Wprowadzenie
Nie rodzisz się ze świadomością, że
umrzesz. Tę nowinę ktoś musi ci przekazać. Zapytałam swojego tatę, czy
to on mi ją przekazał, ale niczego takiego sobie nie przypomina.
Niektórzy ludzie zapamiętali, jak im to powiedziano; potrafią dokładnie
wskazać moment, kiedy przecięto ich życie na "przedtem" i "potem". Są w stanie przywołać z pamięci odgłos towarzyszący uderzeniu w okno ptaka,
który przed upadkiem na ziemię złamał sobie kark na szybie. Potrafią
opisać, jak wyjaśniono im tę sytuację, nim zwiotczałe upierzone ciałko
zostało zabrane z tarasu i zakopane w ogrodzie, a odciśnięty ślad
skrzydeł pozostał widoczny dłużej, niż trwał pogrzeb. Możliwe też, że
śmierć przyszła do ciebie pod postacią utraty któregoś z dziadków albo
złotej rybki. Może właśnie w chwili, gdy jej płetwy zniknęły ci z oczu w wirze wypełniającym muszlę klozetową, nabrałeś pojęcia o śmiertelności
na tyle, na ile wówczas było to możliwe lub potrzebne.
Ja żadnego takiego momentu nie doświadczyłam. Nie pamiętam czasu, gdy
śmierć jeszcze nie istniała. Ona po prostu była wszędzie i od zawsze.
Mogło się to zacząć od pięciu martwych kobiet. Przez pierwsze dziewięć
lat mojego życia mój tata -?Eddie Campbell, rysownik komiksów -?pracował
nad powieścią graficzną Prosto z piekła, według scenariusza Alana
Moore'a2. Opowiada ona o Kubie Rozpruwaczu i ukazuje w surowej
czerni i bieli całą grozę jego brutalności. "Kubuś Rozpruwaczek" tak
bardzo wpisał się w nasze życie, że moja mała siostrzyczka siadała do
śniadania w cylindrze, a ja, próbując wyjednać u taty zgodę na coś,
czemu przeciwna była mama, wspinałam się na palce, żeby studiować
rysunki scen zbrodni przypięte przez niego do rysownicy. Widniały na
nich wypatroszone kobiety, ich twarze i uda odarte ze skóry. Obok
rysunków znajdowały się nieretuszowane zdjęcia z sekcji zwłok, a na nich
zwiotczałe piersi i brzuchy, szwy od szyi po podbrzusze, zaciśnięte jak
na piłce do rugby. Pamiętam, jak się im przyglądałam, i nie tyle byłam
tym wstrząśnięta, co zafascynowana. Chciałam wiedzieć, co stało się tym
kobietom. Chciałam obejrzeć więcej zdjęć. Żałowałam, że nie były
wyraźniejsze. I że nie były kolorowe. To, co przedstawiały, odbiegało od
wszystkiego, co wiedziałam o życiu, i było nazbyt inne, żeby móc
przerażać. Historie tych kobiet były mi -?przebywającej w tropikalnym
Brisbane w Australii -?tak samo obce, jak zamglone londyńskie ulice, na
których żyły. Oglądanie tych samych fotografii dzisiaj to inna historia
-?dostrzegam na nich przemoc, walkę i mizoginię, odebrane życie -?wtedy
jednak jeszcze nie dysponowałam językiem emocjonalnym umożliwiającym
ogarnięcie umysłem takich potworności. Dalece przekraczało to mój poziom
pojmowania rzeczywistości, ale gdzieś w mojej głowie ptak rozbił się już
na szybie. Wtedy zaczęło się zbieranie jego szczątków z ganku i podnoszenie ich ku światłu.
W wieku siedmiu lat miałam już dziennikarską naturę. Wszelkie
przemyślenia przelewałam na papier. Siadałam obok taty przy odwróconym
kartonowym pudle, które nazywałam swoim biurkiem, i naśladowałam go,
tworząc pisakiem kompendium rozmaitych brutalnych sposobów, w jakie może
umrzeć istota ludzka; dwadzieścia cztery strony wypełnione scenami
morderstw, które skompilowałam z tego, co widziałam w filmach, w telewizji, w wiadomościach i na biurku taty. Umieściłam w zbiorze
rysunki ludzi pociętych maczetami we śnie, zadźganych nożami w lesie
podczas podróży autostopem, ugotowanych przez czarownice. Byli
pogrzebani żywcem bądź wieszani jako pokarm dla ptaków. Znalazł się też
rysunek czaszki dopełniony wyjaśnieniem: "Jeżeli ktoś odrąbie ci głowę,
a potem skóra zgnije, to tak właśnie będziesz wyglądać". Mój tata na
potrzeby stworzenia jednej ze scen w komiksie kupił u rzeźnika nerkę i położył ją w salonie, na chusteczce do nosa, żeby móc ją namalować. Ze
względu na skwar szybko gniła, a ja, siedząc obok taty, rysowałam ten
sam obraz, tyle że uczciwiej: mój uwzględnił chmarę much. Tata wszystkie
moje rysunki trzymał w segregatorze i z dumą pokazywał zaszokowanym
gościom.
Śmierć czyhała też poza domem. Mieszkaliśmy przy ruchliwej ulicy, na
której koty żyły krótko i kończyły zesztywniałe w rynsztoku;
podnosiliśmy je za ogon, trzymając jak patelnie, i grzebaliśmy o świcie,
urządzając zwierzakom, znanym nam oraz nieznanym, ciche i skromne
ceremonie pogrzebowe. Droga do szkoły często się wydłużała przez to, że
jakiś ptak, zwykle sroka, padł i się rozkładał. W chłodniejszym klimacie
nie byłoby o tym mowy, ale w dotkliwej australijskiej spiekocie rozkład
następował tak szybko, że niekiedy jeden ptak wystarczał, by ulicą nie
dało się przejść. Dyrektor naszej szkoły sugerował omijanie takich tras,
dopóki woń śmierci nie zelżeje. Ja jednak zawsze szłam tą zakazaną
drogą, w nadziei, że napotkam cuchnącego ptaka i będę mogła spojrzeć mu
w oczy.
Sceny śmierci stały się dla mnie czymś swojskim. Zadania domowe często
pisałam na odwrocie kserokopii rysunku wykonanego przez tatę, kartce
bezmyślnie zabranej ze stosu odrzuconych prac.
-?To martwa prostytutka -?wyjaśniłam nauczycielce, gdy ta bez słowa
podniosła do góry obrazek z ohydną plamą krwi i czarnej posoki. -?To
tylko rysunki.
Śmierć wydawała mi się po prostu czymś, co się zdarza, i to nawet
często. Mimo to mówiono mi o niej tak, jakby była czymś złym, tajemnicą,
na której naruszeniu mnie przyłapano. "To niestosowne", mówiła
nauczycielka, telefonując do moich rodziców.
Chodziłam do katolickiej szkoły. Nasz kapelan, ksiądz Power -?mrukliwy
Irlandczyk, który wydawał mi się niemożliwie stary, ale widywaliśmy go,
jak w swych księżych szatach, podskakując, ugniata zawartość pojemnika
na śmieci, by dało się upchnąć ich więcej, zanim przyjadą śmieciarze -
sadzał nas raz w tygodniu w pierwszych ławach kościoła, by szczerze
porozmawiać. Wyciągał krzesło i siadał na nim blisko ołtarza, by
nawiązując do górujących nad nami witraży, snuć opowieści o Jezusie
wlokącym swój krzyż w miejsce, gdzie miał na nim umrzeć. Któregoś
popołudnia ksiądz Power wskazał na czerwoną lampkę na lewo od ołtarza i powiedział, że kiedy ona świeci, oznacza to, że jest tutaj Bóg -?bo
zasilana jest przez Niego. Przyjrzałam się tej czerwonej żarówce,
jarzącej się w zdobionej mosiężnej klatce, i zapytałam, po co w takim
razie -?skoro zasila ją Bóg -?kabel wychodzący ze ściany i biegnący
wzdłuż łańcucha, na którym jest zawieszona. Nastała chwila ciszy,
rozległo się chrząknięcie, a wreszcie ksiądz odparł: "Żadnych więcej
pytań", po czym zmienił temat i na wieki wieków uznał, że jestem
problemem przez duże P, wymagającym wezwania rodziców (jednego dumnego,
drugiego zażenowanego) i pozbawienia mnie udziału w tej części mszy, w której role odgrywają chleb i wino.
