ROZDZIAŁ 4
Tristan
- JAKA ONA JEST?
Przenoszę wzrok na Edwarda, którego większość ludzi uznaje za mojego najlepszego przyjaciela, jedynego. Prawda jest taka, że ja nie mam przyjaciół, bo takie relacje się zmieniają, poza tym często są stratą czasu.
Ten człowiek to jednak mój najbliższy powiernik i jedyny, któremu ufam na tyle, by trwał u mego boku. To, że jest generałem królewskiej armii, to świetny bonus, bo dzięki temu ma dostęp do wszystkiego, co może mi się przydać, a zdobywając to, nie wzbudza podejrzeń.
Siedzi rozparty na krześle po drugiej stronie pokoju, a blond włosy opadają mu na czoło. Spoglądam na ciężki drewniany stół, przesuwam palcem po papierze ryżowym, który trzymam w ręku, by się upewnić, że jego zawartość jest ciasno zawinięta. Dopiero wtedy dodaję gumowe brzegi.
- Jest... - milknę, pocierając palce, by pozbyć się z opuszek osadu po haszyszu, bo ten wciąż do nich przylega - ...przeciętna.
Odchylam się na krześle, chwytam zapałkę i przesuwam nią po szorstkiej krawędzi beżowego pudełka, a potem skupiam spojrzenie na jasnopomarańczowej poświacie płomienia. Nie myślę o niczym innym, tylko patrzę, jak pochłania drewniany patyk, ciepło się nasila i liże moją skórę. Odpalam skręta i zaciągam się, zanim ogień zgaśnie.
- Przyszła żona Michaela Faasy jest przeciętna? - Edward się śmieje.
Mruczę i przypominam sobie dziewczynę, która wcześniej przekroczyła bramy zamku z szeroko otwartymi oczami i zmierzwionymi włosami, wyglądając na taką, która pragnie zadowalać. Irytowała mnie tym słodkim uśmiechem i trzepotaniem rzęs ze wzrokiem utkwionym w moim bracie.
Ale to nie Michael sprawił, że jej policzki zalał rumieniec.
- Na dworze mówią, że jest piękna - kontynuuje Edward.
- Moje standardy są znacznie wyższe niż te panujące na dworze - odpowiadam. Zarzucam nogi na stół i krzyżuję je w kostkach. - Jest miła dla oka, ale równie bezużyteczna, jak oni wszyscy.
- Czego więcej ci potrzeba niż piękna? - Edward wzrusza ramionami.
- Umiejętności prowadzenia rozmowy?
Odchylam się tak, że krzesło stoi tylko na tylnych nogach, i wpatruję się w sufit. Czuję zimno, mimo że w kominek jest rozpalony. A może to tylko moje wnętrze - gdzie kiedyś było serce - puste i wybrakowane, emanujące tępym bólem, który pragnie chaosu i ognia.
Przysuwam skręta do ust i zaciągam się, a dym wędruje gardłem do płuc, dając mi spokój, którego bez pomocy nie jestem w stanie zaznać.
- Edwardzie, naprawdę niepokoi mnie to, że nie doceniasz kobiecych forteli. Są wilkami w owczej skórze. Zawsze o tym pamiętaj.
Zaciska usta, porusza brwiami i się prostuje, tak jakbym go obraził.
- Zawsze dramatyzujesz.
Wypuszczam z ust kłąb dymu.
- Zawsze to ja mam rację.
Żołądek ściska mi się z irytacji na jego komentarz, ale reprymenda wymagałaby energii, której w sobie nie mam, dlatego notuję w pamięci, by napomknąć o tym później, gdy będę miał odpowiedni nastrój. W tej chwili wolałbym, żeby wyszedł.
Nigdy nie należałem do ludzi, którzy pragną towarzystwa innych. Może dlatego, że w dzieciństwie każdy był w stanie powiedzieć, że jestem trochę inny, nieważne jak bardzo starałem się wpasować.
Nawet gdy nie byli w stanie zauważyć, mój brat dopilnował, by wiedzieli.
Pochylam się, a przednie nogi krzesła uderzają o podłogę z impetem, który czuję w ciele.
- Zostaw mnie.
Nagle pragnę zemsty, muszę pozbyć się wspomnień z czasów, gdy byłem bezsilny i zdany na łaskę Michaela oraz jego bandy.
* * *
Odbyło się nieoficjalne przyjęcie powitalne na cześć lady Beatreaux.
Nieoficjalne, ponieważ nie jest wymagana moja obecność. Chociaż nawet gdyby była wymagana, i tak normalnie bym nie przyszedł, bo jestem powszechnie znany z tego, że nie przestrzegam zasad szlachty. Wątpię, by ktokolwiek się tam mnie spodziewał. I właśnie dlatego się zjawiłem.
Na sali zgromadziły się wszystkie ważne osobistości królestwa. Wysoko postawieni urzędnicy, książęta i hrabiowie z okolicznych terenów, a także damy oraz panowie dworu. Rozmowy i śmiech unoszą się aż po wysoki sufit, odbijają się echem od kamiennych kolumn. Ozdobione klejnotami palce trzymają kryształowe kieliszki, różowe policzki zdradzają poziom upojenia.
