Saskie ostatki. August III - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

14.00 zł
12.04 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tom I.

 

Rok 1763 rozpoczął się straszliwym dział na zamku Nieświeżskim hukiem i grzmotem. Jedne po drugich dawały ognia, nabijane co się zmieściło, zażegnane wpośród okrzyków, oblewane kielichami wina, które przy nich spełniano tak nieoględnie, że kilku śmiałków armaty potrąciły i poobalały.

Nie mniejszą wrzawą witała rok Nowy Warszawa, w której Król August III rezydował jeszcze, ale mu się już uśmiechał powrót do ukochanego Drezna, o którym śnił i marzył.

Mało to zaprawdę obchodziło J. K. Mość, że wycieńczona siedmioletnią wojną Saksonja, litości i miłosierdzia woła, że w Polsce rwały się Sejmy, ładu nie było, samowola panowała i anarchja, że Brühl wszystko sprzedawał, co kto u niego chciał kupić, a stronnictwa w Koronie i na Litwie wojnę domową zapowiadać się zdały. Brühl z jednej strony, Czartoryscy z drugiej, - Fleming i Radziwiłłowie - zajeżdżali się, palili, sądzili po trybunałach na infamję, godzili i waśnili, a król tymczasem jak się wyśmienicie bawił, wszystkim wiadomo. Po niezliczonych miłośnicach, które starannie do kronik za Augusta II wciągano - również jak liczne potomstwo; syn, który wszystkie jego odziedziczył gusta i nawyknienia - wyrzekł się metress zupełnie.

Napróżno go usiłowano nakłonić, aby jako Ludwik XV po Ludwiku XIV, on też w poprzednika swego wstępując ślady, wybrał sobie jaką Cosel lub Lubomirską. Nadto był pobożnym, aby jawnogrzesznictwem się miał zwalać, potem zbyt miał zazdrosną żonę i rozumnego kierownika sumienia, który potrafił zapobiedz, aby namiętności za brzegi się nie wylewały. Mówiono coś po cichu, nic nie stało się głośnem.

Rozpływał się król nad cudnym głosem Faustyny, słuchał jej rozkazów, lecz... królowała tylko w teatrze... Zresztą miał August III czem zastąpić rozkosze zmysłowe, - niepotrzebując się ani kryć, ani wstydzić namiętności do łowów, upodobania w muzyce, nawyknienie do słuchania grubych i tłustych żartów nadwornych swych błaznów, trefnisiów i ulubieńców; miłośnictwa obrazów, czci dla Rafaela, miłości dla pokutującej Magdaleny, naostatek i rozkochania w tej fajce, z którą już August II, jeździł po lipskim jarmarku...

Wszystko złe, okropne, smutne, rozpaczliwe... spadało na ramiona ulubieńca Brühla; on dźwigał wszelkie ciężary, on połykał wszystkie gorycze, on miał odpowiadać przed potomnością. U drzwi J. K. M. stała straż, która gdy raz włożył szlafrok, nie puszczała nikogo, oprócz O. Guariniego, ministra Brühla, królowej i powołanej służby...

Nie przechodziły tego progu ani pisma, ani ludzie, ani jęki, westchnienia i pochlebstwa, ani śmiechy i paszkwile.

Przed oknami król miał plac tak strzeżony, jak drzwi - pokazywano mu na nim tylko to co chciał widzieć, zakrywano coby go zafrasować mogło.

Przed oknem tem wieczorami, gdy król polowania nie miał, albo powrócił niem nie syty, rzucano konie zdechłe, do których się przywlekały psy zgłodniałe... a król mógł do nich strzelać wygodnie.

Bawił się też oswojonym, ulubionym krukiem, a czasem i psami, ale od czasu jak się dowiedział, że Fryderyk pruski hodował charty... odpadła go ochota zajmowania się niemi.

Czas upływał tak wyśmienicie podzielony na nabożeństwo, odżywianie i napijanie, łowy, śmiechy, słuchanie Faustyny i przyjmowanie gości z Saksonii i Polski napływających, gdy Brühl im wnijść z sobą dozwalał, że król August nudzić się nie miał czasu.

A mimo to tęsknił!!

Wprawdzie lasy polskie i litewskie mogły mu zastąpić te, które rosły pod Hubertzburgiem, Moritzburgiem i w oddalonych Saksonii zakątach, żubry warte były jeleni, ale galerja obrazów, którą tak kochał, którą zebrał takim kosztem, stała zamknięta w Königsteinie i jedna z niej Magdalena towarzyszyła królowi na polskiem wygnaniu, ale nie miał tu takiego teatru jak w Dreźnie, na którym by tryumfy Aleksandra Wielkiego rozwijać się mogły, ani pysznej bażantarni z teatrem letnim w zieleni, ani swych śpiewaków, ani swego kościoła... ani swego Drezna.

Wielkie maskarady, karuzele, jarmarki, które tak swobodnie się obracały w saskiej stolicy, na Warszawskim gruncie obracać się nie umiały.

I ci kontuszowi poddani J. K. Mości, tak śmieli i krzykliwi nie byli mu tak ulubieni, jak jego spokojna szlachta Saska, która słuchała, nie rezonowała, nie upominała się o nic i dawała zastępować na najwyższych dostojeństwach przez włochów, francuzów, przybłędów ze świata całego.

Pomimo pilnej straży, którą Brühl sprawiał u królewskich podwoi - wciskały się zuchwałe memorjały hetmana Branickiego przeciwko ministrowi Brühlowi, skargi na jego chciwość, przekupstwa, zaskarżenia i potwarze.

Odrzucał je - wierny swojemu ministrowi król - z oburzeniem, darł je i deptał, ale psuły mu one humor, stanowiły choć krótko trwającą, lecz dysharmonijną nutę.

Nadzieja więc powrotu do Drezna po kilkoletniem z niego wygnaniu, uśmiechała się mu bardzo... ale Brühl, wielce rozumnie nie chciał go tam puścić, dopókiby okrutne ślady zniszczenia, jakie mściwa ręka Fryderyka zostawiła po sobie, wymiecione nie zostały.

A nie było to łatwem. Saksonja wychodziła z pod jarzma obcego jak męczennica, którą puszczono po torturach okrwawioną, wynędzniałą, bezsilną. Ślady pruskich rąk niezgluzowane wypiętnowały się na zamku, w mieście, a najstraszliwiej wypiekły na Brühlowskim pałacu i ogrodach. Tu stało wszystko w ruinach. Królewski przepych pierwszego ministra, leżał w gruzach, zasypany śmieciem.

Ledwie się z niego to dało ocalić, co się trwałością swą plądrującym oparło żołdakom.

Drezno miało czas zapomnieć, że niegdyś było najrozkoszniejszem, najweselszem, najożywieńszem miastem w Europie, że miało karnawały podobne do Weneckich, dwór przypominający Wersalski, króla, który chadzał cały w brylantach...

August III powracając nie powinien był zastać tego, co przed nim tajono. Przez cały ciąg wojny, król wiedział tylko o powodzeniach, nie słyszał o klęskach, nie wierzył w nie. Gdy niespokojny czasem zapytał Brühla znienacka.

- Mamyż pieniądze.

Minister z oburzeniem odpychał posądzenie samo, iżby ich mogło zabraknąć. I mógł na to zapytanie "mamy" nie kłamiąc zaręczyć, że je mieli, bo jego skarbca nawet wojna siedmioletnia wyczerpnąć nie mogła. Brühl miał pieniądze. Opłacano mu, każdy urząd koronny i litewski, każdy przywilej, który król podpisał, każdą łaskę, każde żądanie spełnione. Brał pieniądze od przyjaciół i od swych wrogów, którzy równie jak pierwsi opłacać mu się byli zmuszeni.

Niekiedy tylko kamerdyner królewski naśladując Brühla, rano nim nadszedł minister podsunął coś N. Panu do podpisu - i August III, paląc fajkę, z uśmiechem dziecka, które figiel płata, zamaszysto kładł na nim swe imię - grożąc na nosie...

Składano na faworyta kruka, że on te arkusze przekradał.