Mnie natomiast zaniepokoiło to, że z urządzenia elektrycznego usiłował
uczynić coś czarodziejskiego i nadnaturalnego, i od tamtej pory z nieufnością podchodziłam do zinstytucjonalizowanej religii. Jawiła mi
się jako unik, panaceum, łgarstwo miłe dla ucha. Niebo zdawało mi się
trochę zbyt łatwo dostępne, niczym wyjazd na wakacyjny obóz w nagrodę za
dobre sprawowanie. Miałam przed sobą jeszcze jakieś dziesięć lat
katolickiej szkoły, a już zapalała mi się czerwona lampka, ostrzegająca
przed wszystkim, co religia serwowała w odpowiedzi na ważne pytania.
Pierwszą znaną mi zmarłą była moja koleżanka Harriet, która utonęła w wieku dwunastu lat, gdy ratowała swojego psa z wezbranego potoku. Prawie
nic nie pamiętam z pogrzebu ani z mowy, ani też nie pamiętam tego, jacy
nauczyciele przyszli i czy któryś z nich płakał. Nie przypominam sobie,
gdzie siedziała Belle, uratowana czarna labradorka, i czy nie
pozostawiono jej w domu. Pamiętam jedynie, że siedziałam w ławce,
wpatrzona w zamkniętą białą trumnę, i pragnęłam poznać jej zawartość.
Każdy magik wie o tym, że umieszczenie zamkniętej skrzyni przed grupą
ludzi to przepis na budowanie napięcia. Nie mogłam przestać się gapić.
Tam, zaledwie kilka metrów dalej, leżała moja koleżanka, ale ukryta
przede mną. To mnie frustrowało. Trudno było mi też pojąć, że ktoś
istnieje, a potem już nie, skoro nie potwierdzało tego nic namacalnego.
Chciałam ją zobaczyć. Brakowało mi nie tylko koleżanki, lecz także
czegoś jeszcze, zupełnie tak, jakby coś mi odebrano. Brak możliwości
zobaczenia jej i pojęcia tego wszystkiego okazał się barierą, która
uniemożliwiała mi opłakiwanie straty. Czy moja koleżanka wciąż wyglądała
jak ona, czy się zmieniła? Czy cuchnęła jak sroki?
Nie bałam się śmierci. Byłam nią zauroczona. Chciałam wiedzieć, co się
dzieje z kotami po tym, jak zakopiemy je w ziemi. Ciekawiło mnie też,
dlaczego ptaki śmierdzą i co sprawia, że spadają z drzew. Miałam książki
pełne szkieletów -?ludzkich, zwierzęcych, dinozaurów -?i uciskając sobie
skórę, usiłowałam poznać własny. W domu na swoje pytania otrzymywałam
odpowiedzi nieporadne, ale szczere. Chwalono mnie za rysunki i pokazywano na przykładzie kolejnych kotów, których widok rozdzierał mi
serce, że to, co nieuchronne, czasem bywa paskudne, a kiedy indziej nie.
W szkole mówiono mi, żebym stroniła od takich widoków -?ptaków, rysunków
taty i zmarłej koleżanki -?a w zamian na lekcjach i w kościele
przedstawiano mi inne obrazy śmierci: takie, które miały mnie przekonać,
że jest ona stanem przejściowym. Dla mnie więcej prawdy niosły zdjęcia
ofiar Kuby Rozpruwacza. Nikt nie zapowiadał ich powrotu do żywych, w szkole zaś uczono mnie, że Jezus zmartwychwstał i wróci ponownie.
Wtłaczano mnie w gotowe ramy koncepcyjne, mające zastąpić te, które
zaczynałam tworzyć sama na podstawie własnych doświadczeń. Poprzez
wymijające odpowiedzi i reakcje na coś, co uważałam za zwykłe fakty,
uczono mnie, że śmierć stanowi tabu, a zarazem ma budzić lęk.
A śmierć otacza nas zewsząd. Jest obecna w serwisach informacyjnych,
powieściach i grach wideo -?także w komiksach o superbohaterach, gdzie
czyjś kaprys może w miesiąc wskrzesić tabun ludzi. Można się na nią
natknąć w podcastach kryminalnych zalewających internet, w dziecinnych
rymowankach, muzeach, filmach, w których ofiarą mordu padają piękne
kobiety. Tyle że przekaz jest cenzurowany, ściętą głowę dziennikarza
zakrywają piksele, a słowa starych piosenek łagodzi się dla dobra
współczesnej młodzieży. Słyszymy o ludziach ginących w pożarach domów, o samolotach tonących w morzu, o kierowcach ciężarówek wjeżdżających w pieszych, ale trudno to wszystko ogarnąć. To, co rzeczywiste, miesza się
z wyobrażeniami i zlewa się w szum tła. Śmierć jest wszechobecna, ale
tuszuje się ją bądź przeobraża w fikcję. Ciała znikają, zupełnie jak w grach wideo.
Tyle tylko że z tymi zwłokami coś się jednak dzieje. Gdy siedziałam w kościele, wpatrzona w białą trumnę z moją koleżanką w środku,
wiedziałam, że jacyś ludzie wyciągnęli ją z wody, wytarli do sucha,
przynieśli tutaj; ludzie, którzy zadbali o nią tam, gdzie my nie
mogliśmy.
Co godzinę umiera na świecie średnio 6324 ludzi, co oznacza 151 776 osób
dziennie albo około 55,4 miliona rocznie3. To więcej, niż gdyby
co pół roku znikała z powierzchni naszego globu cała populacja
Australii. W świecie zachodnim po większości tych zgonów następuje
powiadomienie telefoniczne. Ktoś z wózkiem do przewozu zwłok zabiera
ciało i transportuje je do kostnicy. W razie potrzeby wezwany zostaje
ktoś jeszcze, żeby posprzątać miejsce, gdzie leżało ciało, rozkładając
się w ciszy, dopóki sąsiedzi nie zaczęli się uskarżać, i pozostawiło po
sobie wyżarty w materacu zarys sylwetki jak półpłynna ofiara z Pompejów.
Jeżeli zmarły nie miał rodziny, jeszcze komuś innemu płaci się za to,
żeby uprzątnął z mieszkania wszystko, co dotąd służyło tamtemu samotnemu
życiu: buty, zaprenumerowane gazety zalegające na wycieraczce, sterty
nieprzeczytanych książek, żywność, która w lodówce przeżyła nabywcę,
rzeczy, które trafią na wyprzedaż, i te, które wylądują w śmietniku. W zakładzie pogrzebowym balsamista postara się może, żeby zmarły wyglądał
bardziej na śpiącego niż na martwego. Ci ludzie zajmują się więc
sprawami, których widoku, jak nam się zdaje, my byśmy nie znieśli. Nam
świat się wali, a dla nich to codzienność.
