Sarum. Powieść o Anglii. Tom 2 - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

59.99 zł
46.19 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NARODZINY

1244

W doli­nie, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, poja­wił się nowy ele­ment: w łagod­nym zakolu rzeki, pół­tora kilo­me­tra poni­żej zam­ko­wego wzgó­rza, oczysz­czono roz­le­gły teren i teraz w miej­scu nie­gdy­siej­szych łąk usia­nych gdzie­nie­gdzie drze­wami roz­cią­gał się ogromny, obej­mu­jący setki akrów plac budowy.

Był więk­szy niż wszystko, co miesz­kańcy Sarum kie­dy­kol­wiek widzieli. Miej­scami przy­po­mi­nał olbrzy­mią, dzi­waczną roślinę, powoli wyra­sta­jącą spod war­stwy kurzu pokry­wa­ją­cego ją niczym pyłek -?albo potężne stwo­rze­nie wyła­nia­jące się ze swego kokonu. Jed­nak już teraz ulice oraz domy z drewna i gipsu, a także otwarta prze­strzeń z ogromną, nie­do­koń­czoną jesz­cze kate­drą z sza­rego kamie­nia, tęt­niły życiem i widać było, że całość zapo­wiada się oka­zale i maje­sta­tycz­nie. Powsta­wało tu bowiem prze­stronne Nowe Salis­bury.

Nie było to ufor­ty­fi­ko­wane wzgó­rze, jak stare nor­mań­skie mia­sto zało­ży­ciel­skie, ani czę­ściowo ufor­ty­fi­ko­wany burgh, jak wcze­śniej­sze osady saskie. Nowe mia­sto leżało w roz­le­głej doli­nie; obej­mo­wało obszerne, otwarte prze­strze­nie; nie miało murów obron­nych ani don­żonu; budo­wano je z myślą o wygo­dzie i han­dlu.

Aby zro­zu­mieć, skąd się tam wzięło, trzeba cof­nąć się nieco w prze­szłość.

Po burz­li­wym okre­sie rzą­dów króla Ste­fana w Anglii zasad­ni­czo pano­wał pokój. Został on usta­no­wiony przez następcę Ste­fana, syna jego kuzynki, cesa­rzo­wej Matyldy -?Hen­ryka II. Po swo­ich rodzi­cach Hen­ryk odzie­dzi­czył Ande­ga­we­nię leżącą po dru­giej stro­nie Kanału, dzięki czemu pod­czas swego dłu­giego pano­wa­nia rzą­dził nie tylko Anglią, lecz także Nor­man­dią i znacz­nymi tere­nami we Fran­cji. Wojny toczył za gra­nicą, zaś wyspie zapew­nił pokój, silną admi­ni­stra­cję, kodeksy prawne i spra­wie­dli­wość kró­lew­ską opartą na pro­ce­sach przed ławą przy­się­głych. Było to dzie­dzic­two Anglii, któ­rego nie zdo­łali zni­we­czyć jego syno­wie -?ani boha­ter­ski, lecz nie­obecny Ryszard Lwie Serce, ani młod­szy, nie­for­tunny Jan, który utra­cił więk­szość ande­ga­weń­skiego i nor­mań­skiego impe­rium. Pod koniec rzą­dów Jana ład i spo­kój w Anglii zostały na krótko zabu­rzone wsku­tek buntu baro­nów, który zakoń­czył się kapi­tu­la­cją króla i pod­pi­sa­niem umowy zna­nej jako Wielka Karta Swo­bód, oraz krót­kiego najazdu króla Fran­cji na wschod­nią część wyspy. Wkrótce po śmierci Jana to wła­śnie magnaci wyka­zali się roz­wagą, wypę­dza­jąc Fran­cu­zów, przy­wra­ca­jąc pokój i udzie­la­jąc popar­cia synowi Jana, poboż­nemu mło­demu kró­lowi Hen­rykowi III.

Pokój w kraju przy­niósł spek­ta­ku­larny wzrost dobro­bytu -?bogac­two śre­dnio­wiecz­nej Anglii, które zaowo­co­wało wspa­nia­łymi nowymi kate­drami i oka­za­łymi mia­stami.

Pod­stawę tego roz­woju sta­no­wiły dwa czyn­niki: wyż­sze ceny pro­duk­tów rol­nych, będące wyni­kiem rosną­cej liczby lud­no­ści, oraz owce.

Angiel­ska wełna nale­żała do naj­lep­szych w Euro­pie i było jej w bród, a kupcy z Flan­drii i Włoch, gdzie kwitł prze­mysł włó­kien­ni­czy, wciąż doma­gali się wię­cej. Ogromne ilo­ści wełny eks­por­to­wano, a przez więk­szość czasu nakła­dane na nią podatki i cła pozo­sta­wały niskie. Na początku XIII wieku w feu­dal­nej Anglii nastą­piła olbrzy­mia eks­pan­sja kapi­ta­łowa.

Dla więk­szo­ści wła­ści­cieli ziem­skich były to dobre czasy.

Przede wszyst­kim jed­nak były to dobre czasy dla magna­tów.

Magnaci byli bowiem potężni. Pozwa­lali monar­sze rzą­dzić -?ale mocno ścią­gali cugle. Kiedy władca, jak król Jan, znaj­do­wał się w trud­nym poło­że­niu, ponie­waż zbyt niskie dochody z opłat feu­dal­nych nie wystar­czały na pokry­cie nad­zwy­czaj­nych wydat­ków -?naj­czę­ściej wojen­nych -?baro­no­wie na wszel­kie spo­soby opie­rali się jego pró­bom zdo­by­cia dodat­ko­wych fun­du­szy. Kry­zys zwią­zany z Wielką Kartą Swo­bód był w rów­nej mie­rze wyni­kiem tej natu­ral­nej sprzecz­no­ści inte­re­sów, jak i braku dyplo­ma­cji oraz uchy­bień ze strony króla Jana. W isto­cie monar­cha nie dys­po­no­wał nawet środ­kami wystar­cza­ją­cymi na pokry­cie kosz­tów wła­snej admi­ni­stra­cji.

Po czę­ści z tego ostat­niego powodu, a po czę­ści, aby zaspo­koić feu­dalną próż­ność magna­tów, kolejni monar­cho­wie pozwa­lali im zarzą­dzać w swoim imie­niu ogrom­nymi poła­ciami ziemi. W tych wiel­kich dome­nach feu­dal­nych, zwa­nych hono­rami, baro­niami bądź swo­bo­dami, to wła­śnie magnat, funk­cjo­nu­jący jako przed­sta­wi­ciel króla, stał na czele sądów, które zaj­mo­wały się wszel­kimi spra­wami z wyjąt­kiem naj­cięż­szych prze­stępstw; to słu­dzy magna­tów pobie­rali podatki i grzywny, zaś w nie­któ­rych z tych obsza­rów nawet sze­ryf kró­lew­ski nie miał prawa posta­wić stopy, jeżeli król nie dys­po­no­wał dowo­dami na istotne nad­uży­cie magnac­kich przy­wi­le­jów. Za to kró­le­stwo w kró­le­stwie magnat pła­cił kró­lowi służbą swo­ich ryce­rzy bądź odpro­wa­dzał sto­sowny czynsz.

Choć z cza­sem roz­wój sądów kró­lew­skich ogra­ni­czył zakres tych feu­dal­nych przy­wi­le­jów, na­dal były one pożą­dane i to nie tylko z uwagi na pre­stiż, jaki ze sobą nio­sły, ale także dla­tego, że przy­chody z roz­pa­try­wa­nia spraw sądo­wych, nawet tych drob­nych, wciąż były nie do pogar­dze­nia.

Za cza­sów króla Jana w rękach pry­wat­nych znaj­do­wała się jedna trze­cia "setek" Wilt­shire, każda z wła­snymi sądami i admi­ni­stra­cją, a sto lat póź­niej były to już dwie trze­cie. Te pry­watne domeny feu­dalne nale­żały do wiel­kich rodów, takich jak Longspée'owie, któ­rzy dzięki mał­żeń­stwu pozy­skali majątki hrab­stwa Salis­bury, czy do innych zna­ko­mi­tych rodzin, jak Peve­re­lo­wie, Pavely'owie i Gif­far­do­wie.

Jed­nak do naj­więk­szych moż­no­wład­ców nale­żał Kościół. Opac­twa w Gla­ston­bury, Mal­mes­bury i Wil­ton, klasz­tory Świę­tego Swi­tuna w Win­che­ste­rze i pobli­skim Ames­bury, a także, rzecz jasna, biskup Salis­bury, posia­dali wła­sne "setki" w hrab­stwie.

Za te przy­wi­leje pła­cili kró­lowi czynsz, ale zyski nale­żały wyłącz­nie do nich.

W zmie­nia­ją­cym się świe­cie jedną z naj­bar­dziej docho­do­wych wło­ści, jakie magnat mógł posia­dać w swoim domi­nium, było mia­sto.

Czyn­sze za budynki, wpływy z sądów, opłaty i cła za wwo­żone do mia­sta towary: war­tość przy­wi­le­jów miej­skich była nie­mała.

Roz­wój gospo­dar­czy i panu­jący w Anglii pokój spra­wiały, że moż­li­wo­ści zakła­da­nia nowych miast zda­wały się wzra­stać z każ­dym dniem. W dru­giej poło­wie poprzed­niego stu­le­cia biskup Win­che­steru zało­żył ich wiele i nie­mal wszyst­kie przy­no­siły jego die­ce­zji znaczne zyski. Nic zatem dziw­nego, że biskup Salis­bury zapra­gnął pójść w jego ślady.

Miał po temu ide­alny pre­tekst -?a wła­ści­wie cały ich zestaw. Poło­że­nie sta­rej kate­dry było nie­za­do­wa­la­jące. Cia­sne gro­dzi­sko z luźno zabu­do­wa­nymi przy­le­gło­ściami było wietrzne i słabo zaopa­trzone w wodę; ośle­pia­jąco biała kreda męczyła wzrok; kapłani kate­dralni mieli dzie­lić tę ogra­ni­czoną prze­strzeń z kró­lew­skim gar­ni­zo­nem woj­sko­wym, który -?jak twier­dzono -?prze­szka­dzał nawet w odpra­wia­niu nabo­żeństw. Jed­nak na połu­dnie od wzgó­rza, w niecce doliny, gdzie spo­ty­kało się pięć rzek, roz­cią­gały się łąki znane jako Myri­fields. Na tym tere­nie znaj­do­wała się tylko nie­wielka para­fia Świę­tego Mar­cina. A prze­cież ta roz­le­gła i dobrze nawod­niona połać ziemi nale­żała już do die­ce­zji.

W roku Pań­skim 1218 biskup Poore -?drugi z zamoż­nych i wpły­wo­wych braci, któ­rzy pia­sto­wali urząd biskupa Sarum -?otrzy­mał zezwo­le­nie papieża i poboż­nego mło­dego króla Anglii Hen­ryka III na prze­nie­sie­nie kate­dry w nowe, przy­jem­niej­sze miej­sce na niżej poło­żo­nych łąkach. Uzy­skał także, co oczy­wi­ste, zgodę, żeby w pobliżu kate­dry zało­żyć nowe mia­sto.

Było ono typo­wym przy­kła­dem sztuki urba­ni­stycz­nej swo­ich cza­sów. Na prze­strzeni nie­mal stu­le­cia w całej Anglii powsta­wały nowe mia­sta tar­gowe, któ­rym nada­wano wyra­fi­no­wane geo­me­tryczne kształty, pro­jek­tu­jąc je na pla­nie klina albo pół­okręgu. Jed­nak naj­więk­sze z nich, jak Nowe Salis­bury, zazwy­czaj oparte były na pro­sto­kąt­nej siatce. Tak zaawan­so­wa­nego pla­no­wa­nia urba­ni­stycz­nego nie widziano na wyspie od cza­sów rzym­skich, tysiąc lat wcze­śniej.

Nowe mia­sto biskupa leżało w łagod­nym zakolu rzeki Avon, która pły­nęła z pół­nocy i ota­czała je, niczym tro­skli­wym ramie­niem, od zachodu i połu­dnia. Skła­dało się ono z dwóch czę­ści. Jedną z nich sta­no­wiły tereny przy­ka­te­dralne, znane jako close -?na tym roz­le­głym otwar­tym obsza­rze miała powstać nowa kate­dra, a przy jego obrze­żach budo­wano domy kapła­nów. Druga część przy­le­gała do pierw­szej, a two­rzyło ją mia­sto tar­gowe z pro­sto­kątną siatką ulic i ogrom­nym ryn­kiem w samym cen­trum.

Każda z tych czę­ści peł­niła odmienną funk­cję: jedna duchową, druga han­dlową. Obie zaś -?kościół z kapła­nami i rynek z han­dla­rzami - nale­żały do biskupa, cał­ko­wi­cie i bez­wa­run­kowo. Mia­sto sta­no­wiło bowiem swo­bodę feu­dalną, a na mocy przy­wi­leju nada­nego w 1227 roku biskup Salis­bury był jej nie­kwe­stio­no­wa­nym panem feu­dal­nym.

* * *

Był upalny letni dzień. Grupka robot­ni­ków pra­co­wała, nie czer­piąc ze swego zaję­cia żad­nej rado­ści.

Nie­za­do­wo­lony był zwłasz­cza jeden z nich -?mały, krępy trzy­na­sto­la­tek o nie­pro­por­cjo­nal­nie dużej gło­wie, krót­kich, gru­bych pal­cach i poważ­nych sza­rych oczach, który, cho­ciaż pra­co­wał pod bacz­nym nad­zo­rem kano­nika kate­dral­nego, nie mógł powstrzy­mać się od nie­spo­koj­nego zer­ka­nia w głąb ulicy.

Wie­dział bowiem coś, czego kano­nik nie był świa­domy -?w doli­nie na pół­noc od mia­sta zebrało się kilku męż­czyzn, a wśród nich Gode­froi i Shoc­kley, któ­rzy obie­cali, że jeśli narada zakoń­czy się powo­dze­niem, wrócą tu i dadzą mu szansę wyrwa­nia się z tego kie­ratu.

Już kilka razy odry­wał oczy od pracy, by spoj­rzeć z nadzieją w dal. Nie­na­wi­dził tej katorż­ni­czej harówki. Jakże pra­gnął odmie­nić swoje życie.

Kano­nik Ste­phen Por­te­hors wbił w niego lodo­waty wzrok.

W całym Sarum nie było nikogo tak nie­istot­nego i pozba­wio­nego zna­cze­nia jak ten młody kamie­niarz. Sam Osmund dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę, ponie­waż kano­nik Ste­phen wyraź­nie mu to powie­dział.

"W oczach Boga, Osmun­dzie, jesteś tak mały jak dro­bina kurzu -?wyja­śnił. -?Ale pamię­taj -?dodał zło­wiesz­czo -?On widzi wszystko, co czy­nisz, bo przed Jego wzro­kiem nie zdoła się ukryć ni pyłek. Ojciec nie­bie­ski pozna każdy twój grzech".

Kano­nik ski­nął na niego, każąc mu podejść. A Osmund wie­dział dla­czego: zgrze­szył.

* * *

Osmun­dowi zda­wało się, że gdzie­kol­wiek spoj­rzy, wszę­dzie jest kurz.

