Scheda - Maciej Liziniewicz

Reflow text when sidebars are open.
Młody mężczyzna wyprostował się z trudem. Raniony bark dokuczał dotkliwie, przypominając tępym bólem potyczkę sprzed kilku dni. Z westchnieniem wsparł się na łopacie spoglądając pod nogi. Był sam. Pod jego butami, głęboko w ziemi, leżało to, czego szukał przez tyle lat. Coś, co wydawało się już na wieki utracone. Przedmiot chciwości, politycznych rozgrywek, przyczyna śmierci wielu ludzi. Otaczała go ciemność. Jedynie mdłe światło przezierającego przez chmury księżyca rysowało kontury młyna, a dalej chałup Kacprowa. Nie było to najlepsze miejsce. Wiedział o tym, lecz czas był niepewny, drogi pełne wojska, a ludzie podejrzliwi i gotowi do zdrady. Tu więc musiała spocząć z takim trudem wywalczona zdobycz, by kiedyś, w spokojniejszym czasie, móc zabrać ją w bardziej godne dla niej miejsce. Brudną dłoń otarł o spodnie. Przez głowę przemknęło mu, że dziwne są zaprawdę okoliczności, w których rodzi się historia. Mądre księgi pięknymi zdaniami opisują bohaterów, a zdarzeniom nadają miary chwalebnych mitów. Tymczasem historia tworzyła się tu i teraz. W zapomnianej wiosce, wśród mgły i błota. W samotności i opuszczeniu. Może i dla niego przyjdzie kiedyś chwila tryumfu. Lecz nie dziś. Nie teraz. Był niczym cień. Krążący po miejscach, zmieniający kształty i tożsamości. Tylko w jednym celu, wiedziony tylko jednym pragnieniem. Ziszczonym dzięki woli i brutalności. Opłaconym zasobną książęcą kiesą. Przypomniał sobie wszystkie chwile, które były jego udziałem. Smutek i gorycz jaka nie raz przenikała jego serce. I siłę, która za każdym razem kazała ponosić mu się z kolan i pozwalała nie tracić wiary. Nie tak wyobrażał sobie ostatni akord. Lecz świat znów zawirował. Ruszyły na siebie mocarstwa, żołnierze dokazywali cudów na bitewnych polach. Mgliście jaśniała w oddali nadzieja swobody. Oto znów narzucali ułani mundur polski. Szli przepełnieni odwagą i wiarą. Prowadził ich Książę. Ten, który wszystko to zaczął. Bawidamek i dandys. Polityk i bohater. Osądzany od czci i wiary a zarazem uwielbiany. A on przysiągł mu wierność, gotów podjąć wszelki trud, poświęcić nawet życie, by serce zrozpaczonego narodu znów powróciło w jego ręce. Historia wypełniła się. Powolnym ruchem wykonał znak krzyża. Uniósł głowę szepcząc urwane słowa podziękowania Bogu. Zamglone, rozmazane gwiazdy były niemymi świadkami. Smutny uśmiech przebiegł przez jego twarz. Przymknął szare oczy by w sercu na zawsze zachować tą chwilę. Kiedy je otworzył na powrót zagościła w nich twardość i determinacja. Przyjemny moment słabości minął. Kiedyś tam, wiele lat później, może będzie mógł pozwolić sobie na nią. Gdy wszystko się skończy. Lecz nie teraz. Pozostało przecież jeszcze wiele do zrobienia. Odwrócił się i ruszył do koni. Stały opuszczając głowy, nieświadome wagi zdarzeń których były widzami. Mężczyzna z trudem wspiął się na wóz. Zmęczoną dłonią pochwycił lejce. Ich ruch pobudził osowiałe zwierzęta. Parskając wilgotna parą ruszyły w ciemność. Woźnica z wolna niknął w szarości. Mgła w końcu zasklepiła się za nim. Spoglądający w dół księżyc mógłby zapytać, czy to, co widział w dole działo się naprawdę? Czy był to tylko złudny miraż przeklętego miejsca? Znikało też w odmęcie historii imię bohatera. Tylko przypadek mógł je przywrócić kolejnym pokoleniom.
[1] Żołnierz formacji piechoty wojsk napoleońskich przeznaczonej do działań rozpoznawczych, osłonowych, ubezpieczających oraz skrytego nękania nieprzyjaciela. Kompanie woltyżerskie były kompaniami wyborowymi, a ich żołnierze odznaczali się karnością i dużymi umiejętnościami strzeleckimi. Podczas ataku frontalnego woltyżerowie stanowili tyralierę przed frontem nacierającego oddziału.