Brühl tak jak się osiedlił w Saksonii, umiał zakorzenić się w Polsce, wywieść od Brühlów z Ocieszyna, i syna uczynić polakiem, starostą i generałem wojsk Rzeczypospolitej.

Nigdy cynizm nie rozpościerał się zuchwalej na wysokiem i na widok całego świata wystawionem stanowisku.

W przededniu gdy się wygnanie polskie skończyć miało, gdy się król i minister powinni byli cieszyć z tego co uratowali, gdy bić potrzeba było we dzwony i Te Deum śpiewać - niestety! - jakieś przeczucia czarne opanowały wszystkich.

Brühl chodził zżółkły, posępny i struty. Dławili go Czartoryscy... August III, dusiło wspomnienie Pruskiego bohatera Fryderyka - w Polsce, gdy się pozbyciem Sasów radować chciano - jakieś przewidywania klęsk i zawikłań chmurzyły najpogodniejsze umysły.

August myślał czasami o swej rodzinie, chcąc ją na tronie elekcyjnym ubezpieczyć, a od północy, która mu się z przyjaźnią oświadczała, nie wiele jej dowodząc grzmiało i błyskało jakąś grozą... Zapowiedano ztamtąd jakiegoś tajemniczego następcę, którego obawiali się wszyscy.

Atmosfera była duszna i ciężka.

W Rzeczypospolitej naprawdę nie rządził już król, nie władał nią zręczny Brühl, rządzili się Czartoryscy, familija, zamącali nią Radziwiłłowie...

Po pałacach i dworach popijano i popuszczano pasów od rana do wieczora, ucztowano po refektarzach klasztornych, często na wązkiej grobli u młyna, w lesie na polance spotykać było można rozstawione stoły i improwizowaną biesiadę dwu nie marnujących czasu senatorów, których potem dla kontynuacyi podróży niesiono uśpionych do karet, aby wczas stanęli na ufundowanie Trybunału.

Czasu Trybunałów, sądzono na gardło - ale obok po szopach wyprawiano Lukullowe gody, na których beczka wina starego pięćset czerwonych złotych wartująca nie była rzadkością.

Cóż za dziw, że podchmieliwszy sobie panowie o północy dzwonili do furt panien zakonnic?..

Było wogóle tu wesoło, że czasem wesela od pogrzebu rozeznać nie było podobna. Z równym przepychem odbywały się jedne i drugie, ale ślubów nie brano na serjo... Rozwody tak były łatwe, jak małżeństwa kruche. Po Auguście II zostały galanteryi tradycye i spadki.

Tylko w głębokich zaciszach oddalonych prowincyj po staremu świętym był związek małżeński - w stolicy i miastach - służył on za narzędzie spekulacyi i rozpuście.

Nigdy się może w przededniu bankructwa nie sypały, nie płynęły takim strumieniem wezbranym pieniądze jak w owych czasach; nigdy nie kochano tak w przepychu jaskrawym i świecącym.

Panów dwory wyglądały na monarchiczne, a wojska ich liczyły na tysiące, szlachta kusiła się na pańską postawę. Tylko niekuśliwy kmieć pozostał jak był, ze swą rzepą na zagonie wyjałowiałym w wytartym kożuchu, w podartej siermiędze, - z chatą na pół w ziemię, zapadłą.

Duchowieństwo co z łona szlachty i panów rosło, nie było od niej różne. Na jednego Konarskiego, iluż było Massalskich, co chodzili już we frakach, przy szpadach i grywali po całych nocach w Faraona.

Język Kochanowskich zduszony łaciną, konał w jej objęciach. Drukowano na bibule obrzydłe panegiryki pojąc się niemi jak gorzałką. Po miastach, po pałacach, po dworach językiem modnym był francuzki, w handlu szwargotano po niemiecku w klasztorach i po trybunałach posługiwano się łaciną, polski język zszedł na folwark i do przedpokoju.

Książka też walała się zapomniana, i była obumarłą, bez życia. Co najwięcej czytano kalendarz Duńczewskiego, edukowano się na ziemianinie Haura. Stare piosnki latały z obłamanemi skrzydłami w powietrzu.

Niepokój jakiś panował w umysłach...

Co to będzie??

Z cicha pytali się jedni drugich, a nikt odpowiedzieć nie umiał, wiedzieli tylko wszyscy, że tak jak było, pozostać nie mogło. Anarchja doszła do tego stopnia, że tak jak było pozostać nie mogło. Ci co ją mnożyli wiedzieli, że jutro jej coś kres położyć musi.

Król i Brühl patrzyli tęskniąc w stronę Drezna, inni na północ się oglądali - inni gotowali z nieładu dla siebie korzyści.

Magnatom śniła się korona.

Tak panować jak August III, potrafił by z nich prawie każdy.

Zmiany, którą czuli wszyscy nadchodzącą, nikt przyśpieszyć nie miał odwagi, - nie pragnął.

Gmach porysowany, strzaskany, mógł się im obalić na głowy.

W Saskim pałacu jakby nie pakowano do podróży, w Brühlowskim stało jeszcze wszystko tak jakby się ruszyć nie miało.

Powódź nieładu i burzliwe fale anarchij, do spokojnego pałacu Saskiego nie dochodziły. Oblegano Brühla, do Króla nikt się nie dobijał, saska gwardja broniła przystępu.

W stolicy cień jeszcze jakiś władcy czasem czuć się dawał, dalej za rogatkami tylu było panów ilu magnatów nimi być chciało. I były państwa Czartoryskich, Flemingów, Brühla, Potockich, Radziwiłłów, Ogińskich, Lubomirskich, lub skojarzonych małżeństwy i pokrewieństwy.

Na każdy sejmik ciągnęły obozy, na każdym się rozpoczynała wojna, często przelewała krew, i zwyciężeni uchodzili do domów, wpisując do akt stosy manifestów.

Nigdy tyle papieru nie zapisano napróżno. Siła rządziła i robiła co chciała, ale w papierów ważność i znaczenie wierzono święcie.

Pisano jak mówiono i pito bez miary. Każdy sejmik kończył się manifestem, każdy Sejm nim zrywał. Każda czynność nim groziła, - a kto umiał wykrętnie piórem władać jak szablą, ten torował sobie drogę łatwo na świecie.

Stylu nie wymagano, ale zwinności myśli i giętkości sofizmatów. Kto umiał władać konstytucjami, korrektorami, studentami ten stał górą.

W ostatnim razie dopiero gdy nie stało argumentów, szabla je zastępowała.

Był wieczór, król w swoim gabinecie czekając na światło, odpoczywał w szlafroku jedwabnym, tureckim, lekkiem futerkiem podbitym, z fajką dopalającą się w ustach. Naprzeciw niego na ścianie, nie wysoko wisiała ukochana Magdalena pokutująca, otoczona ramką, srebrną pozłacaną i wysadzaną kamieniami drogiemi. Magdalenie zbyt do twarzy nie było w tej oprawie, ale ona dotykalnie świadczyła o czci jaką J. K. Mość miał dla arcydzieła.

Wystawiało ono cudnie piękną grzesznicę jeszcze świeżuchną i pulchną, więc chyba dopiero od godzin kilku zamieszkującą chłodną pieczarę, u której wnijścia spoczywała zaczytana w ogromnej księdze.

Byłaż to pokutująca Magdalena, ta która godną się stała aby jej powiedział Chrystus iż wiele przebaczonem jej będzie, bo wiele kochała??

Malarz nie myślał podobno o tem, aby ją uczynić świętą, ale chciał i zrobił ją piękną. Król się kochał w tej piękności. Magdalena mu towarzyszyła wszędzie i teraz na wygnaniu. Powracać z nim miała do Drezna. Król patrzył na to arcydzieło, jak gdyby z niem rozmawiał - i zadumany milczał.

Był to ten sam August, którego postawa, twarz wdzięczne ruchy młodzieńcze powszechną budziły dla niego sympatję na dworze Ludwika XIV, ten sam, którym zachwycały się arcyksiężniczki austryjackie, - który gdy chciał pozyskiwał sobie serca męzkie i niewieście, ale ostatnich nie dopuszczał do siebie, by mu spokoju drogiego nie zamąciły.

