Scarlet - Marissa Meyer
44.99 zł
33.74 zł
(26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Scarlet zmierzała właśnie w stronę alejki za tawerną w Rieux, gdy jej ekraport zadzwonił, a potem odezwał się automatycznym głosem: Otrzymano kom dla Panny Scarlet Benoit z Departamentu Ochrony Porządku Publicznego i Osób Zaginionych.
Jej serce podskoczyło, a ona sama w ostatniej chwili gwałtownie skręciła, by uniknąć uderzenia sterburtą statku o kamienną ścianę, po czym wcisnęła hamulce i się zatrzymała. Następnie wyłączyła silnik i sięgnęła po porzucony ekraport. Jego bladoniebieskie światło odbijało się od czujników kokpitu.
Coś znaleźli.
Policja w Tuluzie coś znalazła.
- Akceptuj! - krzyknęła Scarlet, prawie miażdżąc ekraport w dłoniach.
Spodziewała się wideolinku od detektywa przydzielonego do sprawy jej babci, ale dostała tylko ciąg czystego tekstu.
25 SIE 126 T.E.
RE: SPRAWA NR #AIG00155819, ZAŁOŻONA 11 SIE T.E.
TEN KOMUNIKAT MA NA CELU POINFORMOWANIE SCARLET BENOIT Z RIEUX, FRANCJA, FE, ŻE Z DNIEM 28 SIE 126 O 15:42 SPRAWA ZAGINIONEJ OSOBY, MICHELLE BENOIT Z RIEUX, FRANCJA, FE, ZOSTAŁA ODRZUCONA Z POWODU BRAKU WYSTARCZAJĄCYCH DOWODÓW NA ZAISTNIENIE AKTU PRZEMOCY LUB PRZESTĘPSTWA. DOMNIEMANIE: OSOBA ZAGINIONA ZNIKNĘŁA Z WŁASNEJ WOLI I/LUB POPEŁNIŁA SAMOBÓJSTWO.
SPRAWA ZAMKNIĘTA.
DZIĘKUJEMY ZA WSPIERANIE NASZEJ PRACY DETEKTYWISTYCZNEJ.
Po komie odtworzył się filmik policyjny przypominający wszystkim pilotom statków dostawczych, by przy włączonym silniku mieli zapięte pasy bezpieczeństwa.
Scarlet wpatrywała się w mały ekranik, aż słowa zmieniły się w niewyraźną, czarno-białą plamę, a ziemia wydawała się uciekać spod statku. Plastikowy panel z tyłu ekranu zachrzęścił w jej zaciskającej się pięści.
- Idioci - zasyczała do pustego statku.
Słowa SPRAWA ZAMKNIĘTA wręcz się z niej naśmiewały. Wrzasnęła gardłowo i trzasnęła ekraportem o panel sterujący statku - miała nadzieję, że rozbije go na kawałki plastiku, metalu i kabli. Po trzech solidnych walnięciach ekran zaledwie zamigotał niemrawo jak od słabego zakłócenia.
- Wy idioci! - Rzuciła ekraport na podłogę przed siedzeniem pasażera i opadła na oparcie, przeczesując palcami kręcone włosy.
Pas bezpieczeństwa wbijał jej się w klatkę piersiową, zupełnie jakby nagle postanowił ją udusić, więc odpięła go i kopniakiem otworzyła drzwi z taką siłą, że prawie upadła w mrok alejki. Odór tłuszczu i whiskey z pobliskiej tawerny był tak duszący, że z trudem oddychała. Spróbowała poskromić swój gniew racjonalnym myśleniem.
Pójdzie na posterunek policji. Teraz jest już za późno, więc jutro, z samego rana. Będzie spokojna i logiczna, wytłumaczy im, dlaczego ich założenia są niewłaściwe, a potem zmusi do ponownego otwarcia sprawy.
Scarlet przesunęła nadgarstek nad skanerem przy bagażniku statku i otworzyła go szarpnięciem mocniej, niż życzyłaby sobie tego hydraulika.
Powie temu detektywowi, że ma szukać dalej. Zmusi go, by jej wysłuchał. Zmusi go, by zrozumiał, że jej babcia nie odeszła z własnej woli i z pewnością się nie zabiła.
Na rufie statku stłoczone było pół tuzina plastikowych skrzynek i koszy wypełnionych warzywami, ale Scarlet ledwie je widziała. Myślami była daleko, w Tuluzie, planując w głowie przebieg rozmowy. Odwołując się do każdego możliwego środka perswazji, do każdego strzępu swojej zdolności przekonywania.
Jej babci coś się stało. Coś było nie w porządku i jeśli policja ponownie nie podejmie poszukiwań, Scarlet pozwie ich wszystkich i upewni się, że każdy z tych tępogłowych detektywów straci uprawnienia i już nigdy nie znajdzie pracy, i jeszcze...
Złapała w dłonie po błyszczącym czerwonym pomidorze, odwróciła się na pięcie i obrzuciła nimi kamienną ścianę. Pomidory rozbryznęły się na niej, a ich sok i nasiona pociekły na stertę śmieci czekających na ubijarkę.
To sprawiło jej przyjemność. Złapała więc następne i przypomniała sobie powątpiewanie detektywa, gdy wyjaśniała mu, że takie znikanie nie jest normalne w przypadku jej babci. Wyobrażała sobie, jak pomidory rozbryzgują się na jego zadowolonej z siebie, małej...
Drzwi otworzyły się w chwili, gdy zniszczeniu uległ czwarty pomidor. Scarlet zamarła w połowie sięgania po kolejny, a właściciel tawerny oparł się o framugę. Wąska twarz Gillesa rozbłysła, gdy zobaczył papkowatą, pomarańczową plamę, którą Scarlet zrobiła na ścianie jego budynku.
- Lepiej, żeby to nie były moje pomidory.
Cofnęła dłoń od pojemnika i wytarła ją w poplamione dżinsy. Czuła gorąco na twarzy i swój głośny, nierówny puls.
Gilles otarł pot z niemal łysej głowy i spojrzał na nią gniewnie, czyli tak jak zwykle.
- No?
- Nie były twoje - wymamrotała. Teoretycznie taka była prawda: należały do niej, póki za nie nie zapłacił.
Odchrząknął.
- No to odliczę sobie tylko trzy uni za sprzątanie tego paskudztwa. A teraz, skoro już skończyłaś ćwiczenie celności, może byłabyś łaskawa wnieść wszystko do środka? Od dwóch dni serwuję zwiędłą sałatę.
I wrócił do restauracji, zostawiając otwarte drzwi. Na ulicy rozległ się trzask talerzy i śmiech, dziwny i zaskakująco normalny hałas.
Scarlet właśnie walił się świat i nikt tego nie zauważał. Jej babcia zaginęła i nikogo to nie obchodziło.
Odwróciła się do bagażnika i złapała za brzegi skrzynki z pomidorami, czekając, aż serce przestanie tłuc się jej w piersi. Słowa z komu nadal bombardowały jej myśli, ale powoli się uspokajała. Pierwsza fala agresji gniła teraz wraz z rozbryźniętymi pomidorami.
Kiedy już była w stanie nabrać powietrza bez wrażenia spazmów w płucach, ustawiła skrzynkę na stosie ziemniaków i wyniosła wszystko ze statku.
Kucharze ignorowali ją, gdy unikała ich skwierczących patelni, podążając w stronę chłodnej spiżarni. Wsunęła pojemniki na półki, które w ciągu lat wielokrotnie opisywano markerem, a potem zamazywano napisy i opisywano je ponownie.
- Bonjour, Scarbie!
Scarlet odwróciła się, strzepując włosy ze spoconej szyi. W drzwiach stała rozpromieniona Émilie, a oczy błyszczały jej tajemniczo. Wycofała się jednak na widok wyrazu twarzy Scarlet.
- Co...
- Nie chcę o tym mówić. - Scarlet przecisnęła się obok kelnerki i ruszyła przez kuchnię, ale Émilie prychnęła lekceważąco i podążyła za nią.
- To nie mów. Po prostu cieszę się, że cię widzę - powiedziała, łapiąc Scarlet za łokieć, gdy wychodziły z powrotem do alejki. - Bo on wrócił. - Mimo anielskich blond loków, które okalały twarz Émilie, jej uśmiech sugerował wyjątkowo diabelskie myśli.
Scarlet odsunęła się i złapała pojemnik z pasternakiem i rzodkiewką, po czym przekazała go kelnerce. Nie odpowiedziała, niezdolna przejąć się, kim był ten on i dlaczego to takie ważne, że wrócił.
- To świetnie - powiedziała, ładując koszyk z czerwonymi cebulkami.
- Nie pamiętasz, co? No dalej, Scar, ten pięściarz, o którym ci mówiłam... Oj, a może mówiłam Sophii?
- Pięściarz? - Scarlet zacisnęła powieki, kiedy jej czoło zaczęło pulsować bólem. - Serio, Ém?
- No nie bądź taka. Jest uroczy! W tym tygodniu był tu prawie codziennie i zawsze siada przy moim stoliku. To na pewno coś znaczy, nie? - A kiedy Scarlet nic nie odpowiedziała, kelnerka odstawiła pojemnik i wydobyła z kieszeni fartucha paczkę gum. - Zawsze jest milczący, nie tak jak Roland i jego grupa. Myślę, że jest nieśmiały... i samotny. - Wrzuciła sobie gumę do ust i poczęstowała Scarlet.
- Nieśmiały pięściarz? - Scarlet odmówiła gestem dłoni. - Słyszysz, co mówisz?
- Musiałabyś go zobaczyć, żeby zrozumieć. Ma takie oczy... - Émilie powachlowała się palcami, udając omdlenie.
- Émilie! - Gilles ponownie pojawił się w drzwiach. - Przestań paplać i chodź tu. Czwórka cię woła. - Obdarzył Scarlet spojrzeniem, które kryło w sobie nieme ostrzeżenie, że jeśli nie przestanie rozpraszać jego pracowników, to on odliczy jej z wynagrodzenia kolejne uni. A potem znów zniknął w środku, nie czekając na odpowiedź. Émilie wywaliła język w jego stronę.
Oparłszy kosz z cebulą o biodro, Scarlet zatrzasnęła bagażnik i przecisnęła się obok kelnerki.
- Czy czwórka to właśnie on?
- Nie, on siedzi przy dziewiątce - mruknęła Émilie, łapiąc warzywa korzeniowe. - Och, ale ze mnie gapa! - krzyknęła, kiedy ponownie przechodziły przez zaparowaną kuchnię. - Już tydzień temu miałam posłać ci koma z pytaniem o twoją grandm?re. Coś już wiadomo?
Scarlet zacisnęła zęby, gdy słowa z poprzedniego komu rozbrzmiały jej w głowie jak buczenie stada szerszeni. Sprawa zamknięta.
- Nic - powiedziała, pozwalając rozmowie utonąć w chaosie kucharzy krzyczących do siebie nad blatami.
Émilie poszła za nią do samej spiżarni i też odstawiła niesiony towar. Scarlet zajęła się ustawianiem koszy, by zdążyć, zanim kelnerka postanowi powiedzieć coś optymistycznego.
- Nie martw się, Scar. Na pewno wróci. - Émilie odklepała wymaganą formułkę, zanim wycofała się do tawerny.
Od zgrzytania zębami Scarlet zaczynała boleć szczęka. Wszyscy mówili o zniknięciu jej babci, jakby była zaginionym kotem, który znajdzie drogę do domu, kiedy zrobi się głodny. Nie martw się. Wróci.
Ale nie było jej już od ponad dwóch tygodni. Po prostu zniknęła, bez żadnego komu, bez pożegnania, bez ostrzeżenia. Przegapiła nawet osiemnaste urodziny Scarlet, choć przecież tydzień wcześniej kupiła składniki na jej ulubiony cytrynowy tort.
Żaden z robotników nie widział, jak odjeżdżała. Żaden z roboczych androidów nie nagrał niczego podejrzanego. Zostawiła swój ekraport, ale zapisane komy, kalendarz i historia przeglądania nie dostarczały żadnych wskazówek. Samo to, że zniknęła bez niego, było wystarczająco podejrzane. Nikt już nie wychodził z domu bez swojego ekraportu.
