Schizma - Krzysztof Bochus

-
Proszę czekać

 

 

 

Przypisy

1 Obecnie Kąty Rybackie, wieś na Mierzei Wiślanej.

2 Ros.- Alarm! Przemytnicy.

3 Obecnie ulica Chlebnicka na Głównym Mieście w Gdańsku.

4 Napoleon Bonaparte w ostatnich latach życia cierpiał na nieżyt żołądka, a przyczyną jego śmierci w 1821 r. był - jak wykazała sekcja zwłok - rak żołądka.

5 Franz Anton Mesmer (1734-1815) był niemieckim lekarzem, twórcą teorii magnetyzmu zwierzęcego (mesmeryzmu), uznawanym za prekursora współczesnej hipnozy.

6 Po klęsce Wielkiej Armii w Rosji Gdańsk jako ostatnia francuska twierdza na wschodzie został otoczony przez wojska rosyjskie i pruskie. Długotrwałe i rujnujące dla miasta oblężenie trwało od stycznia 1813 r. do podpisania kapitulacji garnizonu 29 listopada 1813 r. Ostatecznie garnizon skapitulował i opuścił fortyfikacje 2 stycznia 1814 r.

7 Podczas rosyjskiego ostrzału jesienią 1813 r. pociski zapalające przebiły dachy i zniszczyły część sklepień nawy bocznej oraz południowej.

8 Dzisiaj: Kłajpeda, miasto portowe na Litwie.

9 Jean Rapp (1771-1821) - francuski generał i gubernator I Wolnego Miasta Gdańska w latach 1807-1813.

10 Ewangelia wg św. Łukasza 6, 48.

Rozdział I

Wolne Miasto Gdańsk, październik 1813

1.

Nad taflą zalewu unosiły się mgliste opary, zacierając granicę pomiędzy wodą a niebem. Hamilkar uniósł głowę, próbując przebić wzrokiem otaczającą go szarość. Dniało.

Tylko nieustanne bzyczenie po jego lewej ręce wskazywało na bliskość stałego lądu. Wiedział, że to odgłos komarów. Całe roje tych krwiożerczych owadów od tygodni grasowały nad bagniskiem. Ich ilość wzrosła niepomiernie po tym, jak Francuzi po raz wtóry otworzyli wały i zalali wschodnie podejście do miasta, próbując w ten sposób powstrzymać Prusaków i Rosjan.

Komary były tłuste i większe niż zazwyczaj. Zabijane plaśnięciem dłoni, pozostawiały na ciele krwawe plamy - dowód, że wcześniej żerowały na wychudzonych nieszczęśnikach z oblężonego miasta.

- Psst - syknął Hamilkar i podniósł ostrzegawczo dłoń.

Jego towarzysz na rufie milcząco skinął głową. Poluzował uchwyt na wiosłach, łopaty prawie bezszelestnie zanurzały się w wodzie. Łódź posuwała się teraz do przodu bardziej siłą rozpędu niż ludzkich mięśni.

Zbliżali się do newralgicznego i najbardziej ryzykownego punktu tej wyprawy. Jęzor lądu wślizgiwał się w tym miejscu w rozlewisko. Tutejsi mieszkańcy nazywali je Czarcią Kępą. Niegdyś podobno tu straszyło. Nocne strzygi polowały na nieostrożnych rybaków, wynurzając się z szuwarów i wciągając ich w wodne wiry. Znajdowano potem tylko puste łodzie przesiąknięte niezmywalnym odorem czarcich wymiocin i zgnilizny.

Strzygi zniknęły, ale pojawiły się nowe upiory. Żołnierze w podłużnych czapach, mówiący w śpiewnym języku, strzelający do wszystkiego, co ruszało się na wodzie i na lądzie. Rosyjscy wojacy wysłani tu zza Uralu, by zagłodzić i zniszczyć niepokorne miasto. Hamilkar wiedział, że sołdaci cara upodobali sobie to miejsce. Każdy, kto przemycał coś znad Mierzei, chcąc nie chcąc, musiał przepływać obok tego cypla porośniętego trzciną i dziką tarniną.

Tak jak on, Hamilkar Sterling, Gdańszczanin, który do niedawna hołdował niezachwianej wierze w potęgę nauki i ludzkiego umysłu, a teraz niczym szczur wodny przemykał wzdłuż brzegu najeżonego niebezpieczeństwami. Los zmusił go, by porzucił mrzonki i zawalczył o życie: własne i swoich bliskich. Bez tych ryzykownych eskapad w przemytniczej łajbie jego rodzina już dawno przymierałaby głodem. Do wioski menonitów pod Bodenwinkel 1 przywoził wytwarzane przez siebie mikstury przeciwko gorączce i niestrawnościom. Wielkim powodzeniem wśród Olendrów cieszyły się także jego zabawki magnetyczne, które wytwarzał, korzystając z wojskowego złomu, który walał się na gdańskich podwórcach i ulicach.

W zamian przywoził do domu razowy chleb wypiekany przez menonitów, sery i największy skarb - masło, które tak uwielbiała jego Ellie. Znał cenę ryzyka. Rosjanie i Prusacy strzelali bez ostrzeżenia. Dlatego w te ryzykowne eskapady wybierał się nie częściej niż dwa razy w miesiącu. Do niedawna korzystał z chwilowego rozejmu, który latem gubernator Rapp podpisał z wrogami oblegającymi miasto. Miał nadzieję, że ta pauza osłabi czujność carskich sołdatów. Czasami słyszał ich krzyki i pijackie śpiewy dobiegające z brzegu. Zagryzał wtedy wargi i modlił się w duchu - oby udało się jeszcze ten jeden raz!

- Jeszcze wolniej. Wyciągnij wiosła! - powiedział do Ambrożego, a ten natychmiast wykonał polecenie. Stary wiarus został ranny w stopę w bitwie pod Frydlandem. Wdało się zakażenie. Lekarz w lazarecie kazał urżnąć nogę. Hektor, ojciec Hamilkara, przeforsował inne rozwiązanie.

- Obetnę ci trzy palce - powiedział Ambrożemu.

- Jakże to tak? Przyzwyczaiłem się do nich - odparł tamten.

- Dzięki temu jest szansa, że ocalisz nogę.

- Palce to nie oczy. Można bez nich żyć. Tnij, doktorze!

I tak się stało. Noga ocalała. Kilka miesięcy temu spotkał Ambrożego przypadkiem na targu rybnym. Zgadali się, że stary ma szerokie znajomości nad Mierzeją. A menonici potrzebują towarów, które Hamilkar mógłby im dostarczyć...

Dopływali do cypla. Najpierw zobaczyli ciemną kępę drzew, a zaraz potem światło ogniska rozpalonego kilka metrów od brzegu. Siedziało przy nim trzech rosyjskich grenadierów. Popijali bimber z wielkiej butli przypominającej lekarski alembik. Hamilkar widział cienie tańczące po twarzach. Ich karabiny z połyskującymi bagnetami stały ustawione w kozioł. Widocznie Rosjanie nie spodziewali się tej nocy żadnych niespodzianek ani tym bardziej przemytników.

W pole tuman, tuman zatumaniałsia... Kakaja dosaduszka: dróżka doma net....

Pijacki zaśpiew niósł się szeroko nad rozlewiskiem, płosząc stado czapli, które z głuchym łoskotem skrzydeł wzbiły się w powietrze.

- Dobra nasza - mrugnął do Hamilkara Ambroży. - Jak człowiek wypiwszy, to i mniej uważny jest.

Nadali łajbie odpowiedni kierunek i skulili się na pokładzie, aby wtopić się w mrok. Zamiast wioseł używali teraz rąk, ostrożnie sterując łodzią. Przesunęli się bezszelestnie i dotarli do czubka cypla. Światło ogniska za ich plecami zbladło, kładąc się bladą łuną na czubkach tataraku. Jakby dla równowagi zza chmur wyszedł księżyc, oświetlając wodny bezkres.

Hamilkarowi przemknęła przez głowę myśl, żeznów się udało. Wyobraził sobie błyszczące spojrzenie Ellie. Tym razem miał dla niej coś więcej: drewnianą lalkę, którą wycyganił od starszego menonickiego zboru w zamian za własnoręcznie wyreperowany kompas z wojskowego demobilu. Ellie była źrenicą jego oczu, miała niecałe sześć lat, a już potrafiła czytać i zadziwiała wszystkich dookoła...

Zobaczył tego sołdata w ostatniej chwili. Było już za późno. Najpierw ujrzał kontur jego wychudzonych piszczeli, później spuszczone kalesony, wreszcie - strumień moczu oddawany łukiem do wody.

Spotkali się wzrokiem. W oczach tamtego najpierw pojawiło się niedowierzanie, później panika.

Trewoga! Kontrabandisty! 2 - ryknął Rosjanin pełnym głosem, zataczając się i próbując podciągnąć spodnie.

