Rozdział pierwszy
Donośny sygnał pędzącej karetki pogotowia i ryk klaksonów na moment
oderwał ją od jasno świecącego monitora. Pokój zaczynał z lekka tonąć w szarościach. Dni pod koniec sierpnia były coraz krótsze. Jeszcze kilka
tygodni wcześniej o tej porze Anka siedziała na balkonie, przyglądając
się magii złotej godziny. Lubiła tę porę dnia, gdy wszystko kąpało się w ciepłym złocistym blasku. Nawet zapyziałe, stare blokowiska z odpadającym tynkiem i zabitymi deskami oknami wyglądały wtedy jakoś
przyjemniej i znośniej. Można było pokusić się o stwierdzenie, że miały
nawet swój urok i niepowtarzalny klimat. Zawsze fascynowało ją to, co z otoczeniem potrafi zrobić miłe dla oka światło. To samo dotyczyło zdjęć.
Płaskie fotografie wyostrzały parametry, takie jak jasność, kontrast.
Teraz magię tej chwili, gdy światło ubierało świat w inne odcienie,
miała głęboko w nosie. Przez wiele zawirowań i trudów, jakie napotkała w życiu prywatnym, nawet złota godzina nie sprawiała jej radości.
Zatraciła w tym wszystkim to, co tak bardzo kiedyś uwielbiała. Radość z drobnostek odeszła do lamusa.
Mieszkanie wydawało się ponure i przytłaczające. Do niedawna lubiła ten
kąt w starej kamieniczce na warszawskiej Pradze. Razem z Kostkiem
stworzyli tu miejsce, w którym każdy chciał wypoczywać i spędzać wolny
czas. Z trudem przyznawała, że kiedyś było to idealne schronienie, które
teraz uwierało ją jak zbyt obcisłe ubranie. Obecnie miała ochotę wynieść
się z tych czterech ścian choćby zaraz, pakując swój dobytek w kilka
kartonów i walizek. Byle jak najdalej i jak najszybciej. Daleko stąd. Z dala od Kostka i wspomnień, które kryły się w każdym zakamarku
mieszkania.
Jeden dzień, a dokładnie rzecz ujmując, jeden wieczór, przekreślił
wszystko, co miała skrzętnie zaplanowane. A jedno trzeba było przyznać
- kochała planować! Ceniła sobie ład i porządek, również w codziennym
funkcjonowaniu. Notesy, kalendarze, planery to coś, bez czego nie
wyobrażała sobie życia. Spontaniczność nie była jej bliska, wręcz
irytowała ją i wprawiała w niemały dyskomfort. Niespodzianki
przyprawiały ją o ból brzucha. Rzadko więc wychodziła ze swojej strefy
komfortu, jakim było układanie sobie życia. Spontan zostawiała tym,
którzy lubili taki styl egzystowania. Nie zamierzała też planować życia
innym. Twierdziła, że każdy jest panem własnego czasu i losu. Szanowała
odmienność i to, że niektórzy nie lubili życiowego porządku, a ich
domeną było carpe diem i chwytanie chwili, niekoniecznie zaplanowanej
i zapisanej skrzętnie kilka dni lub tygodni wcześniej w podręcznym
kalendarzu lub notatniku.
Miał być ślub... Za każdym razem, gdy powtarzała to zdanie, przypominała
się jej piosenka Brodki, która śpiewała:
Żoną miałam być,
miał być ślub i wesele też.
Miał być ślub. Miał... To pierwsze słowo było słowem kluczem. Miała stać
się żoną Konstantego Rakowicza, a tymczasem została bez narzeczonego, ze
złamanym sercem, bez najbliższej rodziny i z jednym celem - znalezieniem
szybko miejsca, w którym mogłaby się zaszyć i rozpocząć życie na nowo.
Zamykając raz na zawsze bolesną przeszłość, która przecież nie tak miała
wyglądać. Życie bywało przewrotne i zaskakujące. Ktoś po tym wszystkim
powiedziałby jej: "nic więcej nie planuj, bo to może nie wyjść". Ale ona
nie potrafiła żyć inaczej. Planowała wciąż i wciąż, chociaż przecież
najważniejszy z konceptów runął z hukiem, pozostawiając stertę gruzu,
którego nie chciała i nie miała zamiaru sprzątać. Niech robią to ci,
którzy to zniszczyli - myślała i mimo wszystko ogarniała bajzel, który
zostawił Kostek.
Brakowało jej powietrza. Mimo wysokich sufitów odnosiła wrażenie, że
pokój próbuje ścisnąć ją w środku, odbierając życiodajny tlen. Nerwica
dawała o sobie znać. Traciła stabilny grunt pod nogami. Musiała szybko
wynieść się z mieszkania, a jak na złość na popularnych portalach
aukcyjnych ani jedno ogłoszenie nie przykuwało jej uwagi. Wydawać by się
mogło, że jest w czym wybierać i przebierać, lecz niestety większość
przedstawianych ofert nie spełniała jej wymagań lub była poza jej
zasięgiem. Mieszkania odpadały - nie chciała żyć w Warszawie. Bała się,
że przypadkiem wpadnie na Kostka, który, zaślepiony nową miłością,
postanowił porzucić swoją przyszłą żonę w wieczór kawalerski. Tydzień
przed ślubem, zalewając się łzami, pełna wstydu odwoływała wszystko, bo
mężczyzna jej życia okazał się nieodpowiedzialnym i niedojrzałym
dupkiem. I chociaż wiedziała, że to nie ona powinna się wstydzić, ta
emocja była silniejsza. Tak, mieszkania zdecydowanie odpadały. Za duże
ryzyko ewentualnych i przypadkowych spotkań z eks. Nie zniosłaby
oglądania jego uśmiechniętej gęby. A domy? Te były albo kosmicznie
drogie, albo okazywały się ruderami, których odremontowanie kosztowałoby
krocie. Na to nie miała funduszy. Podupadała więc na zdrowiu
psychicznym. Gasła z dnia na dzień, tonąc w beznadziejnej sytuacji.