[2] Jean Baptiste Eblé dowodził pontonierami Wielkiej Armii podczas wyprawy na Rosję. To dzięki niemu powstała przeprawa przez Berezynę. Zmarł z wyczerpania w grudniu 1812 roku w Królewcu.
[3] Piotr Christianowicz Wittgenstein dowodził I Korpusem Piechoty rosyjskiej. W walkach nad Berezyną jego małe zdecydowanie umożliwiło ewakuację wojsk Napoleona. Zmarł w 1843 roku we Lwowie.
[4] Paweł Wasiliewicz Cziczagow zgodnie z planem cara Aleksandra próbował zagrodzić drogę cofającemu się cesarzowi Francuzów. Zdołał opanować Borysów i spalić most na Berezynie, ale nie potrafił przewidzieć, gdzie Wielka Armia przeprawi się przez rzekę. Działał bardzo niezdecydowanie. Oskarżony o nieudolność, a nawet o zdradę. Pozbawiono go w 1814 roku komendy i wysłano na bezterminowy urlop za granicę. Zmarł w 1849 roku w Paryżu.
[5] Louis Nicolas Davout francuski wojskowy i arystokrata, diuk Auerstedt, marszałek Francji, uważany za jednego z dwóch, najwybitniejszych dowódców wojsk napoleońskich. W trakcie odwrotu spod Moskwy Davout stracił symbol godności marszałka - ozdobioną złotymi orłami buławę. Zmarł w 1823 roku w Paryżu.
[6] Nicolas Charles Oudinot książę Reggio, marszałek Francji. W kampanii 1812 roku przeciwko Rosji dowodził II Korpusem Wielkiej Armii. Osłaniał odwrót wojsk francuskich w czasie przeprawy przez Berezynę. Zmarł w 1847 roku w Paryżu.
[7] Pistolet wzór 1806 produkowany w Manufacture Impériale de St-Etienne. Był to bardzo udany model. Świadczy o tym znaczna liczba wyprodukowanych sztuk oraz to, że używany był do roku 1840, gdzie później często przerabiano go na pistolet kapiszonowy. Używany był głównie przez kawalerię, ale również i przez marynarkę.
[8] Ratuj się, kto może. Franc.
[9] Heinrich von Brandt był oficerem Legii Nadwiślańskiej. Brał udział w inwazji na Rosję. W sierpniu 1812 roku mianowany został do stopnia kapitana, zaś w październiku został ranny pod Winkowem. W roku 1813 wziął udział w kampanii niemieckiej, gdzie został ranny w bitwie pod Lipskiem i wzięty do niewoli. Zmarł w Berlinie w 1868 roku jako pruski generał. Autor pamiętników z wojen napoleońskich.
[10] Podpaliłem mój zamek, który kosztował mnie milion, nie ma domu dla francuskich psów. Franc.
Już następnego dnia Michał Żarski postanowił odwiedzić antykwariat, by móc zaprezentować zdjęcia zrobione przez Romka i ustalić za jaką cenę uda się sprzedać cenny sekretarzyk. Liczył, że zaproponowane przez Kotwicza sześć tysięcy zapowiada tak naprawdę dużo wyższą kwotę, jaką może uzyskać podejmując samodzielne działanie. Dlatego prężnym krokiem ruszył pod zapisany na kartce adres na Podgórzu, gdzie znajdował się antykwariat, który w interntowym opisie i zamieszczanych opiniach zdawał się miejscem najwłaściwszym do rozpoczęcia przygody. Jadąc tramwajem jeszcze raz przeglądał zdjęcia, zastanawiając się, czy oddadzą one wyjątkowe cechy mebla, które, choć ich sam nie dostrzegał, sekretarzyk posiadać musiał. Droga minęła niezwykle szybko, szczególnie, iż Żarski wciąż zajęty był natrętnymi myślami o kwocie, jaką zdoła uzyskać ze sprzedaży. Sam studził rodzące się nadzieje, stwierdzając w duchu, że przecież zadowoli się zwykłymi dziesięcioma tysiącami, Nie jest przecież pazerny. Niejaki niepokój wzbudzał w nim jednak fakt, że oglądane przez niego meble wystawiane na internetowych aukcjach w większości nie były droższe niż trzy - cztery tysiące. Starał się rozwiewać czarne myśli przywołując Kotwicza, który prawie że od ręki zaproponował kwotę sześciu tysięcy. Podekscytowany wysiadł z tramwaju i skierował na uliczkę Smolki, gdzie mieścił się wypatrzony antykwariat. Zbliżając się dostrzegł niewielki szyld, oszkloną witrynę i staroświeckie drzwi ozdobione tabliczką "Czynne od 9 do 17". Na szybie półkolem srebrzył się napis "Antykwariat J. Szałkowski" a poniżej data "1920". Przez witrynę widoczne były meble w kolorach brązu, czerni i mahoniu. Żarski na przystanął, by zastanowić się jak zacząć rozmowę. Niepokoił się również, czy antykwariusz nie zażąda jakichś pieniędzy za samą wycenę; był na to przygotowany, lecz wolałby nie inwestować gotówki. Nabrał powietrza i zdecydowanym krokiem wszedł do środka. Drzwi zadźwięczały odgłosem dzwonka, który nad wyraz pasował do zamkniętego świata w który wkroczył. Był to jakby wyrwany ze współczesności kawałek przeszłości. Przypomniał sobie wizyty u ciotki i tamtą atmosferę, która tu spotęgowana była natłokiem nagromadzonych mebli, bibelotów, porcelanowych serwisów, lamp i wszelkich innych staroci. Poczuł się trochę nieswojo, a jego ruchy stały się ostrożne z obawy, by niczego nie potrącić. Stanął pośród staroci, jednak w pomieszczeniu nie dostrzegł nikogo. Trochę zmieszany chrząknął i w przestrzeń rzucił dość głośno:
- Dzień dobry!
