NARODZINY
1244
W dolinie, gdzie spotykało się pięć rzek,
pojawił się nowy element: w łagodnym zakolu rzeki, półtora kilometra
poniżej zamkowego wzgórza, oczyszczono rozległy teren i teraz w miejscu
niegdysiejszych łąk usianych gdzieniegdzie drzewami rozciągał się
ogromny, obejmujący setki akrów plac budowy.
Był większy niż wszystko, co mieszkańcy Sarum kiedykolwiek widzieli.
Miejscami przypominał olbrzymią, dziwaczną roślinę, powoli wyrastającą
spod warstwy kurzu pokrywającego ją niczym pyłek -?albo potężne
stworzenie wyłaniające się ze swego kokonu. Jednak już teraz ulice oraz
domy z drewna i gipsu, a także otwarta przestrzeń z ogromną,
niedokończoną jeszcze katedrą z szarego kamienia, tętniły życiem i widać
było, że całość zapowiada się okazale i majestatycznie. Powstawało tu
bowiem przestronne Nowe Salisbury.
Nie było to ufortyfikowane wzgórze, jak stare normańskie miasto
założycielskie, ani częściowo ufortyfikowany burgh, jak wcześniejsze
osady saskie. Nowe miasto leżało w rozległej dolinie; obejmowało
obszerne, otwarte przestrzenie; nie miało murów obronnych ani donżonu;
budowano je z myślą o wygodzie i handlu.
Aby zrozumieć, skąd się tam wzięło, trzeba cofnąć się nieco w przeszłość.
Po burzliwym okresie rządów króla Stefana w Anglii zasadniczo panował
pokój. Został on ustanowiony przez następcę Stefana, syna jego kuzynki,
cesarzowej Matyldy -?Henryka II. Po swoich rodzicach Henryk odziedziczył
Andegawenię leżącą po drugiej stronie Kanału, dzięki czemu podczas swego
długiego panowania rządził nie tylko Anglią, lecz także Normandią i znacznymi terenami we Francji. Wojny toczył za granicą, zaś wyspie
zapewnił pokój, silną administrację, kodeksy prawne i sprawiedliwość
królewską opartą na procesach przed ławą przysięgłych. Było to
dziedzictwo Anglii, którego nie zdołali zniweczyć jego synowie -?ani
bohaterski, lecz nieobecny Ryszard Lwie Serce, ani młodszy, niefortunny
Jan, który utracił większość andegaweńskiego i normańskiego imperium.
Pod koniec rządów Jana ład i spokój w Anglii zostały na krótko zaburzone
wskutek buntu baronów, który zakończył się kapitulacją króla i podpisaniem umowy znanej jako Wielka Karta Swobód, oraz krótkiego
najazdu króla Francji na wschodnią część wyspy. Wkrótce po śmierci Jana
to właśnie magnaci wykazali się rozwagą, wypędzając Francuzów,
przywracając pokój i udzielając poparcia synowi Jana, pobożnemu młodemu
królowi Henrykowi III.
Pokój w kraju przyniósł spektakularny wzrost dobrobytu -?bogactwo
średniowiecznej Anglii, które zaowocowało wspaniałymi nowymi katedrami i okazałymi miastami.
Podstawę tego rozwoju stanowiły dwa czynniki: wyższe ceny produktów
rolnych, będące wynikiem rosnącej liczby ludności, oraz owce.
Angielska wełna należała do najlepszych w Europie i było jej w bród, a kupcy z Flandrii i Włoch, gdzie kwitł przemysł włókienniczy, wciąż
domagali się więcej. Ogromne ilości wełny eksportowano, a przez
większość czasu nakładane na nią podatki i cła pozostawały niskie. Na
początku XIII wieku w feudalnej Anglii nastąpiła olbrzymia ekspansja
kapitałowa.
Dla większości właścicieli ziemskich były to dobre czasy.
Przede wszystkim jednak były to dobre czasy dla magnatów.
Magnaci byli bowiem potężni. Pozwalali monarsze rządzić -?ale mocno
ściągali cugle. Kiedy władca, jak król Jan, znajdował się w trudnym
położeniu, ponieważ zbyt niskie dochody z opłat feudalnych nie
wystarczały na pokrycie nadzwyczajnych wydatków -?najczęściej wojennych
-?baronowie na wszelkie sposoby opierali się jego próbom zdobycia
dodatkowych funduszy. Kryzys związany z Wielką Kartą Swobód był w równej
mierze wynikiem tej naturalnej sprzeczności interesów, jak i braku
dyplomacji oraz uchybień ze strony króla Jana. W istocie monarcha nie
dysponował nawet środkami wystarczającymi na pokrycie kosztów własnej
administracji.
Po części z tego ostatniego powodu, a po części, aby zaspokoić feudalną
próżność magnatów, kolejni monarchowie pozwalali im zarządzać w swoim
imieniu ogromnymi połaciami ziemi. W tych wielkich domenach feudalnych,
zwanych honorami, baroniami bądź swobodami, to właśnie magnat,
funkcjonujący jako przedstawiciel króla, stał na czele sądów, które
zajmowały się wszelkimi sprawami z wyjątkiem najcięższych przestępstw;
to słudzy magnatów pobierali podatki i grzywny, zaś w niektórych z tych
obszarów nawet szeryf królewski nie miał prawa postawić stopy, jeżeli
król nie dysponował dowodami na istotne nadużycie magnackich
przywilejów. Za to królestwo w królestwie magnat płacił królowi służbą
swoich rycerzy bądź odprowadzał stosowny czynsz.
Choć z czasem rozwój sądów królewskich ograniczył zakres tych feudalnych
przywilejów, nadal były one pożądane i to nie tylko z uwagi na prestiż,
jaki ze sobą niosły, ale także dlatego, że przychody z rozpatrywania
spraw sądowych, nawet tych drobnych, wciąż były nie do pogardzenia.
Za czasów króla Jana w rękach prywatnych znajdowała się jedna trzecia
"setek" Wiltshire, każda z własnymi sądami i administracją, a sto lat
później były to już dwie trzecie. Te prywatne domeny feudalne należały
do wielkich rodów, takich jak Longspée'owie, którzy dzięki małżeństwu
pozyskali majątki hrabstwa Salisbury, czy do innych znakomitych rodzin,
jak Peverelowie, Pavely'owie i Giffardowie.
Jednak do największych możnowładców należał Kościół. Opactwa w Glastonbury, Malmesbury i Wilton, klasztory Świętego Swituna w Winchesterze i pobliskim Amesbury, a także, rzecz jasna, biskup
Salisbury, posiadali własne "setki" w hrabstwie.
Za te przywileje płacili królowi czynsz, ale zyski należały wyłącznie do
nich.
W zmieniającym się świecie jedną z najbardziej dochodowych włości, jakie
magnat mógł posiadać w swoim dominium, było miasto.
Czynsze za budynki, wpływy z sądów, opłaty i cła za wwożone do miasta
towary: wartość przywilejów miejskich była niemała.
Rozwój gospodarczy i panujący w Anglii pokój sprawiały, że możliwości
zakładania nowych miast zdawały się wzrastać z każdym dniem. W drugiej
połowie poprzedniego stulecia biskup Winchesteru założył ich wiele i niemal wszystkie przynosiły jego diecezji znaczne zyski. Nic zatem
dziwnego, że biskup Salisbury zapragnął pójść w jego ślady.
Miał po temu idealny pretekst -?a właściwie cały ich zestaw. Położenie
starej katedry było niezadowalające. Ciasne grodzisko z luźno
zabudowanymi przyległościami było wietrzne i słabo zaopatrzone w wodę;
oślepiająco biała kreda męczyła wzrok; kapłani katedralni mieli dzielić
tę ograniczoną przestrzeń z królewskim garnizonem wojskowym, który -?jak
twierdzono -?przeszkadzał nawet w odprawianiu nabożeństw. Jednak na
południe od wzgórza, w niecce doliny, gdzie spotykało się pięć rzek,
rozciągały się łąki znane jako Myrifields. Na tym terenie znajdowała się
tylko niewielka parafia Świętego Marcina. A przecież ta rozległa i dobrze nawodniona połać ziemi należała już do diecezji.
W roku Pańskim 1218 biskup Poore -?drugi z zamożnych i wpływowych braci,
którzy piastowali urząd biskupa Sarum -?otrzymał zezwolenie papieża i pobożnego młodego króla Anglii Henryka III na przeniesienie katedry w nowe, przyjemniejsze miejsce na niżej położonych łąkach. Uzyskał także,
co oczywiste, zgodę, żeby w pobliżu katedry założyć nowe miasto.
Było ono typowym przykładem sztuki urbanistycznej swoich czasów. Na
przestrzeni niemal stulecia w całej Anglii powstawały nowe miasta
targowe, którym nadawano wyrafinowane geometryczne kształty, projektując
je na planie klina albo półokręgu. Jednak największe z nich, jak Nowe
Salisbury, zazwyczaj oparte były na prostokątnej siatce. Tak
zaawansowanego planowania urbanistycznego nie widziano na wyspie od
czasów rzymskich, tysiąc lat wcześniej.
Nowe miasto biskupa leżało w łagodnym zakolu rzeki Avon, która płynęła z północy i otaczała je, niczym troskliwym ramieniem, od zachodu i południa. Składało się ono z dwóch części. Jedną z nich stanowiły tereny
przykatedralne, znane jako close -?na tym rozległym otwartym obszarze
miała powstać nowa katedra, a przy jego obrzeżach budowano domy
kapłanów. Druga część przylegała do pierwszej, a tworzyło ją miasto
targowe z prostokątną siatką ulic i ogromnym rynkiem w samym centrum.
Każda z tych części pełniła odmienną funkcję: jedna duchową, druga
handlową. Obie zaś -?kościół z kapłanami i rynek z handlarzami -
należały do biskupa, całkowicie i bezwarunkowo. Miasto stanowiło bowiem
swobodę feudalną, a na mocy przywileju nadanego w 1227 roku biskup
Salisbury był jej niekwestionowanym panem feudalnym.
* * *
Był upalny letni dzień. Grupka robotników pracowała, nie czerpiąc ze
swego zajęcia żadnej radości.
Niezadowolony był zwłaszcza jeden z nich -?mały, krępy trzynastolatek o nieproporcjonalnie dużej głowie, krótkich, grubych palcach i poważnych
szarych oczach, który, chociaż pracował pod bacznym nadzorem kanonika
katedralnego, nie mógł powstrzymać się od niespokojnego zerkania w głąb
ulicy.
Wiedział bowiem coś, czego kanonik nie był świadomy -?w dolinie na
północ od miasta zebrało się kilku mężczyzn, a wśród nich Godefroi i Shockley, którzy obiecali, że jeśli narada zakończy się powodzeniem,
wrócą tu i dadzą mu szansę wyrwania się z tego kieratu.
Już kilka razy odrywał oczy od pracy, by spojrzeć z nadzieją w dal.
Nienawidził tej katorżniczej harówki. Jakże pragnął odmienić swoje
życie.
Kanonik Stephen Portehors wbił w niego lodowaty wzrok.
W całym Sarum nie było nikogo tak nieistotnego i pozbawionego znaczenia
jak ten młody kamieniarz. Sam Osmund doskonale zdawał sobie z tego
sprawę, ponieważ kanonik Stephen wyraźnie mu to powiedział.
"W oczach Boga, Osmundzie, jesteś tak mały jak drobina kurzu -?wyjaśnił.
-?Ale pamiętaj -?dodał złowieszczo -?On widzi wszystko, co czynisz, bo
przed Jego wzrokiem nie zdoła się ukryć ni pyłek. Ojciec niebieski pozna
każdy twój grzech".
Kanonik skinął na niego, każąc mu podejść. A Osmund wiedział dlaczego:
zgrzeszył.
* * *
Osmundowi zdawało się, że gdziekolwiek spojrzy, wszędzie jest kurz.
Kurz, niczym migotliwa mgiełka, przesłaniał ogromną szarą bryłę
wznoszonej katedry, która majaczyła w oddali, kilkaset metrów na
południe. Kurz spowijał rozległą, otwartą przestrzeń przykatedralnego
close -?otaczającego katedrę dwustuakrowego terenu rozciągającego się
od granicznego rowu na wschodzie aż po rzekę. Kurz przykrywał stosy
szarego kamienia z Chilmark okalające plac budowy, leżał na wozach,
deskach, rusztowaniach, na zwojach sznurów i stertach gruzu do
wypełniania ścian; kurz pokrywał rozległe działki, gdzie budowano
kamienne domy dla kapłanów, i ogrody przylegające do krzywizny zakola
rzeki Avon; kurz opadał wreszcie na samą rzekę i kładł się na długie,
ciemne wodorosty, które wolno falowały w jej nurcie. Łabędzie sunące
cicho swoim dostojnym, miarowym tempem wzdłuż zielonych brzegów były na
wpół szare od kurzu. Kurz osiadał na płaskich, podmokłych łąkach
ciągnących się od wiosek Fisherton i Bemerton aż po odległe Wilton.
Wszędzie nad niedokończoną szachownicą nowego miasta przyległego do
terenów katedry unosił się kurz pochodzący z domów budowanych z listew i tynku.
Kurz -?widział go wyraźnie -?niczym bladoszary całun spowijał ciemny, na
wpół opuszczony zamek na wzgórzu. A na zboczach powyżej, na surowym,
bezdrzewnym wzniesieniu, gdzie pasły się owce, każde dotknięcie ich runa
wzbijało w powietrze obłoczki szarego kredowego pyłu, które zaraz unosił
południowy wiatr. Bladoniebieskie motyle, gdy podrywały się letnim rojem
z twardej, rozgrzanej ziemi, również zdawały się przyprószone subtelną
powłoką kurzu. Nawet ten wielki, fascynujący krąg powalonych głazów, do
którego kiedyś zawędrował, przebywszy niemal trzynaście kilometrów,
wydawał się przyciągać kurz z nowego miasta. Wyglądał jak dziwny,
odległy satelita placu budowy, gotów podźwignąć się po upadku, zamiast
bezgłośnie popaść w ostateczną ruinę.
Sam Osmund też był pokryty kurzem. Podobnie jak srogi kanonik, którego
ramiona znaczyła szara obwódka pyłu.
Kurz dusił i drażnił chłopca.
A jednak wiedział, że powinien być wdzięczny.
"Nasze miasto zbudowane jest na skale -?powiedział mu kanonik. -?To
pewny fundament".
I rzeczywiście, choć znaczna część okolicznego terenu była podmokła,
ziemia, którą mądry biskup wybrał w Myrifield, była solidna.
"Widzi sz -?pouczył młodego Osmunda kanonik Stephen poprzedniego dnia -
wprawdzie to miejsce leży nisko, ale tuż pod powierzchnią skrywa grubą
warstwę żwiru. -?I kiedy Osmund zajrzał do wykopu, nad którym stali,
przekonał się, że to prawda. -?Żwir jest mocny. Udźwignie największą
katedrę, jaką człowiek zdoła zbudować -?zapewnił go duchowny. -?Bądź
wdzięczny, żeś urodził się w czasach, w których dane ci jest oglądać
tworzenie tak wielkich dzieł na chwałę Bożą".
* * *
Teraz jednak kanonik był rozgniewany. Włosy miał siwe i rzadkie, ale
brwi gęste i nadal w większości czarne, o zewnętrznych końcach
wywiniętych ku górze jak u puszczyka. Ciemnobrązowymi oczami przeszywał
Osmunda na wskroś, a kiedy przemówił, jego głos wydał się chłopcu twardy
i ostry jak krzemień.
-?Wymień siedem grzechów głównych, Osmundzie.
Grzechy popełniane świadomie i dobrowolnie, grzechy niechybnie skazujące
grzesznika na potępienie: ksiądz z Avonsford zadbał o to, by znał je od
najwcześniejszych lat.
-?Gniew, obżarstwo, zazdrość, lenistwo, chciwość, pożądliwość i pycha -
wyrecytował ponuro.
Portehors skinął głową.
-?A którego z nich jesteś dziś winien?
Jak wiele wiedział kanonik? Osmund musiał być ostrożny.
Powszechnie wiedziano, że dzieło, nad którym kanonik Stephen Portehors
trudził się przez całe lato -?wspaniałe i niezwykłe udogodnienie
miejskie -?stanowi jego dumę i radość. Kanały wodne Nowego Salisbury,
jeszcze niedokończone, a już budziły podziw. Woda czerpana z Avonu tuż
powyżej miasta płynęła siecią kamiennych koryt wiodących środkiem
najważniejszych ulic. Szerokość tychże kanałów wahała się od
sześćdziesięciu centymetrów do około dwóch metrów, a tu i ówdzie
przecinały je drobne mostki dla pieszych.
"Przywodzą rzekę w samo serce miasta -?ogłaszał z dumą Portehors. -?Czy
może być coś przyjemniejszego albo zdrowszego?"
Po prawdzie kanały te były dla niego ważniejsze niż same ulice: gdy
przed kilkoma miesiącami zauważył, że teren wzdłuż jednej z właśnie
wytyczanych arterii północ-południe nie jest tak równy, jak należy, nie
wahał się zmienić przebiegu samej ulicy, a co za tym idzie, całego
układu części nowego miasta, byle tylko zapewnić swemu ukochanemu
kanałowi stabilne podłoże.
"Precyzja -?podkreślał stanowczo. -?Woda popłynie jedynie wtedy, gdy
podłoże będzie dokładnie wypoziomowane".
Dokładnie. Na dźwięk tego słowa robotnicy ponuro wzruszyli ramionami; w Sarum dobrze wiedziano, że kanonik i jego brat w mieście odziedziczyli
rodzinną obsesję na punkcie dokładności. Gdy tylko padało słowo takie
jak "precyzja", wszelkie dyskusje traciły sens. Nie było innej rady, jak
tylko wytyczyć całą ulicę od nowa i ponownie przekopać kanał.
Jakże chłopiec tego nienawidził!
Osmund Mularz. W jego uszach brzmiało to jak szyderstwo. Choć podobnie
jak jego ojciec i dziadek, którzy niekiedy pracowali jako mularze w Avonsford, on także nosił przydomek "Masoun" lub "Mason", czyli Mularz
albo Kamieniarz, nic to właściwie nie znaczyło. W rzeczywistości był
tylko prostym chłopem, robotnikiem, któremu czasem, jeśli miał
szczęście, pozwalano przycinać kamienie potrzebne do budowy tych
przeklętych kanałów wodnych.
Prawdziwi mularze byli rzemieślnikami pracującymi przy budowie tej
wielkiej katedry. A to był zupełnie inny świat. Świat, o którym czasami
marzył. Gdy kończył swoją codzienną pracę, często wstępował w magiczną
ciszę przykatedralnego close, by obserwować, jak rzemieślnicy zajmują
się swoim fachem w tej monumentalnej budowli. Widywał tam dostojnych
mistrzów mularstwa, którzy przewodzili cechowi mularzy -?wybrańców
sprowadzanych z całego kraju, a nawet z kontynentu po drugiej stronie
Kanału. Lecz zarówno oni, jak i zwykli kamieniarze zostali zatrudnieni
już dawno temu. Nawet swoich uczniów dobierali zwykle z własnych rodzin.
Dlaczego mieliby zwrócić uwagę na młodego chłopa z Avonsford, którego
ojciec parał się swego czasu obróbką kamienia?
A jednak rzeźbiarski duch wciąż był w nim żywy. Pewnego dnia,
poprzysiągł sobie, znajdzie sposób -?będzie pracował w samej katedrze,
wśród mularzy w ciężkich fartuchach, którzy co dnia tak dumnie kroczyli
do swojej pracy.
Już ponad sto lat upłynęło, odkąd Godric Body zawisł na szubienicy na
wzgórzu zamkowym. Kilka miesięcy później przyszedł na świat jego syn, a że matka dziecka zmarła podczas porodu, wuj Godrica Nicholas uznał za
rzecz naturalną, żeby przygarnąć niemowlę i wychować chłopca jak
własnego syna. W rezultacie dzieci i wnuki Godrica Body'ego zwykle
nosiły przydomek Mason, czyli Mularz, podobnie jak reszta ich przybranej
rodziny. A kiedy osiemdziesiąt lat po śmierci Godrica jeden z jego
potomków poślubił swą drobną, krępą kuzynkę, ich syn odziedziczył
wszystkie charakterystyczne cechy pracowitego rodu Masonów: przysadzistą
sylwetkę, krótkie kciuki i dużą głowę. Choć jednak wyglądał jak Mason,
mały Osmund skrywał w sobie bujną wyobraźnię oraz wrażliwość na piękno
natury -?cechy pochodzące wprost od nieszczęsnego pastuszka-rzeźbiarza,
którego przed laty powieszono. Był to swoisty geniusz, lecz jego
istnienie ten młody i nieco powolny z wyglądu chłopiec -?chociaż
uwielbiał rzeźbić -?na razie tylko mgliście przeczuwał.
W tej chwili jedyne, co mu oferowano, to mozolna harówka i sam musiał
przyznać, że nie zawsze przykładał się do pracy, tak jak powinien.
Patrząc więc na wychudzonego, siwiejącego księdza, odparł ze smutkiem:
-?Grzechu lenistwa.
Kanonik Stephen pokiwał głową.
-?Tak. Jesteś leniwy, bo nie lubisz tej pracy. Lecz Bóg nie stworzył cię
po to, byś był szczęśliwy. Stworzył cię, żebyś służył, bo tylko przez
służbę Jemu zasłużysz na niebiańską nagrodę.
Osmund zwiesił swą dużą głowę. Gdzieś w głębi duszy czuł bunt, wiedział
jednak, że kanonik, chociaż surowy, był sprawiedliwy. Odwrócił się, by
odejść.
-?Stój. -?Głos kanonika był nieubłagany. -?To nie wszystko. Ukrywasz
jeszcze jeden grzech, mój synu.
Skąd mógł o tym wiedzieć? Chłopiec czuł na plecach wzrok duchownego i nie miał odwagi się odwrócić.
-?I cóż mi powiesz?
Osmund nadal milczał.
-?Więc ja powiem tobie -?głos ciął jak brzytwa. -?Tym grzechem jest
chciwość. -?Wysyczał to słowo.
A zatem wiedział.
Płacono mu pensa dziennie. Był biedny.
-?Ludzie, którzy powinni mieć więcej rozumu, kuszą cię, byś pracował dla
nich, gdy jesteś potrzebny tutaj -?oskarżył go kanonik. -?Bezbożnicy.
Każde jego słowo było prawdą. A jednak Osmundowi nie wydawało się to
wielkim przewinieniem.
Chodziło o to, na co tak niecierpliwie czekał przez cały poranek.
Mężczyźni, po powrocie z narady w dolinie, mieli mu zaoferować pracę za
półtora pensa dziennie -?była to wspaniała stawka, a pracy mogło
wystarczyć na cały rok. Znał ich obu dobrze. Nie wydawali się tacy
bezbożni. Odwrócił się powoli, zastanawiając się, jakim sposobem kanonik
się o tym dowiedział.