Większości z nas nic nie łączy z tymi ludźmi, najzupełniej zwyczajnymi,
tyle że wykonującymi owe niezbędne prace. Trzyma się ich na dystans,
owianych tajemnicą, tak jak samą śmierć. W wiadomościach słyszymy o morderstwach, nigdy jednak o ludziach, którzy przyszli zeskrobać krew z dywanu i zmyć ze ścian rozprysk z tętnicy. Przejeżdżamy obok karamboli,
ale nie dowiadujemy się o tych, którzy przeczesują pobocza autostrad w poszukiwaniu szczątków ofiar tych wypadków. Kiedy na Twitterze
opłakujemy naszych bohaterów, nie myślimy o ludziach odcinających ich z klamek, na których się powiesili. Ci pozostają nierozpoznani, nieznani,
o nich się nie mówi.
Śmierć i ludzie związani z nią zawodowo z roku na rok absorbowali mnie
coraz bardziej, oplatali niczym sieć. Oni na co dzień mierzą się z prawdą, którą ja mogę sobie tylko wyobrażać. Najstraszniejszy jest
zawsze ten potwór, którego nadejście jedynie słychać w przewodach
wentylacyjnych i nie znamy na jego temat żadnych konkretów. Chciałam
więc się dowiedzieć, jak wygląda zwyczajna śmierć człowieka -?nie ptaków
czy kotów, i nie ta ze zdjęć czy filmów.
Jeżeli sam nie jesteś pod tym względem podobny do mnie, zapewne kogoś
takiego znasz. Kogoś, kto odwiedza stare, zarośnięte cmentarze i opowiada ci o grobie kobiety, która stanęła zbyt blisko ognia i spłonęła
żywcem, bo zapaliła się jej sukienka; kto próbuje cię ciągać do muzeów
medycyny i zachęca do przyglądania się zbielałym, wyblakłym szczątkom
ludzi od dawna martwych, choć zdolnych wbić w ciebie wzrok, jeśli
znajdzie się słój z właściwym preparatem. Może zastanawiać to, skąd
bierze się pociąg do takich rzeczy. Te osoby -?niczym Alvy Singer
wciskający Annie Hall egzemplarz Zaprzeczania śmierci Ernesta
Beckera4 -?zastanawiają się nad tym, jak to jest w ogóle nie
istnieć. Jestem przekonana, że zainteresowanie śmiercią to nie tylko
zamiłowanie do makabry; mocy tej mentalnej grawitacji nie da się z niczym porównać. Becker widział w śmierci kres, ale też siłę napędową
świata.
Ludzie szukający odpowiedzi znajdują je w kościołach, gabinetach
terapeutów, w górach czy na pełnym morzu. Ja jednak jestem dziennikarką,
a kiedy praca polega na zadawaniu pytań, zaczyna się wierzyć -?lub mieć
nadzieję -?że odpowiedzi kryją w sobie inni ludzie. Miałam w planie
odszukać tych, którzy na co dzień pracują ze śmiercią, i poprosić ich o przedstawienie mi tego, co robią i jak. Chciałam zbadać nie tylko
mechanizmy branży, lecz także to, jak na pracę tych ludzi wpływa ich
stosunek do śmierci; jak tworzy podwaliny tego, czym się zajmują.
Zachodnia branża usług związanych ze śmiercią jest tak zorganizowana, że
albo nie możemy, albo nie musimy w tym wszystkim uczestniczyć. Ale jeśli
przerzucamy na kogoś to brzemię, dlatego że dla nas jest zbyt ciężkie,
to jak ci inni sobie z nim radzą? Też przecież są ludźmi. Tu nie ma nas
i ich. Jesteśmy jedynie my wszyscy.
Chciałam się przekonać, czy postępując w ten sposób, nie wyrzekamy się
jakiejś fundamentalnej wiedzy o człowieku. Czy żyjąc w tym sztucznie
wytworzonym stanie wyparcia, na pograniczu między niewinnością a ignorancją, podsycamy lęk, który w rzeczywistości jest zbędny? Czy
odtrutką na strach przed śmiercią może być wiedza o tym, co dokładnie
się dzieje? Wierny obraz tego, co w związku z nią następuje? Chciałam
nieromantycznego, nieupoetyzowanego, nieodkażonego spojrzenia na śmierć.
Pragnęłam nagiej, banalnej rzeczywistości -?tego, co czeka nas
wszystkich. Niepotrzebne mi były eufemizmy ani życzliwi ludzie radzący,
by o żałobie rozmawiać przy herbacie i ciastku. Chciałam dotrzeć do
korzeni i wyhodować z nich coś własnego. "Jak możesz być pewien, że to
śmierci się boisz?", pada pytanie w Białym szumie Dona DeLillo.
"Śmierć jest taka mglista. Nie wiadomo, czym jest, jak się ją odczuwa
ani jak wygląda. Może z wielkiego uniwersalnego tematu wyłania się tylko
twój osobisty problem"5. Chciałam skurczyć śmierć do takich
rozmiarów, bym mogła ją uchwycić, do wielkości czegoś, czemu mogłabym
sprostać. Pragnęłam sprowadzić ją do rozmiarów czegoś na miarę
człowieka.
Im więcej jednak rozmawiałam z ludźmi, tym częściej pytano mnie: "Co
spodziewasz się znaleźć w miejscu, w którym być nie musisz? Po co się na
to narażać?".
Fałszywe poczucie bezpieczeństwa daje wiara, że jako dziennikarz możesz
stanąć z boku i relacjonować, będąc w każdej sytuacji osobą postronną,
pozostając niewzruszonym, obojętnym obserwatorem. Myślałam, że jestem
odporna, a nie byłam. Miałam rację, że coś mi umyka, ale w swojej
naiwności nie zdawałam sobie sprawy, jak głęboko sięga ten ubytek, jak
bardzo nasze podejście do śmierci wpływa na naszą codzienność -?jak
dalece hamuje w nas nie tylko możliwość zrozumienia, lecz także zdolność
opłakiwania momentów, w których wali nam się świat. Wreszcie zobaczyłam,
czym naprawdę jest śmierć, a transformacyjnej mocy takiego wejrzenia
niemal nie sposób wyrazić. W tym mroku znalazłam też coś jeszcze. Bo tak
jak w przypadku zegarków do nurkowania i oklejonych gwiazdkami sufitów w dziecięcych pokojach trzeba zgasić światło, aby dostrzec blask.
Skraj śmiertelności
przedsiębiorczyni pogrzebowa
Pierwszym nieboszczykiem, którego
zobaczysz, nie powinien być ktoś, kogo kochasz -?powiedziała.
Zebraliśmy się w pięćdziesięcioosobowej grupie w wielkiej sali na
University College London, by "czuwać" przy szczątkach dawno zmarłego
filozofa w dwieście siedemdziesiątą rocznicę jego urodzin. Jego odcięta
głowa, pokazywana pierwszy raz od dekad, spoczywa pod szklanym kloszem
od Budweisera. Szkielet zasiada w głębi sali, jak zwykle w szklanej
gablocie, odziany w swoje własne ubranie, kościstą dłoń w rękawiczce
opiera o laskę, a prawdziwą głowę, odkąd plan zakonserwowania zawiódł,
zastępuje woskowa. Przechodzący studenci poświęcają mu tyle samo uwagi
co meblom.
Pomiędzy corocznymi kontrolami prowadzonymi pod kątem nowych stadiów
rozkładu prawdziwa głowa Jeremy'ego Benthama zazwyczaj zamknięta jest w szafie i nie ma do niej dostępu. Doktor Southwood Smith, wykonawca
testamentu Benthama i preparator jego zwłok, usiłował zachować ją tak,
by wyglądała na nietkniętą, pozbywając się płynów poprzez umieszczenie
jej pod pompą powietrzną, a nad kwasem siarkowym. Głowa, niestety,
zrobiła się sina i taka już pozostała. Smith przyznał się więc do
porażki i zlecił rzeźbiarzowi figur woskowych wykonanie kopii głowy,
oryginał zaś schował. Trzy lata przed dzisiejszym nocnym czuwaniem
nieśmiały naukowiec opiekujący się Benthamem pokazał mi jednak opisywaną
tu część ciała6. Przyglądaliśmy się subtelnym jasnym brwiom i oczom z niebieskiego szkła, podczas gdy od wyschniętej skóry biła woń
suszonej wołowiny. Naukowiec powiedział mi, że Bentham jeszcze za życia
zwykł nosić te swoje przyszłe gałki oczne w kieszeni i dla śmiechu
wyciągał je na przyjęciach. I oto teraz, sto osiemdziesiąt sześć lat po
jego śmierci, osadzone w zgrubiałych oczodołach, wpatrywały się w salę
pełną ludzi zgromadzonych po to, by rozmawiać o przestarzałym podejściu
do śmierci w społeczeństwie.