- Chodu! - Ambroży schwycił za wiosła. Te z cichym zgrzytem opadły na wodę. Płynęli teraz wzdłuż szuwarów, za sobą słysząc rumor i zduszone okrzyki. Chwilę później ciszę rozdarły wystrzały. Jedna z kul minęła ich ledwie o centymetry; słyszeli, jak plusnęła w wodę tuż obok łodzi.

- Szybciej, bo nas ubiją! - Hamilkar wychylił się z łajby, młócąc dłońmi o powierzchnię rozlewiska, by wspomóc wysiłki Ambrożego. Odpłynęli dobre kilkanaście metrów od brzegu, dopiero wtedy hałasy przycichły.

Obejrzał się za siebie. Na czubku kępy, w srebrzystej poświacie widział trzech sołdatów. Trzymali pochodnie, próbując rozświetlić mrok i wychwycić uciekinierów.

- Niedoczekanie wasze, ścierwa! - Ambroży splunął przez pożółkłe od machorki zęby.

- Było blisko. - Hamilkar otarł pot z czoła. - Mieli nas prawie jak na widelcu.

- Widocznie Bóg tak chciał.

- Boga bym do tego nie mieszał. Zwykły przypadek, że nadzialiśmy się na tego Ruska. I zwykły traf, że wyszliśmy z tego cało. - Zresztą to już ostatni kurs, wystarczy.

Stary nie odpowiedział. Dobrze znał młodego Sterlinga i jego przekonanie, że światem rządzą niewidoczne dla oka prawa nauki i siła rozumu. Oglądał dziwaczne machiny skonstruowane przez Hamilkara, które miały przybliżyć ludzi do tego celu. Tak po prawdzie był przeciwnego zdania. Po co wyciągać z tych egzaltowanych dam prawdę - bo to one stanowiły główną klientelę młodego Sterlinga? Po co ciągnąć je za język, i to przy użyciu tak diabelskich wynalazków, jak jakaś hipnoza czy machina do wykrywania kłamstw?

Przecie nie każda prawda powinna wychodzić na jaw. Są takie tajemnice, które ujawnione - nie leczą, a ranią. Przynoszą więcej szkody niż pożytku. I odwrotnie: nie każde kłamstwo należy potępiać. Czasami warto minąć się z prawdą w słusznej sprawie. I szlus. Starzy ludzie to wiedzą. Młodzi ciągle próbują zbawiać świat, nie bacząc na to, że pewne rzeczy należy pozostawić w spokoju.

Płynęli teraz na zachód. Miejscami nurt był już tak płytki, że szorowali łodzią po dnie. Musieli zatrzymywać się w miejscu, Hamilkar zeskakiwał do wody i popychał łajbę do przodu, wyrywając ją z uścisku wodorostów, piasku i przegniłych gałęzi. Widzieli już bladą poświatę nad miastem: zwiewną teraz i przezroczystą niczym woal. Hamilkar pomyślał, że wraca do miasta, które niegdyś ukochał i uznał za swoją ojczyznę, a teraz coraz bardziej przypominało ono obcy, zagubiony na morzu archipelag.

Za godzinę powinni być w domu... Przed oczami stanęła mu postać małej Ellie i mimo woli uśmiechnął się do siebie. Była taka niezwykła, szczebiotliwa i dojrzała zarazem. Po śmierci ojca przed rokiem nagle odeszła jego żona Elizabeth - zabrała ją epidemia ospy. Dwa ciosy, które złamałyby każdego. Pozostała mu tylko Ellie. Jego jedyna rodzina na tym rojącym się od niebezpieczeństw świecie.

Bliskość miasta pobudziła obu mężczyzn do wysiłku. Hamilkar zmienił teraz Ambrożego. Wiosłował rytmicznie, mocno, łódź szybko zbliżała się do brzegu. Po kilku minutach dostrzegli kępy ciemnych zarośli kołyszących się na wietrze. Hamilkar odetchnął z ulgą.

Byli w domu.

Gdy dobili do lądu, Ambroży wyskoczył na twardą ziemię i rozgarnął trzcinę, by uwiązać łajbę do pieńka. Zawsze chowali łódź przed oczami obcych - była ich jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym, pozwalała wyrwać się z tego miasta wszechobecnej biedy, grozy i opuszczenia.

- A co my tu mamy? Jakieś pruskie ścierwo? - Francuszczyzna zabrzmiała jak zgrzyt nożem po szkle. Grenadier wyrósł za ich plecami nagle, jak upiór ze złego snu. Rosły żołnierz patrzył na nich bacznie spod krzaczastych drzwi, w ręku dzierżył karabin z bagnetem, którym kreślił kółka w powietrzu. Jego towarzysz stał obok na szeroko rozstawionych nogach. On również celował do nich z karabinu.

- Spokojnie, panowie - odpowiedział Hamilkar czystym francuskim, starając się trzymać nerwy na wodzy. - Jesteśmy Gdańszczanami.

- Jak myślisz, Jean? - Ta przemowa raczej nie przekonała żołnierza z bagnetem, który zwrócił głowę w stronę swojego towarzysza. - Szpiedzy czy szmuglerzy?

- Ani jedno, ani drugie. Źle nas pan ocenił, sire - zaprzeczył gorliwie Hamilkar.

- Słyszałeś, Jean? Jestem dla niego sire. Ja, który ledwie umiem się podpisać. Czego to ludzie nie gadają, aby kulki uniknąć.

Milczący dotychczas Ambroży drgnął, ale Sterling powstrzymał go ledwie dostrzegalnym ruchem ręki. Widział, jak stary chowa nóż w rękawie. Jeszcze miał nadzieję, że uda im się wykaraskać z tej opresji. Jeden pech z sołdatami wystarczy. Poza tym nie mogli ryzykować strzelaniny z Francuzami, za to groził pewny stryczek.

- Na pewno się dogadamy, panowie. Jesteśmy lojalnymi poddanymi cesarza. Nazywam się Sterling, Hamilkar Sterling. Mieszkam przy Brotbänkengasse 3. Wybraliśmy się na nocny połów, wiadomo: jeść trzeba. Sami coś o tym wiecie. Ciężki jest los żołnierza.

- Popatrz, Jean, jaki litościwy ten fircyk. Pięknie mówić potrafi. I nad naszą żołnierską niedolą się pochyli. Nic tylko takiego zajebać!

- Na kolana, psy! - zakomenderował drugi z Francuzów, mierząc z karabinu w pierś Hamilkara.

- Robicie błąd...

- Zamknij wreszcie mordę! - Wyższy z grenadierów uderzył Hamilkara kolbą w bark. Ten zachwiał się i opadł na kolana.

- W jednym masz rację. - Grenadier pochylił się nad nim. - Jeść rzeczywiście trzeba. Jean, przeszukaj łódź! A wy stać spokojnie, bo odstrzelimy wam łby!

Drugi z Francuzów przeskoczył na pokład, po chwili powrócił z workiem na ramieniu i triumfalnym wyrazem twarzy.

- Same cymesy. - Mlaskał, zaglądając do wora. - Chleb, ser, ożeż w mordę, nawet masło! To nasz dobry dzień, Claude!

- Zostawcie nam chociaż masło - powiedział chrapliwie Hamilkar. - To dla mojej małej córki. Jest chora, ma tylko mnie...

- Trzeba było nie robić dzieci.

- Bądź człowiekiem - nie ustępował Hamilkar, próbując opanować rosnące w nim rozczarowanie zmieszane z wściekłością.

- Siedzimy tu już dziesiąty miesiąc zamknięci jak szczury, dzieciorobie. Bronimy miasta, które nie jest ani nasze, ani nawet wdzięczne. Pijemy brudną wodę topioną ze śniegu i wpieprzamy brukiew. Nawet sramy tylko na rzadko. Więc nie opowiadaj mi tu o człowieczeństwie, szwabie!

- Nie jestem Prusakiem, tylko Gdańszczaninem.

- A co to, kurwa, za różnica? Żywność zostaje. Rekwirujemy ją w imieniu cesarza jako nielegalną kontrabandę. A wy możecie albo dalej się handryczyć i zarobić kulkę, albo wypierdalać. Co wybieracie?

- A łódź? - Hamilkar podniósł głowę.

- Jaka łódź? - W głosie Francuza słychać było kpinę. - Przecież przyszliście tu na piechotę.

2.

Hamilkar zamknął na trzy klucze drzwi do swojej pracowni i powłócząc nogami, skierował się na górę. Po nieudanej wyprawie na Mierzeję spędził cały dzień, dopracowując pewien mechanizm w aerografie, machinie do wykrywania kłamstw. Uznał, że to najlepszy sposób na odegnanie złych myśli i pozbycie się przygnębienia.

Poczłapał do kuchni. Ellie o tej porze jeszcze spała, więc miał nadzieję na chwilę samotności. Nic z tego. Sąsiadka, pani Budzisz, już na niego czekała. Rezolutna, zawsze uśmiechnięta staruszka, obdarzona sardonicznym poczuciem humoru, dobrze pasującym do usposobienia Hamilkara. Po śmierci Elizabeth zajęła się jego domem, prowadząc gospodarstwo, gotując, opierając, sprzątając i opiekując się małą Ellie, podczas gdy on spędzał całe dni i noce w swoim piwnicznym laboratorium.