-?Chciałeś porzucić swoją pracę tutaj dla pieniędzy, Osmundzie. Jesteś
młody. Lecz miłość do pieniędzy to chciwość, a ta jest grzechem. -
Umilkł na chwilę, przewiercając chłopca swym strasznym spojrzeniem, a potem podjął już nieco łagodniej: -?Dobrze obrabiasz kamień. Podobno
potrafisz też rzeźbić w drewnie.
Osmund skinął głową. Wyrzeźbił piękne drzwi dla Godefroia we dworze w Avonsford i wiedział, że ksiądz oglądał jego dzieło. Niemniej następne
słowa kanonika wprawiły go w zdumienie.
-?Czy chciałbyś pracować w katedrze?
Osmund wpatrywał się w Portehorsa, ledwie mogąc uwierzyć w to, co
usłyszał. Pracować w katedrze pośród mularzy -?czyżby miało się spełnić
jego marzenie? Ksiądz przypatrywał mu się przenikliwie.
-?Płacą pensa i ćwierć dziennie -?powiedział cicho -?ale nie więcej. -
Urwał, by dodać po chwili: -?Mógłbyś zacząć od Świętego Michała, jeżeli
dobrze się spiszesz przy kanałach. Czy tego chcesz?
-?O tak -?odparł tonem niemal błagalnym. Nie potrafił opanować
wzruszenia.
-?Dobrze więc. -?Kanonik znów umilkł na moment, nim podjął: -?Rzecz
jasna, jeśli zdecydujesz się pracować dla Shockleya i jego kompanów, nie
dostaniesz pracy w katedrze. Nigdy.
Osmund pobladł, ale się nie odezwał.
Stephen Portehors przyglądał mu się spokojnie. Nie bez powodu piastował
urząd kanonika katedry.
Widział dzieła młodego Osmunda w Avonsford. Podejrzewał, że chłopak ma
talent.
W tej właśnie chwili Shockleyowie i Godefroi nadjechali konno ulicą, a kanonik zwrócił się ku nim.
* * *
Być może w zamyśle Stwórcy włosy stojącego przy moście mężczyzny o szczurowatej twarzy miały prężyć się dumnie na jego głowie jak kępa
czarnej trawy, z czasem jednak -?przez brak mycia i szczotkowania -
zmieniły się w kilkanaście skołtunionych kłaków, które żałośnie oklapły
niczym zmarniałe gałązki osmalonego krzewu. I tak jak na wszystkim innym
wokoło, również na tym splątanym gąszczu osiadał kurz z Nowego
Salisbury.
William atte Brigge miał dziś doświadczyć najgorszego dnia w swoim
życiu.
Już teraz był wściekły. Gdy patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę,
jego blisko osadzone oczy błyskały gniewem.
Tego ranka przybył tu ze swoim wózkiem z Wilton. Przeprawił się przez
Avon Mostem Fisherton i niezwłocznie podążył na rynek w centrum nowego
biskupiego miasta. Tam zostawił wózek u innego handlarza z Wilton, który
miał własny stragan, i ruszył dalej, mijając po drodze powstającą
katedrę i zmierzając w stronę południowego krańca nowej osady, gdzie
rzeka zakręcała na południe, żeby leniwie kontynuować swój bieg ku
wybrzeżu.
W oczach przypadkowego obserwatora dalsze zachowanie Williama atte
Brigge mogłoby wydać się dziwne. Przed nim wznosił się nowy, kamienny
most. Przecinał rzekę dwoma krótkimi łukami, między którymi znajdowała
się niewielka wysepka. Po swojej lewej stronie miał kompleks budynków
szpitala Świętego Mikołaja, zaś na wysepce wznosiła się kapliczka
Świętego Jana -?oba obiekty zbudował biskup Bingham z myślą o podróżnych. Było to urokliwe miejsce otulone łagodnym szmerem wody
opływającej wysepkę z obu stron.
William przeszedł na środek mostu. Najpierw rzucił okiem na drogę po
drugiej stronie rzeki, prowadzącą na południe i zachód, potem obejrzał
się na powstające miasto, a wreszcie utkwił posępny wzrok w małym szarym
budynku na wyspie. I nagle, jakby opętał go jakiś amok, począł skakać i wymachiwać chudymi rękami, a potem odwrócił się i z dziką furią splunął
w stronę szpitala. I drugi raz, na zakurzoną drogę przed sobą. Wrzasnął:
"Niech diabli wezmą tego biskupa i wszystko, co robi!", po czym zawrócił
i z ponurą miną ruszył w kierunku miasta.
William atte Brigge był z natury skłonny do noszenia urazy -?dziś jednak
miał powód do goryczy, bowiem czcigodny biskup Bingham z Salisbury miał
właśnie doprowadzić go do ruiny.
Od czasów króla Alfreda, a nawet wcześniej, miasto Wilton dzierżyło
tytuł stolicy hrabstwa. Nie tylko szeryf odbywał tam swoje sądy, nie
tylko od czasów anglosaskich w mieście tym biła mennica, lecz nade
wszystko w Wilton prosperował targ, dogodnie usytuowany u zbiegu dwóch
ruchliwych rzek. Co prawda istniał mały targ w starym zamku na wzgórzu
Sarum, ale z uwagi na swe odsłonięte położenie i drugorzędne znaczenie
nigdy nie stał się on poważnym zagrożeniem dla interesów starego
saskiego miasta w zachodniej dolinie. Jednak ćwierć wieku temu, gdy
biskup Poore rozpoczął budowę tego nowego miasta targowego w dolinie,
mieszczanie i kupcy z Wilton poczęli odczuwać niepokój. Wkrótce biskup
wyjednał prawo do organizowania zarówno corocznego jarmarku, jak i cotygodniowego dnia targowego, zaś nowo nadana karta miasta przyznawała
jego wolnym mieszkańcom istotne przywileje handlowe oraz zwolnienia
podatkowe porównywalne z tymi, które przyznano wielkim miastom, takim
jak Winchester czy Bristol. Co gorsza, królewska rezydencja myśliwska w lesie Clarendon znajdowała się zaledwie trzy kilometry na wschód od
nowego miasta biskupa, a król Henryk, który lubił tam polować, znany był
ze swego zamiłowania do wznoszenia kościołów.
-?To nowe miasto pochłonie wszystkie pieniądze -?szemrali mieszczanie z Wilton. -?Król o nas nie dba.
Mieli rację. Początkowo jednak istniał pewien czynnik łagodzący. Gdy
bowiem handel w okolicy się rozwijał, a ruch na drogach nabierał tempa,
wielu handlarzy przybywało do nowej osady z południa i zachodu, a żeby
przekroczyć system rzeczny i wjechać do miasta, musieli korzystać z mostu w Wilton. Dzięki temu handlowe ożywienie przynosiło zyski także
kupcom z Wilton. Przez dwadzieścia lat wydawało się, że u boku nowego
sąsiada stare miasto na zachodzie może prosperować. Niestety teraz, w 1244 roku, nieuniknione stało się faktem: biskup Bingham zbudował własny
most na południe od katedry. Płacąc niewielkie myto za przekroczenie
rzeki w Ayleswade, przyjezdni kupcy mogli przeprawić się przez tę część
systemu rzecznego, w ogóle nie zbliżając się do Wilton, skutkiem czego
starsze miasto nagle zostało zupełnie odcięte od głównego nurtu handlu.
To jednak nie było wszystko. Od niepamiętnych czasów na niewielkim rynku
starego miasta Wilton targ odbywał się dwa razy w tygodniu. Biskupowi
przyznano prawo do organizacji zaledwie jednego dnia targowego,
tymczasem na wielkim targowisku Nowego Salisbury kupcy handlowali bez
licencji niemal codziennie i nikt z tym nic nie robił. Pomimo licznych
skarg kierowanych do króla przez mieszkańców Wilton nowa osada
nieubłaganie wysysała ze starszej życiowe siły.
Od czasu nieudanego procesu sprzed stulecia rodzina Williama niewiele
zdołała osiągnąć. Choć nosił to samo imię co jego pradziad, który tak
bezskutecznie rzucił wyzwanie rolnikom z Shockley, William nie był
garbarzem, lecz drobnym handlarzem wełny, próbującym utrzymać się z udzielania zaliczek chłopom pod zastaw ich wełny, którą następnie
sprzedawał na otwartym targu. Ceny wełny były stabilne, a handel bujnie
rozkwitał, co pozwoliło Williamowi osiągać nieznaczne zyski na tym
raczkującym systemie zaliczkowym. Z kolei jego żona i jej siostra
odziedziczyły dzierżawę chaty w jednym z majątków Godefroia, dzięki
czemu William posiadał trzydzieści owiec, które wypasał nad rzeką Avon.
Aby dodatkowo wspomóc skromny dochód rodziny, jego szwagierka tkała na
jednym krośnie tkaniny słabszej jakości, które on następnie sprzedawał
na lokalnych targach po obniżonej cenie, czerpiąc stąd własny zysk. W ten sposób zarabiał na życie, choć był biedniejszy niż jego pradziad,
garbarz.
Ich rodzina nigdy nie wybaczyła zamożnym rolnikom z Shockley.
"Ci z Shockley to zwykłe łotry", powtarzał William swoim dzieciom niczym
dogmat wiary. A teraz Shockleyowie zajęli także dom w nowym mieście -?w tym, które miało doprowadzić do ruiny Wilton.
-?Niech szlag trafi ich wszystkich i ten przeklęty most! -?wymamrotał.
Ale gniew, jaki obudził w nim widok biskupiego mostu, zbladł wobec
furii, która w nim eksplodowała, gdy dotarł na targowisko.
Przy jego wózku kłębił się tuzin ludzi -?niektórzy zerkali zaciekawieni,
a inni patrzyli otwarcie z wrednym uśmiechem. Człowiek z Wilton, któremu
powierzył pieczę nad wózkiem, wyglądał markotnie, zaś w samym sercu tego
zgromadzenia, niewzruszony i srogi, znajdował się ktoś, kogo William
zawsze się lękał: Alan Le Portier, kontroler jakości tkanin. Obok niego
stała jego córka Alicia.
Kontroler wskazał na wózek.
-?To twoje tkaniny?
Uchwała dotycząca miar i jakości tkanin została ustanowiona przez króla
Ryszarda przed półwieczem. Był to prosty podatek od sukna połączony z nakazem przestrzegania określonych norm miarowych. Alan Le Portier
przyjął inną wersję rodowego nazwiska, lecz podobnie jak jego brat
kanonik Portehors, był człowiekiem chudym i rygorystycznym, a wielmożny
William Longspée, który rekomendował go królewskim urzędnikom na
stanowisko kontrolera, zapewnił ich ze śmiechem:
"Nie troskajcie się, on taki sam jak cała jego rodzina: wszystkie nitki
w suknie porachuje, jeśli zajdzie potrzeba".
Zbliżywszy się, William przeniósł spojrzenie z kontrolera na twarz
towarzyszącej mu córki. Alan posiwiał nieco bardziej niż jego brat.
Wychudłe oblicze miał szlachetne, a zarazem surowe, oczy zaś ciemne i przenikliwe. Alicia, jego pięknolica szesnastoletnia córka o orzechowych
oczach, przyglądała się Williamowi z zaciekawieniem. Często przechadzała
się z uwielbianym ojcem po targowisku, które znała na wylot.
Kontroler powtórzył pytanie:
-?To twoje tkaniny?
Skinął głową.
-?Za wąskie o sześć milimetrów.
Któż by przypuszczał, że to dostrzeże? Oszukując klientów na tej ledwie
zauważalnej różnicy w szerokości płótna, zapewniał sobie skromny zysk,
nawet przy obniżonej cenie. Nie powinien był zostawiać wózka w miejscu,
gdzie mógł go wypatrzyć przenikliwy wzrok Le Portiera.
-?Uiścisz grzywnę, rzecz jasna -?oznajmił rzeczowo kontroler. -?I radziłbym zabrać to z powrotem do Wilton. Tutaj nie możesz tego
sprzedawać.
William zwiesił głowę z rezygnacją. Mogło być gorzej -?kontroler mógł
skonfiskować towar. Tak czy inaczej, trudno będzie teraz znaleźć kupca
na te tkaniny. A przecież był to efekt dwumiesięcznej pracy. Bez słowa
sprzeciwu chwycił za długie dyszle wózka i zaczął go z mozołem ciągnąć.
Oddalając się, usłyszał jeszcze, jak Le Portier zwraca się do córki:
-?Lepiej mieć tę rodzinę na oku.
William przeklął ich wszystkich pod nosem.
* * *
Zebranie, które tak bardzo interesowało młodego Osmunda, odbyło się tego
ranka nad brzegiem Avonu, niespełna kilometr na południe od wioski
Avonsford.
Dwa wspaniałe konie i wóz czekały przy ścieżce biegnącej powyżej rzeki.
Trzy metry dalej grupka złożona z dwóch mężczyzn i chłopca rozmawiała
przyciszonymi głosami, a niżej, tuż nad wodą, samotna postać odziana w długą czarną opończę z kapturem przechadzała się w zamyśleniu wzdłuż
brzegu, tam i z powrotem. Pozostała trójka co jakiś czas rzucała w jej
stronę niespokojne spojrzenia.
Jocelin de Godefroi, Edward Shockley i jego osiemnastoletni syn Peter
oczekiwali na decyzję człowieka w kapturze.
"Jeżeli zgodzi się dzisiaj na to, o co go poprosimy -?rzekł Edward do
syna, jeszcze zanim przybyli nad rzekę -?będzie to najważniejsza rzecz,
jaką kiedykolwiek uczyniłem. Przyniesie nam fortunę".
I teraz czekali na osąd zakapturzonej postaci, a Shockley z ledwością
panował nad emocjami.
Rodzina osiągnęła umiarkowanie powodzenie. Utrzymali gospodarstwo w Shockley, którego nazwa stała się z czasem ich nazwiskiem rodowym, ale
jeszcze jako młody człowiek Edward objął także dom w nowym mieście,
gdzie założył niewielki, lecz dochodowy warsztat. Wyposażył go w trzy
duże krosna i zatrudnił tkaczy do wyrobu tkanin. Czasy to były
pracowite. Rodzina zyskała sobie zaufanie i powszechną sympatię. Edward
Shockley, mężczyzna postawny i szorstki, został członkiem cechu
kupieckiego nowego miasta, a w 1240 roku cieszył się już pozycją godnego
szacunku mieszczanina. Gospodarstwem Shockleyów zarządzał na co dzień
pańszczyźniak pełniący funkcję rządcy.
Jocelin de Godefroi był spokojniejszy.
Od fatalnych rządów Stefana los sprzyjał jego rodzinie. Choć w czasach
anarchii Edward z Salisbury i jego brat opowiadali się po stronie
cesarzowej, przeciwko królowi, to kiedy Stefan ostatecznie zatriumfował,
zachowali swoje wpływy, a ich młodszy stronnik Godefroi także nie
poniósł żadnej szkody. Co więcej, za panowania Henryka II i Ryszarda
rodzina nie tylko się wzbogaciła, lecz także okryła chwałą, gdyż wielki
Ranulf de Godefroi walczył u boku Ryszarda Lwie Serce w trzeciej
krucjacie do Ziemi Świętej. Wspaniały grobowiec w niewielkim kościele w Avonsford zdobił posąg Ranulfa leżącego z mieczem u boku, szerokim
krzyżem na piersi i skrzyżowanymi nogami, w tradycyjnej pozie zmarłego
rycerza krzyżowego. Mała cynowa odznaka, którą nabył od mnichów w Ziemi
Świętej na pamiątkę swojej pielgrzymki, została wkomponowana w zewnętrzną krawędź kościelnego dzwonu. Rodzina Godefroich zyskała sobie
poważanie w całej okolicy. Otrzymała też drugą posiadłość w Sarum, którą
dzierżawiła bezpośrednio od króla, a że ostatnio król powoływał
pomniejszych szlachciców na urzędy, pojawiła się plotka, że ktoś tak
znamienity jak Jocelin de Godefroi mógłby zostać wezwany do pełnienia
funkcji szeryfa.
Ale pod jednym istotnym względem Jocelin bardzo się różnił od swoich
przodków: chociaż posiadał dwa majątki, miał tylko jeden dom, a była nim
Anglia.
Taki stan rzeczy był zjawiskiem nowym. Przez pierwsze sto pięćdziesiąt
lat po inwazji wielu Normanów i Bretończyków miało posiadłości zarówno w Anglii, jak i po drugiej stronie Kanału, a gdyby ich spytać, który kraj
uważają za dom, niejeden nie byłby w stanie odpowiedzieć. Gdy jednak
król Jan wskutek wojennych porażek stracił Normandię na rzecz króla
Francji, właściciele majątków w obu regionach musieli wybierać -?zrzec
się angielskich ziem i złożyć hołd królowi Francji lub vice versa.
Rodzina Godefroich z Avonsford wybrała Anglię. Poniesiona strata nie
była dotkliwa. Obaj monarchowie, sami będący panami feudalnymi, dla
których idea rodziny nadal była znacznie ważniejsza niż mglisty koncept
taki jak naród, dali swoim wasalom czas na uporządkowanie spraw
majątkowych, więc posiadłości Godefroich w Normandii zostały sprzedane
na zadowalających warunkach i bez zbędnego pośpiechu. Jednak w wyniku
takiego obrotu spraw Jocelin był pierwszym z rodu, dla którego drugi
kraj nigdy nie był domem i który, zapytany o swoją tożsamość, nie
odparłby "Norman", lecz "Anglik".
Był to mężczyzna średniego wzrostu, o nienagannej postawie. W przeciwieństwie do swoich przodków z czasów króla Stefana był gładko
ogolony, a włosy, już nierozdzielone przedziałkiem, miał przycięte w grzywkę na czole i starannie podwinięte za pomocą nagrzanych szczypców
pod uszy, co w połączeniu z subtelnymi rysami twarzy i orlim nosem
nadawało mu wygląd intelektualisty. Nosił długą lnianą szatę cotte,
sięgającą do kostek, a na niej surcot podszyty lisim futrem. Miękkie
skórzane buty zapinane wokół kostek były haftowane srebrną nitką na
długich czubkach, a w ręku trzymał filcową czapkę o trójkątnym
kształcie. Na złotym łańcuchu wokół szyi wisiały dwa małe amulety
upamiętniające jego dwie pielgrzymki: tę do Santiago de Compostela w Hiszpanii i drugą, do sanktuarium św. Tomasza Becketa, zamordowanego po
kłótni z Henrykiem II w Canterbury, zaledwie przed siedemdziesięciu
laty. Przy uździe jego konia wisiały dwie maleńkie szmaragdowe tarcze o średnicy dwóch i pół centymetra, ozdobione herbem -?białym łabędziem na
czerwonym tle.
Nie było w Sarum rodu bardziej oddanego idei rycerskości niż
Godefroiowie. Kiedy pod koniec ubiegłego stulecia ów niefrasobliwy wzór
rycerskości Ryszard I zaczął organizować turnieje rycerskie na
rozległych polach między starym zamkiem Sarisberie a miastem Wilton,
żaden rycerz nie wspierał tych zawodów z większym zapałem niż stary
Ranulf de Godefroi. Jego syn, a teraz i wnuk, należeli do
najznamienitszych patronów i organizatorów tychże rycerskich festynów.
Jednakże Jocelin miał także smykałkę do interesów, a dzisiejsze
spotkanie dotyczyło przedsięwzięcia doniosłej wagi, toteż i on bacznie
przyglądał się zakapturzonemu mężczyźnie, który wreszcie ruszył zboczem,
zmierzając w ich stronę.
Po chwili dotarł do celu. Cóż postanowił?
Był to człowiek postawny, o mocnej budowie, z lekką skłonnością do
tuszy, a jego ciężki krok znaczył ślady na miękkiej darni. Stanął przy
nich i zsunął kaptur, odsłaniając kopulastą, łysiejącą głowę o siwiejących skroniach i twarz z orlim nosem, ustach stanowczych, ale
uprzejmych, oraz szeroko rozstawionych niebieskich oczach pełnych humoru
i inteligencji. Miał trzydzieści lat, ale był już doświadczonym
człowiekiem interesów.
-?Prąd jest silny, grunt -?solidny. -?Uśmiechnął się. -?Otrzymacie
pożyczkę.
Mówił po francusku, gdyż zwracał się do Godefroia, i zarówno ten fakt,
jak i jego kosztowna opończa oraz wspaniały koń, który najwyraźniej
należał do niego, wskazywały, że jest członkiem normańskiej klasy
rządzącej. Jego strój odznaczał się jednak pewnym osobliwym szczegółem:
otóż na piersi miał on naszyty podwójny prostokąt białego płótna, o wymiarach około pięciu na siedem i pół centymetra -?była to tak zwana
tabula, znak symbolizujący dwie kamienne tablice z Dziesięcioma
Przykazaniami. Aaron z Wilton był bowiem Żydem.
Żydzi w Anglii przynależeli do króla. Przybyli głównie z północnej
Francji, a zarówno Wilhelm Zdobywca, jak i jego synowie Rufus i Henryk
zachęcali ich do osiedlania się w tym nowym królestwie. Co prawda
wzbroniono im posiadania ziemi i prowadzenia zwykłego handlu, zyskali
jednak szczególny przywilej królewskiej protekcji w normańskim systemie
feudalnym jako finansiści i pożyczkodawcy. Nie tylko Żydzi pełnili tę
nieodzowną funkcję. Zarówno włoscy kupcy, jak i najpobożniejszy zakon
templariuszy, którego sieć obejmowała wiele ziem chrześcijańskiego
świata, również trudnili się pożyczaniem pieniędzy. Jednakże w Anglii to
właśnie Żydzi stanowili najważniejsze oparcie finansowe w czasach, kiedy
potrzeba gotówki na pokrycie kosztów królewskich krucjat, zagranicznych
wojen i najemników gwałtownie rosła, a rozwijająca się gospodarka wyspy
nie dysponowała inną instytucją feudalnego ładu zdolną dostarczyć
niezbędnego kapitału. Mówiący po francusku, często wykształceni, a na
pewno niezbędni królowi i magnatom, ich przywódcy -?chociaż formalnie
poza feudalną kastą -?byli bliżsi arystokracji niż jakakolwiek inna
grupa społeczna, nie licząc biskupów i wyższych dostojników kościelnych.
Przez niemal stulecie ich relacje z samym Kościołem -?którego biskupi
często potrzebowali funduszy na wznoszenie wspaniałych katedr, a klasztory rychło uległy pokusie zaciągania pożyczek pod zastaw
produkowanej w ogromnych ilościach wełny -?pozostawały zazwyczaj
przyjazne.
Społeczność żydowska prosperowała, mimo kilku lokalnych wystąpień
przeciwko niej, także w XII wieku, podczas długiego panowania Henryka
II. Żydzi stali się królewskimi pośrednikami finansowymi, udzielając
władcy pożyczek zabezpieczonych jego przyszłymi dochodami, które
szeryfowie ściągali ze swoich hrabstw. Takie pożyczki stanowiły zalążek
bardziej złożonych form kredytowania państwa znanych z późniejszych
stuleci. Żydzi mogli nawet zostać bezpośrednimi dzierżawcami królewskich
dóbr i użytkować ziemię, która formalnie wciąż należała do króla.