Bentham był ekscentrycznym filozofem -?pewne jego koncepcje
zaprowadziłyby go dzisiaj do więzienia lub co najmniej spowodowały
usunięcie z uczelni -?ale w wielu kwestiach wyprzedzał epokę. Nie tylko
orędował za prawami zwierząt i kobiet, lecz także wierzył w prawa gejów
w czasach, gdy homoseksualizm był nielegalny, i jako jeden z pierwszych
ofiarował swoje ciało nauce. Chciał jego publicznej sekcji,
przeprowadzonej przez przyjaciół, a my wszyscy zebrani tutaj z chęcią
byśmy się na nią wybrali. Wysłuchujemy doktora Johna Troyera, dyrektora
Centrum Śmierci i Społeczeństwa na Uniwersytecie w Bath, który opowiada
o dorastaniu w domu pogrzebowym, w rodzinie, dla której śmierć nie była
żadnym tabu -?o kolejnym więc domu, w którym była ona wszechobecna.
Potem lekarz specjalista od opieki paliatywnej, człowiek o łagodnym
usposobieniu, zachęca nas, byśmy zawczasu rozmawiali o własnej śmierci i przedstawiali nasze (choćby i szalone) oczekiwania w związku z nią, tak
jak uczynił to Bentham. Na koniec podnosi się Poppy Mardall,
trzydziestokilkuletnia właścicielka zakładu pogrzebowego, i oznajmia, że
pierwszym nieboszczykiem, którego zobaczymy, nie powinna być żadna z kochanych przez nas osób. Stwierdza, że chciałaby sprowadzać do swojej
kostnicy dzieci w wieku szkolnym, żeby mogły zmierzyć się ze śmiercią,
zanim będą do tego zmuszone przez los. "Trzeba umieć oddzielić szok
spowodowany widokiem śmierci od wstrząsu związanego z żałobą", oznajmia.
Potem dziękuje nam za wysłuchanie jej słów i siada przy wtórze brzęku
butelek piwa stojących na stole.
Podczas swoich rozmyślań o śmierci ani razu nie zastanawiałam się nad tą
kwestią -?nad tym, że można świadomie rozróżniać te dwa typy wstrząsu z korzyścią dla swojego serca. Zaciekawiło mnie to, jaka bym teraz była,
gdybym spotkała Poppy jako dziecko i pokazałaby mi to, co wtedy tak
bardzo chciałam zobaczyć. Zawsze intrygowało mnie, jak wyglądają
nieboszczycy, ale zakładałam, że kiedy już zobaczę zmarłego, to dlatego,
że będzie to ktoś, kogo znałam. Na anonimowe zwłoki niełatwo było bowiem
natrafić -?nigdy przedtem nie pokazano mi ciała nikogo, kogo bym nie
znała, a i w późniejszych latach widywałam tylko zwłoki znajomych -
szkolnych kolegów (nowotwór, samobójstwo), czworga dziadków (śmierć z przyczyn naturalnych). Z pewnością, jak sądziłam, nie udałoby mi się
uniknąć wstrząsu psychicznego wywołanego utratą kogoś kochanego i koniecznością równoczesnego zmierzenia się z fizyczną realnością
śmierci.
Parę tygodni po stypie po Benthamie siedzę na wiklinowym krześle w jasno
oświetlonym pokoju w zakładzie pogrzebowym Poppy, dawnej ceglanej
stróżówce przy wejściu na cmentarz Lambeth. W niewielkiej misie na
środku stołu piętrzą się kolorowe pisanki, a ogromne wiktoriańskie okna
są ozdobione naklejkami w maki. Na zewnątrz, na obutych w sandały
stopach kamiennego Jezusa gromadzi się śnieg. Cmentarz Lambeth jest
mniej okazały od sławnej siódemki, okalającej Londyn pierścieniem
rozległych cmentarzy-ogrodów -?Kensal Green, West Norwood, Highgate,
Abney Park, Brompton, Nunhead i Tower Hamlets -?założonych w dziewiętnastym stuleciu w celu odciążenia przepełnionych przykościelnych
cmentarzyków, powstałych w środku rozrastającego się miasta. Inaczej niż
na nich, na Lambeth nie ma ekstrawaganckich mauzoleów, olbrzymich
promenad ani grobowców wielkich jak domy, podkreślających bogactwo ich
martwych rezydentów. Jest praktyczny, nieduży i bezpretensjonalny,
zupełnie jak Poppy. Łatwo się z nią rozmawia -?można sobie ją wyobrazić
jako terapeutkę albo dobrą matkę. To, co powiedziała podczas swojego
wystąpienia, tak bardzo mnie uderzyło, że zapragnęłam usłyszeć więcej.
Najwyraźniej uważa swoje zajęcie za coś więcej niż tylko pracę. Poza tym
nigdy przedtem nie widziałam na własne oczy zwłok -?jeśli nie liczyć
zdekapitowanych filozofów -?zastanawiałam się więc, czy Poppy mogłaby
być tym, kto mi takowe pokaże. O taką przysługę mało kogo można prosić.
-?Nie otwiera się chłodziarek tylko po to, by obejrzeć ludzi -?mówi bez
owijania w bawełnę. -?Chcę, żebyśmy do tego, co dzieje się za kulisami,
podeszły z należytą dbałością. Tu nie jest jak w muzeum. Gdybyś jednak
miała kilka wolnych godzin, mogłabyś przyjść ponownie i pomóc w przygotowaniu kogoś do pogrzebu. Będziesz mieć dzięki temu rzeczywisty
kontakt ze zwłokami zamiast tylko gapić się na trupy.
Patrzę na nią z niedowierzaniem. Nie przypuszczałam, że się zgodzi, a tym bardziej że zaprosi mnie, bym włączyła się w przygotowanie kogoś do
pochówku. Wiadomo, jestem tutaj dlatego, że zapragnęła czymś się ze mną
podzielić, ale i tak pewne bramy są zamknięte od tak dawna, że otwarcie
ich wydaje się niemożliwe.
-?Będziesz bardzo mile widziana -?przerywa ciszę, bo ja zaniemówiłam.
W Zjednoczonym Królestwie, inaczej niż w Ameryce, przedsiębiorca
pogrzebowy, by zajmować się zmarłymi, nie potrzebuje żadnej licencji.
Dlatego cały personel Poppy wywodzi się spoza branży funeralnej. Ona
sama, zanim dokuczyła jej miałkość drogi zawodowej, była zatrudniona w domu aukcyjnym Sotheby's. Aaron, kierownik kostnicy oddalonej od nas o odległość krótkiego spaceru przez cmentarz, pracował wcześniej nieopodal
na wyścigach chartów; kierowca furgonetki do przewozu zwłok, Stuart,
jest strażakiem i mówi, że jego niepełnoetatowa praca tutaj to jakby
powrót do tych, których nie zdołał uratować. Poppy oznajmia, że mogę
przyjść i tak jak oni odbyć szkolenie, tak jakbym zaczynała tu pracę.
-?Czy zanim zostałaś przedsiębiorczynią pogrzebową, widziałaś już
nieboszczyka? -?pytam.