Wstała od mahoniowego biurka, które było jedyną namacalną pamiątką po
rodzicach. Bo, rzecz jasna, pozostały też wspomnienia, lecz te zacierały
się w pamięci z każdym przeżytym rokiem. Tylko tyle i aż tyle zostało po
Stefanie i Jaśminie Jankowskich. Ciężki mebel, przy którym Stefan
pracował długimi godzinami, redagując książki zarówno popularnych, jak i debiutujących autorów. Smykałkę do pisania i miłość do literatury
odziedziczyła właśnie po ojcu. Zarabiała na życie jako copywriterka.
Dzięki lekkości pióra miała wiele zleceń, w których mogła swobodnie
przebierać. Ogromnym plusem była możliwość zdalnej pracy z każdego
miejsca na ziemi. Pod warunkiem że miała dostęp do sieci, a z tym w obecnych czasach nie było dużego problemu. Internet był właściwie
wszędzie. Znaleźć bez niego miejsce było nie lada wyzwaniem! Dzięki
temu, że mogła żyć i pracować dosłownie w każdym zakątku, nie czuła
wypalenia zawodowego, tak jak chociażby Kostek, który od dwóch lat
pracował w korpo. Długo, jak na rotację, która tam panowała. Zresztą...
Kostek, Kostek... Chrzanić Konstantego! - pomyślała, lecz ten potrafił
wracać do jej myśli niczym rzucony w powietrze bumerang. Broniła się, a on uderzał w najmniej dogodnym momencie.
Otworzyła skrzydło drzwi balkonowych i bosymi stopami stanęła na
wyłożonym płytkami niewielkim tarasie. Kochała chodzenie na bosaka. Z uśmiechem na ustach wspominała chwile, gdy mama ganiała ją za to, że nie
dopierze jej brudnych skarpetek, a w głowie dudniły słowa babci, że
chodząc bez butów, przeziębi pęcherz i nerki, co będzie skutkowało
nieprzyjemnościami w starczym wieku. Kiedyś denerwowała się na to
gderanie. Teraz dałaby się pociąć za to, by móc usłyszeć jeszcze raz
któreś ze zdań wypowiedzianych przez matkę lub babkę. Gęsia skórka
pojawiła się na jej ciele, a na delikatnych przedramionach cieniutkie
włoski stanęły dęba. Wieczór był dość chłodny, słońce skrywało się za
blokami, a zapach spalin nieprzyjemnie wiercił ją w nosie. Chciała
odpocząć od miasta. Wyrwać się od smrodu, smogu, hałasu, ciągłego biegu
i wyścigu szczurów. Zastanawiała się, czy będzie jej to dane.
W mieszkaniu obok ktoś głośno słuchał muzyki. Nights in White Satin.
Znała ten kawałek. Poznałaby go wszędzie. Przy tej piosence jej ojciec
lubił siadać w skórzanym fotelu z drewnianą fajeczką, która specyficznie
pykała w rytm melodii. Słyszała ją teraz bardzo wyraźnie. Na to
wspomnienie uśmiechnęła się do siebie. Przymknęła oczy, chłonąc muzykę i słowa płynącego utworu. Lekki wiatr przeczesywał jej równo ścięte do
wysokości brody czarne włosy. Gdy kawałek cichł i dobiegał końca, Anna
uchyliła powieki i wróciła do ciemnego pokoju, który rozświetlała
jedynie blada poświata z ekranu laptopa.
- Przejrzę te cholerne strony ostatni raz i na dziś dam już sobie
spokój... - rzekła do siebie nieco zrezygnowana. Anka nie należała do
osób, które przeklinają. Nie znosiła wulgaryzmów! "Cholera" czy "kurde"
były jedynymi słowami, które przechodziły jej przez gardło. Innych nie
była w stanie wypowiedzieć. Gdy ktokolwiek bluzgał w jej towarzystwie,
krzywiła się zabawnie, jak gdyby ktoś włożył jej do ust duży kawałek
kwaśnej cytryny. Być może było to kwestią wychowania i tego, z czym
miała styczność na co dzień w domu; jej rodzice i dziadkowie należeli do
osób, które nie przeklinają. Nie miała skąd czerpać takich wzorców, więc
nie powielała tego typu zachowań. Starała się dbać o język i z uwagą
dobierała słowa. Nie po to, by brzmieć lepiej od innych. Chciała żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami i tym, co pozostało jej z nauk
wyniesionych z rodzinnego domu.
Ujęła w dłoń niewielką czerwoną bezprzewodową myszkę i trzymając palec
na rolce, zaczęła przewijać jeden z portali aukcyjnych. Wszystkie
ogłoszenia znała na pamięć. Oglądała je już od jakiegoś czasu, a rotacja
wstawianych ofert była niewielka. Wciąż te same nagłówki, powtarzające
się zdjęcia i zawrotne kwoty, od których aż bolała głowa. Kliknęła na
kolejną zakładkę w przeglądarce. Nie zamykała ich w obawie, że ktoś
sprzątnie jej świetną ofertę sprzed nosa. O ile takowa kiedykolwiek
miałaby się pojawić. Nie mogła pozwolić, by ktoś był od niej szybszy.
Nie w obecnej, trudnej i niekomfortowej sytuacji, w jakiej się znalazła.