Mieszkała po sąsiedzku, w małej izbie wypełnionej żeliwną kozą i niezliczoną ilością szklanych bibelotów z dawnych, lepszych czasów. Niegdyś jego ojciec, Hektor Sterling, wyleczył ją z egzemy. Od tamtej pory uważała Hamilkara za syna, a Ellie za własną córkę.

Bywała nieznośna, ale po prawdzie zginąłby bez niej. Bez jej zapobiegliwości, ludowych mądrości i czułości, jaką otaczała małą. Potrafiła wyczarować posiłek z niczego. Była uparta i nie dawała sobie w kaszę dmuchać.

- Coś kiepsko wyglądasz, kawalerze - powiedziała teraz, patrząc na niego bacznie spod gęstych nastroszonych brwi.

- Ależ skąd, droga pani Budzisz. Tylko zasiedziałem się w nocy nad aerografem.

- Tym niby aparatem do wykrywania kłamstw? - Postawiła przed nim gorący kubek z namiastką herbaty: naparem z żołędzi i igieł sosnowych.

- Tym samym. - Hamilkar postanowił przemilczeć to "niby" - Niegdyś ten wynalazek zmieni świat, zobaczy pani. - Upił gorący wrzątek.

- No pewnie. - Spojrzała na niego krytycznie, wycierając ręce w fartuszek. - Tyle że najpierw żołądek przylgnie ci do krzyża. A co do tego ajerografu...

- Aerografu - poprawił ją.

- Przecie mówię. - Zatknęła dłonie pod pachy. - Powiem ci jedno, chłopcze. Nie potrzeba żadnych machin, żeby wiedzieć, kiedy nas ktoś w maliny wypuszcza. Zawsze wiedziałam, kiedy mój Günther, Panie, świeć nad jego duszą, kręcił.

- Niby skąd? - Hamilkar westchnął z dyskretną irytacją.

- Burczało mu w brzuchu. I to niemożebnie. Im bardziej kłamał lub szedł w zaparte, tym głośniej burczało.

- Ależ, pani Budzisz... - Odłożył kubek na stół.

- Prawda w oczy kole, co? - Mrugnęła do niego łobuzersko. - A rzeczy się tak mają, Hamilkarze, że nie potrzeba żadnych ajerografów.

- Aerografów...

- Tych też. Aby ziarno od plew odróżnić, wystarczy przyłożyć ucho do brzucha delikwenta. Jak w środku burczy, znaczy się łże! Dlaczego tak się dzieje? - Wydęła wargi. - Ano dlatego, że organizm do prawdy przyzwyczajony jest, bo Bóg człowieka na swoje podobieństwo zmajstrował. A czy kto widział kiedy, aby Bóg skłamał? Kogoś w chaszcze wyprowadził, oszukał na glanc? No nie, bynajmniej. Dlatego kiszki się buntują, gdy ich właściciel, homo sapiens znaczy, lawirować i kłamać zaczyna. Posłuszeństwa odmawiają, grają jak organy w kościele, nieledwie z brzucha wyrwać się chcą. Bo kłamstwo to grzech na ich naturze. Ot i cała mądrość.

- Gdyby to takie proste było... - Hamilkar ostrożnie pokiwał głową w udawanej zadumie, by nie sprowokować pani Budzisz do dalszej retoryki.

- Ależ tak właśnie jest! - Machnęła ścierką, jakby odganiała muchę. - Prości ludzie to wiedzą, dlatego kłamią mniej. Inaczej niż bogaci, te paniska z wielkimi bebzunami, które pozjadały wszystkie rozumy! Ci to łżą jak najęci! To dlatego bogacze i wielcy tego świata odsuwają się od zwykłych ludzi, odgradzają dworzanami, chowają w swoich pałacach. Żeby ich na kłamstwie nie złapano! Wiesz, chłopcze, dlaczego taki Napoleon nie pokazuje się już publicznie i nikogo do siebie nie dopuszcza? Bo mu w brzuchu kiszki marsza grają! Boi się, że ci wszyscy, których oszukuje od lat, usłyszą to i wreszcie łuski im z oczu spadną. Ot, co! Wspomnisz moje słowa, że te kiszki zgubę mu kiedyś przyniosą 4.

Na szczęście dla Hamilkara w progu kuchni właśnie pojawiła się Ellie, ubrana w przydługą koszulę. Była jeszcze zaspana, przecierała oczy piąstkami, ale na jej twarzy gościł uśmiech. Widział piegi na jej policzkach. Była taka podobna do matki. Pomyślał o maśle, lalce i prowiancie, które zabrali mu francuscy żandarmi, i serce ścisnęło mu się z żalu.

Ellie najpierw przytuliła się do pani Budzisz, a potem podbiegła i wskoczyła ojcu na kolana.

- Oj, tatko. Jak ja ciebie kocham! - Przytuliła się mocno.

- Pewnie jesteś głodna, ptaszyno - bardziej stwierdził, niż zapytał. - Mamy ostatni chleb na śniadanie, ale bez omasty, niestety.

- Co też panicz opowiada! - prychnęła pani Budzisz i ku zaskoczeniu Hamilkara postawiła przed małą talerz z pajdą posmarowaną dżemem.

- Skąd pani to wzięła? - Zdumiony Hamilkar podniósł oczy na gosposię.

- Pamięta pan ten szwajcarski zegar z sypialni pana Hektora?

- Przecie, że pamiętam.

- No to już tam nie wisi.

- Ależ to była pamiątka rodzinna...

- Po pierwsze, panicza o zgodę zapytałam, ale pan tylko głową skinął, w obłokach bujając i myśląc o tych fantasmagoriach i ajerografach. A gdyby raz na ziemię zszedł, to by zmiarkował, że jeszcze nikt się pamiątką nie najadł. A po drugie, Ellie jeść musi, dziewczyna rośnie jak na drożdżach. Poza tym szwajcar szkaradny był i się późnił. No to na co komu taki grat? A tak mamy cały słój dżemu ze śliwek i jeszcze pęto kiełbasy. Utargowałam te delicje na targu od francuskiego oficerka, sam zabiedzony był, że żal patrzeć. Jak żabojady tę wojnę wygrać chcą, skoro sami wyglądają jak szparagi czy nie przymierzając, pół dupy zza krzaka? Wybacz, maleńka.

- Wiem, co to dupa - odpowiedziała Ellie, ukazując dołeczki w policzkach. - Przecież każdy ją ma.

3.

Gdyby to było możliwe, wybrałby inny dzień: pełen światła, powietrza, z lazurowym niebem nad głową jak w rodzinnej Prowansji. Z ciszą dzwoniącą w uszach i z poszumem lawendowych pół ciągnących się po horyzont.

Jednak los widocznie chciał inaczej i miał to, co miał. Dzień ciemny i ciężki od wiszącej w powietrzu wilgoci, wypełniony ujadaniem głodnych psów i dzikim świstem wiatru, który hulał w kanionach ulic. Nie lubił tego miasta, a ono nie lubiło jego.

Szkoda. Nie zawsze strzelamy sobie w łeb - po prawdzie to raz w życiu.

Porucznik Pierre Cazale odszedł od okna i usiadł przy biurku. Po raz ostatni zlustrował przedmioty ułożone na blacie. Wszystko było tak, jak należy. Lubił porządek, słynął z tego w pułku. Symetria znamionowała ład i , upodobanie do niej wyniósł z domu ojca, kartografa cesarskiej armii.

Przed nim leżało pierwsze wydanie Listów perskich Monteskiusza z 1721 roku, oprawione w cielęcy półskórek - prezent od matki. Obok kilka tomów Wielkiej encyklopedii francuskiej Diderota i kryształowy kałamarz wyniesiony z jednego z pruskich pałaców po kampanii 1806 roku... Rzeczy, które lubił i które woził ze sobą po całej Europie w wojskowym sakwojażu. Wierzył, że mają swoją duszę i utajoną przed człowiekiem przeszłość. Tak jak ten ołówek z manufaktury Conte. Kto wie, gdzie rósł wiąz, z którego go wystrugano, co widział i jakie dokumenty nim spisywano? Ważne memuary, listy zastawne, a może romantyczne wyznania kipiące od namiętności?

Przesunął ręką ołówek, aby ten zrównał się z krawędzią encyklopedii. Tak, teraz było wszystko jak trzeba.

"Świat jest jednym wielkim bałaganem, synu - powtarzał mu ojciec. - Dlatego ja poświęciłem życie na rysowanie map, które pozwalają oswoić ten chaos. Ty możesz co najwyżej zadbać o porządek wokół siebie".

Dlaczego jemu nie udało się poskromić tego chaosu, rozświetlić mroku, w którym nieustannie się pogrążał? Dobre pytanie, na które nie znajdował odpowiedzi. Pewne było jedno - musiał zejść ze sceny, na której czuł się persona non grata. To życie uwierało go niczym ostry kamyk w kamaszach, raniło stopy; nie miał już siły, by iść dalej.

Nie widział już żadnego sensu w tej mitrędze. Amen.