Przestrzegała go ojcowska przeszłość i skarb wycieńczony na Cosel, na X. Cieszyńską, Denhoffową, Königsmark i tyle innych - przestrzegał ojciec Guarini, pilnował zazdrosny Brühl - zasłaniała pobożna Królowa Józefa. I August III nie chciał znać płochych kobiet.

A pomimo to piękny ów Król, dziś bardzo się zmienił, nie podobnym był do siebie. Siedmioletniej wojny nie brał zbytnio do serca. Klęski nie dochodziły do niego.

Siedział spokojnie w Warszawie, gdy drudzy bili się za niego, polował, napawał muzyką - i - zestarzał od tej bawełny, w którą go Brühl obwijał tak starannie.

Oczy jego zgasłe nic nie miały blasku, usta blade uśmiechać się oduczyły prawie, policzki były nabrzękłe i obwisłe, powieki jakby napuchłe, całe ciało ociężałe zdawało się obsuwać i opadać ku ziemi.

Często usypiał siedząc, a ziewał, nawet gdy Faustyna śpiewała - i czoło dawniej wygładzone marszczyło się i fałdowało jak u prostego biedaka.

Z po za uśmiechu, który nałogowo się zjawiał na jego twarzy i ustach, wyglądał strach jakiś i okrutna tęsknica, której nic nakarmić nie mogło.

Spoglądał z obawą nawet na Brühla, którego kochał i bez którego żyć by nie mógł.

Wyjazd był postanowiony, w Dreznie oczekiwano, ale jak tu było tę Polską Rzeczpospolitę rozkołysaną, swawolną, porzucić na łaskę i niełaskę Czartoryskich i Radziwiłłów.

Nie można było zaręczyć wszakże, czy Król myślał o przyszłym Trybunale, który się tak burzliwym obiecywał jak był Wileński, czy o chybionym strzale do sarny, czy o operze, którą dla niego w Dreźnie, na nowym teatrze, obiecywano.

Miałaż to być Semiramis czy Artemiza?

Wsparty na ręku głęboko się zaciekał co to problema?! z którego rozwiązania czyniono mu niespodziankę.

U progu stał Brühl - ale to był też cień tego Brühla, który w przededniu wojny świeży, wesół, rumiany, pachnący - przynosił Augustowi na twarzy i w ustach zapewnienie szczęśliwego i swobodnego panowania!

Znękał go pogróżkami Fryderyk, zmęczyli uporem polacy - zabrali mu żywot Czartoryscy - potwarzą oczernił Branicki Hetman.

A w Saksonii nie wszystkich swych wrogów mógł osadzić na Königsteinie!!

Był melancholicznie smutny - i jemu przeczucie zabijało oddech, ale przed Królem nawykł był wszystko malować różowo.

Zwolna August III zwrócił ku niemu oblicze, i wzrokiem zdał się prosić aby go pocieszył.

- Brühl? co ty mówisz? co myślisz? Gdy my dwaj tę nieszczęśliwą Rzeczpospolitę porzucimy, opuścim - oni się tu pozajadają!!

Minister pomilczał trochę.

N. Panie - odezwał się cicho, bo wiedział, że i jego ktoś mógł podsłuchiwać - gdyby ich się trochę pozjadało, przerzedziło, szczególniej burzliwych, sądzę, żebyśmy na tem nie wiele stracili.

Uśmiechnął się Król i pogroził.

- Czartoryscy szczególniej, dodał Brühl, niezmierną butą gorszą i niepokoją. Gdyby im rogów przytarto, lżejby wszystkim było.

- A któż to potrafi, przerwał August, jeżeli prawdą jest, że na Cesarzowej czynną pomoc liczą?

- Chwalą się nią, ale Cesarzowa - dodał Brühl - nie będzie śmiała wkroczyć bez przyczyny, - a nie jest Wam N. Panie - niechętną?

- Mamy przeciwko nim księcia Miecznika, raczej Wojewodę Wileńskiego, poprawił się Król - to zuch, nieulękniony.

- Aż do szaleństwa śmiały - rzekł minister - to prawda, też na Litwie mąci i ów tak że na niego wszyscy się uskarżają.

- Ja go bardzo lubię - Panie Kochanku - zaśmiał się August III.

- Litwa za niego dała by życie.

- Poi ją całą - rzekł Brühl, i wino daje dobre?

- A jak strzela i na niedźwiedzia idzie z oszczepem! wykrzyknął król, pójdzie i na Czartoryskich....

- Pokaże się to na Wileńskim Trybunale, bo tam się oni zetknąć muszą...

- A biskup Massalski oleju do ognia doleje, - szepnął August.

- Mnie się zdaje, że ich samych sobie zostawić potrzeba - odparł minister.

Król pomyślał trochę.

- Domagają się Senatorowie, abym posłał od siebie pośrednika coby ich jednał.

- A któż podejmie się tego? - zapytał Brühl. - Między dwu takich zapaśników słabemu iść - zgniotą go.

Król spojrzał na niego szukając rady.

- Hm? mruknął.

- Biskup Kamieniecki wprawdzie się stręczy - dodał Brühl.

Na wspomnienie Krasińskiego, czoło króla powlokło się chmurką, nie odpowiedział nic.

- Wiesz - począł odpocząwszy, zmieniając nieco kierunek. - Com ja nie czynił, dla pojednania was wszystkich! Czartoryscy i ciebie prześladują.

- Tchnąć mi nie dają, ale przy Twej opiece N. Panie, nic mi zrobić nie mogą, błotem tylko ciskają na mnie, a ich płatni pisarkowie, paszkwilami mnie ścigają.

- Wiem, wiem - przerwał król - każ je katowi palić na rynku pozwalamy Ci! Niewdzięczni są.

- O ten trybunał, ten trybunał się nie obejdzie bez krwi przelewu - dołożył Brühl, który się rozgrzewał.

Nagle August III spuścił głowę.

- Posłałeś do Drezna? spytał.

- Posyłam codzień - zawołał minister.

- Teatr gotów będzie.

- Dniem i nocą go kończą. - Zapewnił Brühl.

- Galerję przewieźli z Königsteinu?

- Cała już jest w Dreźnie - zapewnił minister. - Madonna na swem miejscu.

Król słuchając złożył ręce.

- Kiedy ja nareszcie, stęskniony to arcydzieło boskiego mistrza zobaczę - zawołał głosem rzewnym. - Śniła mi się nieraz w jasności niebieskiej nademną. Czułem ją, a oczów podnieść nie śmiałem. Aniołowie ręką jego prowadzili, gdy ją malował.

Głos mu drżał gdy to mówił, i zniżywszy go, jakąś myślą wstrzymany zamilkł. Zdało mu się, że Brühl, który miał też galerję - mógł być zazdrosnym. Chciał wiernego pocieszyć sługę.

- Ale i ty mój poczciwy Brühlu - rzekł - masz obrazy bardzo piękne, i tobie nic z nich spodziewam się nie zginęło.

- Nic - odparł minister.

- Ten Dietrich - rozśmiał się August weselej - choć cudownie małpuje mistrzów, ale na Rafaela się nie porywa, toby było świętokradztwo!!!

- Dietrich przecież jest niepospolitym malarzem - odważył się dodać Brühl.

- Ja go też cenię! - rzekł król - ho! ho! ale niech hollendrów się trzyma...

I znowu na wyjazd króla przeszła rozmowa.

- Warszawy żałować nie będziemy, ani stękać po niej - mówił minister.

- Lasów i Saksonja już mniejszych niema - rzekł August.

- A nasze buki N. Panie.

- A ich dęby? - odparł król.

Stojący za drzwiami sądzić mogli, że tu o największych polityki europejskich zagadnieniach mowa była i narada, bo nie wiedział może nikt, w jak małej dozie August III znosił poważne sprawy.

Do nich przecież służył mu ten Brühl.

On odpędzał od siebie te czcze troski, które dziś pozbyte, jutro powracały. Dla niego one nie miały wagi. On z łaski Bożej wyznaczonym był, aby dwa państwa starały się go uczynić szczęśliwym za to, że je wspaniale, majestatycznie reprezentował.