Odpowiedziała mu tylko cisza. Zniecierpliwiony rozejrzał się ponownie, a dostrzegłszy jakieś uchylone drzwi zbliżył się do nich i powtórzył powitanie. Lekkie szuranie za nimi dało mu nadzieję na to, że ktoś w końcu się nim zajmie. Drzwi powoli otwarły się, a z za nich wyjrzał rześki, łysawy staruszek.
- Dzień dobry. Czym mogę służyć? - zapytał.
Antykwariusz stanął wpatrując się w Żarskiego ciekawym wzrokiem zza staroświeckich okularów. Miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, jednak przez przygarbioną sylwetkę wydawał się mniejszy. Ciało miał chude i zasuszone, a oczy nieco zapadnięte. Jednak mimo widocznego wieku wydawał się dość dziarski.
- Dzień dobry! - powtórzył Żarski by jakoś zacząć. - Mam do pana pewną sprawę związaną z meblem, który dostałem w spadku. Chciałbym go sprzedać, tylko najpierw chciałbym uczciwej wyceny. Przeczytałem w Internecie, że w tym antykwariacie mogę liczyć na uczciwe przyjęcie i rzetelną wycenę... yyyyy...
Czuł się nieco zakłopotany sztucznością wyrecytowanej formułki. Na nic zdały się układane w tramwaju okrągłe zdania i błyskotliwe żarty. Starszy antykwariusz onieśmielał swoim zaciekawionym wzrokiem i łagodnym uśmiechem nie schodzącym z twarzy.
- A tak! W Internecie. Wnuczka tam coś pisze. Wie pan, ja się na tym nie znam... - staruszek przesunął się w kierunku Żarskiego. - To gdzie ma pan ten mebelek?
- No, nie mam mebla ze sobą. Ale mam zdjęcia.
- Zdjęcia... Widzi pan, rzetelna wycena, o której pan wspomniał, polega na tym, że musiałbym bezpośrednio obejrzeć przedmiot, który pan oferuje. Zdjęcie niestety nie mogą być podstawą do prawidłowej wyceny. Przykro mi. - starszy pan przybrał zmartwiony wyraz twarzy. Żarskiemu przeszło przez myśl, że antykwariusz chce się go pozbyć i skwapliwie skorzystał z okazji, by dać do zrozumienia, że nie jest w stanie pomóc wobec obiektywnych okoliczności.
- Może chociaż pan zerknie? - zaproponował nieśmiało. - To tylko kilka zdjęć.
Antykwariusz westchnął.
- Pozwoli pan, że wejdziemy do pracowni. Tam mam lepsze światło. - gestem wskazał drzwi zza których wyszedł. - Proszę tędy.
Żarski wszedł w krótki korytarzyk, za którym otwierał się jasno oświetlony pokój zawalony szpargałami, z olbrzymim stołem, na którym rozpostarte były stare papiery i pożółkłe książki.
Stół oświetlała silna lampa biurowa, a obok stały dwa wygodne krzesła na kółkach, nowoczesne i zupełnie nieprzystające od reszty drewnianych mebli. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnęła się do sufitu półka w całości zastawiona książkami w starych oprawach. W kącie stał zegar wahadłowy, jak dostrzegł Michał, niedziałający.