Teraz ważny był tylko ten wewnętrzny głos, który wskazywał mu drogę, był jak nitka światła, po której miał wkroczyć na drugą stronę.

Cazale sięgnął do sakwy i wyciągnął swój pistolet kawaleryjski. Lubił tę broń. Jego koledzy w pułku korzystali już z nowszego modelu, ale on uparcie trzymał się wzoru 1777. Ta pukawka uratowała mu życie pod Wagram, gdy w ostatniej chwili odstrzelił austriackiego huzara dybiącego na jego głowę. A teraz to właśnie tym pistoletem miał dokończyć dzieła.

Otworzył panewkę i nasypał niewielką ilość prochu strzelniczego. Użył zdobycznego brytyjskiego, saletra była w nim lepszej jakości. Następnie zamknął pokrywkę i zajął się ładunkiem. Przez wylot lufy dosypał grubszego prochu, wepchnął kulę owiniętą w strzępek papieru i dobił ją w dół lufy za pomocą stempla.

Napiął kurek do pełnej pozycji. Czuł, jak mocno wali mu serce, a jednak zachowywał spokój. Głos szeptał mu przecież do ucha: Spokojnie, bracie. To jedyna droga do Niego. Nie ma żałości, jest tylko ulga.

Przyłożył lufę do skroni. Wziął głębszy oddech. Zostało mu kilka sekund. Wbrew licznym opowieściom, które zasłyszał, w tym ostatnim ziemskim akordzie nie przewinęła mu się przed oczami żadna taśma, nie ujrzał swego trzydziestoletniego życia w jednej sekundzie. Zobaczył jedynie, nie wiedzieć czemu, siebie nad brzegiem Rodanu. Miał siedem lat, w ręku trzymał wędkę zrobioną z leszczynowej gałęzi. Na końcu sznurka miotała się świeżo złowiona ryba. Wachlowała się skrzelami, jej łuski połyskiwały w słońcu. Była wielka, niespodziewana, pierwsza. Chłopiec krzyknął w euforii; a jego krzyk zawibrował w czaszce Cazale'a.

Wstrzymał oddech i nacisnął spust.

Śmierć nadeszła w ułamku sekundy, a poprzedził ją syk zapalającego się prochu na panewce. Kula z wielkim impetem przebiła kość skroniową, zrobiła wyrwę w mózgoczaszce i wyleciała na zewnątrz, kończąc lot we framudze okna.

Głowa porucznika bezwładnie opadła na blat biurka. Po chwili pojawiła się cienka strużka krwi, barwiąc purpurą pierwszy tom encyklopedii Diderota z literą C. Gdyby Cazale żył, na pewno dopatrzyłby się w tej koincydencji jakiegoś znaku, tajemnego algorytmu wprost wypływającego z nauk mistrza.

Jednak nie uczynił tego, bo nie mógł. Nie da się cofnąć czasu, odwrócić lotu kuli ani tym bardziej unieważnić śmierci.

Porucznik Pierre Cazale był już tylko wspomnieniem.

4.

Wnętrze Kościoła Świętego Jana pogrążone było w mroku. Hamilkar przeszedł przez opustoszałą nawę i skierował się w stronę podziemi. Ciemność rozświetlały tylko dwie nieforemne świece. W mieście brakowało wszystkiego: żywności, wody pitnej, zwykłego mydła. Nic dziwnego, że reglamentowano nawet świece. Wyrabiano je teraz ze śmierdzącego łoju zwierzęcego, ich przykry dla nozdrzy zapach płożył się ponad posadzką świątyni. Wosk pszczeli był teraz dobrem dostępnym jedynie dla najbogatszych, a tych także ubywało w zastraszającym tempie w tym podupadłym i zagłodzonym mieście.

Sterling odwiedzał jednak ten kościół nie dla Boga, przynajmniej nie tego znanego z protestanckich czy katolickich obrzędów. Bóg nadal wprawdzie pozostawał dla niego Absolutem, początkiem i końcem wszystkiego, siłą, która odpowiadała za akt stworzenia. Jednak jego trójcą świętą były teraz wiedza, nauka i empiria. To ta triada miała wyrwać ludzkość z obskurantyzmu i niewiedzy, a dzięki postępowi uczynić z człowieka istotą rozumną i świadomą swojej natury. Dlatego z takim zapałem studiował nauki Mesmera 5 i praktykował hipnozę. I to dlatego jego laboratorium w piwnicy przy Brotbänkengasse nieustannie wzbogacało się o kolejne udoskonalone aerografy, machiny do wykrywania kłamstw. Ostatnio głowę jego zaprzątały także nowe, równie fascynujące zjawiska, na które zwyczajnie brakowało czasu.

Wracając do Boga... Czy to nie On odwrócił się od niego, pokazując swoje prawdziwe oblicze? Jeśli był taki miłosierny, to dlaczego pozwolił odejść jego ojcu? Człowiekowi do gruntu uczciwemu, lekarzowi z powołania, który uratował dziesiątki ludzkich istnień? I to krótko po tym, jak po wielu latach obcości odnaleźli siebie nawzajem? Dlaczego Bóg zabrał z tego padołu Elizabeth i osierocił małą Ellie? W ten sposób odebrał mu przecież wszystko, co on, Hamilkar, kochał najbardziej.

Zresztą ta świątynia od dawna już odarta była z wszelkiej świętości. Opuścili ją wierni, a i Bóg zapomniał o swoim domu. Kilka miesięcy wcześniej, w styczniu, jeszcze na początku oblężenia miasta przez wojska pruskie i rosyjskie, rozpoczął się proces jej zniszczenia i dewastacji 6. Odłamki przedziurawiły dach, w którym pojawiły się wielkie wyrwy 7. Zniknął także pastor, pozostawiając swoje owieczki bez opieki. Podobno ktoś widział go w dalekim Memel 8 w towarzystwie dwóch portowych kurtyzan, z dala od Gdańska i dziesięciorga przykazań.

Ocalały jedynie podziemia, gdzie chowano niegdyś zacnych rajców i bogatych armatorów, których stać było na marmurowy grobowiec pod główną nawą. Słyszał wcześniej, że te kazamaty wzięli we władanie wyznawcy jakiegoś innego bóstwa zwanego Nauczycielem nowej religii. Nie byłoby to zresztą niczym nadzwyczajnym. W mieście odciętym od świata szerzyły się najdziksze plotki i przepowiednie o nadchodzącym końcu świata. Miesiąc wcześniej francuska policja aresztowała jakiegoś fałszywego proroka, który nauczał na Długim Pobrzeżu, twierdząc, że jest emanacją Jezusa. W miejsce zwolnione przez starą wiarę, wpychali się religijni szarlatani i nowe sekty.

Piwnica wypełniona już była przybyłymi. Hamilkar wyczuwał ich obecność po cichym szemraniu dobiegającym z ciemności, zapachu machorki i wilgoci parującej z kapot. Pod ścianą zapalono dwie wielkie gromnice, miały oświetlać charyzmatycznego, jak mawiano, kaznodzieję, który - zanim jeszcze przed oblężeniem trafił do Gdańska - nauczał w całej Europie, od Sztokholmu po Londyn. Wtajemniczeni twierdzili, że próbuje w konającym mieście zwerbować neofitów dla wyznawanej przez siebie wiary, zwanej Nowe Jeruzalem.

Hamilkar nie przykładał do tych wieści szczególnej wagi. Przyszedł do podziemi katedry, bo usłyszał przypadkowo w szynku starego Jacoba, że uczestnikom zebrania rozdawany będzie na wyjściu bochenek chleba - niczym pierwszym chrześcijanom. A po niepowodzeniu ostatniej wyprawy na Mierzeję chleb stał się w jego domu towarem równie rzadkim, co pożądanym. Bochenki wypiekane w garnizonowej piekarni i rozdawane na rogach ulic biedakom przez żandarmów trudno byłoby uznać za prawdziwe pieczywo. Martwił się o małą Ellie i mieszkającą z nimi panią Budzisz, która opiekowała się dziewczynką, podczas gdy on prowadził swoje eksperymenty naukowe i usiłował związać koniec z końcem. Jeśli miał być szczery, zaczynało mu już brakować pomysłów, jak zdobywać żywność dla rodziny.

Nie miał pracy, imał się czasami dorywczych robót w porcie, ale wraz z uszczelnieniem blokady i to się skończyło. Seanse hipnotyczne ratowały budżet, jednak po pierwsze były to dochody nieregularne, a po wtóre - nigdy nie był pewny, czy dostanie kolejne zaproszenie. Jego główną klientelą były bowiem damy z mieszczańskich domów: zamożne wdowy, nieszczęśliwe żony uwięzione w okowach małżeństwa, Francuzki z otoczenia gubernatora Rappa 9, który z rozkazu cesarza był panem życia i śmierci w mieście zamienionym na twierdzę. Jednak wraz z ubożeniem miasta kurczyła się także towarzyska elita zainteresowana mesmeryzmem i jego seansami.