Bolała go strata prowincyj, zwycięztwa prusaka, lecz czemże to było? Chwilową fanaberją losu... który nieochybnie powiać miał wkrótce dynastją Saską.

Po co miał mówić o tem, co go gryzło i męczyło.

Brühl widocznie miał na dnie coś, czego wydobyć brakło mu odwagi.

- N. Panie - odezwał się przystępując bliżej stolika - nie chciałbym trudzić W. K. Mości, ale dla zapobieżenia aby się to nie odnowiło... chciałbym wiedzieć... jakim sposobem podpisy uzyskano dwa na Starostwo Radoszkowskie? O jeden z nich jam prosił W. K. Mości...

- No i podpisałem go - zawołał król.

- Tak, ale się znalazł i drugi również podpisany - rzekł minister.

- Ja nic nie wiem o tym drugim - odparł król poważniejąc - nic a nic.

- Podpis nie ulega wątpliwości - potwierdził Brühl.

Zamyślił się król.

- Ty wiesz jak ja je podpisuję - rzekł naiwnie. Przynosisz mi je, składają się oto tu, na stole, ja zrana biorę się do tej nieznośnej mi pańszczyzny. Czasem pięćdziesiąt razy każesz mi się podpisywać.

- Są to nieodstępne od panowania troski - wtrącił Brühl z użaleniem.

- Obowiązki! obowiązki! - dodał August serjo. - Po śniadaniu mojem, siadam i z kolei kładę na każdym arkuszu imię swoje. Nie czytam ich, nie patrzę, bo ufam tobie, mógłbym na siebie wyrok podpisać - wierz mi.

Brühl się w piersi uderzył.

- Na mnie W. K. Mość, na starego sługę swojego spuścić się możesz bezpiecznie.

- I spuszczam - dodał August. - Któż to wie, jak się dostał na stół ten przywilej.

- N. Panie - zniżając głos rzekł minister - ludzie obwiniają o to Beringa!!

- Ale on też jest moim starym, wiernym sługą! - przerwał król zapominając się, że na równi go nawet stawił z Brühlem i mógł obrazić. W tejże chwili obawa go przejęła i podniósł się biorąc ministra w swoje objęcia - Brühl, rozstrzygnij to jak chcesz, na ciebie to zdaję.

Minister ruszył ramionami.

- Książe Kanclerz zapieczętuje oba - dodał żywo - nie ulega wątpliwości, aby mnie przysporzył kłopotu i Wam N. Panie, a dwu starostw radoszkowskich niema.

- Wpiszcie mu inne! - odparł król.

- Kanclerz wyśmiewa się już - szepnął Brühl.

- O niegodziwy! niemiłosierny! - zajęczał August. To mnie tylko pociesza, że Wojewoda Wileński pomści się za mnie.

Brühl jakby nie bardzo temu ufał, zamilknął. Wniesiono uroczyście światło. Król nieco oczy przysłonił sobie i milczał.

- Tokarnię - rzekł - wyprawić do Drezna, jam do tej przywykł już. Chociaż nie wiem czy toczyć będę... nogi mi puchną.

- To przejdzie - odparł Brühl - a tokarnia nas uprzedzi.

- Myślistwo wypraw całe, poco by ono tu zostawać miało - dodał tęskno. - Ja nie wiem czy tu kiedy powrócę. Sejmy mi zrywali wszystkie. Może gdzieindziej szczęśliwszy będę z niemi. Zwoływać je będziemy do Wschowy do...

Zamyślił się król.

- Gdyby nie prusacy - przerwał Brühl - bylibyśmy się postarali o to, aby je zwoływać bodaj do Drezna. Wszystko byłoby przygotowanem do coup d'etat. Dziś się obawiam, aby nie było zapóźno, rozzuchwaliła się szlachta.

- A krzykliwi - wtrącił August - i głosy mają tak dysharmonijne, każdy z innego tonu.

- A im z nich kto otylszy, tem cieńszym śpiewa dyszkantem - rzekł Brühl.

- Masz słuszność! masz słuszność - począł August III uradowany tem spostrzeżeniem. - Wszyscy niemal mają głosy Parqualliniego.

Palec przyłożył do ust, roześmieli się oba. Lecz już go rozmowa z Brühlem znużyła, wyciągnął się na krześle i poziewać zaczął. Spojrzał na zegar, który wieczorną wybijał godzinę... rozjaśniło mu się oblicze. Potem już tylko pozostawały z kapelanem modlitwy i błogi spoczynek! A we śnie mogło przyjść widzenie Drezna... i odnowionego teatru, świecącego od barw jaskrawych i złota...

Brühl zabierał się odejść, ale go powstrzymał przy sobie. Tajemnicze jakieś miał życzenie, które choć sami byli, cichuteńko mu szeptał długo do ucha. Uspakajał go minister. Drzwi otworzono do jadalni.... i Brühl zaproszony, pociągnięty musiał iść za Panem, aby patrzeć jak łapczywie - z chciwością apetyt żarłoczny nasycał. Pod koniec zapomniał nawet o ministrze, który się wysunął po cichu.

 

Zkąd pochodził właściwie Pan Klemens Tołoczko, niegdy porucznik, potem Rotmistrz Janczarów, nareszcie Buńczuczny hetmana polnego litewskiego Sapiehy, podstarości grodzki wołkowyski? Czy zabłądził od Smoleńska do Wołkowyska, czy z Wołkowyskiego w Smoleńskie, zdania były podzielone.

To pewna, że począł z małego i że nie miał tak jak nic, gdy go pan Piotr Zawadzki, przyjaciel jego polecił Hetmanowi Wiśniowieckiemu i wziął pod swe Rotmistrzostwo do Janczarów, naprzód go kreując Porucznikiem.

I tak się jakoś dobrze akomodować umiał panu Piotrowi Zawadzkiemu, póki on żył, księciu hetmanowi, dopóki go stało, że się do Rotmistrzowstwa dobił... Potem już rósł o własnych siłach. Mężczyzna był urodziwy, jak na Janczara przystało, zbudowany krzepko, silny, a gdy swój strój janczarski włożył i wymuskał się, oczy wszystkich kobiet za nim biegały. Pięknym tak bardzo nie był, ale miał coś w twarzy i postawie pociągającego, a z ludźmi się umiał obchodzić, iż się zbytnio nie uniżając przed nimi, zyskiwał ich sobie. Wszyscy mu tę sprawiedliwość oddawali, że w towarzystwie wesołem nie było człowieka nad niego.

Do zwady nigdy nie dawał okazyi, owszem nie jednę załagodził i do kiereszowania się nie dopuścił, ale mu na męztwie nie zbywało. Przytem i głowę miał tęgą co się zowie, bo prawnikiem nie będąc, w interesie bodaj najzawilszym zawsze sobie radę dał, niepotrzebując jej szukać u drugich.

Pięknej prezencyi swej winien był zapewne, iż hożą i majętną, bo prócz posagu, wiosek parę dobrych miała po rodzicach, pannę Kołłątajównę Chorążankę Wołkowyską zaślubił. Żyli z sobą szczęśliwie, ale krótko, bo żona mu na przeżycie się z nim opisawszy, wprędce zapisy zostawiwszy zmarła. Został tedy posesionatus już wołkowyskim, a tu jak się prędko umiał wcielić w obywatelstwo i stać ulubieńcem szlachty... dziwnemby się zdało, gdyby nie osobliwe przymioty, jakiemi go Bóg obdarzył.

Rósł w oczach. Wczoraj niemal jeszcze nie znany, nie popierany, sam jak palec, ani się obejrzeli jak im stał się wszystkim potrzebnym, że bez niego było ani stąpić.

Prócz żony swej Kołłątajównej koligacye i pozawiązywane stosunki, związał się z braćmi szlachtą takim węzłem, jakby z jednego z nimi wyszedł gniazda.

Innemu tak jak na drożdżach nagle wyrastającemu zazdrościli by drudzy, a szukali w nim czemby go zmniejszyć mogli, ten, że dumnym wcale nie był, każdego poszanował, nie uchybił nikomu, więc mu się wszyscy ustępowali.