Ale nie to było najgorsze. Nie porzucony ekraport czy nieupieczony tort.
Scarlet znalazła także czip identyfikacyjny babci.
Jej czip. Zawinięty w kawałek płótna poplamiony jej krwią i pozostawiony jak mała paczuszka na kuchennym blacie.
Detektyw mówił, że tak właśnie robią ludzie, kiedy uciekają i nie chcą być znalezieni. Wycinają swoje czipy. Powiedział to w taki sposób, jakby właśnie rozwiązał całą zagadkę, ale Scarlet podejrzewała, że większość porywaczy także znała tę sztuczkę.
Scarlet dostrzegła Gillesa stojącego za piecem, nakładającego chochlą sos beszamelowy na kanapkę z szynką. Przeszła za ladę i krzyknęła dla zwrócenia uwagi, co przyjął z wyraźnym poirytowaniem.
- Skończyłam - oznajmiła, krzywiąc się w odpowiedzi. - Chodź, podpisz potwierdzenie dostawy.
Gilles nałożył górkę frites obok kanapki i przesunął talerz w jej stronę po stalowym blacie.
- Zanieś to do pierwszego boksu. Będzie gotowe, jak wrócisz.
Scarlet się zjeżyła.
- Ja u ciebie nie pracuję, Gilles.
- Bądź wdzięczna, że nie wysyłam cię do alejki ze szczotką. - Odwrócił się do niej plecami, ukazując białą koszulę pożółkłą od wielu lat przepacania.
Palce Scarlet zadrżały na myśl o rzuceniu kanapką w tył jego głowy i porównaniu efektu z tym zostawionym przez pomidory, ale wyobrażenie szybko przesłonił widok surowej twarzy babci. Jakże byłaby rozczarowana, gdyby wróciła do domu i dowiedziała się, że przez napad złości Scarlet straciła jednego z najwierniejszych klientów.
Ostatecznie wymaszerowała z kuchni z talerzem w dłoni i tuż za wahadłowymi drzwiami prawie straciła równowagę przez kelnera. Tawerna Rieux nie była miłym miejscem - podłogi się lepiły, meble stanowiły tandetną zbieraninę stołów i krzeseł, a powietrze przenikał zapach tłuszczu. Ale w mieście, w którym ulubioną rozrywką były alkohol i plotki, w tawernie nigdy nie brakowało gości, zwłaszcza w niedziele, kiedy miejscowi robotnicy mogli zapomnieć o uprawach na całe dwadzieścia cztery godziny.
Czekając, aż tłum się trochę przerzedzi, Scarlet zwróciła uwagę na ekranety za barem. Wszystkie trzy pokazywały ten sam materiał, wałkowany w kółko od zeszłej nocy. Wszyscy mówili o dorocznym balu Wschodniej Wspólnoty, na którym gościła lunarska władczyni. Na przyjęcie dostała się też cyborgini, która wysadziła kilka żyrandoli i próbowała zabić królową... A może nowo koronowanego cesarza. Najwyraźniej każdy miał inną teorię. Stopklatka na ekranach ukazywała zbliżenie na dziewczynę ze smugami brudu na twarzy i strąkami mokrych włosów ściągniętymi w nieporządny kucyk. Pozostawało tajemnicą, w jaki sposób w ogóle została wpuszczona na cesarski bal.
- Trzeba było zakończyć jej cierpienia, kiedy spadła z tamtych schodów - stwierdził Roland, stały bywalec tawerny, który wyglądał, jakby tkwił przy barze już od południa. Wyciągnął palec w stronę ekranu i udał, że strzela. - Ja bym posłał jej kulę prosto w głowę. I księżyc na drogę!
Kiedy pośród najbliżej siedzących rozniósł się zgodny pomruk, Scarlet z odrazą przewróciła oczami i ruszyła w stronę pierwszego boksu.
Natychmiast rozpoznała przystojnego pięściarza Émilie, częściowo z powodu zestawu blizn i siniaków na jego oliwkowej skórze, ale przede wszystkim dlatego, że był jedynym obcym w tawernie. Wyglądał bardziej niechlujnie, niż wynikało to z pełnego zachwytu opisu Émilie. Poplątane włosy sterczały mu we wszystkich kierunkach, a wokół oka nabrzmiewał świeży siniak. Stopami wybijał pod stołem rytm jak nakręcana zabawka.
Stały już przed nim trzy inne talerze - puste, jeśli nie liczyć smug tłuszczu, resztek sałatki jajecznej i nienaruszonych plasterków pomidora oraz liści sałaty.
Nie zdawała sobie sprawy, że się na niego gapi, dopóki jego wzrok nie natrafił na jej spojrzenie. Miał nienaturalnie zielone oczy, jak niezerwane kwaśne winogrona. Scarlet zacisnęła palce na talerzu, wreszcie rozumiejąc zachwyt Émilie. Ma takie oczy...
Przepchała się przez tłum i położyła kanapkę na stole.
- Zamawiał pan le croque, monsieur?
- Dziękuję. - Jego głos ją zaskoczył. Nie był głośny i szorstki, jak oczekiwała, ale raczej niski i niepewny.
Może Émilie miała rację. Może on naprawdę był nieśmiały.
- Może jednak przynieść panu całą świnię? - zapytała, kładąc pozostałe talerze jeden na drugim. - Oszczędziłoby to kelnerom biegania tam i z powrotem.
Jego oczy rozszerzyły się i przez chwilę Scarlet oczekiwała pytania, czy jest taka możliwość, ale potem skupił się na kanapce.
- Macie tu dobre jedzenie.
Powstrzymała się od drwiącego komentarza. "Dobre jedzenie" i "Tawerna Rieux" stanowiły dwie frazy, które zwykle nie występowały w swoim towarzystwie.
- Walka musi niesamowicie zaostrzać apetyt.
Nie odpowiedział. Bawił się słomką wystającą z napoju, a Scarlet widziała, że stół trzęsie się od uderzeń jego niespokojnych nóg.
- Cóż. Smacznego - powiedziała, zabierając talerze. Ale potem zatrzymała się i przechyliła je w jego stronę. - Jest pan pewny, że nie chce pomidorów? Są najlepszą częścią posiłku, wyrosły w moim własnym ogrodzie. Właściwie sałata też, ale nie była taka zwiędła, kiedy ją zrywałam. Zresztą nieważne, skoro pan nie chce sałaty. Ale co z pomidorami?
Napięcie na twarzy pięściarza nieco zelżało.
- Nigdy ich nie próbowałem.
Scarlet uniosła brew.
- Nigdy?
Po chwili wahania puścił szklankę, chwycił dwa plasterki pomidora i wcisnął je sobie do ust.
Zamarł w trakcie gryzienia i zamyślił się na chwilę, patrząc w przestrzeń, po czym przełknął.
- Nie są takie, jak oczekiwałem - stwierdził, spoglądając na nią. - Ale też nie są okropne. Chciałbym zamówić trochę więcej. Można?
Scarlet poprawiła talerze w dłoniach, zapobiegając zsunięciu się noża do masła.
- Wie pan, ja tu właściwie nie...
- Pokazują! - powiedział ktoś przy barze, wywołując podekscytowane szepty w całej tawernie.
Scarlet spojrzała na ekranety. Ukazywały bujny ogród, pełen bambusów i lilii, błyszczący od świeżego deszczu. Czerwona poświata z balu rozlewała się na szerokich schodach. Kamera znajdowała się nad drzwiami, zwrócona ku długim cieniom padającym na ścieżkę. Było pięknie. Spokojnie i cicho.
- Stawiam dziesięć uni, że jakaś dziewczyna zaraz zgubi na tych schodach stopę! - wrzasnął ktoś, powodując salwę śmiechu ze strony baru. - Ktoś przebija? No dawajcie, jakie niby mam szanse?
Chwilę później na ekranie pojawiła się cyborgini. Wypadła zza drzwi i pobiegła w dół schodów, niszcząc spokój ogrodu falowaniem srebrnej sukni. Scarlet wstrzymała oddech, wiedząc, co się zaraz wydarzy, ale i tak drgnęła, kiedy dziewczyna potknęła się i upadła, a potem stoczyła ze schodów i niezręcznie wylądowała na samym dole, rozciągnięta na kamienistej ścieżce. Nie było dźwięku, ale Scarlet wyobraziła sobie ciężki oddech, z jakim tamta przewróciła się na plecy i spoglądała w stronę drzwi. Na schodach pojawiły się cienie, gdy nieznajome postaci stanęły nad dziewczyną.
Scarlet słyszała już tę historię kilkanaście razy, więc odnalazła wzrokiem zgubioną na schodach metalową stopę, od której odbijało się światło z sali balowej. Stopę cyborgini.
- Mówią, że ta po lewej to królowa - odezwała się Émilie.
Scarlet podskoczyła, bo nie usłyszała jej nadejścia.
Książę - nie, teraz już cesarz - zszedł po schodach i zatrzymał się, by podnieść stopę. Dziewczyna sięgnęła do brzegu sukni, by naciągnąć ją na łydki, ale nie była w stanie ukryć plątaniny martwych kabli wystających niczym macki z metalowego kikuta.
Scarlet wiedziała, co mówiły plotki. Ta dziewczyna miała być Lunarką - nielegalnym zbiegiem i zagrożeniem dla ziemskiego społeczeństwa - a na dodatek zdołała otumanić cesarza Kaia. Niektórzy myśleli, że chodziło jej o władzę, inni, że o bogactwo. Jeszcze inni wierzyli, że próbowała wywołać wojnę, którą grożono od tak dawna. Ale niezależnie od intencji tej dziewczyny Scarlet nie była w stanie stłumić ukłucia litości. W końcu to tylko nastolatka, nawet młodsza niż Scarlet. I wyglądała wyjątkowo żałośnie, leżąc u stóp tamtych schodów.
- Jak to szło? Zakończyć jej cierpienia? - zapytał jeden z gości przy barze.
Roland wystawił palec w stronę ekranu.
- Dokładnie. W życiu nie widziałem czegoś tak paskudnego.
Ktoś przy końcu baru wychylił się, żeby spojrzeć na Rolanda zza rzędu innych.
- Nie jestem pewien, czy się zgadzam. Moim zdaniem jest całkiem słodka, kiedy tak udaje bezbronną i niewinną. Może zamiast wysyłać ją z powrotem na Lunę, mogliby pozwolić jej zostać ze mną?
Odpowiedział mu rubaszny śmiech.
Roland uderzył pięścią w stół, wprawiając w drżenie talerzyk z musztardą.
- Jasne, ta jej metalowa noga świetnie sprawdziłaby się w łóżku!
- Świnia - wymamrotała Scarlet, ale jej komentarz utonął w rechocie.
- Chętnie spróbowałbym ją rozgrzać! - dodał ktoś nowy, a stoły zadygotały od wiwatów i rozbawienia.
Scarlet ponownie poczuła w gardle wzbierającą wściekłość, częściowo upuściła talerze na blat stołu, a częściowo walnęła nimi celowo. Zignorowała zaskoczone spojrzenia wokół siebie i ruszyła przez tłum w stronę baru.
Oszołomiony barman patrzył, jak Scarlet spycha z blatu butelki z alkoholem i wspina się na bar ciągnący się na całej długości jednej ze ścian. Sięgnęła w górę, otworzyła panel ścienny nad półką ze szklankami do koniaku i wyrwała kabel netlinku. Wszystkie trzy ekrany zgasły, zabierając ze sobą pałacowe ogrody i cyborgini.
Wokół uniósł się ryk protestu.
Scarlet odwróciła się w ich stronę, przypadkiem zrzucając z baru butelkę wina. Szkło rozprysło się na podłodze, ale ledwie to zauważyła, machając kablem w stronę rozsierdzonego tłumu.
- Trochę szacunku! Ta dziewczyna zostanie stracona!
- Ta dziewczyna jest Lunarką! - krzyknęła jakaś kobieta. - Powinna zostać stracona!
Zawtórowały jej kiwnięcia głów. Ktoś trafił Scarlet w ramię skórką chleba. Dziewczyna oparła dłonie na biodrach.
- Ona ma ledwie szesnaście lat.