-?Nie -?odpowiada. -?Czy to nie szalone?
Usiłuję prześledzić ścieżkę prowadzącą od tętniącego życiem domu
aukcyjnego do prowadzenia zakładu pogrzebowego, ale nie wiem nawet, od
czego zacząć.
-?Stykam się z ludźmi mającymi o wiele poważniejsze powody od moich, by
zajmować się czymś takim -?mówi ze śmiechem. -?Ze mną było całkiem
inaczej.
Z opowieści Poppy wynika, że choć jej droga była kręta, to motywacja -
przejrzysta, choć nie od razu dostrzegalna. Do świata domów aukcyjnych -
najpierw Christie's, potem Sotheby's -?zaprowadziło Poppy umiłowanie
sztuki, a zatrzymało w nim poczucie frajdy: adrenalina, życie
towarzyskie, nieprzewidywalność tego, co się jej przytrafi.
-?Zadzwonił jakiś gość, że chyba ma u siebie, gdzieś na teksańskiej wsi,
rzeźbę Barbary Hepworth, a ja dzień później już do niego leciałam -
przywołuje przykład, jak podkreśla, nieszczególnie wyjątkowy. -
Skończyłam dwadzieścia pięć lat. Ciążyła na mnie wielka odpowiedzialność
i wspaniale się bawiłam. Dość szybko jednak poczułam, że znaczenie tego
jest żadne.
Rodzice, pracownik socjalny i nauczycielka, zaszczepili w niej obowiązek
pomagania ludziom w potrzebie, a praca w Sotheby's -?chociaż ekscytująca
-?jej tego nie dawała.
-?Ze względów materialnych nie mogłam jednak porzucić sprzedawania
obrazów -?dodaje.
Po godzinach przeistaczała się w samarytankę, w ramach wolontariatu
odbierała telefony w organizacji charytatywnej podtrzymującej na duchu
osoby zagubione lub nękane myślami samobójczymi. Tyle że coraz bardziej
absorbowała ją praca w domu aukcyjnym, a wyjazdy co rusz oddalały od
domu, często więc opuszczała swoje dyżury lub je przekładała.
-?Bardzo mnie to smuciło. Poświęciłam blisko dwa lata, lecz nie
znalazłam rozwiązania. Doskwierało mi coś w rodzaju kryzysu
ćwierćwiecza.
Wiedziała, że pragnie angażować się w sprawy zwykłych ludzi, być na
pierwszej linii życiowego frontu, zajmować się czymś, co jest istotne -
nieważne, czy dotyczyłoby narodzin, miłości, czy śmierci -?nie potrafiła
jednak określić, czym konkretnie, dopóki życie samo nie zaczęło
dokonywać za nią wyboru.
Fakt, że wszyscy, których kochamy, pewnego dnia umrą, często nam umyka,
dopóki nie wydarzy się coś złego. Do Poppy dotarło to dopiero wtedy, gdy
u obojga jej rodziców w krótkim odstępie czasu zdiagnozowano raka.
-?Nasza rodzina jest bardzo otwarta na wszystkie tematy -?mówi. -?Moja
mama nakładała prezerwatywy na banany, kiedy miałam pięć lat i nie
widziałam w tym żadnego sensu, ale ją po prostu bawiło przełamywanie
tabu. O śmierci jednak właściwie u nas się nie mówiło. Nigdy nie
odbyliśmy takiej rozmowy, a przynajmniej nie tak, żebym ją zrozumiała.
Miałam dwadzieścia siedem lat, kiedy mój tata zachorował, i wtedy po raz
pierwszy tak naprawdę dotarło do mnie, że kiedyś umrze.
Uświadomiła sobie to w samym środku kryzysu związanego z pracą. Odbyły
się wtedy od dawna pomijane rozmowy. Kiedy stało się jasne, że przeżyje
rodziców, Poppy zaoszczędziła trochę pieniędzy, porzuciła świat sztuki i wyrwała się na trochę do Ghany. Tam dopadł ją dur brzuszny i sama omal
nie umarła.
-?O rany! -?komentuję.
-?Wiem! Tak czy inaczej, chorowałam osiem miesięcy, co dało mi długi
okres bezczynności i szansę na przemyślenia. Praca, którą bym podjęła,
gdyby nie dur brzuszny, byłaby znacznie bezpieczniejsza. To -?mówi,
wskazując dookoła na zakład pogrzebowy -?było zdecydowanie największym
wariactwem na tej mojej liście.
Kierowanie takim przedsiębiorstwem znalazło się na niej nie tylko
dlatego, że wiąże się z jednym z tych wielkich życiowych doświadczeń, w których Poppy chciała mieć swój udział, lecz także tego względu, że
wcześniej jej matka dała jasno do zrozumienia, czego oczekuje w związku
ze swoim pogrzebem, a czego sobie nie życzy. Badając te możliwości,
kiedy rodzice zachorowali, Poppy przekonała się, jak dalece nie na
czasie jest branża pogrzebowa i jak niewiele pozostawia miejsca na
indywidualność. Lśniące czarne karawany i cylindry, sformalizowane
uroczystości żałobne nie odpowiadały takim rodzinom jak jej. Zapragnęła
odegrać jakąś rolę w zmienianiu świata śmierci, choć jeszcze nie do
końca wiedziała, do czego dokładnie dąży. Dopiero kiedy zaczęła się
uczyć, podążając śladem już działających przedsiębiorców pogrzebowych,
pod koniec swojej choroby, gdy poczuła się na tyle dobrze, by móc
wychodzić z domu, zrozumiała, czego jej brakowało. Stojąc w kostnicy, po
raz pierwszy zobaczyła śmierć w całej jej niestrasznej pospolitości i bardzo ją to wzburzyło. Narzucano jej bowiem wizję śmierci -?członków
rodziny i własnej -?bez wiedzy, jak ona w ogóle wygląda.
-?Naprawdę pomogłoby mi, gdyby w moim wcześniejszym życiu byli jacyś
zmarli -?mówi. Mając dwoje małych dzieci, Poppy porównuje intensywność
swojego lęku do ciąży. -?Gdybym po dziewięciu miesiącach ciąży miała
lada moment urodzić, a jeszcze nigdy nie widziałabym dziecka młodszego
niż roczne, poród zdecydowanie zdałby mi się bardziej przerażający.
Miałabym wydać na świat coś, czego nigdy dotąd nie widziałam i czego nie
potrafię sobie wyobrazić.
Pytam o obraz zwłok, jaki podsuwa nam wyobraźnia: nie o te, które tylko
są blade i jakby pogrążone we śnie, ale o rozkładające się, wzdęte
trupy, jakie widzimy w myślach. Istnieją przecież takie. Czy powinny być
określone granice tego, co można pokazać rodzinie?
-?Sugerowanie, że ludzie nie powinni oglądać zmarłych, wynika z dobrze
pojętej troski i wrażliwości, uważam jednak, że podchodzi się do tego
zanadto patriarchalnie i protekcjonalnie -?wyjaśnia. -?Nie każdy musi
zobaczyć zwłoki, ale dla niektórych jest to wręcz naturalna potrzeba.
Lata temu przyszedł do Poppy z pytaniem pewien człowiek. Jego brat
utopił się i długo przebywał w wodzie -?na tyle długo, że wszystkie domy
pogrzebowe, do jakich się zwracał, odmówiłyby okazania ciała.
-?Najpierw zapytał nas: "Czy zabronicie mi zobaczyć mojego brata?". To
był sprawdzian. W istocie pytał: "Czy jesteście po mojej stronie, czy
nie?". Nie do nas należy mówienie ludziom, co mogą robić, a czego nie.
Nie jesteśmy tu po to, żeby narzucać doświadczenia transformacyjne tym,
którzy ich nie chcą. Naszą rolą jest przygotowanie ich, delikatne
udzielenie informacji, których potrzebują do podjęcia wyważonej decyzji.