Kurz, niczym migo­tliwa mgiełka, prze­sła­niał ogromną szarą bryłę wzno­szo­nej kate­dry, która maja­czyła w oddali, kil­ka­set metrów na połu­dnie. Kurz spo­wi­jał roz­le­głą, otwartą prze­strzeń przy­ka­te­dral­nego close -?ota­cza­ją­cego kate­drę dwu­stu­akro­wego terenu roz­cią­ga­ją­cego się od gra­nicz­nego rowu na wscho­dzie aż po rzekę. Kurz przy­kry­wał stosy sza­rego kamie­nia z Chil­mark oka­la­jące plac budowy, leżał na wozach, deskach, rusz­to­wa­niach, na zwo­jach sznu­rów i ster­tach gruzu do wypeł­nia­nia ścian; kurz pokry­wał roz­le­głe działki, gdzie budo­wano kamienne domy dla kapła­nów, i ogrody przy­le­ga­jące do krzy­wi­zny zakola rzeki Avon; kurz opa­dał wresz­cie na samą rzekę i kładł się na dłu­gie, ciemne wodo­ro­sty, które wolno falo­wały w jej nur­cie. Łabę­dzie sunące cicho swoim dostoj­nym, mia­ro­wym tem­pem wzdłuż zie­lo­nych brze­gów były na wpół szare od kurzu. Kurz osia­dał na pła­skich, pod­mo­kłych łąkach cią­gną­cych się od wio­sek Fisher­ton i Bemer­ton aż po odle­głe Wil­ton. Wszę­dzie nad nie­do­koń­czoną sza­chow­nicą nowego mia­sta przy­le­głego do tere­nów kate­dry uno­sił się kurz pocho­dzący z domów budo­wa­nych z listew i tynku.

Kurz -?widział go wyraź­nie -?niczym bla­do­szary całun spo­wi­jał ciemny, na wpół opusz­czony zamek na wzgó­rzu. A na zbo­czach powy­żej, na suro­wym, bez­drzew­nym wznie­sie­niu, gdzie pasły się owce, każde dotknię­cie ich runa wzbi­jało w powie­trze obłoczki sza­rego kre­do­wego pyłu, które zaraz uno­sił połu­dniowy wiatr. Bla­do­nie­bie­skie motyle, gdy pod­ry­wały się let­nim rojem z twar­dej, roz­grza­nej ziemi, rów­nież zda­wały się przy­pró­szone sub­telną powłoką kurzu. Nawet ten wielki, fascy­nu­jący krąg powa­lo­nych gła­zów, do któ­rego kie­dyś zawę­dro­wał, prze­byw­szy nie­mal trzy­na­ście kilo­me­trów, wyda­wał się przy­cią­gać kurz z nowego mia­sta. Wyglą­dał jak dziwny, odle­gły sate­lita placu budowy, gotów podźwi­gnąć się po upadku, zamiast bez­gło­śnie popaść w osta­teczną ruinę.

Sam Osmund też był pokryty kurzem. Podob­nie jak srogi kano­nik, któ­rego ramiona zna­czyła szara obwódka pyłu.

Kurz dusił i draż­nił chłopca.

A jed­nak wie­dział, że powi­nien być wdzięczny.

"Nasze mia­sto zbu­do­wane jest na skale -?powie­dział mu kano­nik. -?To pewny fun­da­ment".

I rze­czy­wi­ście, choć znaczna część oko­licz­nego terenu była pod­mo­kła, zie­mia, którą mądry biskup wybrał w Myri­field, była solidna.

"Widzi sz -?pouczył mło­dego Osmunda kano­nik Ste­phen poprzed­niego dnia - wpraw­dzie to miej­sce leży nisko, ale tuż pod powierzch­nią skrywa grubą war­stwę żwiru. -?I kiedy Osmund zaj­rzał do wykopu, nad któ­rym stali, prze­ko­nał się, że to prawda. -?Żwir jest mocny. Udźwi­gnie naj­więk­szą kate­drę, jaką czło­wiek zdoła zbu­do­wać -?zapew­nił go duchowny. -?Bądź wdzięczny, żeś uro­dził się w cza­sach, w któ­rych dane ci jest oglą­dać two­rze­nie tak wiel­kich dzieł na chwałę Bożą".

* * *

Teraz jed­nak kano­nik był roz­gnie­wany. Włosy miał siwe i rzad­kie, ale brwi gęste i na­dal w więk­szo­ści czarne, o zewnętrz­nych koń­cach wywi­nię­tych ku górze jak u pusz­czyka. Ciem­no­brą­zo­wymi oczami prze­szy­wał Osmunda na wskroś, a kiedy prze­mó­wił, jego głos wydał się chłopcu twardy i ostry jak krze­mień.

-?Wymień sie­dem grze­chów głów­nych, Osmun­dzie.

Grze­chy popeł­niane świa­do­mie i dobro­wol­nie, grze­chy nie­chyb­nie ska­zu­jące grzesz­nika na potę­pie­nie: ksiądz z Avons­ford zadbał o to, by znał je od naj­wcze­śniej­szych lat.

-?Gniew, obżar­stwo, zazdrość, leni­stwo, chci­wość, pożą­dli­wość i pycha - wyre­cy­to­wał ponuro.

Por­te­hors ski­nął głową.

-?A któ­rego z nich jesteś dziś winien?

Jak wiele wie­dział kano­nik? Osmund musiał być ostrożny.

Powszech­nie wie­dziano, że dzieło, nad któ­rym kano­nik Ste­phen Por­te­hors tru­dził się przez całe lato -?wspa­niałe i nie­zwy­kłe udo­god­nie­nie miej­skie -?sta­nowi jego dumę i radość. Kanały wodne Nowego Salis­bury, jesz­cze nie­do­koń­czone, a już budziły podziw. Woda czer­pana z Avonu tuż powy­żej mia­sta pły­nęła sie­cią kamien­nych koryt wio­dą­cych środ­kiem naj­waż­niej­szych ulic. Sze­ro­kość tychże kana­łów wahała się od sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów do około dwóch metrów, a tu i ówdzie prze­ci­nały je drobne mostki dla pie­szych.

"Przy­wo­dzą rzekę w samo serce mia­sta -?ogła­szał z dumą Por­te­hors. -?Czy może być coś przy­jem­niej­szego albo zdrow­szego?"

Po praw­dzie kanały te były dla niego waż­niej­sze niż same ulice: gdy przed kil­koma mie­sią­cami zauwa­żył, że teren wzdłuż jed­nej z wła­śnie wyty­cza­nych arte­rii pół­noc-połu­dnie nie jest tak równy, jak należy, nie wahał się zmie­nić prze­biegu samej ulicy, a co za tym idzie, całego układu czę­ści nowego mia­sta, byle tylko zapew­nić swemu uko­cha­nemu kana­łowi sta­bilne pod­łoże.

"Pre­cy­zja -?pod­kre­ślał sta­now­czo. -?Woda popły­nie jedy­nie wtedy, gdy pod­łoże będzie dokład­nie wypo­zio­mo­wane".

Dokład­nie. Na dźwięk tego słowa robot­nicy ponuro wzru­szyli ramio­nami; w Sarum dobrze wie­dziano, że kano­nik i jego brat w mie­ście odzie­dzi­czyli rodzinną obse­sję na punk­cie dokład­no­ści. Gdy tylko padało słowo takie jak "pre­cy­zja", wszel­kie dys­ku­sje tra­ciły sens. Nie było innej rady, jak tylko wyty­czyć całą ulicę od nowa i ponow­nie prze­ko­pać kanał.

Jakże chło­piec tego nie­na­wi­dził!

Osmund Mularz. W jego uszach brzmiało to jak szy­der­stwo. Choć podob­nie jak jego ojciec i dzia­dek, któ­rzy nie­kiedy pra­co­wali jako mula­rze w Avons­ford, on także nosił przy­do­mek "Masoun" lub "Mason", czyli Mularz albo Kamie­niarz, nic to wła­ści­wie nie zna­czyło. W rze­czy­wi­sto­ści był tylko pro­stym chło­pem, robot­ni­kiem, któ­remu cza­sem, jeśli miał szczę­ście, pozwa­lano przy­ci­nać kamie­nie potrzebne do budowy tych prze­klę­tych kana­łów wod­nych.

Praw­dziwi mula­rze byli rze­mieśl­ni­kami pra­cu­ją­cymi przy budo­wie tej wiel­kiej kate­dry. A to był zupeł­nie inny świat. Świat, o któ­rym cza­sami marzył. Gdy koń­czył swoją codzienną pracę, czę­sto wstę­po­wał w magiczną ciszę przy­ka­te­dral­nego close, by obser­wo­wać, jak rze­mieśl­nicy zaj­mują się swoim fachem w tej monu­men­tal­nej budowli. Widy­wał tam dostoj­nych mistrzów mular­stwa, któ­rzy prze­wo­dzili cechowi mula­rzy -?wybrań­ców spro­wa­dza­nych z całego kraju, a nawet z kon­ty­nentu po dru­giej stro­nie Kanału. Lecz zarówno oni, jak i zwy­kli kamie­nia­rze zostali zatrud­nieni już dawno temu. Nawet swo­ich uczniów dobie­rali zwy­kle z wła­snych rodzin. Dla­czego mie­liby zwró­cić uwagę na mło­dego chłopa z Avons­ford, któ­rego ojciec parał się swego czasu obróbką kamie­nia?

A jed­nak rzeź­biar­ski duch wciąż był w nim żywy. Pew­nego dnia, poprzy­siągł sobie, znaj­dzie spo­sób -?będzie pra­co­wał w samej kate­drze, wśród mula­rzy w cięż­kich far­tu­chach, któ­rzy co dnia tak dum­nie kro­czyli do swo­jej pracy.

Już ponad sto lat upły­nęło, odkąd Godric Body zawisł na szu­bie­nicy na wzgó­rzu zam­ko­wym. Kilka mie­sięcy póź­niej przy­szedł na świat jego syn, a że matka dziecka zmarła pod­czas porodu, wuj Godrica Nicho­las uznał za rzecz natu­ralną, żeby przy­gar­nąć nie­mowlę i wycho­wać chłopca jak wła­snego syna. W rezul­ta­cie dzieci i wnuki Godrica Body'ego zwy­kle nosiły przy­do­mek Mason, czyli Mularz, podob­nie jak reszta ich przy­bra­nej rodziny. A kiedy osiem­dzie­siąt lat po śmierci Godrica jeden z jego potom­ków poślu­bił swą drobną, krępą kuzynkę, ich syn odzie­dzi­czył wszyst­kie cha­rak­te­ry­styczne cechy pra­co­wi­tego rodu Maso­nów: przy­sa­dzi­stą syl­wetkę, krót­kie kciuki i dużą głowę. Choć jed­nak wyglą­dał jak Mason, mały Osmund skry­wał w sobie bujną wyobraź­nię oraz wraż­li­wość na piękno natury -?cechy pocho­dzące wprost od nie­szczę­snego pastuszka-rzeź­bia­rza, któ­rego przed laty powie­szono. Był to swo­isty geniusz, lecz jego ist­nie­nie ten młody i nieco powolny z wyglądu chło­piec -?cho­ciaż uwiel­biał rzeź­bić -?na razie tylko mgli­ście prze­czu­wał.

W tej chwili jedyne, co mu ofe­ro­wano, to mozolna harówka i sam musiał przy­znać, że nie zawsze przy­kła­dał się do pracy, tak jak powi­nien.

Patrząc więc na wychu­dzo­nego, siwie­ją­cego księ­dza, odparł ze smut­kiem:

-?Grze­chu leni­stwa.

Kano­nik Ste­phen poki­wał głową.

-?Tak. Jesteś leniwy, bo nie lubisz tej pracy. Lecz Bóg nie stwo­rzył cię po to, byś był szczę­śliwy. Stwo­rzył cię, żebyś słu­żył, bo tylko przez służbę Jemu zasłu­żysz na nie­biań­ską nagrodę.

Osmund zwie­sił swą dużą głowę. Gdzieś w głębi duszy czuł bunt, wie­dział jed­nak, że kano­nik, cho­ciaż surowy, był spra­wie­dliwy. Odwró­cił się, by odejść.

-?Stój. -?Głos kano­nika był nie­ubła­gany. -?To nie wszystko. Ukry­wasz jesz­cze jeden grzech, mój synu.

Skąd mógł o tym wie­dzieć? Chło­piec czuł na ple­cach wzrok duchow­nego i nie miał odwagi się odwró­cić.

-?I cóż mi powiesz?

Osmund na­dal mil­czał.

-?Więc ja powiem tobie -?głos ciął jak brzy­twa. -?Tym grze­chem jest chci­wość. -?Wysy­czał to słowo.

A zatem wie­dział.

Pła­cono mu pensa dzien­nie. Był biedny.

-?Ludzie, któ­rzy powinni mieć wię­cej rozumu, kuszą cię, byś pra­co­wał dla nich, gdy jesteś potrzebny tutaj -?oskar­żył go kano­nik. -?Bez­boż­nicy.

Każde jego słowo było prawdą. A jed­nak Osmun­dowi nie wyda­wało się to wiel­kim prze­wi­nie­niem.

Cho­dziło o to, na co tak nie­cier­pli­wie cze­kał przez cały pora­nek. Męż­czyźni, po powro­cie z narady w doli­nie, mieli mu zaofe­ro­wać pracę za pół­tora pensa dzien­nie -?była to wspa­niała stawka, a pracy mogło wystar­czyć na cały rok. Znał ich obu dobrze. Nie wyda­wali się tacy bez­bożni. Odwró­cił się powoli, zasta­na­wia­jąc się, jakim spo­so­bem kano­nik się o tym dowie­dział.

-?Chcia­łeś porzu­cić swoją pracę tutaj dla pie­nię­dzy, Osmun­dzie. Jesteś młody. Lecz miłość do pie­nię­dzy to chci­wość, a ta jest grze­chem. - Umilkł na chwilę, prze­wier­ca­jąc chłopca swym strasz­nym spoj­rze­niem, a potem pod­jął już nieco łagod­niej: -?Dobrze obra­biasz kamień. Podobno potra­fisz też rzeź­bić w drew­nie.

Osmund ski­nął głową. Wyrzeź­bił piękne drzwi dla Gode­froia we dwo­rze w Avons­ford i wie­dział, że ksiądz oglą­dał jego dzieło. Nie­mniej następne słowa kano­nika wpra­wiły go w zdu­mie­nie.

-?Czy chciał­byś pra­co­wać w kate­drze?

Osmund wpa­try­wał się w Por­te­horsa, led­wie mogąc uwie­rzyć w to, co usły­szał. Pra­co­wać w kate­drze pośród mula­rzy -?czyżby miało się speł­nić jego marze­nie? Ksiądz przy­pa­try­wał mu się prze­ni­kli­wie.

-?Płacą pensa i ćwierć dzien­nie -?powie­dział cicho -?ale nie wię­cej. - Urwał, by dodać po chwili: -?Mógł­byś zacząć od Świę­tego Michała, jeżeli dobrze się spi­szesz przy kana­łach. Czy tego chcesz?

-?O tak -?odparł tonem nie­mal bła­gal­nym. Nie potra­fił opa­no­wać wzru­sze­nia.

-?Dobrze więc. -?Kano­nik znów umilkł na moment, nim pod­jął: -?Rzecz jasna, jeśli zde­cy­du­jesz się pra­co­wać dla Shoc­kleya i jego kom­pa­nów, nie dosta­niesz pracy w kate­drze. Ni­gdy.

Osmund pobladł, ale się nie ode­zwał.

Ste­phen Por­te­hors przy­glą­dał mu się spo­koj­nie. Nie bez powodu pia­sto­wał urząd kano­nika kate­dry.

Widział dzieła mło­dego Osmunda w Avons­ford. Podej­rze­wał, że chło­pak ma talent.

W tej wła­śnie chwili Shoc­kley­owie i Gode­froi nad­je­chali konno ulicą, a kano­nik zwró­cił się ku nim.

* * *

Być może w zamy­śle Stwórcy włosy sto­ją­cego przy moście męż­czy­zny o szczu­ro­wa­tej twa­rzy miały prę­żyć się dum­nie na jego gło­wie jak kępa czar­nej trawy, z cza­sem jed­nak -?przez brak mycia i szczot­ko­wa­nia - zmie­niły się w kil­ka­na­ście skoł­tu­nio­nych kła­ków, które żało­śnie okla­pły niczym zmar­niałe gałązki osma­lo­nego krzewu. I tak jak na wszyst­kim innym wokoło, rów­nież na tym splą­ta­nym gąsz­czu osia­dał kurz z Nowego Salis­bury.