Zgodnie z prawem majątek każdego Żyda, po jego śmierci, wracał do
korony, jednak w praktyce rzadko z tego przywileju korzystano, ponieważ
niszczenie własnych tak bardzo użytecznych dla króla bankierów nie miało
żadnego sensu. A użyteczni byli z całą pewnością. U schyłku XII wieku
król zaczął pozyskiwać środki od społeczności żydowskiej, wprowadziwszy
system arbitralnych danin, zwanych tallages, które mógł nakładać
według własnej woli. I choć żądania Henryka II były umiarkowane, to w ostatnich latach swego długiego panowania około jednej siódmej
całkowitych rocznych dochodów królestwa pochodziło właśnie od
społeczności żydowskiej.
"Może i jesteśmy użyteczni -?przestrzegał Aarona ojciec. -?Lecz nie łudź
się, że możemy czuć się bezpiecznie".
Jego ostrożność była uzasadniona. Krzyżowcy rozpalili powszechną
nienawiść do wszystkich, których można było określić mianem niewiernych,
zaś w Anglii przygotowania do krucjaty króla Ryszarda stały się
zarzewiem nowej fali antyżydowskich zamieszek, które wybuchały w niektórych miastach. Kulminacją tych wydarzeń była straszliwa tragedia w Yorku, gdzie stu pięćdziesięciu Żydów uwięzionych w zamku, w którym
szukali schronienia, odebrało sobie życie, aby uniknąć znacznie gorszego
losu z rąk uzbrojonego rozjuszonego tłumu. Te niepokoje zostały jednak
wkrótce stłumione przez samego Ryszarda i społeczność żydowska odzyskała
względne bezpieczeństwo pod królewską opieką.
Jednak wysokość tallages nieustannie rosła. Gdy wracający z Ziemi
Świętej król Ryszard został pojmany dla okupu, niewielką społeczność
żydowską obciążono podatkiem wynoszącym pięć tysięcy marek -?trzykrotnie
wyższym niż suma przekazana przez mieszczan z potężnego handlowego
miasta Londynu. Za panowania następcy Ryszarda, króla Jana, wiecznie
zmagającego się z brakiem pieniędzy, podatki osiągnęły jeszcze wyższy
poziom.
Co ciekawe, stanowisko króla w tej sprawie zdawało się nad wyraz
osobliwe. Oto bowiem Kościół, pomimo działalności własnych
przedstawicieli, coraz dobitniej potępiał praktykę pożyczania pieniędzy
na procent, którą określał mianem lichwy, zaś król Anglii, który głośno
tę doktrynę popierał, po cichu stale podnosił tallages i czerpał
największe zyski z żydowskiego systemu finansowego, który w istocie
chronił i podtrzymywał. W rezultacie największym lichwiarzem w całym
królestwie był zatem sam król.
Mimo swych niewątpliwych wad system ten był z pewnością dobrze
zorganizowany. Dla społeczności żydowskiej ustanowiono oddzielny sąd
lokalny i skarbowy, a w wielu miastach powstały archiwa, w których
przechowywano oficjalne rejestry wszelkich transakcji pożyczkowych.
Dokumenty te, zwane chirografami, trzymano w "arkach", czyli wielkich
skrzyniach przeznaczonych do tego celu. Jednym z takich miast było
Wilton, słynące ze znamienitej społeczności żydowskiej, zaś Aaron
należał do jej najbardziej poważanych członków.
Minęło sto lat, odkąd jego rodzina zawitała w te strony, a on dobrze
znał zarówno Godefroia, jak i Shockleya. Jego dziadek, w lepszych
czasach, zwykł toczyć długie i przyjazne dysputy z wielmożnym Ranulfem
Godefroiem, a ojciec wsparł niegdyś Edwarda Shockleya niewielką
pożyczką, gdy ten stawiał pierwsze kroki w interesach w Nowym Salisbury.
Naturalną więc rzeczy koleją to u niego obie rodziny szukały teraz
pomocy przy tym nowym, znacznie ambitniejszym przedsięwzięciu.
Aaron zwrócił się następnie do Shockleya:
-?Mam jedno pytanie -?rzekł poważnym tonem. -?Masz już w mieście
gospodarstwo i tkaczy. Kto zatem będzie nadzorował na co dzień ten nowy
zakład?
Edward wskazał na Petera.
-?Mój syn.
Niebieskie oczy Aarona spoczęły na Peterze Shockleyu. Lubił tego
młodzieńca, znał go od dziecka; był dość zrównoważony, ale Aaron
wyczuwał w nim pewną impulsywność, która nieco go niepokoiła.
-?Dobrze. Ale on jest młody -?powiedział. -?Musisz mieć na niego
baczenie.
Ruszył w kierunku swego konia.
Czy to możliwe, że zapomniał o najważniejszym z warunków? Godefroi i Shockley spojrzeli po sobie.
-?Aaronie. -?Edward Shockley zatrzymał go. -?Nie powiedziałeś... -?zawahał
się nerwowo -?na jaki procent.
Żyd posłał mu uśmiech.
-?Czyżby mi to umknęło? Cóż za nieuwaga. Powiedzmy, że na zwykły?
Obaj mężczyźni odetchnęli z wyraźną ulgą. Było lepiej, niż mogli się
spodziewać.
W rozkwitającej gospodarce XIII wieku, gdy płynny kapitał był wysoce
pożądany, a jego zasoby wciąż pozostawały ograniczone, nawet zwykłe
stopy procentowe osiągały wygórowane wartości. Zwyczajowa stopa wynosiła
od jednego do dwóch pensów od funta na tydzień, co w skali rocznej
dawało od dwudziestu jeden do czterdziestu trzech procent. Jednak
wysokie tallages nałożone na społeczność pożyczkodawców często
powodowały wzrost stóp procentowych, a chociaż król oficjalnie ich
zakazywał, stopy rzędu sześćdziesięciu czy osiemdziesięciu procent nie
należały do rzadkości. Tak wysoki koszt kapitału nie dotyczył wyłącznie
pożyczek zaciąganych u Żydów. Chrześcijańscy kupcy z Cahors często
wystawiali weksel na kwotę przewyższającą wartość pożyczki o połowę, z terminem spłaty przypadającym na koniec bieżącego roku -?co w praktyce
oznaczało naliczanie pięćdziesięcioprocentowych odsetek za okres, który
mógł wynosić zaledwie kilka miesięcy. Mimo to interesy kwitły, a zarówno
właściciele ziemscy, jak i kupcy godzili się na te szokujące warunki.
Aaron jednakże wspierał przedsięwzięcia Shockleyów i Godefroich od wielu
lat, a zwykła stawka, do której się odwoływał, wynosiła stosunkowo
skromne dwadzieścia pięć procent.
Cała grupka zaczęła się zbierać do odjazdu: Aaron i Godefroi dosiedli
koni, a Shockley z synem zajęli miejsca w swoim wozie. Jako że wszyscy
mieli sprawy do załatwienia w nowym mieście, więc ruszyli razem,
niespiesznie, zieloną doliną Avonu.
Po chwili Edward Shockley zwrócił się do syna cichym szeptem:
-?Zaczniemy budowę niezwłocznie. -?A potem dodał, nie po raz pierwszy: -
Ten młyn przyniesie nam fortunę.
Peter skinął głową. Co za wspaniałe przedsięwzięcie. To on będzie nim
zarządzał, a potem -?potem z pewnością poślubi Alicię. Na tę myśl
uśmiechnął się pełen nadziei. Le Portier nie śmie odmówić młodzieńcowi z młynem.
* * *
Młyn, w który inwestowali Godefroi i Shockleyowie, nie miał nic
wspólnego z mieleniem zboża. Był to folusz do obróbki tkanin -?symbol
ówczesnej epoki.
Proces wytwarzania tkanin zmienił się od najdawniejszych czasów bardzo
niewiele. Najpierw strzyżono owce i zbierano wełnę; potem ją czesano,
czyli drapano ostem, aby rozprostować i rozluźnić włókna, następnie zaś
ją prano i suszono, żeby usunąć nadmiar tłuszczu. Później surową wełnę
przędzono -?rozciągano i skręcano w nić za pomocą wrzeciona. Był to
mozolny proces wykonywany ręcznie, ponieważ nie wynaleziono jeszcze
kołowrotka. Dopiero wówczas można było przystąpić do samego tkania.
Od dwóch tysięcy lat budowa krosien, na których wytwarzano tkaninę,
pozostawała niezwykle prosta: ich podstawę stanowiła wysoka belka
poprzeczna, na której zawieszano i obciążano długie nici przędzy
(osnowę), zaś krótsze (wątek) przewlekano pomiędzy nimi i dociskano
bidłem. Ten prosty zabieg -?przewlekanie wątku zgodnie ze starannie
zaprojektowanym wzorem -?powtarzano tysiąckrotnie i powoli, centymetr po
centymetrze, na krosnach pojawiał się surowy materiał. Proces ten trwał
do chwili, kiedy kończyły się długie nici osnowy, co oznaczało
zakończenie pracy nad daną połacią tkaniny.
Były to krosna pionowe. Jednak niedawno wprowadzono do użytku znacznie
lepsze urządzenie, w którym osnowę mocowano poziomo na ramie i nawijano
na obracający się wał, co pozwalało wytwarzać tkaninę o nieograniczonej
długości. Co więcej, teraz z łatwością można było wytwarzać ją w szerokich pasach, a to dzięki współpracy dwóch tkaczy siedzących
naprzeciwko siebie po obu stronach krosien i przekazujących sobie wątek.
Były to podwójne krosna poziome, które zrewolucjonizowały rzemiosło
tekstylne w średniowieczu -?i to właśnie takie urządzenia posiadał
Shockley.
Jednak świeżo utkana tkanina z krosien była jeszcze niezdatna do użytku.
Włókna wciąż były stosunkowo luźne, a wełna zawierała brud i zanieczyszczenia. Kolejnym istotnym etapem było folowanie: proces ten
polegał na deptaniu surowego materiału w kadziach wypełnionych wodą z dodatkiem detergentu, którym zazwyczaj była sfermentowana uryna.
Folusznicy, depcząc tkaninę w kadziach, z których unosiła się ostra woń
amoniaku, sprawiali, że materiał się kurczył i zagęszczał, a wszelkie
pozostałe zabrudzenia rozluźniały się i oddzielały od włókien wełny. Po
zakończeniu folowania tkaninę dokładnie płukano, żeby usunąć drażniący
zapach, a następnie, gdy była jeszcze wilgotna, unoszono jej włosie za
pomocą ostu i równo przycinano nożycami. Na koniec rozwieszano ją na
rozciągarkach i zostawiano do wyschnięcia.
Cały ten proces był żmudny i czasochłonny -?często trwał nawet
dwadzieścia godzin i przebiegał w wysokiej temperaturze -?a wymagał też
nie lada wysiłku. Im cięższa była tkanina, tym intensywniej trzeba ją
było folować. Na przykład w przypadku grubego filcu materiał był tak
mocno spilśniany, że pierwotny splot stawał się niewidoczny.
To właśnie w tym okresie dziejów wyspy zaszły dwie inne istotne zmiany w handlu wełną. Pierwszą był stopniowy wzrost wytwórstwa tkanin. Z upływem
dekad, mimo że większość tkanin nadal sprowadzano z Flandrii i Włoch,
wyroby angielskie również zaczęły zdobywać coraz większe uznanie. Drugim
przełomem było wynalezienie mechanicznego foluszu.
I to właśnie możliwości tej ogromnej nowoczesnej machiny wzbudziły u Edwarda Shockleya tak wielką ekscytację.
"Widzisz -?objaśniał Godefroiowi -?to działa tak samo jak młyn zbożowy:
nurt rzeczny wprawia w ruch koło wodne, ale zamiast kamieni młyńskich,
są tu dwa ogromne drewniane młoty na zapadce, które bez przerwy uderzają
w tkaninę. To urządzenie może zastąpić i dziesięciu foluszników, a im
cięższy materiał, tym ta machina jest skuteczniejsza".
Folusze mechaniczne zaczęły pojawiać się w wielu miejscach, zwłaszcza w zachodniej części wyspy. Choć często wzbudzały opór wśród miejscowych
foluszników, obawiających się, że staną się one konkurencją dla ich
tradycyjnych metod, okazały się znacznie efektywniejszym sposobem
obróbki ciężkich tkanin. Wyglądem urządzenia te przypominały młyny
zbożowe, a jedynymi różnicami, jakie dało się dostrzec, były odgłosy
rytmicznych uderzeń ciężkich drewnianych młotów i ostra woń amoniaku.
Biskup z Winchesteru już wcześniej kazał wznieść taki folusz na terenie
swojej pobliskiej posiadłości w Downton.
"Co roku wytwarza się więcej tkanin -?argumentował Shockley. -?A jeśli
będziemy mieć sprawny folusz, to zwiększony popyt przyniesie nam wielkie
korzyści".
Do osiągnięcia celu potrzebował jedynie działki ziemi nad rzeką, w miejscu, gdzie można by taki folusz łatwo postawić, oraz sponsora
posiadającego wystarczające zasoby kapitałowe, żeby sfinansować tę
budowę albo poręczyć za potrzebne na nią środki. Oczywiście zwrócił się
w tej sprawie do Godefroia.
Na mocy zawartej umowy Godefroi miał pożyczyć pieniądze od Aarona i wybudować folusz na terenie nowego majątku, którym jako wasal królewski
miał prawo zarządzać według własnego uznania, bez konieczności
uzyskiwania zgody jakiegokolwiek zwierzchnika ziemskiego. Shockley zaś,
jako przedsiębiorca, zobowiązywał się do oddawania mu połowy dochodów od
przywożących tkaniny spoza majątków Godefroia, a także cały dochód od
wszystkich dzierżawców i chłopów pańszczyźnianych rycerza, którzy -?jako
mu podlegli -?byliby obowiązani do korzystania wyłącznie z jego foluszu.
Zatem Godefroi, zaciągając pożyczkę pod zastaw swoich rozległych włości,
w istocie zyskałby cenny atut dla swego majątku, zaś jego wasale i chłopi byliby zmuszeni, pośrednio, do pomnażania jego dochodów. Było to
typowe dla tamtej epoki połączenie kapitalizmu z feudalizmem.
Konstrukcja samego budynku nie była skomplikowana, wymagała jednak
solidnej pracy mularskiej i stolarskiej.
-?Kto zajmie się murowaniem? -?zapytał Aaron, jadący obok Godefroia.
-?Mamy młodzieńca z mojego majątku -?odpowiedział rycerz -?który obecnie
pracuje w mieście. Z tego, co widziałem, zna się na swoim rzemiośle.
Nazywa się Osmund.
Aaron skinął głową z uśmiechem.
-?Będzie tańszy niż godny zaufania mistrz mularski -?zauważył.
-?Otóż to -?przytaknął Godefroi.
* * *
Gdy pół godziny później William atte Brigge ujrzał nadjeżdżający ulicą
niewielki orszak złożony z Godefroia, Aarona z Wilton i znienawidzonych
Shockleyów, natychmiast poczuł instynktowną niechęć. Kiedy tamci się
zatrzymali, a Godefroi odłączył się od grupki, by rozmówić się z jakimś
kupcem, William czym prędzej przeciął ulicę i zbliżył się chyłkiem do
Aarona. Żaden z mężczyzn nie darzył drugiego sympatią, lecz jako
sąsiedzi w Wilton obaj zachowywali względem siebie chłodną uprzejmość.
-?Cóż nowego? -?zagadnął William. -?Godefroi i Shockleyowie dopraszają
się pieniędzy? -?Aaron nie odpowiedział. -?Wpadli w kłopoty? -?rzucił z nadzieją.
-?Bynajmniej. To, jak sądzę, bardzo dobra inwestycja. -?Pokrótce
nakreślił plan budowy foluszu. -?Już wcześniej wsparłem finansowo dwa
inne młyny na zachodzie -?dodał spokojnie.
Twarz Williama się zachmurzyła. Błyskawicznie połączył fakty. Krosno
żony i jego owce, źródło tych lichych tkanin, które sprzedawał,
znajdowały się na ziemiach Godefroia, a to mogło znaczyć tylko jedno.
Jego podejrzenia potwierdziły się chwilę później, gdy wyrósł za nim koń
w zdobionym emalią rynsztunku, a siedzący w siodle rycerz Godefroi
spojrzał na kupca z nietajoną pogardą.
-?Czy rodzina twojej żony nie trudni się tkactwem na moich ziemiach? -
zapytał oschle.
William skinął głową.
-?Dobrze. Wkrótce będą folować te tkaniny w moim foluszu. -?Trącił boki
konia, który ruszył naprzód, a wóz z Shockleyami potoczył się za nim.
William usłyszał śmiech, ale nie wiedział czyj. I nie podniósł wzroku,
żeby to sprawdzić.
Zatem tkanina, którą do tej pory tanio folował w Wilton, tkanina z wełny
jego własnych owiec, teraz będzie trafiała do foluszu prowadzonego przez
tych przeklętych Shockleyów. A on będzie musiał płacić im i Godefroiowi
za doprowadzenie go do ruiny. I nie mógł nic, absolutnie nic na to
poradzić.
W porywie furii chwycił swój wózek i pociągnął go za sobą, lecz z każdym
krokiem nagromadzone przez cały dzień upokorzenia coraz bardziej w nim
nabrzmiewały, aż nie mógł dłużej tego znieść. Nagle się zatrzymał.
-?Do diabła z biskupem i jego mostem! Do diabła z tym kontrolerem! Do
diabła z tym Żydem i Shockleyami! -?ryknął. Chwycił bele wadliwego sukna
i cisnął je na zakurzoną drogę, a potem odwrócił się i nie zważając na
bezlitosny skwar, ruszył w stronę Wilton.
* * *
Ponieważ Aaron zatrzymał się na chwilę na rynku, to Godefroi i dwóch
Shockleyów jako pierwsi stanęli twarzą w twarz z kanonikiem. A ponieważ
rycerz nie wiedział nic o tym, co zaszło tego ranka między Portehorsem a Osmundem, nie przeczuwał niczego złego, kiedy ściągnąwszy wodze swojego
konia, skinął na chłopca, nakazując mu podejść.
Nim jednak Osmund zdążył podnieść się z rowu, w którym klęczał, ksiądz
zdecydowanym gestem odepchnął go na bok i ruszył gniewnie w stronę
rycerza.
-?Czego chcesz od tego młodzieńca?
Godefroi zmierzył go spokojnym wzrokiem z wyżyn swego wierzchowca.
-?Pragnę zamienić z nim słowo. To mój poddany.
-?Jest zajęty.
Godefroi uprzejmie skłonił głowę.
-?Zabiorę mu tylko chwilę, kanoniku Portehors.
Ale Portehors ani myślał ustąpić.
-?Jeśli twoim zamiarem jest odwieść go od pracy, którą wykonuje tutaj,
to stanowczo zabraniam.
Godefroi zesztywniał. Ksiądz nie miał żadnej władzy nad tym chłopcem,
natomiast on, jako feudalny pan Osmunda, miał pełne prawo decydować o jego losie.
-?Byłbym zobowiązany, gdybyś się nie mieszał -?rzucił ostro.
Portehors ani drgnął. Rycerz, ignorując go więc, zwrócił się
bezpośrednio do Osmunda.
-?Jutro rozpoczniesz pracę przy foluszu -?rzekł uprzejmie. -?Staw się o świcie.
Godefroi już miał się odwrócić i odejść.
Nie zamierzał wdawać się w dysputy z Portehorsem i uważał, że sprawa
jest zakończona.
Jednak kanonik widział to inaczej.
-?On pracuje na chwałę Kościoła -?oznajmił z naciskiem.
Ani rycerzowi, ani kanonikowi, rzecz jasna, nawet w głowie nie postało,
żeby o rozstrzygnięcie tej sprawy zwrócić się do samego chłopca, choć
teoretycznie Osmund miał prawo decydować, jak spożytkować dni, w których
nie był zobowiązany do pracy na rzecz swego feudalnego pana. Dla
Portehorsa sprawa była zbyt istotna, by brać pod uwagę życzenia Osmunda,
gdyż teraz w grę wchodziła kwestia zasad.
Jednak na ostatnią uwagę kanonika Godefroi zmarszczył brwi ze
zdziwieniem.
-?Ależ on kopie uliczne rowy. -?Wskazał na niedokończony kanał wodny.
Portehors wahał się tylko przez chwilę.
-?Jutro zaczyna pracę przy katedrze. -?Zdecydowany postawić na swoim,
kanonik właśnie odmienił los Osmunda.
Godefroi był w rozterce. Choć miał pełne prawo korzystać ze służby
chłopca, w zwykłych okolicznościach nie poważyłby się pozbawić katedry
jednego z jej robotników. Czuł jednak, że Portehors nagina fakty, i zirytowała go ta próba manipulacji.
-?Będzie pracował dla mnie -?oświadczył stanowczo.
Jednak Portehors, teraz już rozsierdzony, uparł się przy swoim.
Zmarszczył brwi i się zjeżył.
-?Nie znieważaj Kościoła Bożego! -?zawołał. -?Albo pójdę do biskupa, a on zwróci się do samego króla!
-?To niedorzeczne -?stwierdził rozsądnie rycerz, ale w jego oczach nagle
pojawiła się czujność. Portehors ją dostrzegł i już nie ustąpił.
Choć cała ta sytuacja zakrawała na absurd, Godefroi słusznie zachował
ostrożność: kanonik Portehors i jego Kościół mogli być niebezpieczni.
Było po temu kilka powodów: jednym z nich był król Henryk III. Odkąd
przed dwudziestoma laty zasiadł na tronie jako chłopiec, pobożny Henryk
świadomie wzorował się na ostatnim królu starej saskiej dynastii,
Świętym Edwardzie Wyznawcy. Jego zamiłowanie do ceremonii i budowy
kościołów sprawiało, że często wyruszał ze swej rezydencji myśliwskiej w pobliskim lesie Clarendon, aby nadzorować postępy przy wznoszeniu nowej
katedry, i łatwo wpadał w gniew, kiedy ktoś próbował przeszkodzić w realizacji tego przedsięwzięcia.
Nie chodziło jednak wyłącznie o królewską religijność. Polityczna walka
o dominację między Kościołem a państwem trwała już od dawna. Zaczęła
się, kiedy Wilhelm II Rudy pokłócił się ze świętym arcybiskupem
Anzelmem, a jej punktem kulminacyjnym stał się konflikt, który poróżnił
Henryka II z nieustępliwym Tomaszem Becketem, a w rezultacie doprowadził
do zamordowania tego arcybiskupa przed ołtarzem katedry w Canterbury.
