanie sanitariatów, lub czyszczenie zęz, które podczas rejsu podlegały stałemu nadzorowi.
Po wyjściu z kabiny zjechał po poręczach przy trapie na dolny pokład. Takie ślizgi, ze względów bezpieczeństwa były zabronione, ale i tak wszyscy i wszędzie się ślizgali.
Drogę zastąpił mu starszy hydroakustyk Roman.
- No mam cię gównozjadzie. Teraz wymyślisz sobie karę za to ślizganie się! - Z tyłu za Ernestem pojawił się inny przedstawiciel "fali", nie widział, kto to taki, ale jego kombi śmierdziało, naftą, smarem i olejami, więc domyślił się, że to któryś z minerów.
- Przepraszam starszy.
- Jakie przepraszam? Gleba! Padnij! Zastanawiaj się i mów szybko, jaka kara!
Pomiędzy działem czwartym, czyli radiowcami, a piątym, czyli obserwacją techniczną, hydroakustykami i radarowcami panowała napięta atmosfera, utajona rywalizacja o względy dowództwa i kadry. Dlatego ten przedstawiciel działu piątego, doświadczony marynarz, któremu do cywila, po prawie trzech latach służby, zostało zaledwie dwa miesiące z okładem, wyraźnie nie przepadał za Ernestem. Ktoś patrzący na tę sytuację z boku powiedziałby z przekonaniem, że go nienawidził.
Ernest usłuchał polecenia, nie chciał drażnić starego, więc jak długi rzucił się na pokład w pozycji gotowej do robienia pompek.
- Po coś lazł do tej łazienki w nocy? Przecież wstydu nam tyle narobił przed sojusznikami.
- Przepraszam starszy, czy starszy ma mi za złe, że go znalazłem i uratowałem?
- Domyśl się, kurwa, nie ma człowieka, to nie ma problemu!
Ernest nadal w pozycji leżącej z rękoma przy tułowiu wspartymi na posadzce zaryzykował i postanowił odpowiedzieć.
- Chyba byłby większy, gdyby zszedł, bo wtedy to sprawa kryminalna, a tak tylko błąd i nieuwaga przy wykonywaniu zadania bojowego, właściwie nie nawet bojowego tylko ćwiczebnego.
- Ty się tak, kurwa, nie wymądrzaj, tymi regulaminami. Dojebiemy cię i tak! - Wtedy wymierzył kopniaka w prawy bok leżącego Ernesta. Chłopak przekręcił się na bok, usiadł, trzymając się za brzuch łapczywie, prawie teatralnie próbując wyrównać oddech.
- Kto ci pozwolił usiąść? Gleba, jeszcze raz!
Ernest podniósł wzrok na przeciwnika, patrząc mu w oczy z przerażeniem pomieszanym z niewypowiedzianą groźbą. Z każdą sekundą dochodził do siebie, zyskiwał czas. Nie spuszczając wzroku z napastnika, powoli podniósł się i wyprostował. Złowrogie i nienawistne spojrzenie młodego musiało odnieść skutek, bo tamten zamilkł i stracił pewność siebie, zwłaszcza gdy dotarły do niego ciche, prawie szeptane słowa Ernesta.
- Ty pojebany jesteś, wiesz?
Zdezorientowany buntem młodego marynarza, Roman otworzył szeroko usta, zaniemówił. Ernest ciągnął dalej.
- Do cywila zostało ci dwa miesiące, a zachowujesz się jak pajac. Mózg ci tutaj wyprali. Jacy, kurwa, sojusznicy? Jaki wstyd? Chłopak poddał się, bo go zgnoiliście, pociął sobie kable, a tobie rozchodzi się, że przeżył? Co to, kurwa jest więzienie, czy armia? Tak cię kadra nakręciła? Ty, szczególnie ty, już powinieneś mieć już wyjebane na wszystko, a przejmujesz się jak młody rekrut.
Chwila ciszy, zaskoczenie było pełne, miner stojący z tyłu ze słyszalnym świstem wciągnął powietrze i wstrzymał oddech w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Hydroakustyk oprzytomniał dopiero po chwili, wtedy się odezwał:
- Baniaku! To ty jesteś pojebany, właśnie podpisałeś na siebie wyrok.
Był wyższy od Ernesta, dobrze zbudowany, wyćwiczony regularnymi odwiedzinami w siłowni i z pewnością silniejszy od niego. Wykonał zamach prawą ręką, zwijając dłoń w pięść, wymierzył prosty cios, celując w głowę Ernesta. Ten jednak spodziewał się tego, był szybszy i uchylił się, tamten zachwiał się, tracąc na sekundę równowagę. To wystarczyło, gdy wracał do swojej pierwotnej pozycji, Ernest zrobił nagły krok do przodu i głową walnął go centralnie w splot słoneczny.
Uderzenie było tak silne, że starszy marynarz został odrzucony w tył na dwa kroki, zatrzymał się na burcie nadbudówki, dusząc się po utracie tchu.
Wtedy usłyszał złowrogo brzmiące, wypowiedziane z nienawistną pasją, słowa Ernesta.
- Obyśmy nigdy się nie spotkali na głównym pokładzie, bo cię do wachy wjebię. Mnie jest wszystko jedno, bo jeszcze dużo mi zostało w tym syfie, A ty do cywila chcesz wrócić, więc jak cię podpierdolę do politycznego, zrobię aferę o siebie i o tego Ślązaka, to pewnie za rok albo dwa nawet nie wyjdziesz.
Ernest kątem oka zauważył, że miner również próbuje go dosięgnąć, zrobił kolejny unik, chwycił się oburącz poręczy trapu, przeskakując po trzy lub cztery stopnie, w mgnieniu oka znalazł się na wyższym pokładzie. Otworzył właz do kabiny radio i schował się w środku. Biegnący za nim usłyszeli tylko metaliczny szczęk blokowanych rygli. Jednak po minucie właz otworzył się i z kabiny wyszedł Darek, szef radia.
Stanął oko w oko z hydroakustykiem.
- Romek, co ty odpierdalasz? Przecież mało ci zostało. Tak ci się w tym syfie spodobało, chcesz tu zostać? Przecież on zdecydował się, że cię podpierdoli, bo nie ma nic do stracenia. - Darek wyraźnie był zdenerwowany. - Odpuść mu, jeden problem już mamy z tym Ślązakiem, chcesz drugiego nieszczęścia?
- Ale on mi właśnie przyjebał z bańki, nie daruję mu!
- Chyba będziesz musiał, bo on jest pod moją ochroną, ja go potrzebuję. Zresztą, kto to widział?
- Jak to, kto? - Romek nie dowierzał.
- Po prostu przegiąłeś! - Odwrócił się w stronę drugiego przybysza pod drzwi kabiny radio. - Hej, miner widziałeś to?
Gruby kark minera poczerwieniał z niepewności, dodatkowo cały na twarzy razem z uszami. Myślenie przychodziło mu z trudem i chyba w ten sposób się to objawiało.
- Darek, no, co ty? Jak to? Bronisz baniaka?
- Widziałeś? - Tym razem pytanie podszyte groźbą, z bliska, prosto w twarz.
- No właściwie to nie, nic nie widziałem, ciemno było.
- Wracajcie do siebie. Na dzisiaj dosyć. Jutro pogadamy, ochłoniemy i zobaczymy, co z tym zrobimy.
I to był moment przełomowy. Ernest przeczekał do rana w kabinie, nie odważył się pójść do kubryku rufowego, swojego pomieszczenia sypialnego, które znajdowało się, w tylnej części kadłuba, tuż przed przedziałem trałowym. Hydroakustyk miał przydzieloną koję w pomieszczeniu dziobowym, dalej był tylko magazyn i forpik. Jednak uspokoił się, prawdopodobnie dotarło do niego, że jeśli Ernest rzeczywiście poskarży się do oficera politycznego, ten będzie musiał coś z tym zrobić.
15 lipca 1985 r., Skierniewice, las pomiędzy Bolimowem a Radziwiłłowem.
Jednostka nasłuchowa 13 Batalionu Radioliniowo-Kablowego.
Z wielkim zadowoleniem przystał Ernest na propozycję porucznika z WSW, spodobała mu się oferta pracy. Była zgodna jego zainteresowaniami, a zdobyta w szkole wiedza będzie mogła być wykorzystana. Odnajdował to, jako wspaniałą okazję do zdobycia nowych doświadczeń. Jednocześnie formacja, w której miał pracować, brzmiała bardzo zachęcająco, dumnie, ale i dosyć tajemniczo. Z całą pewnością niosła ze sobą pewien ładunek emocji, na który on, młody człowiek pokusił się bez mrugnięcia okiem. Zapowiadało się na fascynującą przygodę, a romantyzm służby na okręcie wojennym zastąpiła ekscytacja służbą w kontrwywiadzie, cokolwiek miałoby to znaczyć. Jednak w najśmielszych wizjach nie przewidywał, że los i życie pisze dla niego inny scenariusz, nie spodziewał się, że wraz z końcem tego roku, doświadczy nagłego i niespodziewanego zwrotu wydarzeń.
Był piętnasty dzień lipca 1985 roku, w poniedziałkowe południe biały, duży fiat z oznaczeniem TAXI na dachu zatrzymał się przed czerwono-białym szlabanem zagradzającym wjazd na leśną szutrową drogę, był o sto metrów od głównej szosy ze Skierniewic w kierunku Sochaczewa. Kierowca, przyjmując zapłatę od Ernesta, ze zdziwieniem popatrzył na niego, bez słowa pokręcił głową, nie rozumiejąc jego zamiarów. Ten zabrał z tylnego siedzenia swój szary worek marynarski ze srebrnym haftem liter M i W rozdzielonych złotą kotwicą, po czym zatrzaskując, drzwi rzucił uprzejme "do widzenia". Wiedział, że jest na dobrej drodze, czekało go jeszcze siedem kilometrów do pokonania pieszo przez Puszczę Bolimowską.
Po godzinie szybkiego marszu zatrzymał się przed usytuowaną w środku lasu żelazną bramą, na podwójnych wrotach widniały inicjały LWP8. Blaszana, zielona tabliczka z białym napisem "JW 4159"9 zapewniała go, że dobrze trafił.
Ernest dotarł do miasta pociągiem ze stolicy, przed dworcem próbował zorientować się, jak ma dotrzeć do jednostki w środku lasu.
Ubrany był w granatowy, letni wyjściowy mundur podoficera marynarki z naszywkami stopnia "bosmanmat"10 na mankietach, na lewym ramieniu odznaczała się czarna, filcowa, okrągła naszywka z czerwoną kotwicą i trzema błyskawicami po jej obu stronach, oznaczająca specjalistę radiotelegrafii. Był jak osobliwość, zjawisko, obrazek dosyć nietypowy, nawet zaskakujący dla tego regionu kraju. Ludzie uśmiechali się na jego widok, gdy pytał o lokalizację miejsca, którą miał zaznaczoną na niewielkiej mapce. Byli uprzejmi, jednak nikt nie słyszał o jednostce w tym lesie, zaś o koszarach jednostki 3011 w centrum, przy ulicy Batorego to i owszem.
Pracownica informacji w okienku obok kas na dworcu autobusowym popatrzyła na niego ze zdziwieniem - "przecież tam nic nie ma tylko las, po drugiej stronie miasta to tak, jest poligon i jakieś wojsko, ale pod Radziwiłłowem to raczej nie ma". Nie było innego wyjścia jak tylko skorzystać z taksówki, kierując szofera według wskazówek na mapie.
Bramę jednostki zobaczył w ostatniej chwili, wyłoniła się nagle zza drzew na szerokim łuku leśnej drogi, która kończyła się właśnie w tym miejscu. Blaszana powierzchnia wrót odcinała się ciemno-szarą barwą od jasnego muru z betonowych paneli, odchodzącego na dwie strony od niej, by po kilkunastu metrach zniknąć pomiędzy drzewami i krzewami w lesie. Mur otaczał duży obszar leśnego terenu. Poprzez stalowe pręty w górnej części bramy, zobaczył dwie budki wartownicze i dwóch żołnierzy w typowych ciemnozielonych mundurach polowych pełniących służbę. W oczy rzucały się skórzane, białe pasy, z podobną szelką przez lewe ramię. Białe szerokie skórzane mankiety, na głowach zielone hełmy z białymi inicjałami służby wewnętrznej. Na plecach AK-47 z drewnianą kolbą. Widok był okazały, budzili respekt, byli widoczni z daleka, by nikt nie miał wątpliwości, że obiekt jest pod ścisłą ochroną.
Ernest podszedł do bramy, okazując swoją książeczkę wojskową i kartę przydziału do jednostki w drugiej ręce. Obaj wartownicy zastygli w bezruchu zszokowani niecodziennym widokiem.
- Dzień dobry. Jestem nowym pracownikiem.
Jakkolwiek wartownicy byli czujni, to jednak widok Ernesta w mundurze marynarki, wprawił ich w osłupienie. Jeden z nich, natychmiast złapał za słuchawkę aparatu telefonicznego w budce, by zgłosić do wartowni jego przybycie.
Przez kilka minut milczeli, przypatrując się sobie wzajemnie. Gdy usłyszeli warkot silnika, z bocznej drogi wyłoniła się ciemna, zielona charakterystyczna terenówka marki UAZ11 produkcji radzieckiej.
Dowódca warty, wysoki kapral, w asyście dwóch innych żołnierzy, sprawdził jeszcze raz dokumenty przybysza, po czym nakazał otwarcie wrót. Ernestowi ukazała się asfaltowa, szeroka jezdnia wiodąca pomiędzy drzewami w głąb obiektu.
- Zapraszam. - Dowódca warty odezwał się szorstko do Ernesta, ręką wskazując drzwi pojazdu.
Ruszyli.
W odległości około stu metrów od wjazdu zadrzewienie robiło się rzadsze, w oddali prześwitywała jasna otwarta przestrzeń. Kilometr dalej zatrzymali się przed drewnianym barakiem, biały szyld nad oknem obok szerokich drzwi oznajmiał - "Oficer dyżurny jednostki".
Po tej stronie cała przestrzeń wzdłuż jezdni była porośnięta rzadkim zadrzewieniem, spomiędzy drzew, lip, rozłożystych buków, siwych brzóz, oraz sosen wyłaniały się zabudowania mieszkalne i socjalno-techniczne rozległego kompleksu jednostki. Całość sprawiała wrażenie, że nikt, armia, ani rząd nie żałował tutaj pieniędzy.
Po przeciwnej stronie drogi, na wprost dyżurki rozciągała się obszerna polana, otwarta, goła przestrzeń, rozległego placu otoczonego barierą z drutów kolczastych. Wejście na teren chronionego obszaru stanowiła duża furtka. Pośrodku polany, widniały dwa betonowe, długie na jakieś pięćdziesiąt metrów, ustawione równolegle, parterowe budynki, były bez okien, sprawiały wrażenie bunkrów. Na ich dachach znajdowało się kilkanaście pionowych anten. Około dwuhektarowa przestrzeń przed bunkrami zajmowała instalacja anten poziomych, kilkudziesięciometrowych przewodów rozciągniętych pomiędzy kilkoma masztami. Widok był bardzo imponujący.
W asyście patrolu Ernest wszedł do służbowego pomieszczenia oficera. Prowadzący kapral złożył meldunek o przybyciu nowego pracownika. Wszelkie czynności wprowadzające podjął pomocnik oficera, wpisał datę i godzinę zdarzenia do książki meldunkowej, zgłosił przybycie do przełożonego zespołów obsługi, wykonał również telefon do szefa administracji o wpisaniu "nowej głowy" do aprowizacji, przygotowania sortów odzieżowych z magazynu oraz potwierdzenie miejsca zakwaterowania. Następnie poprosił chłopaka, aby zaczekał w pokoju odpraw obok na przybycie szefa drużyny, do której został przydzielony.
Ernest nie tracił czasu, podszedł do dużej mapy obrazującej rozlokowanie budynków na obszarze jednostki. Plan był przejrzysty i dobrze opisany. Okazało się, że jednostka, to tak naprawdę spora osada. Tuż obok dyżurki znajdował się barak, opisany, jako magazyn broni, a wzdłuż drogi za dyżurką znajdowały się budynki mieszkalne i socjalne dla pracujących i mieszkających w jednostce. Dalej zaznaczone były dwa piętrowe budynki dla żołnierzy służby wartowniczej. Jeszcze dalej zespół obiektów sportowych, niewielka hala sportowa, kryty basen, boisko, oraz sprawnościowy tor przeszkód. Za boiskiem ulokowany został park i ogród. Zakończenie zabudowań stanowiły dwa piętrowe budynki mieszkalne dla kadry oficerskiej z rodzinami. Jeden był zamieszkany przez oficerów radzieckich, nadzorujących pracę dostarczonych przez bratni Kraj Rad, urządzeń i wyposażenia radiotechnicznego.
Po niecałej godzinie przed oknem pojawiła się wreszcie wysoka sylwetka, bardzo szczupłego porucznika w stalowo-czarnym moro. Drzwi do pomieszczenia otworzyły się, dynamicznie pchnięte przez wchodzącą postać.
- Cześć jestem Jabłoński. - Na pagonach stopień porucznika, wyglądał młodo, tylko trochę starszy od Ernesta. - Jestem twoim bezpośrednim przełożonym, mam cię wprowadzić we wszystko.
- Obywatelu poruczniku bosmanmat Ernest Szulkin melduje swoje przybycie do pracy w zespole nasłuchu radiowego. - Ernest był poważny i zdecydowany, prawie jednocześnie, energicznie i regulaminowo skinął głową.
- Spocznij żołnierzu! Bez tych wszystkich ceregieli, jesteśmy tutaj jak w rodzinie. Jestem Jacek. Jeszcze raz powtórz, jak się nazywasz?
- Jestem Ernest. Ernest Szulkin.
- Fajnie. - Młody oficer potwierdził szczerym szerokim uśmiechem. - Żartowałem, wiem, jak się nazywasz, chciałem tylko to jeszcze raz usłyszeć, jak to brzmi z twoich ust. Jak już pewnie się zorientowałeś, jesteśmy tu zamknięci z dala od świata. Chodźmy, zaprowadzę cię na twoją kwaterę.
Wyszli z baraku i ruszyli chodnikiem wzdłuż drogi w kierunku zabudowań.
- Tutaj masz kartę-klucz, uprawnia do wejścia przez tę furtkę do bunkrów. - Jednocześnie gestem wskazał w kierunku rozległego placu z bunkrami i masztami anten naprzeciwko, po drugiej stronie drogi. - Już po obiedzie, więc musisz poczekać do kolacji. Najpierw pójdziemy do szefa intendentury po twoje rzeczy.
Jabłoński popatrzył na marynarski uniform Ernesta i z uśmiechem dodał.
- Tutaj, w tym się nie pokazuj, nawet jak na miasto, to tylko w cywilkach. Masz jakieś?
- Tak, coś tam mam, ale na jesień i zimę, to będę musiał sobie parę rzeczy dokupić.
- Musisz wystąpić do kierownika o stałą przepustkę na miasto, ale nie licz, że będziesz miał czas albo siłę, aby zbyt często się tam wyrywać. Pijesz? Palisz?
- W sensie alkohol? Nie jestem abstynentem, przy okazji, na imprezie, to tak, a poza tym to specjalnie mnie nie ciągnie. Nie, nie palę.