Wil­liam atte Brigge miał dziś doświad­czyć naj­gor­szego dnia w swoim życiu.

Już teraz był wście­kły. Gdy patrzył na roz­gry­wa­jącą się przed nim scenę, jego bli­sko osa­dzone oczy bły­skały gnie­wem.

Tego ranka przy­był tu ze swoim wóz­kiem z Wil­ton. Prze­pra­wił się przez Avon Mostem Fisher­ton i nie­zwłocz­nie podą­żył na rynek w cen­trum nowego bisku­piego mia­sta. Tam zosta­wił wózek u innego han­dla­rza z Wil­ton, który miał wła­sny stra­gan, i ruszył dalej, mija­jąc po dro­dze powsta­jącą kate­drę i zmie­rza­jąc w stronę połu­dnio­wego krańca nowej osady, gdzie rzeka zakrę­cała na połu­dnie, żeby leni­wie kon­ty­nu­ować swój bieg ku wybrzeżu.

W oczach przy­pad­ko­wego obser­wa­tora dal­sze zacho­wa­nie Wil­liama atte Brigge mogłoby wydać się dziwne. Przed nim wzno­sił się nowy, kamienny most. Prze­ci­nał rzekę dwoma krót­kimi łukami, mię­dzy któ­rymi znaj­do­wała się nie­wielka wysepka. Po swo­jej lewej stro­nie miał kom­pleks budyn­ków szpi­tala Świę­tego Miko­łaja, zaś na wysepce wzno­siła się kapliczka Świę­tego Jana -?oba obiekty zbu­do­wał biskup Bin­gham z myślą o podróż­nych. Było to uro­kliwe miej­sce otu­lone łagod­nym szme­rem wody opły­wa­ją­cej wysepkę z obu stron.

Wil­liam prze­szedł na śro­dek mostu. Naj­pierw rzu­cił okiem na drogę po dru­giej stro­nie rzeki, pro­wa­dzącą na połu­dnie i zachód, potem obej­rzał się na powsta­jące mia­sto, a wresz­cie utkwił posępny wzrok w małym sza­rym budynku na wyspie. I nagle, jakby opę­tał go jakiś amok, począł ska­kać i wyma­chi­wać chu­dymi rękami, a potem odwró­cił się i z dziką furią splu­nął w stronę szpi­tala. I drugi raz, na zaku­rzoną drogę przed sobą. Wrza­snął: "Niech dia­bli wezmą tego biskupa i wszystko, co robi!", po czym zawró­cił i z ponurą miną ruszył w kie­runku mia­sta.

Wil­liam atte Brigge był z natury skłonny do nosze­nia urazy -?dziś jed­nak miał powód do gory­czy, bowiem czci­godny biskup Bin­gham z Salis­bury miał wła­śnie dopro­wa­dzić go do ruiny.

Od cza­sów króla Alfreda, a nawet wcze­śniej, mia­sto Wil­ton dzier­żyło tytuł sto­licy hrab­stwa. Nie tylko sze­ryf odby­wał tam swoje sądy, nie tylko od cza­sów anglo­sa­skich w mie­ście tym biła men­nica, lecz nade wszystko w Wil­ton pro­spe­ro­wał targ, dogod­nie usy­tu­owany u zbiegu dwóch ruchli­wych rzek. Co prawda ist­niał mały targ w sta­rym zamku na wzgó­rzu Sarum, ale z uwagi na swe odsło­nięte poło­że­nie i dru­go­rzędne zna­cze­nie ni­gdy nie stał się on poważ­nym zagro­że­niem dla inte­re­sów sta­rego saskiego mia­sta w zachod­niej doli­nie. Jed­nak ćwierć wieku temu, gdy biskup Poore roz­po­czął budowę tego nowego mia­sta tar­go­wego w doli­nie, miesz­cza­nie i kupcy z Wil­ton poczęli odczu­wać nie­po­kój. Wkrótce biskup wyjed­nał prawo do orga­ni­zo­wa­nia zarówno corocz­nego jar­marku, jak i coty­go­dnio­wego dnia tar­go­wego, zaś nowo nadana karta mia­sta przy­zna­wała jego wol­nym miesz­kań­com istotne przy­wi­leje han­dlowe oraz zwol­nie­nia podat­kowe porów­ny­walne z tymi, które przy­znano wiel­kim mia­stom, takim jak Win­che­ster czy Bri­stol. Co gor­sza, kró­lew­ska rezy­den­cja myśliw­ska w lesie Cla­ren­don znaj­do­wała się zale­d­wie trzy kilo­me­try na wschód od nowego mia­sta biskupa, a król Hen­ryk, który lubił tam polo­wać, znany był ze swego zami­ło­wa­nia do wzno­sze­nia kościo­łów.

-?To nowe mia­sto pochło­nie wszyst­kie pie­nią­dze -?szem­rali miesz­cza­nie z Wil­ton. -?Król o nas nie dba.

Mieli rację. Począt­kowo jed­nak ist­niał pewien czyn­nik łago­dzący. Gdy bowiem han­del w oko­licy się roz­wi­jał, a ruch na dro­gach nabie­rał tempa, wielu han­dla­rzy przy­by­wało do nowej osady z połu­dnia i zachodu, a żeby prze­kro­czyć sys­tem rzeczny i wje­chać do mia­sta, musieli korzy­stać z mostu w Wil­ton. Dzięki temu han­dlowe oży­wie­nie przy­no­siło zyski także kup­com z Wil­ton. Przez dwa­dzie­ścia lat wyda­wało się, że u boku nowego sąsiada stare mia­sto na zacho­dzie może pro­spe­ro­wać. Nie­stety teraz, w 1244 roku, nie­unik­nione stało się fak­tem: biskup Bin­gham zbu­do­wał wła­sny most na połu­dnie od kate­dry. Pła­cąc nie­wiel­kie myto za prze­kro­cze­nie rzeki w Ayle­swade, przy­jezdni kupcy mogli prze­pra­wić się przez tę część sys­temu rzecz­nego, w ogóle nie zbli­ża­jąc się do Wil­ton, skut­kiem czego star­sze mia­sto nagle zostało zupeł­nie odcięte od głów­nego nurtu han­dlu.

To jed­nak nie było wszystko. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów na nie­wiel­kim rynku sta­rego mia­sta Wil­ton targ odby­wał się dwa razy w tygo­dniu. Bisku­powi przy­znano prawo do orga­ni­za­cji zale­d­wie jed­nego dnia tar­go­wego, tym­cza­sem na wiel­kim tar­go­wi­sku Nowego Salis­bury kupcy han­dlo­wali bez licen­cji nie­mal codzien­nie i nikt z tym nic nie robił. Pomimo licz­nych skarg kie­ro­wa­nych do króla przez miesz­kań­ców Wil­ton nowa osada nie­ubła­ga­nie wysy­sała ze star­szej życiowe siły.

Od czasu nie­uda­nego pro­cesu sprzed stu­le­cia rodzina Wil­liama nie­wiele zdo­łała osią­gnąć. Choć nosił to samo imię co jego pra­dziad, który tak bez­sku­tecz­nie rzu­cił wyzwa­nie rol­ni­kom z Shoc­kley, Wil­liam nie był gar­ba­rzem, lecz drob­nym han­dla­rzem wełny, pró­bu­ją­cym utrzy­mać się z udzie­la­nia zali­czek chło­pom pod zastaw ich wełny, którą następ­nie sprze­da­wał na otwar­tym targu. Ceny wełny były sta­bilne, a han­del buj­nie roz­kwi­tał, co pozwo­liło Wil­liamowi osią­gać nie­znaczne zyski na tym racz­ku­ją­cym sys­te­mie zalicz­ko­wym. Z kolei jego żona i jej sio­stra odzie­dzi­czyły dzier­żawę chaty w jed­nym z mająt­ków Gode­froia, dzięki czemu Wil­liam posia­dał trzy­dzie­ści owiec, które wypa­sał nad rzeką Avon. Aby dodat­kowo wspo­móc skromny dochód rodziny, jego szwa­gierka tkała na jed­nym kro­śnie tka­niny słab­szej jako­ści, które on następ­nie sprze­da­wał na lokal­nych tar­gach po obni­żo­nej cenie, czer­piąc stąd wła­sny zysk. W ten spo­sób zara­biał na życie, choć był bied­niej­szy niż jego pra­dziad, gar­barz.

Ich rodzina ni­gdy nie wyba­czyła zamoż­nym rol­ni­kom z Shoc­kley.

"Ci z Shoc­kley to zwy­kłe łotry", powta­rzał Wil­liam swoim dzie­ciom niczym dogmat wiary. A teraz Shoc­kleyowie zajęli także dom w nowym mie­ście -?w tym, które miało dopro­wa­dzić do ruiny Wil­ton.

-?Niech szlag trafi ich wszyst­kich i ten prze­klęty most! -?wymam­ro­tał.

Ale gniew, jaki obu­dził w nim widok bisku­piego mostu, zbladł wobec furii, która w nim eks­plo­do­wała, gdy dotarł na tar­go­wi­sko.

Przy jego wózku kłę­bił się tuzin ludzi -?nie­któ­rzy zer­kali zacie­ka­wieni, a inni patrzyli otwar­cie z wred­nym uśmie­chem. Czło­wiek z Wil­ton, któ­remu powie­rzył pie­czę nad wóz­kiem, wyglą­dał mar­kot­nie, zaś w samym sercu tego zgro­ma­dze­nia, nie­wzru­szony i srogi, znaj­do­wał się ktoś, kogo Wil­liam zawsze się lękał: Alan Le Por­tier, kon­tro­ler jako­ści tka­nin. Obok niego stała jego córka Ali­cia.

Kon­tro­ler wska­zał na wózek.

-?To twoje tka­niny?

Uchwała doty­cząca miar i jako­ści tka­nin została usta­no­wiona przez króla Ryszarda przed pół­wie­czem. Był to pro­sty poda­tek od sukna połą­czony z naka­zem prze­strze­ga­nia okre­ślo­nych norm mia­ro­wych. Alan Le Por­tier przy­jął inną wer­sję rodo­wego nazwi­ska, lecz podob­nie jak jego brat kano­nik Por­te­hors, był czło­wie­kiem chu­dym i rygo­ry­stycz­nym, a wiel­możny Wil­liam Longspée, który reko­men­do­wał go kró­lew­skim urzęd­ni­kom na sta­no­wi­sko kon­tro­lera, zapew­nił ich ze śmie­chem:

"Nie tro­skaj­cie się, on taki sam jak cała jego rodzina: wszyst­kie nitki w suk­nie pora­chuje, jeśli zaj­dzie potrzeba".

Zbli­żyw­szy się, Wil­liam prze­niósł spoj­rze­nie z kon­tro­lera na twarz towa­rzy­szą­cej mu córki. Alan posi­wiał nieco bar­dziej niż jego brat. Wychu­dłe obli­cze miał szla­chetne, a zara­zem surowe, oczy zaś ciemne i prze­ni­kliwe. Ali­cia, jego pięk­no­lica szes­na­sto­let­nia córka o orze­cho­wych oczach, przy­glą­dała się Wil­liamowi z zacie­ka­wie­niem. Czę­sto prze­cha­dzała się z uwiel­bia­nym ojcem po tar­go­wi­sku, które znała na wylot.

Kon­tro­ler powtó­rzył pyta­nie:

-?To twoje tka­niny?

Ski­nął głową.

-?Za wąskie o sześć mili­me­trów.

Któż by przy­pusz­czał, że to dostrzeże? Oszu­ku­jąc klien­tów na tej led­wie zauwa­żal­nej róż­nicy w sze­ro­ko­ści płótna, zapew­niał sobie skromny zysk, nawet przy obni­żo­nej cenie. Nie powi­nien był zosta­wiać wózka w miej­scu, gdzie mógł go wypa­trzyć prze­ni­kliwy wzrok Le Por­tiera.

-?Uiścisz grzywnę, rzecz jasna -?oznaj­mił rze­czowo kon­tro­ler. -?I radził­bym zabrać to z powro­tem do Wil­ton. Tutaj nie możesz tego sprze­da­wać.

Wil­liam zwie­sił głowę z rezy­gna­cją. Mogło być gorzej -?kon­tro­ler mógł skon­fi­sko­wać towar. Tak czy ina­czej, trudno będzie teraz zna­leźć kupca na te tka­niny. A prze­cież był to efekt dwu­mie­sięcz­nej pracy. Bez słowa sprze­ciwu chwy­cił za dłu­gie dyszle wózka i zaczął go z mozo­łem cią­gnąć. Odda­la­jąc się, usły­szał jesz­cze, jak Le Por­tier zwraca się do córki:

-?Lepiej mieć tę rodzinę na oku.

Wil­liam prze­klął ich wszyst­kich pod nosem.

* * *

Zebra­nie, które tak bar­dzo inte­re­so­wało mło­dego Osmunda, odbyło się tego ranka nad brze­giem Avonu, nie­spełna kilo­metr na połu­dnie od wio­ski Avons­ford.

Dwa wspa­niałe konie i wóz cze­kały przy ścieżce bie­gną­cej powy­żej rzeki. Trzy metry dalej grupka zło­żona z dwóch męż­czyzn i chłopca roz­ma­wiała przy­ci­szo­nymi gło­sami, a niżej, tuż nad wodą, samotna postać odziana w długą czarną opoń­czę z kap­tu­rem prze­cha­dzała się w zamy­śle­niu wzdłuż brzegu, tam i z powro­tem. Pozo­stała trójka co jakiś czas rzu­cała w jej stronę nie­spo­kojne spoj­rze­nia.

Joce­lin de Gode­froi, Edward Shoc­kley i jego osiem­na­sto­letni syn Peter ocze­ki­wali na decy­zję czło­wieka w kap­tu­rze.

"Jeżeli zgo­dzi się dzi­siaj na to, o co go popro­simy -?rzekł Edward do syna, jesz­cze zanim przy­byli nad rzekę -?będzie to naj­waż­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek uczy­ni­łem. Przy­nie­sie nam for­tunę".

I teraz cze­kali na osąd zakap­tu­rzo­nej postaci, a Shoc­kley z led­wo­ścią pano­wał nad emo­cjami.

Rodzina osią­gnęła umiar­ko­wa­nie powo­dze­nie. Utrzy­mali gospo­dar­stwo w Shoc­kley, któ­rego nazwa stała się z cza­sem ich nazwi­skiem rodo­wym, ale jesz­cze jako młody czło­wiek Edward objął także dom w nowym mie­ście, gdzie zało­żył nie­wielki, lecz docho­dowy warsz­tat. Wypo­sa­żył go w trzy duże kro­sna i zatrud­nił tka­czy do wyrobu tka­nin. Czasy to były pra­co­wite. Rodzina zyskała sobie zaufa­nie i powszechną sym­pa­tię. Edward Shoc­kley, męż­czy­zna postawny i szorstki, został człon­kiem cechu kupiec­kiego nowego mia­sta, a w 1240 roku cie­szył się już pozy­cją god­nego sza­cunku miesz­cza­nina. Gospo­dar­stwem Shoc­kleyów zarzą­dzał na co dzień pańsz­czyź­niak peł­niący funk­cję rządcy.

Joce­lin de Gode­froi był spo­koj­niej­szy.