Jedno pokolenie później spór wybuchł ponownie -?pod pewnymi względami
jeszcze poważniejszy -?kiedy król Jan odmówił uznania papieskiej
nominacji Stephena Langtona na arcybiskupa, a w odpowiedzi Papież
Innocenty III nałożył na całe królestwo interdykt. Przez sześć długich
lat wszystkie nabożeństwa, nawet chrześcijańskie pochówki, były
wzbronione, co dla bogobojnych ludzi, takich jak Godefroi, było nie do
zniesienia.
W odwecie Jan skonfiskował dobra kościelne i przywłaszczył sobie płynące
z nich dochody, a wówczas Innocenty obłożył go ekskomuniką, zwalniając
tym samym wszystkich jego wasali ze złożonych królowi przysiąg
wierności. Posunął się nawet do gróźb detronizacji władcy. Innocenty był
bowiem człowiekiem, którego nie można było lekceważyć. Wreszcie, w obliczu widma francuskiej inwazji z błogosławieństwem papieża, Jan
postanowił się ugiąć -?zrzekł się królestwa na rzecz papieża, a następnie odzyskał je jako jego wasal. Kościół triumfował: nowy
arcybiskup objął urząd, a prymat Kościoła nawet nad koronowanymi głowami
wydawał się ugruntowany. Takiej władzy nie należało lekceważyć i Godefroi miał wszelkie powody, żeby się jej obawiać.
Zwycięstwo polityczne miało charakter formalny. Znacznie ważniejszy dla
każdego mieszkańca Anglii był fakt, że Kościół i państwo nie mogą bez
siebie istnieć: król potrzebował moralnego autorytetu Kościoła, a Kościół, posiadający rozległe ziemie, potrzebował ochrony ze strony
króla i ludzi świeckich. W Anglii po interdykcie zrodził się nowy duch
współpracy, który przyniósł państwu wielkie korzyści. Gdy katastrofalne
rządy króla Jana w końcu doprowadziły do buntu wielu jego baronów i do
spisania Wielkiej Karty Swobód, to właśnie Stephen Langton, arcybiskup,
którego nominacji Jan się sprzeciwiał, doradzał baronom umiarkowanie i to on ostatecznie sporządził akt zawierający zapisy tak roztropne i dalekowzroczne, a przy tym chroniące nawet prostych ludzi, że przez
wiele pokoleń zarówno królowie, jak i magnaci kierowali się zawartą w nim mądrością. Odtąd to Kościół wspierał w równym stopniu królów i lud
Anglii przeciwko żądnym władzy feudałom, a jego autorytet moralny
skutecznie zapobiegał powrotowi do chaosu rządów Stefana.
Nie byłoby to możliwe, gdyby sami biskupi nie byli znaczącymi
dostojnikami albo brakowałoby im przychylności wobec państwa. Czasem ich
kandydatury wysuwał Kościół angielski lub papież, a czasem byli to
słudzy królewscy, niemniej obecnie na wyspie zapanowała era praktycznego
kompromisu. Zwierzchnicy Kościoła byli zazwyczaj wyłaniani na drodze
wzajemnego porozumienia, a spory między Kościołem i władzami świeckimi
rozstrzygano w sądach. W przeciwieństwie do burzliwych czasów, w których
biskup Roger wznosił swoje warowne zamki, biskupi Salisbury w ostatnich
pokoleniach jawili się jako mężowie godni i wybitni, stąd też ludzie
pokroju Godefroia darzyli obecnego biskupa Binghama wielkim szacunkiem.
Salisbury, w którym dostojna katedra sąsiadowała z gwarnym miastem
targowym, odzwierciedlało ducha współpracy nowej epoki.
Dlatego kiedy kanonik odwołał się do autorytetu Kościoła, rycerz zawahał
się powodowany nie tylko ostrożnością, lecz także szczerą estymą.
Mimo to nadal nie zamierzał ustąpić.
Tymczasem zebrała się grupka ciekawskich.
Ze swego miejsca przy rowie Osmund spoglądał na obu mężczyzn i nie
potrafił zdecydować, któremu z nich życzyć zwycięstwa.
Nagle zauważył ledwo widoczne drgnienie brwi kanonika -?znał ten ruch aż
nazbyt dobrze. Oznaczał on, że szykuje się nowy atak, i to z innej
flanki. Patrzył na to jak urzeczony.
Portehors nie był bowiem jedynie surowym służbistą. Uosabiał nową,
dynamiczną i wpływową siłę.
W ostatnich latach w Kościele angielskim narodził się nowy nurt, którego
przywódcą był wymagający i uczony Grosseteste, biskup Lincoln. Jego
zwolennicy przypominali swoim współbraciom, że podstawowym obowiązkiem
Kościoła jest troska o zbawienie dusz i że nic nie może zakłócać
wypełniania tej misji. Zadaniem biskupów i archidiakonów było czuwanie
nad stanem moralnym i duchowym nie tylko każdego księdza w diecezji,
lecz także osób świeckich.
"Nie jestem przeciwny głoszonym przez Grosseteste'a ideom -?wyznał
Godefroi siwowłosemu Binghamowi. -?Rzecz w tym, że on rozzuchwala
duchownych o ciasnych umysłach, którzy stają się przez to istnym
utrapieniem".
Ta purytańska frakcja starego Kościoła rzymskiego rzeczywiście mogła
drażnić życzliwie usposobionych świeckich, takich jak rycerz. Jednak w odpowiedzi Bingham tylko uśmiechnął się łagodnie. Zbyt dobrze znał
życie, by opowiadać się po którejkolwiek ze stron w sporach o reformy.
Niemniej do grona najbardziej ograniczonych i dogmatycznych duchownych
obaj mężczyźni niewątpliwie zaliczyliby właśnie Portehorsa.
Bowiem w pojęciu kanonika, skoro Chrystus przyszedł na ziemię przynieść
miecz, religia miała stać się narzędziem ostrym jak nóż.
Wpatrując się teraz w rycerza przed sobą, poczuł, że może zwyciężyć, i przeniknął go dreszcz ekscytacji. Szczegółowo zapoznał się z konstytucjami Grosseteste'a i wiedział, co musi zrobić. Wskazując palcem
najpierw na Godefroia, a następnie na dwóch Shockleyów, zawołał nagle:
-?Grzech pychy, Jocelinie de Godefroi! Widzę go w tobie. A ty, Edwardzie
Shockleyu: w twej duszy zagnieździła się chciwość! -?Umilkł na chwilę,
po czym skierował wzrok na Petera Shockleya. -?Pożądliwość! -?wykrzyknął
z triumfem. -?Widzę grzech pożądliwości!
-?Każdy osiemnastoletni młodzian jest pełen pożądliwości -?mruknął
Godefroi z irytacją.
Ale Portehors już płonął ogniem moralnego oburzenia:
-?Odprawcie pokutę za swoje grzechy -?nakazał kategorycznie. -?I nie
ważcie się zakłócać dzieła Bożego swymi knowaniami.
Zapadła niezręczna cisza. Tłum gęstniał. Godefroi się zawahał.
Shockleyowie patrzyli z niepokojem, a Osmund wstrzymał oddech.
I właśnie w tym momencie, zupełnie nieświadom rozgrywającego się
dramatu, zza rogu wyłonił się Aaron. Podjechał spokojnie do Godefroia,
ukłonił się uprzejmie Portehorsowi, a spojrzawszy na Osmunda, zwrócił
się z uśmiechem do rycerza:
-?Czy to ten młodzieniec zbuduje nam folusz?
Wtedy kanonik Stephen Portehors, gorliwy strażnik dyscypliny i moralności, ujrzał ohydę zepsucia w całej okazałości i wzdrygnął się jak
użądlony.
-?Lichwiarz! -?wrzasnął na Aarona. W jego oczach nie było haniebniejszej
zbrodni. -?Nędzni grzesznicy. -?Wskazywał na nich, wściekle wymachując
długim palcem.
Aaron zmierzył go chłodnym spojrzeniem. Jawna zniewaga nie wytrąciła go
z równowagi, choć w jego oczach błysnęła irytacja, której nie zdołał
całkowicie ukryć. Nie umknęło to uwadze bystrookiego księdza, który
uznał, że może bez skrępowania obrażać go dalej. Zwrócił się do tłumu.
-?Zobaczcie, jak bezbożni Żydzi próbują zawłaszczyć naszą pracę i zniszczyć dzieło Boże!
Aaron z Wilton miał pewną wadę, przed którą ostrzegał go ojciec. "Nigdy
nie dyskutuj z głupcem, Aaronie -?upominał go. -?Tylko wtedy wygrasz".
Bowiem choć Aaron był człowiekiem życzliwym i łagodnym wobec swojej
rodziny, a także niezwykle uczciwym w interesach z ludźmi pokroju
Godefroia i Shockleya, to jednak miał w sobie pewną intelektualną
wyniosłość, która sprawiała, że w konfrontacji z głupcem robił się
opryskliwy.
Doskonale rozumiał, jak ważną sprawą dla wyspy jest lokata kapitału, a że z łatwością przejrzał ciasnotę umysłową kanonika, nie potrafił się
oprzeć, by nie obnażyć jego głupoty.
-?A jednak społeczność żydowska w Yorku, zanim została wymordowana -
zauważył oschle -?wykonała dzieło Boże. Sfinansowała budowę dziewięciu
klasztorów cysterskich.
Była to prawda. Wielkie klasztory na północy, trudniące się hodowlą
owiec, zawarły niegdyś pokaźne i opłacalne transakcje z Żydami, dzięki
czemu sfinansowano wzniesienie tych imponujących budowli. Ale w większości interesy te prowadzono dwa pokolenia wstecz, kiedy stosunki
były lepsze.
Portehors obrzucił go wściekłym spojrzeniem.
-?Kościół nie potrzebuje już waszych pieniędzy -?odparował.
-?A mimo to na czwartym soborze laterańskim w Rzymie -?ciągnął chłodno
Aaron -?zażądano od nas płacenia dziesięciny na Kościół.
-?Czego odmówiliście -?prychnął Portehors w odpowiedzi.
Jego niekonsekwencja wywołała ponury uśmiech na twarzy Aarona.
-?Prawda, nasz wkład był aż nadto hojny -?odparł cicho. Dopiął swego i miał zamiar się oddalić, ale Portehors, nieświadomy, że właśnie
przegrywa, pieklił się dalej.
-?Waszym jedynym celem jest przejmowanie ziemi chrześcijan jako
zabezpieczenia -?rzucił oskarżeniem.
Aaron zatrzymał konia. Jak łatwo było zdemaskować głupotę Portehorsa.
-?Ziemię? Ależ skąd -?odparł beznamiętnie. -?Biskup Ely, jak zapewne
pamiętasz, chciał oddać relikwie świętych w zastaw za pożyczkę.
To również było faktem. Bratanek nikczemnego biskupa Rogera zrobił to w poprzednim stuleciu, wzbudzając wielkie zgorszenie wśród członków
Kościoła i lekkie rozbawienie wśród społeczności żydowskiej.
Kanonik poczerwieniał z gniewu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że
Godefroi i Shockleyowie obserwują jego upokorzenie z milczącą
satysfakcją.
-?Król wkrótce się z tobą rozprawi.
Nie była to groźba całkiem bezpodstawna. Henryk miał ambiwalentny
stosunek do Żydów. Przed czterema laty zezwolił na ceremonialne spalenie
Talmudu, a często oddawał żydowski sąd skarbowy w ręce swoich
bezwzględnych zagranicznych protegowanych, którym pozwalał bezkarnie
ograbiać społeczność. Jednak jego ekstrawaganckie projekty budowlane i skomplikowane sprawy zagraniczne sprawiały, że nieustannie brakowało mu
pieniędzy i wciąż potrzebował tego źródła funduszy.
-?W zeszłym roku w Westminsterze król przyjął nasze złoto własnymi
rękoma. -?Gdy w czasie ceremonii monarcha faktycznie przyjął złoto
osobiście, wywołało to pewne zdziwienie, ale Henryk wydawał się
zachwycony.
-?To nie moja sprawa -?Portehors zmienił podejście. -?Mnie interesuje
tylko budowa Domu Bożego.
Aaron skinął głową.
-?Tak jak i nas, kanoniku Portehors. Bowiem w tej właśnie chwili król
zabiega o znaczącą pożyczkę od społeczności żydowskiej na odbudowę
swojego kościoła -?Opactwa Westminsterskiego.
Portehors oniemiał. Nic o tym nie wiedział. Jednak odbudowa wspaniałej
świątyni Edwarda Wyznawcy faktycznie została po części sfinansowana
żydowską pożyczką w 1245 roku. Pokonany kanonik spojrzał z odrazą na
Aarona, a potem, nie znajdując już gorszych słów, rzucił najdotkliwszą
ze znanych mu obelg.
-?Cóż ty możesz wiedzieć, skoro Żydzi są krzyżownikami dzieci?
Spośród wszystkich kalumnii wysuwanych przeciwko Żydom, heretykom i innym rzekomym wrogom Kościoła jedna z najpotworniejszych, ale i najczęściej uznawanych za prawdę, dotyczyła mordu rytualnego. Oskarżenia
te zaczęły się przed stu laty, gdy w Norwich znaleziono dziecięce zwłoki
noszące jakoby ślady po ukrzyżowaniu. Grupa fanatycznych duchownych
natychmiast oskarżyła miejscowych Żydów o uprawianie nekromancji i rytualne mordowanie dzieci. Ten absurdalny zarzut pojawiał się od tamtej
pory wielokrotnie, szczególnie gdy zawstydzeni dłużnicy szukali sposobu
na zaatakowanie wierzycieli, których obwiniali o swoją sytuację.
Na tę oburzającą zniewagę nie istniała żadna rozsądna odpowiedź. Z wymalowanym na twarzy niesmakiem Aaron zawrócił konia i odjechał.
Portehors odprowadzał go wzrokiem, a w jego spojrzeniu błysnął cień
triumfu. Może i przegrał spór, ale przegonił Żyda. Odzyskawszy poczucie
zwycięstwa, a wraz z nim spokój i powagę, skierował wzrok na Godefroia i Edwarda Shockleya.
-?Jeśli odsuniecie tego młodzieńca od dzieła Bożego -?zagroził cichym
głosem -?aby bratał się z tymi, którzy ukrzyżowali naszego Pana,
narazicie się na ekskomunikę.
Zapewne nie byłby w stanie spełnić tej groźby, nie miał po temu żadnych
podstaw prawnych. Widząc jednak, że kanonik zamierza walczyć do
upadłego, i nie chcąc wdawać się w spory z władzami Kościoła, Godefroi
dał za wygraną. W końcu było wielu innych kamieniarzy.
-?Jak sobie życzysz. -?Wzruszył ramionami i skinąwszy na pożegnanie
Shockleyom, oddalił się.
* * *
I tak oto w roku Pańskim 1244 Osmund Mularz został ocalony przez
kanonika Portehorsa od dwóch grzechów śmiertelnych -?chciwości oraz
lenistwa -?i przeniesiony, za stawkę jednego i ćwierć pensa dziennie, do
pracy przy nowej Katedrze Najświętszej Marii Panny w Nowym Salisbury.
* * *
Tego popołudnia, gdy Peter Shockley przechadzał się z Alicią Le Portier
po mieście, podzielił się z nią dobrą nowiną o foluszu.
Odgarnął jasne włosy z czoła i z błyskiem w niebieskich oczach oznajmił
z dumą:
-?Mamy młyn, a ojciec mówi, że to ja mam nim zarządzać.
Był ambitny. Wiedziała o tym. Ta prosta, entuzjastyczna ambicja
pociągała ją w nim już od dzieciństwa. Szli obok siebie, a ich rozmowa
toczyła się znajomym, niemniej miłym rytmem.
-?Mam nadzieję, że podołasz. -?Nie mogła się oprzeć, żeby choć trochę
nie przygasić jego entuzjazmu. Lubiła patrzeć, jak odzyskuje rezon.
Zarumienił się.
-?Oczywiście, że tak. A to dopiero początek.
Spuściła wzrok, nie chcąc, aby zobaczył jej pełen zadowolenia uśmiech.
-?Może sobie poradzisz -?bąknęła, niby w to wątpiąc.
-?Poradzę! -?Opowiedział jej ze szczegółami o młynie foluszniczym,
wyjaśnił, jak ciężkie drewno sprowadza się z posiadłości Godefroia, by
wykonać ogromne młoty, mechanizm obrotowy z kołami zębatymi i zapadkami
oraz wielkie koło wodne. -?Będzie jak młyn w Downton -?oświadczył -?ale
ja poprowadzę go jeszcze lepiej.
Na chwilę podniosła na niego wzrok.
-?Nie miałabym o tobie dobrego zdania, gdyby było inaczej -?rzekła z wyzwaniem w głosie.
Znał ją od zawsze, więc jak to możliwe, że kilka jej słów wciąż
wystarczyło, by wzbudzić w nim taki dreszcz ekscytacji? Dowiedzie swojej
wartości, a potem, za rok lub dwa, gdy folusz zacznie prosperować,
poślubi ją. Ta wizja stanowiła jeden z sekretnych, lecz niezmiennych
punktów jego planów na przyszłość, i to niemal odkąd sięgał pamięcią.
Teraz, gdy stawała się coraz bardziej realna, czuł ciepło i radosne
oczekiwanie. "Za rok poproszę jej ojca o zgodę", obiecał sobie.
Alicia była drobna i zgrabna, miała piegi i rudawobrązowe włosy, które
nosiła ścięte krótko, jak u chłopca. Poruszała się szybko i zwinnie: gdy
ścigali się w dzieciństwie, Peter potrafił ją wyprzedzić, ale nigdy nie
zostawała daleko w tyle, a kiedy dzieci z okolicy kąpały się w szerokich
sadzawkach opodal Wilton, ona pływała jak ryba i nawet chłopcy nie
potrafili jej dogonić. Jej jedyny brat Walter był od niej dużo starszy,
więc zajęła jego miejsce, stając się niczym drugi syn dla ojca, którego
naturalny autorytet podziwiała. "Nie jestem chłopcem -?powiedziała
Peterowi, gdy miała siedem lat -?ale w niczym od chłopców nie jestem
gorsza".
Jakże odległe wydawały się tamte czasy. Obecnie Walter był poważanym
urzędnikiem królewskim w Winchesterze, gdzie dzięki wpływom ojca
otrzymał posadę kontrolera jakości tkanin, a przez ostatnie dwa lata
Alicia dorosła i dojrzała, tak że teraz u boku Petera szła już nie jego
dawna ukochana z dzieciństwa, lecz nowa, tylko częściowo mu znana młoda
kobieta, owiana aurą tajemnicy i ekscytacji, która sprawiała, że czasem
drżał na samą myśl o niej.
Nade wszystko kochał jej oczy. Były jedyne w swoim rodzaju. W jednej
chwili zdawały się piwne, usiane plamkami zieleni i błękitu wokół
tęczówek, a już w następnej, gdy zmieniało się światło, a może jej
nastrój, stawały się zdumiewająco fiołkowe. Odziedziczyła je po matce.
-?Chodźmy na targ -?zaproponowała.
Wielki, nieregularny plac tętnił gwarem i życiem.
Po zachodniej stronie wznosił się masywny, nowy kościół św. Tomasza
Becketa, który służył za kościół parafialny dla dzielnicy kupieckiej.
Jednak ponieważ miasto rozwijało się bardzo szybko, wkrótce mogła zajść
potrzeba budowy kolejnej świątyni. Obok kościoła mieścił się targ
serowy. Naprzeciwko, po stronie wschodniej, znajdowały się zagrody dla
bydła. W samym centrum, jako symbol władzy biskupa nad przestępcami,
stały dyby. Od południa zaś, w kilku rzędach, rozstawiono stragany.
Były tam kramy kołodziejów, a obok nich ciągnął się rząd butelkowy,
gdzie handlowano nie tylko butelkami, ale też ceramiką i naczyniami
cynowymi. Był rząd rybny, rząd żelazny, rząd kucharzy i rząd szewców -?w tym ostatnim pracowicie szyli i stukotali za swoimi stołami ci, którzy
wytwarzali nowe buty, i ci, którzy naprawiali stare. Swoje stoiska mieli
rzeźnicy, piekarze, handlarze tkanin, krawcy, srebrnicy, cieśle,
rymarze, miechownicy, rękawicznicy, kapelusznicy, sprzedawcy przędzy,
królików, przypraw, warzyw, czosnku i drobiu. Byli też bednarze z ułożonymi w stosy beczkami, sprzedawcy węgla, soli i mąki owsianej oraz
hodowcy trzody chlewnej, zaś w południowo-wschodnim rogu, przy krzyżu,
swoje miejsce mieli bardzo ważni kupcy -?sukiennicy. Rynek kipiał
energią i mienił się barwną mozaiką rzemieślniczych profesji, które
tworzyły esencję średniowiecznego świata i które w postaci nazwisk
takich jak Carter/Woźnica, Cooper/Bednarz, Butcher/Rzeźnik czy
Tailor/Krawiec przylgnęły wówczas do wielu ludzi.
Spędzili godzinę, przechadzając się między barwnymi straganami. Ludzie w tłumie przepychali się niespiesznie, bez względu na to, czy byli
kupcami, czy chłopami, handlarzami z Wilton czy rolnikami z okolicznych
wiosek, bogatymi księżmi, biednymi mnichami czy też mularzami z pobliskiej katedry. Tu i ówdzie można było dostrzec poważnych kanoników,
których służący starannie wybierali sery, a zakonnice z Wilton i spokojni pasterze z pastorałami, majestatyczni niczym biskupi, stali
ramię w ramię przy stoiskach z przyprawami, podczas gdy po ulicy za ich
plecami harcowały urwisy. Każdy zakątek rynku wypełniały inne, bogate
wonie, od delikatnego aromatu przy straganach z serami aż po ostry,
pylisty zapach tam, gdzie handlowano węglem.
W trakcie przechadzki Peter dyskretnie oddalił się na chwilę, żeby kupić
coś, co wpadło mu w oko, zaś Alicia udała, że tego nie spostrzegła.
W końcu dotarli na północną stronę rynku i ruszyli ulicą wzdłuż kwartału
Blue Boar.
Biskup zaprojektował swoje miasto w postaci mniej więcej prostokątnych
bloków, zwanych kwartałami, z których każdy podzielony został na
standardowe parcele dzierżawne. Były to działki szerokie na trzy pręty
(około piętnastu metrów), wychodzące na ulicę, i głębokie na siedem
prętów. Najemcy płacili za nie roczny czynsz w wysokości jednego
szylinga i mogli je zabudować wedle własnego uznania. Większość budowała
domy ze składnicą albo warsztatem na poziomie ulicy, ale niektórzy -
zamożniejsi -?wznosili rezydencje wyłącznie mieszkalne. Na południe od
rynku znajdował się kwartał New Street, na północ zaś Blue Boar i kilka
innych, wciąż niedokończonych ze względu na stopniowy rozwój miasta.
Za kwartałem Blue Boar, przy ulicy biegnącej na północ, w kierunku
starego zamku, ale przed bramą miejską, stał dom Le Portiera, kontrolera
tkanin -?wysoki, trzykondygnacyjny budynek z drewna i tynku, o stromym,
jednospadowym dachu krytym dachówką.