- No to nie będziesz tęsknił za światem. Już ci mówiłem, że jesteśmy izolowani. Jednostka jest ściśle strzeżona, nikt z zewnątrz nie ma wstępu, poza kilkunastoma pracownikami cywilnymi, których dowozi służbowa nyska. Nie ma tutaj kobiet, innych niż żony oficerów, razem sześć. Reszta to mężczyźni, jesteśmy jak marynarze w długim rejsie, jednak sytuacja jest w porządku, nie skaczemy sobie do gardeł, bo możemy do miasta na przepustki wychodzić. Chociaż, to nic tam ciekawego nie ma, kino, trochę sklepów, trzy knajpy na krzyż, nawet jakiegoś przyzwoitego burdelu nie ma. Poza tym wszystko, co nam potrzeba jest na miejscu, albo zamawiamy u kwatermistrza. Pocztę przywożą dwa razy w tygodniu. Obiecuję, że po ubrania cywilne na zimę, to wybierzemy się razem na przepustkę, oprowadzę cię po mieście.
Przez chwilę szli w milczeniu, wreszcie Ernest zapytał.
- A jak do miasta można się dostać?
- Trzeba w administracji zamówić transport i od razu umówić się na powrót. Nie ma innej komunikacji. Jednostka jest tajna, właściwie to oficjalnie nie istnieje.
- Zdążyłem się o tym przekonać, nie miałem jak się tutaj dostać, dobrze, że otrzymałem mapę.
- Jestem tutaj od roku, dołączyłem do zespołu zaraz po szkole oficerskiej w Zegrzu, a byłem w mieście kilka razy zaledwie. Pierwszy raz w grudniu, gdy jechałem na święta do rodziny.
- Czyli akademia łączności, tak myślałem, przez te naszywki - Ernest wykazywał niepewność w stosunku do porucznika, trzymał jeszcze dystans, musiał się przyzwyczaić, aby zwracać się do oficera po imieniu. - Hmm... Ja też dopiero po ośmiu miesiącach wyszedłem na świat poza bramę jednostki. I to nie do domu, tylko tutaj. W sumie to po jedenastu, jeśli nie liczyć krótkiej przepustki w grudniu tuż przed wyjazdem na Hel miałem okazję pozwiedzać sobie Kołobrzeg skuty lodem.
- Tak, wiemy o tobie wszystko, przedwczoraj przyszedł teleks z pełnym raportem na twój temat. Ciekawa lektura. Aż się dziwię, że zaryzykowali, ale najwyraźniej masz plecy, i to dosyć wysoko. Nie martw się, najważniejsze, abyś dobrze zapierdalał. Nie stawiaj się szefowi, ale jeszcze bardziej nie lubi lizusów. Jeśli masz jakieś pytania do niego, to tylko natury technicznej. No i oczywiście przemyślane. Musisz sam najpierw spróbować znaleźć odpowiedź, bo zawsze pyta ile dupogodzin spędziłeś nad samodzielnym rozwiązaniem. Wiesz co to "dupogodzina"?
- Domyślam się - Ernest uśmiechnął się i natychmiast dodał - ale podoba mi się ta metoda.
- No i dobrze, szef jest wymagający, to major Tomasz Gawęda. Nerwus i furiat, ale jest naprawdę dobrym fachowcem, po elektronice na "wacie"12. Był tam przez jakiś czas wykładowcą, ale służby zwerbowały go do pracy. Teraz na siłę go tutaj trzymają, pewnie mają na niego jakiegoś haka. Dlatego taki nerwowy, jeśli czymś go wkurwisz, to może cię nawet wywalić.
- W porządku, postaram się go nie drażnić.
- Aha, jeszcze najważniejsze. W dni powszednie rano, przed śniadaniem obowiązkowa zaprawa, indywidualnie, należy pokazać się przed dyżurką oficera, nikt nie oszukuje, każdy dba o swoją kondycję. To jest jedna z reguł tutaj panujących. Radzę ci się dostosować, codzienny trzykilometrowy bieg dobrze ci zrobi, sam zobaczysz. Potem spotykamy się o ósmej w pokoju zebrań w jedynce, tak nazywamy pierwszy bunkier. Nie spóźnij się. Codziennie są odprawy, żeby każdy wiedział, co ma robić, no i obgadujemy różne zjawiska i problemy, świetnie się to sprawdza, zwłaszcza, jako utrwalanie wiedzy technicznej i doświadczeń w analizie. Szef przedstawi cię całemu zespołowi. Potem musisz przejść serię testów na inteligencję, wypełnisz kilka broszurek. No i zostaniesz przez szefa przeegzaminowany. Chce się przekonać, ile jesteś wart. Uważaj, aby nie opowiadać bzdur, lepiej przyznać się do niewiedzy. Zapamiętaj jego regułę jak motto "ignorancja to ósmy grzech główny, nie wstydź się, że nie wiesz, wstydź się, że nie dążysz do wiedzy".
Ernest słuchał uważnie wszystkich pouczeń i rad Jabłońskiego, oficer okazał się dosyć uczynny i przyjacielski. Instruował go sumiennie o wszystkim, co było ważne, by zacząć pracę, by zamieszkać w tym osobliwym społeczeństwie radiowców, w zgodzie z regułami i przyjętymi obyczajami.
Po zafasowaniu sortów mundurowych, bielizny, środków higieny i innego wyposażenia potrzebnego do życia, młody porucznik zaprowadził Ernesta do pokoju budynku hotelowego.
- To będzie twoja melina, niezbyt duża, mój pokój jest na końcu korytarza, trochę większy, no wiesz, fala ma przywileje - uśmiechnął się, by sprawdzić reakcję chłopaka. - Oficerowie mieszkają o oddzielnym budynku, o tam - ręką wskazał za oknem na dwa budynki - mają prawo mieszkać z rodzinami, to znaczy z żonami. Jednak dzieci tutaj nie ma. Jednostka ma złą sławę, jako "rozwodownia", bo podobno jeszcze żadna z nich nie wytrzymała tutaj dłużej niż kilkanaście miesięcy. Sam wiesz, jak to z nimi jest, brak zajęć, towarzystwa innych kobiet, to i fiksują po jakimś czasie, o niczym innym nie myślą, tylko jakby się stąd wyrwać.
- No a ty? Też jesteś oficerem, a mieszkasz tutaj, w hotelu?
- No tak, masz rację, ale już ci mówiłem, fala rządzi, tak jest w całym naszym wojsku. Za jakiś czas pozwolą mi się tam przenieść, nawet bez żony.
Wyszli z budynku hotelowego, postanowili zrobić obchód po terenie jednostki, aby zapoznać Ernesta z całą infrastrukturą mieszkalną i gospodarczą. W odległości kilkudziesięciu metrów zobaczyli krępą, średniej wysokości postać w granatowej bluzie mundurowej, w nakryciu głowy z charakterystycznym ogromnym jak lotnisko, białym rondem rosyjskiej czapki oficerskiej. Radziecki oficer szedł w ich stronę.
O kilka kroków przed zrównaniem się, powitali nadchodzącego salutem.
- Zdrawstwujtie tawariszcz kapitan! - Jabłoński okazał nie tyle grzeczność, ile pokorę i uległość.
- Zdrwastwuj Jacek! Kak dieała? - Kapitan zatrzymał się, oni również.
- Spasiba, wsjo w pariadkie. Eto nasz samyj nowyj radiooperator. Starszyna Ernest Szulkin.
- Cieszę się, że mogę was poznać - kapitan wyciągnął dłoń na powitanie - słyszałem już o was, że przybyliście, wieści szybko się rozchodzą. Zajmiecie miejsce chorążego, który nas opuścił dwa tygodnie temu, cóż przykra sprawa. Wiem też, że jesteście z polecenia samego generała, to dobrze o was świadczy.
Ernest i Jabłoński wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jednak nie wiedzieli, jak zareagować na taką jawną, słowną prowokację. Ten mówił dalej:
- Jak już się urządzicie, to musimy porozmawiać, zaproszę was do siebie. Trochę mi opowiecie o sobie.
Kapitan uśmiechnął się, zagadkowo i ironicznie spoglądając na młodego żołnierza. Na zakończenie jeszcze raz wymienili żołnierskie uprzejmości i rozeszli się w swoje strony.
Pierwszy odezwał się Jabłoński.
- Nie zdążyłem, cię jeszcze uprzedzić. To jest kapitan Golicyn. Jest już dosyć stary, tutaj od początku, a wciąż tylko kapitan, nie wiadomo dlaczego, nie awansuje, pewnie jest u nas jak na zesłaniu, czeka tylko, aż przejdzie na emeryturę. Jest z ruskiej bezpieki. Musisz przejść z nim rozmowę. Na pewno dokładnie cię prześwietlili. Możliwe, że będą chcieli cię jakoś zastraszyć. Mają własny teleksowy kanał łączności w swoim biurze, w tym budynku, w którym mieszkają. To ich aparatura jest zainstalowana w całej jednostce, więc kręci się tutaj i pilnuje wszystkiego, nawet obyczajów. Szkoda, że swojej żony nie pilnuje. Nie żyją dobrze, ona chciałby się stąd wyrwać, nawet jeśli rozwód miałby być jedynym sposobem.
Ernest odpowiedział pytającym spojrzeniem na zagadkowe słowa.
- Pomieszkasz tutaj, popracujesz, to wszystko zobaczysz i poznasz. - Jabłoński wciąż starał się być tajemniczy, jednak Ernest nie kontynuował tego wątku, chciał zmienić temat.
- Użyłeś liczby mnogiej? Powiedziałeś, mają? To jest tutaj więcej tych kacapów?
- Tak, jest ich dwóch, ale to wystarczy, aby psuć przyjemną atmosferę tego miejsca. Ten drugi to porucznik Zajcew, pewnie niedługo przejmie po nim obowiązki. Jeśli tutaj wytrzyma. Na początku, cztery lata temu, gdy montowali i uruchamiali tę aparaturę, było ich sześciu, dodatkowo dwóch cywilów i jakiś pluton sołdatów do pomocy.
Pomimo wizji czekającego go przesłuchania u radzieckich oficerów bezpieczeństwa, Ernest coraz bardziej odnosił ogólnie pozytywne wrażenie, że podjęcie pracy w tej jednostce, to była dobra decyzja. Towarzystwo porucznika Jabłońskiego odpowiadało mu, był mu życzliwy i uczynny, poza tym inteligentny i błyskotliwy. Swobodny w rozmowie, nie wywyższał się.
Już nazajutrz Ernest miał się praktycznie przekonać, że świetnie trafił. Atmosfera miejsca zupełnie niepodobna, do tej w helskim porcie. Wszyscy odnosili się do siebie z szacunkiem, po przyjacielsku i z zawodową życzliwością.
Załoga zespołu obsługującego urządzenia liczyła dwudziestu zawodowych żołnierzy. Była podzielona na cztery sekcje w tym czterech oficerów, jako ich przełożonych. Nastrój pracy i stosunki odpowiadały mu. Wszyscy starali się jak najlepiej, rzetelnie, jednocześnie zachowując świadomość, czemu służyły zagłuszarki oraz urządzenia nasłuchowe i podsłuchowe. On okazał się, być najmłodszy w całym zespole, ale i tak miał poczuć się potrzebny. Pracowali na zmiany w dyżurach dwunastogodzinnych. Na początku musiał zapoznać się z dokumentacją, przejść pięciodniowy cykl instruktażowo-szkoleniowy zakończony egzaminem praktycznym. Wtedy mógł zostać przydzielony, jako asysta do monitorowania pracy nadajników zagłuszających. Po jakimś czasie będzie mógł być dopuszczony do obserwowania i uczestniczenia w dyżurach na nasłuchu. Było wciąż dla niego zagadką, na czym polega praca analizy kontrwywiadowczej, a w szczególności wykrywania "wrogich" radiostacji, podsłuchiwania ich i nagrywania materiałów, a potem namierzania.
Całością dotyczącą obsługi nowoczesnych urządzeń elektronicznych dowodził major Gawęda, oprócz zespołu analityków nasłuchujących i monitorujących, podlegały mu także dwie drużyny służby technicznej utrzymania budynków i obiektów zewnętrznych.
W jednostce stacjonowała jeszcze kompania wartownicza, przeznaczona do ochrony olbrzymiego obszaru poprzez wystawianie wart i nadzór elektroniczny za pomocą kamer. Zadaniami i pracami socjalnymi, jak sprzątanie, pralnia, kuchnia i stołówka, oraz zaopatrzenie, zajmował się pluton administracyjno-kwatermistrzowski, w którym współpracowało kilka osób cywilnych z miasta.
Formalnie, w hierarchii jednostki major Gawęda podlegał dowódcy jednostki, jednak przydzielony był bezpośrednio pod oddział czwarty zajmujący się tak zwaną analizą kontrwywiadowczą, uformowany w zarządzie pierwszym kontrwywiadu wojskowego WSW, a sama jednostka pod wydział piąty radio-kontrwywiadu.
Ernest przeszedł szkolenie i egzamin bezbłędnie, podobnie rozmowa kwalifikacyjna z majorem Gawędą. Major dostrzegł w nim potencjał w postaci zmysłu analitycznego i obserwacyjnego. Jego wiedza i doświadczenie w klubie radiowym oraz umiejętność radzenia sobie z urządzeniami elektronicznymi, systemowym podejściem do rozwiązywania problemów wyniesionym ze szkoły, świetnie wpasowywała się w potrzeby na przydzielonym stanowisku.
Jego poprzednik, wieloletni pracownik służb wewnętrznych, dosłużył się w jednostce stopnia chorążego sztabowego, która działała w takim formacie od kilku lat dopiero. Chorąży nie wytrzymał poziomu napięcia i monotonii dyżurów w monitorowaniu pracy aparatury zagłuszającej, nadającej tak zwane regularne szumy dokładnie w paśmie częstotliwości wykorzystywanych przez rozgłośnie wrogie ludowej ojczyźnie, a finansowane przez podżegaczy do konfrontacji pokojowo nastawionego socjalistycznego świata, ze zgniłym zachodnim kapitalizmem.
Pozornie sympatyczna atmosfera, bardzo dobre warunki bytowe i profesjonalne podejście, wiązały się jednak z ogromną porcją stresu, wymagano efektów w postaci zapewnienia ciągłości pracy aparatury do zagłuszania zachodnich rozgłośni radiowych emitujących swoje audycje na terenie całego bloku za żelazną kurtyną. Instalacja ta działała w łańcuchu z trzema innymi rozlokowanymi od północy kraju aż na południe do granicy z Czechami. Chodziło o to, aby cały zespół zagłuszarek emitował moc większą od mocy nadajników zagłuszanych stacji. Ich skuteczność była potwierdzana codziennie przez meldunki z kontrolnych stacji odbiorczych rozmieszczonych w różnych regionach i miastach kraju.
Jednostajna rutyna i silne zmęczenie psychiczne, potęgowane przez szumy i rozmaite dźwięki w słuchawkach używanych podczas dyżurów, doprowadziły do choroby serca u chorążego, która zmusiła go do rezygnacji z pracy.
***
Kolejne cztery tygodnie upłynęły na monotonnej pracy i służbach. W drugiej połowie września, po obiedzie wybrali się z Jabłońskim na przepustkę do miasta. Środowe popołudnie upłynęło szybko, najpierw na targowisku, na zakupie skórzanej, czarnej kurtki dla Ernesta na jesień i zimę. Polubił tę rzecz od razu, mimo że była trochę za duża na niego, stojący kołnierz jednak dodawał mu fasonu, takiej "męskiej" tajemniczości, niczym z czytanych właśnie książek. Nie przewidywał, że zwiedzi w niej kawał świata.
Później zaliczyli seans głośnego, nowego filmu "Zagadka nieśmiertelności", a resztę wieczoru spędzili w barze przy piwie, omawiając i dyskutując o głównym wątku filmu, związanym z wieczną młodością, przemijaniem urody i umieraniem, okraszonym śmiałymi jak na te czasy scenami seksu i horroru. Przed dwudziestą drugą grzecznie zameldowali swój powrót u oficera dyżurnego jednostki.
Dopiero nadchodzący piątek przyniósł niespodziankę, zdarzenie, które zaważyło na całej jego przyszłości.
Był pogodny, chociaż już nie najcieplejszy wieczór. Kilka minut po dwudziestej pierwszej Ernest wracał z kantyny, trochę znudził się obserwowaniem rozgrywek brydżowych, tym bardziej że ta gra coraz mniej go zajmowała, na korzyść kącika podróżników.
Wszedł do swojego pokoju, zapalił światło. Ujrzał siedzącą na kanapie Katarinę Michaiłowną. Wyprostowana, dumna, delikatnie poruszała nogą założoną na kolanie, z typową sobie gracją paliła papieros, z tej pozycji spoglądała za okno. Właściwie wydawało się, że obserwowała cały świat, na zewnątrz i wewnątrz. Była jak dama, pani tego świata, przynajmniej takie chciała robić wrażenie.
Ernest zauważył, że na stoliku przed kanapą znajdowała się popielniczka z trzema niedopałkami, wywnioskował, że spędziła w tym pokoju, co najmniej pół godziny. Było to dosyć długie oczekiwanie, jak na kogoś, kto chce mieć pozostałych pod swoim butem, jednak tego wniosku umysł Ernesta już mu nie podpowiedział, był zbyt przejęty niespodziewaną wizytą.
Na jego widok nonszalancko odwróciła głowę w stronę okna, odezwała się krótko i władczo, ale łagodnym i zniewalającym głosem.
- Zgaś, proszę.
Usłuchał i wykonał
- Zamknij na klucz.
Wykonał.
- Powinieneś się postarać o firanki i zasłony. Wszystko u ciebie widać z zewnątrz. Często cię obserwuję. Nie podglądam, tylko obserwuję. - Uśmiechnęła się, zgniatając kolejny niedopałek w popielniczce.
Był to ten uśmiech, czarowny i miły, dziewczęcy, jak go nazywał, który zachowywała wyłącznie dla niego, wymieniając z nim skryte i urywane spojrzenia. To w kantynie, to przypadkiem na spacerze, to podczas obiadu w stołówce. Nie zdawał sobie sprawy, jak łatwo wpadał w sidła tego uśmiechu. Z ekscytacją i podnietą myślał o nim, gdy tylko Katarina pojawiała się w zasięgu wzroku.
Za każdym razem czekał na niego. A teraz miał go tylko dla siebie, na wyłączność, nie był skrywany, ani ukradkowy, ale w całej okazałości.
Ernest odezwał się pierwszy.
- Ryzykowała pani, bo mogłem wejść z moim kolegą, porucznikiem Jabłońskim.
- Obserwowałam cię przez okno, widziałam, że wracałeś sam.
- No tak, rzeczywiście. - Odpowiedział z wyraźną niepewnością, nie wiedział, jak się ma zachować. Nigdy nie był w takiej sytuacji, Nigdy nie był sam na sam z kobietą, pomijając drobne incydenty z dziewczętami w latach szkolnych.
Ta sytuacja teraz przerastała go całkowicie. Czekał więc na jej ruch.
Wtedy powstała, zbliżała się do niego powolnymi krokami, rozwiązując sznurkowy pasek sukienki, potem rozpięła guziki na przedzie. Gdy zatrzymała się przed nim, jasna sukienka zsunęła się z jej ramion na podłogę. Została w samej halce.
Ernest skojarzył sobie scenę z filmu, sprzed dwóch dni, gdy podobnie uczyniła Miriam grana przez słynną aktorkę.
Stała przed nim w całej okazałości swojego ciała, prześwitującego przez delikatną, jedwabistą materię halki, połyskującej w świetle zewnętrznych lamp.
Była szczupła, smukła, nieznacznie niższa.