Od fatal­nych rzą­dów Ste­fana los sprzy­jał jego rodzi­nie. Choć w cza­sach anar­chii Edward z Salis­bury i jego brat opo­wia­dali się po stro­nie cesa­rzo­wej, prze­ciwko kró­lowi, to kiedy Ste­fan osta­tecz­nie zatrium­fo­wał, zacho­wali swoje wpływy, a ich młod­szy stron­nik Gode­froi także nie poniósł żad­nej szkody. Co wię­cej, za pano­wa­nia Hen­ryka II i Ryszarda rodzina nie tylko się wzbo­ga­ciła, lecz także okryła chwałą, gdyż wielki Ranulf de Gode­froi wal­czył u boku Ryszarda Lwie Serce w trze­ciej kru­cja­cie do Ziemi Świę­tej. Wspa­niały gro­bo­wiec w nie­wiel­kim kościele w Avons­ford zdo­bił posąg Ranulfa leżą­cego z mie­czem u boku, sze­ro­kim krzy­żem na piersi i skrzy­żo­wa­nymi nogami, w tra­dy­cyj­nej pozie zmar­łego ryce­rza krzy­żo­wego. Mała cynowa odznaka, którą nabył od mni­chów w Ziemi Świę­tej na pamiątkę swo­jej piel­grzymki, została wkom­po­no­wana w zewnętrzną kra­wędź kościel­nego dzwonu. Rodzina Gode­froich zyskała sobie powa­ża­nie w całej oko­licy. Otrzy­mała też drugą posia­dłość w Sarum, którą dzier­ża­wiła bez­po­śred­nio od króla, a że ostat­nio król powo­ły­wał pomniej­szych szlach­ci­ców na urzędy, poja­wiła się plotka, że ktoś tak zna­mie­nity jak Joce­lin de Gode­froi mógłby zostać wezwany do peł­nie­nia funk­cji sze­ryfa.

Ale pod jed­nym istot­nym wzglę­dem Joce­lin bar­dzo się róż­nił od swo­ich przod­ków: cho­ciaż posia­dał dwa majątki, miał tylko jeden dom, a była nim Anglia.

Taki stan rze­czy był zja­wi­skiem nowym. Przez pierw­sze sto pięć­dzie­siąt lat po inwa­zji wielu Nor­ma­nów i Bre­toń­czy­ków miało posia­dło­ści zarówno w Anglii, jak i po dru­giej stro­nie Kanału, a gdyby ich spy­tać, który kraj uwa­żają za dom, nie­je­den nie byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć. Gdy jed­nak król Jan wsku­tek wojen­nych pora­żek stra­cił Nor­man­dię na rzecz króla Fran­cji, wła­ści­ciele mająt­ków w obu regio­nach musieli wybie­rać -?zrzec się angiel­skich ziem i zło­żyć hołd kró­lowi Fran­cji lub vice versa. Rodzina Gode­fro­ich z Avons­ford wybrała Anglię. Ponie­siona strata nie była dotkliwa. Obaj monar­cho­wie, sami będący panami feu­dal­nymi, dla któ­rych idea rodziny na­dal była znacz­nie waż­niej­sza niż mgli­sty kon­cept taki jak naród, dali swoim wasa­lom czas na upo­rząd­ko­wa­nie spraw mająt­ko­wych, więc posia­dło­ści Gode­fro­ich w Nor­man­dii zostały sprze­dane na zado­wa­la­ją­cych warun­kach i bez zbęd­nego pośpie­chu. Jed­nak w wyniku takiego obrotu spraw Joce­lin był pierw­szym z rodu, dla któ­rego drugi kraj ni­gdy nie był domem i który, zapy­tany o swoją toż­sa­mość, nie odparłby "Nor­man", lecz "Anglik".

Był to męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, o nie­na­gan­nej posta­wie. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich przod­ków z cza­sów króla Ste­fana był gładko ogo­lony, a włosy, już nie­roz­dzie­lone prze­dział­kiem, miał przy­cięte w grzywkę na czole i sta­ran­nie pod­wi­nięte za pomocą nagrza­nych szczyp­ców pod uszy, co w połą­cze­niu z sub­tel­nymi rysami twa­rzy i orlim nosem nada­wało mu wygląd inte­lek­tu­ali­sty. Nosił długą lnianą szatę cotte, się­ga­jącą do kostek, a na niej sur­cot pod­szyty lisim futrem. Mięk­kie skó­rzane buty zapi­nane wokół kostek były hafto­wane srebrną nitką na dłu­gich czub­kach, a w ręku trzy­mał fil­cową czapkę o trój­kąt­nym kształ­cie. Na zło­tym łań­cu­chu wokół szyi wisiały dwa małe amu­lety upa­mięt­nia­jące jego dwie piel­grzymki: tę do San­tiago de Com­po­stela w Hisz­pa­nii i drugą, do sank­tu­arium św. Toma­sza Bec­keta, zamor­do­wa­nego po kłótni z Hen­ry­kiem II w Can­ter­bury, zale­d­wie przed sie­dem­dzie­się­ciu laty. Przy uździe jego konia wisiały dwie maleń­kie szma­rag­dowe tar­cze o śred­nicy dwóch i pół cen­ty­me­tra, ozdo­bione her­bem -?bia­łym łabę­dziem na czer­wo­nym tle.

Nie było w Sarum rodu bar­dziej odda­nego idei rycer­sko­ści niż Gode­fro­io­wie. Kiedy pod koniec ubie­głego stu­le­cia ów nie­fra­so­bliwy wzór rycer­sko­ści Ryszard I zaczął orga­ni­zo­wać tur­nieje rycer­skie na roz­le­głych polach mię­dzy sta­rym zam­kiem Saris­be­rie a mia­stem Wil­ton, żaden rycerz nie wspie­rał tych zawo­dów z więk­szym zapa­łem niż stary Ranulf de Gode­froi. Jego syn, a teraz i wnuk, nale­żeli do naj­zna­mie­nit­szych patro­nów i orga­ni­za­to­rów tychże rycer­skich festy­nów.

Jed­nakże Joce­lin miał także smy­kałkę do inte­re­sów, a dzi­siej­sze spo­tka­nie doty­czyło przed­się­wzię­cia donio­słej wagi, toteż i on bacz­nie przy­glą­dał się zakap­tu­rzo­nemu męż­czyź­nie, który wresz­cie ruszył zbo­czem, zmie­rza­jąc w ich stronę.

Po chwili dotarł do celu. Cóż posta­no­wił?

Był to czło­wiek postawny, o moc­nej budo­wie, z lekką skłon­no­ścią do tuszy, a jego ciężki krok zna­czył ślady na mięk­kiej darni. Sta­nął przy nich i zsu­nął kap­tur, odsła­nia­jąc kopu­la­stą, łysie­jącą głowę o siwie­ją­cych skro­niach i twarz z orlim nosem, ustach sta­now­czych, ale uprzej­mych, oraz sze­roko roz­sta­wio­nych nie­bie­skich oczach peł­nych humoru i inte­li­gen­cji. Miał trzy­dzie­ści lat, ale był już doświad­czo­nym czło­wiekiem inte­re­sów.

-?Prąd jest silny, grunt -?solidny. -?Uśmiech­nął się. -?Otrzy­ma­cie pożyczkę.

Mówił po fran­cu­sku, gdyż zwra­cał się do Gode­froia, i zarówno ten fakt, jak i jego kosz­towna opoń­cza oraz wspa­niały koń, który naj­wy­raź­niej nale­żał do niego, wska­zy­wały, że jest człon­kiem nor­mań­skiej klasy rzą­dzą­cej. Jego strój odzna­czał się jed­nak pew­nym oso­bli­wym szcze­gó­łem: otóż na piersi miał on naszyty podwójny pro­sto­kąt bia­łego płótna, o wymia­rach około pię­ciu na sie­dem i pół cen­ty­me­tra -?była to tak zwana tabula, znak sym­bo­li­zu­jący dwie kamienne tablice z Dzie­się­cioma Przy­ka­za­niami. Aaron z Wil­ton był bowiem Żydem.

Żydzi w Anglii przy­na­le­żeli do króla. Przy­byli głów­nie z pół­noc­nej Fran­cji, a zarówno Wil­helm Zdo­bywca, jak i jego syno­wie Rufus i Hen­ryk zachę­cali ich do osie­dla­nia się w tym nowym kró­le­stwie. Co prawda wzbro­niono im posia­da­nia ziemi i pro­wa­dze­nia zwy­kłego han­dlu, zyskali jed­nak szcze­gólny przy­wi­lej kró­lew­skiej pro­tek­cji w nor­mań­skim sys­te­mie feu­dal­nym jako finan­si­ści i pożycz­ko­dawcy. Nie tylko Żydzi peł­nili tę nie­odzowną funk­cję. Zarówno wło­scy kupcy, jak i naj­po­boż­niej­szy zakon tem­pla­riu­szy, któ­rego sieć obej­mo­wała wiele ziem chrze­ści­jań­skiego świata, rów­nież trud­nili się poży­cza­niem pie­nię­dzy. Jed­nakże w Anglii to wła­śnie Żydzi sta­no­wili naj­waż­niej­sze opar­cie finan­sowe w cza­sach, kiedy potrzeba gotówki na pokry­cie kosz­tów kró­lew­skich kru­cjat, zagra­nicz­nych wojen i najem­ni­ków gwał­tow­nie rosła, a roz­wi­ja­jąca się gospo­darka wyspy nie dys­po­no­wała inną insty­tu­cją feu­dal­nego ładu zdolną dostar­czyć nie­zbęd­nego kapi­tału. Mówiący po fran­cu­sku, czę­sto wykształ­ceni, a na pewno nie­zbędni kró­lowi i magna­tom, ich przy­wódcy -?cho­ciaż for­mal­nie poza feu­dalną kastą -?byli bliżsi ary­sto­kra­cji niż jaka­kol­wiek inna grupa spo­łeczna, nie licząc bisku­pów i wyż­szych dostoj­ni­ków kościel­nych. Przez nie­mal stu­le­cie ich rela­cje z samym Kościo­łem -?któ­rego biskupi czę­sto potrze­bo­wali fun­du­szy na wzno­sze­nie wspa­nia­łych katedr, a klasz­tory rychło ule­gły poku­sie zacią­ga­nia poży­czek pod zastaw pro­du­ko­wa­nej w ogrom­nych ilo­ściach wełny -?pozo­sta­wały zazwy­czaj przy­ja­zne.

Spo­łecz­ność żydow­ska pro­spe­ro­wała, mimo kilku lokal­nych wystą­pień prze­ciwko niej, także w XII wieku, pod­czas dłu­giego pano­wa­nia Hen­ryka II. Żydzi stali się kró­lew­skimi pośred­ni­kami finan­so­wymi, udzie­la­jąc władcy poży­czek zabez­pie­czo­nych jego przy­szłymi docho­dami, które sze­ry­fo­wie ścią­gali ze swo­ich hrabstw. Takie pożyczki sta­no­wiły zalą­żek bar­dziej zło­żo­nych form kre­dy­to­wa­nia pań­stwa zna­nych z póź­niej­szych stu­leci. Żydzi mogli nawet zostać bez­po­śred­nimi dzier­żaw­cami kró­lew­skich dóbr i użyt­ko­wać zie­mię, która for­mal­nie wciąż nale­żała do króla. Zgod­nie z pra­wem mają­tek każ­dego Żyda, po jego śmierci, wra­cał do korony, jed­nak w prak­tyce rzadko z tego przy­wi­leju korzy­stano, ponie­waż nisz­cze­nie wła­snych tak bar­dzo uży­tecz­nych dla króla ban­kie­rów nie miało żad­nego sensu. A uży­teczni byli z całą pew­no­ścią. U schyłku XII wieku król zaczął pozy­ski­wać środki od spo­łecz­no­ści żydow­skiej, wpro­wa­dziw­szy sys­tem arbi­tral­nych danin, zwa­nych tal­la­ges, które mógł nakła­dać według wła­snej woli. I choć żąda­nia Hen­ryka II były umiar­ko­wane, to w ostat­nich latach swego dłu­giego pano­wa­nia około jed­nej siód­mej cał­ko­wi­tych rocz­nych docho­dów kró­le­stwa pocho­dziło wła­śnie od spo­łecz­no­ści żydow­skiej.

"Może i jeste­śmy uży­teczni -?prze­strze­gał Aarona ojciec. -?Lecz nie łudź się, że możemy czuć się bez­piecz­nie".

Jego ostroż­ność była uza­sad­niona. Krzy­żowcy roz­pa­lili powszechną nie­na­wiść do wszyst­kich, któ­rych można było okre­ślić mia­nem nie­wier­nych, zaś w Anglii przy­go­to­wa­nia do kru­cjaty króla Ryszarda stały się zarze­wiem nowej fali anty­ży­dow­skich zamie­szek, które wybu­chały w niektó­rych mia­stach. Kul­mi­na­cją tych wyda­rzeń była strasz­liwa tra­ge­dia w Yorku, gdzie stu pięć­dzie­się­ciu Żydów uwię­zio­nych w zamku, w któ­rym szu­kali schro­nie­nia, ode­brało sobie życie, aby unik­nąć znacz­nie gor­szego losu z rąk uzbro­jo­nego roz­ju­szo­nego tłumu. Te nie­po­koje zostały jed­nak wkrótce stłu­mione przez samego Ryszarda i spo­łecz­ność żydow­ska odzy­skała względne bez­pie­czeń­stwo pod kró­lew­ską opieką.

Jed­nak wyso­kość tal­la­ges nie­ustan­nie rosła. Gdy wra­ca­jący z Ziemi Świę­tej król Ryszard został poj­many dla okupu, nie­wielką spo­łecz­ność żydow­ską obcią­żono podat­kiem wyno­szą­cym pięć tysięcy marek -?trzy­krot­nie wyż­szym niż suma prze­ka­zana przez miesz­czan z potęż­nego han­dlo­wego mia­sta Lon­dynu. Za pano­wa­nia następcy Ryszarda, króla Jana, wiecz­nie zma­ga­ją­cego się z bra­kiem pie­nię­dzy, podatki osią­gnęły jesz­cze wyż­szy poziom.

Co cie­kawe, sta­no­wi­sko króla w tej spra­wie zda­wało się nad wyraz oso­bliwe. Oto bowiem Kościół, pomimo dzia­łal­no­ści wła­snych przed­sta­wi­cieli, coraz dobit­niej potę­piał prak­tykę poży­cza­nia pie­nię­dzy na pro­cent, którą okre­ślał mia­nem lichwy, zaś król Anglii, który gło­śno tę dok­trynę popie­rał, po cichu stale pod­no­sił tal­la­ges i czer­pał naj­więk­sze zyski z żydow­skiego sys­temu finan­so­wego, który w isto­cie chro­nił i pod­trzy­my­wał. W rezul­ta­cie naj­więk­szym lichwia­rzem w całym kró­le­stwie był zatem sam król.

Mimo swych nie­wąt­pli­wych wad sys­tem ten był z pew­no­ścią dobrze zor­ga­ni­zo­wany. Dla spo­łecz­no­ści żydow­skiej usta­no­wiono oddzielny sąd lokalny i skar­bowy, a w wielu mia­stach powstały archiwa, w któ­rych prze­cho­wy­wano ofi­cjalne reje­stry wszel­kich trans­ak­cji pożycz­ko­wych. Doku­menty te, zwane chi­ro­gra­fami, trzy­mano w "arkach", czyli wiel­kich skrzy­niach prze­zna­czo­nych do tego celu. Jed­nym z takich miast było Wil­ton, sły­nące ze zna­mie­ni­tej spo­łecz­no­ści żydow­skiej, zaś Aaron nale­żał do jej naj­bar­dziej powa­ża­nych człon­ków.

Minęło sto lat, odkąd jego rodzina zawi­tała w te strony, a on dobrze znał zarówno Gode­froia, jak i Shoc­kleya. Jego dzia­dek, w lep­szych cza­sach, zwykł toczyć dłu­gie i przy­ja­zne dys­puty z wiel­moż­nym Ranul­fem Gode­fro­iem, a ojciec wsparł nie­gdyś Edwarda Shoc­kleya nie­wielką pożyczką, gdy ten sta­wiał pierw­sze kroki w inte­re­sach w Nowym Salis­bury. Natu­ralną więc rze­czy koleją to u niego obie rodziny szu­kały teraz pomocy przy tym nowym, znacz­nie ambit­niej­szym przed­się­wzię­ciu.