Przecież tego nie planowała... Tym bardziej wyprowadzało ją to z równowagi, którą starała się za wszelką cenę utrzymać.
Odświeżyła okno i biorąc głęboki oddech, zabrała się do studiowania
strony. Tuż pod wyróżnionymi ogłoszeniami widniała nowa oferta, której
tytuł aż krzyczał z jasnego monitora: UROKLIWY DREWNIANY DOMEK W ATRAKCYJNEJ CENIE! Wyprostowała się i drżącymi dłońmi kliknęła w krzykliwy napis. Internet przez dłuższą chwilę ładował stronę, co
nadszarpnęło cierpliwość dziewczyny.
- No dalej, ruszaj się! - bębniła palcami o blat biurka w nadziei, że
dzięki temu oferta szybciej pojawi się na ekranie. Niestety, na nic się
to zdało.
Po chwili stronę wypełniły liczne zdjęcia przeplatane tekstem. Z zaciekawieniem przybliżyła twarz do monitora. Na jej bladej skórze
pojawiły się rumieńce. Czytała z uwagą treść ogłoszenia, które było
przygotowane z niezwykłą precyzją i skrupulatnością.
Drewniany dom na skraju lasu w malowniczej podwarszawskiej wsi Trzebież
kusił wyglądem i swoją ceną. Trzysta tysięcy za dom, budynek
gospodarczy, który był prawdopodobnie niewielką szopką i garażem, a także działkę, to okazja, obok której nie sposób przejść obojętnie.
Zwłaszcza że chałupka była zadbana. W aukcji wyraźnie zaznaczono, iż dom
nie wymaga remontu i dodatkowego wkładu własnego. Dostępny od zaraz.
Anka czuła, że to jej ogromna szansa. Za trzysta tysięcy mogła uwolnić
się od emocji, które w obecnym miejscu zamieszkania zaciskały się na
niej jak pętla na szyi wisielca, uniemożliwiając normalne
funkcjonowanie. Mogła wreszcie uciec i zacząć oddychać pełną piersią!
Jeśli tylko uda się jej kupić ten dom, zyska to, czego tak bardzo
pragnie. Tylko tyle dzieliło ją od wolności i nowego życia, które już
planowała sobie starannie, punkt po punkcie, w swojej głowie. I tym
razem nie pozwoli, by ktokolwiek te plany zepsuł. Bo nie planuje w swoim
świecie nikogo więcej. Będzie ona, drewniany dom i wieś. Taki obraz
pojawił się przed jej rozmarzonymi oczami.
Szybko zeszła na ziemię, pozostawiając na moment piękną sferę fantazji.
Nie zastanawiając się ani minuty dłużej, chwyciła za telefon, strącając
na podłogę ulubiony notes, który pękał w szwach od zapisków,
poprzyklejanych kartek i znaczników. Upadając, uderzył głucho o dywan,
którego Kostek nie znosił z całego serca. Nieraz odgrażał się, że
wypierdoli go na śmietnik. Anka zamierzała zabrać kobierczyk do nowego
lokum, bo ten stary poplamiony dywan był jej oczkiem w głowie. Może nie
czuła się fantastycznie, otoczona wszelkiej maści starociami, ale ten
dodatek w pomieszczeniu dawał poczucie przytulności i na moment
przenosił ją w słodkie i beztroskie czasy dzieciństwa. Nadgryziona zębem
czasu czerwona wzorzysta płachta na podłodze, która, gdyby tylko mogła,
opowiedziałaby niejedną historię o tym, kto stąpał po jej wiekowych
włóknach, musiała wyprowadzić się razem z nią. Ten dywan miał duszę. I tego się trzymała.
Trzęsącymi się dłońmi wystukała szybko numer, sprawdzając dwa razy, czy
poprawnie wpisała cyfry. Gdy była pewna, że nie pomyliła żadnej z nich,
nacisnęła zieloną słuchawkę. Dokładność i sumienność były jej mocnymi
stronami, które chętnie wpisałaby w CV, gdyby tylko pomyślała o zmianie
pracy. Sygnał płynął za sygnałem. Jeden, drugi, trzeci. Anka zaczynała
nerwowo poklepywać dłonią o udo, tracąc nadzieję na połączenie. Oferta
była zbyt rewelacyjna. Domyślała się więc, że zainteresowanie
ewentualnych kupujących jest przeogromne. Dom, garaż, działka... I to
wszystko za jedyne trzysta tysięcy! W czasach galopującej inflacji było
to niczym najlepsza promocja na Black Friday! Kolejne sygnały płynęły z wolna ze smartfona. Zrezygnowana odsuwała aparat od ucha, gdy po drugiej
stronie usłyszała charakterystyczny dźwięk odebranego połączenia, a potem kobiecy głos.
- Olga Mielcarz, agencja nieruchomości, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, z tej strony Anna Jankowska. Trafiłam w internecie na
państwa ogłoszenie, które zostało dodane kilka minut wcześniej. Mam na
myśli...
- Chodzi o domek w Trzebieży? - agentka przerwała Ance, nie dając jej
dojść do słowa. Głos kobiety był pewny i niski. Olga Mielcarz mówiła
szybko, jak gdyby chciała zakończyć rozmowę w jak najkrótszym czasie.
Słowa wystrzeliwała z siebie z prędkością karabinu maszynowego. To zbiło
z tropu Jankowską, która przez moment nie mogła sklecić w głowie
poprawnego zdania.
- T...ak... D...dokładnie o to ogłoszenie mi chodziło. Czy jest
aktualne? Cena jest atrakcyjna, więc...