Nie było w powiecie człowieka, coby go nie znał nie bywał u niego, nie zapraszał do siebie, a nie cieszył się gdy go miał. Nosili go na rękach.

Rotmistrzowską kopertą zdawał się być zaspokojony, iż się o inny tytuł nie starał, choć człowiek w sile wieku i właśnie w tej porze życia, gdy ambicja ludzi popycha; nie dobijał się do żadnych funkcyj publicznych. W domu u niego też było czysto, dostatnio, pięknie, dla gości zawsze drzwi i serce otwarte, ale skromnie i po szlachecku.

Jednego mu brakło - to urodziwej i miłej jak i sam - gospodyni, której mu życzyli wszyscy. Mawiał w początku jakoby z żalu po chorążance nigdy się żenić nie miał, potem gdy nań nalegano, że gotów by, ale mu się nie wiedzie i szczęścia nie ma.

W samej rzeczy nadchodził dla niego wiek, kiedy pospolicie ludzie żenią, a nie człek sam siebie. Szukali wszyscy żony dla Tołoczki. A nie mogło być inaczej, gdyż Sapieha, hetman polny litewski, raz wraz się nim posługiwał; więcej zaś może sama pani hetmanowa, która mężem rządziła, domem i ludźmi trzęsła, bo była kobieta do tego stworzona.

Znała ją Korona cała, gdy jeszcze za pierwszym była mężem - Lubomirskim. Liczono ją do najpiękniejszych niewiast swojego czasu, gdy na nich nie zbywało na wielkim świecie.

Ta piękność jej przyjaciół i niechętnych, zwłaszcza między współzawodniczkami przymnożyła. Umiała się też nią posługiwać, tak, że kogo sobie zjednać chciała, pewnie się jej oprzeć nie mógł i czyniła potem z nim co się jej podobało. Zdolną była i śmiałą na podziw, ze złośliwych ludzkich języków wiele nic nie czyniąc sobie.

Po śmierci pierwszego męża Lubomirskiego, nic dla niej łatwiejszem nie było, jak się wyswatać raz drugi.

Młodziutką ją tedy odumarł; piękna jak anioł, majętna, mogła wybierać między pretendentami. Z niemałem podziwieniem ludzi naówczas, padł jej wybór na Sapiehę.

Nic mu zarzucić nie było można, okrom tego, że na mężczyznę za miękki był i powodować sobą dawał łatwo. Lecz właśnie to może dla jejmości było najpożądańsze.

Więc wydawszy się za Sapiehę Aleksandra, Wojewodę Połockiego, zaraz umysłem jego, równie jak sercem owładnąwszy - już nad nim panowała.

Nim do tego zaś przyszło, mówiono, że i młody Brühl, generał artyleryi i Stolnik litewski, urodzony z Czartoryskiej, głowy dla niej potracili.

A komu ona raz zawróciła głowę, ten się nie łacno wyzwolił i wytrzeźwił.

Wraz z mężem swym, albo raczej zastępując go, jęła się jejmość czynne prowadzić życie, nie dając spoczynku, dużo powolniejszemu księciu.

A czem naówczas było życie takiego pana, wysokie dostojeństwo piastującego, skolligaconego z możnemi rody, które rej wodziły w Rzeczplitej, tego opowiedzieć trudno. O spoczynku tam myśleć nie było co. Samemi zabawami na śmierć się było można zamęczyć, gdyby oni do nich od młodości nie nawykli.

Nie miał taki pan wytchnienia ani na chwilę. Wybierano ich do Trybunałów, na sejmy na sejmiki, do komisyi, do sądów polubownych. Mało który wielkiego procesu nie miał, odziedziczonego po rodzicach. W sporach też familijnych od stawienia się, pomagania wymówić się nie było podobna.

Ledwie z Warszawy przybywszy, konie wyprzężono, musiano je już do Lublina, Piotrkowa, Wilna, lub Nowogródka zaprzęgać. Toż wesela, pogrzeby i tysiączne okazje wyciągały z domu.

Takim właśnie życiem przyszło żyć księżnie hetmanowej, która najczęściej z mężem rezydowała na zamku w Wysokiem.

Z nią tu jeszcze ruchu i wrzawy przybyło, bo i wdzięki księżnej ściągały i ona rada była, gdy się koło niej gromadzono i gdy mogła potem przez swoje intrygi różne zawiązywać, a nieustannie coś marzyć, coś robić lub odrabiać.

Rotmistrza Tołoczkę poznawszy, że niezmiernie usłużny był i baczny, a hetmanowi oddany, pochwyciła go pod swoję komendę i już z niej nie wypuściła.

Następowało właśnie w tym roku fundowanie Trybunału Wileńskiego, na które Czartoryscy ze swej strony, Radziwiłł Wojewoda Wileński ze swej, z ogromnemi siłami i wysiłkiem się przygotowywali; więc jakże by hetman polny i hetmanowa mieli na stronie neutralnymi pozostać?

Król wszelkiemi możliwemi sposobami pragnął gorszącemu konfliktowi dwóch stronnictw zapobiedz. Słał z pośrednictwem do układów Krasińskiego biskupa Kamienieckiego i Brzozowskiego kasztelana Połockiego.

Co żyło też na Litwie, zbierało się albo Czartoryskich popierać, lub z Radziwiłłem trzymając z nim ciągnąć.

Po której stronie Sapieha hetman być miał, niby to wątpliwości ulegało. Wypadało mu z Radziwiłłem stanąć, chociaż z sobą nie bardzo sympatyzowali, szczególniej księżna, której się grubijaństwo księcia wojewody nie podobało.

Ufając w protekcyę króla, który namiętnych myśliwych i pańskiego animuszu Radziwiłłów lubił bardzo, rodzina książęca, do panowania na Litwie nawykła, nie znosiła tu nikogo na równi. Czartoryscy zaś ufni w przyrzeczoną pomoc... czuli się silniejszymi nad Radziwiłłów wszystkich z księciem wojewodą Panie Kochanku na czele.

Książe kanclerz z pogardą odzywał się o księciu Karolu i jego "Pandzie." Z obu stron przyjaciele nosili odgróżki, ostre słowa i wyzywania.

Sapieha i żona jego nie byli dobrze z księciem wojewodą, który jej samej nie lubił i grubijańsko to czuć dawał. Z Czartoryskiemi nie bardzo wiązać się też chciano, hetmanowa radziła mężowi stać na stronie, czekać ewentów i z nich korzystać.

Oboje wybierali się do Wilna, chociaż, aby na fundowanie tego trybunału ruszyć z dobrej woli, na to potrzeba było niepospolitej determinacyi.

Ale któż jej ma więcej nad kobietę, której wszyscy służą na klęczkach??

Książe hetman starych sług, przyjaciół rezydentów z dodatkiem nowych i tych, których mu żona przyniosła z sobą, miał siła, a pomimo to księżna Magdalena strwożyła się, że ludzi nie miała.

Często do Wysokiego, do księcia zaglądający Tołoczko zdał się bardzo zręcznym i mogącym się przydać, szczególniej teraz w Wilnie. Szło o to, czy pan Rotmistrz zechce się zaprządz w służbę hetmanowej, która znaną z tego była, że obrożę kładła i obchodziła się despotycznie.

Przywabić pana Klemensa, zmusić do przebywania więcej w Wysokiem niż w domu, hetmanowej zdało się łatwą sprawą, bo dotąd co postanowiła kiedy, to się jej udawało zawsze. Tołoczko został zawojowanym łatwo, a na przyszłość otwierały mu się horyzonty szerokie i jasne.

Na taką fundację Trybunału jechać nie było rzeczą dla chudego pachołka pożądaną. Nie licząc tego, że bardzo łatwo można było guza oberwać... koszta same odstraszały. Miasto pod tę porę, nie wyjmując klasztorów, dworki mieszczan, aż do chałup, wszystko było zapchane, drogo płacone, niedostępne. Siano i owies, kto go sobie dostawić nie mógł, kosztowały sumy neapolitańskie. Tołoczko więc ani się myślał wybierać do Wilna, w głowie mu to nie postało.