Aaron zwró­cił się następ­nie do Shoc­kleya:

-?Mam jedno pyta­nie -?rzekł poważ­nym tonem. -?Masz już w mie­ście gospo­dar­stwo i tka­czy. Kto zatem będzie nad­zo­ro­wał na co dzień ten nowy zakład?

Edward wska­zał na Petera.

-?Mój syn.

Nie­bie­skie oczy Aarona spo­częły na Pete­rze Shoc­kleyu. Lubił tego mło­dzieńca, znał go od dziecka; był dość zrów­no­wa­żony, ale Aaron wyczu­wał w nim pewną impul­syw­ność, która nieco go nie­po­ko­iła.

-?Dobrze. Ale on jest młody -?powie­dział. -?Musisz mieć na niego bacze­nie.

Ruszył w kie­runku swego konia.

Czy to moż­liwe, że zapo­mniał o naj­waż­niej­szym z warun­ków? Gode­froi i Shoc­kley spoj­rzeli po sobie.

-?Aaro­nie. -?Edward Shoc­kley zatrzy­mał go. -?Nie powie­dzia­łeś... -?zawa­hał się ner­wowo -?na jaki pro­cent.

Żyd posłał mu uśmiech.

-?Czyżby mi to umknęło? Cóż za nie­uwaga. Powiedzmy, że na zwy­kły?

Obaj męż­czyźni ode­tchnęli z wyraźną ulgą. Było lepiej, niż mogli się spo­dzie­wać.

W roz­kwi­ta­ją­cej gospo­darce XIII wieku, gdy płynny kapi­tał był wysoce pożą­dany, a jego zasoby wciąż pozo­sta­wały ogra­ni­czone, nawet zwy­kłe stopy pro­cen­towe osią­gały wygó­ro­wane war­to­ści. Zwy­cza­jowa stopa wyno­siła od jed­nego do dwóch pen­sów od funta na tydzień, co w skali rocz­nej dawało od dwu­dzie­stu jeden do czter­dzie­stu trzech pro­cent. Jed­nak wyso­kie tal­la­ges nało­żone na spo­łecz­ność pożycz­ko­daw­ców czę­sto powo­do­wały wzrost stóp pro­cen­to­wych, a cho­ciaż król ofi­cjal­nie ich zaka­zy­wał, stopy rzędu sześć­dzie­się­ciu czy osiem­dzie­się­ciu pro­cent nie nale­żały do rzad­ko­ści. Tak wysoki koszt kapi­tału nie doty­czył wyłącz­nie poży­czek zacią­ga­nych u Żydów. Chrze­ści­jań­scy kupcy z Cahors czę­sto wysta­wiali weksel na kwotę prze­wyż­sza­jącą war­tość pożyczki o połowę, z ter­mi­nem spłaty przy­pa­da­ją­cym na koniec bie­żą­cego roku -?co w prak­tyce ozna­czało nali­cza­nie pięćdziesięciopro­cen­to­wych odse­tek za okres, który mógł wyno­sić zale­d­wie kilka mie­sięcy. Mimo to inte­resy kwi­tły, a zarówno wła­ści­ciele ziem­scy, jak i kupcy godzili się na te szo­ku­jące warunki. Aaron jed­nakże wspie­rał przed­się­wzię­cia Shoc­kleyów i Gode­fro­ich od wielu lat, a zwy­kła stawka, do któ­rej się odwo­ły­wał, wyno­siła sto­sun­kowo skromne dwa­dzie­ścia pięć pro­cent.

Cała grupka zaczęła się zbie­rać do odjazdu: Aaron i Gode­froi dosie­dli koni, a Shoc­kley z synem zajęli miej­sca w swoim wozie. Jako że wszy­scy mieli sprawy do zała­twie­nia w nowym mie­ście, więc ruszyli razem, nie­spiesz­nie, zie­loną doliną Avonu.

Po chwili Edward Shoc­kley zwró­cił się do syna cichym szep­tem:

-?Zaczniemy budowę nie­zwłocz­nie. -?A potem dodał, nie po raz pierw­szy: - Ten młyn przy­nie­sie nam for­tunę.

Peter ski­nął głową. Co za wspa­niałe przed­się­wzię­cie. To on będzie nim zarzą­dzał, a potem -?potem z pew­no­ścią poślubi Ali­cię. Na tę myśl uśmiech­nął się pełen nadziei. Le Por­tier nie śmie odmó­wić mło­dzień­cowi z mły­nem.

* * *

Młyn, w który inwe­sto­wali Gode­froi i Shoc­kley­owie, nie miał nic wspól­nego z mie­le­niem zboża. Był to folusz do obróbki tka­nin -?sym­bol ówcze­snej epoki.

Pro­ces wytwa­rza­nia tka­nin zmie­nił się od naj­daw­niej­szych cza­sów bar­dzo nie­wiele. Naj­pierw strzy­żono owce i zbie­rano wełnę; potem ją cze­sano, czyli dra­pano ostem, aby roz­pro­sto­wać i roz­luź­nić włókna, następ­nie zaś ją prano i suszono, żeby usu­nąć nad­miar tłusz­czu. Póź­niej surową wełnę przę­dzono -?roz­cią­gano i skrę­cano w nić za pomocą wrze­ciona. Był to mozolny pro­ces wyko­ny­wany ręcz­nie, ponie­waż nie wyna­le­ziono jesz­cze koło­wrotka. Dopiero wów­czas można było przy­stą­pić do samego tka­nia.

Od dwóch tysięcy lat budowa kro­sien, na któ­rych wytwa­rzano tka­ninę, pozo­sta­wała nie­zwy­kle pro­sta: ich pod­stawę sta­no­wiła wysoka belka poprzeczna, na któ­rej zawie­szano i obcią­żano dłu­gie nici przę­dzy (osnowę), zaś krót­sze (wątek) prze­wle­kano pomię­dzy nimi i doci­skano bidłem. Ten pro­sty zabieg -?prze­wle­ka­nie wątku zgod­nie ze sta­ran­nie zapro­jek­to­wa­nym wzo­rem -?powta­rzano tysiąc­krot­nie i powoli, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, na kro­snach poja­wiał się surowy mate­riał. Pro­ces ten trwał do chwili, kiedy koń­czyły się dłu­gie nici osnowy, co ozna­czało zakoń­cze­nie pracy nad daną poła­cią tka­niny.

Były to kro­sna pio­nowe. Jed­nak nie­dawno wpro­wa­dzono do użytku znacz­nie lep­sze urzą­dze­nie, w któ­rym osnowę moco­wano poziomo na ramie i nawi­jano na obra­ca­jący się wał, co pozwa­lało wytwa­rzać tka­ninę o nie­ogra­ni­czo­nej dłu­go­ści. Co wię­cej, teraz z łatwo­ścią można było wytwa­rzać ją w sze­ro­kich pasach, a to dzięki współ­pracy dwóch tka­czy sie­dzą­cych naprze­ciwko sie­bie po obu stro­nach kro­sien i prze­ka­zu­ją­cych sobie wątek. Były to podwójne kro­sna poziome, które zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały rze­mio­sło tek­stylne w śre­dnio­wie­czu -?i to wła­śnie takie urzą­dze­nia posia­dał Shoc­kley.

Jed­nak świeżo utkana tka­nina z kro­sien była jesz­cze nie­zdatna do użytku. Włókna wciąż były sto­sun­kowo luźne, a wełna zawie­rała brud i zanie­czysz­cze­nia. Kolej­nym istot­nym eta­pem było folo­wa­nie: pro­ces ten pole­gał na dep­ta­niu suro­wego mate­riału w kadziach wypeł­nio­nych wodą z dodat­kiem deter­gentu, któ­rym zazwy­czaj była sfer­men­to­wana uryna. Folusz­nicy, dep­cząc tka­ninę w kadziach, z któ­rych uno­siła się ostra woń amo­niaku, spra­wiali, że mate­riał się kur­czył i zagęsz­czał, a wszel­kie pozo­stałe zabru­dze­nia roz­luź­niały się i oddzie­lały od włó­kien wełny. Po zakoń­cze­niu folo­wa­nia tka­ninę dokład­nie płu­kano, żeby usu­nąć draż­niący zapach, a następ­nie, gdy była jesz­cze wil­gotna, uno­szono jej wło­sie za pomocą ostu i równo przy­ci­nano noży­cami. Na koniec roz­wie­szano ją na roz­cią­gar­kach i zosta­wiano do wyschnię­cia.

Cały ten pro­ces był żmudny i cza­so­chłonny -?czę­sto trwał nawet dwa­dzie­ścia godzin i prze­bie­gał w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze -?a wyma­gał też nie lada wysiłku. Im cięż­sza była tka­nina, tym inten­syw­niej trzeba ją było folo­wać. Na przy­kład w przy­padku gru­bego filcu mate­riał był tak mocno spil­śniany, że pier­wotny splot sta­wał się nie­wi­doczny.

To wła­śnie w tym okre­sie dzie­jów wyspy zaszły dwie inne istotne zmiany w han­dlu wełną. Pierw­szą był stop­niowy wzrost wytwór­stwa tka­nin. Z upły­wem dekad, mimo że więk­szość tka­nin na­dal spro­wa­dzano z Flan­drii i Włoch, wyroby angiel­skie rów­nież zaczęły zdo­by­wać coraz więk­sze uzna­nie. Dru­gim prze­ło­mem było wyna­le­zie­nie mecha­nicz­nego folu­szu.

I to wła­śnie moż­li­wo­ści tej ogrom­nej nowo­cze­snej machiny wzbu­dziły u Edwarda Shoc­kleya tak wielką eks­cy­ta­cję.

"Widzisz -?obja­śniał Gode­fro­iowi -?to działa tak samo jak młyn zbo­żowy: nurt rzeczny wpra­wia w ruch koło wodne, ale zamiast kamieni młyń­skich, są tu dwa ogromne drew­niane młoty na zapadce, które bez prze­rwy ude­rzają w tka­ninę. To urzą­dze­nie może zastą­pić i dzie­się­ciu folusz­ni­ków, a im cięż­szy mate­riał, tym ta machina jest sku­tecz­niej­sza".

Folu­sze mecha­niczne zaczęły poja­wiać się w wielu miej­scach, zwłasz­cza w zachod­niej czę­ści wyspy. Choć czę­sto wzbu­dzały opór wśród miej­sco­wych folusz­ni­ków, oba­wia­ją­cych się, że staną się one kon­ku­ren­cją dla ich tra­dy­cyj­nych metod, oka­zały się znacz­nie efek­tyw­niej­szym spo­so­bem obróbki cięż­kich tka­nin. Wyglą­dem urzą­dze­nia te przy­po­mi­nały młyny zbo­żowe, a jedy­nymi róż­ni­cami, jakie dało się dostrzec, były odgłosy ryt­micz­nych ude­rzeń cięż­kich drew­nia­nych mło­tów i ostra woń amo­niaku. Biskup z Win­che­steru już wcze­śniej kazał wznieść taki folusz na tere­nie swo­jej pobli­skiej posia­dło­ści w Down­ton.

"Co roku wytwa­rza się wię­cej tka­nin -?argu­men­to­wał Shoc­kley. -?A jeśli będziemy mieć sprawny folusz, to zwięk­szony popyt przy­nie­sie nam wiel­kie korzy­ści".

Do osią­gnię­cia celu potrze­bo­wał jedy­nie działki ziemi nad rzeką, w miej­scu, gdzie można by taki folusz łatwo posta­wić, oraz spon­sora posia­da­ją­cego wystar­cza­jące zasoby kapi­ta­łowe, żeby sfi­nan­so­wać tę budowę albo porę­czyć za potrzebne na nią środki. Oczy­wi­ście zwró­cił się w tej spra­wie do Gode­froia.

Na mocy zawar­tej umowy Gode­froi miał poży­czyć pie­nią­dze od Aarona i wybu­do­wać folusz na tere­nie nowego majątku, któ­rym jako wasal kró­lew­ski miał prawo zarzą­dzać według wła­snego uzna­nia, bez koniecz­no­ści uzy­ski­wa­nia zgody jakie­go­kol­wiek zwierzch­nika ziem­skiego. Shoc­kley zaś, jako przed­się­biorca, zobo­wią­zy­wał się do odda­wa­nia mu połowy docho­dów od przy­wo­żą­cych tka­niny spoza mająt­ków Gode­froia, a także cały dochód od wszyst­kich dzier­żaw­ców i chło­pów pańsz­czyź­nia­nych ryce­rza, któ­rzy -?jako mu pod­le­gli -?byliby obo­wią­zani do korzy­sta­nia wyłącz­nie z jego folu­szu. Zatem Gode­froi, zacią­ga­jąc pożyczkę pod zastaw swo­ich roz­le­głych wło­ści, w isto­cie zyskałby cenny atut dla swego majątku, zaś jego wasale i chłopi byliby zmu­szeni, pośred­nio, do pomna­ża­nia jego docho­dów. Było to typowe dla tam­tej epoki połą­cze­nie kapi­ta­li­zmu z feu­da­li­zmem.

Kon­struk­cja samego budynku nie była skom­pli­ko­wana, wyma­gała jed­nak solid­nej pracy mular­skiej i sto­lar­skiej.

-?Kto zaj­mie się muro­wa­niem? -?zapy­tał Aaron, jadący obok Gode­froia.

-?Mamy mło­dzieńca z mojego majątku -?odpo­wie­dział rycerz -?który obec­nie pra­cuje w mie­ście. Z tego, co widzia­łem, zna się na swoim rze­mio­śle. Nazywa się Osmund.

Aaron ski­nął głową z uśmie­chem.

-?Będzie tań­szy niż godny zaufa­nia mistrz mular­ski -?zauwa­żył.

-?Otóż to -?przy­tak­nął Gode­froi.

* * *

Gdy pół godziny póź­niej Wil­liam atte Brigge ujrzał nad­jeż­dża­jący ulicą nie­wielki orszak zło­żony z Gode­froia, Aarona z Wil­ton i znie­na­wi­dzo­nych Shoc­kleyów, natych­miast poczuł instynk­towną nie­chęć. Kiedy tamci się zatrzy­mali, a Gode­froi odłą­czył się od grupki, by roz­mó­wić się z jakimś kup­cem, Wil­liam czym prę­dzej prze­ciął ulicę i zbli­żył się chył­kiem do Aarona. Żaden z męż­czyzn nie darzył dru­giego sym­pa­tią, lecz jako sąsie­dzi w Wil­ton obaj zacho­wy­wali wzglę­dem sie­bie chłodną uprzej­mość.

-?Cóż nowego? -?zagad­nął Wil­liam. -?Gode­froi i Shoc­kley­owie dopra­szają się pie­nię­dzy? -?Aaron nie odpo­wie­dział. -?Wpa­dli w kło­poty? -?rzu­cił z nadzieją.

-?By­naj­mniej. To, jak sądzę, bar­dzo dobra inwe­sty­cja. -?Pokrótce nakre­ślił plan budowy folu­szu. -?Już wcze­śniej wspar­łem finan­sowo dwa inne młyny na zacho­dzie -?dodał spo­koj­nie.

Twarz Wil­liama się zachmu­rzyła. Bły­ska­wicz­nie połą­czył fakty. Kro­sno żony i jego owce, źró­dło tych lichych tka­nin, które sprze­da­wał, znaj­do­wały się na zie­miach Gode­froia, a to mogło zna­czyć tylko jedno. Jego podej­rze­nia potwier­dziły się chwilę póź­niej, gdy wyrósł za nim koń w zdo­bio­nym ema­lią rynsz­tunku, a sie­dzący w sio­dle rycerz Gode­froi spoj­rzał na kupca z nie­ta­joną pogardą.

-?Czy rodzina two­jej żony nie trudni się tkac­twem na moich zie­miach? - zapy­tał oschle.

Wil­liam ski­nął głową.