Jeśli Hamilkar liczył na krótką świecką mszę i szybką nagrodę w postaci bochenka chleba, to srodze się zawiódł. Wyznawcy Nowego Jeruzalem nie zamierzali obdarowywać przybyłych za darmo. Najpierw musieli oni wziąć udział w całym misterium i wysłuchać peanu ku czci tajemniczego założyciela nowego Kościoła.

Wygłaszał go mężczyzna w czarnej pelerynie ciągnącej się za nim po ziemi, który przedstawił się jako brat Wilhelm. Był człowiekiem niskim i niepozornym z wyglądu, ale jego głos, mocny i dźwięczny, wibrował i dudnił pod powałą świątyni, płosząc zalęgłe tam gołębie.

- Zastanawiacie się, dlaczego się tu zebraliśmy? I jaki jest powód tego spotkania w ruinach opustoszałej świątyni? Odpowiem wam. - Duchowny potoczył wzrokiem po zebranych. - Ponieważ nadszedł ten czas, nastała ta chwila! Jak powiadał nasz Ojciec: Zrzućcie łuski z oczu, porzućcie bożki fałszywe i otwórzcie serca na prawdziwą nowinę! A tę znajdziecie tylko w Piśmie, bo to ono jest źródłem mądrości, początkiem i końcem wszystkiego! W Ewangelii Świętego Łukasza czytamy: "Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. Gdy potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki" 10. Rzeknę: oto istota wszystkiego, kochani! Wierność przykazaniom zawartym w Piśmie Świętym. I posłuszeństwo wobec boskiego wybrańca, naszego Nauczyciela, wielebnego Emanuela, który doświadczył tej prawdy osobiście!

Hamilkar rozejrzał się wokół. Zebrani słuchali tych słów z uwagą. Widać było, że trafiają one nawet do ludzi, którzy zjawili się tu przypadkowo lub - tak jak on - zwabieni wizją pieczywa mającego wypełnić pusty żołądek.

- Świadectwo naszego Nauczyciela ma moc szczególną - prawił dalej Wilhelm. - Zyskał on sławę jako jeden z najtęższych umysłów epoki. Poświęcił swoje życie nauce, hołdując tylko jednemu bożkowi: czystemu Rozumowi. Odrzucał Boga jako judejski zabobon. Świat widział jako wielki chaos, który stopniowo tłumaczony jest przez prawa odkrywane przez człowieka przy pomocy empirii i wiedzy. Aż nadszedł moment przełomu, rozdarła się kurtyna przesłaniająca światłość. Pewnego dnia Emanuel Swedenborg doświadczył bowiem bezpośredniej rozmowy z Bogiem i przejrzał na oczy. To było jak katharsis, jak nagły promień przenikający ciemność. Nasz Nauczyciel odszedł, ale pozostawił nam swój Kościół: a my nadal rozświetlamy mrok światłem jego latarni!

Hamilkar potrząsnął głową. Dopiero teraz uświadomił sobie, że chodzi o tego Swedenborga. Słyszał o nim już wcześniej. Luminarz nauki, ulubieniec szwedzkiego króla, gwiazda Sorbony, Oksfordu i wielu europejskich uniwersytetów. Czytał jego budzące podziw prace drukowane w Gdańsku. W Prodromus principiorum rerum naturalium Szwed zawarł swoje poglądy na pierwotne reguły rządzące wszechświatem, budując ciekawą mechaniczną i geometryczną teorię początku rzeczy. Hamilkar pamiętał, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim te wywody. Zwłaszcza rewolucyjna teza, że aktywność mózgu jest synchroniczna z oddychaniem, a nie z pracą serca i krążeniem krwi. A przecież to tę właśnie zależność Hamilkar wykorzystywał w budowaniu swoich machin, w tym aerografu do wykrywania kłamstwa. Swedenborg zasłynął też jako mineralog, lata całe poświęcając badaniu żelaza i innych metali. Jako pierwszy użył rtęci w pompie powietrznej i wymyślił metodę określania długości geograficznej na morzu przez obserwację księżyca pośród gwiazd. Wynalazł tubę słuchową dla głuchych, ulepszył typowy w swoim kraju rodzaj pieca, a nawet sporządził szkic maszyny latającej. Skandynawski Leonardo da Vinci, gigant Oświecenia, bohater takich ludzi jak Hamilkar, odrzucających obskurantyzm i wierzących w potęgę nauki I.

A teraz ludzie w czarnych opończach z jego imieniem na ustach forsowali zabobon? Przekuli racjonalizm w dziwaczną wiarę przebraną dla niepoznaki w szaty sekciarskiego Kościoła? Cóż za paradoks! I znak tych niepokojących czasów!

Sterling ponownie spojrzał na mówcę. Słuchał teraz kazania uważniej, próbując powściągnąć narastające wzburzenie.

Wilhelm podniósł głos o jeden ton. Swoją przemowę podkreślał sugestywną gestykulacją, często wznosząc dłonie, by uwypuklić w ten sposób metafizyczną więź swojego kazania ze Słowem Bożym.

- To Bóg powiedział wielebnemu Emanuelowi, że liczy się tylko prawda zapisana w Piśmie. Reszta jest jedynie nic nieznaczącym pozorem. Cała ta wiedza nabywana w laboratoriach i pracowniach uniwersyteckich to ścieżka prowadzącą na manowce. To prawda - dzieło stworzenia rodzi miliony pytań o sens naszej egzystencji na tym padole. Ludzie od wieków próbują odnaleźć się w tym chaosie, odchodząc przy tym od Boga i powierzając role nowych apostołów koryfeuszom nauki i świeckiego cielca. To droga donikąd! Wszystkie odpowiedzi znajdziemy w jednym miejscu: w Piśmie Świętym, bo czytając je, rozmawiamy z samym Bogiem!

Tego było już za dużo. Hamilkar podniósł rękę, próbując przerwać ten wywód, ale Wilhelm nawet na niego nie spojrzał.

- Zapytacie za niewiernym Tomaszem: skąd przekonanie, że rzeczy tak właśnie się mają? Skąd pewność, że Nowe Jeruzalem II to jedyna furtka prowadząca do odkupienia i świętości? Alboż to mało było fałszywych proroków, innych bogów poza tym Jedynym? Ileż to razy przebrani następcy Chrystusa kupczyli Ewangelią, handlując odpustami i sprzedając świętość za marność nad marnościami? Zapytacie - jego głos wibrował wysoko - a ja Wam odpowiem w imieniu nauczyciela naszego, wielebnego Emanuela. Oto nastał na ziemi nowy szatan. Bóg wojny, cesarz, który sam założył sobie koronę na głowę! Wszechpotężny dyktator, współczesny Cezar rojący o imperium ziemskim, zaprzysięgły wróg wszelkiej wiary poza kultem jego osoby. Bonaparte!

Przez kościół przeleciał trwożny szmer, ciżba zaczęła wiercić się na swoich miejscach, słychać było posapywanie, pociąganie nosem, szuranie butów po podłodze. Kilka głów uniosło się wyżej, jakby wypatrując, czy w tej ciemność nie czają się francuscy agenci i żandarmi.

- Ten człowiek zbudował własną religię: bonapartyzm. Jej fundament to pycha i miłość własna, to władza i pieniądz. Jej akolici to ludzie posłuszni i wyzbyci Boga: generałowie, naukowcy, bankierzy, zarządcy podbitych krain i podległe im okrutne legiony. Wszyscy wyparli się Boga, zapomnieli o duszy nieśmiertelnej. Wydawało się do niedawna, że Napoleon jest wszechpotężny, cały kontynent leżał u jego stóp, od Lizbony po Moskwę. Także to miasto, niegdyś tak dumne i harde, uległo przed francuską butą i siłą. Mogło się wydawać, że to bezbożne imperium oparte na armatach przetrwa stulecia, i co? Siedzicie tu od miesięcy jak szczury w klatce. Żyjecie niczym zwierzęta, w głodzie i brudzie, gotując żołędzie i korę z drzew. W imię czego? Fałszywego, upadłego bożka? Gdzie jest teraz ten wielki Napoleon, Słońce Narodów? Ledwo udało mu się umknąć z podkulonym ogonem z katastrofalnej wyprawy na Moskwę. Przegrał nie z rosyjską zimą, o nie! Poniósł klęskę, bo próbował zająć miejsce Boga, bo wojenna technika i wiedza nie wygrają z prawdziwą wiarą, a armaty nigdy nie rozstrzelają Ducha Świętego!

Hamilkar poderwał się nagle z miejsca i skierował w stronę mównicy. Wilhelm spojrzał na niego roziskrzonym wzrokiem, ale nie próbował go powstrzymywać.

- Szanuję postać Swedenborga, choć nie rozumiem pobudek jego zadziwiającej przemiany. Nie bronię też Napoleona - powiedział Sterling - bo ani mi on brat, ani swat. Nic nie zrobił dla mojego miasta, obrócił je jeno w perzynę. Zawiódł też nadzieje Polaków, tak jak podejrzewałem zresztą. Ale na jedno mojej zgody nie będzie, drogi Wilhelmie, jeśli to twoje prawdziwe imię.