Zarówno kobiety, jak i mężczyźni zerwali się na nogi i zaczęli przekrzykiwać się argumentami, jacy Lunarowie są źli i że ta dziewczyna próbowała zabić przywódcę Unii!
- Hej, hej, uspokójcie się wszyscy! Dajcie Scarlet spokój! - wrzasnął Roland, ośmielony wypitą ilością whiskey. Wyciągnął ręce w stronę przepychającego się tłumu. - Wszyscy wiemy, że pochodzi z szalonej rodziny. Najpierw ta stara gęś gdzieś uciekła, a teraz Scar broni praw Lunarów!
Dookoła rozległy się drwiny i gromki śmiech, ale Scarlet słyszała wyłącznie szum krwi buzującej w uszach. Nawet nie zdawała sobie sprawy, w jaki sposób zeszła z blatu, po prostu nagle znalazła się w połowie baru, a jej pięść właśnie dosięgała ucha Rolanda.
Kwiknął i odwrócił się w jej stronę.
- Co...
- Moja babcia nie jest szalona! - Scarlet złapała przód jego koszuli. - To właśnie powiedziałeś detektywowi, kiedy cię przepytywał? Powiedziałeś mu, że jest szalona?
- Oczywiście, że tak mu powiedziałem! - wrzasnął w odpowiedzi, zionąc odorem alkoholu.
Ścisnęła materiał, aż zabolały ją dłonie.
- I pewnie nie tylko ja. Bo skoro gnieździ się w tamtym starym domu, gada ze zwierzętami i z androidami, jakby były ludźmi, goni ludzi ze strzelbą...
- Jeden raz. I to sprzedawcę androidów do towarzystwa!
- Ani ciut mnie nie dziwi, że babuszka Benoit uderzyła w rakietę. Jak dla mnie to było do przewidzenia.
Scarlet mocno pchnęła Rolanda, który zatoczył się na próbującą ich rozdzielić Émilie. Kelnerka wrzasnęła i wpadła na stół, próbując nie dać mu się zgnieść.
Roland odzyskał równowagę i wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien się uśmiechnąć, czy wykrzywić.
- Lepiej uważaj, Scar, bo skończysz tak jak ta stara...
Nogi stołu zazgrzytały na kafelkach i nagle pięściarz uniósł Rolanda nad podłogę, trzymając go jedną ręką za szyję.
W tawernie zapadła cisza. Mężczyzna obojętnie trzymał Rolanda w górze, niczym lalkę, ignorując odgłosy duszenia się.
Scarlet wpatrywała się w tę scenę, a krawędź blatu wbijała jej się w brzuch.
- Sądzę, że należą jej się przeprosiny - powiedział pięściarz swoim spokojnym, beznamiętnym tonem.
Roland zabulgotał. Wierzgał stopami w poszukiwaniu oparcia.
- Hej, puść go! - krzyknął jakiś mężczyzna, zrywając się ze stołka. - Udusisz go! - Szarpnął pięściarza za nadgarstek, ale równie dobrze mógłby złapać żelazną belkę, bo ramię ani drgnęło. Mężczyzna zaczerwienił się i puścił, żeby wyprowadzić cios, ale gdy tylko się zamachnął, pięściarz podniósł drugą, wolną rękę i zablokował uderzenie.
Scarlet chwiejnie odsunęła się od baru i zauważyła wyraźny tatuaż na przedramieniu pięściarza, składający się z pozornie przypadkowych liter i cyfr. LSOS962.
Ten nadal wyglądał na rozeźlonego, ale odrobina rozbawienia rozbłysła w jego oczach, jakby właśnie przypomniał sobie zasady gry. Powoli postawił Rolanda na ziemi, jednocześnie rozluźniając uścisk i puszczając pięść drugiego mężczyzny.
Roland odzyskał równowagę, chwytając się stołka.
- Co jest z tobą nie tak? - wydusił, masując sobie szyję. - Jesteś jakimś szaleńcem spoza miasta?
- Okazałeś brak szacunku.
- Brak szacunku? - warknął Roland - A ty próbowałeś mnie zabić!
Gilles wypadł z kuchni, przebijając się przez wahadłowe drzwi.
- Co tu się dzieje?
- Ten gość próbuje rozrabiać - powiedział ktoś z tłumu.
- A Scarlet zepsuła ekrany!
- Nie zepsułam ich, idioto! - wrzasnęła Scarlet, mimo że nie była pewna, kto to powiedział.
Gilles obejrzał martwe ekrany, masującego szyję Rolanda oraz stłuczone butelki i szklanki na mokrej podłodze.
- Ty - oznajmił, wskazując palcem pięściarza. - Wypad z mojej tawerny.
Scarlet poczuła skurcz w żołądku.
- On nic nie...
- Nawet nie zaczynaj, Scarlet. Ilu jeszcze zniszczeń masz zamiar dzisiaj dokonać? Czy ty chcesz, żebym zrezygnował z twoich usług?
Zjeżyła się. Nadal paliła ją twarz.
- Może po prostu zabiorę dostawę i zobaczymy, jak twoim klientom smakują zgniłe warzywa.
Gilles obszedł bar i wyrwał jej z ręki kabel.
- Serio myślisz, że masz jedyną działającą farmę we Francji? No naprawdę, Scar, zamawiam u was tylko dlatego, że twoja babcia urządziłaby mi piekło, gdybym tego nie robił!
Scarlet zacisnęła usta, powstrzymując się od pełnej frustracji uwagi, że jej babci już tu nie było, więc może faktycznie powinien zamówić u kogoś innego, jeśli ma takie życzenie.
Gilles zwrócił się z powrotem w stronę pięściarza.
- Powiedziałem: wypad!
Pięściarz zignorował go i wyciągnął rękę do Émilie, która nadal kuliła się obok stołu. Miała zaczerwienioną twarz, a suknię zmoczoną piwem, ale gdy pozwalała mu podnieść się na nogi, widać było, że była totalnie zauroczona.
- Dziękuję - powiedziała szeptem, który poniósł się wśród niecodziennej ciszy.
Pięściarz wreszcie podniósł wzrok na niezadowolonego Gillesa.
- Pójdę, ale jeszcze nie zapłaciłem za posiłek. - Zawahał się. - Mogę też zapłacić za stłuczone szkło.
Scarlet zamrugała.
- Co?
- Nie chcę twoich pieniędzy! - wrzasnął Gilles. Wydawał się oburzony, co było dla Scarlet jeszcze większym szokiem. Przecież ciągle narzekał na brak pieniędzy i naciągających go dostawców. - Chcę, żebyś zniknął z mojej tawerny.
Spojrzenie zielonych oczu pięściarza podążyło ku Scarlet, która przez chwilę poczuła z nim nić porozumienia.
Oto oni, dwójka wyrzutków. Niepotrzebnych. Szalonych.
Z bijącym sercem odepchnęła tę myśl. Ten facet oznaczał kłopoty. Żył z bijatyki. A może nawet czerpał z niej przyjemność. Nie wiedziała, co gorsze.
Pięściarz odwrócił się i skłonił głowę, jakby przepraszał, po czym ruszył w stronę wyjścia. Scarlet patrzyła, jak odchodzi, i nie mogła pozbyć się myśli, że mimo całej tej brutalności wyglądał równie groźnie co właśnie skarcony pies.
Scarlet wysunęła kosz z ziemniakami z najniższej półki, z łupnięciem opuściła go na ziemię, po czym postawiła na nim skrzynkę z pomidorami. Obok wylądowały cebule i rzepy. Musiała zrobić jeszcze dwa kursy do statku, co rozwścieczało ją bardziej niż cokolwiek innego. Tyle, jeśli chodzi o wyjście z godnością.
Złapała za uchwyty kosza i uniosła całą konstrukcję.
- Co teraz wyrabiasz? - zapytał Gilles, stając w drzwiach z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
- Zabieram je z powrotem.
Gilles westchnął głośno i oparł się o ścianę.
- Scar... Nie miałem tego na myśli.
- Jakoś w to nie wierzę.
- Słuchaj, lubię twoją babcię i lubię ciebie. Owszem, ona liczy sobie za dużo, a ty potrafisz być wyjątkowo wkurzająca, no i obie jesteście czasem trochę szalone... - Wyciągnął ręce w obronnym geście, widząc, że Scarlet się jeży. - Hej, to ty wspięłaś się na bar i zaczęłaś przemowę, więc nie mów, że nie mam racji.
Zmarszczyła nos.
- Ale liczy się to, że twoja grandm?re prowadzi naprawdę dobrą farmę i nadal co roku macie najlepsze pomidory we Francji. Nie chcę rezygnować z waszych dostaw.
Scarlet przechyliła kosz, a błyszczące czerwone kule przetoczyły się, odbijając od siebie nawzajem.
- Odłóż je, Scar. Już podpisałem płatność za dostawę.
I poszedł sobie, zanim Scarlet znowu straciła nad sobą panowanie.
Zdmuchnęła rudy lok z twarzy, odłożyła skrzynki i wkopała ziemniaki z powrotem na ich miejsce pod półkami. Słyszała, jak kucharze śmieją się z tego przedstawienia w jadalni. Historia opowiadana przez kelnerów nabierała już znamion legendarności. Według kucharzy pięściarz rozbił butelkę o głowę Rolanda, pozbawiając go przytomności i łamiąc po drodze krzesło. I rozprawiłby się też z Gillesem, gdyby Émilie nie spacyfikowała go jednym ze swoich ślicznych uśmiechów.
Scarlet nie miała zamiaru prostować tego przekazu, więc wytarła zakurzone dłonie o dżinsy i wróciła do kuchni. Między nią a pracownikami tawerny czuć było chłodny dystans, kiedy podchodziła do skanera przy tylnych drzwiach. Nigdzie nie było widać Gillesa, za to z jadalni dobiegał chichot Émilie. Scarlet miała nadzieję, że tylko wyobraziła sobie te odwrócone spojrzenia. Zastanawiała się, jak szybko roznoszą się w tym mieście plotki. Scarlet Benoit broniła cyborga! Lunarki! Wyraźnie uderzyła w rakietę, tak jak jej... Tak jak...
Przesunęła nadgarstek pod starym skanerem. Z przyzwyczajenia sprawdziła potwierdzenie dostawy, które pojawiło się na ekranie, upewniając się, że Gilles nie próbował orżnąć jej jak zwykle. Zauważyła, że faktycznie odjął trzy uni za rozbryźnięte pomidory.
687U PRZEKAZANO NA KONTO DOSTAWCY:
FARMY I OGRODY BENOIT.
Wyszła tylnymi drzwiami, z nikim się nie żegnając.
Chociaż słoneczne popołudnie nadal było ciepłe, w porównaniu z duszną kuchnią cień w alejce wydawał się rześki. Scarlet pozwoliła, by pomógł jej ochłonąć, gdy zajęła się przestawianiem skrzyń na rufie statku. Była spóźniona. Dotrze do domu dopiero późnym wieczorem. A będzie musiała wstać wyjątkowo wcześnie, żeby pojechać na posterunek policji w Tuluzie. Inaczej straci cały dzień, podczas którego nikt nie podejmie działań, by odnaleźć jej babcię.
Dwa tygodnie. Całe dwa tygodnie jej babcia była gdzieś tam, sama. Bezbronna. Zapomniana. Może... może nawet martwa. Może porwana, zabita i pozostawiona w jakimś ciemnym i mokrym rowie na końcu świata. Dlaczego? Czemuczemuczemu?
Scarlet poczuła łzy frustracji napływające do oczu, więc zamrugała, by je odpędzić. Zatrzasnęła klapę i ruszyła dookoła statku, ale nagle zastygła.
Stał tam znajomy pięściarz, opierając się o kamienny budynek. Obserwował ją.
Z zaskoczeniem poczuła gorącą łzę spływającą po policzku. Starła ją szybkim ruchem, zanim dotarła do linii ust. Scarlet odwzajemniła spojrzenie mężczyzny, oceniając, czy wyglądał groźnie, czy jednak nie bardzo. Stał kilkanaście kroków od statku, a wyraz jego twarzy wydawał się raczej niepewny niż groźny - ale kiedy dusił Rolanda też wcale nie wydawał się niebezpieczny.