Ojca Alicii nie było w domu, zastali tylko jej matkę. Peter zauważył, że
gdy ją mijali, obrzuciła ich ciekawskim, uważnym spojrzeniem. "Być może
-?pomyślał -?zastanawia się, kiedy zostanę jej zięciem".
Widok matki Alicii sprawił mu przyjemność. Prócz tego, że miała
niezwykłe fiołkowe oczy, należała do grona kobiet wyróżniających się nie
tyle klasycznym pięknem, ile harmonią, dzięki której zdawała się nie
starzeć. Był to jeden z powodów, dla których wybrał Alicię. "Chcę
kobiety, która przetrwa próbę czasu", powtarzał sobie. Jej matka miała
tylko jedną wadę, która psuła jej wygląd: lekkie przygarbienie,
deformujące linię ramion. "Ale jej ojciec jest wyprostowany jak świeca -
przekonywał się w myślach. -?Myślę, że Alicia odziedziczy postawę po
nim".
I tak się stało. Patrząc na nią teraz, nie miał wątpliwości, że wybrał
idealną kandydatkę na żonę.
Przeszli na podwórze za domem.
W odróżnieniu od większości sąsiednich parcel na tyłach domu kontrolera
tkanin nie znajdował się warsztat ani składnica, lecz niewielki ogród z cisowym żywopłotem, dwoma wiciokrzewami i sześcioma drzewkami różanymi.
Pośrodku ogródka ustawiono drewnianą ławkę.
Dopiero kiedy Alicia usiadła, Peter wyciągnął prezent, który wypatrzył
na jednym z targowych straganów. Był to maleńki srebrny medalion
zawieszony na cienkim srebrnym łańcuszku. Wykonano go na wybrzeżu, u ujścia rzeki, gdzie działały niewielkie odkrywkowe kopalnie srebra.
Peter podał go dziewczynie z udawaną swobodą, lecz ona bacznie mu się
przyglądała. Oboje wiedzieli, że ta chwila jest wyjątkowa.
-?To dla ciebie. -?Nagle poczuł się niezręcznie.
Przyjęła podarek, wbijając wzrok w ziemię.
-?A co to właściwie ma znaczyć? -?Wiele wysiłku kosztowało ją zachowanie
chłodnego, obojętnego tonu.
-?Że masz to nosić, ponieważ należysz do mnie -?odparł z nutą zbytniej
pewności siebie.
-?Doprawdy? -?Starała się ukryć rozradowanie. Chciała, żeby powiedział
coś więcej.
-?Oczywiście.
-?Czy to nie nazbyt pochopne założenie?
Młody Peter czuł się co prawda niezręcznie, ale był z siebie zadowolony.
Wzruszył jedynie ramionami.
-?A może ja wcale nie chcę do ciebie należeć. -?W jej cichym głosie
pobrzmiewało ostrzeżenie, które on postanowił zignorować. Co więcej,
blady rumieniec na jej policzku, zdradzający niezadowolenie, dał mu
poczucie władzy. Ten półmężczyzna, półchłopiec chciał, by mu uległa.
-?Dałem ci medalion -?rzucił chłodno.
Już zakładała go na szyję, lecz teraz się zawahała.
-?To wszystko, co masz mi do powiedzenia? -?Dlaczego nie wyznał, że ją
kocha?
Peter wiedział, czego pragnie Alicia, ale nagle ta świadomość go
onieśmieliła.
-?Jest wiele innych, które chętnie go przyjmą, jeśli ty nie chcesz -
oznajmił dumnie i spojrzał na nią z triumfem.
Te słowa były dla niej jak cios w brzuch. Poczuła, że blednie. Przez
chwilę nie mogła wykrztusić ani słowa. Zebrała się w sobie i powstrzymała łzy, które napływały jej do oczu.
-?To weź go sobie! -?Wyrwał jej się krótki szloch. -?Nie chcę go! Ani
ciebie!
Przesadził. Chciał wycofać to, co powiedział, ale nie był dość bystry.
-?Jestem dla ciebie niezłą partią -?próbował jej zaimponować. -?Jestem
bogatym mężczyzną.
Milczenie, które zaległo, zdawało się nie mieć końca. Fiolet jej oczu
nigdy nie był aż tak intensywny, kiedy tłumiła łzy, by w końcu rzucić mu
zimne i pełne pogardy spojrzenie.
-?Nie jesteś mężczyzną, zapewniam cię. Jesteś chłopcem. I nie chcę cię.
Proszę, odejdź. -?Spokojnym gestem oddała mu medalion. -?Nie chcę cię
więcej widzieć.
Z uczuciem mdłości Peter w milczeniu przyjął niechciany wisiorek, a potem, nie wiedząc, co innego mógłby zrobić, odwrócił się na pięcie.
Ona jeszcze się opamięta.
* * *
Tego samego wieczoru matka zabrała Alicię na górę i zaczęła ją
przebierać, mówiąc z uśmiechem do zaskoczonej córki:
-?Musisz dzisiaj wyglądać olśniewająco. -?Kiedy dziewczyna spytała
dlaczego, jej matka spojrzała na nią z namysłem i odpowiedziała
pytaniem: -?Kogo spodziewasz się poślubić?
Zamiast odrzec jak zwykle: "Przypuszczam, że Petera Shockleya", wciąż
rozgniewana Alicia rzuciła:
-?Któż to wie?
Jej matka skinęła głową.
-?Shockley to miły chłopiec -?przyznała szybko -?i lubię go. Ale jest
bardzo młody. No i to tylko kupiec. Nigdy nie będzie kimś więcej. -
Delikatnie odgarnęła włosy z twarzy Alicii i upięła je z tyłu. -?Jesteś
już kobietą i potrzebujesz starszego mężczyzny, a nie chłopca.
Alicia oblała się rumieńcem. Te słowa współgrały z jej nastrojem.
Zastanawiała się jednak, co z tego wyniknie. Najwyraźniej szykowało się
coś niezwykłego, bo jeszcze nigdy nie widziała na matczynej twarzy
takiego skupienia.
Ku jej zdumieniu matka zdjęła z niej prostą dziecięcą tunikę bliaut i lnianą szatę cotte, a następnie włożyła jej przez głowę białą jedwabną
halkę. Gdy delikatny materiał spłynął miękkimi fałdami na ciało Alicii,
w jej oczach rozbłysnął zachwyt, bo jeszcze nigdy nie miała na sobie
czegoś podobnego.
-?Masz ładne piersi -?oznajmiła jej matka bez ogródek. -?Trochę je
odsłonimy. -?I ze stojącej przy łóżku dużej skrzyni wyjęła misternie
haftowaną suknię w odcieniach błękitu i złota, która, po delikatnym
zebraniu złotym sznurem nad talią, opadała długimi fałdami do ziemi. Z przodu, tam gdzie suknia była sznurowana, matka zostawiła dekolt tak
głęboki, jak tylko się dało, by kształt młodych piersi Alicii rysował
się uwodzicielsko pod jedwabiem, przyprawiając dziewczynę o kolejny
rumieniec. Następnie matka złożyła delikatną, lnianą podwikę, tworząc
opaskę na czubku głowy, i nakryła ją lnianym czepkiem przypominającym
koronę.
Alicia stanęła przed lustrem z polerowanego brązu w kącie pokoju i przyjrzała się swemu odbiciu. Nie miała pojęcia, że może tak wyglądać.
Na widok tej nowej osoby, którą właśnie się stała, aż mocniej zabiło jej
serce.
-?Teraz, moje dziecko, jesteś kobietą -?oznajmiła jej matka.
-?Na czyją cześć to wszystko? -?zapytała dziewczyna.
-?Twój ojciec ma ważnego przyjaciela w Winchesterze -?usłyszała. -
Przybędzie do nas dzisiaj, twój brat go przyprowadzi. Nazywa się
Geoffrey de Whiteheath. -?Alicia słyszała kiedyś, jak ojciec wspominał o nim z szacunkiem. -?Byłby dla ciebie doskonałą partią -?ciągnęła matka.
-?To rycerz ze wspaniałą posiadłością. W zeszłym roku stracił żonę i syna w pożarze. Ale pragnie dziedzica.
-?Czy ojciec każe mi go poślubić?
Jej matka zawahała się lekko.
-?Nie. Ale ma nadzieję, że to zrobisz. On i twój brat włożyli sporo
wysiłku, by zaaranżować to spotkanie.
Alicia ceniła i ojca, i brata, ale nie była pewna, co o tym sądzić.
Przypuszczała, że ich wybór ją zadowoli.
-?Czy on jest bardzo stary? -?zapytała z niepokojem.
Matka się roześmiała.
-?Nie. Trochę siwizny na skroniach, ale mężczyzna tylko na tym zyskuje.
-?Uśmiechnęła się. -?Będzie tu lada moment.
Alicia zeszła po schodach jako pierwsza. W długiej sukni czuła się
bardzo dorosła. "Dla Petera Shockleya -?pomyślała -?aż nazbyt dorosła".
Może ten rycerz będzie umiał ją docenić.
* * *
Trzeci z siedmiu grzechów głównych, które dotknęły Osmunda Mularza,
wkradał się w jego życie bardzo powoli i zupełnie go zaskoczył.
Praca przy budowie katedry wręcz go uszczęśliwiała. Zanurzając się w spokój przykatedralnych terenów, odkrywał inny świat.
Kanonik nakazał przyjąć go do terminu, co stawiało go nieco wyżej od
małej armii około dwustu robotników, którzy przenosili kamienie i wywozili gruz, ale i tak pozostawał nieistotną i niemal niezauważaną
postacią na marginesie grupy pięćdziesięciu mularzy, wśród których
mistrzowie mularstwa tworzyli nieliczną, dostojną elitę. Nad mistrzami
mularstwa stali czcigodny mistrz mistrzów Nicholas z Ely i jego zastępca
Robert, których Osmund często widywał, jak nadzorowali prace, ale z którymi nie miał śmiałości porozmawiać. Najwyższy zaś, niemal boski
status wśród budowniczych dzierżył architekt katedry Elias de Dereham,
darzony większym poszanowaniem niż sam biskup. Zaprojektował on wiele
innych budowli, w tym sanktuarium św. Tomasza Becketa w Canterbury, ale
katedrę w Salisbury uznawano za najwspanialsze z jego dzieł. Elias był
już starcem, a obecnie przebywał poza miastem; Osmund nawet nie
wiedział, jak wygląda.
Mularze przyjęli Osmunda do terminu, ale ponieważ nikt nic o nim nie
wiedział, jego obecność była niemal zupełnie ignorowana, nawet przez
innych uczniów. Mógłby się poczuć tym zniechęcony. On jednak od
pierwszego dnia pracy był pewien jednego: znalazł się dokładnie tam,
gdzie chciał być.
Na razie traktowano go jako dodatkową parę rąk do pracy i zlecano mu
tylko najprostsze zadania -?cięcie bloków szarego kamienia i pomoc przy
ich obróbce. Ale był zadowolony. Podczas długich, gorących, zakurzonych
dni, spędzanych w cieniu powoli rosnącej katedry, z radością przyglądał
się budowniczym, którzy w ciszy i doskonałym porządku zajmowali się
swoją pracą, odgrodzeni od zgiełku reszty świata. Kilka razy w tygodniu
nocował w kwaterach mularzy, które tworzył szereg solidnych drewnianych
chat postawionych wzdłuż północnej i wschodniej granicy katedralnego
kompleksu. Kiedy mularze siadali w kręgu, on lubił usiąść z boku i z szacunkiem słuchać ich rozmów. Swoje ambicje wolał jednak zachować dla
siebie: cech mularzy był konfraternią zamkniętą i skrytą, a nowy uczeń
powinien cierpliwie wykonywać swoje zadania i nie odzywać się niepytany.
Na placu budowy znajdował się jeden szczególny obiekt, który go
fascynował. We wschodniej części katedry, gdzie pierwsza kaplica -
niższa od głównej bryły kościoła -?już była zadaszona, Elias de Dereham
umieścił na stole wielką drewnianą makietę. Przedstawiała ona katedrę w jej końcowym kształcie, a każdy mularz i robotnik miał prawo przyjść i ją zobaczyć. Osmund odwiedzał to miejsce codziennie.
Katedra, którą tam oglądał, stanowiła długą, wąską budowlę, której
nieskomplikowaną, prostokątną linię przełamywały jedynie dwa ogromne
transepty w jej centrum, nadające całości formę prostego krzyża, oraz
dwa mniejsze -?bliżej wschodniego krańca. Na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptem długa linia dachu dzieliła się na dwie równe części, nad
którymi wznosiła się niska, kwadratowa wieża o wysokości około sześciu
metrów, zwieńczona płaskim dachem. Był to układ typowy dla wielu dużych
kościołów w ówczesnej Europie, a jego długie, poziome linie stanowiły
kwintesencję prostoty.
I jakież to było eleganckie! Stare normańskie kościoły, takie jak
katedra na wzgórzu zamkowym, były masywnymi, ciężkimi bastionami o zaokrąglonych łukach i wąskich oknach osadzonych w murach
przypominających fortecę, natomiast ten nowy gmach był lekki i przestronny. Okna zakończone prostymi gotyckimi ostrołukami wznosiły się
w dwóch kondygnacjach -?ogromne tafle szkła doskonale równoważyły
wysokie, surowe powierzchnie szarego kamienia z Chilmark. Zdaniem
Osmunda nie mogło istnieć nic bardziej czystego i naturalnego.
Pewnego dnia, kiedy stał przy makiecie, bez reszty nią pochłonięty,
usłyszał czyjś głos dobiegający z boku.
-?Podoba ci się ta budowla?
Stojący obok niego starszy mężczyzna o szerokim, łysiejącym czole i haczykowatym nosie patrzył na niego z zaciekawieniem. Osmund zastanawiał
się, kto to jest.
-?Jest taka... -?zawahał się -?taka prosta -?dokończył szczerze.
Ku jego zaskoczeniu starzec się uśmiechnął.
-?Najlepsze rzeczy zawsze są proste. Spójrz na te okna: tylko
najprostsze maswerki, nic więcej. Po drugiej stronie Kanału znajdziesz
najwymyślniejsze wzory kamieniarskie w oknach i sklepieniach -?ciągnął.
-?Ale to nie w moim guście. I nie w duchu Sarum. -?Uśmiechnął się. -?Ani
trochę.
-?Myślę, że to największa katedra na świecie -?powiedział Osmund.
Architekt wybuchnął śmiechem.
-?O nie. Katedra w Amiens we Francji -?podjął z ożywieniem -?jest
dwukrotnie większa od naszej. Ale nawet stojąc we wnętrzu obu, nie
zauważysz tej różnicy. Dlaczego? Ponieważ proporcje są idealne. Spójrz -
mówił z coraz większym entuzjazmem -?na te filary z marmuru z Purbeck,
które podtrzymują sklepienia: marmur jest tak twardy, że mogą być bardzo
smukłe. A tam, na środku, gdzie krzyżują się transepty, cztery wielkie
kolumny na rogach tego skrzyżowania -?tam zbudowaliśmy ogromne filary,
które wystrzeliwują prosto w górę, bez żadnych pośrednich kapiteli, od
posadzki aż po sklepienie, jednym, nieprzerwanym ciągiem. Proste wiązki
kolumn. Czystość linii. Wzlatują ku górze.
Wtedy Osmund zrozumiał, kim jest ten starzec. Był zdumiony, że tak
znakomity człowiek rozmawia właśnie z nim.
Kanonik Elias de Dereham spojrzał na niego przychylnie.
-?Jesteś mularzem, młodzieńcze?
-?Nie, panie -?odpowiedział skromnie. -?Ale mam nadzieję nim być.
-?Umiesz rzeźbić?
Wiedział, że umie rzeźbić w drewnie. Był pewien, że poradziłby sobie
także z kamieniem.
-?Tak -?odparł bez wahania.
Starzec pokiwał głową i się oddalił.
Dwa dni później jeden z mularzy podszedł do zajmującego się swoją pracą
Osmunda i zaczął go wypytywać:
-?Chcesz zostać mularzem?
Skinął głową.
-?Jeśli chcesz wstąpić do naszego cechu i poznać sekrety mularskiego
rzemiosła, musisz służyć naszemu uczniowi, dopóki nie uznamy, żeś tego
godny.
Cech mularski wciąż był organizacją stosunkowo nieformalną, lecz Osmund
wiedział, że zwykle uczeń rzemieślniczy musi terminować przez siedem
lat, zanim może zostać uznany za czeladnika. Skłonił głowę.
-?Dobrze -?rzekł krótko mężczyzna. -?Zgłoś się do Bartholomewa. On
będzie twoim mentorem.
I odszedł.
Osmund zrozumiał, że właśnie wstąpił na nową drogę, na której końcu miał
zostać prawdziwym mularzem.
Bartholomew -?uczeń mularski zaledwie dwa lata starszy od samego Osmunda
-?był bladym, gburowatym młodzieńcem z czupryną ciemnych, już
przerzedzających się włosów, które opadały mu na twarz, i dużym,
sączącym się wrzodem po prawej stronie szyi. Przywitał Osmunda bez
większego entuzjazmu, ale pozwolił mu obok siebie pracować i uczyć się
podstaw rzemiosła.
Następnego dnia podszedł do niego także mistrz mularski Robert, zadał mu
kilka pytań, a potem krótko skinął głową.
-?Ucz się od Bartholomewa -?nakazał.
A do nauczenia się było mnóstwo rzeczy. Jego gburowaty mentor pokazał
mu, jak prowadzić dłuto, i objaśnił właściwości różnych rodzajów
kamienia.
Wprowadził go także w wiele zajęć związanych z budową, z których każde
wymagało odrębnego warsztatu.
Był to świat pełen cudów. Zobaczył wielką deskę kreślarską głównego
mularza, na której za pomocą cyrkla i ekierki projektował na płótnie
każdy element budowli. Używany przez niego ołówek, co Osmund odkrył ze
zdumieniem, był wykonany nie z ołowiu, ale ze srebra.
-?Srebro zostawia na płótnie czarną linię -?wyjaśnił mu krótko
Bartholomew. Osmund nie miał o tym pojęcia.
Poznał pracę stolarzy i cieśli, którzy nie tylko przygotowywali podpory
pod dachy, ale także tworzyli konstrukcję rusztowań.
Widział stosy drewna pochodzącego z pobliskiego lasu Clarendon i wielki
dół, w którym to drewno piłowano.
Po północno-wschodniej stronie przykatedralnego close, przy bramie
prowadzącej na tereny pałacu biskupiego, odwiedził warsztaty szklarzy,
którzy już przygotowywali olbrzymie ilości potrzebnego do budowy szkła
witrażowego -?najpierw je malowali, a potem wypalali w specjalnych
piecach. Z zachwytem przyglądał się delikatnym wzorom przedstawiającym
świętych i sceny biblijne, które miały subtelnie rozświetlać ściany
katedry.
Były tam magazyny, pracownie malarskie, refektarze, kuchnie i budynki
gospodarcze -?w ciągu dwóch dekad trwania prac budowniczowie wielkiej
katedry stworzyli tam własny mały świat, a jego najważniejszym
elementem, zajmującym całą południową stronę długiej nawy kościoła, była
drewniana przybudówka -?warsztat mularski.
Budowa katedry wymagała pracy najróżniejszych mistrzów mularskiego
kunsztu -?ciosaczy, rzeźbiarzy, ludzi zręcznie układających kamienne
bloki i biegłych w osadzaniu maswerków; tokarzy sprawnie operujących
tokarkami, by nadać marmurowi połysk; mularzy tworzących na stołach
warsztatowych setki kapiteli i zworników niezbędnych do wykończenia i ozdobienia tej majestatycznej budowli. Na posadzce wyznaczono
przestrzeń, gdzie można było rysować złożone układy filarów w naturalnej
skali. Obok piętrzyły się stosy drewnianych szablonów skrzętnie
przygotowanych w taki sposób, aby mularze mogli wiernie odwzorowywać
przekroje w trakcie obróbki kamienia.
Wszystko to winien pojąć każdy mularz pragnący stać się prawdziwym
mistrzem w swoim fachu.
Osmund był zafascynowany.
Kamień, z którego wznoszono katedrę w Salisbury, pochodził z dwóch
różnych źródeł. Szary wapień, stanowiący główny budulec, wydobywano w kamieniołomach w Chilmark, dziewiętnaście kilometrów na zachód od
miasta, w dolinie za Wilton. Był to wspaniały, chłodny, zielonkawoszary
kamień, miękki w dotyku i łatwy w obróbce.
Jednak filary, które miały dźwigać ciężki dach, wymagały kamienia
zupełnie innego rodzaju. Wybrano twardy i solidny marmur z Purbeck,
wydobywany na południowym wybrzeżu w pobliżu zamku Corfe. Osmund
wiedział, że większość tego cennego surowca była darem jednej kobiety -
Alice Brewer -?która ofiarowała nowemu kościołowi tyle marmuru, ile
zdołano wydobyć z jej kamieniołomów w Purbeck przez ostatnie dwanaście
lat. Był to jeden z najhojniejszych darów, jakie kiedykolwiek otrzymała
ta katedra.
Chłopiec szczególnie upodobał sobie szary kamień z Chilmark. Nieraz
zabierał ze sobą niewielki kawałek i wracając doliną do Avonsford,
obracał go w dłoniach, badając jego fakturę i dociekając struktury.
"Każdy kamień -?pouczał go Bartholomew -?ma wyjątkowe ziarno, jak drewno
słoje. Aby go przeciąć, musisz je poznać. A osadzając kamień w murze,
pamiętaj, że ułożenie ziarna zdecyduje o tym, jak będzie on znosił
działanie wiatru i deszczu".
Zdarzało się, że Osmund dostrzegał w kamieniu ledwie zauważalny drugi
odcień: najsubtelniejszą nutę błękitu lub rdzawej czerwieni -?to również
uwielbiał.
Wiedział, że częściowo będzie terminował w wielkim kamieniołomie w Chilmark, gdzie wydobyty kamień poddawano surowej obróbce przed jego
przewiezieniem do Salisbury.
Kiedy po raz pierwszy wysłano go tam w sierpniu, pełen ekscytacji
wyruszył o świcie drogą przebiegającą obok Wilton.
Jedynie głębokie bruzdy wyżłobione przez wozy zdradzały, że przez
zachodnią dolinę przewożono coś niezwykłego. I dopiero gdy te koleiny
nagle skręciły w las, chłopak odgadł, że zapewne dotarł do Chilmark.
Właściwie nic nie wskazywało na istnienie w tym miejscu kamieniołomu,
dopóki nie trafił do obozu, gdzie ujrzał kwatery górników oraz
kamieniarzy zajmujących się wstępną obróbką wydobytego surowca. Zobaczył
też wielką przybudówkę, gdzie cięto kamienie, a nieco dalej plac, na
którym ładowano wozy. Ale gdzie była sama kopalnia? Rozglądał się wokół
z wielkim przejęciem.