-?Dobrze. Wkrótce będą folo­wać te tka­niny w moim folu­szu. -?Trą­cił boki konia, który ruszył naprzód, a wóz z Shoc­kley­ami poto­czył się za nim. Wil­liam usły­szał śmiech, ale nie wie­dział czyj. I nie pod­niósł wzroku, żeby to spraw­dzić.

Zatem tka­nina, którą do tej pory tanio folo­wał w Wil­ton, tka­nina z wełny jego wła­snych owiec, teraz będzie tra­fiała do folu­szu pro­wa­dzo­nego przez tych prze­klę­tych Shoc­kleyów. A on będzie musiał pła­cić im i Gode­fro­iowi za dopro­wa­dze­nie go do ruiny. I nie mógł nic, abso­lut­nie nic na to pora­dzić.

W pory­wie furii chwy­cił swój wózek i pocią­gnął go za sobą, lecz z każ­dym kro­kiem nagro­ma­dzone przez cały dzień upo­ko­rze­nia coraz bar­dziej w nim nabrzmie­wały, aż nie mógł dłu­żej tego znieść. Nagle się zatrzy­mał.

-?Do dia­bła z bisku­pem i jego mostem! Do dia­bła z tym kon­tro­le­rem! Do dia­bła z tym Żydem i Shoc­kley­ami! -?ryk­nął. Chwy­cił bele wadli­wego sukna i cisnął je na zaku­rzoną drogę, a potem odwró­cił się i nie zwa­ża­jąc na bez­li­to­sny skwar, ruszył w stronę Wil­ton.

* * *

Ponie­waż Aaron zatrzy­mał się na chwilę na rynku, to Gode­froi i dwóch Shoc­kleyów jako pierwsi sta­nęli twa­rzą w twarz z kano­ni­kiem. A ponie­waż rycerz nie wie­dział nic o tym, co zaszło tego ranka mię­dzy Por­te­hor­sem a Osmun­dem, nie prze­czu­wał niczego złego, kiedy ścią­gnąw­szy wodze swo­jego konia, ski­nął na chłopca, naka­zu­jąc mu podejść.

Nim jed­nak Osmund zdą­żył pod­nieść się z rowu, w któ­rym klę­czał, ksiądz zde­cy­do­wa­nym gestem ode­pchnął go na bok i ruszył gniew­nie w stronę ryce­rza.

-?Czego chcesz od tego mło­dzieńca?

Gode­froi zmie­rzył go spo­koj­nym wzro­kiem z wyżyn swego wierz­chowca.

-?Pra­gnę zamie­nić z nim słowo. To mój pod­dany.

-?Jest zajęty.

Gode­froi uprzej­mie skło­nił głowę.

-?Zabiorę mu tylko chwilę, kano­niku Por­te­hors.

Ale Por­te­hors ani myślał ustą­pić.

-?Jeśli twoim zamia­rem jest odwieść go od pracy, którą wyko­nuje tutaj, to sta­now­czo zabra­niam.

Gode­froi zesztyw­niał. Ksiądz nie miał żad­nej wła­dzy nad tym chłop­cem, nato­miast on, jako feu­dalny pan Osmunda, miał pełne prawo decy­do­wać o jego losie.

-?Był­bym zobo­wią­zany, gdy­byś się nie mie­szał -?rzu­cił ostro.

Por­te­hors ani drgnął. Rycerz, igno­ru­jąc go więc, zwró­cił się bez­po­śred­nio do Osmunda.

-?Jutro roz­pocz­niesz pracę przy folu­szu -?rzekł uprzej­mie. -?Staw się o świ­cie.

Gode­froi już miał się odwró­cić i odejść.

Nie zamie­rzał wda­wać się w dys­puty z Por­te­hor­sem i uwa­żał, że sprawa jest zakoń­czona.

Jed­nak kano­nik widział to ina­czej.

-?On pra­cuje na chwałę Kościoła -?oznaj­mił z naci­skiem.

Ani ryce­rzowi, ani kano­ni­kowi, rzecz jasna, nawet w gło­wie nie postało, żeby o roz­strzy­gnię­cie tej sprawy zwró­cić się do samego chłopca, choć teo­re­tycz­nie Osmund miał prawo decy­do­wać, jak spo­żyt­ko­wać dni, w któ­rych nie był zobo­wią­zany do pracy na rzecz swego feu­dal­nego pana. Dla Por­te­horsa sprawa była zbyt istotna, by brać pod uwagę życze­nia Osmunda, gdyż teraz w grę wcho­dziła kwe­stia zasad.

Jed­nak na ostat­nią uwagę kano­nika Gode­froi zmarsz­czył brwi ze zdzi­wie­niem.

-?Ależ on kopie uliczne rowy. -?Wska­zał na nie­do­koń­czony kanał wodny.

Por­te­hors wahał się tylko przez chwilę.

-?Jutro zaczyna pracę przy kate­drze. -?Zde­cy­do­wany posta­wić na swoim, kano­nik wła­śnie odmie­nił los Osmunda.

Gode­froi był w roz­terce. Choć miał pełne prawo korzy­stać ze służby chłopca, w zwy­kłych oko­licz­no­ściach nie powa­żyłby się pozba­wić kate­dry jed­nego z jej robot­ni­ków. Czuł jed­nak, że Por­te­hors nagina fakty, i ziry­to­wała go ta próba mani­pu­la­cji.

-?Będzie pra­co­wał dla mnie -?oświad­czył sta­now­czo.

Jed­nak Por­te­hors, teraz już roz­sier­dzony, uparł się przy swoim. Zmarsz­czył brwi i się zje­żył.

-?Nie znie­wa­żaj Kościoła Bożego! -?zawo­łał. -?Albo pójdę do biskupa, a on zwróci się do samego króla!

-?To nie­do­rzeczne -?stwier­dził roz­sąd­nie rycerz, ale w jego oczach nagle poja­wiła się czuj­ność. Por­te­hors ją dostrzegł i już nie ustą­pił.

Choć cała ta sytu­acja zakra­wała na absurd, Gode­froi słusz­nie zacho­wał ostroż­ność: kano­nik Por­te­hors i jego Kościół mogli być nie­bez­pieczni.

Było po temu kilka powo­dów: jed­nym z nich był król Hen­ryk III. Odkąd przed dwu­dzie­stoma laty zasiadł na tro­nie jako chło­piec, pobożny Hen­ryk świa­do­mie wzo­ro­wał się na ostat­nim królu sta­rej saskiej dyna­stii, Świę­tym Edwar­dzie Wyznawcy. Jego zami­ło­wa­nie do cere­mo­nii i budowy kościo­łów spra­wiało, że czę­sto wyru­szał ze swej rezy­den­cji myśliw­skiej w pobli­skim lesie Cla­ren­don, aby nad­zo­ro­wać postępy przy wzno­sze­niu nowej kate­dry, i łatwo wpa­dał w gniew, kiedy ktoś pró­bo­wał prze­szko­dzić w reali­za­cji tego przed­się­wzię­cia.

Nie cho­dziło jed­nak wyłącz­nie o kró­lew­ską reli­gij­ność. Poli­tyczna walka o domi­na­cję mię­dzy Kościo­łem a pań­stwem trwała już od dawna. Zaczęła się, kiedy Wil­helm II Rudy pokłó­cił się ze świę­tym arcy­bi­sku­pem Anzel­mem, a jej punk­tem kul­mi­na­cyj­nym stał się kon­flikt, który poróż­nił Hen­ryka II z nie­ustę­pli­wym Toma­szem Bec­ke­tem, a w rezul­ta­cie dopro­wa­dził do zamor­do­wa­nia tego arcy­bi­skupa przed ołta­rzem kate­dry w Can­ter­bury.

Jedno poko­le­nie póź­niej spór wybuchł ponow­nie -?pod pew­nymi wzglę­dami jesz­cze poważ­niej­szy -?kiedy król Jan odmó­wił uzna­nia papie­skiej nomi­na­cji Ste­phena Lang­tona na arcy­bi­skupa, a w odpo­wie­dzi Papież Inno­centy III nało­żył na całe kró­le­stwo inter­dykt. Przez sześć dłu­gich lat wszyst­kie nabo­żeń­stwa, nawet chrze­ści­jań­skie pochówki, były wzbro­nione, co dla bogo­boj­nych ludzi, takich jak Gode­froi, było nie do znie­sie­nia.

W odwe­cie Jan skon­fi­sko­wał dobra kościelne i przy­własz­czył sobie pły­nące z nich dochody, a wów­czas Inno­centy obło­żył go eks­ko­mu­niką, zwal­nia­jąc tym samym wszyst­kich jego wasali ze zło­żo­nych kró­lowi przy­siąg wier­no­ści. Posu­nął się nawet do gróźb detro­ni­za­cji władcy. Inno­centy był bowiem czło­wie­kiem, któ­rego nie można było lek­ce­wa­żyć. Wresz­cie, w obli­czu widma fran­cu­skiej inwa­zji z bło­go­sła­wień­stwem papieża, Jan posta­no­wił się ugiąć -?zrzekł się kró­le­stwa na rzecz papieża, a następ­nie odzy­skał je jako jego wasal. Kościół trium­fo­wał: nowy arcy­bi­skup objął urząd, a pry­mat Kościoła nawet nad koro­no­wa­nymi gło­wami wyda­wał się ugrun­to­wany. Takiej wła­dzy nie nale­żało lek­ce­wa­żyć i Gode­froi miał wszel­kie powody, żeby się jej oba­wiać.

Zwy­cię­stwo poli­tyczne miało cha­rak­ter for­malny. Znacz­nie waż­niej­szy dla każ­dego miesz­kańca Anglii był fakt, że Kościół i pań­stwo nie mogą bez sie­bie ist­nieć: król potrze­bo­wał moral­nego auto­ry­tetu Kościoła, a Kościół, posia­da­jący roz­le­głe zie­mie, potrze­bo­wał ochrony ze strony króla i ludzi świec­kich. W Anglii po inter­dyk­cie zro­dził się nowy duch współ­pracy, który przy­niósł pań­stwu wiel­kie korzy­ści. Gdy kata­stro­falne rządy króla Jana w końcu dopro­wa­dziły do buntu wielu jego baro­nów i do spi­sa­nia Wiel­kiej Karty Swo­bód, to wła­śnie Ste­phen Lang­ton, arcy­bi­skup, któ­rego nomi­na­cji Jan się sprze­ci­wiał, dora­dzał baro­nom umiar­ko­wa­nie i to on osta­tecz­nie spo­rzą­dził akt zawie­ra­jący zapisy tak roz­tropne i dale­ko­wzroczne, a przy tym chro­niące nawet pro­stych ludzi, że przez wiele poko­leń zarówno kró­lo­wie, jak i magnaci kie­ro­wali się zawartą w nim mądro­ścią. Odtąd to Kościół wspie­rał w rów­nym stop­niu kró­lów i lud Anglii prze­ciwko żąd­nym wła­dzy feu­da­łom, a jego auto­ry­tet moralny sku­tecz­nie zapo­bie­gał powro­towi do cha­osu rzą­dów Ste­fana.

Nie byłoby to moż­liwe, gdyby sami biskupi nie byli zna­czą­cymi dostoj­ni­kami albo bra­ko­wa­łoby im przy­chyl­no­ści wobec pań­stwa. Cza­sem ich kan­dy­da­tury wysu­wał Kościół angiel­ski lub papież, a cza­sem byli to słu­dzy kró­lew­scy, nie­mniej obec­nie na wyspie zapa­no­wała era prak­tycz­nego kom­pro­misu. Zwierzch­nicy Kościoła byli zazwy­czaj wyła­niani na dro­dze wza­jem­nego poro­zu­mie­nia, a spory mię­dzy Kościo­łem i wła­dzami świec­kimi roz­strzy­gano w sądach. W prze­ci­wień­stwie do burz­li­wych cza­sów, w któ­rych biskup Roger wzno­sił swoje warowne zamki, biskupi Salis­bury w ostat­nich poko­le­niach jawili się jako mężo­wie godni i wybitni, stąd też ludzie pokroju Gode­froia darzyli obec­nego biskupa Bin­ghama wiel­kim sza­cun­kiem. Salis­bury, w któ­rym dostojna kate­dra sąsia­do­wała z gwar­nym mia­stem tar­go­wym, odzwier­cie­dlało ducha współ­pracy nowej epoki.

Dla­tego kiedy kano­nik odwo­łał się do auto­ry­tetu Kościoła, rycerz zawa­hał się powo­do­wany nie tylko ostroż­no­ścią, lecz także szczerą estymą.

Mimo to na­dal nie zamie­rzał ustą­pić.

Tym­cza­sem zebrała się grupka cie­kaw­skich.

Ze swego miej­sca przy rowie Osmund spo­glą­dał na obu męż­czyzn i nie potra­fił zde­cy­do­wać, któ­remu z nich życzyć zwy­cię­stwa.

Nagle zauwa­żył ledwo widoczne drgnie­nie brwi kano­nika -?znał ten ruch aż nazbyt dobrze. Ozna­czał on, że szy­kuje się nowy atak, i to z innej flanki. Patrzył na to jak urze­czony.

Por­te­hors nie był bowiem jedy­nie suro­wym służ­bi­stą. Uosa­biał nową, dyna­miczną i wpły­wową siłę.

W ostat­nich latach w Kościele angiel­skim naro­dził się nowy nurt, któ­rego przy­wódcą był wyma­ga­jący i uczony Gros­se­te­ste, biskup Lin­coln. Jego zwo­len­nicy przy­po­mi­nali swoim współ­bra­ciom, że pod­sta­wo­wym obo­wiąz­kiem Kościoła jest tro­ska o zba­wie­nie dusz i że nic nie może zakłó­cać wypeł­nia­nia tej misji. Zada­niem bisku­pów i archi­dia­ko­nów było czu­wa­nie nad sta­nem moral­nym i ducho­wym nie tylko każ­dego księ­dza w die­ce­zji, lecz także osób świec­kich.

"Nie jestem prze­ciwny gło­szo­nym przez Gros­se­te­ste'a ideom -?wyznał Gode­froi siwo­wło­semu Bin­gha­mowi. -?Rzecz w tym, że on roz­zu­chwala duchow­nych o cia­snych umy­słach, któ­rzy stają się przez to ist­nym utra­pie­niem".

Ta pury­tań­ska frak­cja sta­rego Kościoła rzym­skiego rze­czy­wi­ście mogła draż­nić życz­li­wie uspo­so­bio­nych świec­kich, takich jak rycerz. Jed­nak w odpo­wie­dzi Bin­gham tylko uśmiech­nął się łagod­nie. Zbyt dobrze znał życie, by opo­wia­dać się po któ­rej­kol­wiek ze stron w spo­rach o reformy.

Nie­mniej do grona naj­bar­dziej ogra­ni­czo­nych i dogma­tycz­nych duchow­nych obaj męż­czyźni nie­wąt­pli­wie zali­czy­liby wła­śnie Por­te­horsa.

Bowiem w poję­ciu kano­nika, skoro Chry­stus przy­szedł na zie­mię przy­nieść miecz, reli­gia miała stać się narzę­dziem ostrym jak nóż.

Wpa­tru­jąc się teraz w ryce­rza przed sobą, poczuł, że może zwy­cię­żyć, i prze­nik­nął go dreszcz eks­cy­ta­cji. Szcze­gó­łowo zapo­znał się z kon­sty­tu­cjami Gros­se­te­ste'a i wie­dział, co musi zro­bić. Wska­zu­jąc pal­cem naj­pierw na Gode­froia, a następ­nie na dwóch Shoc­kleyów, zawo­łał nagle:

-?Grzech pychy, Joce­li­nie de Gode­froi! Widzę go w tobie. A ty, Edwar­dzie Shoc­kleyu: w twej duszy zagnieź­dziła się chci­wość! -?Umilkł na chwilę, po czym skie­ro­wał wzrok na Petera Shoc­kleya. -?Pożą­dli­wość! -?wykrzyk­nął z trium­fem. -?Widzę grzech pożą­dli­wo­ści!