Ale księżna postanowiła, że przy niej jechać musi i rozpoczęła manewrować, aby go skłonić ku temu. Rotmistrz wcale o tem nie wiedział. Trzeba go było czemś kupić.

Jednego dnia po obiedzie, księżna zarumieniona swoim zwyczajem leżała na wpół na kanapce bawiąc się z ulubioną psiną, wabiącą się Zefir, choć dla sadła ledwie się poruszała.

Tołoczko siedział opodal nieco.

Hetman w wygodnym fotelu zabierał się do poobiedniej drzemki. Odbywał on ją publicznie, wśród gwaru rozmów, śmiechów, chodzenia, co mu nie przeszkadzało spać tak głęboko, że go czasem waląc z moździerzy nie można przebudzić było.

Księżna raz i drugi zagadnęła Tołoczkę, a że gwar był ciągły, ledwie dosłyszał i mógł odpowiedzieć.

- Przybliż się trochę Rotmistrzu...

Posłuszny podsunął się pan Klemens.

W tej porze życia, choć nie młody i nie elegant, Tołoczko jeszcze bardzo świeżo i dobrze wyglądał.

- Czemu się waćpan nie żenisz? - wystrzeliła księżna Magdalena jakby z pistoletu do niego.

Zmięszał się rotmistrz zrazu.

- Byłem żonaty, mościa księżno - rzekł - straciłem wierną towarzyszkę w mojej Helusi, postanowiłem ślubów nie ponawiać.

Rozśmiała się hetmanowa.

- Dałbyś waćpan pokój temu romansowi zagrobowemu - odezwała się - należy się ożenić, boć to prawo Boże, aby się człowiek nie marnował.

Tołoczko na to zcicha.

Choćbym może i rad, nie łatwa to sprawa. Za wdowca nie chętnie idą panny, a ja bym z wdową się żenić nie chciał. Przy tem jeździć, szukać, w konkury się puszczać, to nie moja rzecz, a panny mi nikt do domu nie przywiezie.

- Jak to znać, że nie masz przyjaciółki - odparła księżna - dawnoby cię ożeniła.

- Ale ja mościa księżno, trudny jestem - rzekł Tołoczko.

- Czegoż wymagasz po swej przyszłej? - pytała hetmanowa.

- Rozumie się - począł rotmistrz - piękną musi być i mnie się podobać.

- Tak, to się rozumie, ale sądzę, że nadto wybrednym nie będziesz - dodała hetmanowa.

- Zbytniej młodości nie życzę sobie - ciągnął dalej - ale i zwiędłego panieństwa nie chcę.

- Dojrzałą dziewicę - rozśmiała się księżna. - No, zapewne i posażną.

- O to się ja targować nie będę - rzekł Tołoczko - będzie miała co pod poduszką, tem lepiej, a nie, nie odstręczy mnie to.

- No i rodzina dobra - pytała księżna.

- Juści z dobrego domu szlacheckiego musiałaby być - rzekł rotmistrz. - Do pańskich progów nie posunę się, ale krew dobra u mnie znaczy wiele.

- No, a charakter i temperament? - Dodała Sapieżyna w końcu.

- Mościa księżno - zawołał Tołoczko - a któż to się pochlubić może, iż charakter niewieści odgadnie, albo przeczuje? Na to potrzeba błogosławieństwa Bożego, aby nie wpaść w paszczę.

Westchnął.

- Dla tego - dokończył - przy tylu trudnościach, anim marzył o ożenku.

Pogładził się po łysinie, która już przeświecała mu z wierzchu głowy, choć bujne włosy dokoła ją otaczały.

Księżna długo się wpatrywała w niego.

- Wiesz co, rotmistrzu - rzekła - zróbmy z sobą umowę, choćby pod zakładem, waćpan będziesz nam jako przyjaciel, towarzyszył na Trybunał do Wilna, a ja za to, żem mu słodki przerwała spoczynek, obowiązuję się znaleźć ci żonę, która wszystkim twoim odpowie warunkom.

Tołoczko chciał to w żart obrócić.

- Rączki całuję W. Książęcej Mości - odezwał się - ale nie śmiałbym takiego kłopotu narzucić, gdy ich jest i bez tego dosyć. Myślę zostać Maltańskim Kawalerem.

- Ja na to nie pozwalam - przerwała hetmanowa. Veto! No, przybijmy targ.

Stojący blizko Sawicki, wojski lidzki, obrócił się do Tołoczki.

- Waćpan byś księżnie jejmości na kolanach powinien dziękować, a to się jeszcze drożysz. Z tak pięknych rąk na ślepo żonkę można brać.

- Mościa księżno - wtrącił rotmistrz - boję się nawet z łaskawych rąk jej brać żonę. Za starym się czuję, ale gotówem i bez żadnej remuneracyi jechać na Trybunał, byleby mnie państwo kazali, a jam się tam przydał na co.

- O! bardzo! bardzo! bardzo! - wtrąciła wojewodzina - już tylko jedź, reszta się znajdzie. Pojedziesz?

- Jam sługą W. Książęcej Mości - odparł Tołoczko.

Księżna mu rękę wyciągnęła uśmiechając się, przyszedł ją pocałować i tego dnia na tem się skończyło.

Przyjaciele Tołoczki śmieli się z niego, gdyż on uparcie utrzymywał, że się nie da ożenić.

Całą tę poobiednią rozmowę żartobliwą, brał za prostą zabawkę księżnej, która rozmaitemi facecjami niekiedy się lubiła rozrywać.

Tymczasem nazajutrz zaraz usłyszał w rozmowie, iż księżna Magdalena już na jego podróż rachowała i pokilkakroć powtórzyła.

- Gdyś mi pan rotmistrz przyrzekł, słowa dotrzymasz.

Nie było już co wątpić, musiał być posłusznym, bo hetmanowę sobie narazić, stokroć gorzej znaczyło, niż hetmana. O ile dla przyjaciół była wylaną, tak dla tych, do których ząb miała, straszniejszego nad nią nie było wroga.

Nie przebierała wówczas w środkach, gdy się pomścić i moc swą chciała dać poczuć.

Zakłopotał się mocno Tołoczko, nie dając tego poznać po sobie. Naprzód, wydatek był znaczny, którego nawet obrachować nie mógł z góry, powtóre czasu stracić dość musiał, sędziom się narazić, a co go czekało w Wilnie, tego żadna ludzka moc przewidzieć nie mogła.

Jeżeli kiedy fundowanie Trybunału obiecywało się jako walna bitwa, to teraz, gdy dwa najmożniejsze rody w Księstwie, o nie walczyć miały. Wojsko Radziwiłłowskie, litewskie pułki hetmana, tandem nawet Imperatorowej, na granicy stojące siły do Wilna pościągać miały.

Rozporządzenia wojenne, jak przed rozprawą krwawą, już się gotowały. Mówiono kto i gdzie ma zająć stanowisko, a ewentualność bitwy, przewidywali wszyscy. Miał książe hetman ludzi kilka tysięcy gotowych Czartoryscy się nie swoją milicją, bo ta się i Fleminga do niej włączywszy, nie równała Radziwiłłowskiej, ale cesarzowej nagotowaną siłę obudzili.

W Warszawie co już o tem na dworze królewskim głoszono i rozpowiadano, strach słuchać było.

Hetman Sapieha z żoną zawczasu chciał przybyć, ciesząc się jakąś nadzieją, że może chlubną rolę pośrednika lepiej odegrać od księdza biskupa Kamienieckiego.

Tchórzliwsze umysły zaklinały, aby niedopuszczając do konfliktu, pojednanie jakieś wyłatać, ale kto znał księcia kanclerza, grafa Brühla, a nadewszystko księcia wojewodę, ten mało w zgodę wierzył.

Zawczasu w Wilnie postrach panował jakby przed najściem nieprzyjaciela, a jak byli tacy co na ogień lecieli, to drudzy od niego uciekali. Tyle tylko, że Kamieńca nie fortyfikowano, ale nie wiele do tego brakło.

Księdzu biskupowi Kamienieckiemu, któremu król polecił medjacyje, kasztelanowi Brzostowskiemu, choć pierwszy szczególniej był zdolności wielkich i zabiegliwy a zręczny, nikt nie ufał, aby mogli co sprawić. Po księciu wojewodzie wileńskim, pasje grały, że go żaden rozum nie mógł powstrzymać.