- Chciałem się tylko upewnić, że wszystko z tobą w porządku - odezwał się tak cicho, że ledwie go usłyszała przez mieszaninę odgłosów dochodzących z tawerny.
Oparła dłoń o tylną część statku, zirytowana reakcją własnego systemu nerwowego, który nie potrafił się zdecydować, czy powinna się bać, czy cieszyć.
- Lepiej niż z Rolandem - odpowiedziała. - Jak wychodziłam, miał już sińce na szyi.
Jego oczy na moment podążyły w stronę kuchennych drzwi.
- Zasługiwał na więcej.
Uśmiechnęłaby się, ale po powstrzymywaniu złości i frustracji z całego popołudnia nie miała już na to siły.
- Szkoda, że w ogóle się wtrąciłeś. Panowałam nad sytuacją.
- Najwyraźniej. - Zmrużył oczy, jakby próbował rozwiązać jakąś zagadkę. - Ale bałem się, że wyciągniesz broń, a to by ci nie pomogło. To znaczy... w przekonywaniu ludzi, że nie jesteś szalona.
Włosy zjeżyły jej się na karku. Ręka instynktownie ruszyła w stronę dołu pleców, gdzie skórę grzał mały pistolet. Babcia podarowała jej go na jedenaste urodziny razem z paranoicznym ostrzeżeniem: Nigdy nie wiesz, kiedy jakiś nieznajomy będzie próbował zabrać cię gdzieś, gdzie nie masz zamiaru iść. Nauczyła wnuczkę, jak go używać i od tego czasu Scarlet nie wychodziła bez niego z domu, nieważne, jak bardzo wydawało się to śmieszne czy niepotrzebne.
Minęło siedem lat, a ona była pewna, że nikt dotąd nie zauważył broni ukrytej pod jej codzienną czerwoną bluzą. Aż do teraz.
- Skąd wiedziałeś?
Wzruszył ramionami, a przynajmniej próbował, tylko ruchy miał zbyt spięte i urywane.
- Zobaczyłem rękojeść, jak wspinałaś się na blat.
Scarlet lekko uniosła tył bluzy, by odpiąć broń od paska. Próbowała odetchnąć, by się uspokoić, ale powietrze cuchnęło cebulą i śmieciami z alejki.
- Dzięki za zainteresowanie, ale nic mi nie jest. I muszę już iść... Spóźniam się z dostawami... i wszystkim innym. - Zrobiła krok w stronę drzwi pilota.
- Masz więcej pomidorów?
Zatrzymała się.
Pięściarz wycofał się w cień. Wydawał się nieco zmieszany.
- Nadal jestem trochę głodny - wymamrotał.
Scarlet wyobraziła sobie, że wyczuwa zapach pomidorowego miąższu na ścianie za sobą.
- Mogę zapłacić - dodał szybko.
Potrząsnęła głową.
- Nie, w porządku. Mamy ich mnóstwo. - Wróciła na tył pojazdu, nie spuszczając z mężczyzny wzroku, i otworzyła klapę. Złapała pomidora i pęczek wykrzywionych marchwi. - Masz, te też można jeść na surowo - powiedziała, rzucając mu warzywa.
Bez problemu je złapał. Schował pomidora w wielkiej pięści, a drugą ręką chwycił marchew za koronkową natkę. Obejrzał ją ze wszystkich stron.
- Co to jest?
Zaśmiała się, zaskoczona.
- Marchewki. Serio pytasz?
Ponownie wydawał się zażenowany tym, że powiedział coś niecodziennego. Zgarbił ramiona, jakby bezskutecznie próbował się skurczyć.
- Dziękuję.
- Mama nigdy nie zmuszała cię do jedzenia warzyw, co?
Ich spojrzenia spotkały się i natychmiast zrobiło się niezręcznie. Coś stłukło się w tawernie, a Scarlet aż podskoczyła. Zaraz potem wybuchły śmiechy.
- Nieważne. Są dobre, polubisz je. - Zatrzasnęła klapę, ruszyła z powrotem do kabiny i przesunęła identyfikator pod skanerem statku. Otworzyła drzwi, oddzielając się nimi od niego niczym ścianą. Reflektory rozbłysły i podkreśliły siniak wokół oka pięściarza, przez co wydał się ciemniejszy niż wcześniej. Mężczyzna cofnął się jak przyłapany przestępca.
- Zastanawiałem się... nie potrzebujecie może pomocy na farmie? - powiedział niewyraźnie, jakby chcąc jak najszybciej wyrzucić z siebie te słowa.
Scarlet zatrzymała się, nagle rozumiejąc, dlaczego na nią czekał i dlaczego zwlekał tak długo z odejściem. Oceniła wzrokiem jego szerokie ramiona i rozbudowane mięśnie. Był stworzony do pracy fizycznej.
- Szukasz pracy?
Zaczął się uśmiechać w niebezpiecznie szelmowski sposób.
- Za walki nieźle płacą, ale to żadna kariera. Pomyślałem, że może u ciebie dostanę zapłatę w jedzeniu.
Roześmiała się.
- Widziałam twój apetyt i myślę, że na takim układzie straciłabym ostatnią koszulę. - Zaczerwieniła się od razu, gdy to powiedziała. Niewątpliwie właśnie wyobrażał ją sobie bez koszuli. A jednak, ku jej zdumieniu, jego twarz pozostała spokojna i neutralna, więc szybko wypełniła ciszę, zanim mógłby zobaczyć jej reakcję. - Jak ty się właściwie nazywasz?
Znowu to niezręczne wzruszenie ramion.
- Na walkach mówią na mnie Wilk.
- Wilk? Jakie to... drapieżne.
Całkiem poważnie skinął głową.
Stłumiła szeroki uśmiech.
- Lepiej, żebyś ominął w życiorysie tę część o walkach.
Podrapał się po łokciu. W ciemności ledwie było widać znajdujący się w tym miejscu dziwny tatuaż. Pomyślała, że może go zawstydziła. Może "Wilk" stanowił jego ukochaną ksywkę.
- A na mnie mówią Scarlet. Tak, z powodu włosów. Trafna obserwacja.
Jego rysy złagodniały.
- Jakich włosów?
Scarlet oparła ramię o drzwi i podparła na nim brodę.
- Dobry refleks.
Przez chwilę wyglądał na prawie zadowolonego z siebie i Scarlet poczuła, że zaczyna lubić tego nieznajomego, tę anomalię. Pięściarza o łagodnym głosie.
Z tyłu głowy zakłuło ją ostrzeżenie. Traciła czas. Jej babcia była gdzieś tam, w świecie. Samotna. Przerażona. Martwa w rowie.
Scarlet zacisnęła dłoń na ramie drzwi.
- Bardzo mi przykro, ale aktualnie mamy komplet. Nie potrzebujemy więcej pracowników.
Z oczu mężczyzny zniknął błysk i znowu wyglądał, jakby czuł się niekomfortowo. Jakby był zagubiony.
- Rozumiem. Dziękuję za jedzenie. - Kopnął leżącą na chodniku tubkę po wystrzelonym fajerwerku, pozostałość po obchodach zawarcia pokoju z ubiegłego wieczora.
- Powinieneś pojechać do Paryża albo Tuluzy. W miastach jest więcej ofert pracy, poza tym pewnie już zauważyłeś, że tutaj ludzie nie przepadają za obcymi.
Przechylił głowę, a jego szmaragdowe oczy w świetle reflektorów rozbłysły jeszcze jaśniej, jakby z rozbawienia.
- Dzięki za radę.
Scarlet odwróciła się i wsiadła do środka.
Kiedy włączyła silnik, Wilk przysunął się do ściany.
- Jeśli zmienisz zdanie i jednak będziesz chciała pracownika, to większość nocy spędzam w opuszczonym domu Morelów. Może niezbyt dobrze radzę sobie z ludźmi, ale sądzę, że na farmie poradziłbym sobie bardzo dobrze. - Rozbawienie dotarło do kącików jego ust. - Zwierzęta mnie kochają.
- Och, jestem tego pewna - odpowiedziała z fałszywym entuzjazmem. - Jak zwierzęta gospodarskie mogłyby nie kochać wilka? - wymamrotała, zatrzasnąwszy drzwi.
Pobyt w niewoli zaczął się dla Carswella Thorne'a dość nieprzyjemnie, zwłaszcza w obliczu zakończonej katastrofą rewolucji mydlanej. Ale odkąd przeniesiono go do pojedynczej celi, stał się najprawdziwszym wcieleniem dżentelmena o dobrych manierach, dzięki czemu po sześciu miesiącach przykładnego zachowania wreszcie przekonał jedyną kobietę w straży, by pożyczyła mu ekraport.
Był prawie pewny, że nic by z tego nie wyszło, gdyby strażniczka nie uważała go za idiotę, który potrafi jedynie liczyć dni i szukać niegrzecznych obrazków zarówno tych znanych, jak i całkowicie wyobrażonych pań.
Oczywiście miała rację. Thorne nie pojmował technologii i nie dokonałby niczego na ekraporcie nawet z instrukcją dla początkujących o tytule: Jak uciec z więzienia za pomocą ekraportu. Nie udało mu się ani uzyskać dostępu do swoich komów, ani połączyć się ze źródłami informacji, ani też wyłowić żadnych informacji o więzieniu w Nowym Pekinie i otaczającym je mieście.
Ale jak najbardziej doceniał te sugestywnie niegrzeczne, nawet jeśli mocno wyretuszowane zdjęcia. Spędzał właśnie dwieście dwudziesty ósmy dzień swojej niewoli na przeglądaniu ich i zastanawianiu się, czy Se?ora Santiago nadal była żoną tego cuchnącego cebulą faceta, kiedy spokój celi zakłóciły okropne zgrzyty.
Zmrużył oczy i spojrzał w górę, w stronę gładkiego, błyszczącego, białego sufitu. Dźwięk ustał, a po nim nastąpiło szuranie. I kilka łupnięć. I więcej zgrzytów.
Thorne podciągnął nogi na pryczę i czekał, a dźwięk stawał się coraz głośniejszy, stopniowo się przybliżając. Ucichł na chwilę, po czym zaczął się od nowa. Mężczyźnie zajęło trochę czasu umiejscowienie tego nowego i dziwnego odgłosu, ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że jest do dźwięk wiertarki.
Może któryś z pozostałych więźniów remontował sobie celę.
Dźwięk ustał, choć wspomnienie po nim nadal wprawiało ścianę w wibrację. Thorne rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego cela była idealnym sześcianem o gładkich, błyszczących, białych panelach na wszystkich sześciu powierzchniach. Zawierała całkowicie białą pryczę, wysuwaną ze ściany za pomocą przycisku toaletę i jego samego, ubranego w biały kombinezon.
Jeśli ktoś rzeczywiście robił remont, Thorne miał nadzieję, że jego cela będzie następna.
Dźwięk rozbrzmiał ponownie, tym razem jeszcze bardziej zgrzytliwy, po czym przez sufit przebiło się długie wiertło i na środek podłogi spadła długa śruba. A po niej spadły jeszcze trzy kolejne.
Thorne wyciągnął szyję, kiedy jedna z nich potoczyła się pod pryczę.
Chwilę później z sufitu odpadł z trzaskiem jeden z kwadratowych białych paneli. Z dziury wyłoniły się dwie nogi, a potem rozległ się zaskoczony krzyk. Na nogach widać było taki sam biały, bawełniany kombinezon jak ten Thorne'a, ale bez prostych, białych butów dopełniających jego strój. Stopy dyndające z sufitu były bose.
Na jednej była skóra.
Na drugiej widać było płytki wypolerowanego metalu.
Dziewczyna ze stęknięciem puściła się sufitu i wylądowała w przysiadzie na środku celi.
Thorne oparł łokcie na kolanach i pochylił się do przodu, próbując przyjrzeć się towarzyszce bez opuszczania bezpiecznej pozycji przy ścianie. Była szczupła, opalona i miała proste, brązowe włosy. Jej lewa ręka również była zrobiona z metalu.
Dziewczyna odzyskała równowagę, wstała i otrzepała swój kombinezon.
- Przepraszam - odezwał się Thorne.
Odwróciła się w jego stronę z dzikim spojrzeniem.