- Tak, oczywiście. Możemy spotkać się jutro o dziesiątej? Obejrzy pani
dom i obejście, podejmie decyzję. Nie ukrywam, ogłoszenie ma wzięcie.
Zapisać panią na jutro?
- Poproszę. Czy mogłaby mi pani podać dokładny adres? Nie chciałabym
się...
- Wyślę esemesa. Do zobaczenia! - agentka po raz kolejny przerwała Ani w połowie zdania, po czym w ekspresowym tempie zakończyła rozmowę.
Dziwna kobieta... - pomyślała, wzruszając ramionami. Jednak nie to
było teraz istotne. Najważniejsza była wizja rychłej wyprowadzki, bo
liczyła na to, że jutro obejrzy swoje nowe miejsce na ziemi.
Postanowiła, że zrobi wszystko, by jak najszybciej sfinalizować ofertę.
Podpisze umowę i zapłaci te trzysta tysięcy choćby zaraz, byleby tylko
dostać klucze do swojego domu. Z dala od Kostka. Siadając w wygodnym
fotelu, dała się ponieść fantazji i przez długi czas marzyła o nowym
lokum.
***
Tej nocy prawie nie spała. Podekscytowanie i stres spowodowały, że nie
była w stanie zmrużyć oka. To wszystko odbiło się na jej fizjonomii. Nie
wyglądała zdrowo, promiennie i dobrze. Sińce i worki pod oczami
zdradzały brak snu i ogromne zdenerwowanie. Blada cera stała się jeszcze
bledsza, chociaż Anka myślała, że to niewykonalne. A jednak... Jedna
nieprzespana noc przed ważnym dniem sprawiła, że Jankowska nie
przypominała młodej i pełnej życia dziewczyny, a raczej chodzącego
zombie, wyjętego z taniego horroru klasy B.
Dziś nie chciała tracić czasu na swoje poranne rytuały. Każdy dzień
rozpoczynała krótką przebieżką, która pobudzała ją do życia lepiej niż
poranna aromatyczna kawa. Dziś postawiła na chłodny i orzeźwiający
prysznic, a także dużą, mocną i czarną jak smoła kawę, którą pospiesznie
wlewała do termosu, roniąc kilka kropel na blat kuchenny. Nie zawracała
sobie głowy sprzątaniem. Ile razy Konstanty zostawiał bałagan! Tym razem
on mógł ogarnąć wciąż wspólną przestrzeń. Chciała dotrzeć na miejsce
przed czasem. Nie lubiła się spóźniać. Była bardzo punktualna, a spóźnianie się traktowała jako brak szacunku do drugiej osoby. Irytowało
ją, gdy musiała na kogoś czekać, i nie chciała, by ktoś musiał czekać na
nią. Ceniła czas - swój, jak również innych osób.
Nigdy wcześniej nie miała okazji jechać do Trzebieży. Właściwie to gdyby
nie ogłoszenie, które rzuciło się jej w oczy, nie miałaby pojęcia o istnieniu tej podwarszawskiej miejscowości. Trzęsącymi się dłońmi
wstukała adres w nawigacji: "Trzebież, ul. Jaśminowców 13", po czym
zgrabnie włączyła się do ruchu.
Droga z Warszawy do zjazdu na wieś o dziwnej nazwie zajęła jej około pół
godziny. Ulica w tym kierunku była stosunkowo pusta. To była dla niej
swego rodzaju nowość i wytchnienie od warszawskich korków. Gdy skręciła
zgodnie ze znakiem "Trzebież 1,5", w jednej chwili nawigacja wyłączyła
się, odmawiając posłuszeństwa.
- Cholera, no! Teraz? Serio? - przejechała kilka metrów i zaparkowała
przy wjeździe na czyjąś łąkę. Asfaltówka przecinała pastwiska i ciągnęła
się niczym wstęga makaronu. Jak okiem sięgnąć, nie widać było żywej
duszy i ani jednego zabudowania.
Raz za razem próbowała włączyć aplikację. Gdy się udawało, ta nie
pokazywała ulicy Jaśminowców trzynaście. Trzebież owszem, znajdowała się
na mapie. Jednak program nie widział żadnej nazwy ulicy.
- No to pięknie... Wpadłam...
Uderzyła ze złością w kierownicę, przypadkowo uruchamiając pięścią
zabawnie brzmiący klakson. Ukrywający się za krzakiem bażant uleciał
spłoszony nagłym dźwiękiem. Jankowska podskoczyła na siedzeniu kierowcy,
chwytając odruchowo oburącz kierownicę.
- Ale mnie nastraszyłeś, kolego! Tak szybko uciekłeś, że nawet nie
zapytałam, gdzie jest ulica Jaśminowców! - zaśmiała się nerwowo,
rzucając słowa w kierunku odlatującego barwnego ptaka. Radio złapało
popularną rockową stację. Audycję prowadzili Amelia Szkatuła i Jeremi
Ambrożek. Po ciekawej wymianie zdań zapowiedzieli kawałek, który
rozbrzmiał w niewielkim aucie Anki.
- Dobra, jakoś to będzie. Gdzieś wreszcie dojadę...
Popłynął refren grupy Kiss. Dziewczyna śpiewała na całe gardło tekst
piosenki.
I was made for lovin' you, baby
You were made for lovin' me
And I can't get enough of you, baby
Can you get enough of me?
Droga ciągnęła się niczym długa rzeka, a po jej obydwu stronach pyszniły
się skoszone łąki, na których dumnie spacerowały bociany i żurawie.
Widok tych drugich nieco ją zdziwił. Była przekonana, że trzeba się
nieźle natrudzić, by je zobaczyć, podczas gdy tutaj kroczyły z wolna
niedaleko asfaltowej nawierzchni. Zatrzymała auto, by zrobić im kilka
zdjęć. Ogromne ptaki, biorąc rozbieg, wzbiły się w powietrze, by uniknąć
potencjalnego zagrożenia. Pozostały niczym niewzruszone bociany, które
wręcz zalały swoimi czarno-białymi ciałami całe łąki. Ojciec
powiedziałby, że niebawem będą szykowały się do odlotu. Nazywał to
bocianimi sejmikami, które świadczyły o rychłym końcu kanikuły. Zawsze
żałowała odchodzącego lata, mimo że kochała każdą porę roku. I tak jak
niektórzy kręcili nosem na jesienną aurę, ona starała się dostrzegać ten
pozytywny aspekt: deszcz sprzyjający lekturze, palenie świec
zapachowych, wieczory z ulubionymi serialami, grzybobrania i pachnące
liście, które szeleszczą w parkach pod stopami. I jej zdarzało się mieć
wtedy gorszy nastrój - była przecież tylko człowiekiem, który reaguje na
niekorzystny biometr. Jednak gdy chciała negować jakąś porę roku,
słyszała w głowie głos dziadka, który mówił poważnym tonem: "Ciesz się z tego, że żyjesz w kraju z czterema porami roku. Są tacy, którzy nie mają
tego szczęścia i żyją tylko w spiekocie i suszy albo w mrozie i zaspach!". Miał rację, musiała mu to przyznać.
Nawigacja wciąż nie chciała pokazać trasy do ulicy, której poszukiwała.
- Złośliwość rzeczy martwych... W nosie z taką elektroniką! - nerwowo
ściskała coraz mocniej kierownicę.
Minęła znak informujący o granicy miejscowości. Wydawało jej się, że
tablica z napisem "Trzebież" była przestrzelona kilkoma kulami. Musiała
to sprawdzić. Zwolniła. Zerknęła w lusterko, upewniając się, że nikt za
nią nie jedzie, by mogła swobodnie wrzucić wsteczny bieg i podjechać
kawałek przed zielony kawałek blachy. Na drodze nie było ani jednego
auta.
- O cholera... Ciekawe, kto to zrobił... - cztery czarne dziury
wyróżniały się na zielonym tle. Jedna z kul przebiła literę "e"w nazwie
miejscowości, tworząc zupełnie nową "Trzcbież".
Z bocznej uliczki wyjechała rowerzystka. Anna wrzuciła pierwszy bieg.
Musiała dogonić kobietę, to była jej jedyna szansa na dotarcie do
drewnianego domu. Po chwili zrównała się z jadącą na jednośladzie
kobietą. Zwolniła i otworzyła okno.
- Przepraszam bardzo! Nie mogę znaleźć pewnego adresu!
Tęga starsza kobieta z trudem zatrzymała rower, omal nie tracąc przy tym
równowagi.
- O Maryjko, ale mnie pani przestraszyła!
- Najmocniej panią przepraszam, nie miałam tego w planach! - Ance w jednej chwili zrobiło się niezwykle głupio.
- Nie szkodzi, nie szkodzi! To o jaki adres pani chodzi?
Nieznajoma pochylała się tak mocno, że prawie wsadzała głowę do auta
Jankowskiej. Świdrowała ją wzrokiem i przypatrywała się wnętrzu pojazdu
na tyle, na ile pozwalało jej bezpieczne wychylanie się podczas
trzymania kierownicy roweru.
Anka czuła, że trafiła na wiejską plotkarę. Starsza i przysadzista
kobieta aż oblizywała wargi, czekając w napięciu na to, do kogo zmierza
nieznajoma. Nie lubiła być obiektem zainteresowania i plotek. Miasto
wygrywało tym, że była tam anonimowa.
- A tak, już, momencik. Ulica, ulica... - Anka raz jeszcze zerknęła na
dokładny adres zapisany w telefonie. - Mam! Jaśminowców trzynaście.
Kobieta straciła równowagę i z krzykiem runęła razem z rowerem do
pobliskiego rowu. Ten nakrył ją swoim ciężarem. Anka, sprawdzając, czy
nic nie jedzie, wyskoczyła z samochodu, by podnieść rowerzystkę.
- O rany, nic pani nie jest? Proszę się nie ruszać, zaraz pani pomogę! -
rzuciła się do pomocy, unosząc czerwony rower.
- Nie, nie! Zostaw mnie! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Nie! -
kobieta na czworakach pięła się po nierówności rowu melioracyjnego.
Dźwignęła swoje ciało i ruszyła koślawym pędem przez nieużytek. Potykała
się co rusz, upadając na kolana. Wiek i waga utrudniały ucieczkę
nieznajomej.
- Halo, proszę pani! A rower?! Zostawiła pani rower!
Plecy kobiety z sekundy na sekundę coraz bardziej się oddalały.
***
Jankowska jechała główną drogą w narastającym stresie. Po tabliczkach na
bramach i domach zorientowała się, że porusza się ulicą Urokliwą. Nazwa
była dziwna, zwłaszcza że widoki wcale nie były urokliwe. Zwykła polska
wieś, domy stojące po obu stronach asfaltowej drogi. Niektóre oddalone
tak bardzo, że do pasa jezdni prowadziła długa piaszczysta lub szutrowa
uliczka dojazdowa.
Rozglądała się, chociaż nie dawało to żadnych rezultatów. Po
przejechaniu kolejnego kilometra zobaczyła skrzyżowanie. Niestety, nie
była to ulica Jaśminowców. Czas kurczył się, mimo zapasu, jaki Anna dała
sobie na dojazd do parceli. Powoli jechała przed siebie, mijając
skrzyżowanie.