Przyjaciele jego na humor pili i słuchać nie chcieli.

Postanowiono było z wojskiem cesarzowej zetknięcia się unikać, nawet je uchodzące po dobrach Radziwiłłowskich żywić i dawać im prowianty, ale Czartoryskim i ich partyzantom stawić czoło.

Dolewał do ognia oliwy ksiądz Biskup Wileński, kniaź Massalski, który w duchowieństwie polskiem, jak ludzie zapamiętali, podobnego nie miał i naśladowców dzięki Bogu, nie znalazł.

Dumą kniaziów Massalskich zwali wszyscy, która tem mniej uderzała, że państwo te ich łączyło się z powikłanemi interesami, brakiem pieniędzy i chwytaniem ich gdzie i jak się nadarzyło.

Oprócz tej pychy i lekceważenia ludzi, ksiądz Biskup miał temperament, obyczaje, sposób życia, który więcej przystał rozpuszczonemu wojakowi, niż pasterzowi owczarni i ojcu duchownemu.

Przepisów kościoła nie zachowywał wcale, ani sukni duchownej nie będąc wiernym, ani ślubom kapłańskim. Nosił się najczęściej po cywilnemu, francuzką modą, przy szpadzie chodząc, jako szef pułku swojego imienia.

We dnie zabawiał się jak najswobodniejszym trybem życia, używając pomiędzy rogówkami i robronami, a po całych nocach widywano go za zielonym stołem szaloną grę prowadzącego. Swoje i cudze, kapitulne i biskupie sumy, gdy w ręce jego popadły, nie były poszanowane. Frymarczył dobrami nie pytając, a w postępowaniu jego samowola nie znała hamulca.

Gwałtowny, namiętny, z kolei galant i grubjanin, niczem się wstrzymać nie dawał, a że mu pomocnicy potrzebni byli, takimi się jak sam otaczał. Duchowieństwo zacne i świątobliwe, truchlało ze sromu i grozy. Lecz najpoważniejszym ludziom, gdy się mu ważyli czynić demonstracje odpowiadał łajaniem, lub do szpady się porywał.

Złośliwy, dowcipny, cynik był poczwarnem zaprawdę zjawiskiem, nawet wśród tego świata, który się wiele surowością obyczajów nie odznaczał.

K-że Biskup Massalski z Radziwiłłami spokrewniony, ale na Wojewodę zajadły do szaleństwa, całą potęgą duchowieństwa, które miał w ręku, występował przeciwko niemu. Mało sobie z tego czynił wprawdzie Radziwiłł, ale inni się oglądali na kościół, na duchowieństwo i klątwy któremi grożono.

Rozdrażnienie pomiędzy księciem Wojewodą a księdzem Biskupem doszło było do tego stopnia, iż Radziwiłł po dziesięć razy w dzień powtarzał:

- Chce on być Stanisławem, to ja mu Bolesławem będę!

Massalski jako żywo męczennikiem być sobie nie życzył, ale ubezpieczony za murem i gwardją swą przeciwko Księciu bluzgał najobrzydliwszemi, grubijańskiemi pogróżkami.

Daleko jeszcze było do terminu fundowania Trybunału, a Wilno już jakby w stanie oblężenia wyglądało.

Po ulicach dzień i noc, ciągnęły sznury wozów wyładowanych owocem, sianem, mąką, zapasami spiżarni i beczkami napojów. Niektóre wiozły sprzęty, broń, przybory domowe, namioty pod konwojem dworskich różnej broni żołnierzy, w barwach najosobliwszych.

Nie było dworku pokaźniejszego, kamienicy, szopy, gdzieby już ludzie lub konie nadciągające się nie rozkładały.

A że z obu stron nadchodziły siły sobie nieprzyjazne, a o miejsce było trudno, rodziły się z tego kłótnie, bójki i wśród wymysłów odzywały się strzały co chwila.

Przy pałacach, które Hetmanowie zajmować mieli, na Antokolu u Sapiehów, około kardynalij Radziwiłłów, straże jaki taki porządek utrzymywały, ale po kątach, porządkował kto chciał i burzył kto mógł. Przez ulicę przeciągnąć było trudno jednym i drugim bez porywania się do siebie.

Z tego co się widywało w samem jądrze miasta, można wnosić, co się działo po za niem na przedmieściach i po obozowiskach, na juryzdyce Radziwiłłów Snipiszkach, na Antokolu, około biskupiej rezydencyi.

Tu brama żadna w biały dzień się nie otwierała bez parlamentowania, a przybywający wykazywać się musiał kim był i z czem jechał.

Kościoły nawet, do których przystępu Massalski Radziwiłłowskim ludziom bronił, strzeżone były lub pozamykane.

Nie mniej zakonnicy, których stosunki dawne łączyły z rodzinami pańskiemi, pod pozorem autonomji zakonnej, swobodniej sobie poczynały, dając przytułek dobroczyńcom i przyjaciołom.

Tołoczkę pani hetmanowa wyprawiła na Antokol przodem, zleciwszy mu, ażeby zawczasu w położeniu się rozpatrzył i dla niej pozbierał wszystko co mogło je rozjaśnić.

Nie był rotmistrz obcym w Wilnie, znał je jak każdy Litwin, ale dawno tu nie bywał i krótko zawsze bawił, znalazł się więc jak w lesie. Tylko, że wszędzie sobie radzić umiał.

Z dawnych stosunków pozostały mu mnogie znajomości z Radziwiłłowskimi, którzy go za swojego uważali. Mało też kto z tamtejszych do Czartoryskich lub Fleminga się przyznawał, bo pierwsi nigdy o popularność nie starali i jej też nie mieli, a drugiego wyśmiewano jako niemca.

Chodziły o nim anegdotki, które go jako słabego umysłu i wcale kraju nieznającego malowały.

Radziwiłłowie zaś, choćby z nich który dokuczał szlachcicowi, byli jako swoi uważani i mieli do nich ludzie sympatją wielką.

W ulicy na Antokol ciągnąc Tołoczko, który dla nogi obrażonej na wozie się wlókł, spotkał się z jadącym konno, dawno sobie znajomym Derkaczem, który niegdy był jego sługą, a potem się dostał dla umiejętności wabienia i naśladowania wszelkich głosów zwierzęcych do łowiectwa Nieświeżskiego.

Tołoczko miał to szczęście, iż ludzie co z nim kiedy do czynienia mieli, pozostawali mu życzliwi i przyjaźni. Derkacz też obaczywszy go, przypadł po nogach niemal całować. Człek był nie młody, szpak, brzydki aż strach, ale zręczny, przemyślny jak mało kto.

- A ty tu co robisz? - spytał rotmistrz - juści w ulicy polowania nie wyprawiasz!

- Daj Boże aby go nie było i żebyśmy szlacheckiej zwierzyny nie bili - odparł Derkacz - ale kto dziś wie na co się zanosi. Mnie z ważnemi listami wyprawiono.

Nie mógł się w ulicy zatrzymywać Tołoczko, więc go z sobą do Antokolu pociągnął, rozpytując po drodze.

- Nie chciałbym ja być w skórze Czartoryskich, począł łowczy Radziwiłłowski. Co się tam stanie z Trybunałem, tego ja nie wiem i nie rozumiem, ale że na księcia kanclerza zasadzki wielkie, to pewna.

- Juści nie na osobę jego - rzekł Tołoczko - bo Radziwiłł obić na gościńcu obije, ale spiskować na życie, nie jego rzecz.

- Nie jego, a no przyjaciół kaptować trudno, a i wiedzieć nie sposób, co który czyni.

Mówili potem o różnych rzeczach, ale na Antokol przybywszy, gdzie już znalazł pomieszkanie dla siebie gotowe, rotmistrz wziął Derkacza na spytki.

- Coś mówił o kanclerzu? - zapytał - juści mu na życie nie godzą?

Derkacz się zmięszał.

- Nie będę prawił o tem czego dobrze nie wiem, a co mi zaś jednem uchem wlazło, drugiem wyszło. To tylko pewna, że i życia może być nie pewien. Taka zajadłość na niego.