Kiedy wyjaśnił, po co przybył, pewien życzliwy młody górnik wskazał na
niewielkie, ukryte wśród drzew wejście do jaskini.
-?Jest tam.
Nie wyglądało to imponująco. Ale kiedy młodzieniec chwycił pochodnię i poprowadził go w głąb jaskini, chłopakowi zaparło dech w piersiach.
Sam nie wiedział, czego właściwie się spodziewał, ale z pewnością nie
tego, co zobaczył.
Na początku tunel schodził łagodnie w dół, by wkrótce rozszerzyć się w przestronną galerię. Dalej jednak, w głębi skały, zaczynał się ogromny
ciąg sal, korytarzy i przestronnych komnat prowadzących we wszystkie
strony -?na prawo, na lewo, w górę i daleko w dół -?niczym labirynt.
Dopiero po dłuższej chwili, gdy jego wzrok zdołał przywyknąć do słabego
blasku pochodni majaczącego w mroku, młody kamieniarz doznał olśnienia:
ta wielka, misterna sieć sal i galerii wcale nie była labiryntem, ale
jedną ogromną przestrzenią poprzecinaną skalnymi filarami.
-?Ależ -?wykrzyknął -?to jakby katedra, tyle że pod ziemią!
Istotnie. Galerie ciągnęły się w dal niczym nawy. Miejscami sklepienia
wznosiły się równie wysoko jak te w wielkiej katedrze. Kamieniołom w Chilmark, przestronny i wypełniony subtelnym echem, naprawdę przywodził
na myśl olbrzymią świątynię.
-?To łono katedry -?odezwał się stojący obok młody mężczyzna. -?A kamienia mamy tu dosyć, by wybudować drugi kościół.
Przez dwie godziny Osmund wędrował z pochodnią w ręku po tych
bezkresnych jaskiniach. Czuł niepojętą radość na myśl, że ta wielka
katedra, której sklepienia będą wkrótce wznosić się nad jego głową,
została wyrwana z czeluści ziemi za pomocą jedynie kilofa i ludzkich
rąk.
Za pierwszym razem spędził w kamieniołomie dwa tygodnie, a gdy miał
wracać, wozacy jadący do Salisbury pozwolili mu się z nimi zabrać. Tego
dnia przewożono sześć wozów pełnych kamienia, ale ku swemu zaskoczeniu
Osmund zobaczył, że do tej kawalkady dołączono kolejne sześć
wypełnionych gruzem i odpadami z szybów oraz warsztatu.
-?Po co to? -?zapytał.
-?Zobaczysz -?odparł wozak.
I rzeczywiście, po przejechaniu ośmiu kilometrów wozacy, jeden po
drugim, poczęli zrzucać zawartość tych wozów na drogę.
-?Utwardzamy trakt, jak tylko mamy sposobność -?wyjaśnił jego towarzysz.
-?W końcu z kopalni wychodzi nie tylko kamień, a śmieci trzeba gdzieś
wyrzucić.
Miesiąc później Osmund wyruszył na swoją drugą wyprawę -?śmielszą, bo
tym razem wybrał się brzegiem rzeki aż do portu. Małe nadmorskie
miasteczko chlubiło się niewielkim zamkiem na wzgórzu nad rzeką i pięknym normańskim kościołem klasztornym, którego nazwa -?Christchurch -
stopniowo zastępowała dotychczasową saską nazwę miasteczka: Twyneham.
Tutaj, spoglądając na opustoszały cypel z jego niskim wzgórzem i opuszczonymi wałami obronnymi, ujrzał, jak ogromne drewniane barki
wpływają na spokojne wody portu, wioząc drogocenny marmur z zachodnich
kamieniołomów rozsianych wzdłuż wybrzeża, żeby rozpocząć powolną podróż
w górę rzeki Avon ku Sarum.
Ciągle uczył się czegoś nowego. Gdy mury katedry powoli pięły się coraz
wyżej, robotnicy mozolnie wciągali na górę wielkie beczki wypełnione
kredą, wapnem i krzemieniem, którymi wypełniano przestrzeń pomiędzy
wewnętrzną i zewnętrzną warstwą muru.
-?W ten sposób nie tylko buduje się szybciej niż z litego kamienia -
wyjaśnił Bartholomew. -?Chodzi też o to, że gruz wapienny spaja się z kamieniem. Dzięki temu konstrukcja jest bardzo trwała.
Młodego kamieniarza fascynowała świadomość, że ta katedra nie składa się
wyłącznie z kamienia -?w jej murach uwieczniono także wspaniałe
wapienno-kredowe klify.
Pewnego dnia, niedługo po swojej wyprawie w dół rzeki, dokonał kolejnego
odkrycia, tym razem związanego z oknami katedry. Sam nie wiedział,
dlaczego podczas jednej z jego codziennych wizyt przy makiecie
postanowił je policzyć -?może dlatego, że wszystkie inne szczegóły znał
już na pamięć. Dość, że kiedy to zrobił, okazało się, ku jego
zaskoczeniu, że jest ich trzysta sześćdziesiąt pięć.
-?Po jednym na każdy dzień w roku! -?wykrzyknął zachwycony. A potem,
sądząc, że musiał się pomylić, policzył je ponownie, tym razem prowadząc
rachunek na tabliczce. Wynik był taki sam: trzysta sześćdziesiąt pięć.
Czy było to dziełem zamysłu Eliasa, czy tylko przypadku? Nie śmiał go o to zapytać. Ale jednego był pewien:
-?To znak od Boga -?wyszeptał. -?Ani chybi. -?I uczynił znak krzyża.
Osmund był duszą pokorną, a im więcej się uczył, tym wyraźniej zdawał
sobie sprawę z własnej niewiedzy i geniuszu tych, którzy zaprojektowali
tę wspaniałą katedrę i organizowali jej budowę. Często pod koniec dnia
przychodził do małej kaplicy i modlił się przy makiecie, szepcząc:
-?Błogosławiona Maryjo, uczyń mnie godnym miana mularza.
To tutaj pewnego wieczoru kilka miesięcy później po raz drugi i ostatni
spotkał wielkiego Eliasa. Kanonik właśnie nadszedł z Leadenhall,
pięknego domu z ołowianym dachem, który zbudował dla siebie nad rzeką, i cicho wsunął się do kaplicy. Zatrzymał się, zaskoczony widokiem młodego
kamieniarza, który -?nieświadom, że ktoś go obserwuje -?padł na kolana i przeżegnał się, zapatrzony w makietę majestatycznej budowli. Kiedy
mistrz zapytał chłopca: "Co cię trapi, mój synu?", wyrwany z zamyślenia
młodzieniec o zbyt dużej głowie i poważnych szarych oczach spojrzał na
niego i powtarzając słowa, które niegdyś usłyszał od kanonika
Portehorsa, wyznał:
-?Ojcze, nie jestem godzien; jestem tylko drobiną kurzu.
Na co architekt odpowiedział z uśmiechem:
-?Zapominasz, mój synu, słowa naszego Pana: Bóg Ojciec widzi nawet
wróble. A wróble, mój młody przyjacielu, mają własne oczy. -?Poklepał go
po ramieniu. -?Nie jesteś drobiną kurzu, młody kamieniarzu, lecz
wróblem, który potrafi używać swoich oczu. -?To powiedziawszy, Elias de
Dereham się oddalił.
Wtedy, na krótką chwilę, Osmund doznał uniesienia, jakiego nie czuł
nigdy w życiu. I niemal zapomniał o grzechach głównych.
* * *
Zbliżała się północ.
Na targowisku jaskrawe markizy nad straganami były ciasno zwinięte;
zagrody dla owiec i bydła stały puste; ulice pogrążyły się w ciszy.
Choć niezupełnie. Wzdłuż krawędzi targu serowego, gdzie stoły na kozłach
piętrzyły się w stosach, starannie obwiązane łańcuchem, w cieniu pod
murem masywnego kościoła parafialnego św. Tomasza brnęła chwiejnie przed
siebie samotna postać w szarej opończy z naciągniętym na głowę kapturem.
Tej nocy jedynym źródłem światła były gwiazdy, ale akurat świeciły
wyjątkowo jasno. Postać szła wzdłuż zachodniego krańca rynku, by po
chwili wyrwać się z mroku i minąwszy Blue Boar Row, ruszyć dalej
środkiem ulicy biegnącej na północ.
Peter Shockley był pijany.
Mozolnym krokiem szedł w głąb Castle Street.
Zatrzymał się, dopiero gdy dotarł do wysokiego, surowego domu kontrolera
tkanin Le Portiera. Znalazł na drodze kilka kamyków i zaczął ciskać nimi
w najwyższe okno bladej, pustej fasady.
Alicia była w środku. To była jej ostatnia noc w domu ojca.
Przy trzeciej próbie trafił w jej okno, które po kilku chwilach
otworzyła, by wyjrzeć na oświetloną gwiazdami ulicę.
Ściągnął kaptur. Zauważył, że dziewczyna ma nieco dłuższe włosy niż
ostatnio: opadały jej na ramiona, które przykrywała biała koszula nocna.
Peterowi zdawało się, nawet z takiej odległości, że czuje ciepło i zapach jej ciała.
-?Alicio.
Westchnęła. Przychodził trzeci raz w tym tygodniu.
-?Wracaj do domu, Peterze, nie możemy się widywać.
Ani drgnął.
-?Zejdź na dół -?wyszeptał żarliwie.
-?Nie.
Już trzy razy błagał, by z nim uciekła.
"A co byś wtedy zrobił?" -?pytała.
"Coś", odpowiadał wyzywająco.
To zakrawało na absurd. Zachowywał się niedorzecznie. A jednak -
ponieważ tak mało brakowało, by się zgodziła; ponieważ miała sobie za
złe, że ustąpiła ojcu; ponieważ wiedziała, że to wszystko jest daremne,
i ponieważ próbowała sobie wmówić, że będzie szczęśliwa z tym uprzejmym,
starszym rycerzem z Winchesteru, który był dla niej tak wspaniałą partią
-?traktowała Petera z pogardą.
-?Odejdź i zapomnij o mnie -?wysyczała w półmrok nocy.
-?A ty o mnie zapomnisz? -?zawołał głośno.
-?Już to zrobiłam. Oddałam serce Geoffreyowi de Whiteheathowi. -?Cofnęła
głowę i zamknęła okno.
Peter nie odszedł, jak chciała. Znów rzucił kamyk, i jeszcze jeden, ale
Alicia się nie pojawiła. Więc rzucił mocniej, a potem trochę zbyt mocno.
Usłyszał brzęk pękającej szyby. Ale nawet wtedy nie ruszył się z miejsca.
Chwilę później otworzyły się drzwi i z wnętrza domu wyłoniła się wysoka
i chuda postać. Alan Le Portier trzymał w ręku kij.
-?Wracaj do domu i to już, młokosie -?rozkazał groźnie. -?A jutro
zapłacisz mi za to okno. -?Zmierzył go pogardliwym spojrzeniem, jakby
nieproszony gość był dzieckiem. Peter poczuł rosnącą urazę.
-?Sprzedałeś ją! -?krzyknął. -?Sprzedałeś ją rycerzowi! -?Jego głos
poniósł się echem po ulicy i w oknach innych domów pojawiło się kilka
głów.
Le Portier znieruchomiał. To oskarżenie zupełnie mijało się z prawdą,
ale taka zniewaga obudziła w nim wściekłość.
-?Ty chłystku!
Wskutek ciemności i otępienia Peter nie zauważył, jak tamten zamachnął
się kijem, ale poczuł ostry ból w ramieniu, gdzie trafił cios.
-?Precz! -?ryknął Le Portier.
Petera zalała fala gniewu. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę mężczyzny i już miał go uderzyć, kiedy za jego plecami zobaczył Alicię. Stała w progu, ze świecą w ręku, a na jej twarzy, nagle jakby starszej, malowała
się pogarda.
Znieruchomiał.
-?Zejdź mi z oczu, dzieciuchu -?rzekła zimno, po czym odwróciła się i zniknęła na powrót w domu.
Przez chwilę patrzył za nią, a potem przeniósł wzrok na jej ojca. W końcu wzruszył ramionami i poszedł w dół ulicy, obserwowany przez twarze
we wszystkich oknach.
Na jego wielkie nieszczęście całe to zajście obserwował nieoczekiwany
świadek stojący w cieniu piętnaście metrów dalej.
William atte Brigge zwlekał z opuszczeniem wynajętej kwatery przy
północnej bramie do późnego wieczora, a kiedy wreszcie ruszył przez
miasto, jego uwagę przykuł młody człowiek snujący się po ulicy.
Przystanął, by mu się przyjrzeć, i stwierdził zaintrygowany, że to młody
Shockley. Wtedy ciekawość ustąpiła złośliwej satysfakcji. Chłopak już
wybił okno i próbował zaatakować kontrolera tkanin. Zastanawiając się,
co jeszcze może zmalować, postanowił go śledzić.
Na rynku ujrzał, jak markotny młodzik kopie stoły przy targu serowym.
Widział, jak podnosi kamień i ciska nim przez opustoszały plac. Słyszał,
jak krzyczy, dając upust furii.
Takiej okazji nie mógł przepuścić. Rozejrzawszy się wokół, William
wypatrzył spory kawał drewna, który podpierał jeden ze straganów. Chwilę
później przemknął, niewidoczny w ciemności, rzucił grubym drągiem w jedno z okien kościoła św. Tomasza i czym prędzej pobiegł w kierunku
domu biskupiego rządcy.
Aż tryskał zadowoleniem, kiedy parę minut później kościelny urzędnik
wkroczył na rynek i aresztował młodego Shockleya, który wciąż kręcił się
koło straganów.
-?Widziałem, jak cisnął kamieniem w okno Le Portiera -?zapewniał William
-?a potem przyszedł tutaj i wybił szybę w kościele. Jeśli potrzeba
świadków, zapytaj na Castle Street.
-?Tak zrobię -?obiecał rządca.
* * *
Dziesięć dni później Peter Shockley stanął przed sądem biskupim.
Oskarżony i natychmiast uznany winnym zakłócenia porządku na targu oraz
wybicia okna w kościele został skazany na spędzenie całego poranka w dybach.
-?Przykro mi z powodu twego syna -?powiedział później rządca do Edwarda
Shockleya -?ale nie mogę czynić żadnych wyjątków.
Zemsta kupca z Wilton była satysfakcjonująca, ale jeszcze daleka od
zakończenia.
Kara zakucia w dyby była dość nieprzewidywalna. Jeden spędzał w nich
cały dzień i wychodził bez szwanku, inny -?jeśli nie cieszył się dobrą
reputacją -?bywał obrzucany czym popadło. Z rękami i głową uwięzionymi w ciężkim drewnianym jarzmie nie mógł się bronić, więc kończył poraniony i posiniaczony. Najgorsze jednak było upokorzenie i kiedy Edward Shockley
usłyszał ten wyrok, ogarnęła go wściekłość.
-?Zhańbiłeś rodzinę! -?grzmiał. -?Będziesz pracował w foluszu, ale
przysięgam na Boga, nie dam ci nim zarządzać.
Następnego ranka, gdy dwóch ludzi rządcy wyprowadziło Petera Shockleya i zakuło go w dyby, zdawało mu się, że całe jego życie, które jeszcze
przed dwoma miesiącami jawiło się jako pełne obietnic, teraz legło w gruzach. "Straciłem młyn -?pomyślał ponuro -?i straciłem Alicię".
Spoglądając przed siebie ponad placem targowym, wyobraził ją sobie w ramionach rycerza z Winchesteru i oczy zaszły mu łzami. Jakiś uliczny
łobuz, nie tyle złośliwie, ile dla zabawy, rzucił w niego jabłkiem,
które trafiło go w usta, kalecząc wargę. Jeszcze nigdy nie czuł się tak
samotny.
A jednak ten niechlubny dzień przyniósł mu jednego nieoczekiwanego
przyjaciela.
Późnym rankiem poczuł obok siebie czyjąś obecność. Drewniane jarzmo na
szyi nie pozwalało mu odwrócić głowy, ale zdołał dostrzec stopy w prostych sandałach i skrawek szarego przybrudzonego habitu. To go
przekonało, że jego towarzyszem jest franciszkanin.
Za jego życia mieszkańcy Sarum przywykli do widoku braci należących do
dwóch zakonów: dominikanów -?odzianych w czarne habity kaznodziejów i intelektualistów, którzy osiedli opodal Wilton, oraz szarych braci,
naśladowców jednego z najnowszych świętych -?Franciszka z Asyżu. W przeciwieństwie do większości księży i mnichów szarzy bracia żyli w prostocie, pracując wśród biednych i oddając się zwykłym, codziennym
obowiązkom, czym już zyskali sobie szacunek mieszkańców Salisbury. Kiedy
przed piętnastoma laty do Sarum przybyła pierwsza grupa z Włoch, biskup
ofiarował im skromny dom przy St. Ann Street, tuż poza terenami
przykatedralnymi. Król także był usposobiony do nich przychylnie.
Choć Peter słyszał o franciszkanach, nigdy wcześniej z żadnym nie
rozmawiał, więc teraz przypatrywał się z ciekawością, jak szara postać
okrąża dyby, by stanąć naprzeciw niego.
Był to młody mężczyzna -?niewiele starszy od niego samego -?o ciemnych
włosach i gładko ogolonej, ziemistej twarzy.
-?Co cię sprowadziło w te dyby? -?zapytał z silnym włoskim akcentem.
-?Moje grzechy -?odparł Peter ponuro. -?I dziewczyna -?dodał. -?A ciebie?
Młody mnich się uśmiechnął, odsłaniając równe białe zęby.
-?Te same dwa powody -?roześmiał się. -?Jestem brat Giovanni. -?I nie
czekając na zaproszenie, usiadł na ziemi przed dybami. -?Co ci się
przydarzyło? -?zaciekawił się.
Pytanie było życzliwe, a Peter i tak nie miał lepszego zajęcia, więc
opowiedział mnichowi całą swoją historię: o foluszu, o tym, jak stracił
Alicię, i o nocy, gdy wybił okno.
-?Najzabawniejsze jest to -?wyznał -?że chociaż byłem pijany, to nie
pamiętam, abym rzucał czymkolwiek w okno kościoła.
Mnich nic na to wszystko nie powiedział, ale już samo jego pogodne
usposobienie koiło Petera i wkrótce obaj zaczęli ze sobą swobodnie
rozmawiać. Giovanni opowiedział mu o swoim życiu we Włoszech, spędzonym
w rodzinie kupieckiej, która przypominała Peterowi jego własną. Młody
Shockley nawet nie zauważył, kiedy minęła ponad godzina i nie spotkał go
żaden nieprzyjemny incydent.
-?Najgorsze w tym wszystkim -?stwierdził Peter -?że mój ojciec mi tego
nie wybaczy. Mówi, że zhańbiłem rodzinę.
-?Wybaczy -?zapewnił go mnich. -?Daj mu trochę czasu.
-?Jak mogę go udobruchać? -?zapytał Peter.
-?Haruj jak wszyscy diabli -?odparł Giovanni, szczerząc zęby w uśmiechu.
W końcu jeden z braci zakonnych zawołał swego przyjaciela i Peter znów
został sam.
Słońce nadal powoli pięło się po niebie. Na czole Petera pojawiły się
kropelki potu, ale targowisko żyło swoimi sprawami i choć przy dybach
kręcili się ludzie, nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
Zbliżało się południe, gdy ujrzał wkraczającego na plac Williama atte
Brigge.
Kupiec ruszył powoli w stronę dybów, rozglądając się ukradkiem. Peter
zauważył, że w jednej ręce trzyma kosz zgniłych warzyw, a w drugiej
rzepę. I że uśmiecha się pod nosem. Dwóch małych chłopców, odgadując
jego zamiary, dołączyło do niego.
Odkąd dostał jabłkiem w usta, niczym więcej w niego nie rzucano.
Obecność mnicha odstraszała łobuzów i zniechęcała do ich zwykłej zabawy
w obrzucanie czym bądź ofiary zakutej w dyby.
Jednak William, kipiący nienawiścią do Shockleyów, najwyraźniej
zamierzał dopilnować, by przed otwarciem dybów w południe gawiedź
zabawiła się trochę kosztem nieszczęśnika.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, postawił swój koszyk na ziemi i gestem zachęcił dwóch urwisów, aby wybrali sobie coś z jego zawartości.
Chwilę później Peter dostał w twarz wielką kapustą, a obaj chłopcy
ryknęli triumfalnym śmiechem.
Zgniłe warzywa nie mogły zrobić mu większej krzywdy, ale Peter nie
spuszczał oka z rzepy, którą trzymał William. Było w niej coś dziwnego i nagle zrozumiał co: w jej środku tkwił wielki kawał krzemienia o krawędziach ostrych jak brzytwa.
Peter wytrzeszczył oczy ze zgrozy. Otworzył usta, by wzywać pomocy, ale
nim z jego gardła wydobył się krzyk, ujrzał, jak kupiec z Wilton napina
się niczym sprężyna i z całej siły rzuca w niego ten straszliwy pocisk.
Shockley uderzył tyłem głowy o górną część dybów, gdy instynktownie
próbował się odchylić. Skrzywił się i mocno zacisnął oczy. Usłyszał
głuchy łomot i krzyk. Ale nie poczuł bólu. Czyżby William chybił?
Kiedy otworzył oczy, ujrzał ze zdumieniem, że jakiś metr przed nim młody
mnich usiłuje dźwignąć się z ziemi. Z wielkiej rany na czole wypływał
strumień krwi. W tle widział, jak William chwyta swój kosz i rzuca się
do ucieczki.
Jakim cudem zakonnik zauważył, co się dzieje, i zdołał znaleźć się na
drodze lecącego kamienia -?Peter nigdy się nie dowiedział.
-?Czemu to zrobiłeś? -?zapytał ze zdumieniem.
Młody Giovanni spojrzał na niego ze smutkiem.
-?Nikt ci nie mówił, że franciszkanie są trochę prostoduszni? -
wyszeptał i osunął się bez czucia na ziemię.
Kilku mężczyzn, którzy byli świadkami tego zdarzenia, spojrzało z odrazą
za umykającym kupcem. Dwóch z nich porzuciło swoje stragany i podbiegło,
by pomóc mnichowi się podnieść, a trzeci poszedł wezwać biskupiego
rządcę.
Kilka minut później Peter był wolny.
Następnego dnia wraz z ojcem udali się do domu braci franciszkanów.
Giovanni już zdążył stanąć na nogi, mimo głębokiej, poszarpanej rany na
czole, po której blizna miała mu zostać do końca życia. Mimo to zachował
pogodę ducha.
-?Pogodziłeś się już z ojcem? -?zapytał.
Peter Shockley nigdy nie był zbyt religijny, ale przez resztę życia
regularnie wspierał datkami franciszkanów z Nowego Salisbury.
Chociaż odzyskał względy ojca, następnej wiosny prawie stracił swój
folusz.
Nowe nieszczęście, które niemal zniweczyło plany Shockleyów, ledwo
rozpoczęto budowę młyna, było jedynym wypadkiem, którego ani Godefroi,
ani Edward Shockley w ogóle nie brali pod uwagę.