- Podoba się panu ten zegar? - zapytał antykwariusz zauważywszy, że gość zawiesił wzrok na czasomierzu. - Mogę go panu sprzedać. Naprawdę tanio. Warto! Drewno sosnowe, fornirowane orzechem. Druga połowa XIX wieku. Wiedeński.
- Nie, dziękuję. Po prostu przyglądałem się. - Żarski odwrócił wzrok by nie dawać pretekstu do rozwinięcia tematu.
- Szkoda. - westchnął starszy pan. - Gdzie ma pan te zdjęcia?
Chłopak wyjął z teczki fotografie. Antykwariusz położył je na stole i zaczął rozglądać się.
- Gdzie są te okulary? Muszę zmienić... - usprawiedliwił się.
Po chwili bezradnego poszukiwania w końcu klepnął się w czoło i spośród papierów na stole wyciągnął tekturowe pudełko.
- Mam!
Zmienił okulary i rozłożył przed sobą na stole przyniesione zdjęcia. Pochylił się, przesunął lampkę by dobrze oświetlić fotografie. Bez słowa wodził palcem po odbitkach. W końcu wyprostował się i spojrzał na Żarskiego, lekko zsuwając okulary na nos.
- Sekretarzyk w stylu Empire[1], początek XIX wieku, fornirowany mahoniem. Być może francuski oryginał. Trudno ocenić jakość drewna, ale generalnie dość zużyty. Wymaga renowacji. Według mnie nie dostanie pan za niego więcej niż trzy, trzy i pół tysiąca.
Żarski stał lekko oniemiały.
- Trzy tysiące?! - bąknął cicho.
- Mogę się mylić, to tylko zdjęcia. - starszy pan spostrzegł rozczarowanie na twarzy gościa. - Mówiłem panu, że musiałbym widzieć mebel, dotknąć go, ocenić.
- Przyznam, że spodziewałem się większej kwoty. - usprawiedliwił Żarski swoje zaskoczenie.
Antykwariusz lekko się uśmiechnął.
- Widzi pan, cena zależy od tego, kto chce kupić. Według mnie trzy i pół tysiąca byłoby rozsądną kwotą, ale jeśli znajdzie pan kogoś, kto zapłaci więcej... Z meblami, szczególnie starymi, wycena nie jest tak prosta. Prócz drewna, waloru artystycznego, wieku, twórcy liczy się, że się tak wyrażę, również historia. To zresztą dotyczy wszystkich staroci.
- Historia? - Michał spojrzał zaciekawiony.
- Pan pozwoli! - Antykwariusz lekko podjął go za łokieć i skierował ku półce z książkami - Coś panu pokażę.
Gdy stanął przed regałem przez chwilę szukał czegoś wzrokiem, a następnie sięgnął po jedną z książek w introligatorskiej, płóciennej oprawie.
- To zwykła wydawałoby się książka. "Historya wyzwolonej Rzeczypospolitej wpadającej pod jarzmo domowe za panowania Jana Kaźmierza" Antoniego Walewskiego wydana w Krakowie w drukarni Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1870 roku. Na rynku warta jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt złotych.
Pokazał palcem na nieznacznie podniszczone płótno i otworzył pożółkłe karty.
- A teraz niech pan spojrzy.
Przewrócił kilka stron i wskazał na odręczne zapiski na marginesie i podkreślenia.
- Właśnie to stanowi o wyjątkowości tej książki. Są to odręczne komentarze Henryka Sienkiewicza z czasów, kiedy pracował nad "Potopem". Gdyby te dopiski były dziełem innej ręki, książka wręcz traciłaby na wartości. Jednak ta jest warta wielokroć więcej niż inne egzemplarze, nawet te w dużo lepszym stanie. Miłośnik Sienkiewicza dysponujący środkami zapłaciłby za nią z pewnością wiele. - antykwariusz zamknął książkę, pieszczotliwie przesunął dłonią po okładce i odłożył ją na półkę. - Tylko ta książka akurat nie jest na sprzedaż.
Staruszek znów ujął Żarskiego pod łokieć. Spojrzał mu w oczy i zapytał:
- Może i pana sekretarzyk ma jakąś historię? Może pracował przy nim ktoś, kto zapisał się w ludzkiej pamięci? Może był meblem z miejsca wyjątkowego swoją historią? A może jest w nim jakaś tajemnica? Stare meble mogły być świadkami wydarzeń wielkich, korzystać z nich mogli choćby Książe Józef, carewicz Konstanty czy Maria Curie. Niech pan zapyta kogoś, kto może znać tą historię, a wtedy odpowiem panu ile może być wart sekretarzyk prócz drewna, kształtu, włożonej pracy i waloru użytkowego.
Darmowy fragment