Nie znamy tych ludzi, nie wiemy więc, jaka decyzja będzie słuszna. -?Ten
człowiek miał zobaczyć brata po raz ostatni.
Poppy mówi mi, że kiedy wrócę, kostnica będzie piękna, bo taka być musi:
najważniejsze dla niej jest to, żeby zmarłych przechowywać w miejscu jak
najwdzięczniejszym, bo przecież chce wprowadzać tam żyjących.
-?Wielu odwiedzających nasz zakład docieka: "Dlaczego zrobiliście
kostnicę tutaj? To tak inspirująca przestrzeń". Mnie się wydaje, że
właśnie o to chodzi.
Wróciłam tam. Śnieg dawno zdążył stopnieć.
§
Nie takich zapachów spodziewałam się w kostnicy. Wyobrażałam sobie
pomieszczenie bez okien, podłogi pokryte skrzypiącym linoleum, woń
wybielacza i zgnilizny. Nastawiłam się na agresywność jarzeniowych lamp,
ich brzęczenie i mruganie, nie na wnętrze skąpane w ciepłym blasku
wiosennego słońca, gdzie wszystko, zarówno stal, jak i drewno, lśni i migoce. Stoję przy drzwiach w jednorazowym plastikowym fartuchu, dłonie
pocą mi się w nitrylowych rękawiczkach. Roseanna i Aaron, ubrani w identyczne zielone polary i taki sam marszczony plastik jak mój,
przygotowują salę: ona wytacza z kąta wózek, on skrzętnie coś notuje w liniowanym rejestrze z czarną okładką. Przy zlewie stoi torba zakupowa z poskładanymi ubraniami, czekającymi na to, by posłużyć komuś po raz
ostatni. Nie chcę nikomu przeszkadzać, więc opieram się ostrożnie o regał z trumnami z wypolerowanego drewna. Pachną sosną.
Mamy tu dzisiaj trzynaście ciał, imiona wypisane na tabliczkach różnymi
charakterami pisma zostały umocowane na ciężkich drzwiach chłodni. Z belek nad naszymi głowami zwisają lampy dające miękkie światło, ale na
zewnątrz jest tak jasno, że zapalono je chyba z przyzwyczajenia.
Wszystko, co nie jest tutaj z metalu, jest z drewna. Szafka przy zlewie
stoi otworem; w środku, obok bambusowych podgłówków, widać buteleczkę
perfum Chanel No 5. W nowych trumnach, ustawionych w pionie rzędami,
odbija się światło. Ich kanty zabezpieczono przed obiciem, owijając je
ciasno folią. Za podpory na obu końcach służą dwa wiklinowe kosze, a na
wyższej półce czeka transporterek dla niemowlęcia -?mały, z nadrukiem w niebieską kratkę. Wygląda zupełnie jak kosz piknikowy.
Nie od zawsze była tu kostnica. Pod łukowatym oknem obramowanym ołowiem,
gdzie cicho i jednostajnie brzęczy ściana białych komór chłodniczych,
mógł stać ołtarz, jeszcze za czasów cmentarnej kaplicy. Zanim doczekała
się remontu, a nastąpił on po upływie trzech dekad, opustoszała, ale
nadal zajmowała środek nekropolii na południu Londynu. Z powolnego
rozpadu wybawiła ją Poppy, kiedy jako świeżo upieczona niezależna
przedsiębiorczyni pogrzebowa potrzebowała tymczasowego domu dla swoich
zmarłych. Dawno temu w tym budynku nieboszczycy spędzali noc
poprzedzającą pochówek. Poppy przywróciła mu jego pierwotną funkcję.
Dziś jej tu ze mną nie ma -?powierzyła mnie dwojgu swoich zaufanych
podwładnych. Poppy swoje doświadczenie zetknięcia ze zmarłymi ma już za
sobą, a teraz zostawiła mnie sam na sam z moim. Mimo to, kiedy rozglądam
się po sali, wszędzie dostrzegam jej obecność: wyraźną, nienatrętną,
przyjazną. Widzę w jednym z kątów kuchenny zlew i ławę, wszystko, czego
trzeba do takiego przygotowania ciała, jakie się tu odbywa. Przypominam
sobie, jak mówiła mi, gdy na zewnątrz jeszcze padał śnieg, że w tym
przybytku nie balsamuje się ciał.
-?Chcemy zapewnić ludziom wszystko to, co najlepsze, a kiedy
zaczynaliśmy, nie byłam przekonana, że balsamowania dokonuje się dla
dobra krewnych -?powiedziała. -?Sądzę, że dokonuje się go ze względu na
to, jak zorganizowane są zakłady pogrzebowe. -?Wyjaśniła, że nie każdy z prestiżowych zakładów jest wyposażony we własną ścianę komór
chłodniczych, nie wszyscy bowiem dysponują taką powierzchnią jak Poppy.
Dlatego zwłoki przechowuje się w jakiejś centralnej placówce i w miarę
potrzeby przewozi między innymi miejscami. Jeśli rodzina zapragnie
zobaczyć ciało, może nastąpić konieczność przetransportowania go i na
jakiś czas -?może dziesięć godzin, może dwadzieścia cztery -?robi się
ono cieplejsze. Zabalsamowanie, konserwujące zwłoki i umożliwiające
trzymanie ich w temperaturze pokojowej przez dłuższy okres bez oznak
rozkładu, ułatwia proces przewiezienia ich do domu pogrzebowego,
ponieważ zapewnia więcej czasu. Tutaj, jeśli rodzina poprosi o zabalsamowanie zwłok, Poppy to umożliwia, ale proces odbywa się gdzieś
indziej. Przez sześć lat prowadzenia tego biznesu jeszcze nie dała się
przekonać, że balsamowanie jest tak ważne, jak twierdzą niektórzy. Nie
wyklucza jednak, że kiedyś zmieni zdanie.
Wszystko, co było do zrobienia w komorach chłodniczych, zostało
zrobione. Wszelkie medyczne interwencje dobiegły końca, rozcięcia
pozostałe po autopsji zszyto, a dowody zebrano i zważono. Tutaj
nieboszczycy znów stają się ludźmi, a przestają być jedynie pacjentami,
ofiarami albo wojownikami poległymi w walce z własnym ciałem. Po
skończonych pracach czekają tylko na obmycie i ubranie, a potem na
pogrzebanie lub spalenie.
Pamiętam, jak reżyser David Lynch w jednym z wywiadów opowiadał o tym,
jak jeszcze jako młody student filadelfijskiej Akademii Sztuk Pięknych
odwiedził kostnicę -?poznawszy w restauracji człowieka strzegącego jej w nocy i uprosiwszy go, by pozwolił mu ją zobaczyć. Gdy usiadł w niej na
podłodze, a drzwi za nim już się zamknęły, przemówiły do niego wszystkie
opowieści zawarte w otaczających go ciałach: o tym, kim byli ci ludzie,
co robili i jak tam trafili7. Podobnie jak jego, tak i mnie
zalewa to niczym fala, zarówno w wielkiej, jak i małej skali: ci ludzie
i zawarte w nich biblioteki zebranych doświadczeń, wszystko to kończy
się tutaj.
Drzwi komory chłodniczej otwierają się ze szczękiem i wyjeżdżają z niej
zwłoki na tacy dopasowanej do wózka, a pompa hydrauliczna z głośnym
metalicznym sykiem podnosi go na wysokość pasa. Brzęk komory przybiera
na sile; maszyna, bzycząc, koryguje wzrost temperatury. Aaron wytacza
wózek na środek sali i patrzy na mnie, opartą o trumny i skubiącą swój
fartuch. Z miejsca, gdzie stoję, widzę tylko kopułę ogolonej głowy
spoczywającej na białej poduszce. Na imię miał Adam.