- Wydaje mi się, że pomyliłaś cele. Potrzebujesz pomocy, żeby wrócić do swojej?
Zamrugała.
Thorne się uśmiechnął.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
Zirytowanie dodawało jej urody, więc Thorne przypatrywał się jej, oparłszy brodę na dłoni. Nigdy dotąd nie spotkał cyborga, a już na pewno z żadnym nie flirtował, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.
- Te cele miały być puste - stwierdziła.
- Wyjątkowe okoliczności.
Przyglądała mu się przez długą chwilę, nadal marszcząc brwi.
- Morderstwo?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Dziękuję, ale nie. Wywołałem bunt na placu. - Poprawił kołnierzyk. - Oprotestowywaliśmy mydło - dodał.
To zdezorientowało ją jeszcze bardziej, a Thorne zauważył, że nadal nie wyszła z pozycji obronnej.
- Mydło - powtórzył, zastanawiając się, czy go usłyszała. - Za bardzo wysusza.
Nic nie odpowiedziała.
- Mam wrażliwą skórę.
Otworzyła usta i Thorne oczekiwał już wyrazów współczucia.
- Ha - usłyszał tylko, bez żadnych oznak zainteresowania.
Dziewczyna wyprostowała się i kopnęła leżący pod jej nogami panel z sufitu, po czym obróciła się wokół własnej osi, oglądając celę. Wydęła wargi z irytacją.
- Głupia - wymamrotała, podchodząc do ściany po lewej stronie Thorne'a i opierając o nią dłoń. - Jedna cela dalej.
Zamrugała gwałtownie, jakby coś wpadło jej do oka. Warknęła i kilkukrotnie uderzyła się dłonią w skroń.
- Uciekasz.
- Nie w tej chwili - wycedziła przez zęby, nieznacznie potrząsając głową. - Ale tak, taki właśnie jest plan. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech, kiedy zauważyła ekraport na jego kolanach. - Jaki to model?
- Nie mam bladego pojęcia. - Wyciągnął go w jej stronę. - Kompletuję właśnie portfolio kobiet, które kochałem.
Odepchnąwszy się od ściany, wyrwała mu z dłoni ekraport i odwróciła urządzenie. Czubek jej cyborgicznego palca otworzył się, odsłaniając mały śrubokręt. Odkręcenie klapki od spodu ekraportu zajęło jej zaledwie chwilę.
- Co robisz?
- Zabieram twój kabel wideo.
- Po co?
- Mój padł.
Wyrwała żółty kabelek z ekraportu i rzuciła go z powrotem na kolana Thorne'a, po czym usiadła na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Thorne patrzył bez zrozumienia, jak przerzuca włosy na jedną stronę i otwiera panel u podstawy swojej czaszki. Chwilę później ujrzał w jej palcach kabelek podobny do tego, który właśnie mu ukradła, ale o poczerniałym końcu. Zmarszczyła się w skupieniu, instalując nowy przewód.
Z pełnym zadowolenia westchnieniem zatrzasnęła panel i rzuciła stary kabelek obok Thorne'a.
- Dzięki.
Skrzywił usta, odsuwając się od niego.
- Masz ekraport we własnej głowie?
- Coś w tym rodzaju. - Dziewczyna wstała i ponownie przesunęła dłonią po ścianie. - No, o wiele lepiej. A teraz, jak... - Zamilkła i nacisnęła przycisk w kącie. Błyszczący biały panel podjechał w górę, płynnie wysuwając toaletę. Dziewczyna wsunęła palce w szparę pomiędzy armaturą a ścianą, wyraźnie czegoś poszukując.
Thorne odsunął się jeszcze bardziej od porzuconego na pryczy kabla, wyrzucił z umysłu obraz dziewczyny otwierającej płytkę w czaszce i z powrotem stał się uosobieniem dżentelmena. Spróbował poprowadzić towarzyską pogawędkę podczas jej pracy. Spytał, za co siedzi, i skomplementował wysokiej jakości wykonanie jej metalowych kończyn, ale zwyczajnie go zignorowała. Aż zaczął się zastanawiać, czy naprawdę już tak długo był odseparowany od żeńskiej części populacji, że zaczął tracić swój urok.
Ale to wydawało się mało prawdopodobne.
Kilka minut później dziewczyna najwyraźniej znalazła to, czego szukała, i Thorne ponownie usłyszał mechaniczny odgłos wiertła.
- Kiedy cię zamykali, nie rozważyli przypadkiem, że to więzienie może mieć pewne luki w systemie bezpieczeństwa? - zapytał.
- Wtedy nie miało. Ta ręka to nowy dodatek. - Zatrzymała się i wbiła spojrzenie w jeden z kątów wnęki, jakby próbowała dojrzeć coś przez ścianę.
Może miała rentgen w oczach. Sam zrobiłby z czegoś takiego dobry użytek.
- Niech zgadnę - powiedział. - Kradzież z włamaniem?
Dziewczyna przez dłuższą chwilę w ciszy przyglądała się mechanizmowi toalety, po czym zmarszczyła nos.
- Podwójna zdrada, skoro już musisz wiedzieć. Do tego opieranie się przy aresztowaniu i nielegalne użycie bioelektryki. A, i jeszcze nielegalna imigracja, ale szczerze mówiąc, myślę, że z tym to trochę przesadzili.
Zmrużył oczy, patrząc na tył jej głowy, aż lewe oko zadrżało mu w nerwowym tiku.
- Ile ty masz lat?
- Szesnaście.
Śrubokręt w jej palcu ponownie zaczął się obracać. Thorne poczekał na przerwę w wierceniu.
- Jak się nazywasz?
- Cinder - odpowiedziała, po czym jej śrubokręt znowu zaczął hałasować.
- Jestem kapitan Carswell Thorne - powiedział, kiedy dźwięk znowu ustał. - Ale zwykle ludzie mówią mi po prostu...
Znowu wiercenie.
- ...Thorne. Albo: kapitanie. Albo: kapitanie Thorne.
Nie odpowiedziała, za to ponownie wcisnęła dłoń we wnękę. Najwyraźniej próbowała coś przekręcić, ale chyba jej się nie udało, bo chwilę później usiadła i prychnęła z poirytowaniem.
- Wyraźnie potrzebujesz wspólnika - zauważył Thorne, wygładzając kombinezon. - I masz szczęście, bo ja akurat jestem prawdziwym geniuszem zbrodni.
Popatrzyła na niego spode łba.
- Idź stąd.
- Ciężko wykonać to polecenie w obecnej sytuacji.
Westchnęła i strząsnęła kawałki białego plastiku ze śrubokręta.
- A co zrobisz, jak już się wydostaniesz? - zapytał zatem.
Odwróciła się z powrotem do ściany. Zgrzytanie trwało jakiś czas, aż w końcu przerwała pracę, by rozciągnąć szyję i pozbyć się bolesnego skurczu.
- Najkrótsza droga poza miasto prowadzi na północ.
- Och, moja mała, naiwna więźniarko. Czy nie sądzisz, że tego właśnie będą oczekiwać?
Wsunęła śrubokręt we wnękę.
- Proszę, czy mógłbyś przestać mnie rozpraszać?
- Mówię tylko, że możemy pomóc sobie nawzajem.
- Zostaw mnie w spokoju.
- Mam statek.
Jej spojrzenie powędrowało ku niemu zaledwie na jedno uderzenie serca - jak ostrzeżenie.
- Statek kosmiczny.
- Statek kosmiczny - powtórzyła przeciągle.
- Możemy być w połowie drogi do gwiazd w mniej niż dwie minuty, a zaparkowałem go zaraz za granicami miasta. Łatwo się do niego dostać. Co ty na to?
- Ja na to, że jak nie przestaniesz paplać i nie pozwolisz mi pracować, to nie będziemy w połowie drogi dokądkolwiek.
- Słuszna uwaga - odpowiedział, unosząc dłonie w geście poddania. - Po prostu przemyśl to w tej swojej ładnej główce.
Spięła się, ale nie przerwała pracy.
- Jak tak sobie o tym myślę, to ulicę stąd był kiedyś świetny bar z przekąskami dim sum. Mieli tam takie małe bułeczki z wieprzowiną, wyśmienite. Aromatyczne i soczyste. - Złączył palce, śliniąc się na samo wspomnienie.
Cinder ze ściągniętą twarzą zaczęła masować sobie kark.
- Może będziemy mieli czas, żeby zatrzymać się tam na chwilę i kupić coś na drogę. Przydałoby mi się po tym świństwie bez smaku, które nazywają tutaj jedzeniem. - Oblizał usta, ale kiedy spojrzał na dziewczynę, twarz miała jeszcze bardziej wykrzywioną bólem. Na skroni pojawiły jej się kropelki potu. - Wszystko w porządku? - zapytał, wciągając rękę w jej stronę. - Potrzebujesz masażu pleców?
Odpędziła go pacnięciem.
- Proszę... - powiedziała, zasłaniając się rękami. Z trudem oddychała.
Thorne wpatrywał się w dziewczynę, gdy nagle jej obraz zafalował jak rozgrzane powietrze nad torami kolei magnetycznej. Cofnął się. Poczuł jak puls mu przyspiesza, a mózg zalewa dziwne mrowienie błyskawicznie rozchodzące się aż do zakończeń nerwowych.
Ona była... piękna.
Nie, boska.
Nie, idealna.
Serce mu waliło, a przez głowę przepływały mu myśli o czci i oddaniu. O uległości. I podporządkowaniu.
- Proszę - powtórzyła, osłaniając się metalową ręką. Brzmiała desperacko i musiała oprzeć się o ścianę. - Po prostu przestań mówić. Po prostu... zostaw mnie w spokoju.
- W porządku. - Opanowało go oszołomienie. Cyborg, współwięzień, bogini. - Oczywiście. Cokolwiek chcesz. - Cofnął się ze łzami napływającymi do oczu i opadł na pryczę.
Scarlet aż kipiała ze złości, kiedy wyszarpywała puste skrzynki z luku bagażowego i przenosiła je przez szeroko otwarte drzwi hangaru. Znalazła swój ekraport pod siedzeniem pasażera i włożyła go do kieszeni. Znajdująca się na nim wiadomość od władz wręcz parzyła ją w udo, gdy bezmyślnie wykonywała cowieczorną rutynę.
Aktualnie była chyba najbardziej zła o to, że pozwoliła sobie na rozproszenie choćby na minutę i że wystarczyły do tego przystojna twarz i aura zagrożenia. I to zaraz po tym, jak zamknięto sprawę jej babci. Zaciekawienie tym pięściarzem sprawiało, że czuła, jakby zdradzała wszystko, co ważne.
Byli jeszcze Roland, Gilles i inni w Rieux, którzy wbili jej nóż w plecy. Wszyscy oni wierzyli, że babcia była szalona, i tak właśnie powiedzieli policji. Nie, że była najciężej pracującą farmerką w całej prowincji. Nie, że piekła najlepsze eklerki po tej stronie rzeki Garonne. Nie, że przez dwadzieścia osiem lat służyła krajowi jako pilot wojskowy i nadal nosiła medal za honorową służbę na ulubionym kuchennym fartuchu w kratkę.
Nie. Powiedzieli policji, że była szalona.
A teraz policja przestała jej szukać.
Ale nie na długo. Jej babcia gdzieś tam była i Scarlet zamierzała ją znaleźć, nawet gdyby musiała wygrzebać brudy i zaszantażować każdego detektywa w Europie.
Słońce szybko zachodziło, rozciągając cień Scarlet na podjeździe. Tuż za żwirową ścieżką we wszystkich kierunkach ciągnęły się uprawy kukurydzy i liściastych buraków cukrowych, a na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Widok na zachód zasłaniała kamienna chata z dwoma rozświetlonymi pomarańczowo oknami. Ich jedyny sąsiad w promieniu wielu mil.
Przez ponad połowę życia ta farma była dla Scarlet rajem. Bardzo ją kochała, chociaż nigdy nie sądziła, że można w ten sposób zakochać się w ziemi i niebie. Wiedziała, że jej babcia czuła to samo. Nie lubiła o tym myśleć, ale miała świadomość, że pewnego dnia odziedziczy farmę i czasami fantazjowała o zestarzeniu się w tym miejscu. Szczęśliwa i usatysfakcjonowana, ze śladami brudu pod paznokciami i starym domem, w którym zawsze było coś do naprawienia.