- Jest prawdziwe - potwierdził gorliwie Wilhelm. - Nadał mi je sam Swedenborg na rok przed swoim odejściem do winnicy Pana.

- Nie godzę się na zawracanie biegu rzeki kijem, na próbę powrotu do wieków ciemnych i czasów dewocji. Nie powstrzymacie postępu nauki i wiedzy, nie uda się to ani wam, ani Watykanowi, ani sektom takim jak wasza, które plenią się ostatnio w mieście jak grzyby po deszczu.

- Nie jesteśmy sektą.

- Nieważne. Nie walczę z Bogiem, ale z jego karykaturą, którą wy stworzyliście. - Wyciągnął oskarżycielsko palec w stronę Wilhelma. - Bliska mi jest myśl, że Bóg jest sumą ludzkiej niewiedzy w danym momencie dziejów. Niegdyś tego karykaturalnego Boga było więcej, bo służył podobnym wam jako wytrych do wyjaśniania tajemnic natury, których umysł ludzki nie był w stanie objąć. Od tego czasu dzięki wielkim uczonym takim jak Newton czy Kopernik wymazaliśmy już jednak wiele białych plam. Oswajamy wszechświat, wiemy, że Ziemia nie jest płaska, a kosmos to miliardy gwiazd i planet takich jak nasza. Przedłużamy życie ludzkie, poznajemy tajemnice naszej jaźni i podświadomości. To nauka i empiria są naszym przeznaczeniem. Prowadzę seanse hipnotyczne, docieram do podświadomości i tego, co zawsze było ukryte. Wierzę głęboko w postęp, choć niejednokrotnie używamy go w złej sprawie. Nie chcę waszego chleba, a wy sami wybierzcie - zwrócił się do milczącej ciżby przed sobą - co wolicie: wiarę w człowieka czy ten bochenek i sekciarskie gusła. Zresztą i tak wiem, co wybierzecie.

Wyszedł z kościoła i odetchnął głęboko. Sam był zaskoczony swoim wybuchem. Miał naturę introwertyka, nigdy nie wychodził przed szereg, nie pchał się na afisz. Po co mu to było?

Powietrze było ostre i wilgotne. Wiatr unosił znad bruku jakieś obierki i rybie ości. Cuchnęło.

- Kim jesteś, młodzieńcze? - usłyszał za sobą głos.

Odwrócił się. Przed nim stał brat Wilhelm. W naciągniętej na ramiona opończy wyglądał jak nastroszony strach na wróble.

- Hamilkar Sterling, do usług.

- Polak?

- Gdańszczanin.

- Po polskiej czy pruskiej stronie? - indagował tamten.

- Po własnej. Jednak bliżej mi było do polskiej swobody niż do pruskiego knuta, jeśli o to chodzi. Nie podobało mi się pańskie wystąpienie.

- To zrozumiałe. Wywodzimy się z dwóch różnych światów, tak odległych od siebie jak dwa bieguny. Nie odmawiam panu jednak odwagi ani prawa do głoszenia własnej prawdy - powiedział Wilhelm, patrząc mu prosto w oczy.

- To i dobrze. Mam nadzieję, że gdy Francuzi stąd odejdą, a wszystko wskazuje, że tak się stanie, nie wrócą czasy obskurantyzmu i ciemności.

- Nie jesteśmy sektą, tylko nowym Kościołem wierzącym w prawdziwość objawienia, jakie przeżył Emanuel Swedenborg. Chrystus też kiedyś miał tylko kilku uczniów.

- Powiedzmy.

- Nas też jest niewielu, apostołów nowej Ewangelii. Właśnie z bólem serca pochowaliśmy w gdańskiej, poświęconej ziemi krewnego naszego Nauczyciela, krew z krwi i kość z kości jego. Miał nam przewodzić, lecz niezbadane są wyroki Pana.

- Apostołów? Nowej Ewangelii? Niedługo w tym mieście będzie więcej nowych bożków i proroków niż samych wiernych.

- Wyczuwam w pana głosie kpinę, ale źle nas pan ocenia. Twierdzimy tylko, że człowiek winien wyzbyć się pychy i nie rywalizować z Bogiem. Nie potępiamy w czambuł, dajmy na to, medycyny. Jednak nie dlatego pana zatrzymałem...

- A dlaczego?

- Wspomniał pan o seansach z udziałem hypnosis. Czytałem kiedyś o nich w pismach Mesmera.

- To mój mistrz.

- Domyślam się. Czy dałby się pan zaprosić na seans spirytystyczny, na którym spróbujemy wywołać ducha Emanuela Swedenborga? Mesmer też na takich seansach bywał.

- To prawda - odpowiedział z wahaniem Hamilkar.

- W takim razie jutro o dwudziestej w tym samym miejscu.

- Dobrze.

- Może po tym seansie, jeśli się powiedzie, rzecz jasna, spojrzy pan na świat innymi oczami? A może, kto wie, dołączy pan do naszego bractwa? Przydałby nam się ktoś, kto potrafi tak gorliwie bronić swoich poglądów.

- Nie spodziewałbym się tego, ale przyjdę.

- Jeszcze jedno. Pański bochenek. - Wilhelm podał mu chleb owinięty w płócienną szmatkę.

- Nie potrzeba...

- Niech pan nie odmawia. Duma bywa objawem pychy. A jeść każdy musi.

5.

Hamilkar pchnął drzwi i wszedł do środka. W szynku Jacoba było tłoczno i gwarnie. Pod powałę wzbijały się tumult ludzkich głosów, szuranie nogami i brzdęk szkła oraz sztućców będących w nieustannym ruchu. Nad stołami unosiły się kłęby dymu z kiepskiej machorki, śmierdzące jak żołnierskie onuce. Dzień jak co dzień.

Od czasu zamknięcia pętli oblężenia w styczniu miasto było praktycznie odcięte od źródeł zaopatrzenia. Dzięki przezorności gubernatora Jeana Rappa Gdańsk wszedł w tę fazę wojny z dobrze zaopatrzonymi magazynami. Przez długie tygodnie ściągano doń solone mięso, zboże, wino i olej. Z pomorskich pastwisk, zwłaszcza żuławskich pól, spędzono do miasta stada krów i byków, a nawet kóz, wypasających się początkowo na mizernych poletkach w parkach miejskich, a potem idących pod nóż, by wyżywić tysiące żołnierzy broniących bałtyckiego Gibraltaru, jak nazwał twierdzę Napoleon.

Oblężenie się jednak przeciągało, a odsiecz nie nadchodziła. Mijały miesiące i magazyny powoli zaczynały świecić pustkami. Głód dotykał zwłaszcza mieszkańców miasta, bo o ile załoga twierdzy polegała na żołnierskich porcjach, to ci ostatni znikąd nie mieli nadziei. Uliczni bandyci włamywali się do mieszczańskich rezydencji w Sopocie i Głównym Mieście, plądrując spiżarnie i podcinając gardła właścicielom. Francuskie patrole były zbyt nieliczne, by powstrzymać tę falę przemocy. Na ulice wypełzł strach.

Głód, bieda i beznadzieja to wybuchowa mieszanka.

A jednak szynk starego Jacoba jakimś niezwykłym trafem utrzymywał się na powierzchni. Nadal, choć za słoną opłatą, można w nim było pokrzepić się gdańskim miodem, ciemnym piwem i solonymi śledziami. Krążyły głosy, że kuternoga trzymał sztamę z przemytnikami z portu, a ci nie dawali swojakowi zginąć, bo gdzie indziej mogliby przepijać swoje brudne guldeny?

Hamilkar zajął jedyne wolne miejsce, siadając w rogu przy parapecie. Zarzucił wilgotną kapotę na krzesło i po chwili podszedł do baru.

- Dawno cię tu nie było, Hamilkarze. - Jacob łypnął na niego koso, pucując kufle.

- Ano dawno. - Hamilkar westchnął.

- Za wysokie progi czy może wolisz francuskie przysmaki?

- Wolę twoje kartacze, Jacobie. Nie bywam, bo z pieniędzmi krucho, a rodzinę wyżywić trzeba.

- Co prawda, to prawda. Czasy nastały ciężkie, ludziom żołądki przysychają do krzyża, nie pamiętam takiej mizerii. Lepiej to już było!

Hamilkar pokiwał głową, zabrał ze sobą kufel piwa korzennego i wrócił pod okno. Ledwo usiadł, gdy nagle koło niego zrobiło się tłoczno. Jakaś grupka podpitych jegomości z kuflami w rękach już okupowała parapet. Byli rozchełstani i bordowi na twarzach. Hamilkar znał ten typ: gdańskich rzezimieszków, pyskatych, nieznających świętości i niemających w zwyczaju wylewać za kołnierz.

Jeden z nich, otyły mężczyzna z kulfoniastym nosem, wskoczył na podwyższenie i krzyknął na całe gardło:

- Śmierć żabojadom!