Mój brat siedzi na podwyższeniu, po obu jego stronach stoją dwa puste krzesła, a on sam popija wino i patrzy na swoich ludzi.
Zawsze taki był, nawet w dzieciństwie. Zawsze musiał być ponad wszystkimi, błyskotliwy i czarujący, podziwiany przez każdego, bez względu na to, co - albo kto - stało na jego drodze.
Przetacza się przeze mnie fala obrzydzenia i chwyta za gardło, gdy patrzę, jak flirtuje ze służącą, która napełnia jego kieliszek.
Trzymam się w cieniu, pilnując, by nie przyciągać niczyjej uwagi, bo chcę patrzeć, jak lady Beatreaux, spoglądając po wszystkich tymi swoimi sarnimi oczami, wejdzie do jaskini lwa. I nie muszę długo czekać, bo podwójne dębowe drzwi otwierają się ze skrzypnięciem, a ona wkracza do sali z wysoko uniesioną głową. Ma upięte włosy i tylko kilka ciemnych loków okala jej twarz.
Gdy się porusza, jej suknia się mieni, a zieleń materiału idealnie komponuje z bladokremową skórą. Skłamałbym, twierdząc, że nie przyciąga całej uwagi. Wszyscy podążają za nią wzrokiem, gdy zbliża się do mojego brata.
Za nią kroczy ta sama blondynka, z którą tu przyjechała. Nagle się potyka, bo jej stopa plącze się w rąbek sukni mojej przyszłej bratowej, przez co obie tracą równowagę.
Lady Beatreaux rzuca jej przez ramię krótkie spojrzenie, jej twarz się nieznacznie wykrzywia. Maska opada dosłownie na ułamek sekundy, a irytacja w mgnieniu oka ustępuje łagodnemu spojrzeniu, ale ja to zauważyłem. Przyciąga moje zainteresowanie.
To zainteresowanie nasila się, gdy dziewczyna kłania się nisko mojemu bratu, po czym zajmuje miejsce obok niego. Kąciki ust Michaela się unoszą, a w jego oczach widzę błysk, gdy się jej przygląda.
Podoba mu się.
Odpycham się od ściany i ruszam w stronę światła. Tłum rozstępuje się przede mną tak samo jak przed nią, tyle że teraz dookoła słychać sapnięcia i szepty.
Ludzie omijają mnie szerokim łukiem, bo boją się tego, jak bym zareagował, gdyby tego nie zrobili.
Plotki o oszpeconym księciu krążą po całym królestwie i choć większość z nich to wymyślone historie, w niektórych kryje się ziarno prawdy. Poza tym, im mocniej się mnie boją, tym bardziej mnie unikają.
A na tę chwilę mi to odpowiada.
Gdy zbliżam się do podwyższenia, mina mojego brata rzednie, a ja po prostu wiem, że to dlatego, iż się tu mnie nie spodziewał. Bo choć ludzie patrzą na mnie nieufnie, to wciąż patrzą na mnie, a nie na niego.
Siadam na obitym aksamitem krześle u jego boku, rozsiadam się wygodnie i opieram kotkę jednej nogi o kolano drugiej, udając znudzenie.
- Tristanie, nie spodziewałem się ciebie tutaj. Przyszedłeś przywitać twoją przyszłą królową? - mówi Michael, wskazując na lady Beatreaux siedzącą po jego drugiej stronie.
Zerkam w jej stronę i ściska mnie w żołądku, gdy napotykam jej spojrzenie. Wyciągam rękę nad kolanami brata, unosząc kącik ust. To niewłaściwe, nachylać się nad królem, by z kimś rozmawiać, i trochę jestem zaskoczony, że Michael nie reaguje. Ale przecież to przyciągnęłoby do niego nie ten rodzaj uwagi, której potrzebuje. Przecież nie może wybuchnąć na oczach poddanych. To nie współgrałoby z jego osobowością.
Lady Beatreaux patrzy na moją wyciągniętą rękę, aż w końcu jej dotyka. Zaskakuje mnie tym. Przyciągam jej dłoń do ust i składam na niej delikatny pocałunek.
- Witaj, droga siostro.
Michael prycha.
- Nie odstrasz jej przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie.
- Sara - szepcze, ignorując słowa mojego brata. Unoszę brew. - Mów mi Sara. W końcu mamy zostać rodziną. - Uśmiecha się uprzejmie, ale nie ma w tym za grosz szczerości, przez co moja ciekawość jeszcze się nasila.
- Nie marnuj oddechu na uprzejmość w stosunku do Tristana, kochanie - mówi Michael. - Wkrótce zniknie w rynsztoku, w którym lubi się bawić, i nawet nie będzie pamiętał, że cię poznał.
Zaciskam szczękę, a gniew w moim wnętrzu narasta, miesza się z krwią i rozpala żyły.
Sara nachyla się w moją stronę, niemal pokładając na Michaelu, i wbija we mnie spojrzenie brązowych oczu.