Szczęśliwa i usatysfakcjonowana - tak jak jej babcia.
Dlatego Scarlet doskonale wiedziała, że babcia nie mogła tak po prostu odejść.
Zaniosła skrzynki do stodoły i ustawiła w kącie, jedna na drugiej, żeby androidy mogły je jutro ponownie napełnić, a potem złapała kubeł z paszą dla kur. Karmiła je, idąc i rozrzucając przed sobą garści kuchennych resztek, podczas gdy kury kręciły się wokół jej kostek.
Zatrzymała się, gdy tylko wyszła zza rogu hangaru.
Na drugim piętrze domu paliło się światło.
W sypialni babci.
Kubeł wysunął jej się z rąk. Kury zagdakały i odbiegły, ale zaraz ponownie skupiły się przy rozsypanej paszy.
Przeskoczyła nad nimi i pognała do domu, aż spod butów pryskał jej żwir. Czuła, jak serce próbuje wyskoczyć jej z piersi, a płuca płoną z wysiłku, gdy w końcu szarpnęła za klamkę tylnych drzwi. Wbiegła po schodach po dwa stopnie naraz - stare drewno skrzypiało pod jej ciężarem.
Drzwi do sypialni babci były otwarte. Scarlet zamarła tuż za nimi, dysząc ciężko i przytrzymując się framugi.
Pokój wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Wszystkie szuflady wysunięto z komody, ubrania i przybory leżały na podłodze. Koce z łóżka rzucono na kupę w jego nogach, materac był przekrzywiony, a ramki cyfrowe, wiszące kiedyś przy oknie, ściągnięto ze ściany, pozostawiając na niej ciemniejsze ślady w miejscach, które nie wypłowiały od promieni słonecznych.
Jakiś mężczyzna klęczał obok łóżka, przegrzebując skrzynię ze starymi uniformami wojskowymi babci. Gdy zobaczył Scarlet, zerwał się na nogi i prawie uderzył głową w nisko podwieszoną belkę sufitową.
Świat zawirował. Scarlet ledwie go poznała - nie widziała go od paru lat, ale zestarzał się tak, jakby minęły całe dekady. Zapuścił brodę, choć zwykle był gładko ogolony. Włosy po jednej stronie głowy miał zmierzwione, po drugiej zaś sterczały mu na sztorc. Był blady i wychudzony, jakby od tygodni nie zjadł porządnego posiłku.
- Tato?
Przycisnął do piersi białą kurtkę pilota.
- Co robisz? - Jeszcze raz rozejrzała się z mocno bijącym sercem po tym całym bałaganie. - Co ty tu robisz?
- Coś tu jest - powiedział ochrypłym, dawno nieużywanym głosem. - Ukryła coś. - Spojrzał w dół, na kurtkę, po czym rzucił ją na łóżko. Uklęknął i znowu zaczął grzebać w skrzynce. - Muszę to znaleźć.
- Co znaleźć? O czym ty mówisz?
- Nie ma jej - wyszeptał. - I już nie wróci. Nigdy się nie dowie, a ja... Muszę to znaleźć. Muszę wiedzieć dlaczego.
W powietrzu rozniósł się zapach koniaku i serce Scarlet stężało. Nie miała pojęcia, skąd wiedział o zniknięciu swojej matki, ale to, że tak łatwo i szybko przyjął, że nie ma już nadziei... To, że myślał, iż należy mu się chociaż jeden należący do niej przedmiot, i to po tym, jak zostawił je obie... Po tylu latach bez choćby jednego komu pojawia się tutaj pijany i zaczyna przekopywać rzeczy babci...
Nagle nabrała chęci zadzwonienia na policję, tyle że na nich też była wściekła.
- Wynoś się! Wynoś się z naszego domu!
Zupełnie nieprzejęty, zaczął wrzucać kłąb rzeczy z powrotem do skrzyni.
Scarlet z palącą twarzą obeszła łóżko i złapała go za ramię, próbując szarpnięciem zmusić go do wstania.
- Przestań!
Zasyczał i upadł na starą drewnianą podłogę. Odczołgał się od niej niczym od wściekłego psa, trzymając się za ramię. Oczy błyszczały mu czystym szaleństwem.
Scarlet cofnęła się zaskoczona, po czym oparła zaciśnięte pięści na biodrach.
- Co ci się stało w ramię?
Nie odpowiedział, tylko nadal przyciskał je do piersi. Scarlet zacisnęła zęby i ruszyła w jego stronę, po czym złapała go za nadgarstek. Zawył i próbował się wyrwać, ale trzymała mocno i podciągnęła mu rękaw nad łokieć. Wciągnęła gwałtownie powietrze i puściła jego rękę, ale ramię zostało w powietrzu, jakby ojciec zapomniał je cofnąć.
Skórę pokrywały oparzenia. Każde z nich było idealnie okrągłe i w równym odstępie od kolejnego, rząd za rzędem, wokół przedramienia, od nadgarstka do łokcia. Niektóre ślady pokryte były błyszczącą, pomarszczoną, bliznowatą tkanką, inne poczerniały i pokryły się pęcherzami. Na samym nadgarstku miał strup, dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś wszczepiono mu czip.
Przewróciło jej się w żołądku.
Ojciec oparł się o ścianę i ukrył twarz w materacu, jakby chciał uciec od córki i oparzeń.
- Kto ci to zrobił?
Opuścił rękę i przycisnął ją do brzucha. Uparcie milczał. Scarlet odepchnęła się od ściany i pobiegła do łazienki w korytarzu. Po chwili wróciła z tubką maści i bandażem. Ojciec nawet się nie poruszył.
- Zmusili mnie - wyszeptał nieco mniej histerycznie.
Scarlet odciągnęła jego ramię od brzucha i mimo trzęsących się rąk próbowała jak najdelikatniej opatrzyć ranę.
- Kto i do czego cię zmusił?
- Nie mogłem uciec - mówił dalej, jakby jej nie usłyszał. - Zadawali tak wiele pytań, a ja nie wiedziałem... Nie wiedziałem, czego chcieli. Próbowałem im odpowiedzieć, ale nie wiedziałem...
Scarlet spojrzała ponad bandażem, jak ojciec pochyla głowę w jej stronę i wpatruje się tępo w kłębowisko koców. W jego oczach pojawiły się łzy. Jej ojciec... płakał. To zszokowało ją chyba bardziej niż jego oparzenia. Poczuła ucisk w piersi i zamarła w połowie bandażowania jego przedramienia. Uświadomiła sobie, że wcale nie zna tego smutnego, złamanego mężczyzny. To była zaledwie skorupa pozostała po jej charyzmatycznym, samolubnym i bezwartościowym ojcu.
Tam, gdzie wcześniej rozpalały ją wściekłość i nienawiść, teraz zostało tylko bolesne uczucie litości.
Co mogło spowodować coś takiego?
- Dali mi pogrzebacz - mówił dalej, wpatrując się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem.
- Dali ci...? Dlaczego...?
- I zaprowadzili mnie do niej. I uświadomiłem sobie, że to ona miała odpowiedzi. Że to ona miała informacje. Chcieli czegoś od niej. Ale ona tylko patrzyła... Tylko patrzyła, jak to robię, i płakała... Zadawali jej te same pytania, a ona nadal nie odpowiadała. Nie chciała odpowiadać. - Głos mu się załamał, a twarz wykrzywił grymas gniewu. - Pozwoliła, żeby mi to zrobili.
Próbując przełknąć ślinę, Scarlet skończyła bandażowanie i oparła się o materac, bo zaczęły jej drżeć nogi.
- Grandm?re? Widziałeś ją?
Z powrotem skupił na niej uwagę. Znów wydawał się szalony.
- Trzymali mnie przez tydzień i dopiero teraz wypuścili. Widzieli, że jej nie obchodzę. Nie zdradziłaby im niczego dla mnie.
Bez ostrzeżenia rzucił się naprzód i na kolanach dopadł do Scarlet, łapiąc ją za ręce. Próbowała się odsunąć, ale mocno ją trzymał, wbijając jej paznokcie w skórę.
- Co to jest, Scarlet? Co jest takie ważne? Ważniejsze od jej własnego syna?
- Tato, musisz się uspokoić. Musisz mi powiedzieć, gdzie ona jest. - Próbowała zebrać myśli. - Gdzie ona jest? Kto ją porwał? Dlaczego?
Ojciec wpatrywał się w nią błyszczącymi, spanikowanymi oczami. Powoli potrząsnął głową i z powrotem utkwił wzrok w podłodze.
- Ona coś ukrywa - wymamrotał. - Chcę wiedzieć co. Co ona ukrywa, Scar? Gdzie to jest?
Odwrócił się, żeby przejrzeć szufladę pełną bawełnianych koszul, którą wyraźnie zdążył już wcześniej przetrząsnąć. Spocił się, włosy przy uszach miał wilgotne.
Scarlet przytrzymała się ramy łóżka i dźwignęła na materac.
- Tato, proszę. - Próbowała brzmieć uspokajająco, ale serce waliło jej tak mocno, że aż bolało. - Gdzie ona jest?
- Nie wiem. - Wbił paznokcie w szparę pomiędzy listwą a ścianą. - Byłem w barze w Paryżu. Musieli wrzucić mi coś do drinka, bo obudziłem się w ciemnym pokoju. Pachniał wilgocią i stęchlizną. - Pociągnął nosem. - Kiedy mnie wypuszczali, też mi coś dali. W jednej chwili byłem w ciemnym pokoju, a potem znalazłem się tutaj. Obudziłem się na polu kukurydzy.
Scarlet poczuła dreszcz i przesunęła palcami po włosach, aż zaplątały się w loki. Przywieźli go tutaj, do tego samego miejsca, z którego porwali babcię. Dlaczego? Czy ci ludzie wiedzieli, że Scarlet była jego jedyną rodziną, i myśleli, że najlepiej się nim zajmie?
To nie miało najmniejszego sensu. Wyraźnie nie martwili się o zdrowie jej ojca. Więc o co chodziło? Czy zostawienie go tutaj było wiadomością dla niej? Groźbą?
- Musisz coś pamiętać - powiedziała z desperacją w głosie. - Coś dotyczącego tego pokoju? Może ktoś coś powiedział? Przyjrzałeś im się? Mógłbyś opisać któregoś z nich profilerowi? Cokolwiek?
- Dali mi coś - powiedział szybko, ale potem zmarszczył brwi, jakby próbował myśleć. Poruszył dłonią, jakby chciał dotknąć swoich oparzeń, jednak ostatecznie opuścił ją na kolana. - Nie pozwolili, żebym ich zobaczył.
Scarlet ledwie powstrzymywała się od potrząśnięcia nim i wykrzyczenia, że musi się bardziej postarać.
- Zawiązali ci oczy?
- Nie. - Zmrużył powieki. - Bałem się spojrzeć.
Czuła narastającą frustrację i łzy napływające do oczu. Odchyliła głowę do tyłu, oddychając łapczywie, ale spokojnie. Jej najgorsze obawy - te kłębiące się, okropne podejrzenia - były prawdą.
Jej babcia została porwana. Na dodatek porwana przez okrutnych, brutalnych ludzi. Czy krzywdzili ją tak, jak jej syna? Co jej zrobią? Czego chcieli?
Okupu?
Ale dlaczego nie zażądali jeszcze niczego od Scarlet? Dlaczego zabrali też jej ojca, a potem go wypuścili? To nie miało sensu.
Z narastającym przerażeniem wyobraziła sobie wszystkie możliwe koszmary. Tortury, oparzenia, ciemne pokoje...
- Co miałeś na myśli, mówiąc, że cię zmusili? Do czego cię zmusili?
- Do poparzenia się - wyszeptał. - Dali mi pogrzebacz.
- Ale jak...
- Tyle pytań... Nie wiem. Nigdy nie poznałem mojego ojca. Ona o nim nie mówiła. Nie wiem, co robiła w tym swoim wielkim, starym domu. Ani co stało się na Lunie. Nie wiem, co ukrywa... Ale coś ukrywa. - Pociągnął słabo za koce na łóżku, bez przekonania zaglądając pod prześcieradło.