-?Każdy osiem­na­sto­letni mło­dzian jest pełen pożą­dli­wo­ści -?mruk­nął Gode­froi z iry­ta­cją.

Ale Por­te­hors już pło­nął ogniem moral­nego obu­rze­nia:

-?Odpraw­cie pokutę za swoje grze­chy -?naka­zał kate­go­rycz­nie. -?I nie waż­cie się zakłó­cać dzieła Bożego swymi kno­wa­niami.

Zapa­dła nie­zręczna cisza. Tłum gęst­niał. Gode­froi się zawa­hał. Shoc­kley­owie patrzyli z nie­po­ko­jem, a Osmund wstrzy­mał oddech.

I wła­śnie w tym momen­cie, zupeł­nie nie­świa­dom roz­gry­wa­ją­cego się dra­matu, zza rogu wyło­nił się Aaron. Pod­je­chał spo­koj­nie do Gode­froia, ukło­nił się uprzej­mie Por­te­hor­sowi, a spoj­rzaw­szy na Osmunda, zwró­cił się z uśmie­chem do ryce­rza:

-?Czy to ten mło­dzie­niec zbu­duje nam folusz?

Wtedy kano­nik Ste­phen Por­te­hors, gor­liwy straż­nik dys­cy­pliny i moral­no­ści, ujrzał ohydę zepsu­cia w całej oka­za­ło­ści i wzdry­gnął się jak użą­dlony.

-?Lichwiarz! -?wrza­snął na Aarona. W jego oczach nie było hanieb­niej­szej zbrodni. -?Nędzni grzesz­nicy. -?Wska­zy­wał na nich, wście­kle wyma­chu­jąc dłu­gim pal­cem.

Aaron zmie­rzył go chłod­nym spoj­rze­niem. Jawna znie­waga nie wytrą­ciła go z rów­no­wagi, choć w jego oczach bły­snęła iry­ta­cja, któ­rej nie zdo­łał cał­ko­wi­cie ukryć. Nie umknęło to uwa­dze bystro­okiego księ­dza, który uznał, że może bez skrę­po­wa­nia obra­żać go dalej. Zwró­cił się do tłumu.

-?Zobacz­cie, jak bez­bożni Żydzi pró­bują zawłasz­czyć naszą pracę i znisz­czyć dzieło Boże!

Aaron z Wil­ton miał pewną wadę, przed którą ostrze­gał go ojciec. "Ni­gdy nie dys­ku­tuj z głup­cem, Aaro­nie -?upo­mi­nał go. -?Tylko wtedy wygrasz". Bowiem choć Aaron był czło­wie­kiem życz­li­wym i łagod­nym wobec swo­jej rodziny, a także nie­zwy­kle uczci­wym w inte­re­sach z ludźmi pokroju Gode­froia i Shoc­kleya, to jed­nak miał w sobie pewną inte­lek­tu­alną wynio­słość, która spra­wiała, że w kon­fron­ta­cji z głup­cem robił się opry­skliwy.

Dosko­nale rozu­miał, jak ważną sprawą dla wyspy jest lokata kapi­tału, a że z łatwo­ścią przej­rzał cia­snotę umy­słową kano­nika, nie potra­fił się oprzeć, by nie obna­żyć jego głu­poty.

-?A jed­nak spo­łecz­ność żydow­ska w Yorku, zanim została wymor­do­wana - zauwa­żył oschle -?wyko­nała dzieło Boże. Sfi­nan­so­wała budowę dzie­wię­ciu klasz­to­rów cyster­skich.

Była to prawda. Wiel­kie klasz­tory na pół­nocy, trud­niące się hodowlą owiec, zawarły nie­gdyś pokaźne i opła­calne trans­ak­cje z Żydami, dzięki czemu sfi­nan­so­wano wznie­sie­nie tych impo­nu­ją­cych budowli. Ale w więk­szo­ści inte­resy te pro­wa­dzono dwa poko­le­nia wstecz, kiedy sto­sunki były lep­sze.

Por­te­hors obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem.

-?Kościół nie potrze­buje już waszych pie­nię­dzy -?odpa­ro­wał.

-?A mimo to na czwar­tym sobo­rze late­rań­skim w Rzy­mie -?cią­gnął chłodno Aaron -?zażą­dano od nas pła­ce­nia dzie­się­ciny na Kościół.

-?Czego odmó­wi­li­ście -?prych­nął Por­te­hors w odpo­wie­dzi.

Jego nie­kon­se­kwen­cja wywo­łała ponury uśmiech na twa­rzy Aarona.

-?Prawda, nasz wkład był aż nadto hojny -?odparł cicho. Dopiął swego i miał zamiar się odda­lić, ale Por­te­hors, nie­świa­domy, że wła­śnie prze­grywa, pie­klił się dalej.

-?Waszym jedy­nym celem jest przej­mo­wa­nie ziemi chrze­ści­jan jako zabez­pie­cze­nia -?rzu­cił oskar­że­niem.

Aaron zatrzy­mał konia. Jak łatwo było zde­ma­sko­wać głu­potę Por­te­horsa.

-?Zie­mię? Ależ skąd -?odparł bez­na­mięt­nie. -?Biskup Ely, jak zapewne pamię­tasz, chciał oddać reli­kwie świę­tych w zastaw za pożyczkę.

To rów­nież było fak­tem. Bra­ta­nek nik­czem­nego biskupa Rogera zro­bił to w poprzed­nim stu­le­ciu, wzbu­dza­jąc wiel­kie zgor­sze­nie wśród człon­ków Kościoła i lek­kie roz­ba­wie­nie wśród spo­łecz­no­ści żydow­skiej.

Kano­nik poczer­wie­niał z gniewu. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że Gode­froi i Shoc­kley­owie obser­wują jego upo­ko­rze­nie z mil­czącą satys­fak­cją.

-?Król wkrótce się z tobą roz­prawi.

Nie była to groźba cał­kiem bez­pod­stawna. Hen­ryk miał ambi­wa­lentny sto­su­nek do Żydów. Przed czte­rema laty zezwo­lił na cere­mo­nialne spa­le­nie Tal­mudu, a czę­sto odda­wał żydow­ski sąd skar­bowy w ręce swo­ich bez­względ­nych zagra­nicz­nych pro­te­go­wa­nych, któ­rym pozwa­lał bez­kar­nie ogra­biać spo­łecz­ność. Jed­nak jego eks­tra­wa­ganc­kie pro­jekty budow­lane i skom­pli­ko­wane sprawy zagra­niczne spra­wiały, że nie­ustan­nie bra­ko­wało mu pie­nię­dzy i wciąż potrze­bo­wał tego źró­dła fun­du­szy.

-?W zeszłym roku w West­min­ste­rze król przy­jął nasze złoto wła­snymi rękoma. -?Gdy w cza­sie cere­mo­nii monar­cha fak­tycz­nie przy­jął złoto oso­bi­ście, wywo­łało to pewne zdzi­wie­nie, ale Hen­ryk wyda­wał się zachwy­cony.

-?To nie moja sprawa -?Por­te­hors zmie­nił podej­ście. -?Mnie inte­re­suje tylko budowa Domu Bożego.

Aaron ski­nął głową.

-?Tak jak i nas, kano­niku Por­te­hors. Bowiem w tej wła­śnie chwili król zabiega o zna­czącą pożyczkę od spo­łecz­no­ści żydow­skiej na odbu­dowę swo­jego kościoła -?Opac­twa West­min­ster­skiego.

Por­te­hors onie­miał. Nic o tym nie wie­dział. Jed­nak odbu­dowa wspa­nia­łej świą­tyni Edwarda Wyznawcy fak­tycz­nie została po czę­ści sfi­nan­so­wana żydow­ską pożyczką w 1245 roku. Poko­nany kano­nik spoj­rzał z odrazą na Aarona, a potem, nie znaj­du­jąc już gor­szych słów, rzu­cił naj­do­tkliw­szą ze zna­nych mu obelg.

-?Cóż ty możesz wie­dzieć, skoro Żydzi są krzy­żow­ni­kami dzieci?

Spo­śród wszyst­kich kalum­nii wysu­wa­nych prze­ciwko Żydom, here­ty­kom i innym rze­ko­mym wro­gom Kościoła jedna z naj­po­twor­niej­szych, ale i naj­czę­ściej uzna­wa­nych za prawdę, doty­czyła mordu rytu­al­nego. Oskar­że­nia te zaczęły się przed stu laty, gdy w Nor­wich zna­le­ziono dzie­cięce zwłoki noszące jakoby ślady po ukrzy­żo­wa­niu. Grupa fana­tycz­nych duchow­nych natych­miast oskar­żyła miej­sco­wych Żydów o upra­wia­nie nekro­man­cji i rytu­alne mor­do­wa­nie dzieci. Ten absur­dalny zarzut poja­wiał się od tam­tej pory wie­lo­krot­nie, szcze­gól­nie gdy zawsty­dzeni dłuż­nicy szu­kali spo­sobu na zaata­ko­wa­nie wie­rzy­cieli, któ­rych obwi­niali o swoją sytu­ację.

Na tę obu­rza­jącą znie­wagę nie ist­niała żadna roz­sądna odpo­wiedź. Z wyma­lo­wa­nym na twa­rzy nie­sma­kiem Aaron zawró­cił konia i odje­chał. Por­te­hors odpro­wa­dzał go wzro­kiem, a w jego spoj­rze­niu bły­snął cień triumfu. Może i prze­grał spór, ale prze­go­nił Żyda. Odzy­skaw­szy poczu­cie zwy­cię­stwa, a wraz z nim spo­kój i powagę, skie­ro­wał wzrok na Gode­froia i Edwarda Shoc­kleya.

-?Jeśli odsu­nie­cie tego mło­dzieńca od dzieła Bożego -?zagro­ził cichym gło­sem -?aby bra­tał się z tymi, któ­rzy ukrzy­żo­wali naszego Pana, nara­zi­cie się na eks­ko­mu­nikę.

Zapewne nie byłby w sta­nie speł­nić tej groźby, nie miał po temu żad­nych pod­staw praw­nych. Widząc jed­nak, że kano­nik zamie­rza wal­czyć do upa­dłego, i nie chcąc wda­wać się w spory z wła­dzami Kościoła, Gode­froi dał za wygraną. W końcu było wielu innych kamie­nia­rzy.

-?Jak sobie życzysz. -?Wzru­szył ramio­nami i ski­nąw­szy na poże­gna­nie Shoc­kleyom, odda­lił się.

* * *

I tak oto w roku Pań­skim 1244 Osmund Mularz został oca­lony przez kano­nika Por­te­horsa od dwóch grze­chów śmier­tel­nych -?chci­wo­ści oraz leni­stwa -?i prze­nie­siony, za stawkę jed­nego i ćwierć pensa dzien­nie, do pracy przy nowej Kate­drze Naj­święt­szej Marii Panny w Nowym Salis­bury.

* * *

Tego popo­łu­dnia, gdy Peter Shoc­kley prze­cha­dzał się z Ali­cią Le Por­tier po mie­ście, podzie­lił się z nią dobrą nowiną o folu­szu.

Odgar­nął jasne włosy z czoła i z bły­skiem w nie­bie­skich oczach oznaj­mił z dumą:

-?Mamy młyn, a ojciec mówi, że to ja mam nim zarzą­dzać.

Był ambitny. Wie­działa o tym. Ta pro­sta, entu­zja­styczna ambi­cja pocią­gała ją w nim już od dzie­ciń­stwa. Szli obok sie­bie, a ich roz­mowa toczyła się zna­jo­mym, nie­mniej miłym ryt­mem.

-?Mam nadzieję, że podo­łasz. -?Nie mogła się oprzeć, żeby choć tro­chę nie przy­ga­sić jego entu­zja­zmu. Lubiła patrzeć, jak odzy­skuje rezon.

Zaru­mie­nił się.

-?Oczy­wi­ście, że tak. A to dopiero począ­tek.

Spu­ściła wzrok, nie chcąc, aby zoba­czył jej pełen zado­wo­le­nia uśmiech.

-?Może sobie pora­dzisz -?bąk­nęła, niby w to wąt­piąc.

-?Pora­dzę! -?Opo­wie­dział jej ze szcze­gó­łami o mły­nie folusz­ni­czym, wyja­śnił, jak cięż­kie drewno spro­wa­dza się z posia­dło­ści Gode­froia, by wyko­nać ogromne młoty, mecha­nizm obro­towy z kołami zęba­tymi i zapad­kami oraz wiel­kie koło wodne. -?Będzie jak młyn w Down­ton -?oświad­czył -?ale ja popro­wa­dzę go jesz­cze lepiej.

Na chwilę pod­nio­sła na niego wzrok.

-?Nie mia­ła­bym o tobie dobrego zda­nia, gdyby było ina­czej -?rze­kła z wyzwa­niem w gło­sie.

Znał ją od zawsze, więc jak to moż­liwe, że kilka jej słów wciąż wystar­czyło, by wzbu­dzić w nim taki dreszcz eks­cy­ta­cji? Dowie­dzie swo­jej war­to­ści, a potem, za rok lub dwa, gdy folusz zacznie pro­spe­ro­wać, poślubi ją. Ta wizja sta­no­wiła jeden z sekret­nych, lecz nie­zmien­nych punk­tów jego pla­nów na przy­szłość, i to nie­mal odkąd się­gał pamię­cią. Teraz, gdy sta­wała się coraz bar­dziej realna, czuł cie­pło i rado­sne ocze­ki­wa­nie. "Za rok popro­szę jej ojca o zgodę", obie­cał sobie.

Ali­cia była drobna i zgrabna, miała piegi i ruda­wo­brą­zowe włosy, które nosiła ścięte krótko, jak u chłopca. Poru­szała się szybko i zwin­nie: gdy ści­gali się w dzie­ciń­stwie, Peter potra­fił ją wyprze­dzić, ale ni­gdy nie zosta­wała daleko w tyle, a kiedy dzieci z oko­licy kąpały się w sze­ro­kich sadzaw­kach opo­dal Wil­ton, ona pły­wała jak ryba i nawet chłopcy nie potra­fili jej dogo­nić. Jej jedyny brat Wal­ter był od niej dużo star­szy, więc zajęła jego miej­sce, sta­jąc się niczym drugi syn dla ojca, któ­rego natu­ralny auto­ry­tet podzi­wiała. "Nie jestem chłop­cem -?powie­działa Pete­rowi, gdy miała sie­dem lat -?ale w niczym od chłop­ców nie jestem gor­sza".

Jakże odle­głe wyda­wały się tamte czasy. Obec­nie Wal­ter był powa­ża­nym urzęd­ni­kiem kró­lew­skim w Win­che­ste­rze, gdzie dzięki wpły­wom ojca otrzy­mał posadę kon­tro­lera jako­ści tka­nin, a przez ostat­nie dwa lata Ali­cia doro­sła i doj­rzała, tak że teraz u boku Petera szła już nie jego dawna uko­chana z dzie­ciń­stwa, lecz nowa, tylko czę­ściowo mu znana młoda kobieta, owiana aurą tajem­nicy i eks­cy­ta­cji, która spra­wiała, że cza­sem drżał na samą myśl o niej.

Nade wszystko kochał jej oczy. Były jedyne w swoim rodzaju. W jed­nej chwili zda­wały się piwne, usiane plam­kami zie­leni i błę­kitu wokół tęczó­wek, a już w następ­nej, gdy zmie­niało się świa­tło, a może jej nastrój, sta­wały się zdu­mie­wa­jąco fioł­kowe. Odzie­dzi­czyła je po matce.

-?Chodźmy na targ -?zapro­po­no­wała.

Wielki, nie­re­gu­larny plac tęt­nił gwa­rem i życiem.