Ujął rękoma jej głowę za skronie, poczuł aksamit gładko uczesanych, w tym świetle rdzawo połyskujących włosów, poczuł, że ręce mu drżą, że właściwie cały drży z podniecenia. Kobieta również poczuła jego przeszywające go dreszcze, wtedy pochwyciła jego prawą dłoń, delikatnie ścisnęła i oplotła swoimi palcami. Drugą ręką nieznacznie odchyliła brzeg halki na wysokości ud. Wsunęła pod spód dłoń chłopaka, nie miała bielizny, bo natychmiast poczuł dotyk włosów łonowych. Wtedy przesunęła jego wyprostowany palec niżej, poczuł wilgoć łona, gdy delikatnie, ale zdecydowanie zagłębiła go w siebie. Przymknęła oczy, odrzuciła głowę w tył z głębokim, energicznym westchnięciem, jednocześnie delikatnie ścisnęła uda, zatrzymując między nimi dłoń chłopaka. Po chwili uwolniła ją, by zbliżyć zwilżone palce, którymi przed chwilą dawała sobie rozkosz, do jego warg, muskając je klika razy delikatnymi i czułymi ruchami. Zaraz też, sama je objęła swoimi ustami, poczuł pod opuszkami miękkość języka i podobne ciepło.
Ernest pozostawał bezwładny, całkowicie poddany woli kobiety. Podniecenie było tak silne, że bez najmniejszego oporu wykonywał wszystko, czego od niego oczekiwała. Uniósł twarz, spoglądając w górę, lecz zaraz przymknął oczy, gdy rozpięła pasek od spodni, które natychmiast zsunęła w dół. Po chwili oboje stali nadzy przyciśnięci do siebie, w objęciach splecionych ramion, z ustami złączonymi w łapczywym, zachłannym pocałunku.
Została w jego pokoju przez następne dwie godziny. Po wszystkim, gdy leżeli na kanapie przytuleni, Ernest wciąż oszołomiony, jakby niepewny tego, co zaszło, zapytał:
- Czy twój mąż wie, gdzie jesteś? - Delikatnie muskał opuszkami palców sutki jej piersi, gdy ona z głową wspartą na jego ramieniu patrzyła w górę, paląc papieros.
- Mój mąż spił się razem z Zajcewem. Prawie godzinę przed przyjściem tutaj odprowadziłam go do mieszkania. Będzie spał do rana. - Odpowiedziała, wydmuchując dym, cały czas wpatrzona w sufit.
Zbliżała się północ, gdy wyszła z jego kwatery.
Od tego wieczoru Ernest oczekiwał dni, w których towarzysz kapitan Golicyn zasypiał pijany w swoim mieszkaniu, bo wtedy z pewnością równą, że słońce zajdzie, odwiedzała go Katarina. Nie było regularności, ale spotykali się średnio raz na dwa tygodnie.
Dla Ernesta to były pierwsze poważne przeżycia i doświadczenia w dziedzinie relacji damsko-męskich, nie licząc nieśmiałych macanek i kradzionych dziewczynom całusów na szkolnych imprezkach lub prywatkach.
Łatwo uległ fascynacji piękną, dojrzałą i zdecydowaną kobietą, jeszcze łatwiej uległ jej zainteresowaniu nim. Podobało mu się i imponowało mu to, nie mówiąc o zdobywanym doświadczeniu w życiu intymnym. Ponadto skrywany romans dostarczał mu solidną dawkę emocji, w rutynowej, żmudnej i monotonnej pracy w jednostce.
W końcu ta niezwykła dla Ernesta sytuacja, ten skrywany przed światem romans miał wydać się, bo w takim małym zamkniętym, hermetycznym kręgu ludzi, niecodzienne, nadzwyczajne sytuacje zawsze, prędzej czy później wyjdą na jaw.
Kobieta miała osiągnąć swój cel, którym był wyjazd z tej pustelni i decyzja o rozwodzie, lecz chłopak raczej nie brał pod uwagę ukrytych zamierzeń swojej nowej przyjaciółki. Żył z dnia na dzień, odurzony w uniesieniu, w niecierpliwym oczekiwaniu na kolejne pijaństwo Golicyna i Zajcewa. Pozostawał zauroczony jej urodą, jej ciałem, jej seksualnością, dlatego nie dostrzegał niczego podejrzanego w zachowaniu Katariny. Jego brak doświadczenia życiowego, zasłaniał mu horyzont, prawidłowy osąd sytuacji, konsekwencji, oraz przyszłych zdarzeń.
Nie dostrzegał, nie przeczuwał nadchodzącej burzy.
***
Początkowa euforia i zauroczenie miejscem ustępowała zmęczeniu, coraz częściej ogarniało go znużenie monotonią i rutyną dyżurów. Nadal chwalił sobie możliwość poznawania nowości technicznych i rozwijania się. Nie miał poczucia zmarnowanego czasu, wręcz przeciwnie, wiele się nauczył w zakresie gromadzenia informacji, analizy, wnioskowania ze zbioru pozornie niespójnych, jednostkowych danych.
Dużo czytał, najwięcej Conrada, a spotkania w kantynie dawały mu możliwość, obcowania z nieprzeciętnie inteligentnymi ludźmi. Jednak coraz częściej też odczuwał wrażenie, że się dusi.
Pomimo tego, że miał zapewnione dobre i godne warunki bytowe, to jednak aura tajemnic, życie w ciągłej obserwacji i świadomości bycia podsłuchiwanym, ograniczenie poruszania się, mieszkanie w towarzystwie tych samych ludzi, sprawiało, że to z pozoru wspaniałe miejsce zaczynało mu się jawić, jako złota klatka.
Docierało do niego również, że mija już piętnaście miesięcy, odkąd przebywa w odosobnieniu, w objęciach Ludowego Wojska Polskiego.
Ten święty spokój, z którego cieszył się na początku, zaczynał go przytłaczać, zaczynało mu brakować szerokiego świata, potrzebował odpoczynku, choćby krótkiego urlopu, wyjazdu. Tylko, dokąd? Kto za nim tęsknił? Kto na niego czekał? Z kim on chciałby się spotkać w tym szerokim świecie? Przecież nie miał tam żadnych przyjaciół, nie miał nikogo, również za nikim nie tęsknił.
Ta świadomość przytłaczała go równie mocno, co obezwładniające zmęczenie. To z tego powodu spotkania z Katariną były dla niego tak atrakcyjne, pomimo ryzyka, pomimo możliwości potencjalnie przykrych skutków. Zatracał się w tej relacji, mentalnie uzależniał, oddawał jej swoją duszę.
W trzeciej dekadzie grudnia tuż przed Bożym Narodzeniem, w apogeum ich miłosnych uniesień nastąpił początek nieszczęśliwych zdarzeń, reakcja łańcuchowa przyczyn i następstw.
Był piątkowy wieczór, po skończonym dyżurze w bunkrze aparatury zagłuszającej, Ernest przebywał w pokoju narad. Przy dużym stole konferencyjnym wypełniał kartę meldunku po pracy.
31 grudnia 1985 r. - Aubagne, południe Francji
Po przeszło trzydziestu godzinach podróży, z przerwami na odpoczynek, drogami przez Czechosłowację, Austrię, północne Włochy i południe Francji, kierowca czarnej wołgi na polskich numerach, z oznaczeniem CD, zatrzymał samochód na poboczu drogi, w tym miejscu przylegał do niej parking z rzadka ustawionymi pojazdami. Następnie, wydobył ze schowka i powolnym ruchem poddał Ernestowi papierową zapieczętowana paczkę oraz kopertę. Pod palcami łatwo wyczuło się umieszczoną w niej kartkę oraz plik banknotów.
Ernest otworzył kopertę i wydobył list z odręcznym pismem. Był zmęczony, więc czytał niespiesznie, aby lepiej się skoncentrować, po cichu, ledwie poruszając ustami.
(...)
Często tak to jest, że spotykamy na swojej życiowej drodze różnych przypadkowych ludzi, jednak decyzje, które podejmujemy pod ich wpływem, mają konsekwencje na całą resztę życia. Wtedy obrany kierunek nagle zbacza, spodziewany krajobraz szybko zmienia się, bo dzieją się rzeczy zgoła inne, niż te, które wydarzyłyby się, gdybyś nie poznał tych ludzi. W twoim przypadku zawiodły cię tutaj, bo jesteś od teraz uciekinierem, by nie napisać wygnańcem.
Wiem, że to nie Twoja wina to, co się stało. Ten Rosjanin trochę się zagalopował, ale też nie musiałeś się zabawiać z jego żoną. Chociaż wiem, że nie na wszystko ma się wpływ, a szczególnie na te sprawy. Stało się i nic tego nie odwróci.
W momencie, gdy poznałeś tych ludzi, Twój horyzont zmienił się, raczej nie byłbyś w stanie tego uniknąć.
W kraju jesteś spalony, sprawa musi ucichnąć i przedawnić się, co prawda wyczyściłem Twoje akta, ale towarzysze radzieccy szukają kozła ofiarnego. Musisz przeczekać.
Uznałem, że najlepszą kryjówką będzie Legia Cudzoziemska, to takie typowe i banalne, ale działa. Dasz sobie radę, wiem, że znasz trochę język i jesteś niegłupi.
Zresztą kwalifikację masz właściwie zapewnioną, już się o to postarałem.
Tak jak ci powiedziałem u siebie, pomagam Ci, bo mam jakąś słabość do Ciebie, pewnie przez pamięć twojego ojca, a także, z czystej sympatii dla Twojej matki, jestem jej winien przysługę. Poinformuję ją, że jesteś bezpieczny.
Jeśli jednak zrobisz coś "głupiego" albo na przekór, że nie uda ci się zakwalifikować, jeśli się nie dostaniesz lub jeśli zrezygnujesz, to dalej będziesz musiał radzić sobie sam. Jednak do domu nie możesz wrócić, łatwo zostaniesz namierzony.
W kopercie jest pięćset franków. To na drobne wydatki, do momentu wypłaty pierwszego żołdu, chociaż możliwe, że na początku zabiorą Ci wszystko do depozytu.
To tyle, nie wracaj za szybko.
Powodzenia. Cz.
P.S.
Kierowca przekaże Ci jeszcze paczkę z dokumentami, jest zalakowana. Zrewanżuj mi się i przechowaj ją dla mnie. Oddaj do depozytu. Wiem, że u ciebie będzie najbezpieczniejsza. Nie otwieraj jej, proszę. Oddasz mi, jak wrócisz do kraju. Po paru latach mam nadzieję.
Gdy skończył czytać, wyciągnął z koperty pieniądze, spojrzał na kierowcę, był już w starszym wieku, liczne bruzdy na twarzy wyrażały zmęczenie, a może nawet i trudne, ciężkie przejścia, siwe rzadkie włosy potwierdzały wiek.
- Tu jeszcze jest twój paszport, który okazywałem na przejściach granicznych. Tylko Francuzi przybili pieczątkę.
- Jest pan wojskowym, z MSW?
- Nie, z MSZ, już dziesięć lat jeżdżę dla ambasadora francuskiego. Mam mieć na niego oko. - Mężczyzna uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że się wygadał. - Na ciebie też miałem mieć - mrugnął porozumiewawczo, wciąż się uśmiechając.
- Ma pan rodzinę, dzieci, wnuki? - Bezgłośne kiwnięcie głową w odpowiedzi. - Musiał się pan tłuc ze mną do tego miejsca, zamiast witać nowy rok z rodziną. Proszę to dla pana, i tak mi pewnie zabiorą. Proszę kupić szampana i coś dobrego dla wnuków. U nas przecież pustki w sklepach. -
Podał mężczyźnie banknoty.
- Dziękuję młodzieńcze. - Pokiwał z uznaniem głową. - Dziękuję, powodzenia życzę. Ja wiem, co to za miejsce, ambasador podał mi ten adres i wytłumaczył jak mam tutaj trafić. Ktoś z MSW poprosił go o przysługę, nic więcej nie wiem, ale to i tak za dużo. - Uśmiechnął się do młodego i zapytał jeszcze. - Chyba wszystko w porządku?
Ernest wstał, zabrał swoją czarną, skórzaną kurtkę i worek marynarski.
- Tak. Chyba tak, jakoś dam sobie radę. Szczęśliwego nowego roku - dodał jeszcze do kierowcy, schylony, zamykając drzwi kabiny. Usłyszał już tylko stłumione - szczęśliwego...
Wyprostował się i rozejrzał. Było ponure, mgliste, pochmurne przedpołudnie. Przed sobą miał niewielki parking, dalej z boku brama wjazdowa na ogrodzony teren. Obok bramy, z lewej wartownia, łatwo zauważył wartownika z bronią. Po prawej biały mur ze złotym logiem przedstawiającym wybuch granatu z siedmioma językami ognia. Obok znaku również złote litery: "Commandement Legion Entrangere - 1er Regiment Etranger"13.
Ruszył niepewnym krokiem w kierunku bramy. Wraz z uliczką prowadzącej do niej, zaczynał się płot odgradzający przejście dla pieszych, przy furtce duży napis "Entrée" ze strzałką. Przekroczył furtkę, w prawo prowadził chodnik do wartowni, na wprost furtki niewielki piętrowy budynek z dużymi drzwiami, nad nimi prostokątny szyld, przedzielony na skos, wzdłuż przekątnej, górny trójkąt na zielono, dolny na czerwono. Na środku biały napis "Information - Recruitement".
Spojrzał na zegarek, tak oto we wtorek, ostatniego grudnia osiemdziesiątego piątego roku, w dniu swoich dwudziestych urodzin, o godzinie jedenastej dwadzieścia dwie, zatrzymał się przed wejściem do punktu werbunkowego Legii Cudzoziemskiej, w jednostce administracyjno-szkoleniowej w Aubagne - "Niech się dzieje! Co ma być, to będzie, bo zawsze zdarza się to, czego człowiek nie oczekuje, a żyjemy, tak jak śnimy, samotnie!" - Przypomniał sobie sentencję z jednej z książek Conrada.
Otworzył drzwi, zajrzał niepewnie, duże pomieszczenie jak poczekalnia, było pusto, wszedł i usiadł na krześle w pierwszym rzędzie. Czekał. Zza drzwi, na bocznej ścianie dochodziły oddalone, stłumione odgłosy ożywionych rozmów. Po jakimś czasie znużenie i zmęczenie dało o sobie znać.
Położył się na dwóch krzesłach i zasnął na chwilę.
Poczuł nagłe i silne szarpnięcie w ramię, odruchowo podniósł się, ujrzał przed sobą twarz młodego żołnierza w ciemnozielonym, mundurze polowym, z brunatnymi plamami. Naszywki świadczyły, że nie był zwykłym szeregowym - "może jakiś kapral z biura rejestracji rekrutów?"
- Réveille-toi ! Et toi, es tu volontaire? Hej obudź się! Jesteś ochotnikiem?
- Et oui. Bien s?r ! Je veux rejoindre la légion étrang?re ! Tak. Chciałbym wstąpić do legii cudzoziemskiej. - Głos Ernesta, drżał, był niepewny, rozkojarzony.
- Ooo, słyszę, że mówisz po francusku, ale wiesz, że to i tak ci w niczym nie pomoże.
Przez otwarte teraz drzwi w bocznej ścianie wlewała się grupa kilkunastu młodych mężczyzn, podobnych Ernestowi kandydatów, wystraszonych, przejętych, onieśmielonych. Ich niepewne spojrzenia, zatroskane twarze świadczyły o tym, że wszyscy w jakiś sposób stracili swoją męską dumę, młodzieńczy zapał i przekonanie do bycia legionistą bohaterem. Jawili się teraz jak mali, wystraszeni chłopcy. Każdy trzymał szare pudło i kartę werbunkową.
Ernest stał na miękkich nogach, patrząc na groźnie, energicznie i nieco agresywnie zachowującego się kaprala.
- Kurwa! Fuck! Merde! Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej? Nie przyjechałeś z całą resztą tym autobusem z ośrodka rekrutacji w Nicei? Teraz mam podwójną robotę z rejestracją. No i nowy rok dzisiaj witamy.
Kapral poczerwieniał ze złości, zrobił się przy tej okazji jeszcze bardziej nerwowy i jeszcze bardziej szorstko stanowczy, jednak musiał działać.
- Hej! Wy wszyscy, czekać tutaj! A ty jakiś dokument masz, jakiś paszport?
Ernest podał swój paszport wyjęty z worka.
- Ooo! Polak. Wojtyła, Wałęsa. Znasz ich? Gdzie nauczyłeś się francuskiego?
- W szkole. Ich znam tylko ze słyszenia. - Riposta była błyskawiczna, trochę zbiła z tropu jego rozmówcę. Ernest uśmiechnął się zwyczajowo.
- W legii polityka jest zakazana. Nie ma znaczenia, kim, ani skąd jesteś. Rozumiesz? Ja też chodziłem do szkoły, a francuskiego dopiero tutaj się nauczyłem. Nie byłeś nigdy za granicą? Bo w paszporcie żadnej pieczątki. Masz jakieś pieniądze?
Dyżurny miał smagłą, gładko ogoloną twarz. Musiał być południowcem, może pochodził gdzieś z Maghrebu.
Ernest poczuł się przytłoczony ilością pytań w jednym momencie, nie był pewien, myślał szybko - "może to zachowanie jest celowe, aby nas zmiękczyć, aby co słabsi wykruszyli się na początku" - w końcu odrzekł.
- Nie, to mój pierwszy raz. Nie mam pieniędzy, więc nie mam odwrotu. Muszę się zaciągnąć.
Kapral popatrzył najpierw groźnie, potem z politowaniem.
- Nie uśmiechaj się tak! Coś cię bawi? A to się jeszcze okaże, czy wytrzymasz.
- Chcę być tylko miły.
- Jeszcze zniknie ci ten uśmiech, będziesz śmiał się, płacząc. Dobra idziesz za mną. Wstępna selekcja sprawności, jak się podciągniesz na drążku, to zostaniesz zarejestrowany, jako kandydat, jeśli nie to wynocha.
Ernest zgasił uśmiech, przypominając sobie starą wojskową prawdę, że w armii należy oszczędzać uśmiechy. Starzy w służbie odbierają go za dowód słabości, jak drapieżniki dopadają ofiarę, uważając uśmiech za zaproszenie, a dla kaprali jest to wystarczający powód do nowej porcji wycisku i szykan.
Wyszli przez te same, drzwi, którymi weszła grupa. Korytarz prowadził do okienka jak na poczcie, za którym siedział kolejny żołnierz. Kapral podał mu dokumenty.
- Jeszcze jeden dzisiaj, jakiś spóźnialski.
Po czym zwracając się do Ernesta:
- Wszyscy chcą do spadochroniarzy, ale ci pseudo-twardziele zmiękną, połowa z nich odpadnie lub zrezygnuje, ty też do nich?
- Nie wiem, chyba raczej do łączności, radio, znam się na tym.
- Okej. To do piechoty. Masz szczęście. Tu jest drążek, wskakuj i trzy razy do góry. Ręce szerzej. O tak dobrze, do góry. - Ernest z niemałym wysiłkiem, wykonał ćwiczenie, ale zaliczył, wtedy usłyszał. - Spadochroniarze muszą siedem razy, aby zaliczyć. Tobie wystarczy to. Dobrze, to pierwszy krok do bycia kandydatem. Dawaj teraz plecak, aha ... właściwie to jest worek żeglarski - skomentował, widząc wyhaftowaną kotwicę pomiędzy inicjałami "M W" - wysyp teraz całą zawartość do tego pudełka.
Nie było tego wiele, zapasowa bielizna i skarpetki w worku foliowym, chusteczki i kilka białych flanelowych onuc, portfel, notes szkicownik i ołówek, no i ta tajemnicza szara, tekturowa teczka na dokumenty. Jeszcze raz spojrzał na pieczątkę z orłem odbitą w bordowym laku. Teraz dopiero zauważył czerwony pasek przez środek, z góry na dół, a obok nadruk "Akta".