Odpowiedział mu szmer aprobaty. W Gdańsku coraz trudniej było spotkać sympatyków francuskiego reżimu. Nawet jeśli po 1807 Francuzi mogli tu liczyć na przychylność lub przynajmniej neutralność części Gdańszczan, głównie Polaków i mieszczan tęskniących za swobodami, jakie niegdyś zapewniała Rzeczpospolita, to te czasy należały już do przeszłości. Katastrofalny odwrót cesarza spod Moskwy i wielomiesięczne oblężenie, przynoszące codziennie nowe ofiary, mocno nadszarpnęły autorytet Francji w Wolnym Mieście. Gubernator Rapp nadal próbował uprawiać politykę kija i marchewki - karząc niezadowolonych i nagradzając posłusznych - ale pole manewru bardzo się skurczyło, co widać było gołym okiem. Entuzjazm opadł nawet wśród tutejszych Polaków, przez lata mamionych obietnicami o wskrzeszeniu ich kraju. Teraz te nadzieje wydawały się bardziej odległe niż kiedykolwiek wcześniej.

Co więcej, w mieście od czasów pruskich nie było budynku o czysto koszarowym przeznaczeniu, w którym wojsko mogłoby ukryć swoje słabości i tajemnice przed oczami postronnych. Francuzi przerobili więc na koszary budynek komory celnej, którego okna wychodziły z jednej strony na Motławę, z drugiej zaś na często odwiedzane Nowe Ogrody. Mniejsze oddziały rozlokowano w kościołach: Świętych Jana, Bartłomieja i Elżbiety, a także w klasztorach: Oliwskim i Kartuzów.

Gdańszczanie mogli więc na co dzień obserwować mizerię zdobywców. Niegdyś zwycięskich, bijących w bębny i pyszniących się swoimi barwnymi mundurami, dziś wynędzniałych, cierpiących od ran, chorób i głodu - podobnie jak mieszkańcy miasta, które ujarzmili.

- A tacy byli pyszni, tak wysoko nosa zadzierali! - perorował dalej mężczyzna. - Napoleon to potwór. Ciągle było mu mało, chciał więcej i więcej: ludzi, armat, podbitych krain!

- Kurdupel nienażarty! - krzyknął ktoś z otaczającej mówcę ciżby i szybko schował się w tłumie.

- Widzieliśmy te imperialne legion, ciągnące na wschód, przechodziły przez nasze biedne miasto. Niekończące się szeregi Francuzów, Polaków, Sasów, Westfalczyków, Italiańców i kogo tam jeszcze chcecie. I co? Uzurpator dostał pod Moskwą takie lanie, że aż miło! Rosyjski niedźwiedź zdeptał francuską żabę! Cesarskie sztandary legły w błocie. Sam Napoleon z niedobitkami uciekł jak tchórz, widzieliśmy te nędzne resztki Wielkiej Armii, które dotarły do Gdańska. Ludzkie szkielety, żywe trupy, cienie dawnej świetności.

- Prawdę prawi! - rozległy się kolejne głosy.

- Francuz nadal trzyma nasze miasto w garści. Nadal zatruwa nas swoim trupim oddechem. Ale ledwo trzyma się na nogach. Czas najwyższy, aby żabojady wróciły tam, skąd przyszły. I nigdy tu nie wróciły!

- Niech wracają w cholerę!

- Pora wystawić rachunek okupantom za te sześć lat. Co zrobili dla Gdańska, miasta niegdyś tak zamożnego i szczęśliwego, a dziś przypominającego przybłędę z przytułku? Gdzie są te obietnice wolności, które składał nam gubernator Rapp? Bo chyba nie o cenzurę, wojskowe rygory, nieustanne kontrybucje i żandarmów na ulicach tu chodzi? Gdzie zapewnienia o rozwoju miasta? Widzimy tylko zamknięty port, rdzewiejące statki i blokadę kontynentalną. A w miejsce obiecanego dobrobytu obywateli: wszechogarniającą nędzę, głód, tyfus oraz dezynterię dziesiątkujące ludzi! Czy takiego Gdańska chcemy?!

- Nie! Żabojady won z miasta! - Oskarżenia mówcy najwyraźniej trafiały celnie w przekonania zebranych.

- Pierścień oblężenia się zacieśnia. Rosjanie są coraz bliżej. Francuzi się odszczekują, że nadejdzie odsiecz, ale możecie to między bajki włożyć. Ich koniec jest bliski! Tutaj znowu będą Prusy!

Hamilkar rozejrzał się dookoła. Nie wszyscy bili brawo, nie każdy podnosił głowę znad kufla. Jakiś mężczyzna w drugim rogu sali, w którym Hamilkar rozpoznał polskiego aptekarza, kręcił głową i spoglądał wymownie na drzwi wejściowe, jakby w każdej chwili spodziewał się interwencji francuskich żandarmów.

Chłodna reakcja Hamilkara musiała zwrócić uwagę mówcy.

- A ty po czyjej stronie jesteś? - zwrócił się bezpośrednio do Sterlinga.

- Nic ci do tego, ale odpowiem: po swojej. Nie po drodze mi z Francuzami, ale po prawdzie za pruskim zamordyzmem też nie tęsknię.

- Ktoś ty? Bo widzę, że raczej nie Prusak.

- Gdańszczanin. I tak nie zrozumiesz.

Hamilkar podniósł się z miejsca i skierował ku drzwiom. Niepotrzebna mu była kolejna awantura. I tak nie przemówiłby do tego kwadratowego łba, z którego parował hurrapatriotyzm sowicie podlany okowitą.

6.

Gdy Hamilkar Sterling uchylił ciężką, okutą żelazem furtę prowadzącą do podziemi kościoła, miał wrażenie, że wkracza nie tyle do krypty, ile do trzewi konającego miasta. Z góry, z pęknięć w sklepieniu, przenikał stłumiony pomruk artyleryjskiej kanonady. Świece ustawione wzdłuż kamiennych ścian rzucały drżące, niepewne światło, a knot kilku z nich już kopcił, jakby powietrze było zbyt ciężkie nawet dla ognia.

Ellie szła tuż za ojcem, trzymając go kurczowo za rękę.

- Tatusiu, tu pachnie ziemią... i czymś jeszcze - wyszeptała.

Hamilkar skinął głową.

- To wilgoć. Nie bój się. Usiądziesz z boku i będziesz wyłącznie patrzeć. Nic więcej.

- Nie boję się. Jestem tylko ciekawa.

Uśmiechnął się pod nosem. Ellie nie miała jeszcze sześciu lat, a była tak niezwykłym dzieckiem. Potrafiła już czytać, pisać i rachować do stu. Zadawała pytania i widziała rzeczy niedostępne dla jej rówieśniczek. Tak bardzo różniła się od równolatków: roztrzepanych i beztroskich. W jej ciemnych migdałowych oczach widział czasami dziwną powagę i smutek, który jego samego zbijał z tropu. Po kim odziedziczyła tę przedwczesną dojrzałość? Boć przecież nie po nim, musiało wiele wody w Motławie upłynąć, zanim porzucił żywot lekkoducha i pojednał się ze świętej pamięci ojcem. Może po Elizabeth, kobiecie małomównej i delikatnej, która swoje prawdziwe ego skrywała nawet przed nim?

Zeszli po schodach do podziemi. Przybyli jako ostatni. Hamilkar ujrzał cztery nieruchome postaci siedzące wokół stołu z ciemnego dębu. U szczytu stołu stał nieruchomo Wilhelm jako mistrz ceremonii. Ubrany był w czarną, zbyt długą sutannę bez insygniów, która ciągnęła się po podłodze jak cień próbujący dogonić właściciela.

- Spóźnił się pan, Sterling - powiedział, unosząc brwi. - A to dziecko? W miejscu takim jak to...

- To moja córka, Ellie. Nie miałem jej z kim zostawić - uciął Hamilkar. - Usiądzie pod ścianą. Nie będzie przeszkadzać.

Wilhelm wahał się przez chwilę, ale wreszcie skinął głową.

- Niech będzie. Duchy i tak widzą więcej, niż chcielibyśmy im pokazać.

Przedstawił Sterlingowi osoby czekające na seans. Naprzeciwko Wilhelma siedziała baronowa Rosenkranz z twarzą przykrytą ciemną mantylką. Była wdową po jednym z najbogatszych rajców w mieście. Wzrok przyciągały jej upierścienione palce i kredowobiałe dłonie, bezwładnie spoczywające na blacie. Obok niej, wyprostowany jak kij do szczotki, siedział jakiś porucznik w mundurze oficera marynarki wojennej broniącej Gdańska, którego Hamilkarowi nie przedstawiono. Jego szara ze zmęczenia i przedzielona wydatnym nosem twarz dziwnie kontrastowała z zawadiacko podkręconymi wąsami.

Towarzyszył mu mężczyzna o szklistym spojrzeniu - niejaki Lenz, Hamilkar już kiedyś o nim słyszał. Lekarz z Nowego Portu, poszukiwacz fluidu magnetycznego w ciele człowieka, którego wieść gminna obwiniała o podejrzane eksperymenty medyczne na ciałach nieszczęśników w lazaretach i miejskich trupiarniach. Grono to uzupełniał Frank, korpulentny armator portowy w eleganckim cylindrze na głowie. Hamilkar zauważył go już podczas pierwszej wizyty w podziemiach.