- Nie boi się on tego - rzekł Tołoczko. - Strachy na lachy, tem go książe nie strwoży. Ma i on siły, bodaj większe, niż księcia wojewody, bo mu idą w pomoc żołnierze Imperatorowej i pono są w drodze.

- Dla tego też się na niego odgrażają - rzekł Derkacz.

- Gdzieś o tem słyszał?

Zmięszał się łowczy.

- Ojczulku mój - rzekł - nie wyciągajcie ze mnie tego o czem ja był powinien zamilczeć - odparł Derkacz. - Może są to plotki, może czernidła.

- Ale kto? co?

Naglony mocno Derkacz, który już za czapkę brał, cicho tylko się tłómaczył, że od dworu księcia z Mitawy, zawiało tą wiadomością, ale bójka być mogła. Więcej z niego nie dobył Tołoczko.

- U nas się spodziewają - dodał po chwili - że hetman polny ludzi da, aby zwichrzeniu zapobiedz.

Wątpię bardzo - rzekł rotmistrz - bo tu dziś ślepa babka i nie wiedzieć komu pomagać. Czartoryscy królowi są przeciwni i na niego godzą, bo im już za długo panuje. Radziwiłł tylko o sobie i swojej krwi pamięta. Ani z jednym ani z drugim trzymać na zabój - nie można. Król wysłał od siebie rozjemców, a ci ich pewnie pogodzą.

- Co daj Boże, amen - skłaniając głowę dodał Derkacz - bo człowiek od rozumu odchodzi, patrząc na to co się dzieje.

To mówiąc łowczy, któremu badanie nie w smak było, pożegnał dawnego pana i zniknął.

Tak na samym wstępie Tołoczko, jakby Opatrzność się nim opiekowała, dostawszy języka, nie miał już pokoju, dopóki nie wyjechał na miasto, aby się więcej dowiedzieć, nimby pani hetmanowa nadjechała.

Ale to o czem się od Derkacza dowiedział, co potem wieczorem od Brzostowskiego kasztelana, którego znał, udało mu się wyciągnąć i o czem powszechnie rozpowiadano wzajem się strasząc Trybunałem, tak się z sobą kłóciło i pogodzić nie dawało, że wszystko jedną baśnią mu się zdało.

 

 

W gabinecie ministra Brühla, pod wieczór, leżała na stole olbrzymia koperta, sznurkami i pieczęciami umocowana, które dopiero co porozrywano.

Wydobyte z nich różnych kształtów listy i papiery, w nieładzie zalegały biurko, a minister białą ręką przebierając w nich, szukać się zdawał czegoś o co mu szło najpilniej.

Skrzywione pogardliwie usta, wzrok zmęczony i wystygły, postawa cała człowieka znudzonego, świadczyły, że odebranym depeszom nie wiele ufał i nie bardzo do nich chciał śpieszyć.

Niekiedy wzrok podnosił ku drzwiom, jakby kogoś oczekiwał. W chwili, gdy zniecierpliwienie dochodziło do najwyższego stopnia, drzwi się powoli uchyliły i młody, bardzo przystojny, wielce arystokratycznej powierzchowności panicz, wsunął się do pokoju.

Strój jego prędzej do saskiego dworu króla, niż do polskiego dozwalał wpisać. Ubrany był francuzką modą, a nawet wielce wytworne suknie Brühla, nie gasiły elegancyi młodego pana, który z pełną uszanowania poufałością przybliżył się do stolika.

- Kochany starosto - odezwał się minister, wskazując na biuro - proszę cię przybywasz od Wilna, miałeś zręczność nasłuchać się wszystkiego, co tam warczy i huczy przeciwko nam, uwolnij mnie od czytania plotek, a powiedz prawdę. Jak stoją Czartoryscy.

- Podparci na pułkowniku Puczkowie, który im ma przybyć na pomoc.

- Sam jeden?

- Ale nie, z pułkiem - rzekł przybyły - chociaż będzie on tylko pogróżką, bo bić się nie myślą i wojny nie wypowiedzą.

Brühl słuchał obojętnie.

- I ja tak sądzę - westchnął minister. - Czy myślisz, że się zlęknie Radziwiłła?

- Nie - mówił dalej starosta - ale niewygodni są to śmiałkowie.

- Plan ich niedorzeczny, dziecinny - odparł Brühl, wzruszając ramionami.

- Nie sądzę - przerwał starosta, marszcząc piękne czoło. - Plany ich obmyślane są wybornie, idzie o to jak się wykonać dadzą. Idzie mu o zerwanie i niedopuszczenie ufundowania Trybunałów. Służyć to ma za pretekst później do zawiązania konfederacyi, przeciwko królowi, którego chcą detronizować.

- Jak im pilno - szepnął Brühl zimno. - Wszystko to mrzonki są próżne; konfederacja z pułkownikiem Puczkowem, kraj na nich oburzy. Po kraju mącić i wywoływać burzę łatwo, z nieprzyjacielem się wiązać, krajowi chcieć prawa dyktować, zuchwała myśl i nie roztropna. Detronizacja! - powtórzył smutnie. - Nie wiedzą więc, że z króla inna ręka niż ich zdejmie z jego skroni koronę.

Starosta spojrzał niespokojny.

- N. Pan wyjeżdża do Drezna - zapytał.

- Jak tylko będzie mógł on i ja - dodał Brühl - Cesarzowa pozwoli się przejechać i zabawić pułkownikowi swemu, ale nic więcej; a tymczasem któż wie, co może spotkać kanclerza?

Uśmiechnął się.

- Cóż Alo?? - zapytał.

- To mi się zdaje niedorzecznością - rzekł starosta.

- Tak, ale rzeczy, które są niespodziewane, dziecinne, śmieszne najczęściej się udają dla tego, że nikt do nich przygotowanym nie jest - odparł Brühl.

- Alo? - mówił dalej starosta - jest człowiekiem bardzo zdolnym, dał tego dowody, stojąc u boku księcia Karola w Mitawie. W tym go jednak nie poznaję.

- Możem źle słyszał? - wtrącił Brühl.

- Alo?, który zna obyczaje księcia kanclerza i sposób jego życia w Wołczynie, powiada, że bardzo by było łatwo zmusić go do odwołania wszystkiego, co doniósł Cesarzowej. Do tego dosyć było aby się znalazł człowiek śmiały, któryby księciu w kancelaryi jego, gdzie najczęściej sam przesiaduje, przyłożył pistolet do piersi i przymusił go do podpisania listu przygotowanego.

- W tem nie ma sensu - rzekł Brühl po krótkim namyśle - ja to słyszałem inaczej. Możnaż przypuszczać, aby książe kanclerz u siebie w domu dał się zmusić do podpisu i żeby napastnikowi dał potem ujść spokojnie. Naostatek jaki ma walor wymuszone pismo? Wszystko to awanturnicze. Niepodobna mi przypuścić, ażeby faworyt kanclerza Małachowskiego, taką dawał radę, a poważni ludzie mogli ją wziąść na serjo.

Uśmiechnął się Brühl.

- Toż samo - dodał - w stosunku naszym do Rossyi. Wieleśmy jej winni od czasów nieboszczyka pana, któremu Piotr w pomoc przychodził zawsze, i teraźniejsza Cesarzowa od tej tradycyi nie odstąpi. Pozwólmy się im łudzić, że dla Czartoryskich, Saskiej dynastyi odstąpi. Nie mogą się uskarżać na nas, byliśmy i jesteśmy powolni - świadczy Kurlandja. Król własny interes poświęcił polityce.

Starosta słuchał bawiąc się sznurkiem leżącym na stole, jak gdyby przedmiot rozmowy mało go obchodził. Brühl też, choć więcej się rozgniewał i poruszał, nie przywiązywał wagi do sprawy, o którą rozpytywał.

- Cóż Krasiński i Brzostowski robią? - rzekł po namyśle. - Biskup nam... to jest królowi obiecywał bardzo wiele.

- Mnie się zdaje - odparł starosta - że gdzie szło o traktowanie z panem wojewodą, inny....................