-?Musimy zdjąć mu koszulkę. Rodzina chce ją zachować -?mówi Aaron. -
Możesz przytrzymać mu ręce?
Podchodzę i chwytam zimne ręce mężczyzny swoimi, podnoszę jego długie,
chude ramiona nad korpus, tak by dało się przeciągnąć koszulkę przez
kościste ramiona. Trzymając je, skupiam wzrok na jego twarzy, na wpół
otwartych zapadniętych oczach, które przywarły do kącików niczym ostrygi
w skorupkach. Aaron powie mi później, że zawsze starają się zamknąć oczy
nieboszczykom -?im dłużej zostawia się je w spokoju, tym bardziej
wysychają powieki, co utrudnia ich poruszanie i przesuwanie. Te oczy nie
przypominają już kulek, są sflaczałe, jakby życie wyciekło z nich do
reszty. W oczach umarłego nie widać nic, nawet znajomego kształtu.
Adam w komorze chłodniczej trzymał kurczowo żonkil i fotografię rodzinną
oprawioną w ramkę -?tak ułożony leżał, gdy zabierano go z domu, w którym
zmarł w łóżku -?ale i jedno, i drugie, kiedy nie patrzyłam, zabrano mu z piersi i odłożono na bok, by nie przeszkadzało. Poniewczasie pomyślałam,
że była to moja jedyna szansa, by przyjrzeć się temu człowiekowi jako
żywemu, ale tak się skupiłam na tym, jaki Adam jest teraz, że to
przeoczyłam. Szkoda, że tak się stało, ale nie mogę się winić: po raz
pierwszy widzę kogoś zmarłego, i to trzymając go za ręce.
Chciałam zobaczyć, jaka jest śmierć, a Adam wygląda martwo.
Niezabalsamowany, nieupiększony nieboszczyk. W komorach chłodniczych
przebywał od dwóch i pół tygodnia i widać to po nim, chociaż jeśli
chodzi o rozkład, przypadł mu w udziale najlepszy scenariusz -?okres od
zgonu do zamknięcia w chłodni skrócono do minimum. Usta ma półotwarte,
tak samo jak oczy. Nie potrafiłabym określić, jakiego koloru były one za
życia ani czy którakolwiek z widocznych teraz barw miała odpowiednik w jego wyglądzie sprzed miesiąca. Przez żółtaczkę jest chorobliwie żółty,
ale nie jest to wcale najjaśniejszy odcień jego ciała. Kiedy koszulka
wędruje za głowę, widzę, że każde ze sterczących żeber wyróżnia żółć
jeszcze jaśniejsza, kontrastująca z limonkową zielenią brzucha i ciemniejszymi, niemal czarnozielonymi partiami pomiędzy wystającymi
kośćmi. Brzuch to zwykle pierwsze miejsce, w którym widać oznaki
rozkładu, z natury bowiem mnóstwo w nim bakterii, ale nie wiedziałam, że
śmierć, coś kojarzącego się z czernią, może być tak jasna: widok życia
mikroorganizmów przejmujących przestrzeń po życiu człowieka prawie
oślepia. Adam ma sine plecy, bo zbiera się tam krew; nierozprowadzana
już przez serce po całym ciele, krzepnie i ciemnieje tam, gdzie stoi.
Skóra miejscami pomarszczyła się na skutek przechowywania zwłok w pozycji tak niewygodnej, że żywy człowiek zaraz by ją zmienił, ale gdy
znika życie, a wraz z nim ruch zapewniający skórze jędrność, fałda to
już zawsze fałda, a wgniecenie to wgniecenie. Nogi u góry są żółtobiałe,
a poniżej kolan sinawe. Nie był stary. Może po czterdziestce. Rodzina
zażądała zwrotu koszulki. Jest niebieska.
Nie potrafiłabym powiedzieć, czy żebra miał tak wystające już za życia,
czy ciało -?tak jak jego twarz -?całkiem się zapadło. Mięśnie szczupłych
nóg wskazują, że był człowiekiem wysportowanym, możliwe, że biegał.
Jeżeli ma się człowieka jedynie przebrać, nie trzeba znać przyczyny jego
śmierci i rzadko zdobywa się taką wiedzę. Jednak plastry z fentanylem na
ręce, a także lepkie ślady na skórze po poprzednich plastrach, sugerują
długotrwałą chorobę. Roseanne delikatnie masuje te miejsca, starając się
pozbyć z nich kleju.
-?Usuwamy, ile możemy, żeby nie uszkodzić ciała -?mówi. -?Jeśli
zaczynamy odklejać plaster i odchodzi z nim też skóra, po prostu to
zostawiamy. -?Wyjaśnia mi, że w miarę możności starają się usunąć
wszelkie pozostałości pobytów w szpitalach i ingerencji medycznych.
Raczej nikt nie chciałby być pochowany w skarpetach uciskowych i z końcówką wenflonu.
Zawartość torby zabranej ze zlewu ląduje na ławce. Tenisówki, zwinięte
skarpetki, szare bokserki z rozporkiem. Cała jego garderoba jest
znoszona i codzienna, wyjęta przez jego rodzinę z szafy. Wszystko było
używane, poza tenisówkami wyglądającymi na zakup najdalej sprzed
tygodnia. Obracam je w osłoniętych rękawiczkami dłoniach i zastanawiam
się, czy kupując je, czuł się na tyle dobrze, by wierzyć, że ma dość
czasu, by opłacało mu się nabywać nowe buty. Czy nie żartuje się, że
staruszkowie nie powinni kupować zielonych bananów?
Aaron zdejmuje Adamowi majtki i z szacunku pieczołowicie zakrywa
podbrzusze prześcieradłem.
-?Po zdjęciu bielizny sprawdzamy, czy jest czysty. Jeśli nie, podmywamy
go. -?Przetaczamy go na bok, Aaron ocenia sytuację, potem znów kładziemy
go na plecy. Roseanne chwyta jeden skraj czystych majtek, ja drugi i razem podciągamy je, centymetr po centymetrze, wzdłuż żółtych nóg.
-?Zimna ta skóra -?komentuję i zaraz robi mi się głupio.
-?Z czasem przywyka się do tego, że są zimni -?pociesza mnie Aaron. -
Potem człowiek jedzie odebrać z domu kogoś, kto dopiero co zmarł i jeszcze jest ciepły. Wrażenie jest... dość dziwne. -?Minę ma taką, jakby
ciepłota była czymś niepokojącym, oznaką życia niepożądaną w sytuacji,
gdy to właśnie spadek temperatury pomaga jego psychice oddzielić świat
żywych od zmarłych. Tutaj termostaty chłodnicze są ustawione na cztery
stopnie Celsjusza.
Ponownie przekręcamy Adama na bok, wciągamy mu bokserki. Przetaczamy go
na drugi bok i powtarzamy czynność. Ubieranie zmarłych odbywa się
intuicyjnie, po prostu zakłada się części garderoby człowiekowi
niezdolnemu jakkolwiek w tym pomóc.
-?Podoba mi się, że nie kupili na jego pogrzeb nowych ubrań, może
bardziej eleganckich -?mówię.
-?Pewnie to jego ulubione -?odpowiada Roseanne. Nieliczne drobiazgi,
dostarczone w torbie na zakupy, mówią bowiem coś o charakterze
człowieka.
Aaron prosi mnie o podniesienie Adamowi głowy, tak, żeby mógł mu włożyć
czystą koszulkę. Nachylam się nad wózkiem, obejmując dłońmi twarz
zmarłego, tak jakbym miała go pocałować, z myślą: "Jeżeli jutro nikt nie
przytuli go w trumnie, to ja jako ostatnia na tym świecie tak go
dotykam. Jak do tego doszło?".