- To teraz ten worek jeszcze do środka. - Usłyszał głos kaprala. - Na razie zostajesz w tych ciuchach. Tu masz swoją kartę, zabierzesz też pudło, razem z ubraniem złożysz w depozycie.
Zaraz też podał mu wypełniony przez pisarza formularz, po czym okleił pudełko szarą taśmą i przybił pieczątkę. Cała procedura trwała ledwie parę minut.
- To tyle, wracamy do reszty. Już czekają na nas w magazynie, ale najpierw czeka was wszystkich kontrola formalna i wstępne badanie lekarskie.
Wrócili tym samym korytarzem do poczekalni. Zgromadzeni młodzi mężczyźni poderwali się jak na komendę.
- Za chwilę przyjdzie oficer rekrutacyjny i z każdym z was przeprowadzi rozmowę, w obecności tłumacza, będzie was pytał o pochodzenie, o powód wstąpienia i oczekiwania dotyczące przydziału.
Kandydaci na rekrutów ochotników ustawili się w kolejce. Oprócz Ernesta jeszcze czterech znało francuski na tyle, aby się porozumieć. Jednym z nich był Szkot o imieniu Gregor, potem Belg, co było dosyć naturalne, że znał francuski. Kolejny to Jugol z Belgradu, tak właściwie to Serb, i jeszcze jeden Polak, niedoszły archeolog. Jakieś zrządzenie losu, sprawiło, że stanęli razem w poczekalni, poznając się wzajemnie i przedstawiając z imienia, by potem ustawić się obok siebie w kolejce do oficera przeprowadzającego wstępną kontrolę, selekcję i ocenę rekrutów.
Nie wiedzieli jeszcze, że to zrządzenie losu właśnie połączyło ich ścieżki na wiele miesięcy. Tak samo jak nigdy nie przyszłoby im do głowy, że te ścieżki rozejdą się nagle i niespodziewanie, gdy ich przyjaźń będzie w szczytowym momencie, a wszystkiemu okaże się winna, jak zwykle kobieta, chociaż niczego nieświadoma.
- Nazwisko, imię, data urodzenia i kraj pochodzenia - odezwał się oficer do siedzącego przed nim Ernesta, wpatrując się w dane wydrukowane w paszporcie. Ernest odpowiedział bez czekania na tłumaczenie stojącego za plecami kaprala pochodzącego jak i on z Polski. Byli jeszcze inni w oczekiwaniu na swoją rolę. Włoch, Hiszpan, Norweg, i Niemiec.
- Kolejny, który zna francuski, właściwie to dobrze, jednak wy macie fatalny akcent. Jeszcze jakieś języki? - Odwrócił się do legionisty-tłumacza i skinął, że może odejść.
- Lepiej angielski, jeszcze słabo niemiecki - Ernest jak zwykle nic nie ukrywał, chciał się pokazać z lepszej strony.
- Jakie kraje zwiedziliście wcześniej?
- Tylko Francja, teraz. Wcześniej nigdzie nie byłem, nie miałem jeszcze okazji.
- Dlaczego chcecie do legii? - Nie patrzył na Ernesta, tylko robił jakieś notatki w formularzu. Ten jednak zamilkł, nie wiedział, co ma właściwie odpowiedzieć.
- Chodzi mi o to, dlaczego tu przyjechaliście, rozumiecie, czy nie? Jakieś przestępstwo w swoim kraju, alimenty? Chociaż chyba nie, za młodzi jesteście, bardzo młodzi. Nie wiem, czy pasujecie do tego miejsca. Nie jestem pewien czy dacie radę.
- Służyłem w polskiej armii, przeszedłem szkolenie bojowe i specjalistyczne. Było bardzo trudno, ale dałem radę, więc jestem pewien, że nadaję się też do legii.
Oficer oderwał wzrok od papierów, spojrzał chłopakowi prosto w oczy, ten wytrzymał bez mrugnięcia, żaden mięsień mu nie drgnął na twarzy. Wewnętrznie był spięty jak cholera, poczuł olbrzymie wątpliwości, pod stołem prawa noga rozpoczęła swój nerwowy taniec kiwania góra-dół.
Oficer chyba instynktownie wyczuł wahanie i nerwowy tik nogi Ernesta.
- To wasza sprawa, że służyliście już w obcej armii, w niczym wam to nie pomoże, nie ma to dla nikogo najmniejszego znaczenia. Jesteście rekrutem, na samym dnie, od początku, na równi z innymi będziecie musieli odbyć cały cykl. Nawet jeśli bylibyście u siebie oficerem, to tutaj zaczniecie od mycia toalet i szorowania podłogi na klęczkach. Jeśli będziecie się wywyższać, to tym bardziej będziecie mieli gorzej. Nie lubimy tutaj takich. Nie jest ważna narodowość, rasa, kultura czy religia. Wszyscy są sobie równi. Liczy się tylko, że jesteś rekrutem ochotnikiem, nikt tutaj cię nie przyciągnął na siłę, twoja nową ojczyzną będzie legia. Jest tylko jedno motto dla wszystkich "Honneur et fidélité." - Ton oficera zrobił się niecierpliwy, zirytowany, dodał jeszcze. - Ale nie o to pytałem, doczekam się? Może nie mówicie wszystkiego? Ktoś was tu przysłał na szpiegowanie?
- Chciałem przeżyć przygodę, zwiedzić różne kraje, coś zobaczyć, poznać nowych ludzi, z różnych kultur.
- Hehe... czyli tak, jak wszyscy, zwiedzania wam się zachciewa, podróżnicy cholerni... - Własna odpowiedź wyraźnie rozbawiła oficera. Zanotował coś w formularzu. - Czyli na pewno nie ukrywacie się przed wymiarem sprawiedliwości, nie jesteście przestępcą, ani uciekinierem?
- Nie, nie jestem. - Ernest postanowił być już zwięzły stanowczy.
- Hmm... w takim razie dobrze, oto wasza karta do badań lekarskich. Możecie się oddalić. Następny! - Oznajmił doniosłym głosem i spojrzał na kilku kaprali zebranych do tłumaczenia rozmów.
Procedura rozmów kandydatów z oficerem rekrutacyjnym trwała do popołudnia. Sprawdzano motywację rekrutów, wypytywano o przeszłość, karalność. Każdy, kto pomyślnie przeszedł rozmowę wstępną, otrzymywał kartę do lekarza i bilet do magazynu odzieżowego. Z kilkunastoosobowej grupy, dwóch kandydatów odpadło podczas rozmowy. Obaj okazali się być Włochami. Żaden właściwie z obecnych w sali rekrutacji kaprali, ani tłumaczy, oraz stojących w kolejce ochotników nie rozumiał, dlaczego tak się stało. Czy było to wyczucie, intuicja i doświadczenie oficera, czy może jego skrywana niechęć do tej nacji? Przynajmniej tak został odebrany przez wszystkich. Właściwie, to chciał być w ten sposób odebrany, ponieważ czujność go nie zawiodła, zauważył w ich zachowaniu coś szczególnego. Byli ładni, przystojni, gładko ogoleni. Ich gesty, sposób zachowania i ubiór świadczyły o ich subtelnej odmienności. To właśnie podpowiedziało mu wnikliwe i doświadczone spojrzenie. Dyżurny zwrócił im dokumenty i rozpakował i oddał zawartość pudła na rzeczy osobiste, po czym odprowadził do drzwi, nakazując opuszczenie terenu koszar.
Na zewnątrz panował już głęboki grudniowy zmrok, gdy dyżurny zaprowadził całą grupę do dużego pomieszczenia z ławkami.
- To są worki do depozytu, rozbieracie się, każdy wkłada swoje cywilne ubranie. Wszystko, zostajecie nadzy. Zostawiacie tutaj razem z pudełkiem z rzeczami osobistymi. Tam są drzwi do łaźni, przy wyjściu dostajecie ręcznik. Jeśli przejdziecie badanie, oddajecie worek do zaplombowania, i żegnacie się z nim na długi czas, już wam prędko nie będą te rzeczy potrzebne.
Były to ostatnie słowa, które usłyszeli w tym dniu z ust dyżurnego legionisty z punktu rekrutacyjnego.
Cała grupa golasów rekrutów przeszła przez wspólny prysznic w łaźni, wychodząc wprost do badania przez komisję lekarską. Jak się okazało, wszyscy zostali zakwalifikowani, tak naprawdę była to tylko formalność, lekarzom wojskowym zaczynało się już spieszyć na imprezę noworoczną.
Selekcja i szkolenie podstawowe przez następne dwadzieścia dni, miało wyłonić tylko tych, którzy wytrzymałościowo, zdrowotnie i psychicznie podołają trudom testów i szkolenia.
Po badaniu lekarskim wychodzili po kolei wprost pod opiekę trzech innych kaprali oraz szefa kompanii w magazynie sortów mundurowych. Legia wyposażyła ich w bieliznę, dresy, drelichowe mundury i kurtki polowe, trampki, buty wojskowe. Wszystko to, czego potrzebuje żołnierz, aby wyglądać jak żołnierz i zachowywać się jak żołnierz. Każdemu nadano również numer identyfikacyjny marticule.
Grupa ochotników z ostatniego dnia grudnia została przydzielona jednego z plutonów w kompanii szkolno-administracyjnej, kompletując w ten sposób stan osobowy pododdziału, w którym już od kilku dni trwał proces selekcji zgromadzonych kandydatów na rekrutów.
***
Okres weryfikacji, testów i badań w Aubagne, przeleciał jak jedno krótkie, szybkie wspomnienie. Każdy dzień wyglądał identycznie, wczesna pobudka, poranna zaprawa, zbiórka kompanii do apelu. Po śniadaniu, aż do obiadu odbywały się zajęcia sportowe na torze przeszkód. Podczas zajęć testy sprawnościowe przeplatane z dodatkowymi badaniami lekarskimi. Ernest nie był typem atlety, więc testy siłowe zaliczał z trudem i z dużym wysiłkiem, trochę lepiej zwinnościowe i sprawnościowe.
29 stycznia 1988r.,
Toulon, szpital wojskowy Sainte-Anne.
Był dwudziesty dziewiąty dzień stycznia 1988 roku, piątek, od czterech godzin Ernest drzemał na fotelu przed salą intensywnej terapii szpitala wojskowego imienia Świętej Anny w Toulon, oddalonego o czterdzieści kilometrów na wschód od Marsylii.
Szpital cieszył się dobrą opinią, legioniści nazywali go SSA14. Jednak dobra opinia, nie dawała gwarancji przeżycia żadnemu żołnierzowi, który tutaj trafił.
Dwa dni wcześniej, po południu, Claire i Ernest powrócili z misji w Libii.
Teraz chłopak czekał w poczekalni bloku operacyjnego, na zakończenie zabiegu, w pewnym momencie zasnął.
Od dwudziestu godzin stan Claire był stabilny, lekarz prowadzący mówił, że obrażenia wewnętrzne były poważne, rany rozległe, ale wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu.
Dlatego Ernest, wcześniej, przez dobę nie opuszczał pokoju, w którym leżała. Targany wyrzutami sumienia, chciał z nią spędzać jak najwięcej czasu. Od rana przez cały dzień rozmawiali, Claire poczuła się lepiej.
Jednak cztery godziny temu dostała krwotoku wewnętrznego, łóżko, na którym leżała w popłochu zostało zabrane przez pielęgniarki na blok operacyjny.
To był ostatni raz, gdy widział ją żywą.
Obudziło go delikatne szarpnięcie za ramię. Otworzył oczy, poczekalnia oświetlona była słabym, ciepłym światłem dwóch żółtych świetlówek rtęciowych, świat za oknami spowijał mrok, w oddali majaczyły światła portu francuskiej marynarki wojennej oraz pobliskiego miasta.
Zobaczył przed sobą twarz pułkownika Fleury.
- Już po wszystkim! Odeszła. Dziękuję ci, że cały czas z nią byłeś.
- Oh. Pan pułkownik. - Ernest powstał na równe nogi.
- W porządku, daj spokój tutaj z tą dyscypliną.
- Co się stało? Zaspałem? Wiem, że miała operację z powodu kolejnego krwotoku.
- Niestety zmarła na stole, dwadzieścia minut temu.
Nogi ugięły się pod Ernestem, usiadł. Obaj milczeli przez kilka minut.
- Czyli zaspałem jednak! Długo już pan tutaj jest?
- Od godziny, siedziałem obok, widziałem, jak spałeś i również czekałem na koniec operacji. Lekarz właśnie odszedł, był posłańcem złych wiadomości.
- Ostatnio widziałem pana, gdy to ja byłem ranny. To jakieś fatum, spotykamy się tylko w szpitalach.
- Co ty gadasz, jesteś zmęczony tym czuwaniem. Dziękuję za to jeszcze raz. Czy miałeś okazję z nią porozmawiać, pożegnać się?
Ernest spojrzał niepewnie na oficera.
- Pożegnać się? Nie! Owszem rozmawialiśmy, sporo. Rano poczuła się jakby lepiej, była silniejsza.
- Okej, rozumiem. Pod wieczór dostała krwotoku? Wtedy zabrano ją na blok?
- Tak. Siedziałem tutaj cały czas w tej poczekalni, ale zasnąłem.
- Oczywiście, to zrozumiałe. - Fleury usadowił się w fotelu na wprost Ernesta.
Siedzieli w ponurym milczeniu. Ich miny wyrażały żal i smutek. Twarze zwrócone w dół, oczy skupione na jakimś nieokreślonym punkcie na ceglanej posadzce.
Zbierające się krople delikatnego deszczu uderzały z rytmicznym dźwięczeniem w blaszane parapety za oknami.
Pułkownik odezwał się pierwszy, ściszając głos.
- Tutaj jest dobre miejsce na rozmowę, więc opowiedz mi, jak to się właściwie stało? Co się wydarzyło? Odkąd wyruszyliście do Libii, nie mieliśmy kontaktu z wami. Co się tam działo? Czemu nasz człowiek nie telegrafował z wiadomościami?
- To chyba wszystko moja wina!
- Że co? Co jest twoją winą? Że wasza misja zakończyła się niepowodzeniem? Raczej nie!
- Chodzi mi, o to, że tutaj trafiła. To moja wina! To przeze mnie! - Głos mu drżał, zmęczone oczy mocniej zalśniły od łez.
- Przestań się mazać. Opowiesz mi wszystko? Bo ona raportu, to już niestety nie napisze. - Próbował się uśmiechnąć, ale bezskutecznie.
- Tylko po to pan przyjechał?
- Oczywiście, że nie. Dzisiaj rano dopiero otrzymałem wiadomość, że tutaj trafiła. Chciałem być pierwszy, który ją odwiedzi. Czuję się za nią odpowiedzialny, to bardzo dobry oficer. To znaczy była. Ty jednak mnie ubiegłeś. Cały czas z nią byłeś, tak mi lekarz powiedział.
- Tak. Odkąd ją przywiozłem do szpitala w Marsylii, to tylko raz ją tam opuściłem na trzy godziny, musiałem się przebrać i umyć. Potem ją przetransportowali tutaj, odtąd czuwałem przy niej cały czas. Byłem też przy niej wczoraj, jak odzyskała przytomność, to znaczy lekarze ją wybudzili. Dzisiaj rano chciała kawy i papierosa. Było już lepiej jakby stabilniej. Aż do popołudnia, gdy zaczęła kaszleć i pluć krwią. Jakby całe płuca miała posiekane.
- No dobra! Opowiedz mi teraz po kolei. Muszę potem spisać ten raport.
- Nie było tam żadnego waszego człowieka, wasza siatka agentów spalona albo to jakaś lipa, nie istnieje. Ktoś was oszukiwał panie pułkowniku.
- Rozumiem, od początku i po kolei, od momentu, gdy wyruszyliście z Marsylii.
Ernest przymknął oczy, w skupieniu namyślał się przez chwilę. Zbierał myśli, chciał, aby jego opowieść była precyzyjna i dokładna, ale jednocześnie beż zbędnych elementów.
- Rejsowy prom na Maltę wypłynął po południu w dzień Epiphanie. Pogoda była znośna, lekko bujało, ale i tak spokojnie, jak na tę porę roku. Po trzydziestu sześciu godzinach dotarliśmy do celu. Tamtejszy rezydent, wasz człowiek w ambasadzie francuskiej, pomógł nam przy zorganizowaniu dodatkowych sprzętów, jak namioty, śpiwory, siatki maskujące, broń krótką, latarki, kanistry na wodę, racje żywnościowe, kuchenkę gazową i takie tam. Zorganizował też ponton. Większość już miał przygotowane. Karabin snajperski, krótkofalówki, sprzęt do obserwacji mieliśmy swoje.
Zorganizował też umówiony pełnomorski kuter rybacki, z tych większych o dużej dzielności morskiej, jednak niezbyt szybki. O świcie dziewiątego stycznia wyruszyliśmy z nowego, małego portu, który jeszcze budują na południowym krańcu wyspy. Jednostka była zarejestrowana pod algierską banderą, a załogę stanowili rybacy z Malty i Algierii. Rezydent zapewniał, że to podobno sprawdzeni przemytnicy. Jednak dobrze się zakamuflowaliśmy. Nie wiedzieli, kogo przewożą. Te trzysta pięćdziesiąt mil do Benghazi pokonaliśmy w dwadzieścia sześć godzin. Jeszcze godzinę płynęliśmy na wschód od portu. Umówiliśmy się z nimi w tym samym miejscu za dziesięć dni. Jeśli nas nie będzie, to za kolejne trzy. Gdyby znowu nas nie było, to mieli pojawiać się codziennie przez kolejne pięć. Po tym czasie mogą wracać. Pontonem przedostaliśmy się na plażę, tam go ukryliśmy pod klifem między głazami, przysypując piaskiem. Byliśmy około dwudziestu kilometrów od miasta.
- Oui, d'accord! Taki plan przedstawiła mi Claire do zatwierdzenia. - Pułkownik przerwał, dając Ernestowi chwilę wytchnienia.
- Słońce miało już wkrótce zajść. Pod klifem mieliśmy poczekać do rana. Wcześniej oczywiście sprawdziłem otoczenie. Potem czuwaliśmy na zmianę. Jak tylko się rozwidniło, zabezpieczyliśmy nasze obozowisko, potem zabierając ze sobą tylko to, co potrzebne, wyruszyliśmy do Benghazi. Najpierw na południe, w głąb lądu, by trochę oddalić się od morza. Claire z brązowymi włosami oraz intensywną opalenizną, na ciemnej karnacji, bardzo łatwo upodobniła się do miejscowych kobiet. Szerokie szare spodnie, biała jedwabna koszula z długimi rękawami, na wierzch zarzuciła powłóczysty haik. Na głowie czarny hidżab. Zakładała też duże okulary przeciwsłoneczne, by ukryć trochę nietypowy, szaro-niebieski kolor oczu. Udało nam się łatwo dostać do miasta, zupełnie niezauważenie, po drodze, w jednej z osad, na targowisku kupiliśmy osła. Okazało się, że Claire posługuje się arabskim. Po całym dniu marszu weszliśmy do miasta w tłumie rolników, drogą wiodącą z Ar Radżmah. Oczywiście kontrolowaliśmy się cały czas, czy nikt nas nie śledził. Przenocowaliśmy, przy głównym bazarze.
- Kupiliście osła? - Pułkownik pokazał zęby w szerokim uśmiechu z rozbawienia. - Dobry pomysł na świetny kamuflaż.
- Tak pomysł był dobry. Tylko że wszystko na daremno.
- Jak to?