Winę ponosił król Henryk III, a wydarzenia, które do owego nieszczęścia
doprowadziły, w najmniejszym stopniu nie dotyczyły Sarum.
Korzenie problemu tkwiły we Francji. Niemal wszystkie nieszczęścia,
które podczas długich pięćdziesięciosześcioletnich rządów Henryka
niejednokrotnie przynosiły mu wstyd, były wynikiem jego upodobania do
knucia politycznych intryg po drugiej stronie Kanału -?była to
skłonność, której nie podzielał niemal żaden z jego poddanych. Można to
jednak zrozumieć. Król nie potrafił zapomnieć o wielkim imperium w zachodniej Francji, którym władał jego dziad, Henryk II, a które jego
ojciec, Jan, utracił. Nie chciał pogodzić się z myślą, że Normandia
przepadła. A gdy kilka lat wcześniej nowy król Francji, Ludwik, zajął
prowincję Poitou nad Atlantykiem, której Henryk nadal był -?przynajmniej
nominalnym -?władcą, sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. Henryk
postanowił odzyskać swoje potężne dziedzictwo.
Aby w pełni pojąć prawdziwy stan rzeczy, należy pamiętać, że wielka
polityka średniowiecznej Europy wciąż całkowicie opierała się na
strukturach feudalnych. Choć w czasach pokoju angielscy handlarze wełny
oraz flamandzcy i włoscy tkacze podnosili zamożność swoich krajów na
nowe wyżyny, królestwa i prowincje europejskie, na których terenie
działali, były splecione siecią więzów rodzinnych. Sieć ta zdawała się
nie mieć końca. Rozpościerała się na cały kontynent niczym ogromna,
misterna pajęczyna, a zmienne ambicje i sojusze królewskich rodów
niejednokrotnie przyćmiewały wszelkie inne kwestie, takie jak pokój,
dobrobyt, a nawet zdrowy rozsądek.
Nikt nie stanowił lepszego przykładu tej zagmatwanej sytuacji niż
angielski król Henryk III. Jego druga żona była córką hrabiego
Prowansji, tej słonecznej krainy na południu Francji, będącej kolebką
trubadurów i minstreli. Jego matka Izabela, po śmierci męża, króla Jana,
wróciła do Francji, zerwała zaręczyny własnej córki z Hugonem X de
Lusignan, głową potężnego rodu z Poitou -?w którego ojcu była niegdyś
zakochana -?po czym sama poślubiła niedoszłego zięcia. Henryk był
ponadto kuzynem króla Aragonii, który rościł sobie prawa do południowej
Francji, oraz szwagrem cesarza niemieckiego, który pragnął osłabić
Francję i podporządkować sobie północne Włochy.
Dla nich wszystkich -?i wielu innych -?Henryk był tylko pionkiem w ich
rozgrywkach.
W 1242 roku wyruszył na wyprawę, która -?nawet jak na jego wyjątkowe
standardy niekompetencji -?okazała się jednym z najbardziej nieudolnych
i bezcelowych posunięć w trakcie jego długiego panowania. Wszystko
zaczęło się, jak zwykle, od zawiłej intrygi -?tak zawiłej, że chyba
żadna z wplątanych w nią stron nie była w stanie jej pojąć. Plan
zakładał, że władcy regionów południowych Francji, przy wsparciu króla
Aragonii, Lusignanów, a nawet cesarza niemieckiego, wypędzą króla
Francji z regionów południowo-zachodnich, z których część miała
następnie zostać zwrócona Henrykowi. Całe to przedsięwzięcie było
absurdalne do tego stopnia, że część jego uczestników zawarła traktaty z królem Ludwikiem, zanim przystąpiono do realizacji samego planu.
Magnaci angielscy, dobrze już znając dyplomatyczne "talenty" Henryka,
odmówili uczestnictwa w jego wyprawie, w zamian uiszczając należny w tej
sytuacji podatek scutage, zwalniający ich od służby wojskowej. Henryk
ściągnął jeszcze dodatkowe podatki tallages od Żydów i wyruszył na
południe. Jego tamtejsi sojusznicy, mając równie trafne wyobrażenie o królewskich talentach wojskowych, nie kwapili się zbytnio do pomocy, ale
skwapliwie przyjęli królewskie pieniądze, których Henryk już nigdy
więcej nie zobaczył. Kampania wojenna spełzła na niczym niemal
natychmiast po jej rozpoczęciu. Król wrócił do Anglii. W ciągu zaledwie
kilku miesięcy stracił bajońską na tamte czasy sumę czterdziestu tysięcy
funtów, niczego nie zyskując w zamian. I jak zwykle jego skarbiec znów
świecił pustkami.
W 1244 roku w Londynie nastąpiło drugie -?z pozoru zupełnie niezwiązane
z planami Godefroia i Shockleyów -?zdarzenie.
Na cmentarzu przy Kościele św. Beneta znaleziono zwłoki dziecka, a wkrótce zaczęto powtarzać niedorzeczne pogłoski, że na jego ciele
wycięto hebrajski napis. Choć był to czysty absurd, kanonicy Katedry św.
Pawła przyjęli te twierdzenia za prawdę, a dziecko pochowano przy
głównym ołtarzu.
Dla króla był to prawdziwy dar losu. Oczywiście, że winni musieli być
Żydzi. Nałożył więc na nich grzywnę -?trzykrotnie wyższą niż najwyższy z dotychczasowych podatków i dwanaście razy wyższą od zwykłej rocznej
stawki -?sześćdziesiąt tysięcy marek. Zbiegiem okoliczności, jako że
marka miała wartość dwóch trzecich funta, stanowiło to akurat
czterdzieści tysięcy funtów.
Pod koniec tego roku Aaron przyszedł do Godefroia i Edwarda Shockleya i powiedział:
-?Nie wiem, czy mogę zagwarantować wam dalszą pożyczkę. Sam jestem
niemal zrujnowany.
Przez tydzień panowała cisza w tej sprawie. Wiadomo było jednak, że
społeczności żydowskie na całej wyspie rozpaczliwie szukały sposobów na
zapłacenie tej niedorzecznej kwoty.
Po tygodniu Godefroi i Shockleyowie postanowili zwołać zebranie, które
na zawsze wyryło się w pamięci Petera. To właśnie wtedy usłyszał słowa
rycerza, które wprawiły go w zdumienie i stały się początkiem jego
edukacji politycznej.
Jedna sprawa nie ulegała wątpliwości: żadna z rodzin nie była w stanie
sfinansować foluszu bez zaciągnięcia pożyczki.
-?Musiałbym sprzedać Shockley -?wyjaśnił ojciec Petera.
-?A ja chętnie wyłożyłbym gotówkę -?zadeklarował Godefroi -?ale w obecnej sytuacji... -?Wykonał wymowny gest pustych rąk.
Nie było tajemnicą, że podobnie jak wielu przedstawicieli jego klasy,
rycerz z Avonsford żył na miarę swoich pokaźnych dochodów, a czasem
nawet ponad stan. Nie znaczyło to jednak, że lekkomyślnie zarządzał
swoimi dobrami. W czasach rozkwitu gospodarczego w pełni wykorzystywał
swoją sytuację. Wzrost populacji Anglii przyniósł benefity nie tylko
hodowcom owiec, ale też wszystkim rolnikom. Otwarte pola w Avonsford
obsiewano teraz trzy, a nie dwa razy do roku, zaś sprzedaż pszenicy
ozimej oraz jarego owsa i jęczmienia na targu w Nowym Salisbury
przynosiła rycerzowi spore zyski. Nie tylko powiększył liczebność stad
owiec, ale także, wzorem innych właścicieli ziemskich w regionie, zaczął
eksperymentować z nowymi rasami, takimi jak długowełniste owce lincoln,
dzięki czemu część jego stad produkowała obecnie szlachetną wełnę
lindsey, która osiągała rekordowe ceny na rynku. W ten sposób Jocelin
zadbał o to, by jego dziesięcioletni syn Hugh mógł kiedyś przejąć
okazałe dziedzictwo.
Jednak gotówka to była inna sprawa. Dżentelmen musiał żyć w sposób
przystający do swojej klasy. Wiedział o tym każdy, kto znał pieśni
francuskich trubadurów albo czytywał coraz barwniejsze legendy o królu
Arturze i jego rycerzach. Uroczystości, zamiłowanie do turniejów
rycerskich, piękne nowe skrzydło z oknami zwieńczonymi ostrymi łukami,
dobudowane do starego, solidnego normańskiego dworu -?wszystko to
nadwątliło jego zasoby.
"Mamy wiele bogactw -?powiedział synowi -?ale nie mamy pieniędzy". I pod
tym względem był typowym przedstawicielem szlachty.
Obaj mężczyźni rozważyli każdą możliwą opcję, nawet zwrócenie się do
kupców z Cahors. "Ale oni zedrą z nas skórę", lamentował Shockley.
Dopiero po dłuższym czasie tych deliberacji Godefroi niespodziewanie
wybuchnął gniewem, który tak bardzo zaskoczył Petera.
"Wszystkiemu winien jest król! -?zagrzmiał. -?On, te jego przeklęte
zagraniczne wojaże i przeklęta zagraniczna rodzina. Wszystkich nas w końcu zrujnuje!"
W swojej niewinności Peter zawsze był przekonany, że rycerz jest wiernym
sługą króla. Jednak kolejne słowa Godefroia, choć padły w gniewie,
wprawiły go w osłupienie.
"Powiem ci, Shockley, ten człowiek to dzieciak. Jedyne dobre rządy
mieliśmy, kiedy był małym chłopcem, a władzę sprawowali w jego imieniu
regenci. Jesteśmy Anglikami. Niepotrzebni nam jego cudzoziemcy.
Niepotrzebne nam jego wybryki i zbytki. Czasami myślę, że to zwykły
figurant i on też nie jest nam do niczego potrzebny".
Choć Peter zdumiał się takim bluźnierstwem przeciw pobożnemu monarsze,
poglądy Godefroia podzielała zarówno szlachta, jak i magnaci. Być może
król wciąż nie mógł zapomnieć o utraconych ziemiach, ale większość jego
feudalnych poddanych już dawno się z ich stratą pogodziła. Magnaci
gardzili zagranicznymi protegowanymi, którym powierzano kluczowe
stanowiska na dworze, rycerze zaś nie cierpieli podatków scutage,
które monarcha nakładał na magnatów, a ci obciążali nimi rycerzy.
Parokrotnie, gdy baronowie uznawali finansowe żądania króla za
wygórowane i nierozsądne, przypominali mu o podpisanej przez jego ojca
Wielkiej Karcie Swobód, która ograniczała królewską władzę. Co prawda
Godefroi nie wspomniał o tym Shockleyowi, ale słyszał pogłoskę, że kilku
możnowładców zamierza narzucić królowi radę czterech, która skutecznie
zarządzałaby królestwem w jego imieniu.
Synowi prowincjonalnego kupca takie idee wydawały się niezwykle śmiałe;
nie miał pojęcia, co o nich myśleć. Jednego był pewien: król roztrwonił
zbyt wiele pieniędzy i zaszkodził interesom jego rodziny. Wiedział, że
prędzej czy później coś trzeba będzie na to poradzić. Była to
najważniejsza lekcja polityki, jaką kiedykolwiek odebrał.
Dwa miesiące dłużyły się niemiłosiernie. Dąb, już ścięty na potrzeby
budowy foluszu, wciąż leżał na ziemi. Na pustym placu piętrzyły się
nietknięte sterty kamieni, których zwieziono tam dwie furmanki. Aż w końcu Aaron z Wilton zwołał zebranie we dworze.
-?Panowie -?oznajmił. -?Zebrałem pieniądze. -?Umilkł, a Edward Shockley
dostrzegł nowe bruzdy, które ból i troska wyryły wokół jego oczu. -?Ale
powiem wam jedno -?podjął po chwili -?jeżeli król znowu nałoży na nas
takie tallages, będzie to ostatnia pożyczka, jakiej zdołam udzielić.
-?A na jaki procent? -?Godefroi doskonale wiedział, że Żydzi będą
zmuszeni podnieść swoje stawki, by przetrwać.
-?Uzgodniliśmy warunki -?odparł Aaron powściągliwie. -?Nie uległy
zmianie.
Wówczas Jocelin de Godefroi udał się do garderoby, gdzie przechowywał
swe najcenniejsze skarby, by po kilku chwilach wrócić z książeczką w skórzanej oprawie, którą złożył w dłoniach Aarona. Było to dzieło
Geoffreya z Monmouth, we francuskim przekładzie, niegdyś należące do
pradziada Jocelina.
-?To na pamiątkę tego dnia -?rzekł uroczyście, konstatując z zadowoleniem, że Żyd aż się rumieni z radości.
Dwa dni później do dworu przybył posłaniec, którego zaprowadzono przed
oblicze rycerza. Z niskim ukłonem oznajmił, że przychodzi w imieniu
Aarona z Wilton, i wręczył Godeforiowi mały pakunek.
W środku znajdowała się inna książeczka. Był to zbiorek opowiadań
zatytułowany Przypowieści lisa, napisany przez Żyda z Oksfordu zwanego
z francuska Benedict le Pointur, a Żydom znany jako Berechiah ha-Nakdan.
Godefroi słyszał o tej książce, gdyż bajki te uważano za klasykę
renesansu żydowskiego pisarstwa, który nastąpił w Anglii w minionym
stuleciu, zanim zaczęły się sporadyczne prześladowania. Również to
dzieło było przetłumaczone na francuski, a ponadto zdobione urokliwymi
ilustracjami. Rycerz uśmiechnął się i mruknął: "Ten człowiek jest zbyt
dumny, by przyjąć dar, nie dając niczego w zamian". Ale książka sprawiła
mu wielką przyjemność i umieścił ją wśród innych skarbów w swej
garderobie.
-?A teraz -?rzekł wesoło do Edwarda Shockleya następnego dnia -?niechaj
rozpoczną się prace nad naszym foluszem.
1248
Kiedy dokładnie jego mentor Bartholomew zwrócił
się przeciw niemu? Kamieniarz Osmund nie potrafił stwierdzić tego z całą
pewnością, ale jego zdaniem stało się to prawdopodobnie tego dnia -
mniej więcej rok po tym, jak zaczął terminować -?kiedy przyniósł do
kwater mularzy figurkę łabędzia, którą rzeźbił dla Jocelina de
Godefroia.
Rzeźba była niewielka, wykonana z dębu, i miała zostać umieszczona w niszy na wielkich, nabijanych ćwiekami drzwiach dworu w Avonsford.
Osmund pracował nad nią przez kilka dni i był bardzo dumny z efektów.
Przy migotliwym blasku świec, słuchając toczonych w tle rozmów, nadawał
jej ostateczne szlify.
Mularze lubili Osmunda. Był spokojny i skromny, nigdy nie wychodził
przed szereg i nie odzywał się nieproszony. Kiedy jeden z mężczyzn
zauważył, czym zajmuje się chłopak, przyjrzał się jego dziełu, a potem
zawołał kolegów, aby i oni mogli zobaczyć, co zrobił ich młody kamrat.
Wszyscy byli zachwyceni odkryciem, że Osmund ma taki talent.
-?Umie rzeźbić -?orzekli zgodnie. -?Młody ma talent w rękach. Nauczymy
cię -?obiecali -?rzeźbienia w kamieniu.
Właśnie wtedy przyjęli go do swego grona. Od tamtego wieczoru jego życie
uległo zmianie. Starsi mularze zaczęli swobodnie z nim rozmawiać. Sam
Robert, prawa ręka wielkiego Nicholasa z Ely, podchodził do niego, żeby
popatrzeć, jak chłopak pracuje, i zamienić z nim kilka słów, a często
któryś z mistrzów przywoływał go tam, gdzie wykonywano bardziej
skomplikowane elementy, aby zapoznać go z różnymi technikami i tajnikami
sztuki mularskiej.
Powoli wnikał w szeroką sieć przyjaźni i braterstwa, która oplatała cały
kraj, łącząc średniowiecznych mularzy w jeden cech.
Nic dziwnego, że Bartholomew zrobił się chłodny. Był wykwalifikowanym i pracowitym, lecz niezbyt utalentowanym rzemieślnikiem, miał jednak dość
wyobraźni, by dostrzec, że nowicjusz go przewyższa.
Wytykał mu więc błędy, gdzie tylko mógł, ale nie było to łatwe. Raz czy
dwa, kiedy żalił się starszym mularzom na rzekomą nieudolność małego
chłopca o wielkiej głowie, w ich oczach ujrzał coś, co mówiło mu, że
podkopuje autorytet własny, nie Osmunda. Dlatego przestał się skarżyć.
Odtąd starał się jak najmniej pomagać swemu protegowanemu, więc tym
dotkliwsza była świadomość, że ten cichy młodzik coraz mniej potrzebował
jego rad i wskazówek.
W ciągu kolejnych trzech miesięcy niemal zupełnie przestał odzywać się
do Osmunda, a jeszcze przed Świętym Michałem zaczął potajemnie rzucać mu
kłody pod nogi -?czasem zostawiał kupki pyłu zmieszanego z wapnem obok
jego stanowiska pracy, żeby unoszony wiatrem drażnił mu oczy, a czasem
chował kawałki kamienia, które Osmund zamierzał obrabiać.
Początkowo Osmund ledwie zauważał te drobne ataki. Jednak stopniowo
zaczął dostrzegać w nich pewien schemat, a ponadto zawsze, gdy
przytrafiała mu się taka niedogodność, Bartholomew natychmiast pojawiał
się w pobliżu, niby przypadkiem, żeby sprawdzić, jak sobie radzi. Osmund
widział też kilka razy, jak tamten patrzy na niego z jawną wrogością,
mimo że nie miał po temu żadnego powodu.
Czasami Bartholomew tak bardzo irytował się postępami swego
podopiecznego, że nieświadomie drapał wrzód na szyi aż do krwi, a potem
snuł się wokół z wyrazem udręki na podłużnej, bladej twarzy i poczerwieniałą od drapania szyją.
Osmund nie zwracał na to większej uwagi. Im dłużej terminował, tym
bardziej popadał w osobliwy stan bezczasowości. Naturalnie dostrzegał
przemijanie pór roku. Był świadomy, że dorasta, nabiera siły i tężyzny.
Ale już nie mierzył czasu w taki sam sposób jak dawniej. Teraz jego
miarą stały się postępy w rzemiośle. "Tego roku naprawdę opanowałem
sztukę obróbki kamienia", wspominał. Albo: "W tym roku nauczyłem się
formować kamienie na tokarce".
Uwielbiał długie, spokojne dni, szczególnie latem, kiedy mularze
wstawali o świcie i pracowali aż do zmierzchu, z przerwami jedynie na
śniadanie i obiad, a później na skromny wieczorny napitek, kiedy
pierwszy dzwon wzywał księży na nieszpory.
Nadal odwiedzał Avonsford, ale żył dla swojej pracy w katedrze i ledwie
dostrzegał to, co się działo w zewnętrznym świecie.
We wrześniu jego czwartego roku jeden z mistrzów mularskich przyszedł do
Osmunda ze zdumiewającą wiadomością:
-?Postanowiliśmy, że w drodze wyjątku przyjmiemy cię do cechu
mularskiego jeszcze w tym roku. -?Był to niezwykły zaszczyt, o jakim
Osmund nigdy nawet nie marzył. Jego siedmioletnie, jak się spodziewał,
terminowanie, miało się skończyć dopiero za trzy lata. Nawet Bartholomew
mógł zostać przyjęty nie wcześniej niż w przyszłym roku. -?Ale najpierw
-?dodał mularz -?musisz przygotować dzieło, które zaprezentujesz
cechowi, aby dowieść, żeś tego godny.
Osmund od razu wiedział, co przygotuje.
Podziwiał wiele dekoracyjnych detali tej majestatycznej gotyckiej
katedry: doskonale ukształtowane podstawy filarów, eleganckie kapitele
zdobione motywami fauny i flory, maskowate twarze wyzierające z zakamarków i narożników, wspaniałe płaskorzeźby dawnych biskupów na
grobowcach przeniesionych ze starej katedry na wzgórzu zamkowym. Jednak
najbardziej misternymi ze wszystkich, prawdziwym apogeum rzeźbiarskiego
kunsztu, były wielkie okrągłe zworniki osadzone w sklepieniu niczym
olbrzymie ozdobne ćwieki.
Przedstawiały wszelkiego rodzaju formy, lecz najwspanialsze i najbardziej wyszukane bazowały na motywach roślinnych. Długie liście,
łodygi i kwiaty krzyżowały się ze sobą raz po raz, tworząc zawiłe sploty
w bujnej i olśniewającej manifestacji rzeźbiarskiego kunsztu. Stworzenie
takiego arcydzieła wymagało nie tylko precyzyjnego ukształtowania
delikatnych listków za pomocą dłuta, lecz także żmudnego rzeźbienia pod
nimi, aby warstwa po warstwie formować kamienny ornament niczym ogromny,
otwarty węzeł.
-?Przygotuję zwornik sklepienia -?oświadczył w nagłym przypływie ambicji
i wiary w siebie.
Wybrany przezeń wzór zapierał dech w piersiach. Pośrodku zwornika
widniała podwójna róża podobna do tych, które widział niegdyś przy
drzwiach dworu Godefroia. Obramowanie tworzył pierścień z liści
bukowych, wypełniony burzą roślinnej obfitości otaczającej centralny
kwiat: liście dębowe, żołędzie, sitowie, bluszcz -?misterny gąszcz
doskonale oddający bogactwo roślinności bujnej doliny Avonu, którą tak
dobrze znał. Zwornik miał ledwie trzydzieści centymetrów średnicy, ale
zawierał w sobie wszystko. Osmund pracował nad nim każdego dnia o świcie, a potem także wieczorem, przy świecy. A kiedy nadeszła pora
prezentacji, wiedział, że już przy pierwszej próbie stworzył dzieło
stanowiące triumf kamieniarskiego kunsztu.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i niedługo miało się odbyć
zebranie cechu, podczas którego miał zaprezentować swoje dzieło.
Ukończył je dwa dni przed terminem i ukrył w skrzyni pod swoim małym
łóżkiem w kwaterze mularskiej, gdzie przechowywał narzędzia.
Następnego dnia, gdy wrócił po pracy i otworzył skrzynię, żeby odłożyć
narzędzia, okazało się, że zwornika tam nie ma.
To właśnie wtedy Osmund Mularz uległ trzeciemu z siedmiu grzechów
głównych. Grzech gniewu, który nim teraz owładnął, był niepodobny do
jakiegokolwiek znanego mu uczucia. Jego drobne ciało zatrzęsło się z wściekłości; czerwona mgła przed oczami zasnuła na moment wszystko, a krótkie palce tak mocno zacisnęły się na młotku i dłucie, że zbielały mu
knykcie. Chciał uderzyć w stojącą przed nim pustą skrzynię, ale gniew
całkowicie go sparaliżował. Wiedział z absolutną pewnością, kto zawinił.
