Satyr - Jan Kochanowski

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Satyr

Tak jako mię widzicie, choć mam na łbie rogi, I twarz nie prawie cudną, i kosmate nogi: Przedsięm uszedł za Boga w one dawne czasy, A to mój dom był zawżdy, gdzie najgęstsze lasy. Aleście je tak długo tu w Polsce kopali, Zeście z nich ubogiego Satyra wygnali; Gdzie spójrzę, wszędy rąbią, albo buk do huty,

Albo sosnę na smołę, albo dąb na szkuty. I muszę ja podobno, przez ludzie łakome, Opuściwszy jaskinie i góry świadome, Szukać sobie na starość inszego mieszkania, Gdzieby w ludziach nie było takiego starania. O wy biedne pieniądze: wszak i drew po chwili Nie najdą, żeby sobie izbę upalili. Próżna to: niech mi wiarę jako kto chce łaje, Nie masz dziś w Polsce, jeno kupcy a rataje To największe misterstwo, kto do brzegu z woły, A do Gdańska wie drogę z żytem, a z popioły. Na Podolu go nie patrz, bo między Tatary Szabla więcej popłaca, niż leśne towary. Z czasem wszystko się mieni: pomnę ja przed laty, Że w Polsce żaden nie był w pieniądze bogaty, Kmieca to rzecz na on czas, patrzeć roli była, A szlachta się rycerskiem rzemiosłem bawiła. Nic to nie było siedm lat walczyć nie przestając, Mróz i gorąco cierpiąc, głodu przymierając. A to wszystko bogactwa, kto się sławy dobił. Lepiej się tem, niż złotym łańcuchem ozdobił. A jeśli ku pokoju kiedy myśl skłonili, Nie już swoich żołnierskich zabaw odstąpili. Ale jakoby jutro znowu wsiadać mieli, Zbroje nigdy a konia puścić się nie chcieli. A nadto przed się w polu zawżdy lud służebny Który koszt oni mieli za bardzo potrzebny. Bo to jakoby szkoła młodych ludzi była, Skąd mężów czystych potem wychodziła siła. Temci Polska urosła: a granice swoje Rozciągnęła szeroko między morza dwoje. Stąd prawa, stąd wolności, stąd Rzeczpospolitą Macie, moi Polacy na świat znakomitą. Lecz tego snadź nie wiecie, iż, jako dostają, Tymże równie sposobem Królestw postradają. Dalekoście się od swych przodków odstrzelili, A prawieście na nic Polskę wywrócili. Skowaliście ojcowskie granaty na pługi, A z drugiego już dawno w kuchni rożen długi. W przyłbicach kwoczki siedzą, albo owies mierzą, Kiedy obrok woźnice na noc koniom bierzą.

Kotczy to nadzieżny koń, a poczet zaś woły, Które stoją i w stajni, i w tyle stodoły. To już Rotmistrz, co fuka na chłopy u pługa, A jego przedniejsza broń toczona maczuga. Prawdę mówię, czyli nie? uznajcie to sami: Ale się tam ozywa jeden między wami, Mieniąc, iż gospodarstwo Polskę zbogaciło, A jako żywo złota więcej w niej nie było. Prawda, że złota wasi przodkowie nie mieli, A małobym tak nie rzekł, że go ani chcieli. Jednak za swojem męztwem wielkie Państwa brali, I bogatym Książętom prawa ustawiali. Mniemacie wy podobno, że to wam bajano, Kiedy w objazd Kijowa siedem mil powiadano? Albo iż na kościołach złote były dachy, A białym alabastrem budowane gmachy? Nie sądźcie tego miejsca z posady dzisiejszej Bo to ledwie cień został ozdoby przedniejszej: Co waszych przodków siła, i męztwo sprawiło, Że się to zacne miasto w niwecz obróciło. O Prusach wam nic nie chcę powiadać, bo sami Na każdy rok pływając do Gdańska z tratwami, Widzicie gęste miasta, i zamki budowne, Drogi, mosty porządne, i brzegi warowne: Czego trudno dokazać bez wielkich pieniędzy, Znać dobrze, że tam byli gospodarze tędzy. Kczemuż przyszło? Polacy Pruską ziemię wzięli, A oni się bogacze chudym nie odjęli. Ukażcież wy pieniężni coście tak znacznego Uczynili: nie chcę nic wspominać dawnego. W kilku lat Tatarowie pięćkroć was wybrali, Bracię waszą w niewolę Turkom zaprzedali. Despot w rzeczy despotów onych dawnych plemię, Na waszą wieczną hańbę dwakroć przeszedł ziemię. Moskiewski wziął Połocko i listy wywodzi, Że prawem przyrodzonem Halicz nań przychodzi. Aby chciał patrzeć prawa, trzymałbym ja z wami

Bo się on mało bawił Konstytucjami.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.