Nieco dalej po prawej stronie zobaczyła małe poruszenie przy niskim,
żółtawo-zielonym budynku. Szyld nad drzwiami dumnie głosił "U MIECI.
Sklep spożywczo-przemysłowy". Piersiasta blondynka z wysoko upiętym
końskim ogonem dość ekspresyjnie tłumaczyła coś siedzącym na
prowizorycznej ławeczce koneserom napojów wyskokowych. Przy każdym ruchu
włosy podskakiwały, odbijając się od głowy. Panowie w zabrudzonych
spodniach kiwali się to w przód, to w tył, a szeroka drewniana decha na
dwóch niewysokich pieńkach chybotała się niebezpiecznie, jakby zaraz
miała runąć razem z siedzącymi nań mężczyznami, którzy ewidentnie byli
pod wpływem alkoholu. Zdradzały ich ruchy, mętny wzrok oraz napoczęte
flaszki taniego wina z wisienkami na etykiecie, które dzierżyli w brudnych rękach. Ci mężczyźni nie brali do siebie powiedzonka, że
prawdziwi dżentelmeni zaczynają pić po godzinie dwunastej. Anka była
pewna, że nie będą w stanie dotrwać do tej godziny, bo zasną na ławce za
kilka kwadransów.
Jankowska zaparkowała samochód i otworzyła drzwi na oścież.
- I jeszcze jedno! Jak kasa nie będzie uregulowana do jutra do
dwunastej, to wy dwaj umoczycie swoje mordy co najwyżej w kałuży, o ile
się wam z deszczem poszczęści! Zrozumiano?! Więcej na krechę nie będzie!
Skończyła się dobra ciocia, cholera jasna! Jak jesteście tacy
spragnieni, to za to zapłaćcie! Dotarło?! - krzyczała kobieta, celując w nich palcem.
Zanim Anka wysiadła, blondynka odwróciła się na pięcie i zniknęła za
kierownicą białego vana, którym ruszyła tak szybko, że spod kół auta
wyprysnęło kilka kamieni, odbijając się od siatki ogradzającej
przylegający do sklepu budynek.
Anka ruszyła ku drzwiom wejściowym sklepu. Te otwarte na oścież
zapraszały nie tylko kupujących, ale również osy i muchy z radością
obsiadające oblane lukrem słodkości na ladzie. Bała się os. Miała
uczulenie na jad owadów, więc starała się unikać starć z gryzącymi,
latającymi stworzeniami.
- Co podać? - spytał niezbyt uprzejmym tonem wysoki mężczyzna o szczupłej budowie ciała. Nie wyróżniał się kompletnie niczym. Chociaż
gdy przyjrzała mu się przez moment, zauważyła, że jego rysy twarzy były
ostre, a wąskie usta nawet przez moment nie próbowały wykrzywić się w życzliwym uśmiechu.
- Przepraszam, że przeszkadzam... - starała się dać mu do zrozumienia,
że jego ton nie jest w żadnym stopniu zachęcający do robienia zakupów w tym przybytku. - Szukam ulicy Jaśminowców. Dokładnie domu numer
trzynaście. Nawigacja mi zwariowała i zawzięcie twierdzi, że taka ulica
nie istnieje.
Oczy mężczyzny nieznacznie się rozszerzyły. Twarz spoważniała, a sam
sprzedający przez moment wyglądał tak, jakby połknął kij lub żabę.
Jabłko Adama poruszało się pod skórą w górę i w dół.
- Może pani powtórzyć tę nazwę?
- Tak, pewnie! Jaśminowców trzynaście.
Mężczyzna zaśmiał się ponuro pod nosem, po czym podrapał się po głowie.
- Cholera, czyli znowu wszystko zacznie się od początku...
Anna spojrzała badawczo na zdenerwowanego faceta.
- Słucham? Co niby ma się zacząć? Może pan mówić nieco jaśniej? - jego
zachowanie nieco ją zestresowało.
- Nic, nic... To nie było do pani. Miałem na myśli tych dwóch - kiwnął
głową na wchodzących pijanych mężczyzn, których chwilę wcześniej
widziała na ławce pod sklepem. Spojrzał na nich złowrogo i krzyknął: -
Mieczysława wyraziła się jasno! Nic wam nie sprzedam, fora ze dwora, ale
już! Nie widzita, że klienta mam?!
- Ale kerowniiikuuuuu - wyjęczał jeden z nich - no poratuuuuj
odrobyyynkeee, nooo...
- Janusz, no... Nie bądź ten, jak to się nazywa... ło, już wiiim!
Sandał! Jutro przynieeesiem te piniooondze - wystękał drugi, ledwie
trzymając się na nogach.
- Wiesiuuu, sam jesteś jak ten sandał. Przeca to, kurwa, pantofel!
Sandale ty... - Pierwszy zaczął się śmiać, chwiejąc się na nogach.
Porównanie do pantofla okropnie rozzłościło sprzedawcę.
- Wynocha, ale już! Bo po Wagnera zadzwonię i raz-dwa się z wami
rozprawi, chlejusy! Wytrzeźwieć i do roboty! A nie żebrać mi tu i klientów straszyć!
Dwóch wielbicieli napojów wyskokowych opuszczało sklep
spożywczo-przemysłowy u Mieci. Sklepowy był wciąż spięty. Łypał złowrogo
na wychodzącą pijaną klientelę. Panowie wytaczali się powoli ze sklepu
na parking. Anka była pewna, że zajmą zaraz stojącą pod fasadą budynku
ławeczkę. Słychać było jeszcze przez chwilę okraszone przekleństwami
dywagacje na temat niesprawiedliwości życia na wsi, po czym rozmowa
przed budynkiem ucichła.