-?Przełóż rękę przez nogawkę spodni i złap go za stopę -?instruuje mnie
następnie Aaron. Mając jasnoniebieskie dżinsy zrolowane wokół
nadgarstka, chwytam Adama za palce u nogi. Kiedy poruszamy jego ciałem
najpierw w jedną stronę, potem w drugą, wciągając te spodnie, z jego
płuc uwalnia się z westchnieniem uwięzione tam powietrze. Pachnie lekko
nadgniłym kurczakiem, surowym i nadal zimnym.
To pierwsza woń śmierci, z jaką się dzisiaj zetknęłam, i z miejsca
rozpoznawalna. Pisał o tym zapachu Denis Johnson w opowiadaniu Triumf
nad grobem: wspomniał, że merkaptan etylowy, pierwszy z serii związków
uwalniających się podczas procesu rozkładu, rutynowo dodaje się do gazu,
żeby można było wykrywać przecieki węchem8. Praktykę tę
zapoczątkowano w latach trzydziestych, po tym jak robotnicy zauważyli w Kalifornii sępy krążące w słupach powietrza nad wyciekami z gazociągów.
Sprawdzono, co wabi te ptaki, zwykle przyciągane przez woń rozkładu, i znaleziono śladowe ilości tego właśnie związku. Gazownie postanowiły
wzmocnić ten efekt i celowo dodały większe ilości tego, co dotąd
trafiało się przypadkowo, tak by ludzie też mogli wyczuć ten zapach. To
ciekawostka w sam raz dla Denisa Johnsona, pisarza, którego opowiadania,
na pozór nihilistyczne i przygnębiające, w efekcie niosą dziwną
nadzieję. Doszukał się on życia w zapachu śmierci, nadziei w ptakach
zazwyczaj postrzeganych jako zły omen; odkrył w naszym lęku -?przed
śmiercią i rozkładem -?coś, co po dyskretnej zmianie przeznaczenia
ratowało nam życie. Przewlekam pasek Adama przez szlufki, żeby zapiąć go
na dopiero co dorobionej dziurce.
Na inny wózek, stojący obok tamtego, podnosimy trumnę i ustawiamy oba
wózki tak, by przenieść Adama. Każde z nas chwyta za wodoodporne
perkalowe prześcieradło, na którym leży ciało -?jest to wymagane w przypadku niezamykanych wiklinowych trumien -?i dźwigamy je w górę.
Głowa na poduszce przekrzywia się, jakby zdumiona; trumna jest
wystarczająco długa. On spędzi w niej jedynie noc. Jutro zostanie
skremowany. Cały ten człowiek przestanie istnieć.
Aaron kładzie na piersi Adama fotografię i żonkil -?żółty kwiat
postradał swoją wiosenną sprężystość i zwiotczały opiera się o materiał
czystej koszulki, tym razem śnieżnobiałej. Kładziemy długie palce
zmarłego na łodydze. Ubranego i złożonego w trumnie wsuwamy z powrotem
do komory chłodniczej, na półkę dostosowaną do jego wzrostu. Obok, w mroku, widać więcej głów spoczywających na poduszkach, wraz z różańcami,
kwiatami, oprawionymi zdjęciami. Jedna w szydełkowej rastamańskiej
czapce. Czeka nas tylko jeden koniec, jeden rytuał -?jakikolwiek on
będzie -?którego w przypadku Adama stałam się częścią. Aaron wypisuje na
drzwiczkach jego imię, ja zaś stoję w milczeniu, z gulą w gardle. Nigdy
jeszcze nie czułam się tak uprzywilejowana i uhonorowana.
§
Artysta multimedialny i aktywista na rzecz walki z AIDS David
Wojnarowicz opisał w swoim pamiętniku Close to the Knives (Blisko do
noży), jak doświadczanie śmierci jego znajomych, którzy w coraz większej
liczbie umierali na tę chorobę przy braku jakichkolwiek działań państwa
na rzecz jej powstrzymania, obdarzało go dojmującym poczuciem tego, że
on sam żyje. Widział, jak to ujął, skraj śmiertelności. "Skraj śmierci i umierania otacza nas zewsząd ciepłą aureolą światła, czasem
przyćmionego, czasem promieniującego. Widzę siebie widzącego
śmierć"9. Czuł się jak biegacz, który nagle odkrywa, że jest sam
pośród drzew i w blasku światła, a widok przyjaciół i ich głosy
pozostały w oddali.
Wracając metrem z kostnicy, uprzytamniam sobie, że oddycham, świadoma
faktu, że w komorach chłodniczych leżą ludzie już do tego niezdolni.
Uświadamiam sobie mechanikę życia: to, że cielesna machina jakoś się
porusza, a potem już nie. Rozglądam się po ludziach w wagonie metra i widzę śmierć. Zastanawiam się, czy ubrania, w których umrą, będą ich
własnością, i kto się o nich zatroszczy, gdy będą już martwi. Ciekawi
mnie, jak wielu ludzi słyszy równie głośne tykanie zegara jak ja teraz.
Idę do siłowni, ale tym razem jest inaczej. Zwykle chodzę tam, by
wyciszyć umysł; dzisiaj zgiełk jest nie do wytrzymania. Gdy przebywało
się z umarłymi, dźwięk życia staje się niewiarygodnie głośny. Siedząc na
rowerze stacjonarnym, słyszę łapane oddechy, dyszenie i okrzyki. Tak
brzmi zdolność przetrwania, ulotny i nieprawdopodobny stan bycia żywym.
Wszystko jest wyraźniejsze niż kiedykolwiek przedtem, wszystkie zmysły
są wyostrzone. To robienie użytku ze strun głosowych, to bicie serc i pompowanie powietrza do płuc, jednostajne i kluczowe dla życia. Czuję
fizyczne ciepło bijące od obcych mi ludzi, osiadające parą na oknach.
Czuję tętniącą w moich żyłach krew.
-?Od pedałowania się nie umiera! -?krzyczy trener. -?Zasuwać do
upadłego!
A ja myślę o tym, że któregoś dnia każde z tych ciał rzeczywiście
padnie, a wszystko, poza brzękiem cmentarnych chłodni, ucichnie.
Leżę na plecach w duchocie sauny, gdzie ławki są niewiele większe od
tacy, na której spoczął Adam, i przestaję poruszać jedną ręką, jakby
zwiotczała. Podnoszę drugą, wyobrażając sobie, że ktoś ściąga koszulkę z mojego martwego ciała. Jakkolwiek mocno bym jednak próbowała, nie jestem
w stanie w pełni rozluźnić ręki do tego stopnia, żeby stała się
bezwładna. To nie to samo.
Leżąca obok mnie kobieta, żywa i spocona, opowiada mi, że zaczęła
botoksować stopy. Wstrzykiwanie w nie botoksu, jak mówi, zmniejsza ból
na tyle, że da się cały dzień wytrzymać w szpilkach. Robiąc podobne
rzeczy, zapominamy, że ból to ostrzeżenie, krzyk niemych partii naszego
ciała, że potrzebują pomocy, że coś jest nie tak i wymaga to naszej
uwagi. "Mam świetny sposób na radzenie sobie z czymś, co może mi
szkodzić -?wystarczy wyłączyć powiadomienia". Ponownie opuszczam rękę.
Dziś po raz pierwszy zetknęłam się ze śmiercią taką, jaka jest w rzeczywistości, nie było w niej niczego złagodzonego czy w jakimś sensie
utajonego, nic nie zostało pominięte. Było wszystko. Czuło się, że jest
rzeczywista, a zarazem znacząca. Gdyby cokolwiek z tego wytłumić,
zabrakłoby czegoś kluczowego. Myślę o Adamie trzymającym przywiędłego
żonkila i o tym, że cebulki tych kwiatów, jeśli je zjeść, mogą otępić
układ nerwowy i sparaliżować serce.