Sterling poprowadził córkę w stronę stojącego obok poczerniałego ze starości modlitewnika.

- Poczekaj tu na mnie - przykazał.

- Będziecie rozmawiać z duchem? - zapytała dziewczynka, patrząc na ojca rezolutnie.

- Być może. Ale nie obawiaj się, duchy nie robią nikomu krzywdy.

- Nie obawiam się. Czasami sama z nimi rozmawiam...

- Ellie, znowu fantazjujesz. - Spojrzał na nią karcąco. - Nie mam teraz czasu, usiądź i poczekaj grzecznie.

- Dobrze, tatku.

Hamilkar dołączył do pozostałych i usiadł na wolnym miejscu obok baronowej. Na środku stołu leżała misa z wodą, w której unosiły się płatki wosku i opalone fragmenty papieru. Symbol przejścia. Nieopodal - dwie świece splecione w kształt spirali. Dym wił się ku stropowi i ginął w szarej zawiesinie wiszącej nad zebranymi.

- Utwórzmy krąg, schwyćcie się na ręce - poinstruował Wilhelm poważnym tonem. - Wzmocnimy w ten sposób energię przepływającą z zaświatów. Dzisiejszej nocy będziemy rozmawiać z bratem i Nauczycielem. Odszedł on z tego padołu, pozostawiając po sobie wyrwę, jakiej nie da się zapełnić. Spróbujemy skontaktować się z człowiekiem, który słyszał głos Boga.

W oddali rozległ się huk artylerii, ponury akompaniament do tych słów.

- Oto znaki, za pomocą których będziemy porozumiewać się z duchem - kontynuował Wilhelm. - Jedno stuknięcie oznacza "nie". Dwa - "tak". Trzy - "nie wiem" lub "powtórz pytanie". Duch Emanuela zna ten porządek. To on nauczał, że porządek jest oddechem Boga.

Zebrani schwycili się za ręce. Hamilkar czuł kościste palce baronowej. Były zimne jak lód. Obejrzał się za siebie. Ellie siedziała oparta o klęcznik. Spod wpółprzymkniętych powiek spoglądała na dorosłych przy stole. Hamilkar miał wrażenie, że mała usypia.

Wilhelm podniósł ręce.

- Emanuelu Swedenborgu... Jeśli tu jesteś... Jeśli chcesz do nas przemówić, daj znak.

Zapadła cisza. Kanonada na zewnątrz przycichła jak na zawołanie.

I wtedy usłyszeli pierwsze stuknięcie. Pojedyncze i wyraźne, tak jakby coś uderzyło od spodu stołu. Hamilkar wyczuł ruch mebla poruszonego niewidoczną siłą, która zmaterializowała się w tym ciemnym, nieprzyjaznym pomieszczeniu.

Baronowa wzmocniła uścisk na jego dłoni. Porucznik marynarki drgnął, Lenz wciągnął powietrze przez zęby. Tylko Wilhelm pozostawał nieporuszony. Być może rozmawiał, z duchem Nauczyciela nie po raz pierwszy. Przez głowę Hamilkara przemknęła myśl, że seans wciąga go bardziej, niż sam chciałby to przyznać. Jako mesmerysta wierzył przecież w siłę podświadomości drzemiącej w człowieku. Wierzył w naukę i fluidy magnetyczne - a seans spirytystyczny mógł być jedną ze ścieżek wiodących w głąb ludzkiej jaźni.

- Jesteś wśród nas, Nauczycielu. Jesteśmy przepojeni wdzięcznością. Czy możemy zadać pytania o przyszłość, o to, co nas czeka? - W głosie Wilhelma po raz pierwszy pojawiło się wzruszenie. W jego bladej twarzy płonęły ciemne oczy jak dwa gorejące węgle.

Drugie stuknięcie. Tym razem głośniejsze. Baronowa zadrżała, wydając z siebie cichy krzyk. Echo odbiło się od wapiennych ścian.

- Emanuelu, czy Rosjanie i Prusacy odstąpią od oblężenia, czy miasto się uratuje?

Stół zadrżał. Dwa stuknięcia.

Porucznik marynarki gwałtownie poderwał głowę.

- A więc miasto padnie? - zapytał chrapliwym głosem, nie bacząc na oskarżycielskie spojrzenie Wilhelma.

W odpowiedzi usłyszeli kolejne stuknięcie.

- Na Boga... - Porucznik uniósł się na krześle. - Obiecana odsiecz nie nadejdzie?

W odpowiedzi jedno stuknięcie.

- Umrzemy tu jak szczury w ruinach?

Nastała cisza dzwoniąca w uszach. Hamilkar słyszał bicie swojego serca. Chcąc nie chcąc, poddawał się nastrojowi tego misterium.

Nagle usłyszeli trzy stuknięcia.

- "Nie wiem"... - wyszeptał pobladły kapitan. - Albo "powtórz pytanie".

- Duchu wielkiego Swedenborga, powiedz: czy czeka nas rzeź? Czy Gdańsk spłonie? - Wilhelm ponownie przejął inicjatywę i powrócił do swojej roli mistrza ceremonii.

Stół uniósł się i opadł tak nagle, że świeca się przewróciła i Hamilkar musiał ją złapać.

Jedno stuknięcie.

- "Nie"? - spytała baronowa głosem pełnym nadziei.

Po chwili dwa stuknięcia.

Wilhelm zbladł.

- On nie zaprzecza... On poprawia - powiedział cicho. - Nie, nie spłonie. Tak, czeka je coś gorszego.

- Co może być gorsze od ognia? - odezwał się milczący dotąd Lenz.

Stół jednak pozostawał głuchy. Woda w misie zafalowała bez dotyku. Wilhelm pochylił się nad nią.

- Emanuelu... powiedz nam, czy mamy jeszcze szansę, by uratować swoje dusze? By nie podzielić losu miasta?

Cisza trwała długo, dłużej niż poprzednio. Wilgoć kapała z sufitu, tworząc ciemne kałuże na kamiennej posadzce.

Nagle usłyszeli zniekształcony, chrapliwy głos dobiegający spod ściany.

- Powróćcie do Boga. Inaczej piekło nadejdzie.

Hamilkar poczuł, jak przeszywa go zimny dreszcz. Znał ten głos. Obrócił się nagle i zobaczył utkwione w zebranych oczy Ellie. Dziewczynka stała wyprężona jak struna, jej ciało drżało.

- Co się dzieje? - krzyknął Francuz.

Stół zaszurał po kamiennych płytach, po czym zastukał dwa razy. Wszyscy cofnęli dłonie.

- To Nauczyciel przemawia przez tę dziewczynkę! - krzyknął histerycznie Wilhelm i wyrzucił ręce w górę. - To medium! Rozpoznaję głos mistrza!

Ellie ponownie zadrżała. Hamilkar wpatrywał się jak oniemiały w córkę. Ta uniosła głowę, jej źrenice wydawały się teraz ciemne jak atrament.

- Ellie, kochanie - wyszeptał.

Dziewczynka nie odpowiedziała. Zrobiła kilka kroków w ich stronę.

- Ona chce nam coś przekazać... - zaczął Wilhelm, ale nie dokończył.

Dziewczynka się zatrzymała. Patrzyła teraz niewidzącym spojrzeniem nie tyle na nich, ile przez nich - jakby widziała coś, co działo się za ich plecami.

Gdy przemówiła, jej głos był jeszcze bardziej głuchy:

- Tylko w Bogu ratunek. Bo piekło jest w was. Nowe Jeruzalem, oto jest odpowiedź.

Wilhelm przesłonił oczy dłońmi. Zebrani zastygli w trwożnym milczeniu.

- Dlatego ktoś z was umrze. - Głos Ellie odbił się od sklepienia i powrócił jak zimny podmuch.

- W ciągu jednego dnia. Zanim słońce wzejdzie dwa razy.

- Ellie! - Hamilkar się zerwał, ale Wilhelm natychmiast zareagował, próbując go powstrzymać.

- To wola Mistrza!

- Nie dotykaj mnie! Dość! To moje dziecko!

Sterling podbiegł do Ellie, uklęknął i przytulił ją mocno do piersi. Nagle wszystko się skończyło. Dziewczynka drgnęła i szeroko otworzyła oczy. Widać było, że jest wyczerpana, pot rosił jej czoło. A jednak na widok ojca uśmiechnęła się promiennie.

- Tatusiu, to było takie dziwne. Gdzie ja byłam?

- To nic, Ellie. To tylko zły sen. - Wziął ją na ręce i skierował się ku schodom wiodącym na zewnątrz, nie bacząc na pozostałych.

Na dworze panował przenikliwy ziąb. Wieża kościoła zatopiona była w brudnej zawiesinie. Próbował opanować wzburzenie, ale nie był w stanie tego uczynić. Miał świadomość, że w jego córce coś zostało dziś obudzone.

Coś, czego już nie uśpi.