Facet stojący za ladą wyciągnął kartkę i długopis, po czym nakreślił na
niej prowizoryczną mapkę. Kilka kresek, dwa punkty, kilka choinek
imitujących las. Nie był to obraz, który można by powiesić w galerii,
ale ułatwiał tłumaczenie i tak prostej drogi.
- Tu jest sklep - postukał w pierwszą kropkę na kartce. - Wyjedzie pani
w lewą stronę.
Przejeżdżał dokładnie palcem po małej mapce.
- Dojeżdża pani tu, do tego jedynego skrzyżowania. I tak: tu trzeba
odbić w lewo, później druga w prawo, kawałek prosto i za ostrym zakrętem
będzie taka mało widoczna uliczka, która znika w lesie - wskazał na
zabawnie narysowane iglaki. - Tamtędy pani pojedzie do końca i za ścianą
lasu pojawi się dom. Tylko ważne, by tej niewidocznej uliczki nie
przeoczyć. Bo inaczej trzeba będzie zawracać, a tam krzaki spore i wąsko
trochę. Auta szkoda! Czym pani przyjechała? Pewnie czymś sporym, co? Bo
paniusia to chyba miastowa!
- Micrą. Dziękuję za mapę.
- O, tą nową?
- Nie... K11.
- Eee, to spokojnie, można się mylić i zawracać! Akurat takiego rzęcha
nie będzie szkoda! - sprzedawca zaśmiał się donośnie, co zdenerwowało
Jankowską. Lubiła swój samochód i irytowało ją, gdy ktoś drwił z jej
wysłużonej Ciuchci.
- A właśnie, że byłoby szkoda. Bo to auto z duszą. Żaden rzęch, proszę
pana!
- Taaa... Niech i tak będzie. Chociaż ja tam swoje wiem, na autach się
znam.
- Polemizowałabym... - odchrząknęła. - Do widzenia panu! Raz jeszcze
dziękuję za pomoc.
Sprzedawca machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
- Do widzenia, do widzenia... - i dodał pod nosem, ledwo słyszalnym
szeptem: - Choć mam nadzieję, że jednak nie.
Usłyszała, ale puściła tę uwagę mimo uszu.
***
Chociaż Janusz narysował jej w miarę dokładną mapę, zabłądziła.
Przegapiła zjazd, o którym mówił jej ten opryskliwy facet. Domek na
sprzedaż był dobrze zakamuflowany, zaś droga wiodąca na podwórze
wyglądała na kompletnie nieuczęszczaną. Wysokie trawy szorowały głośno o podwozie leciwej bordowej micry, którą Jankowska pieszczotliwie nazywała
Ciuchcią. Szurające źdźbła wydawały specyficzny i zarazem na swój sposób
kojący dźwięk, który Anka kojarzyła z dzieciństwa. Często wyruszała z rodzicami na wakacje pod namiot. Pamiętała, jak niejednokrotnie gubili
się podczas złego odczytywania papierowej mapy. Na samo wspomnienie
uśmiechała się do siebie. Teraz każdy miał nawigację, można było
dojechać z nią w najbardziej zapomniany kawałek świata. Może poza
Trzebieżą, bo tu elektronika zawiodła. Ale kiedyś... Kiedyś było
inaczej. Jedna pomyłka i tracili godziny, jadąc intuicyjnie przez mniej
lub bardziej zapomniane szlaki. Czasem kłócąc się przy wyborze złej
drogi. Ale to nieistotne... O kłótniach się zapomina, a w pamięci
zostają piękne wspomnienia ze wspólnych wojaży.
Anka, trzymając kurczowo kierownicę, wychyliła się do przodu, prawie
dotykając nosem przybrudzonej przedniej szyby. W drodze do Trzebieży
miała zatrzymać się na stacji i przemyć ją mieszanką wody i płynu przy
dystrybutorze, jednak strach przed spóźnieniem i straceniem swojej
wielkiej okazji okazywał się silniejszy, przez co parła Ciuchcią do
swojego celu. Nie była typem kierowcy rajdowego, jednak tym razem
niejednokrotnie nagięła przepisy ruchu drogowego. Wszystko po to, by
przypadkiem nie przyjechać o kilka minut za późno.
Dziewczyna z zapartym tchem chłonęła krajobraz zza szyby. Pasy starej
micry nadal mocno ją trzymały, uniemożliwiając mocniejsze przechylenie.
Uśmiechała się do siebie, bo to, co zobaczyła, nie odbiegało od zdjęć
przedstawionych w internecie. Właściwie to wyglądało nawet lepiej niż na
fotografiach. Cieszyła się jak małe dziecko z nowej zabawki. Nikt jej
nie oszukał! Cóż za szczęście!
Niewielka chałupka wyglądała na zadbaną i odremontowaną. Ciemne deski w połączeniu z białymi oknami ze szprosami dawały poczucie przytulności.
Widziała, jak rośliny na parapecie dyskretnie wyglądały zza
półprzezroczystych firanek. Jedynie pokrycie dachu nie wyglądało
zachęcająco. I chociaż widziała wszystko na zdjęciach w ofercie, a także
sporo wiedziała na temat szkodliwości eternitu, nie czuła się
zniechęcona. Wręcz przeciwnie! Chciała jak najszybciej kupić dom, zanim
ktoś inny sprzątnie jej go sprzed nosa. Okolica była malownicza, cicha i spokojna. Tak wyglądało miejsce, w którym chciałaby zacząć wszystko od
nowa. Jej wyobraźnia zaczęła pracować na wysokich obrotach. Widziała w myślach, jak siada pod drzewami z kawą i książką. Znalazła się w raju. Z dala od gwaru, smrodu spalin. Kilkadziesiąt kilometrów od Kostka.