- Robisz mi krzywdę.
Zerkam w dół i dociera do mnie, że wciąż trzymam ją za rękę i to tak mocno, że mam pobielałe knykcie. Puszczam jej dłoń.
- Naprawdę? - Uśmiecham się pod nosem. - Tak łatwo cię skrzywdzić?
Mruży oczy.
- Wystarczy - warczy mój brat.
Śmieję się i odchylam na oparcie krzesła, skupiając uwagę na zebranych w sali ludziach. Opieram łokieć na podłokietniku i pocieram zarośniętą szczękę palcami.
Lady Beatreaux zaczyna rozmawiać z moim bratem, poruszając przy tym najnudniejsze tematy z możliwych. Porównuje pogodę tutaj z pogodą w Silvie, opowiada o tym, jak podobała jej się podróż, i pyta, czy powinna pojawić się na niedzielnej mszy u jego boku, czy raczej pójść tam z dwórkami.
Tylko częściowo zwracam uwagę na to, co mówią, a moje serce zaczyna bić szybciej, gdy w kącie sali zauważam skrytą w cieniu zakapturzoną postać.
Edward stoi dumnie kilka metrów dalej z ręką spoczywającą na pasie, ubrany w czerń i złoto, barwy naszego kraju, ze złotym sznurem przyczepionym do jego ramienia oraz herbem zdobiącym pierś.
Nasze spojrzenia się spotykają, a ja kiwam głową w stronę skrytej w cieniu postaci.
Podąża wzrokiem w kierunku, jaki wskazałem, a wtedy na jego twarzy pojawia się zrozumienie. Rusza w tamtą stronę. Nagle powietrze przeszywa wrzask, od którego jeży się włos na głowie.
- Na Boga! - krzyczy ktoś inny.
Edward pędzi przez tłum i powala postać na ziemię.
Ten ktoś pada na kolana, a kaptur zarzucony na głowę spada, odsłaniając długie brudne włosy.
To kobieta.
Słychać jak coś spada na ziemię, a po tym rozlegają się sapnięcia i piski. Ludzie odskakują z przerażeniem na twarzy.
Niczym w zwolnionym tempie coś toczy się w kierunku podwyższenia i zatrzymuje idealnie przed tronem Michaela.
Mój brat zrywa się z krzesła i otwiera szeroko oczy, patrząc na głowę lorda Reginalda, jego martwe oczy i wystający niebieski język, a także poszarpane ścięgna zwisające z czegoś, co było niegdyś szyją. Za głową ciągnie się smuga krwi.
- Co to ma znaczyć? - huczy Michael.
Edward szarpie kobietę za ramię, by wstała, wygina jej ręce za plecami, a drugą dłonią chwyta ją za włosy, zmuszając, by spojrzała mojemu bratu w twarz.
Serce mi przyspiesza. Splatam palce i obserwuję rozgrywającą się przede mną scenę. Kobieta uśmiecha się z obłędem w oczach.
- To ostrzeżenie, Michaelu Faaso Trzeci.
- Ostrzeżenie od kogo? - krzyczy mój brat.
Nieznajoma uśmiecha się jeszcze szerzej.
Michael zaciska pięści, zgrzyta zębami. Przenoszę spojrzenie na jego przyszłą żoną, spodziewając się przerażenia, którym chciałem się upajać, chłonąć je jak światło słoneczne, by napędzało mnie przez cały wieczór.
Ale ona siedzi w milczeniu, głowę ma przechyloną, a w jej spojrzeniu widzę błysk zaciekawienia. Jest w pełni opanowana i niewzruszona.
Interesujące.
- Jestem twoim królem! - warczy Michael.
Kobieta zgina się wpół, a jej piskliwy rechot przeszywa powietrze. Edward szarpie ją do góry i mocniej trzyma za czaszkę.
Spluwa na ziemię.
- Nie jesteś moim królem.
Z tłumu wyłania się Xander, przeciska się przez gapiów i staje przed szaloną kobietą.
- Kto to zrobił lordowi Reginaldowi? Ty?
Uśmiecha się szeroko, a głowę ma tak mocno przechyloną, że wygląda, jakby jej szyja miała przełamać się na pół.
- Zrobiłabym wszystko, by zadowolić Jego Wysokość.
Dłoń Xandera szybko przeszywa powietrze. Policzkuje kobietę, a jej głowa aż odskakuje.
- Wystarczy. Daj jej mówić. - Michael unosi dłoń, skupiając wzrok na nieznajomej. - Przyznałaś się do zdrady. Z pewnością wiesz, że czeka cię śmierć. Dokończ, co miałaś powiedzieć, plugawa istoto, a potem zgnij w lochach.
- On po ciebie idzie - mówi śpiewnym głosem, jej ciało zdaje się wibrować.
- Kto? - dopytuje Michael.
Kobieta nieruchomieje. Pochyla nieznacznie głowę i uśmiecha się tak szeroko, że widać każdy jej spróchniały ząb.
- Król rebeliantów.