-?To musiał być Bartholomew -?wymamrotał.
Cóż jednak mógł zrobić? Za trzydzieści sześć godzin miał stanąć przed
cechem. A został z niczym. Obowiązujące zasady nie pozostawiały miejsca
na wyjątki -?musiał zaprezentować cechowi swoje dzieło albo czekać na
przyjęcie do następnego roku.
Bartholomew pojawił się o zmroku i usiadł na swoim łóżku, jakby nic się
nie stało. Osmund nie powiedział ani słowa. Robienie awantury nie miało
sensu, ponieważ wszystkiemu by zaprzeczył, a dowodów nie było.
Patrzył, jak młody człowiek wyciąga się na łóżku. Dziś rana zdawała się
mniej dokuczliwa niż zwykle, a jego twarz w blasku świecy emanowała
spokojnym zadowoleniem.
Osmund spędził bezsenną noc. Wiedział, że musi jakoś rozwiązać problem
przed zbliżającym się spotkaniem, ale myślał jedynie o Bartholomewie.
Gniew przeniknął go do głębi i stwardniał.
Nim nastał świt, Osmund postanowił, że zabije Bartholomewa.
Sięgnął po dłuto. Wiedział, co zrobi: zada nim jeden cios -?uderzy weń
młotkiem, tak jakby atakował kamień -?prosto w tchawicę tamtego. A co
potem? Zastanowił się. Może mógłby uciec. Ale dokąd? Pokręcił głową,
targany gniewem i bezsilnością.
I wtedy wpadł na pewien pomysł. Szansę na powodzenie miał nikłą, ale
mógł jeszcze zdążyć. Gdy pojawiły się pierwsze promienie słońca, wstał z łóżka i oszczędziwszy Bartholomewa, wymknął się z chaty. Zimne,
przejrzyste powietrze działało orzeźwiająco, a katedrę spowijała cisza.
Znalazł niewielki kawałek kamienia z Chilmark, opuścił przykatedralne
close i ruszył w kierunku Avonsford. Poczuł, że wielki gniew przyniósł
mu inspirację.
* * *
Następnego dnia wieczorem, w przestronnej izbie na piętrze gospody,
mistrz mularski wpatrywał się w zamyśleniu w młodego Osmunda. Chłopak
był blady. Trudno było się dziwić, skoro już od dwóch dni nie zaznał
snu. Mistrz wiedział ponadto, że poprzedniego dnia Osmund nie pojawił
się w pracy, a Bartholomew rozpowiadał, że chłopak nie ma odwagi stanąć
przed cechem. A jednak się stawił, więc zgodnie z daną mu obietnicą
należało rozważyć jego kandydaturę. Pozostali mularze, zasiadający przy
długich stołach ustawionych wzdłuż trzech ścian pomieszczenia,
spoglądali na młodego Osmunda wyczekująco.
-?Przyniosłeś swoją pracę? -?zapytał mistrz mularski.
Osmund skinął głową. Miał to w niewielkiej torbie.
-?Piękny zwornik, jak sądzę?
-?Nie, panie.
Mistrz zmarszczył brwi.
-?To wszak nam obiecałeś.
-?Zniknął, panie. Ale mam coś innego.
To nie wróżyło niczego dobrego. Może jednak nazbyt pochopnie uznali, że
ten młodzieniec gotów jest na tak szybką nobilitację.
-?Pokaż więc, co stworzyłeś -?rozkazał.
Osmund sięgnął do torby i wyjął niewielki przedmiot. Był to posążek,
wysoki na jakieś trzydzieści centymetrów, podobny do rzeźb zdobiących
niektóre kapitele w katedrze. Postawił go na stole i cofnął się bez
słowa.
Kiedy mistrz mularski uważnie przyjrzał się temu dziełu, szeroko
otworzył oczy ze zdumienia.
Była to wyrzeźbiona podobizna Bartholomewa. Przedstawiała go z niezwykłą
precyzją -?od podłego, choć głupkowatego wyrazu jego długiej twarzy aż
po wiecznie jątrzący się wrzód na szyi. Uchwycony był w chwili ucieczki,
z głową wysuniętą triumfalnie do przodu, jakby zwyciężał w wyścigu.
Wargi rozchylał w złośliwym uśmiechu, a w obu wyciągniętych rękach
trzymał wielki okrągły zwornik, w którego centrum widniała maleńka róża.
W milczeniu przekazywano sobie ten posążek z rąk do rąk. Nikt nie
skomentował tematu rzeźby -?przekaz był aż nadto czytelny.
-?Ile czasu zajęło ci wykonanie tego dzieła? -?zapytał mistrz mularski.
-?Dzień, panie. I noc -?dodał zgodnie z prawdą.
Mistrz powiódł wzrokiem po zasiadających przy stołach mularzach. Kilku z nich uśmiechało się szeroko, a każdy, na kim mistrz zatrzymywał wzrok,
kiwał głową z aprobatą.
-?Witaj w naszej braci, Osmundzie Mularzu -?oznajmił uroczyście mistrz
cechu.
Na dźwięk tych słów grzech gniewu opuścił Osmunda Mularza tak szybko,
jak wcześniej nim zawładnął, i nigdy więcej nie uderzył w niego z tak
potężną mocą.
Tej nocy Osmund podniósł wzrok na monumentalną, wciąż niedokończoną
katedrę i wyszeptał:
-?Myślę, że będę pracował przy tej katedrze do końca życia.
1264
Gdyby powiedzieć Peterowi Shockleyowi, że w tym
roku narodzi się demokracja parlamentarna, nie zrozumiałby znaczenia
tego pojęcia, a gdyby mu je wyjaśnić, pewnie wybuchnąłby śmiechem. Sam
pomysł był wręcz niedorzeczny.
Niewielu mieszkańców Sarum cieszyło się większym szacunkiem za swój
rozsądek niż Peter. Założony przez niego i jego ojca folusz okazał się
wielkim sukcesem, a rytmiczne uderzenia potężnych dębowych młotów
przynosiły im niemałe bogactwo. Nie był to jedyny tego rodzaju młyn w okolicy. Inne znajdowały się w ruchliwym mieście Marlborough,
czterdzieści kilometrów na północ, i w Downton, niespełna dziesięć
kilometrów na południe. Jednak w samym Sarum działały wówczas tylko dwa:
folusz biskupi pod miastem i ten nowy, Shockleyów, więc interes kwitł.
Peter należał do cechu kupieckiego; zyskał znaczącą pozycję w mieście, a w pasie przybyło mu parę centymetrów. Jego niebieskim oczom nie umykał
żaden szczegół dotyczący młyna czy tkackich interesów i było jasne, że
losy rodziny są w dobrych rękach. Był tylko jeden problem: nie ożenił
się.
"To nie tak, że kobiety są mu obojętne", żalił się stary Edward. Nieraz
mu przychodziło dyskretnie zażegnywać konflikty z ojcami dziewcząt z miasta, z którymi zadawał się jego syn, a w jednym przypadku musiał
zapłacić pokaźną kwotę rozwścieczonemu mężowi.
Ilekroć ojciec poruszał ten temat z synem, Peter tylko się śmiał i mówił: "Ożenię się, ojcze, gdy będę gotów. Nie jestem wszak jeszcze taki
stary".
Wyglądało więc na to, że Peter już zawsze wiódł będzie samotne życie w prężnie rozwijającym się nowym mieście.
A jednak w 1264 roku wszystko się zmieniło.
Podwaliny pod niezwykłe wydarzenia tamtego roku powstały już wcześniej,
a do kłopotów znowu doprowadziły zagraniczne uwikłania króla Henryka.
Tym razem to papież wciągnął go w kosztowne tarapaty.
Nagrodą miało być bogate południowe królestwo Sycylii, które papież, w ramach jednego z licznych zmiennych sojuszy tamtych czasów, obiecał
Henrykowi dla jego syna Edmunda, jeżeli Henryk poprowadzi tam świętą
wojnę. Sycylia leżała daleko, a dynastia Hohenstaufów, którą papież
próbował w ten sposób odsunąć od władzy, miała mocną pozycję. Nawet brat
Henryka, Ryszard z Kornwalii, daleko bardziej roztropny mąż stanu niż
król, ostrzegał, że to niedorzeczny pomysł. Ale Henryk, jak zwykle, dał
się porwać wizji, a gdy wkrótce potem Ryszardowi z Kornwalii zaoferowano
tron Niemiec, Henryk zaczął marzyć o wspaniałym nowym sojuszu między
sobą, równie jak on pobożnym królem Ludwikiem z Francji oraz nowym
niemieckim monarchą, czyli swoim bratem Ryszardem. Snuł wizję
chrześcijańskiej konfederacji, jakiej Europa nie widziała od wielu
stuleci. Z wielkim zapałem, jakby planował wspaniałą nową ceremonię
dworską, rzucił się w wir zdumiewających zabiegów dyplomatycznych.
Zawarł pokój z Ludwikiem, wyrzekając się wreszcie wszelkich roszczeń,
które od lat zgłaszał wobec Francji, a na dodatek poślubił córkę króla
Kastylii, orędownika wypraw krzyżowych, a także złożył papieżowi
obietnice hojnej pomocy w sprawie sycylijskiej -?obietnice finansowego
wsparcia, których nie mógł spełnić.
Tego rodzaju plan był dla niego typowy, a jego podstawę stanowiło to,
czego każdy rozsądny angielski możnowładca lub szlachcic najbardziej się
obawiał -?zagraniczna intryga z niemal nieograniczonym budżetem i całkowitym brakiem szans na powodzenie.
"Kolejna szaleńcza wyprawa! -?grzmiał Godefroi przed swoją rodziną. -
Walijczycy się burzą, królestwo jest źle zarządzane, król już teraz
tonie w długach -?Bóg jeden wie, że wystarczająco dużo jest do zrobienia
tutaj".
Wkrótce sytuacja jeszcze się pogorszyła. Henryk złożył tak ogromne
obietnice dotyczące prowadzenia tej świętej wojny, że papież zagroził mu
ekskomuniką i ponownym nałożeniem interdyktu na cały kraj, jeśli danego
słowa nie dotrzyma.
Już od dawna możni doskonale wiedzieli, że biedny Henryk nie nadaje się
do rządzenia. Nawet mniej znaczący ludzie, jak Godefroi, nie mieli co do
tego wątpliwości. Jednakże jego ostatni wybryk był kroplą, która
przelała czarę goryczy. Fatalna pozycja króla dała im również okazję do
działania. I tak w 1258 roku opracowali prowizje oksfordzkie, które
stanowiły znaczące rozszerzenie Wielkiej Karty Swobód. Oznajmili
Henrykowi, że jeśli chce zyskać ich wsparcie w sycylijskiej sprawie, w którą był uwikłany, to musi przystać na ich warunki. A były one
upokarzające. Miała bowiem powstać stała rada, w skład której weszliby
angielscy magnaci oraz bliscy współpracownicy króla, w większości
podejrzewani o nieczyste intencje cudzoziemcy z rodu Lusignanów
powiązanego z jego matką. Rada ta miała wyznaczać głównych urzędników
państwowych, a w rezultacie rządzić królestwem w jego imieniu. Henryk,
który znajdował się w rozpaczliwej sytuacji finansowej, musiał ustąpić.
Na czele tego ruchu stał jeden z najbardziej osobliwych i kontrowersyjnych bohaterów w dziejach Anglii: Szymon z Montfort.
Ten założyciel "matki parlamentów" wcale nie był Anglikiem: pochodził z Francji, z jednego z najznamienitszych rodów Île-de-France. W najmniejszym stopniu nie interesowały go demokratyczne rządy. Był
magnatem. Przed dwudziestoma laty wywołał skandal, poślubiając niedawno
owdowiałą siostrę Henryka, która miała wstąpić do klasztoru -?zdaniem
króla Szymon ją uwiódł. Obecnie bardziej zajmował go niekończący się
proces o posag żony -?którego Henryk wciąż nie wypłacił -?niż kwestia
angielskiego parlamentu.
On nawet nie lubił Anglików: jawnie ich nie szanował i podzielał zdanie
surowego Grosseteste'a, że narodowe morale należy uzdrowić, choćby siłą.
Był zwolennikiem rygorystycznej dyscypliny wojskowej i gardził
nieudolnymi kampaniami Henryka, czego nie omieszkał oznajmić królowi w słowach tak dosadnych, że król aż się skrzywił. Był intelektualistą i pozbawionym taktu despotą: europejski wielki pan, który widział, że
Henryk nie ma pojęcia, jak rządzić swoim królestwem, i nie mógł się
oprzeć pokusie przejęcia tej roli.
Montfort miał niespożytą energię, wyjątkowe umiejętności i nieprzeciętną
charyzmę, a w przeciwieństwie do biednego Henryka wiedział, czego chce.
Przemknął przez dzieje Anglii niczym przecinający niebo meteor.
W ciągu zaledwie kilku miesięcy w 1258 roku przeformułował cały system
rządzenia. W imieniu króla postanowiono, że parlamenty złożone z baronów
i rycerzy należy zwoływać trzy razy do roku, a królewscy szeryfowie będą
wybierani spośród miejscowych, przy czym ich władza zostanie ograniczona
jednoroczną kadencją. Rozpoczęto szeroko zakrojony program lokalnych
reform. A wszystko to nie z powodu swego oddania jakiejkolwiek idei,
lecz dlatego, że dostrzegł, iż dla niezależnych mieszkańców północnej
wyspy ten system sprawdzi się najlepiej.
W październiku 1258 roku we wszystkich sądach hrabstwa odczytano
proklamację w językach łacińskim, francuskim i angielskim, następnie
zaś, w imieniu króla i wspólnoty królestwa, nie tylko każdy baron i rycerz, ale też każdy wolny człowiek musiał złożyć przysięgę wierności
nowemu rządowi.
Tego dnia Peter Shockley towarzyszył Godefroiowi i jego synowi, a wspomnianą przysięgę złożył zaraz po nich.
"Teraz wreszcie doczekamy się sprawnych rządów za nasze pieniądze",
zwrócił się do niego syn Godefroia, uśmiechając się pokrzepiająco.
"A Montfort? Jakim jest człowiekiem?" -?zapytał kupiec, a wtedy
uśmiechnął się starszy Godefroi.
"To arogancki drań -?mruknął konspiracyjnie. -?Ale skuteczny".
Ironia tej sytuacji wyszła na jaw niedługo później, gdy papież zmienił
zdanie i postanowił przekazać Sycylię komuś innemu. Chyba nikogo w Anglii, oprócz samego króla, taki obrót spraw nie zaskoczył. Henryk
oddał swoje królestwo Szymonowi z Montfort i jego radzie zupełnie na
próżno.
Jednak przysięga została już złożona.
"Teraz król musi stosować się do prowizji -?stwierdził Godefroi. -?Nie
ma odwrotu. Sprawa przesądzona".
Mylił się. Potężne siły, prądy dziejowych przemian, które ostatecznie
rozerwały misterną tkankę średniowiecznego społeczeństwa, przez cały
czas działały w tle.
Wydarzenia, które nastąpiły w ciągu następnych czterech lat,
przypominały skomplikowany rytualny taniec, w którym wszystkie kroki
były wykonywane zgodnie z najlepszymi tradycjami feudalnego porządku.
Początkowo zdawało się, że syn Henryka, przy wsparciu Szymona z Montfort, wywoła bunt i przejmie tron. Jednak potem ojciec i syn się
pogodzili, a Henryk zwrócił się do papieża, aby ten unieważnił
znienawidzone prowizje, które wiązały mu ręce. Papież przychylił się do
jego prośby, a wtedy Montfort, zniesmaczony, udał się na wygnanie.
Henryk natychmiast wrócił do swoich dawnych zwyczajów, wypełniając dwór
obcokrajowcami i lekceważąc magnatów. Jak można się było spodziewać,
baronowie znowu wezwali Montforta i wszczęli bunt. Sytuacja zmieniała
się niemal z miesiąca na miesiąc: raz górę brała frakcja królewska,
innym razem dominowali rebelianci. Kraj był na skraju wojny domowej, ale
nie dochodziło jeszcze do rozlewu krwi.
Chociaż te wielkie wydarzenia były istotne w skali całego kraju, nie
zakłóciły zanadto spokoju Sarum. Lokalni magnaci, tacy jak Basset i Longspée'owie, mieli poglądy umiarkowane lub opowiadali się za królem. A kiedy w 1261 roku szeryf zaczął skłaniać się w stronę frakcji Montforta,
został czym prędzej zastąpiony przez jednego z ludzi króla, Ralpha
Russella, który miał także obsadzić zamek garnizonem. Po raz pierwszy od
wielu lat mieszkańcy Sarum ponownie odczuli złowrogi majestat górującego
nad nimi starego zamku. Nowe miasto ogarnął niepokój, lecz pozostało
bierne.
Godefroi wyraził odczucia większości ludzi, stwierdzając stanowczo:
"Nikt nie chce wojować z królem. Musimy jednak znaleźć rozwiązanie".
Pytanie brzmiało, jak tego dokonać.
W 1263 roku znaleziono sposób. Obie strony zgodziły się na arbitraż.
Na sędzię rozjemczego wybrano króla Francji Ludwika IX Świętego.
Lepszego kandydata, jak się zdawało, być nie mogło: pobożny
król-krzyżowiec, uosobienie wzoru feudalnego władcy i orędownik pokoju
obecnie związany z Anglią traktatami przyjaźni. Ponadto Henryk złożył
mu, formalnie rzecz biorąc, hołd lenny za ostatnią francuską prowincję,
jaka pozostała w jego rękach -?bogaty w winnice region Gaskonii na
południowym zachodzie -?więc w pewnym sensie Ludwik był lennym panem
króla Anglii.
I tak, w święta Bożego Narodzenia 1263 roku, francuski król Ludwik
szykował się do rozpoznania sprawy między królem Anglii a dużą grupą
jego poddanych.
* * *
Dla Petera Shockleya kryzys 1264 roku, który całkowicie odmienił jego
losy i niemal zniszczył rodzinę jego przyjaciół Godefroich, rozpoczął
się w foluszu ostatniego dnia stycznia.
Tego roku wiosna przyszła do Sarum bardzo wcześnie, a wezbrana rzeka
rwącym nurtem mijała młynówkę.
Późnym popołudniem do młyna zawitał młody Hugh de Godefroi, aby omówić z Peterem sprzedaż przyszłorocznej wełny, i obaj mężczyźni stali na dworze
w chłodnym, wilgotnym powietrzu, pogrążeni w rozmowie, kiedy nadjechał
Jocelin.
Rycerz z Avonsford, choć już się starzał, nadal był imponującą i onieśmielającą postacią. Siedział na koniu wyprostowany tak dumnie,
jakby zaraz miał stanąć w szranki. Jego jastrzębia twarz o głęboko
wyrytych drwiących rysach, teraz otoczona stalowoszarymi włosami,
złagodniała w uśmiechu na widok syna i Petera Shockleya. Jocelin był
dumny ze swego potomka.
Hugh zbliżał się do trzydziestki i był wysokim, przystojnym mężczyzną o kruczoczarnych włosach i odziedziczonych po ojcu wyrazistych rysach
twarzy. Poślubił córkę rycerza z Devonshire, która dała mu dziecko,
zanim zmarła, pokonana gorączką. Powszechnie sądzono, że wkrótce znów
się ożeni. Od osiemnastego roku życia, ku zachwytowi Jocelina, wyróżniał
się w licznych turniejach, zyskując uznanie samego księcia Edwarda,
pasjonata rycerskich pojedynków i następcy angielskiego tronu. Herb
Godefroich -?biały łabędź na czerwonym tle -?wzbudzał obecnie pomruk
oczekiwania wśród tłumów na trybunach i niepokój u rywali. Minionego
lata Jocelin, już owdowiały, przekazał prowadzenie majątków synowi, a sam oddawał się lekturze ksiąg i codziennym przejażdżkom po swoich
rozległych włościach. Tego ranka wracał właśnie ze starego labiryntu na
wzgórzu, który odnawiał, i był w doskonałym humorze.
Trzej mężczyźni tworzyli przyjemny kontrast: z jednej strony
Godefroiowie, których dostojne maniery jednoznacznie zdradzały
przynależność do rycerskiego stanu -?nawet powitania wymieniali w wytwornej francuszczyźnie -?a z drugiej Shockley, ich przyjaciel i wspólnik w interesach, człowiek o szerokiej twarzy i krzepkiej posturze,
kupiec w każdym calu.
-?A kiedyż to wreszcie się pożenicie? -?Było to pytanie, które Jocelin
zwykł zadawać każdemu z nich, ilekroć ich widział. Brzmiało jak żart,
ale obaj dobrze wiedzieli, że pyta poważnie. Pragnął, by jego syn znowu
się ustatkował, ale chciał też zobaczyć wnuka swego starego przyjaciela
Edwarda Shockleya, który już dawno przestał wypytywać syna o takie
plany.
Nim jednak którykolwiek z nich zdążył znaleźć jakąś wymówkę, ich
spotkanie przerwał niespodziewany widok: pędzący ku nim wóz. Powoził nim
stary Edward Shockley -?kruchy i zgarbiony, ale z wyrazem nieugiętej
determinacji na twarzy. Raz po raz gorączkowo smagał konia batem, a stary wóz, nienadający się do tak szybkiej jazdy, zbliżał się do nich w szaleńczym tempie, podskakując na wybojach. Kaptur zsunął mu się na
plecy, a kosmyki śnieżnobiałych włosów sterczały wokół jego łysiny
niczym aureola. Gdy wóz zatrzymał się gwałtownie, Edward wykrzyknął:
-?Król Francji opowiedział się za Henrykiem! Montfort jest skończony, a prowizje przepadły.
Faktem jest, że Ludwik nie wahał się ani chwili. Sprawa, którą
rozpatrywał w Amiens, gdzie król Anglii stawił się osobiście, była dla
niego zupełnie oczywista. Nawet nie brał pod uwagę kompromisu, który
mógłby zażegnać konflikt. Oświadczył, że papież słusznie odrzucił
zbuntowanych baronów i że nikt nie powinien lekceważyć takiej duchowej
władzy. Przyznał, że Henryk ma pełne prawo postępować w swoim królestwie
wedle własnej woli i wybierać sobie takich przyjaciół oraz ministrów,
jakich zechce, czy to się baronom spodoba, czy nie. Podkreślił, że są to
zwyczajowe prawa wszystkich królów. Wyrok był kompleksowy, konserwatywny
i zgodny z feudalnym porządkiem, a przy tym gorszy, niż obawiali się
angielscy buntownicy.
Czterej mężczyźni wymienili spojrzenia. Żaden z nich nie miał
wątpliwości co do powagi kryzysu. Arbitraż był ostateczny -?stanowił
jedyną możliwość pokojowego rozwiązania.
Milczenie przerwał w końcu Jocelin.
-?Muszą się podporządkować.
Obaj Shockleyowie spojrzeli na niego ze zdumieniem, ale to Hugh, mówiąc
po angielsku, głośno zaprotestował:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki