ROZDZIAŁ 3
Marcelina miała jasnoniebieskie oczy i pięknie zaróżowione usta. Jej długie blond włosy opadały na smukłe ramiona. Wydawała się na wskroś sympatyczna. Dziewczyna z grona tych, które od pierwszego spojrzenia sprawiają wrażenie idealnej kandydatki na najlepszą przyjaciółkę. Ja nie szukałam niestety koleżanki i nie potrafiłam prowadzić rozmowy o niczym, więc początkowo piętnaście minut, które miałam tutaj spędzić w oczekiwaniu na Dobrzańskiego, jawiło się jako prawdziwa męka.
- Mieszkam naprzeciwko. - Odruchowo odwróciła głowę. - Wprowadziłam się od razu po tym, jak... no wiesz. - Zacięła się, szukając odpowiednich słów. - Słyszałaś o tej sprawie?
- Marek Dobrzański to mój wujek, więc co nieco obiło mi się o uszy. - Odchrząknęłam, a blondynka szerzej otworzyła oczy. Przez ułamek sekundy łudziłam się, że poczuła, że trochę się rozpędziła, i przestanie rozmawiać o "niespecjalnie przyjemnych wydarzeniach". Ale ona dopiero zaczynała.
- Naprawdę? Więc wiesz, jak było? Że ten cały dziennikarz...
- Nie wiem - ucięłam temat. - Przyjechałam tutaj, żeby pilnować domu. Podobno doszło do jakichś kradzieży w okolicy. - Zmieniłam pozycję na wygodniejszą i oparłam się plecami o ścianę.
- Nic takiego nie słyszałam. - Zmarszczyła brwi i podejrzliwie otaksowała mnie wzrokiem.
Aha, powiedziałam sobie w duchu, znalazłam się tu dzięki kłamstwu wymyślonemu po to, bym współczuła Markowi i bała się, że jego dom także padnie ofiarą włamywaczy.
- No, doszło, doszło. Konkretów nie znam wprawdzie, ale lepiej, żeby dom nie stał pusty - odburknęłam.
- Więc będziesz tu mieszkać sama? - Moja nowa znajoma najwyraźniej nie miała w nawyku odpuszczać.
- Tak. Nic innego mi nie pozostaje. - Wzruszyłam ramionami.
- To miła społeczność, zobaczysz.
- Ty też mieszkasz tu sama? - odważyłam się na to pytanie, choć mając na uwadze ceny domów w okolicy, mało którą dwudziestolatkę stać by było na taki zakup.
- Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Mieszkaliśmy pod Łodzią. Sprzedałam dom i przeniosłam się tutaj. Żeby zacząć wszystko od nowa. - Jej oczy nieznacznie się zaszkliły, a ja poczułam wyrzuty sumienia, że początkowo oceniłam ją jako zbyt ciekawską. Tymczasem Marcelina mogła czuć się tutaj nadal zagubiona. Mój ojciec umarł rok temu, a jakby to było wczoraj. Ona straciła i ojca, i matkę.
- Współczuję. Mój tato odszedł rok temu. Wczoraj była rocznica.
- Rany. - Zerknęła na mnie kontrolnie kątem oka. - To coś nas łączy.
Atmosfera stała się chwilowo nieznośna. A im dłużej milczałyśmy, tym bardziej chciałam powiedzieć literalnie cokolwiek, co przerwałoby tę ciszę. Nie byłam przygotowana na jej zwierzenia, a one pociągnęły za sobą moje, równie smutne. Nie od tego ludzie powinni zaczynać poznawanie się.
- Mieszkasz sama? - powtórzyłam swoje poprzednie pytanie, a Marcelina najpierw popatrzyła na mnie z zaskoczeniem, a następnie wyszczerzyła się zupełnie jak na początku naszego spotkania.
- Tak. Nie mam chłopaka, jeśli o to pytasz. Znaczy się nie mam nikogo na stałe. Sama powtarzam sobie ciągle, że jestem za młoda, by wikłać się w poważny związek. I czuję się tu dość obco. Wiesz, ludzie są fajni, nic do nich nie mam. Ale wszyscy mają rodziny, dzieci. Oprócz ciebie i dentysty, który mieszka w skrajnej szeregówce, nie ma tu singli. Czym się zajmujesz?
Nie odpowiedziałam, skupiając się na mężczyźnie, o którym wspominała, bo w tym samym momencie zalała się rumieńcem. Na końcu języka miałam wścibskie pytanie, ale w porę się powstrzymałam.
- Ja na co dzień pracuję w kancelarii komorniczej. Jestem taka podnieś, podaj, pozamiataj, choć uwierz mi, że beze mnie ta buda by padła - kontynuowała Marcelina. - Oprócz tego studiuję prawo. Jest ciężko i nie do końca wiem, czy dokonałam dobrego wyboru. Mam większy temperament, męczę się w papierach.
- Sądziłaś, że już na studiach będziesz bronić lub ścigać przestępców?
- Wiem, byłam naiwna - jęknęła. - A ty czym się zajmujesz?
- Studiuję psychologię. I chyba akurat kierunek dobrałam całkiem nieźle, jeśli chodzi o to, czym chcę się w życiu zajmować. Do tej pory studiowałam dziennie, ale od października przenoszę się na niestacjonarne. Chciałabym się też zahaczyć w jakiejkolwiek pracy. Cokolwiek, co pozwoli mi się zająć czymś produktywnym, żeby nie myśleć ciągle o ojcu... - Zawisłam w połowie zdania, bo moja sąsiadka raptownie odwróciła głowę.
Już wcześniej zauważyłam, że stoi tak, żeby widzieć i mnie, i główną ulicę osiedla i nieustannie spogląda w jej stronę. Wpatrzyła się w przejeżdżającego czarnego SUV-a, odprowadzając go wzrokiem, dopóki nie zniknął z jej pola widzenia. Kiedy jej wzrok ponownie spoczął na mnie, wydawała się tak obca, jakby naszej rozmowy wcale nie było.
- Muszę lecieć, przepraszam. Tak jak się umówiłyśmy, wpadnę do ciebie wieczorem! - Pomachała od niechcenia na pożegnanie i wręcz biegiem rzuciła się w prawą stronę.
Powinnam była zawołać, że wcale nie umawiałyśmy się na żadne spotkanie? Może i tak, niemniej nie zrobiłam tego. Chciałam podnieść się i obserwować, dokąd Marcelina tak nagle wyrwała, ale uznałam, że będzie to wyglądać co najmniej źle. Podglądanie zupełnie obcej dziewczyny w pierwszym dniu po wprowadzeniu się byłoby nie do wytłumaczenia nawet przed samą sobą. Bez znaczenia był fakt, że kierowała mną jedynie czysta ciekawość. Samochód, który tak mocno ją zaaferował, był na tyle luksusowy i rzucający się w oczy, że bez problemu odnajdę go przed którymś z domów, gdy tylko przespaceruję się po osiedlu.
Pięć minut później zjawił się wujek Marek, z piskiem opon parkując przed moim małym autkiem.
- Jestem najszybciej, jak się tylko dało. - Podszedł do mnie rześkim krokiem. - Głupio wyszło, pomogę ci. - Chwycił za walizkę i przeniósł ją przez próg, po tym jak otworzył drzwi.
Wnętrze domu wydawało się wręcz idealnie czyste, nigdzie nie było pajęczyn, śladów kurzu czy czegokolwiek, co wskazywałoby, że od ponad roku nikt tutaj nie mieszka. Zrobiłam dwa kroki w przód. Naprzeciwko drzwi znajdował się przestronny salon połączony z jadalnią i kominek, przy którym obiecałam sobie posiedzieć w ciemne, zimowe wieczory, a po prawej stronie schody prowadzące na piętro. Wystrój był przytulny, dominowały biele i szarości; gdybym sama miała go urządzać, zdecydowałabym się na podobny styl. Pierwsze wibracje, jakie poczułam w tym miejscu, były pozytywne.
- W lodówce pani Tatiana zostawiła podstawowe produkty. - Wskazał na kuchnię. - Masz tam jajka, mleko, jakieś jogurty, w szafce nad ekspresem jest chleb. Mam nadzieję, że jako tako ci się podoba.
- Jest pięknie - odpowiedziałam, zwracając na wujka minimalną uwagę i nie przestając krążyć po pomieszczeniach. Zajrzałam szybko do toalety i pralni znajdujących się na dole i miałam ochotę jak najprędzej przejrzeć górne pokoje. Mój dom rodzinny przypominał raczej graciarnię, matka miała manię zbierania wszystkiego, co może się kiedyś przydać. Tu poczułam namiastkę wolności. Mogłam wreszcie sama o sobie decydować.
- W sypialni jest nowy materac, odnowiłem też gabinet. Wcześniej były w nim ciężkie meble, odmalowałem go na biało, jest dużo bardziej nowoczesny. Mam nadzieję, że będziesz miała okazję z niego korzystać. - Marek nie przestawał opowiadać, ale szybko dotarło do niego, że średnio kontaktuję. - Zresztą widzę, że sama świetnie sobie radzisz - mruknął bardziej do siebie niż do mnie. - Chyba nic tu po mnie. Jeśli będziesz czegoś potrzebować...
- To mam dzwonić. Tak, Franek powiedział mi dokładnie tak samo. - Usiadłam na kanapie, chcąc sprawdzić jej miękkość, oczywiście była idealna. - Tu jest cudownie, więc czego mogłabym jeszcze chcieć? Poznałam już nawet sąsiadkę z naprzeciwka! - wykrzyknęłam radośnie.
Mimo początkowych obaw pilnowanie domu Dobrzańskich zapowiadało się jak świetna przygoda. Wujek zgromił mnie wzrokiem i widziałam, że chce coś powiedzieć, ale dopadł go straszny atak kaszlu. Musiałam wstać i nalać mu wody, poklepałam go także po plecach. Co takiego powiedziałam, że wywołałam aż tak gwałtowną reakcję? Dobrzański jakby się zapowietrzył. Kiedy kilka minut później doszedł już do siebie, wydawało się, że zupełnie stracił ochotę na rozmowę.
- Obiecaj, że nie będziesz zbliżać się do innych mieszkających tutaj ludzi - rzucił oschle, gdy opróżnił szklankę z wodą i odstawił ją z hukiem na blat.
- Dlaczego? - zapytałam ze szczerym zdziwieniem. - To była niezobowiązująca rozmowa z młodą rezolutną dziewczyną, nie będę tutaj spraszać żadnych podejrzanych typów, zaufaj mi.
- Nie chodzi tu o mnie... - Pokiwał przecząco głową i podniósł się z hokera. - Po prostu uważaj na siebie. - Podał mi rękę i uścisnął moją.
Wyszedł z domu, zostałam sama. Nie przykładałam do jego słów większej wagi, w końcu po tym, co przeżył, miał prawo być pospinany jak plandeka na żuku. Pobiegłam na górę posprawdzać resztę pomieszczeń. Dawno nie czułam się tak szczęśliwa.