- Rezydent z Malty wysłał do Trypolisu sygnał na wywołanie waszego agenta w Benghazi. Ten z Trypolisu potwierdził. Jednakże nikt się nie pojawił o umówionym czasie. Spotkanie miało się odbyć przed bramą na terenie starożytnego hipodromu. Jest tam mała kafejka. Po czasie sjesty czekałem przy stoliku, zamówiłem herbatę. Na krzesełku obok rozwiesiłem pomarańczową chustę, jako znak. Claire obserwowała otoczenie i ubezpieczała mnie. Miała zacząć krzyczeć na osła, gdyby zauważyła coś podejrzanego, albo jakieś oznaki pułapki. Przez dwie godziny nikt się nie pojawił. Drugim miejscem kontaktowym miała być wschodnia brama, tuż przy korycie ouedu przecinającego miasto. Czekałem z pomarańczową chustą do zmroku. Przez kolejne dwa dni było podobnie. Nocowaliśmy w parku przy straganach handlarzy, chociaż unikaliśmy towarzystwa. Nie chcieliśmy korzystać z żadnego hotelu, bo zaraz wyszłoby na jaw, że jesteśmy obcokrajowcami, przebywającymi tutaj nielegalnie, bez udokumentowanego wjazdu. Tajna policja na pewno założyłaby nam obserwację.
Piątego dnia po oczekiwaniu przed hipodromem, postanowiliśmy wrócić najkrótszą drogą do naszego obozu. Byliśmy wykończeni, mocno cuchnęliśmy. Po drodze zostawiliśmy osła w którejś wiosce. W obozie trochę doszliśmy do siebie i odpoczywaliśmy cały szósty dzień. Postanowiliśmy, że siódmego udamy się jeszcze raz przed hipodrom. Jeśli nikt nie przyjdzie, odszukamy awaryjną kryjówkę, ten wasz "safe hause". No i rzeczywiście, kolejny raz nikt się nie pojawił. Wysiadywanie z pomarańczową chustą przez kolejny dzień zrobiło się ryzykowne, miałem wrażenie, że przechodnie już się na mnie gapią. Jeszcze przed zmrokiem odszukaliśmy kryjówkę pod wskazanym adresem. Był to stary dom, właściwie rudera i to, co z niej zostało. Znajdowała się przy drodze wylotowej z miasta na południe w kierunku osiedla Adżdabija, kilka kilometrów od centrum. W tym momencie doszliśmy do wniosku, że ten nasz kontakt to jakaś lipa. Miał nam pomóc namierzyć rezydencję generała, zorganizować transport oraz bezpieczne lokum, jako bazę wypadową, miejsce do planowania i organizacji działań. Miał nam organizować zaopatrzenie w wyżywienie i podstawowe produkty. Okazało się, że jesteśmy zdani tylko na siebie. Przenocowaliśmy w tych ruinach, by następnego ranka udać się do naszej kryjówki, byliśmy oddaleni od niej jakieś pięćdziesiąt kilometrów, cały dzień marszu. Ósmego dnia wieczorem, ponownie byliśmy w naszym obozie. Spakowaliśmy przyrządy obserwacyjne, lokalizator satelitarny z mapami, pieniądze i broń. Rano wyruszyliśmy do ekskluzywnej dzielnicy willowej po drugiej stronie miasta. Dwa kilometry za nią, na wybrzeżu założyliśmy drugie obozowisko.
Jeszcze wieczorem postanowiliśmy się rozejrzeć. Claire wynajęła taksówkę. Za miastem uśpiliśmy kierowcę, skrępowanego schowaliśmy w bagażniku, przez kilka godzin tego wieczora jeździliśmy w kółko i się rozglądaliśmy. Przenocowaliśmy jeszcze raz w tej ruderze za miastem. Oswobodziliśmy na chwilę kierowcę. Powiedziała mu, że przeżyje i otrzyma dużo forsy, jeśli będzie grzeczny. Uspokoił się. Rano dziesiątego dnia, jasne stało się, że kuter odpłynie, na kolejne pięć dni. My nadal jeździliśmy po tej dzielnicy i wtedy znaleźliśmy prywatną rezydencję generała, pod adresem, który otrzymaliśmy od waszego wywiadu. Postanowiliśmy uwolnić kierowcę, zwróciliśmy mu jego mercedesa. Oczywiście w zupełnie w innej części miasta. Powróciliśmy na wybrzeże, zorganizowaliśmy nowy punkt obserwacyjny, mieliśmy świetne warunki, w ukryciu na zalesionych wzgórzach odgradzających tę dzielnicę od morza. Obserwowaliśmy dom przez trzy dni. Generał wyjeżdżał codziennie do centrum. Niestety, bez wsparcia nie mogliśmy ryzykować śledzenia go, to miało być zadanie dla ludzi waszego, miejscowego człowieka. Wracał dopiero wieczorem, rodzina była w środku. Były doskonałe warunki, aby go zdjąć. No i znowu zabrakło nam wsparcia. Czternastego dnia, gdy przyszliśmy do naszego punktu obserwacyjnego, okazało się, że droga wiodąca przez willową dzielnicę obstawiona jest wojskowymi pojazdami, wokół zaroiło się od wozów policyjnych i wojskowych. Na ulicy, przed domem zauważyliśmy kilka patroli z psami, przygotowujących się do przeszukiwania okolicy. To oznaczało też koniec naszego zadania, to oznaczało też, że kierowca doniósł. Wcześniej Claire nalegała, aby się go pozbyć, jednak ja zmiękłem i sprzeciwiłem się, przekonany, że pieniądze załatwią jego milczenie. Zgodziła się, i to był nasz, mój błąd. - "Nigdy nie należy zostawiać świadków" - tak mi wtedy powiedziała z wyrzutem.
Czym prędzej posprzątaliśmy nasz punkt obserwacyjny. Natychmiast też postanowiliśmy wrócić do naszego drugiego obozowiska, by zabrać sprzęty i zatrzeć ślady. Drogą okrężną, wokół miasta rozpoczęliśmy powrót do naszej pierwszej kryjówki. Około północy byliśmy na miejscu. Dobrze, że noc była jasna. Wcześniej, forsowny, kilkugodzinny marsz w największy upał wykończył nas. Chociaż kawałek udało nam się podróżować dwukółką jakiegoś rolnika, napotkanego po drodze. Mieliśmy poranione i odparzone stopy. Wysuszoną i spieczoną skórę na rękach i twarzy. Cały dzień odpoczywaliśmy w kryjówce. Piętnastego dnia po zmroku zobaczyliśmy umówiony sygnał świetlny od strony morza. To nasz kuter. Odpowiedzieliśmy. Półgodziny później pontonem podpłynęliśmy do jego burty. Przynajmniej ci okazali się rzetelni. Po dwudziestu dwóch godzinach, dwudziestego piątego stycznia wieczorem byliśmy już na Malcie w dużym porcie. Chyba jakoś szybciej, może jakieś prądy nas pchały. Czekał już tam na nas, ten sam rezydent, załoga kutra wywołała go przez radio. Zapłacił tym rybakom-przemytnikom. Wszyscy byli zadowoleni. Okazało się, że w tym dużym porcie cumował statek z uchodźcami z Trypolisu, który miał o północy odbijać w rejs do Marsylii, więc nie czekaliśmy na żaden inny liniowiec, rezydent załatwił nam zaokrętowanie na nim. Dwudziestego siódmego po południu dopływaliśmy do portu w Marsylii.
- Czyli z misji powróciliście cało i bez uszczerbku? Co się działo potem?
- Tak, wróciliśmy bezpiecznie. Jednak ta misja to było kompletne fiasko. Nic nie poszło tak, jak było zaplanowanie, no może tylko podróż tam i z powrotem. Gdybyśmy mieli wsparcie na miejscu, lokalny transport, jakieś pewne lokum, zapasy, to jestem pewien, że zadanie byłoby wykonane.
- Tak, to prawda, Ale chyba rozumiesz, że to nie twoja wina?
- To rozumiem, ale sprawy potoczyłby się inaczej. Nie wsiedlibyśmy na ten przeklęty statek z uchodźcami.
- Dlaczego przeklęty?
- Bo to wszystko przez ten statek. - Ernest wyraźnie był poruszony.
- No dobra, uspokój się. Opowiedz mi, rozluźnij się, mów powoli. - Pułkownik zauważył zdenerwowanie Ernesta. - To też musi znaleźć się w raporcie.
- W marsylskim porcie, na keję zaczęła schodzić z pokładu duża grupa uchodźców. Po ich wyglądzie i mowie rozpoznałem, właściwie odniosłem wrażenie, że pochodzą z północnego Czadu. Czekaliśmy z Claire na swoją kolej, aby nie przepychać się w tłumie. Zaraz za trapem, postawiono trzy stoiska rejestracyjne dla tych ludzi. Wszyscy ustawiali się w kolejkach do nich.
Wtedy, jeszcze z pokładu zobaczyłem kilkunastu Tubu, mieli charakterystyczne stroje, właśnie zeszli na nabrzeże i zatrzymali się na uboczu, zamiast ustawić się do kolejki. - Ernest wstrzymał swoje opowiadanie. Jeszcze bardziej był poruszony. - Jakby uderzył we mnie piorun. Zaniemówiłem i zamurowało mnie. Zacząłem się w nich wpatrywać. Claire zauważyła, że coś przykuło moją uwagę na serio, bardzo się zaniepokoiła. - "Czy zobaczyłeś kogoś, kto może nas, ciebie zdekonspirować?" - "Właściwie to tak" - odpowiedziałem jej. W tej grupie wyróżniały się trzy osoby, pozostałe kilka wyglądało, jakby byli ich służbą, siedem kobiet z okazałymi bagażami, sześciu mężczyzn mogło być ich ochroną. Już byłem pewien, to był Mahamat i jego matka.
Wychyliłem się trochę za burtę i zacząłem do nich krzyczeć, ale nie odpowiedzieli. Możliwe, że w tym szumie nie słyszeli. Chociaż wątpiłem w to, nabrałem przekonania, że raczej ignorują mnie. Wtedy Claire podeszła do mnie i odciągnęła od burty. - "Opanuj się, nie możesz się z nimi spotkać. Przecież zdekonspirujesz się!". - Jak zwykle, miała rację. Opanowałem się. Jednak po chwili zerknąłem ponownie na nabrzeże. Wtedy poczułem się jeszcze bardziej wstrząśnięty. Obok nich zatrzymała się młoda czarna kobieta, w charakterystycznej jedwabnej, czarnej sukni, byłem przekonany, że to Agara, tuż przy niej stała inna młoda kobieta, która trzymała na rękach niemowlę, wydawało mi się, że o znacznie jaśniejszej karnacji.
Ernest zawahał się, wtedy odezwał się pułkownik.
- Agara? Niemowlę? Chyba sobie przypominam, coś pisałeś o niej w tych swoich listach, przeznaczonych dla panny Élodie Parmentier.
Ernest uświadomił sobie, że nie chce się dzielić szczegółami swoich przeżyć w kachimbecie wielkiego derde, ojca Mahamata.
- Tak, rzeczywiście, no to pan pułkownik wie, o co chodzi. - Spojrzał na oficera, lecz nie znalazł potwierdzenia w jego twarzy. - Postanowiłem ruszyć biegiem do trapu, przepychałem się przez jednostajny strumień schodzących na brzeg uchodźców. Claire podążyła za mną. Teraz już wiem, że to był ogromny błąd. Lecz emocje i uczucia były silniejsze. To dzięki Mahamatowi, odnaleźliśmy naszych ludzi na pustyni przy granicy libijskiej. Wiem też, że sami ledwo uszli z życiem...
- Tak ci zależało, aby go spotkać?
- Nie, nigdy o nim wcześniej nie myślałem. Nie wiem, dlaczego ruszyłem im na spotkanie. Może to przez tę Agarę i ...
- A ta Agara, to dokładnie kto? Może to, o nią chodziło?
- To siostra i jednocześnie kuzynka Mahamata.
- Coś cię z nią łączyło?
Ernest zawahał się, poczuł, że zapędził się w kozi róg, i musi jakoś wybrnąć z tej sytuacji.
- Panie pułkowniku, ta kobieta to czarownica. Oni tam handlowali haszyszem, ona była wciąż na haju.
- Rzuciła na ciebie uroki pod wpływem haszyszu? - Pułkownik był wyraźnie rozbawiony w swoim dociekaniu.
- Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale przepowiedziała mi przyszłość. Krew kogoś bliskiego oraz to, co będę robił. To tak, jak przypieczętowanie tej klątwy Mahamata.
- Chyba trochę jesteś zauroczony nimi, rzeczywiście ta fascynacja lub te uroki odcisnęły swój ślad na twojej psychice. Dobra kontynuuj. D'accord, vas-y!
- Jak tylko znalazłem się na nabrzeżu, ruszyłem biegiem w ich stronę. Wtedy drogę zagrodziło mi dwóch mężczyzn, ich ochroniarzy. Machałem rękoma i zawołałem do Mahamata po imieniu, stał jakieś dziesięć do piętnastu metrów dalej. Wtedy krzycząc, odpowiedział mi - "Monsieur, c'est une erreur, vous me prenez pour quelqu'un d'autre!" - "Proszę pana, to pomyłka, bierzecie mnie za kogoś innego". Nie wierzyłem własnym uszom, Mahamat, z którym tyle razem przeżyliśmy, uratowałem go, dźwigając przez pustynię. A tutaj mnie zignorował... Wtedy spróbowałem przedostać się bliżej niego, rąbnąłem z główki, pierwszego ochroniarza. Już ruszałem, gdy ten drugi, podciął mi nogi i ciągnąc za rękaw, przewrócił mnie. Zrobiło się widowisko, Mahamat ze swoimi odwrócił się, pochwycił dłoń Agary, ruszyli szybkim krokiem, aby wmieszać się w tłum między kolejkami. Ten pierwszy ochroniarz zdążył się podnieść, wydobył nóż i zamachnął się na mnie. Odchyliłem się, ale znowu upadłem do tyłu. Wtedy nabiegła Claire, krzycząc na całe gardło - "Va! Salaud! - Spadaj łajdaku!" - jakby tym krzykiem odpędzała jakiegoś intruza, zaraz pochwyciła rękę tego, który mnie przewrócił, wykręciła ją i bez trudu powaliła go na łopatki. Łatwo uległ zaskoczony, że atakuje go kobieta, otrzymał jeszcze kopniak w brzuch. Wtedy ten z nożem, zaszedł od tyłu i ugodził ją brzuch. Była zupełnie zaskoczona. Potem zadał jej jeszcze trzy ciosy w klatkę piersiową. Jakaś kobieta zaczęła krzyczeć na widok krwi, natychmiast inni z tłumu uciszyli ją. Skorzystali z tego obaj ochroniarze i uciekli, chowając się pośród gęstniejącego napływu uchodźców. Coraz więcej ludzi schodziło z pokładu. Zrobił się ścisk i tłok. Claire, najpierw osunęła się na kolana, pluła krwią, ale była przytomna i świadoma. Jednak rzeczowo mi nakazała: - "Podnieś mnie i zabierz mnie stąd. Musimy się stąd wydostać, zanim zjawi się policja!". Zdołałem zabrać nasze torby, wspierając ją na mnie, wydostaliśmy się na zewnątrz tłumu. Gdy mijaliśmy kontrolę graniczną, postanowiłem zaryzykować dekonspirację. W jednym radiowozów siedział kierowca. Zażądałem, aby zawiózł nas do szpitala. Claire podała mu hasło "ranny oficer". Po kwadransie była w rękach lekarzy. Zrobiono jej badania, cztery kłute rany. Trzy w płuca, jedna z perforacją jelita cienkiego i uszkodzeniem śledziony. Tam odbyła się pierwsza operacja, trwała do wieczora. Cały czas spędziłem w szpitalu i czekałem na dalszy ciąg. Usłyszałem od chirurga, że muszą powiadomić policję, dlatego postanowiłem jeszcze raz o dekonspiracji. Oznajmiłem mu, że Claire jest oficerem armii francuskiej i ja natychmiast powiadomię dowódcę, który postanowi o zgłoszeniu na policję. Lekarz zgodził się, ale zdecydował o przekazaniu jej do szpitala wojskowego w Toulon. - "Niech oni się martwią". Zawieziono ją jeszcze tej samej nocy. Ja wróciłem do mieszkania. Przebrałem się, umyłem i rano znowu byłem przy niej. W międzyczasie przeszła jeszcze jedną operację, ponieważ, krwotok płuc nie ustawał. Po południu wybudzili ją, była przytomna, ale oddychała z trudem, często zapadała w sen. Byłem z nią przez całą noc. Rano obudziła się w lepszej formie. Rozmawialiśmy aż do momentu, gdy znowu dostała krwotoku i zabrano ja na kolejny zabieg. Gdy czekałem tutaj, zasnąłem. Dopiero pan mnie obudził, przekazując fatalną wiadomość...
Ernest zawiesił głos, zasępił się, wpatrując nieruchomo w ciemną przestrzeń za oknami.
- Taaa. Rozumiem. - Pułkownik przerwał chwilę ciszy. - Rzeczywiście wszystko byłoby inaczej, gdyby wasza misja się udała. Zbieg niefortunnych zdarzeń. Hmm ... a jednak to się wydarzyło.
- Panie pułkowniku, zdaję sobie sprawę, że spieprzyłem sprawę, nie powinienem za nimi biec. Gdybym tylko posłuchał Claire... ale to było silniejsze ode mnie.
- Nie obwiniaj się, kto by przewidział, że ci dwaj ochroniarze będą tacy agresywni.
- Nie rozumiem tylko, dlaczego Mahamat tak zareagował. Dlaczego się ukrywał, dlaczego Agara mnie zignorowała? Rozpoznałem ją mimo poparzeń na twarzy. Przecież ona... hmm ... - urwał, ale zaraz pytał dalej - dlaczego ci ludzie byli tacy agresywni, żeby zaraz z nożem do kobiety? Może on mnie obwinia, o te wszystkie nieszczęścia, które ich spotkały?
- Muszę się przyjrzeć tym uchodźcom - odpowiedział pułkownik.
- A może to przez Agarę i jej dziecko??
- Co ty z tym dzieckiem? Już któryś raz!
Oficer zamilkł na chwilę, spoglądając uważnie na Ernesta, rozważał możliwości, wreszcie dodał.
- Musieli mieć swój powód, już się raczej nie dowiemy. Na pocieszenie powiem ci, że ja czuję się tak samo podle. To ja ponoszę odpowiedzialność za to wszystko. Zadanie trochę nas przerosło, okazało się, że nie było odpowiednio przygotowane i potwierdzone. Tam na miejscu, bez wsparcia nie mieliście żadnych szans. Ja byłem zaślepiony ambicją, więc wydałem rozkaz. Claire była ambitna i podjęła się wykonania, razem z tobą. Ty jesteś jeszcze młody i może twoja ambicja również napędzała twoje działania. A tak naprawdę nikt nie był gotowy na taką akcję na terenie obcego kraju. Teraz widzę, że to wszystko, to było wariactwo.
- Może, właśnie dlatego mogło się udać? - Ernest próbował jakoś odpędzić ten pesymizm.
- Ciebie można wytłumaczyć młodym wiekiem i brakiem doświadczenia. Chociaż z drugiej strony, swoje przeszedłeś i dużo osiągnąłeś... - Ponownie chwila przerwy. - Ile właściwie masz lat?
- W tym roku będzie dwadzieścia trzy.
- Aha, już pamiętam, ostatniego grudnia... czyli teraz masz dwadzieścia dwa lata i dwadzieścia dziewięć dni. - Uśmiechnął się przyjaźnie do Ernesta.
Obydwaj odwrócili głowy w stronę okien.
W milczeniu wpatrywali się w wilgotną od mżawki przestrzeń, migającą magicznie odległymi światłami z portu wojennego, mieniącymi się refleksami spadających kropel.
Ernest poczuł jakby ulgę. Opowiadaniem swoim oczyścił się, było to jak spowiedź zaufanemu człowiekowi.
Z Claire łączyła go dojrzała, spokojna, wyważona i specyficzna relacja, oparta na wyrachowaniu, ale i wzajemnym zrozumieniu. Oparta również na obopólnej, świadomej rezygnacji z emocji i uczuć, przy jednoczesnej silnej dozie sympatii i prawdziwej przyjaźni. A teraz przez tę pustkę, a może dzięki niej, tej pustce, którą tak nagle odczuł i uświadomił sobie, zrozumiał, że śmierć Claire była pokutą za niewystarczający smutek i zbyt małe cierpienie po stracie Élodie.
Musiał się z tym jakoś pogodzić, dlatego wmówił sobie, że to jest dla niego jak oczyszczenie, wymazanie, puszczenie w niepamięć z wszystkiego, co zrobił, jako najemnik, swoiste wymazanie win i grzechów. Właśnie pomyślał, że to odpowiednie określenie, nie czuł żadnej winy, żadnych wyrzutów sumienia, ale zdał sobie też sprawę, że to już koniec jego kariery w legii. Nie będzie już więcej egzekutorem.
Zbierał w sobie myśli i słowa, aby podzielić się tym odkryciem z pułkownikiem.
Wtedy oficer przerwał ciszę, odwracając się do Ernesta.
- Wyobrażasz sobie, że tak naprawdę, to już mieliśmy się więcej nie spotkać? Tak przynajmniej założyłem, gdy się rozstawaliśmy poprzednio. Jednak przeznaczenie i los sprawił, że znowu rozmawiamy twarzą w twarz, nasze drogi znowu się przecięły. Poprzednio również to była śmierć kobiety.
- Panie pułkowniku, wierzy pan w przeznaczenie?
- Nie wierzyłem. Do momentu, gdy cię poznałem. Wtedy opowiedziałeś mi o tej swojej afrykańskiej klątwie, a teraz znowu to samo. Chociaż wydaje mi się to śmieszne. Właściwie to przestaje mieć już znaczenie, traci ważność ta twoja klątwa - kolejny raz tego wieczoru uśmiechnął się do Ernesta - bo muszę cię już zwolnić ze służby, nie pozbyć się, tylko zwolnić. - Ernest patrzył na pułkownika podejrzliwie. - Tak, kiedyś mi opowiedziała o twoich obawach. Widziałem w jej oczach, że od tamtego momentu były to też jej obawy.
Zrobił krótką pauzę, by zaraz kontynuować.
- Pewnie wiesz, że Claire raportowała do mnie, regularnie.
- Domyślam się, chyba to oczywiste, bo skoro była oficerem i łącznikiem ...
- No i wtedy zrozumiałem, że oboje na siebie wpływaliście, manipulowaliście sobą. Byliście siebie warci. Wiem, że sypialiście ze sobą.
- Ale to nie miało żadnego znaczenia dla niej, tak mnie zapewniała.
- Ambitne kobiety zawsze tak mówią, lecz to, co czują, i o czym myślą, to nawet one nad tym nie panują.
- Myśli pan, że to z tego powodu pobiegła za mną, aby mi pomóc? Że to, przez to straciła życie?
- Myślę, że trochę tak, ale też z poczucia obowiązku i solidarności. Tworzyliście świetny zespół, wszystko szło wam tak łatwo, może to właśnie dzięki tej waszej relacji.
- Właściwie, to miałem nadzieję, że Claire przekaże panu moje obawy, czy tak łatwo pozwolicie mi odejść, po tym wszystkim.
- Tak, masz rację. Nie ukrywam, że nasze rozstanie byłoby trudną sprawą. Dużo wiesz, dużo widziałeś, no i wiesz, kto ci to zlecał. To byłoby niebezpieczne dla nas, jak i dla ciebie. Dlatego wciągalibyśmy cię coraz bardziej we współpracę, pewnie szukalibyśmy jakichś kompromitujących materiałów na ciebie, aby cię związać na dobre.
- Czyli jednak dobrze przeczuwałem. Tylko jakich kompromatów? Że niby co? Że ja i Claire? Przecież ja z nikim innym nie rozmawiałem, nie spotykałem się. Nie mam znajomych, nikogo, nawet sąsiadów nie widuję. Jestem cały czas zajęty. Jedno zadanie po drugim. Najpierw przygotowania, plan i obserwacja, potem akcja, po wszystkim, zacieranie śladów i podkładanie tych fałszywych. Potem nowa akcja i tak w kółko. Na nic innego nie miałem czasu.
- Niby tak. Po jakimś czasie pewnie poznałbyś kogoś, przestałoby ci zależeć. Wtedy, może podstawilibyśmy ci kogoś innego. Póki była Claire to trzymała rękę na pulsie. Jest jeszcze możliwość, że zostawilibyśmy dowody na ciebie, po jakieś twojej akcji. Potem wyciągnęlibyśmy cię z kłopotów, a wtedy byłbyś już nasz, na całego i na długo.
- Okej, teraz rozumiem. Czyli szantaż najlepszym sposobem na uwiązanie. Pomyśleć, że ja to wszystko robiłem z poczucia obowiązku, lojalności wobec armii i wobec Claire. Chyba mnie nie docenialiście...
- Wiem o twojej motywacji, wszystko było w jej raportach. Powtarzały się w nich dwie twoje cechy. To twoje poczucie obowiązku i lojalność. Drugą była twoja odporność. Zawsze było dobrze i spokojnie, dopóki był to cel, obiekt w lunecie karabinu, jak ty to nazywałeś. Gorzej, gdy trzeba było skrócić ten dystans do kilku metrów, wtedy miałeś wątpliwości.
- Wtedy było po prostu trudniej.
- No właśnie! Sama nie potrafiła tego nazwać, ale twierdziła, że tak w ogóle to dobry człowiek z ciebie. Coś w tobie jest takiego... Ja też to widzę... więc dobry człowiek wystarczy za wszystko.
Ernest patrzył na oficera w milczeniu. Ten wyciągnął do niego rękę, podając mu paszport.
- To twój oryginalny. Masz jakieś oszczędności z żołdu w banku?
Chłopak kiwnął głową potakująco.
- A w gotówce?
- Trochę mam, przecież, tak płaciłem za wszystko. Żadnych czeków.
- To dobrze. Masz tu kopertę, piętnaście tysięcy Franków, prawie tyle, co roczny żołd. Wystarczy tego na urządzenie się w nowym świecie. Potraktuj to, jak premię, bo nie możesz pójść do banku, aby podjąć pieniądze ze swojego konta. Może za jakiś czas, najlepiej, jak wszystko ucichnie. Po akcji w Annecy udziałowcy z IEN opłacili policję narodową, wynajęli prywatnych detektywów. No i teraz to jest ich priorytet, sprawa ich ambicji na znalezienie winnego. Już wiedzą, że to korporacja Parmentier za tym stoi, podejrzewają udział armii. Oskarżają wysokich urzędników w ministerstwie obrony. Depczą po piętach, obserwują, wzięli się za monitorowanie kont wojskowych w bankach. Każda następna taka akcja to coraz większe ryzyko namierzenia. Na razie musimy cię wyciszyć.
Pułkownik zrobił pauzę, popatrzył na Ernesta z uwagą, jego skupienie i zdeterminowany wyraz twarzy zdradzał, że chce mu coś oznajmić, tylko się waha.
Oficer jednak kontynuował.
- Najlepiej będzie, jak wrócisz do swojego kraju.
Ernestowi przeleciała nagła myśl, już któryś raz w ciągu krótkiego czasu, elektryzujące wspomnienie słów makabrycznej przepowiedni Agary - "... nawet trochę pobłądzisz, będziesz kogoś kochał, bo twoje serce jest jeszcze czyste i otwarte, ale miłość nie znajdzie spełnienia. Będziesz też zabijał. A do swoich wrócisz szybciej, niż myślisz". Bezwiednie zaczął myśleć o tym nieoczekiwanym powrocie - "Czyli, to miało być to!".
Lawinę wspomnień przerwały słowa oficera, rozbrzmiewające echem jakby gdzieś z oddali.
- Zbladłeś, w porządku wszystko z tobą? Stęskniłeś się za swoimi?
Ocknął się.
- Nie za bardzo, ale możliwe, że oni tam nadal za mną tęsknią.
- Okej, ale masz jeszcze ten nasz francuski paszport na nazwisko, pod którym tutaj pracowałeś. Oficjalnie jesteś obywatelem francuskim, zarejestrowanym w urzędzie, wszystkie dane się zgadzają. Jednak jest ryzyko, węszą mocno, na razie personalnie nikt cię nie szuka. Raczej szybko nie wpadną na twój trop, bo w hotelu meldowała się Claire, o ile pamiętam, teraz przez jakiś czas możesz się nim tutaj posługiwać. No i u siebie również, pod warunkiem, że legalnie przekroczysz granicę, jako obywatel francuski. Możliwe, że to nie będzie łatwe. Bo granice do waszego wschodniego bloku nie tak łatwo przekroczyć.
- Pewnie tak, ale nie wiem jeszcze, jak mam wrócić.
- Ostatecznie ten paszport może ci się jeszcze kiedyś przydać. Jakby to powiedzieć... nie daję ci oficjalnego papieru z wypowiedzeniem kontraktu, możliwe, że jeszcze kiedyś, coś dla nas zrobisz. Może tam u siebie... kto wie, kto wie?
Ernest zasępił się.
- Czyli to nie koniec, klątwa działa - bardziej oznajmił, niż zapytał.
Pułkownik uśmiechnął się pogodnie, pochylił w stronę chłopaka, pochwycił przyjacielsko za bark, na znak złagodzenia złego wrażenia w tej sytuacji.
- To nie tak, po prostu zostawiam sobie otwartą możliwość. - Wciąż trzymał Ernesta za bark, ściszył głos. Co będzie w przyszłości, to się okaże. A na razie idź do mieszkania, weź, co musisz i opuść najpóźniej jutro rano, koniecznie ureguluj rachunki, by nikt cię nie podał do żandarmów municypalnych. - Ponownie chwila na zebranie myśli. - Pojedź pociągiem do Paryża, dopiero tam możesz wymienić swoje pieniądze, franki na dolary, ale koniecznie w kilku różnych bankach. Poczekasz na najbliższy pociąg do Lile. To jest przy granicy z Belgią, którą łatwo przekroczysz na francuski paszport, pojedziesz do portu Ostend nad kanałem. Bez problemu dogadasz się z rybakami, niedrogo opłacisz rejs do Hamburga, zwłaszcza jak będzie więcej chętnych. Możesz poczekać dzień czy dwa, a jeśli powiesz, że jesteś byłym legionistą, to może dostaniesz rabat. Wiem, bo to sprawdzony szlak, nie będziesz pierwszy. Potem złapiesz autobus albo okazję do granicy z Danią, jeździ tam dużo ciężarówek. Po drodze znajdują się też przystanie z przeprawami promowymi, spróbuj wejść na prom, najlepiej do w Szwecji, a tam już sobie poradzisz, ponieważ kursują regularnie promy do Polski. Trochę wydasz na łapówki i lewe wizy.
Ernest słuchał z zapartym tchem, wszystko łatwo zapamiętywał, miał już w tym wprawę. Nie było problemu w ilości informacji, tylko w prędkości jej przekazywania.
Pułkownik skończył mówić, zwolnił uścisk barku chłopaka, wyprostował się i oparł się o fotel. Siedzieli w milczeniu przez kilka minut.
- Dziękuję panie pułkowniku. Nie sądziłem, że to tak szybko się skończy.
- Ja też nie. Miałem długoterminowe plany wobec ciebie, wobec was. Po jakimś czasie stałbyś się samodzielny, jest w tobie potencjał, może później nawet w ten sposób zarabiałbyś na życie. - Fleury uśmiechnął się ironicznie. - Czyli jednak na razie ta twoja klątwa przestaje działać. Możemy powiedzieć, że to dzięki Claire.
Ernest popatrzył z politowaniem na oficera.
- A co z nią? Będzie pogrzeb? Wojskowy? Kiedy i gdzie?
- To będzie zależało od jej rodziny. Wiem, że ma siostrę, Claire podała ją, jako kontakt do powiadomienia. Nie wiedziałeś o tym, ale ta siostra wychowuje jej córkę.
- Córkę?
- Tak. Teraz ma jakieś siedemnaście lat. Claire urodziła, gdy była już trzy lata w naszej służbie. Nigdy nie chciała powiedzieć, kto jest ojcem, ale my swoje wiemy, przecież jesteśmy z wywiadu.
Obydwaj uśmiechnęli się do siebie. Ernest postanowił jednak zapytać.
- To znaczy?
- Szczegóły ci nie są potrzebne. Tak w skrócie, to była romantyczna historia. Mogę ci też powiedzieć, że on był Rosjaninem.
- A gdzie ta jej siostra mieszka?
- Dziewczyna z ciotką mieszkają w Lyon.
- Jakieś nazwisko?
Pułkownik zamilkł, uśmiechnął się, popatrzył z rozbawieniem na Ernesta i pokręcił głową na znak niezgody. Jednak po chwili błyskawicznych rozważań wszystkich za i przeciw postanowił inaczej.
- Hmm... niech ci będzie! Claire, to jej prawdziwe imię, córka to Alouette, siostra to Anna, wszystkie noszą to samo nazwisko, Durandelle.
- Już wiem skąd ta "Alouette" w jej pseudonimie. To pięknie.
- Byliście jak dwa ptaszki. Na mojej na uwięzi, Alouette i Rossignol15.
- Tak, tak rozumiem.
- Alouette właśnie rozpoczęła studia na tamtejszym uniwersytecie. Jutro będę musiał wysłać informację o śmierci Claire, chociaż myślę, że lepiej będzie, jak osobiście do nich pojadę. Córkę i siostrę Annę znam osobiście, kilka razy widziałem się z nimi z okazji świąt. Zrobię to, jak tylko otrzymam oficjalne dokumenty ze szpitala.
Pułkownik urwał, teraz jemu oczy błysnęły wilgocią, przetarł powieki chusteczką. Nie wstydził się tego. Stracił dobrego oficera, żołnierza, stracił wieloletniego przyjaciela.
Przyciszonym głosem, jakby do siebie, od niechcenia zaczął rozważania.
- Zaplanowała, przygotowała i wykonała dla mnie tyle trudnych, ryzykownych i niebezpiecznych zadań. A zaskoczył ją głupi przypadek, chwila dekoncentracji, ochroniarz z nożem. Nie potrafię sobie wytłumaczyć ani pogodzić ze stratą. Niepokojące myśli przelewają się przez mój umysł. - Zamilkł, głos mu się łamał. Jednak zaraz kontynuował. - Co się stało, że pozwoliła zadać sobie ciosy nożem? Co ją zdekoncentrowało? Czy to ci uchodźcy, ten Mahamat, ta druga kobieta z dzieckiem? Jak to z białym dzieckiem? Co miałeś na myśli, mówiąc o nich? Czy to rzeczywiście jakiś czar i urok obezwładnił Claire? Muszę prześwietlić tę grupę uchodźców. Sprawców bez problemu znajdziemy! Nie będzie ryzyka dekonspiracji ani Claire, ani twojego.
Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwał nieśmiały głos Ernesta.
- Właściwie teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak niewiele wiedziałem o niej, o jej życiu prywatnym, nie pytałem, a sama nie opowiadała.
- To i dobrze, bo to główna zasada konspiracji. Wiedzieć jak najmniej o swoich towarzyszach.
- Podobnie jest z moimi przyjaciółmi z Legii. O nich też niewiele wiem, no i sam im nie opowiadałem zbyt dużo. To przez służbę w armii tacy się robimy, zamykamy się w sobie, nie dzielimy się swoim życiem, jedyne, co nas łączy to chwilowe emocje i pasje, liczy się tylko tu i teraz.
Pułkownik pokiwał głową na potwierdzenie, kolejny już raz nastała chwila dłuższego milczenia.
Wreszcie Ernest usłyszał werdykt.
- Teraz się rozejdziemy. Zrób, jak ci zaleciłem. Wyjedź, skorzystaj z okazji, którą ci zaoferowałem. Nie próbuj poszukiwać tego Mahamata i jego rodziny. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Zostaw to nam, obiecuję, że przyjrzę się im. Z pewnością znajdziemy tego, który poranił Claire. To sprawa prestiżu, armii, ale przede wszystkim mojego.
Zamilkł na chwilę, uważnie przyglądał się Ernestowi, jakby chciał odgadnąć jego myśli. Wiedział, że chłopak posłucha jego rad.
- Dziękuję panie pułkowniku.
- Idź już, ja jeszcze chwilę zostanę, pogadam z lekarzem dyżurnym i poproszę o przygotowanie papierów. Może jeszcze pożegnam się z nią...
Ponownie umilkł, Ernest skinął głową na znak aprobaty, wtedy oficer jeszcze dodał.
- Uważaj na siebie. Powodzenia.
- Dziękuję, przyda mi się.
Podał chłopakowi dłoń na pożegnanie i uśmiechnął się. Wreszcie objął go i uściskał po ojcowsku.
- To ja ci dziękuję, za służbę i lojalność. Rzeczywiście dobry człowiek z ciebie. Też na swój sposób polubiłem cię.
Tym razem pożegnanie wydawało się na dobre.
Ernest zobaczył zwężone kąciki oczu oficera, podniesione lekko policzki, usta łagodnie wykrzywione ku górze. Z pewnością to był szczery uśmiech, rozpoznał tak, jak go uczono na kursie obserwacji dla zwiadowców.
Już miał wyjść z poczekalni, w drzwiach zatrzymał się, odwrócił głowę w stronę siedzącego pułkownika, który skinięciem głowy chciał jeszcze raz go pożegnać.
Wreszcie zniknął za drzwiami.
Rzeczywiście nigdy więcej już się nie spotkali.
Ernest postanowił postąpić zgodnie z sugestiami pułkownika. Wieczornym pociągiem pojechał do swojego mieszkania w Marsylii, by oczyścić skrytki i pozbierać swoje rzeczy.
Usiadł w fotelu, patrząc na sprzęt, który mu pozostał z wyprawy do Libii. Na stoliku przed nim leżał pistolet mac50 z zapasowym pełnym magazynkiem, obok lornetka oraz dalmierz optyczny z noktowizorem marki Leica. Na brzegu blatu leżała jeszcze szara tekturowa teczka z pionowym wyblakłym nadrukowanym czerwonym paskiem, z napisem "Akta". Ta przywieziona z kraju.
Wiedział, że sprzęt i broń należąca do Claire, zostały w jej plecaku, pozostawionym w depozycie szpitala. - "Pułkownik pewnie zaopiekuje się tym".
Jednak to, co leżało przed nim na stoliku, nie dawało mu spokoju. Był już spakowany, zabierał ze sobą plecak, ten z wyprawy do Libii oraz swój marynarski worek, który był już dużo bardziej wyładowany, niż w dniu, gdy przybył do Francji, przeszło dwa lata temu.
Siedział w ciszy i rozważał wszystkie za i przeciw. Nie był pewien, czy powinien zabrać ze sobą cały ten kram. Drugą opcją było oddanie. "Tylko komu? Claire już nie ma, to ona zawsze ogarniała sprawy broni i sprzętu. Pułkownik też już go pożegnał i pewnie był świadomy, że mieli broń. Chyba że nie wiedział, bo Claire mu nie zameldowała" - pomyślał, jednak nie miał ochoty zabierać tego żelastwa ze sobą. - "Może uda mi się pozbyć gdzieś po drodze". - Wreszcie zdecydował, że tak zrobi.
Włożył wszystko, co pozostawało na blacie stolika, do plecaka. - "Tu będą bezpieczniejsze". - Zgasił światło. Przez okna wpadały smugi świateł ulicznych latarni oraz łuny oddalonych lamp pobliskiego "Starego Portu", miejsca, które nigdy nie śpi, jak często mawiał.
Jego mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze narożnej kamienicy przy Nabrzeżu Belgijskim. Zamknięte okna przepuszczały stłumione odgłosy dzielnicy tętniącej życiem o każdej porze roku, wychodziły na basen portowy oraz na dwie krzyżujące się ulice, z których hałas mógłby być męczący, gdyby nie fakt, że ta ruchliwość, dawała doskonały kamuflaż.
Ostatni raz spoglądał na nocne życie w porcie. Przeczekał i przemedytował w fotelu do rana. Rozmyślał o wszystkim, czego doświadczył przez te ostatnie dwa lata, było to niczym cicha spowiedź samemu sobie, tylko rozgrzeszenia nikt nie mógł zapewnić.
Jedynie myśli i wspomnienia o Élodie powodowały dławienie w gardle, przypływ szczerego żalu i jakiejś nieokreślonej straty.
Gdy pogodził się sam ze sobą, pojawiła się niepewność, innego rodzaju. Myśli związane z powrotem do kraju. Czy mu się uda, czy nadal go poszukują? No i najważniejsze, jak zareaguje jego matka? Zdał sobie właśnie sprawę, że przez ten czas nie napisał ani jednego listu do niej, nie wysłał żadnej pocztówki. Nie, dlatego że nie myślał o tym, ale ze zwykłej ostrożności, aby nie dawać żadnego sygnału, tym, którzy ją obserwowali. A to, że obserwowali, to było pewne. Obserwowali i czekali na jego ruch.
Niepewność, nawet lęk przeszywały teraz jego umysł. Jednak decyzja już zapadła. Wraca! - "Niech się dzieje! Co ma być, to będzie!" - pomyślał, nie dokończywszy całego zdania swojego motta, przymknął wreszcie oczy i postanowił się trochę się zdrzemnąć.
Gdy szarówka świtu oznajmiała swoje powolne nadejście, spojrzał na zegarek, była szósta czterdzieści pięć.
Wstał z fotela.
Założył swoją luźną, długą do połowy uda kurtkę z czarnej skóry. Tę samą, w której przyjechał dwadzieścia pięć miesięcy temu. Założył plecak i worek na ramię.
Zamknął drzwi na klucz, po czym włożył go do koperty wraz z napiwkiem dwustu franków, bo rachunek miał uregulowany z góry. Kopertę wsunął do szczeliny w skrzynce na listy, przeznaczonej dla właściciela mieszkania.
Wyszedł szybkim krokiem, o siódmej dwadzieścia miał pociąg do Paryża, dworzec Świętego Karola był oddalony o niecałe półtora kilometra, piętnaście minut pieszo, musiał jeszcze zdążyć, kupić bilet.
Szlak ewakuacji wskazany przez pułkownika Fleury był dobrym rozwiązaniem, bezpiecznym i pewnym. Późnym wieczorem jeszcze tego samego dnia był w Lile. Nazajutrz miał dotrzeć do portu Ostend, a stąd do Hamburga, potem transportem kołowym w kierunku Danii. Z portu w Kilonii, kilkadziesiąt kilometrów od duńskiej granicy przedostał się promem do Szwedzkiego miasta portowego Malmö, gdzie złapał pociąg do Ystad. Tutaj przekupił bosmana rejsowego promu pod polską banderą, który ukrył go na pokładzie i przemycił do Świnoujścia.
W tym mieście spędził dwa dni, aby trochę się oswoić i przemyśleć swoje położenie oraz spróbować wykryć ewentualną obserwację bezpieki. Ze statku zszedł przed świtem, po kryjomu, mimo to nie czuł się bezpiecznie. Wszystko wydało mu się zbyt łatwe, dlatego podjął decyzję o sprawdzeniu się.
Po doświadczeniach z Claire miał już w tym wprawę.
Przenocował w podrzędnym hoteliku, by nie rzucać się w oczy. Wykorzystał czas na spacery po prawie pustych plażach, pokrytych cienką warstwą śniegu. Napawał się widokiem polskiego morza, było zimne, szare, falujące, nieustannie szumiące. Jakże kontrastowało z równie monotonnym pejzażem równinnych piasków pustyni. Chociaż była jedna cecha, która była wspólna, która łączyła oba żywioły, to przerażający, złowrogi bezkres przestrzeni, aż po horyzont. Gdziekolwiek by nie zatrzymać oczy, pusta przestrzeń aż do linii widnokręgu.
Jakkolwiek widok ten ekscytował go i hipnotyzował jednostajnym ruchem i szumem fal, to jednocześnie wyzwalał pokorę i jakąś wewnętrzną trwogę.
Nie był pewien czy tęsknił za tym.
Powinien czuć ulgę, oddychać lekko i napawać się odzyskaną wolnością, zamiast tego nachodziły go wątpliwości, że to wszystko stało się tak szybko. Kilkanaście dni temu cierpiał z powodu oparzeń słonecznych w Libii, potem godziny oczekiwania w szpitalu, by po kolejnych pięciu dniach stać już nad brzegiem Bałtyku. Dodatkowo jego melancholię podsycały powracające, nieprzyjemne skojarzenia i wspomnienia ze służby w Helu.
Wyjechał ze Świnoujścia w trzecim dniu wieczorem, pociągiem z przesiadką w Poznaniu, przed południem był w Krakowie.
W tydzień po rozmowie i pożegnaniem z pułkownikiem piątego lutego 1988 roku po południu Ernest zapukał do drzwi mieszkania swojej matki.
Był kolejny piątek.
Miał nadzieję zamieszkać u niej. Miał nadzieję, że go przyjmie z powrotem, pomimo tego całego, jego młodzieńczego buntu, trwającego od czasu nauki w technikum, pomimo braku jakiegokolwiek znaku o sobie.
Miał nadzieję, ale pewności już nie.
- Oh! Wróciłeś?! - zapytała, gdy otworzyła drzwi.
Na chwilę zamilkła, aby go wpuścić do środka. Stała tak i wpatrywała się z niedowierzaniem, ale i uczuciem ogromnej ulgi malującej się na jej twarzy, by wreszcie dodać:
- Właśnie ugotowałam zupę. Weź sobie, stoi na kuchni, jeszcze gorąca.
Odwróciła się i szybkim krokiem oddaliła się do swojego pokoju. W głuchej ciszy słyszał jej szloch. Skrywała swoje wzruszenie, skrywała swoją radość i wszelkie uczucia, nie chciała się nimi dzielić.
To była jego matka.
Wieczorem zastała go siedzącego wciąż przy stole jadalnym w kuchni, opierającego swoją głowę na ramionach splecionych na blacie, obok pustego talerza. Oznajmiła mu krótko.
- Teraz wychodzę do kościoła na różaniec. Będziesz jeszcze, jak wrócę?
- Ty? Do kościoła? - Zawahał się. - Tak, będę, jeśli mi pozwolisz tu zamieszkać. Przynajmniej na jakiś czas.
- No to dobrze. Twój pokój wciąż czeka na ciebie.
Wyszła, nie zamknąwszy za sobą drzwi.
Ernest spędził resztę dnia, leżąc na wersalce, do jej wnętrza schował zapakowane w plastikową kolorową torbę, szarą tekturową teczkę, obficie zawiniętą w gazetę. W drugiej reklamówce schował swój mac50.
***
Ernesta poznałem właśnie wtedy, niedługo po powrocie.
***
- Wracają z poligonu, ale rakiety nadal na pojazdach? - Dopytywał Ernest.
- To atrapy, dla zmylenia satelitów amerykańskich. - Odpowiedź Witalija była natychmiastowa, jakby znowu chciał się przypodobać.
W miarę słuchania rozmowy, Ernest zaczął łączyć usłyszane fakty i nurtujące go myśli związane z fotografiami.
Oświecony nagłym spostrzeżeniem powoli obrócił się w stronę rozmawiających, podniósł rękę z ramką, pokazując starą czarnobiałą fotografię, na niej dwóch młodych mężczyzn w mundurach. W tle nieco z boku rzeźba z popiersiem mężczyzny w rosyjskim mundurze, poniżej na kolumnie tabliczka z napisem:
Patron szkoły
Feliks Dzierżyński
1877-1926.
- Ten z lewej to wy Witaliju Aleksandrowiczu", a ten drugi to, kto?
Pietia i Witalij jak na komendę obrócili głowy, z zainteresowaniem patrząc na fotografię.
- To mój ojciec, w młodości w szkole oficerskiej. - Pietia odezwał się pierwszy.
- Czyli to w tej szkole w Moskwie się poznaliście? - Ernest spojrzał pytająco na Witalija, który tylko przytaknął skinieniem głowy. - Pietia zawsze mówiłeś, że twój ojciec był oficerem wojsk zmechanizowanych, piechoty. A ta szkoła to zupełnie coś innego.
- Co masz na myśli? - Pietia wydawał się zaskoczony.
- Na zdjęciu patronem tej szkoły jest Dzierżyński, który był założycielem i pierwszym komisarzem "czeriezwyczajki" czyli Cz.K., później przekształconej w NKWD. - Obaj z Witalijem słuchali z wywodów Ernesta rosnącym zainteresowaniem, mimo że dla nich to była oczywistość. - Według mnie twój wuj i ojciec byli kadetami szkoły KGB, to właśnie mieliście na myśli, mówiąc" służba bezpieczeństwa"!
- Skąd to wiesz? Uczą was w szkołach tego? Tak się to kończy, jak daje się ludziom za dużo swobody! - Witalij odparował z sarkastycznym uśmiechem na ustach, ale w ten sposób po raz wtóry zademonstrował swój skostniały, przesiąknięty politycznym fanatyzmem, sposób myślenia.
- Wiem i już! Tak, uczą u nas w szkołach! Nic wam do tego. Ten wasz socjalistyczny ład wali się przez pieriestrojkę Gorbaczowa.
- To się jeszcze zobaczy. Was, Polaków pierwszych zrównamy z ziemią. - Witalij nie ustępował.
Wtedy Ernest pokazał ramkę z drugą fotografią tym razem już nowszą, kolorową, unosząc ją tak, aby obaj rozmówcy dobrze ją widzieli. Była na niej grupa czterech młodych kadetów na tle tego samego budynku, obok w tle to samo popiersie z patronem.
Pierwszym z prawej był Pietia. Wyglądał dużo młodziej.
- To chyba ty Pietia? Kilka lat temu. Mówiłeś, że studiowałeś muzykę, potem uciekłeś do Grecji.
- Daj spokój Ernest, nie teraz. Pogadamy później. - Ledwo Pietia wypowiedział to zdanie, Ernest znieruchomiał skonsternowany, Witalij pokręcił głową z niedowierzaniem, Pietia zrozumiał, że popełnił błąd, wypowiadając imię przyjaciela.
Chwila nieznośnej ciszy, gdy na zewnątrz po raz drugi dało się słyszeć narastający warkot i huk ciężkich pojazdów wojskowych. Ziemia znowu dudniła i szyby w oknach zadzwoniły jakby mocniej.
Pietia podniósł się i podszedł do przyjaciela, by odebrać od niego obie fotografie, chwilę im się przypatrywał. Zorientował się, że na chwilę, stracił wuja z pola obserwacji, natychmiast odwrócił się w jego stronę.
Wtedy zapytał, przekrzykując hałas na ulicy i obdarowując go stanowczym pytającym spojrzeniem.
- Skąd to masz?
- Od komendanta szkoły. Oznajmił mi, że byłeś wyróżniającym się kadetem. Byłem z ciebie taki dumny.
- Ja pierdolę. Co to za służby? Kurwa, wszystko wycieka jak woda z dziurawego wiadra. Nic dziwnego, że to się wali.
Pietia pospiesznie powrócił na kanapę, siadając na wprost gospodarza. Przez chwilę siedział w milczeniu, spoglądał raz po raz na fotografie. Nie ukrywał, że bije się ze swoimi myślami. Nie był pewien, co ma robić dalej, jak zakończyć ten impas.
Gdy zakończył się przejazd drugiej baterii wracającej do jednostki, nastąpiła cisza, przynosząca ulgę dla uszu.
Pierwszy odezwał się Ernest, zwracając się do przyjaciela.
- Dlaczego wypowiedziałeś moje imię? Popełniłeś błąd. Teraz to ja będę musiał go kropnąć, jeśli ty tego nie zrobisz.
- Wot swołocz! Sobaczyj syn! Za dużo sobie pozwalasz młodzieńcze.
- Już dzisiaj słyszałem to wyzwisko. Aha, rzeczywiście, ale to było o was Witaliju. - Ernest nie pozostawał dłużny.
Oddalił się, by powrócić do okna.
Już dawno zapadł zmierzch, spojrzał w lewo, w niedalekiej odległości zobaczył jednostajnie zbliżające się światła trzeciej kolumny pojazdów wojskowych. Narastało kolejne dudnienie i warkot motorów.
Usłyszał jeszcze pytanie Pieti.
- Czy to wtedy awansowałeś, po zakończeniu śledztwa, dzięki pozbyciu się "zdrajców"?!
- Już nie mam ci nic do powiedzenia. Chcieli zdradzić i tyle. Należało się im.
- Skończ tak gadać wuju, bo nie wytrzymam! - Wściekły krzyk Pieti dotarł do uszu Ernesta obserwującego przejazd trzeciej baterii.
Odwrócił się w ich stronę, by lepiej słyszeć rozmowę. Doleciał do niego w tym hałasie desperacki głos Witalija.
- To nie musi się źle skończyć, jesteś oficerem, funkcjonariuszem państwowym, jesteś urodzonym wywiadowcą. Możesz kontynuować karierę za granicą, we Francji, lub w Grecji.
- Mówię, skończ, bo nie ręczę za siebie!
- Wystarczy, że wszystko zrzucimy na tego Polaczka. - Ruchem głowy wskazał w stronę Ernesta. - Zeznamy, że to on wszystko tutaj zorganizował, a ty mnie uratowałeś.
- Jak ty nic nie rozumiesz. Kuuuurwa! Nic nie rozumiesz, nie znasz, co to lojalność, wierność, przyjaźń, rodzina. Mózg masz wyprany z uczuć, nie potrafisz samodzielnie myśleć. Tylko ta "socjalistyczna ojczyzna", jesteś jak fanatyk!
- Piotrze. Posłuchaj! - Witalij energicznie podniósł się z miejsca.
Wtedy nastąpił wystrzał, zagrzmiał głucho, stłumiony i wmieszany w dudnienie przejeżdżających ciężkich pojazdów. Tylko półsekundowy błysk z lufy potwierdzał to, co zaszło.
Witalij zatrzymał się z rozłożonymi na boki rękoma, z lewej dłoni wyśliznął się i głucho upadł na dywan mały pistolet PM16, jeszcze zdołał cofnąć się o krok, by bezwładnie opaść z powrotem na fotel. Jego mętniejący wzrok, z wyrazem niedowierzania, skupił się na siostrzeńcu, którego wyprostowana ręka wciąż trzymała mac50, mierząc do niego.
Na szarej, niegdyś białej koszuli pojawiła się plamka, dokładnie tam, gdzie jest serce, najpierw prawie czarna, potem rozlewała się coraz większa, zmieniając kolor na jasnoczerwony. Witalij oparł się na kanapie, po kilku sekundach znieruchomiał, nadal wpatrzony w siostrzeńca, swojego zabójcę.
Ernest nie dowierzał temu, co zobaczył, tak szybkiemu i niespodziewanemu zakończeniu, pomimo tego, że mógł się spodziewać takiego rozstrzygnięcia. Był zaskoczony, lecz nie czuł strachu ani najmniejszej obawy. Przecież, to nie pierwszy raz, gdy strzelali do człowieka. Przez kilkanaście sekund stał wpatrzony w przyjaciela, ten wciąż siedział z wyprostowaną ręką, trzymającą pistolet.
Gdy kolumna trzeciej baterii rakietowej przejechała, znowu zrobiło się cicho i spokojnie, ulga dla uszu, wibracje w czaszkach ustały. Zrozumieli, że tym razem głucha cisza nastąpiła na dobre, przejazd wojsk skończył się w tym samym momencie.
Ernest rzucił ostatnie spojrzenie przez okno w kuchni, zsunął razem ciężkie zasłony, potem podszedł powolnym krokiem do przyjaciela. Pochwycił go za nadgarstek i powoli wydobył z odrętwiałej dłoni swój pistolet mac50. Ruchem kciuka spowodował wypadnięcie magazynka, chwytając go w locie. Przeładował i sprawnym chwytem złapał wyskakujący z komory nabój. Pochylił się i podniósł z podłogi łuskę oraz PM-kę Witalija.
- Kurwa, nie przeszukaliśmy go, to był błąd! Nie możemy tego tutaj zostawić. - Wzrokiem wskazał na swój pistolet, chowając wszystko do plecaka. - To byłby ślad do mnie, we Francji jest oficjalnie zarejestrowany na mnie. A ci durni Francuzi ciągle głupio sympatyzują z Ruskimi, wciąż nie rozumiem ich. Po drodze rozbiorę go na części i pozbędę się.
- Czyli tak to się skończyło? - Usłyszał cichy głos Pieti, chłopak był jeszcze w szoku.
- Jesteś zaskoczony tym? Bo ja nie. Tak się to kończy, gdy się nie ma porządnego planu. To była szalona improwizacja. Chyba tego chciałeś. Zemsty. Czy lżej ci teraz?
- Tak, zemsty. Podobno przelana krew najbliższych domaga się zemsty, że to sprawa honoru, ale nie czuję ulgi, nie czuję satysfakcji, nie czuję dumy. Wcale nie jest mi lepiej.
- Czyli to prawda co mówią o zemście, że jest najlepsza, gdy zaspokajasz ją powoli, z otwartymi oczami, świadomie.
- Właściwie, to nie zauważyłem jego broni. Strzeliłem, bo myślałem, że chce się na mnie rzucić, po tym, jak namawiał mnie, aby ciebie wrobić w to wszystko.
- Okej. Słyszałem. Jeszcze wiele innych rzeczy dzisiaj usłyszałem. Jesteś mi winien sporo wyjaśnień, bo chyba wszystko, co do tej pory mi, nam mówiłeś o sobie, nie było prawdą.
- Jakie to ma teraz znaczenie, w świetle tego, co razem przeszliśmy i przeżyliśmy?
- Oszukiwałeś mnie!
Cisza.
Pietia nic nie odpowiedział, bardzo powoli odzyskiwał utraconą równowagę wewnętrzną, wciąż był oszołomiony.
Ernest kontynuował swoje.
- Ma znaczenie i to ogromne! Dla mnie, dla naszej przyjaźni, dla ciebie. Pogadamy w drodze powrotnej. Teraz musimy zastanowić się jak tu posprzątać i ułożyć jakiś plan, by nie improwizować już więcej. - Ernest wydawał się chłodny, trzeźwo myślący i opanowany. - Weź, się ogarnij. Przecież zawsze dawaliśmy sobie radę, dla nas to nie pierwszyzna.
Wreszcie Pietia wstał, podszedł do martwego Witalija. Palcami opuścił mu powieki. Zerwał z kanapy narzutę i owinął nią siedzące zwłoki.
- Dobra. Działamy. Najpierw zaniesiemy go do bagażnika jego wołgi. Zgasimy światło i trochę posiedzimy po ciemku. Przed północą pojedziemy do miasta jego autem. Po drodze w lesie zakopiemy ciało. Potem weźmiemy twoje auto i pojedziemy na drugą stronę miasta. Wołgę stoczymy do rzeki z mostu, na północnej wylotówce. Tam są szerokie rozlewiska, widziałem na mapie. Nieprędko ją znajdą, jeśli w ogóle, może kiedyś przez jakiś cholerny przypadek. Teraz wszyscy pomyślą, że nawiał albo coś. Jutro po południu już będziemy po polskiej stronie granicy. Mogą powiązać jego z niknięcie z nami jedynie przez Stiepana. Jednak oni są tak wystraszeni, że w ogóle się nie przyzna do znajomości z nami. Jedynie Jurij może namieszać, ale ten wydaje się nie lubić socjalistycznej władzy, nie będzie też się przyznawał do znajomości z handlarzami z Polski.
O świcie powrócili, zaparkowali malucha ponownie na osiedlu, przed jednym z bloków. Byli zmęczeni, głodni, brudni. Wszystko poszło zgodnie z ich planem. Nie było świadków ani w lesie, ani nad rzeką za miastem. Przebrali się i postanowili zdrzemnąć się w aucie do godziny otwarcia sklepów.
Zgodnie z planem zakupili telewizor i kilka mniejszych sprzętów, głównie po to, aby było, co pokazać na granicy. Przemytniczy zestaw turystyczny był obowiązkowy również i w drodze powrotnej, w przeciwnym razie mogliby wzbudzić podejrzenia i narazić się na drobiazgową kontrolę.
Przed południem, wyjechali z miasta w drogę powrotną, piętnaście minut później przejeżdżali przez skrzyżowanie z drogą wiodącą do wioski Varkoviczi, zatrzymali się na stacji benzynowej.
Uzupełnili benzynę, rozglądając się uważnie po okolicy. Dookoła panowała błoga wiejska cisza, żadnego wzmożonego ruchu, żadnych dodatkowych patroli milicji GAI.
- Dobra, ty prowadzisz do granicy, potem ja cię zmienię. - Zawyrokował Ernest, siadając po stronie pasażera.
Ruszyli dalej, w milczeniu. Ernest trzymał na kolanach stylową metalową walizeczkę, a w dłoniach instrukcję zestawu fotograficznego "fotosnajper", którą studiował w skupieniu. Zakupu dokonał godzinę wcześniej w sklepie z elektroniką, była to dla niego niezła gratka.
Dopiero po dłuższej chwili jazdy odważył się skomentować.
- Jedyne pięćset rubli. Najnowszy Zenith TT z pomiarem światła przez obiektyw, w komplecie z teleobiektywem 300 mm, plus konwerter wzmacniający, jeszcze obiektyw szerokokątny i zestaw filtrów. No i ta niesamowita rękojeść ze stelażem, rzeczywiście jak snajperka.
Uśmiechnął się sam do siebie, wiedział, że trafił na świetny sprzęt, który postanowił zatrzymać dla siebie, na pewno nie do dalszej sprzedaży.
- Tak sobie myślę - spojrzał na Pietię, by upewnić się, że go słucha - że ten zakup to jedyna pozytywna rzecz związana z tym szalonym wyjazdem! Reszta to porażka, jak zawód miłosny, jak zdrada małżeńska, bo nie chodzi mi o to, że zabiliśmy go, ale o to, czego się dowiedziałem. Możliwe, że nasza przyjaźń to też był fałsz.
Pietia nadal milczał.
- Czyli byłeś w szkole oficerskiej KGB, nie na studiach muzycznych? Już coś mi zaświtało po tym zajściu podczas kontroli granicznej, gdy pokazałeś jakiś tajemniczy, czerwony dokument. Najpierw chciałem myśleć, że to taki paszport dyplomatyczny albo coś. Gdy zobaczyłem, twoje zdjęcie na tle szkoły, której patronem był Dzierżyński, to oświeciło mnie. Właściwie, to ani ty, ani ten twój wuj nic nie musieliście tłumaczyć. Wszystko samo zrobiło się jasne!
Pietia przez kolejną chwilę nic nie odpowiadał, wreszcie potwierdził.
- Tak, Jesteś spostrzegawczy, zawsze byłeś.
- Powiedz mi jeszcze, a służba w legii, zostałeś do legii skierowany, jako szpieg, czy rzeczywiście chciałeś uciec od tej waszej smutnej rzeczywistości. Jesteś Serbem, czy Ruski?
- Jedno i drugie. Mam podwójne obywatelstwo.
- Czyli nasz kochany sierżant Boucher miał w jednej trzeciej rację.
- Jak to?
- No, z naszej słowiańskiej trójki, ty byłeś rzeczywiście szpiegiem. Chociaż nie rozumiem, o czym mógłbyś pisać raporty, przecież nie miałeś dostępu do żadnych danych.
Pietia milczał, zdawał się w skupieniu patrzeć na drogę przed sobą.
- A nie, zaraz, zaraz.. Może jednak miałeś, przecież obsługiwaliśmy najnowocześniejszy sprzęt szyfrowanej łączności satelitarnej, lokalizatory i nawigację satelitarną. Okej. Znowu mi się układa. -Ernest zawahał się, jego twarz zrobiła się ponura. - Powiedz mi jeszcze... a te nasze wspólne akcje na pustyni, po to zdecydowałeś się być moim obserwatorem, by mieć do nich dostęp? Tak? - Pietia nadal milczał. - Te moje listy do Élodie, też wykorzystywałeś do swoich raportów. To ty spowodowałeś, że nigdy nie zostały wysłane? Jak je kopiowałeś? Fotografowałeś je? I co potem? Miałeś jakiegoś łącznika?
Ernest ze złością i zrezygnowaniem, trochę teatralnym gestem odrzucił za siebie na tylną kanapę instrukcję do "fotosnajpera", zamilkł, zamknął się w sobie.
- Słuchaj Ernest. To nie było tak, jak mówisz! - Głos Pieti był spokojny i opanowany. - Nasza przyjaźń była prawdziwa, lubię cię, nie wyobrażam sobie, abyś mógł mnie znienawidzić. Rzeczywiście w świetle tego, co razem przeszliśmy i przeżyliśmy, wszystko ma znaczenie, ja uratowałem twoje dupsko, a ty moje, ja pomogłem ci a ty mnie. Byliśmy razem, walczyliśmy razem, razem odwalaliśmy brudną robotę za Pana Boga, gdy Ten odwracał plecami się od tego całego gówna. Razem znosiliśmy to wszystko. Kurwa! Nawet razem ogrzewaliśmy się od siebie pod jedną pałatką na pustyni w mroźne noce. To wszystko się liczy i jest ważne, to też jest prawdziwe. Jedyne, co nas różni to cel wstąpienia do legii. Zgoda nie powiedziałem ci prawdy, no, bo jak? Przyjąłbyś do wiadomości to, kim jestem? I co dalej?
- Oszukiwałeś mnie jednak.
Cichy głos Ernesta zabrzmiał mocno jak wyrzut, ale czuł, że przyjaciel ma też rację, za to głos Pieti zabrzmiał jak obrona desperata, któremu świat się kończy.
- Nie oszukiwałem! Kurwa! Co z tego!? Ale to wszystko było prawdziwe! No... przecież akurat o tym, nie mogłem ci powiedzieć...
- Właściwie to, dlaczego nie? Nie ufaliśmy sobie bezgranicznie?
- Wiesz co? Możliwe, że Boucher miał rację, mówiąc zawsze, że większość, jeśli nie wszyscy, którzy do legii przyjeżdżają ze wschodniego bloku, to sowieckie les espions. Był chyba jedynym Francuzem, którego znaliśmy, a który nie sympatyzował z Sowietami.
- Co masz na myśli? - Ernest wyglądał na zdumionego.
- To, że chyba też nie jesteś święty. Tak się składa, że trochę sprawdziłem cię w papierach. I wyszło, że też jesteś synem szpiona.
- Okej, to mi przyjebałeś teraz. Tylko że mój stary nie współpracował z bezpieką. A ja nie miałem z tym nic wspólnego.
- Co za różnica. Wszyscy w jakiś pracujemy dla komuchów i ich aparatu władzy. Ty też pracowałeś.
Tym razem Ernest zaskoczony zaniemówił, sytuacja zrobiła się nerwowa, jednak opanował głos i spokojnie odpowiedział.
- Nigdy się z tym nie kryłem, opowiedziałem wam, gdzie pracowałem przed legią. Wiesz, czym się różnimy? Tym, że ja cię nigdy nie sprawdzałem.
Nastała cisza. Długotrwała cisza. Nieprzyjemna cisza. Złowroga cisza.
- Muszę się przespać, obudź mnie, jak będziemy dojeżdżać do granicy.
To były ostatnie słowa Ernesta aż do momentu, gdy zatrzymał samochód przed szlabanem z czerwoną gwiazdą. Drobiazgowa kontrola paszportów odbyła się po stronie ukraińskiej, nie było kolejki i przejechali gładko. Po stronie polskiej celnik spojrzał jedynie na bagaże leżące na tylnym siedzeniu, przybił pieczątki w paszportach.
Całość trwała może piętnaście minut. Zamienili się miejscami, aż do końca podróży obaj milczeli.
Do mieszkania matki Ernesta dotarli pół godziny przed dwudziestą drugą. Byli potwornie zmęczeni, jednak wszystkie niedogodności ginęły pośród nieporozumienia, jakie pojawiło się między nimi. Nadal dzieliły ich niedopowiedzenia, cisza wydawała się coraz bardziej nieznośna, odsuwała ich od siebie. Ernest wiedział, że rozdmuchany w domu Witalija balon narastających wątpliwości, myśli i wniosków eksplodował, chłopak tracił pewność siebie, odnosił też coraz silniejsze wrażenie, że to tylko jego urażona duma niepotrzebnie potęgowała ten stan. Czy było może coś więcej, czego nie rozumiał, coś, z czego nie zdawał sobie sprawy? Okazało się, że Pietia jest oficerem radzieckiej służby wywiadowczej, może bezpieki, albo zwyczajnym szpiegiem.
Właściwie to powinni być wrogami, bo Ernest wszystkie swoje decyzje życiowe jak dotąd podporządkowywał działaniu na przekór, wbrew systemowi, wbrew władzy ludowej. Był zdeklarowanym przeciwnikiem, wrogiem tego systemu, nawet jeśli, ta władza okazała się, być mu przydatna, może nawet przyjazna wobec niego, przecież to jej wysoko postawiony funkcjonariusz uratował go przed konsekwencjami jego własnych decyzji, skutkami jego własnych wyborów i działań.
Ernest nie był już pewien niczego, nie wiedział, jak reagować na zapewnienia Pieti. Z jednej strony umysł podpowiadał mu, że jego reakcja jest przesadzona, nawet histeryczna, to jednocześnie docierało do niego, że wspólne przeżycia, chwile, w których ufali sobie bezgranicznie, działali instynktownie, rozumiejąc się niemal bez słów, są dowodem, że ich przyjaźń i lojalność jest ponad tym wszystkim, ponad tym systemem zniewolenia w ich ojczyznach.
No i stało się tak, jak Ernest postanowił w swojej zatwardziałości i urażonej dumie, ale nie tak, jak by tego rzeczywiście chciał. Nie przeczuwał, że będzie żałował swojej decyzji i postawy przez wiele lat. Następnego dnia, w niedzielę, czwartego września rano pojechali do Krakowa. Na dworcu głównym kupili bilet na pośpieszny "Sobieski" do Wiednia, planowy wyjazd miał być w południe.
- Ernest nie proszę cię o wybaczenie, bo nie masz, czego mi wybaczać. - Zatrzymali się na peronie przed wagonem. - Nie będę przepraszał za to, kim jestem, ani za to, jak potoczył się mój los. Wzrastaliśmy w skrajnie różnych warunkach, ja w rodzinie funkcjonariuszy, szpiegów. Mój los został przypieczętowany w momencie narodzin. Nie myśl o mnie źle, bo wieczną wojnę mam wpisaną w całym moim życiorysie, aż do końca.
Spojrzał na oblicze Ernesta, było smutne, było milczące, oczy unikały jego wzroku.
Pietia mówił dalej.
- Proszę cię, pomimo tego, kim jestem, pamiętaj mnie dobrze, wspominaj tylko te nasze dobre chwile, właściwie to tylko takie były! Zawsze byłeś, jesteś, zawsze będziesz moim przyjacielem. To wszystko odbyło się za szybko, trwało za krótko, ale czasu i tak już dla nas nie ma. Już wiesz, federacja jugosłowiańska zaczyna się rozpadać. Niebawem również i cały ten wschodni blok demoludów się rozpadanie. Będą zmiany w globalnym układzie sił. Prawdziwa wojna dopiero się zaczyna, ta, do której byłem przygotowywany, również w legii.
Ernest uśmiechnął się wreszcie.
- A ty przecież osiągnąłeś już swój cel, wyrównałeś rachunki z wujem i z całą tą komisją wewnętrzną KGB, nie musisz wracać!
- Muszę. Na początku chciałem cię nakłonić, abyś jechał ze mną do Jugosławii. Moglibyśmy wiele zdziałać. Jesteśmy w tym dobrzy, zgrani, dobrze się rozumiemy, no i mamy świetne przygotowanie i doświadczenie w tej robocie.
- Moje wojny już się skończyły. Ta w Varkoviczi była ostatnia!
Pietia uściskał przyjaciela, długo go obejmując, jednak ten nie odwzajemnił gestu, gdy się rozdzielili, zauważył dwie stróżki łez na policzkach przyjaciela.
- Nawet nie próbowałem nalegać, już na początku zorientowałem się, że nic z tego, że nie uda mi się ciebie namówić.
Jeszcze raz się uściskali, tym razem również i Ernest podniósł ręce.
- Jak, kilka dni temu witaliśmy się, to też miałeś łzy w oczach. - Uśmiechając się, Pietia nadal mówił, w ten sposób próbował zakłócić ciszę. Ciszę, która dręczyła go, dręczyła jego duszę, ciszę, która zabijała ich przyjaźń. - Zawsze byłeś wrażliwcem, co prawda z silną i odporną psychiką, najlepszym strzelcem, i najlepszym z nas we wszystkim, ale jednak wrażliwcem.
Ernest otarł oczy, które nabrały blasku lśniącego niepewnością, złością, żalem, a najbardziej wzbierającymi łzami.
- Chcesz mi powiedzieć, że jestem mięczakiem?
- Nie! Powiedziałem, że wrażliwcem, a to nie jest to samo. Wiem, jaki jesteś. Poznaliśmy się dobrze, wojna nas zbliżyła, zaprzyjaźniliśmy się. Wiem, że jesteś sprytny, odporny na stres, na niewygody i podłe warunki, na całe to wojenne gówno, na krew, na rozbryzgi mózgowia, na miazgę z flaków i w ogóle. Byłeś maszyną do zabijania, do strzelania, często w plecy. Ale z drugiej strony nie jesteś też twardzielem jak na przykład chłopaki z desantu. Jesteś nadal młody, za młody, a "dzidziuś" to była odpowiednia ksywka dla ciebie. Przeżyliśmy i widzieliśmy wiele, ale ty nie nadajesz się na wojnę, to nie twoje życie, spróbuj być zwyczajnie szczęśliwy.
- Masz rację, nie nadaję się na żadną wojnę, jestem za miękki. - Ernest zatrzymał swoją wypowiedź, by zebrać myśli. Wreszcie dodał ponuro. - Życzę ci powodzenia, gdziekolwiek poprowadzą cię ścieżki szpiega, obyś nigdy więcej nie musiał udawać ani udowadniać przyjaźni, jeśli ci się jeszcze przytrafi. - Ponownie kilka sekund ciszy - Chyba nie chcę już, abyś mnie więcej odwiedzał.
Pietia wyraźnie zasępił się, stał przez dłuższą chwilę, rozgoryczony i oszołomiony, z niedowierzaniem wpatrzony w swojego przyjaciela.
Po chwili zainspirowany odezwał się:
- Gdy na przyjaciela weźmie mnie złość, pogadamy, a niezgody zniknie niezgody kość, lecz gdy nieprzyjaciel rozzłości mnie, nie powiem mu, wtedy wzrasta mój gniew17.
Spojrzał jeszcze raz na Ernesta, ten nie zareagował, wtedy odwrócił się, postawił nogę na stopniu do wejścia do wagonu, wrzucił do środka swoją torbę, wspiął się wyżej, wszedł do środka, by zniknąć w korytarzu do przedziałów.
Ernest pozostał na peronie do czasu odjazdu pociągu, niezdolny do najmniejszego ruchu, przerażony własnymi słowami, jeszcze długo po tym, jak ostatni wagon zniknął z pola widzenia. Stał i rozmyślał, szukał usprawiedliwienia dla samego siebie, szukał sensu dla całego swojego dotychczasowego życia.
Uzmysłowił sobie, że sam zbudował swój wizerunek na udawaniu, na fałszywym przekonaniu, że jest odporny psychicznie, że jest silny wewnętrznie, że wszelkie trudy znosił dzielnie, że wszystko, co robił, było bez uszczerbku na duszy. Jednak to, co było mu dane widzieć, czego doświadczył, ekstremalne przeżycia, których zaznał przez ostatnie cztery lata, to było o wiele za dużo, niż potrafiłby znieść zwykły młody chłopak bez okaleczenia tej duszy. Służba w rodzimym wojsku, brutalne wydarzenia wojenne, sytuacje, których był świadkiem, codzienne obcowanie ze złem, któremu na imię było znęcanie się nad słabszymi, okrucieństwo, bestialstwo. Wreszcie zło, które sam tworzył i rozsiewał, całkowicie go przerosły, zabiły w nim wiarę we wszystko, wiarę w ludzi, wiarę w Boga, wiarę w siebie.
Właśnie teraz zdał sobie z tego sprawę, że to nie odporność, tylko zobojętnienie, przyzwyczajenie i instynkt przetrwania. Uświadomienie sobie, że w gruncie rzeczy jest słaby, miękki i wrażliwy, przyniosło mu chwilową ulgę, swobodę, uwolnił wszystkie złe myśli i wspomnienia, by zakopać je głęboko w zakamarkach swojej duszy.
Naszła go pewność, że właśnie teraz wyzwolił się od wojennej klątwy. Dobrze jest być szczerym wobec samego siebie, bobrze dostrzegać dobro, być wrażliwym. Łatwiej jest być miękkim, łatwiej jest odrzucać zło, wypierać je z siebie, wmówić sobie, że nie istnieje. Dobrze jest być szczęśliwym, dobrze byłoby być szczęśliwym...
To poczucie ulgi było tylko chwilowe, zostało zastąpione przez poczucie winy. Wrażliwość, którą sobie właśnie uzmysłowił, wzbudziła nagły wyrzut sumienia, poczuł się źle po tym, jak potraktował swojego przyjaciela. Zaraz potem ogarnęło go nieprzyjemne przeczucie, że może już nie będzie mu dane doświadczyć takiej przyjaźni.
Pietia i Ernest nie spotkali się już nigdy więcej. Nie wiedział, czy to jego ostatnie słowa do przyjaciela były przyczyną, czy też krwawe wydarzenia, w środek, których Pietia wyjechał.
Niecały rok po ich pożegnaniu wybuchły walki serbsko-albańskie w Kosowie. Rozpoczęła się wojna bałkańska. W 1991 niepodległość proklamowały Słowenia, Chorwacja oraz Macedonia. Trochę później odłączyła się Bośnia i Hercegowina, nastąpił całkowity rozpad Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. W efekcie rozgorzały regularne i krwawe wojny z Serbią, których wyznacznikiem okazały się czystki etniczne, na niespotykaną dotąd w Europie skalę.