- Mówisz bez sensu - powiedziała Scarlet łamiącym się głosem. - Musisz się bardziej skupić. Musisz pamiętać cokolwiek.
Nastała długa cisza. Na zewnątrz słychać było gdaczące kury, grzebiące pazurami w żwirze.
- Tatuaż.
Zmarszczyła brwi.
- Co?
Dotknął palcem skóry obok jednego z oparzeń, po wewnętrznej stronie przedramienia, tuż pod łokciem.
- Ten, który dał mi pogrzebacz, miał tatuaż. Tutaj. Litery i cyfry.
Migoczące światełka rozbłysły w jej polu widzenia i Scarlet złapała za skłębioną kołdrę, przez chwilę czując, że zaraz zemdleje.
Litery i cyfry.
- Jesteś pewny?
- L... S... - Potrząsnął głową. - Nie pamiętam. Było więcej.
Zaschło jej w ustach, kiedy nienawiść pokonała mdłości.
Znała ten tatuaż.
Udawał, że jest miły. Udawał, że chce tylko uczciwej pracy. I to kiedy? Parę dni, może godzin po tym, jak torturował jej ojca. I więził jej babcię.
A ona prawie mu zaufała. Pomidory, marchew... Myślała, że mu pomaga. Na gwiazdy, flirtowała z nim! A on cały ten czas wiedział. Przypomniała sobie te chwile dziwnego rozbawienia, błysk w jego oczach... i skręciło ją w żołądku. Śmiał się z niej.
Dzwoniło jej w uszach, kiedy spojrzała w dół na swojego ojca. Właśnie wywracał na lewą stronę kieszenie spodni, które prawdopodobnie nie pasowały na babcię już od dobrych dwudziestu lat.
Wstała. Krew zaszumiała jej w głowie, ale to zignorowała. Pomaszerowała w kąt pokoju i podniosła z podłogi ekraport babci. Zapewne ojciec go tam porzucił.
- Masz - powiedziała, kładąc ekraport na łóżku. - Jadę na farmę Morelów. Jeśli nie wrócę za trzy godziny, skontaktuj się z policją.
Ojciec w oszołomieniu sięgnął po urządzenie.
- Myślałem, że Morelowie nie żyją.
- Słuchasz mnie? Chcę, żebyś zamknął wszystkie drzwi i nie wychodził. Trzy godziny i skontaktuj się z policją. Rozumiesz?
Jego twarz znowu wyglądała jak u przerażonego dziecka.
- Nie jedź tam, Scar. Nie rozumiesz? Użyli mnie jako przynęty na nią, a ty będziesz następna. Po ciebie też przyjdą.
Scarlet zacisnęła zęby i zapięła bluzę do samego końca, aż do brody.
- Mam zamiar znaleźć ich pierwsza.
CARSWELL THORNE
ID #0082688359
DATA URODZENIA: 22 MAJ 106 T.E., REPUBLIKA AMERYKI
437 WYNIKÓW W MEDIACH, ODWRÓCONA CHRONOLOGIA
OPUBLIKOWANO 12 STY 126 T.E.:
BYŁY KADET SŁUŻB POWIETRZNYCH RA, CARSWELL THORNE, UZNANY ZA WINNEGO I SKAZANY NA SZEŚĆ LAT WIĘZIENIA W PRZYSPIESZONYM, DWUTYGODNIOWYM PROCESIE...
Przed oczami Cinder przesunął się zielony tekst wymieniający zbrodnie Carswella Thorne'a, który miał bardzo bogate życie przestępcze, mimo że dopiero kilka miesięcy temu skończył dwadzieścia lat. Jedna dezercja wojskowa, dwa przypadki międzynarodowej kradzieży, jedno usiłowanie kradzieży, sześciokrotny obrót kradzionym towarem i jedna kradzież własności rządowej.
Ten ostatni punkt nieszczególnie oddawał wagę zbrodni. Thorne ukradł statek kosmiczny wojsku Republiki Amerykańskiej.
Ten statek, z którego był taki dumny.
Mimo że właśnie odsiadywał sześcioletni wyrok we Wschodniej Wspólnocie za próbę kradzieży nefrytowego naszyjnika z drugiej ery, był także poszukiwany w Australii i oczywiście w rodzimej Ameryce, co oznacza, że niewątpliwie w obu tych krajach zostanie osądzony i poddany karze za wykroczenia, których tam dokonał.
Cinder oparła się o mechaniczny panel, żałując, że sprawdziła. Już sama ucieczka z więzienia była wystarczająco zła, ale pomoc w ucieczce temu przestępcy - prawdziwemu przestępcy - i to jeszcze kradzionym statkiem?
Z trudem przełknęła ślinę i ponownie zajrzała w szparę, którą zrobiła między pomieszczeniem technicznym a celą. Carswell Thorne nadal siedział na swojej leżance z łokciami opartymi o kolana, kręcąc młynka kciukami.
Cinder wytarła spoconą dłoń o kombinezon. Tu nie chodziło o Carswella Thorne'a. Chodziło o królową Levanę, cesarza Kaia i księżniczkę Selene. Niewinne dziecko, które Levana próbowała zamordować trzynaście lat temu, ale które uratowano i przeszmuglowano na Ziemię. Dziecko, które pozostawało najbardziej poszukiwaną osobą na świecie. Dziecko, którym przypadkiem była właśnie Cinder.
Wiedziała o tym od niespełna dwudziestu czterech godzin. Doktor Erland znał prawdę od tygodni, ale zdecydował się poinformować ją, że sprawdził jej DNA i potwierdził jej pochodzenie, dopiero po tym, jak królowa Levana rozpoznała ją na dorocznym balu i zagroziła zaatakowaniem Ziemi, jeśli Cinder nie zostanie wtrącona do więzienia jako nielegalna lunarska imigrantka.
Wobec tego doktor Erland przekradł się do jej więziennej celi, dał jej nową stopę (bo swoją zgubiła na pałacowych schodach), najnowszą cyborgiczną dłoń z niesamowitymi gadżetami, do której nadal się przyzwyczajała, i zafundował jej największy szok w życiu. A potem powiedział, żeby uciekła i spotkała się z nim w Afryce, jakby to miało być niewiele trudniejsze od instalacji nowego procesora w Gardzie 3.9.
To polecenie, jednocześnie tak proste i tak niemożliwe, pozwoliło jej skupić się na czymś innym niż nowo odkryta tożsamość. I dobrze, bo kiedy o tym myślała, całe jej ciało się zacinało i stawało się bezużyteczne, a to nie był dobry moment na niezdecydowanie. Nieważne, co zrobi, kiedy już się wydostanie. Była pewna tylko jednego: nieucieknięcie oznaczało pewną śmierć, kiedy królowa Levana przyjdzie ją zabrać.
Znowu spojrzała na swojego współwięźnia. Gdyby miała gdzieś niedaleko miejsce, do którego mogłaby się udać i gdzie zastanie działający statek, to mogłoby to stanowić klucz do jej ucieczki.
Mężczyzna nadal kręcił młynka kciukami, wypełniając jej polecenie - zostaw mnie w spokoju. Wypowiedziane słowa paliły ją w usta, krew zdawała się kipieć, a skóra piekła. To wrażenie było skutkiem ubocznym nowej zdolności typowej dla Lunarów - mocy odblokowanej przez doktora Erlanda dzięki dezaktywacji wszczepionego w jej kręgosłup urządzenia, które przez tyle lat powstrzymywało ją przed korzystaniem z daru. To wszystko nadal wydawało jej się magią, ale tak naprawdę było genetycznie uwarunkowaną cechą, z którą rodzili się Lunarowie, a która pozwalała kontrolować i manipulować bioelektryką innych żywych istot. Lunarowie potrafili sprawić, że ludzie widzieli rzeczy, których nie było, i doświadczali fałszywych emocji. Potrafili zrobić ludziom pranie mózgu i skłonić do zrobienia czegoś, czego normalnie by nie zrobili. Bez dyskusji. Bez żadnego oporu.
Cinder nadal uczyła się, jak używać tego "daru", i nie była pewna, w jaki sposób kontrolowała Carswella Thorne'a, tak samo jak nie rozumiała do końca, w jaki sposób zdołała przekonać jednego z więziennych strażników, by przeniósł ją do lepiej umiejscowionej celi. Wiedziała tylko, że akurat tego współwięźnia chciała udusić, by wreszcie przestał gadać, a wtedy jej lunarski dar, pobudzony stresem i nerwami, wezbrał u podstawy czaszki. Na chwilę straciła nad nim kontrolę i w tym samym momencie Thorne zrobił dokładnie to, czego sobie życzyła.
Przestał mówić i zostawił ją w spokoju.
Natychmiast dopadły ją wyrzuty sumienia. Nie wiedziała, jaki wpływ na człowieka miała cała ta manipulacja umysłem. Poza tym nie chciała być jedną z tych Lunarek, które wykorzystują swoje moce tylko dlatego, że mogą. W ogóle nie chciała być Lunarką.
Sapnęła, zdmuchując z twarzy kosmyk włosów, i zanurkowała w otwór powstały po odmontowaniu ze ściany toalety.
Zatrzymała się przed Thorne'em i wzięła się pod boki, na co mężczyzna spojrzał w górę. Nadal był oszołomiony i - choć Cinder nie chciała tego przyznać - całkiem atrakcyjny. Oczywiście jeśli lubiło się takich o szerokiej szczęce, jasnoniebieskich oczach i diabolicznych dołeczkach. Chociaż nie da się ukryć, że zdecydowanie potrzebował strzyżenia i golenia.
Wzięła uspokajający oddech.
- Zmusiłam cię do zrobienia tego, co chciałam. Nie powinnam była. To było nadużycie mocy i bardzo za to przepraszam.
Zamrugał, zerkając w stronę jej metalowej dłoni i śrubokręta sterczącego ze stawu jednego z palców.
- Jesteś tą samą dziewczyną, która była tu przed chwilą? - zapytał zaskakująco wyraźnym głosem, nawet mimo ciężkiego amerykańskiego akcentu. Z jakiegoś powodu oczekiwała, że po manipulacji umysłu będzie niewyraźnie mamrotał.
- Oczywiście, że tak.
- Och. - Zmarszczył brwi. - Wydawałaś się dużo ładniejsza.
Cinder zjeżyła się i rozważyła wycofanie przeprosin, ale zamiast tego skrzyżowała tylko ręce na piersi.
- Kadet Thorne, zgadza się?
- Kapitan Thorne.
- Z twoich danych wynika, że kiedy zdezerterowałeś, byłeś kadetem.
Ponownie zmarszczył brwi, nadal zdezorientowany, potem rozpromienił się i wskazał ją palcem.
- Ekraport w głowie?
Przygryzła wnętrze policzka.
- Technicznie może i byłem kadetem - powiedział. - Ale teraz jestem kapitanem. Lepiej brzmi. Dziewczyny wydają się bardziej oczarowane.
Zupełnie nieoczarowana Cinder wskazała przejście do pomieszczenia po drugiej stronie ściany.
- Zdecydowałam, że możesz pójść ze mną, jeśli zaprowadzisz mnie do swojego statku. Po prostu... staraj się za dużo nie gadać.
Zeskoczył z pryczy, jeszcze zanim skończyła mówić.
- Przekonał cię mój nieodparty urok, prawda?
Westchnęła i przeszła przez otwór, ostrożnie przekraczając odłączone rury.
- Ten twój statek. To jest ten ukradziony, prawda? Amerykańskiemu wojsku?
- Nie lubię myśleć o nim jako o "ukradzionym". Nie mają dowodów, że nie planowałem go zwrócić.
- Żartujesz, prawda?
Wzruszył ramionami.
- Ty też nie masz dowodów.
Zmrużyła oczy, patrząc na niego.
- A planowałeś go zwrócić?
- Może.
Pomarańczowe światełko zamrugało na obrzeżu pola widzenia Cinder - jej oprogramowanie cyborga rozpoznało kłamstwo.
- Tak myślałam - wymamrotała. - Czy ten statek da się namierzyć?
- Oczywiście, że nie. Już dawno usunąłem cały sprzęt lokalizujący.