Anka wysiadła z auta, zamykając za sobą drzwiczki micry. Odgłos
klaśnięcia drzwi poniósł się po okolicy, odbijając się donośnym echem.
Nie była przyzwyczajona do takiej ciszy, którą przerywał jedynie szelest
drobnych brzozowych liści i ptasie trele.
Rozejrzała się dookoła. Po wczorajszej rozmowie telefonicznej
spodziewała się tu tłumów. Zdziwił ją fakt, że wokół posiadłości nie
było żywej duszy. Czy była pierwszą osobą, której dane będzie obejrzeć
ten dom? Miała taką nadzieję. Przeszła obok samochodu. Nikt wcześniej tu
nie wjeżdżał. Trawy ugięły się pod kołami Ciuchci, tworząc świeży ślad.
Niektóre źdźbła zaczynały nieznacznie i dość niezgrabnie unosić się ku
górze, starając się wrócić do poprzedniej pozycji, jednak przygniecione
i połamane nie potrafiły się wyprostować. A jeśli ogłoszenie było
ponurym żartem? Może ktoś sobie z niej zakpił?
- Jest tu ktoś?! - przykładając dłonie do ust, krzyknęła najgłośniej,
jak mogła. Echo docierało do jej uszu. Czarny kos poderwał się z drzewa
i sfrunął na pobliską łąkę. Trawy zaszeleściły pod niewielkim ciężarem
ptaka. Lekki wiatr przeczesał krótkie włosy dziewczyny, które przykleiły
się do jej ust.
Czuła zdenerwowanie. Zerknęła na zegarek, który wskazywał dziewiątą
pięćdziesiąt pięć. Olga Mielcarz miała jeszcze czas, chociaż Anna
zupełnie tego nie rozumiała. Będąc na miejscu agentki, chciałaby zjawić
się tu wcześniej, by wszystkiego dopilnować. Zwłaszcza że, jak
twierdziła, zainteresowanie domem było bardzo duże. Oprócz zdenerwowania
czuła coś jeszcze... Miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją obserwuje.
Czuła czyjś wzrok na swoich plecach. Przełknęła głośno ślinę i po
krótkiej walce z własnymi słabościami odwróciła się za siebie. Ciekawość
zwyciężyła.
Stała tam. Starsza kobieta z wiklinowym koszem wypełnionym po brzegi
ziołami i kwiatami, których Anna kompletnie nie znała. Długa suknia w kolorze zgniłej zieleni wyglądała jak wyjęta z innej epoki. Uwagę
przykuwał beżowy fartuszek zawiązany w pasie. Bordowobrązowe plamy
przypominające krew wyraźnie odznaczały się na jasnym tle. Staruszka ze
spiętymi w kok śnieżnobiałymi włosami przewiercała na wylot wzrokiem
przyjezdną. Anka czuła, że mimo ciepłej aury zaczyna dygotać, a po
plecach spływa jej strużka zimnego potu.
- Długo pani na mnie czeka? - Jankowska podskoczyła i wydała z siebie
zduszony okrzyk. Zobaczyła szczupłą wysoką kobietę. Olga Mielcarz stała
za Anną ze splecionymi na piersiach rękoma. Jej wygląd był nienaganny.
Czerwień ust współgrała z czarną i wywiniętą ku górze kreską na
powiekach. Idealnie skrojony kostium podkreślał kobiece kształty
czterdziestoletniej agentki nieruchomości. Wcięcie marynarki zaznaczało
talię osy, a głęboki dekolt uwydatniał pełny biust. Okulary z dużymi
kocimi oprawkami zasłaniającymi połowę twarzy nadawały jej poważny i z lekka srogi wygląd. Jej postawa i mowa ciała wyraźnie wskazywały na to,
że Olga doskonale znała poczucie własnej wartości. Silna i twardo
stąpająca po ziemi kobieta: to można było wyczytać z jej twarzy i sposobu poruszania się.
- Zaledwie kilka minut - Anna próbowała dyskretnie spojrzeć za siebie.
- Czekamy jeszcze na kogoś? - Mielcarz uniosła pytająco brew.
- Nie, skąd to pytanie? - Jankowska była zbita z tropu.
- Rozgląda się pani. Sądziłam, że na kogoś czekamy - agentka wyrzucała
słowa z prędkością karabinu maszynowego. Wypowiadając ostatnie zdanie,
poprawiła okulary, chwytając oprawkę kciukiem i palcem wskazującym.
- Właściwie to nie, ale... - Anka odwróciła się, by wskazać starszą
kobietę, po czym urwała w połowie zdania. Z trudem powstrzymała się, by
znów nie krzyknąć. Staruszka zniknęła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu... Pojawiła się znikąd i ulotniła jak kamfora.
- To niemożliwe... - szepnęła do siebie.
- Przepraszam, ale co jest takie niemożliwe? - Olga Mielcarz nerwowo
zerkała na zegarek i poprawiała swoje rude loki.
- Niemożliwe, by to miejsce było tak malownicze! - wypaliła Anka, modląc
się w duchu, by to wytłumaczenie wystarczyło niecierpliwej i dociekliwej
agentce. Nie chciała, by ta kobieta uznała ją za kogoś, kto ma jakiś
problem o podłożu psychicznym. Zależało jej na tym domu jak na niczym
innym.
- A jednak! Jest niezwykle urokliwe! - przez twarz rudej piękności
przebiegł szelmowski uśmiech emanujący pewnością siebie. - Proszę zatem
za mną. Gwarantuję, że zakocha się pani w tym domu z duszą!