- Dobrze. A to mi przypomniało... - Uniosła rękę, schowała śrubokręt i po dwóch próbach udało jej się otworzyć sztylet. - ...że musimy usunąć twój czip.
Zrobił pół kroku do tyłu.
- Nie mów, że jesteś taki wrażliwy.
- Oczywiście, że nie - powiedział z nerwowym śmiechem, podwijając lewy rękaw. - Po prostu... Czy to jest sterylne?
Cinder posłała mu gniewne spojrzenie.
- To znaczy... Jestem pewny, że przestrzegasz higieny, po prostu... - Zamilkł, zawahał się, po czym wyciągnął rękę w jej stronę. - Nieważne. Po prostu nie przebij niczego ważnego.
Cinder złapała go za przedramię i przycisnęła ostrze do jego nadgarstka tak ostrożnie i delikatnie, jak tylko mogła. Była tam już słabo widoczna blizna, pewnie po tym, jak sam usuwał stamtąd inny czip, kiedy po raz pierwszy uciekał przed prawem.
Jego palce zadrżały przy nacisku, ale poza tym był nieruchomy jak głaz. Wyjęła zakrwawiony czip i rzuciła go w plątaninę kabli na podłodze, po czym odcięła pasek materiału z jego rękawa, żeby mógł obwiązać sobie ranę.
- Coś czuję, że to ważny moment dla naszej znajomości.
Cinder wykrzywiła się drwiąco. Odwróciła się i wskazała na kratę pod sufitem. Otaczały ją pozwiązywane kable, które wychodziły z jednego panelu i znikały w dziesiątkach otworów wzdłuż ścian.
- Możesz mnie tam podsadzić?
- Co to jest? - zapytał Thorne, od razu łącząc palce.
- Wentylacja.
Cinder stanęła na jego dłoniach i zignorowała stęknięcie, kiedy ją podnosił. Spodziewała się tego, wiedząc, że przez metalową nogę jest cięższa, niż się wydaje.
Kiedy ją podniósł, w ciągu kilku sekund zdemontowała kratę. Cicho odłożyła ją na wierzch podsufitowych rur kanalizacyjnych, po czym bez wahania podciągnęła się do środka.
W oczekiwaniu na wspinającego się za nią Thorne'a wywołała plany wewnętrznej struktury więzienia, żeby sprawdzić kierunek. Włączyła wbudowaną latarkę i zaczęła się czołgać.
Było gorąco i niewygodnie, a jej lewa noga co kilka cali tarła o aluminium. Cinder dwa razy zatrzymała się i nasłuchiwała, bo wydawało jej się, że słyszy kroki gdzieś pod sobą. Czy kiedy ich ucieczka zostanie odkryta, rozbrzmi alarm? Była zaskoczona, że jeszcze żadnego nie słyszy. Trzydzieści dwie minuty. Opuściła swoją celę trzydzieści dwie minuty temu.
Pot kapiący z nosa i szybkie bicie serca sprawiały, że czas wlókł się niemiłosiernie, jakby w jej głowie zaciął się zegar. Wciąż miała wątpliwości co do obecności Thorne'a. Ucieczka w pojedynkę była wystarczająco trudna - w jaki sposób miała uwolnić również jego?
Przez głowę przemknęła jej zaskakująca, klarowna odpowiedź.
Mogłaby zrobić mu pranie mózgu.
Mogłaby go przekonać, że chce jej powiedzieć, gdzie ukrył statek i w jaki sposób się do niego dostać, a potem sprawić, że zdecyduje się jednak z nią nie iść. Mogła odesłać go z powrotem do celi. Musiałby jej posłuchać.
- Wszystko w porządku?
Cinder wypuściła wstrzymywane powietrze.
Nie. Nie wykorzysta ani jego, ani nikogo innego. Wcześniej radziła sobie całkiem dobrze bez żadnego lunarskiego daru, więc teraz też sobie bez niego poradzi.
- Przepraszam - wymamrotała. - Sprawdzam tylko plany. Już prawie jesteśmy.
- Plany?
Zignorowała go. Kilka minut później skręciła za róg i zobaczyła kwadrat świetlnej szachownicy na suficie szybu. Poczuła ulgę, a nawet nadzieję, kiedy wyciągnęła głowę nad kratą i spojrzała w dół.
Pod sobą zobaczyła beton i małą kałużę nieruchomej wody, a nie dalej niż sześć kroków od nich kolejną kratę, tym razem większą i okrągłą.
Kanał burzowy. Dokładnie tam, gdzie widniał na planach. Musieli skoczyć z wysokości pierwszego piętra, ale jeśli dokonają tego bez połamania nóg, to reszta nie powinna sprawić problemu.
- Gdzie jesteśmy? - wyszeptał Thorne.
- Podziemne nabrzeże. Przywożą tędy jedzenie i zapasy. - Najzgrabniej jak mogła, przedostała się nad kratą i odwróciła, żeby oboje z Thorne'em mogli równocześnie przez nią zaglądać.
- Musimy dostać się na dół, do tego kanału burzowego.
Thorne zmarszczył brwi i wskazał coś palcem.
- Czy to tam, to nie jest przypadkiem rampa wjazdowa?
Przytaknęła bez patrzenia.
- To czemu nie próbujemy dostać się tam?
Zerknęła na niego. Krata rzucała na jego twarz osobliwe cienie.
- I po prostu przespacerujemy się do twojego statku? W oślepiająco białych więziennych kombinezonach?
Jeszcze raz zmarszczył brwi, ale jeśli coś odpowiedział, to zagłuszyły go inne głosy. Oboje się schowali.
- Nie widziałam, jak z nią tańczył, ale moja siostra tak - powiedziała jakaś kobieta. Jej słowom towarzyszyły kroki, a potem dźwięk drzwi przesuwanych na wyrobionych szynach. - Jej suknia była przemoczona i pognieciona jak worek na śmieci.
- Ale dlaczego cesarz miałby zatańczyć z cyborgiem? - zapytał mężczyzna. - Który potem zaatakował lunarską królową... Nie ma szans. Twojej siostrze coś się przywidziało. Założę się, że ta wariatka po prostu weszła tam prosto z ulicy. Pewnie czuła się rozgoryczona jakąś niesprawiedliwością, która spotkała cyborgi.
Rozmowę przerwało dudnienie statku dostawczego. Cinder odważyła się ponownie spojrzeć przez kratę i zobaczyła, jak statek przejeżdża pod nimi, cofając do wbudowanego stanowiska załadunkowego i zatrzymując dokładnie pomiędzy Cinder i Thorne'em a kanałem burzowym.
- Dzień dobry, Ryu-j?n - odezwał się mężczyzna, kiedy pilot wyszedł ze statku. Resztę ich powitania zagłuszył syk hydrauliki ustawianej platformy.
Korzystając z hałasu, Cinder użyła śrubokręta do pozbycia się kraty. Kiedy skinęła Thorne'owi głową, ten ostrożnie ją uniósł.
Pot spływał Cinder po szyi, a serce waliło tak mocno, że czuła, jakby miało posiniaczyć jej klatkę piersiową od środka.
Opuściła głowę i rozejrzała się po doku, szukając jakichkolwiek innych śladów życia. Nie dalej jak na odległość ramienia dostrzegła na betonowym suficie obracającą się kamerę.
Szarpnęła się do tyłu, czując dudnienie w uszach. Na szczęście kamera była odwrócona w drugą stronę, ale nie było możliwości, by oboje zeszli na dół niezauważeni. Musieli jeszcze poradzić sobie z trzema robotnikami rozładowującymi dostawę, do tego każda chwila zbliżała ich do momentu, w którym strażnik odkryje, że ich cele są puste.
Zamknęła oczy, wyobrażając sobie umiejscowienie kamery, po czym wyciągnęła rękę. Przesunęła dłonią płasko po suficie - kamera znajdowała się dalej, niż wywnioskowała po krótkim zerknięciu, ale wreszcie wyczuła ją pod palcami. Złapała za obiektyw i ścisnęła. W jej tytanowej pięści plastik zgniótł się łatwo niczym śliwka, wydając przy tym satysfakcjonujący dźwięk, który jednak wydał się ogłuszająco głośny.
Zaczęła nasłuchiwać i z ulgą odkryła, że dźwięki szurania i rozmowy pod nimi przebiegały bez zmian.
Kończył im się czas. Mieli nie więcej niż minutę, zanim ktoś zauważy, że kamera przestała działać.
Podniosła głowę i skinęła na Thorne'a, po czym przesunęła się w stronę otworu.
Opadła na dach statku dostawczego, który brzęknął i zatrząsł się pod nią. Thorne podążył za nią i wylądował ze stłumionym stęknięciem.
Rozmowa ucichła.
Cinder odwróciła się, gdy trzy postaci wyłoniły się ze stanowiska załadunkowego z twarzami wykrzywionymi oszołomieniem.
Dostrzegli ją i Thorne'a stojących na szczycie statku i zamarli. Cinder widziała, jak patrzą na ich białe uniformy. I na jej cyborgiczną dłoń.
Jeden z mężczyzn sięgnął do ekraportu przy pasku. Zaciskając szczękę, Cinder wyciągnęła w jego stronę rękę, myśląc tylko o tym, że on nie jest w stanie dosięgnąć ekraportu i wszcząć alarmu. Że jego ręka nieruchomieje w powietrzu zaledwie centymetry od paska.
Zgodnie z jej wolą ręka mężczyzny zwolniła i zawisła nieruchomo.
Jego oczy wypełniło przerażenie.
- Nie ruszaj się - powiedziała Cinder głosem ochrypłym od poczucia winy.
Wiedziała, że jest równie spanikowana, jak trójka ludzi stojąca przed nią, a mimo to strachu na ich twarzach nie dało się z niczym pomylić.
Palące uczucie powróciło, rozpoczynając się u szczytu karku i rozlewając po kręgosłupie, ramionach i biodrach, kłując w miejscach, gdzie ciało stykało się z protezami. Nie było to bolesne ani nagłe jak wtedy, gdy doktor Erland po raz pierwszy odblokował jej lunarski dar. Było niemalże uspokajające... prawie przyjemne.
Wyczuwała troje ludzi na platformie i nadchodzącą od nich falami bioelektrykę, iskrzącą w powietrzu i gotową, by Cinder przejęła nad nią kontrolę.
Odwróćcie się.
Trójka robotników jednocześnie się odwróciła. Ciała mieli sztywne i niezgrabne.
Zamknijcie oczy. Zasłońcie uszy. Zawahała się, po czym dodała: Nućcie.
Cichy dok dostawczy natychmiast wypełniło buczenie trzech nucących osób. Miała nadzieję, że to wystarczy, by nie usłyszeli otwierania kraty w betonowej podłodze. Jej jedyną nadzieją było, że założą, iż ona i Thorne wyszli normalnie przez wyjście z doku albo przekradli się na pokład statku dostawczego.
Kiedy Cinder odwróciła się w stronę Thorne'a, ten obserwował scenę z opadniętą szczęką.
- Co oni robią?
- Słuchają - odpowiedziała ciężko. Nienawidziła się za wydanie tych poleceń. Nienawidziła wypełniającego jej uszy nucenia. Nienawidziła tego daru, który był zbyt nienaturalny, zbyt silny, zbyt niesprawiedliwy.
Ale nawet nie przeszło jej przez myśl uwolnienie ich spod swojej kontroli.
- Chodź - powiedziała, na poły zeskakując, na poły zsuwając się ze statku. Wczołgała się pod pojazd i znalazła kratę pomiędzy kołami podwozia. Trzęsły jej się ręce, ale zdołała przekręcić kratę o ćwierć obrotu i ją unieść.
W ciemności pod nią zamigotała powierzchnia stojącej wody.
Lot w dół nie był długi, ale zrobiło jej się niedobrze, gdy wylądowała bosymi stopami w oleistym płynie. Już po chwili Thorne stał obok niej i nasuwał kratę na otwór do kanału.
W ścianie, mniej więcej na wysokości bioder, znajdował się okrągły, betonowy tunel, z którego śmierdziało śmieciami i pleśnią. Marszcząc nos, Cinder przykucnęła i wczołgała się do środka.