Po zachod­niej stro­nie wzno­sił się masywny, nowy kościół św. Toma­sza Bec­keta, który słu­żył za kościół para­fialny dla dziel­nicy kupiec­kiej. Jed­nak ponie­waż mia­sto roz­wi­jało się bar­dzo szybko, wkrótce mogła zajść potrzeba budowy kolej­nej świą­tyni. Obok kościoła mie­ścił się targ serowy. Naprze­ciwko, po stro­nie wschod­niej, znaj­do­wały się zagrody dla bydła. W samym cen­trum, jako sym­bol wła­dzy biskupa nad prze­stęp­cami, stały dyby. Od połu­dnia zaś, w kilku rzę­dach, roz­sta­wiono stra­gany.

Były tam kramy koło­dzie­jów, a obok nich cią­gnął się rząd butel­kowy, gdzie han­dlo­wano nie tylko butel­kami, ale też cera­miką i naczy­niami cyno­wymi. Był rząd rybny, rząd żela­zny, rząd kucha­rzy i rząd szew­ców -?w tym ostat­nim pra­co­wi­cie szyli i stu­ko­tali za swo­imi sto­łami ci, któ­rzy wytwa­rzali nowe buty, i ci, któ­rzy napra­wiali stare. Swoje sto­iska mieli rzeź­nicy, pie­ka­rze, han­dla­rze tka­nin, krawcy, srebr­nicy, cie­śle, ryma­rze, mie­chow­nicy, ręka­wicz­nicy, kape­lusz­nicy, sprze­dawcy przę­dzy, kró­li­ków, przy­praw, warzyw, czosnku i dro­biu. Byli też bed­na­rze z uło­żo­nymi w stosy becz­kami, sprze­dawcy węgla, soli i mąki owsia­nej oraz hodowcy trzody chlew­nej, zaś w połu­dniowo-wschod­nim rogu, przy krzyżu, swoje miej­sce mieli bar­dzo ważni kupcy -?sukien­nicy. Rynek kipiał ener­gią i mie­nił się barwną mozaiką rze­mieśl­ni­czych pro­fe­sji, które two­rzyły esen­cję śre­dnio­wiecz­nego świata i które w postaci nazwisk takich jak Car­ter/Woź­nica, Cooper/Bed­narz, But­cher/Rzeź­nik czy Tailor/Kra­wiec przy­lgnęły wów­czas do wielu ludzi.

Spę­dzili godzinę, prze­cha­dza­jąc się mię­dzy barw­nymi stra­ga­nami. Ludzie w tłu­mie prze­py­chali się nie­spiesz­nie, bez względu na to, czy byli kup­cami, czy chło­pami, han­dla­rzami z Wil­ton czy rol­ni­kami z oko­licz­nych wio­sek, boga­tymi księżmi, bied­nymi mni­chami czy też mula­rzami z pobli­skiej kate­dry. Tu i ówdzie można było dostrzec poważ­nych kano­ni­ków, któ­rych słu­żący sta­ran­nie wybie­rali sery, a zakon­nice z Wil­ton i spo­kojni paste­rze z pasto­ra­łami, maje­sta­tyczni niczym biskupi, stali ramię w ramię przy sto­iskach z przy­pra­wami, pod­czas gdy po ulicy za ich ple­cami har­co­wały urwisy. Każdy zaką­tek rynku wypeł­niały inne, bogate wonie, od deli­kat­nego aro­matu przy stra­ga­nach z serami aż po ostry, pyli­sty zapach tam, gdzie han­dlo­wano węglem.

W trak­cie prze­chadzki Peter dys­kret­nie odda­lił się na chwilę, żeby kupić coś, co wpa­dło mu w oko, zaś Ali­cia udała, że tego nie spo­strze­gła.

W końcu dotarli na pół­nocną stronę rynku i ruszyli ulicą wzdłuż kwar­tału Blue Boar.

Biskup zapro­jek­to­wał swoje mia­sto w postaci mniej wię­cej pro­sto­kąt­nych blo­ków, zwa­nych kwar­ta­łami, z któ­rych każdy podzie­lony został na stan­dar­dowe par­cele dzier­żawne. Były to działki sze­ro­kie na trzy pręty (około pięt­na­stu metrów), wycho­dzące na ulicę, i głę­bo­kie na sie­dem prę­tów. Najemcy pła­cili za nie roczny czynsz w wyso­ko­ści jed­nego szy­linga i mogli je zabu­do­wać wedle wła­snego uzna­nia. Więk­szość budo­wała domy ze skład­nicą albo warsz­ta­tem na pozio­mie ulicy, ale nie­któ­rzy - zamoż­niejsi -?wzno­sili rezy­den­cje wyłącz­nie miesz­kalne. Na połu­dnie od rynku znaj­do­wał się kwar­tał New Street, na pół­noc zaś Blue Boar i kilka innych, wciąż nie­do­koń­czo­nych ze względu na stop­niowy roz­wój mia­sta.

Za kwar­ta­łem Blue Boar, przy ulicy bie­gną­cej na pół­noc, w kie­runku sta­rego zamku, ale przed bramą miej­ską, stał dom Le Por­tiera, kon­tro­lera tka­nin -?wysoki, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek z drewna i tynku, o stro­mym, jed­no­spa­do­wym dachu kry­tym dachówką.

Ojca Ali­cii nie było w domu, zastali tylko jej matkę. Peter zauwa­żył, że gdy ją mijali, obrzu­ciła ich cie­kaw­skim, uważ­nym spoj­rze­niem. "Być może -?pomy­ślał -?zasta­na­wia się, kiedy zostanę jej zię­ciem".

Widok matki Ali­cii spra­wił mu przy­jem­ność. Prócz tego, że miała nie­zwy­kłe fioł­kowe oczy, nale­żała do grona kobiet wyróż­nia­ją­cych się nie tyle kla­sycz­nym pięk­nem, ile har­mo­nią, dzięki któ­rej zda­wała się nie sta­rzeć. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych wybrał Ali­cię. "Chcę kobiety, która prze­trwa próbę czasu", powta­rzał sobie. Jej matka miała tylko jedną wadę, która psuła jej wygląd: lek­kie przy­gar­bie­nie, defor­mu­jące linię ramion. "Ale jej ojciec jest wypro­sto­wany jak świeca - prze­ko­ny­wał się w myślach. -?Myślę, że Ali­cia odzie­dzi­czy postawę po nim".

I tak się stało. Patrząc na nią teraz, nie miał wąt­pli­wo­ści, że wybrał ide­alną kan­dy­datkę na żonę.

Prze­szli na podwó­rze za domem.

W odróż­nie­niu od więk­szo­ści sąsied­nich par­cel na tyłach domu kon­tro­lera tka­nin nie znaj­do­wał się warsz­tat ani skład­nica, lecz nie­wielki ogród z ciso­wym żywo­pło­tem, dwoma wicio­krze­wami i sze­ścioma drzew­kami róża­nymi. Pośrodku ogródka usta­wiono drew­nianą ławkę.

Dopiero kiedy Ali­cia usia­dła, Peter wycią­gnął pre­zent, który wypa­trzył na jed­nym z tar­go­wych stra­ga­nów. Był to maleńki srebrny meda­lion zawie­szony na cien­kim srebr­nym łań­cuszku. Wyko­nano go na wybrzeżu, u ujścia rzeki, gdzie dzia­łały nie­wiel­kie odkryw­kowe kopal­nie sre­bra. Peter podał go dziew­czy­nie z uda­waną swo­bodą, lecz ona bacz­nie mu się przy­glą­dała. Oboje wie­dzieli, że ta chwila jest wyjąt­kowa.

-?To dla cie­bie. -?Nagle poczuł się nie­zręcz­nie.

Przy­jęła poda­rek, wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię.

-?A co to wła­ści­wie ma zna­czyć? -?Wiele wysiłku kosz­to­wało ją zacho­wa­nie chłod­nego, obo­jęt­nego tonu.

-?Że masz to nosić, ponie­waż nale­żysz do mnie -?odparł z nutą zbyt­niej pew­no­ści sie­bie.

-?Doprawdy? -?Sta­rała się ukryć roz­ra­do­wa­nie. Chciała, żeby powie­dział coś wię­cej.

-?Oczy­wi­ście.

-?Czy to nie nazbyt pochopne zało­że­nie?

Młody Peter czuł się co prawda nie­zręcz­nie, ale był z sie­bie zado­wo­lony. Wzru­szył jedy­nie ramio­nami.

-?A może ja wcale nie chcę do cie­bie nale­żeć. -?W jej cichym gło­sie pobrzmie­wało ostrze­że­nie, które on posta­no­wił zigno­ro­wać. Co wię­cej, blady rumie­niec na jej policzku, zdra­dza­jący nie­za­do­wo­le­nie, dał mu poczu­cie wła­dzy. Ten pół­męż­czy­zna, pół­chło­piec chciał, by mu ule­gła.

-?Dałem ci meda­lion -?rzu­cił chłodno.

Już zakła­dała go na szyję, lecz teraz się zawa­hała.

-?To wszystko, co masz mi do powie­dze­nia? -?Dla­czego nie wyznał, że ją kocha?

Peter wie­dział, czego pra­gnie Ali­cia, ale nagle ta świa­do­mość go onie­śmie­liła.

-?Jest wiele innych, które chęt­nie go przyjmą, jeśli ty nie chcesz - oznaj­mił dum­nie i spoj­rzał na nią z trium­fem.

Te słowa były dla niej jak cios w brzuch. Poczuła, że bled­nie. Przez chwilę nie mogła wykrztu­sić ani słowa. Zebrała się w sobie i powstrzy­mała łzy, które napły­wały jej do oczu.

-?To weź go sobie! -?Wyrwał jej się krótki szloch. -?Nie chcę go! Ani cie­bie!

Prze­sa­dził. Chciał wyco­fać to, co powie­dział, ale nie był dość bystry.

-?Jestem dla cie­bie nie­złą par­tią -?pró­bo­wał jej zaim­po­no­wać. -?Jestem boga­tym męż­czy­zną.

Mil­cze­nie, które zale­gło, zda­wało się nie mieć końca. Fio­let jej oczu ni­gdy nie był aż tak inten­sywny, kiedy tłu­miła łzy, by w końcu rzu­cić mu zimne i pełne pogardy spoj­rze­nie.

-?Nie jesteś męż­czy­zną, zapew­niam cię. Jesteś chłop­cem. I nie chcę cię. Pro­szę, odejdź. -?Spo­koj­nym gestem oddała mu meda­lion. -?Nie chcę cię wię­cej widzieć.

Z uczu­ciem mdło­ści Peter w mil­cze­niu przy­jął nie­chciany wisio­rek, a potem, nie wie­dząc, co innego mógłby zro­bić, odwró­cił się na pię­cie.

Ona jesz­cze się opa­mięta.

* * *

Tego samego wie­czoru matka zabrała Ali­cię na górę i zaczęła ją prze­bie­rać, mówiąc z uśmie­chem do zasko­czo­nej córki:

-?Musisz dzi­siaj wyglą­dać olśnie­wa­jąco. -?Kiedy dziew­czyna spy­tała dla­czego, jej matka spoj­rzała na nią z namy­słem i odpo­wie­działa pyta­niem: -?Kogo spo­dzie­wasz się poślu­bić?

Zamiast odrzec jak zwy­kle: "Przy­pusz­czam, że Petera Shoc­kleya", wciąż roz­gnie­wana Ali­cia rzu­ciła:

-?Któż to wie?

Jej matka ski­nęła głową.

-?Shoc­kley to miły chło­piec -?przy­znała szybko -?i lubię go. Ale jest bar­dzo młody. No i to tylko kupiec. Ni­gdy nie będzie kimś wię­cej. - Deli­kat­nie odgar­nęła włosy z twa­rzy Ali­cii i upięła je z tyłu. -?Jesteś już kobietą i potrze­bu­jesz star­szego męż­czy­zny, a nie chłopca.

Ali­cia oblała się rumień­cem. Te słowa współ­grały z jej nastro­jem. Zasta­na­wiała się jed­nak, co z tego wynik­nie. Naj­wy­raź­niej szy­ko­wało się coś nie­zwy­kłego, bo jesz­cze ni­gdy nie widziała na mat­czy­nej twa­rzy takiego sku­pie­nia.

Ku jej zdu­mie­niu matka zdjęła z niej pro­stą dzie­cięcą tunikę bliaut i lnianą szatę cotte, a następ­nie wło­żyła jej przez głowę białą jedwabną halkę. Gdy deli­katny mate­riał spły­nął mięk­kimi fał­dami na ciało Ali­cii, w jej oczach roz­bły­snął zachwyt, bo jesz­cze ni­gdy nie miała na sobie cze­goś podob­nego.

-?Masz ładne piersi -?oznaj­miła jej matka bez ogró­dek. -?Tro­chę je odsło­nimy. -?I ze sto­ją­cej przy łóżku dużej skrzyni wyjęła mister­nie hafto­waną suk­nię w odcie­niach błę­kitu i złota, która, po deli­kat­nym zebra­niu zło­tym sznu­rem nad talią, opa­dała dłu­gimi fał­dami do ziemi. Z przodu, tam gdzie suk­nia była sznu­ro­wana, matka zosta­wiła dekolt tak głę­boki, jak tylko się dało, by kształt mło­dych piersi Ali­cii ryso­wał się uwo­dzi­ciel­sko pod jedwa­biem, przy­pra­wia­jąc dziew­czynę o kolejny rumie­niec. Następ­nie matka zło­żyła deli­katną, lnianą pod­wikę, two­rząc opa­skę na czubku głowy, i nakryła ją lnia­nym czep­kiem przy­po­mi­na­ją­cym koronę.

Ali­cia sta­nęła przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu w kącie pokoju i przyj­rzała się swemu odbi­ciu. Nie miała poję­cia, że może tak wyglą­dać. Na widok tej nowej osoby, którą wła­śnie się stała, aż moc­niej zabiło jej serce.

-?Teraz, moje dziecko, jesteś kobietą -?oznaj­miła jej matka.

-?Na czyją cześć to wszystko? -?zapy­tała dziew­czyna.

-?Twój ojciec ma waż­nego przy­ja­ciela w Win­che­ste­rze -?usły­szała. - Przy­bę­dzie do nas dzi­siaj, twój brat go przy­pro­wa­dzi. Nazywa się Geof­frey de Whi­te­he­ath. -?Ali­cia sły­szała kie­dyś, jak ojciec wspo­mi­nał o nim z sza­cun­kiem. -?Byłby dla cie­bie dosko­nałą par­tią -?cią­gnęła matka. -?To rycerz ze wspa­niałą posia­dło­ścią. W zeszłym roku stra­cił żonę i syna w poża­rze. Ale pra­gnie dzie­dzica.

-?Czy ojciec każe mi go poślu­bić?

Jej matka zawa­hała się lekko.

-?Nie. Ale ma nadzieję, że to zro­bisz. On i twój brat wło­żyli sporo wysiłku, by zaaran­żo­wać to spo­tka­nie.

Ali­cia ceniła i ojca, i brata, ale nie była pewna, co o tym sądzić. Przy­pusz­czała, że ich wybór ją zado­woli.

-?Czy on jest bar­dzo stary? -?zapy­tała z nie­po­ko­jem.

Matka się roze­śmiała.

-?Nie. Tro­chę siwi­zny na skro­niach, ale męż­czy­zna tylko na tym zyskuje. -?Uśmiech­nęła się. -?Będzie tu lada moment.

Ali­cia zeszła po scho­dach jako pierw­sza. W dłu­giej sukni czuła się bar­dzo doro­sła. "Dla Petera Shoc­kleya -?pomy­ślała -?aż nazbyt doro­sła".

Może ten rycerz będzie umiał ją doce­nić.

* * *

Trzeci z sied­miu grze­chów głów­nych, które dotknęły Osmunda Mula­rza, wkra­dał się w jego życie bar­dzo powoli i zupeł­nie go zasko­czył.

Praca przy budo­wie kate­dry wręcz go uszczę­śli­wiała. Zanu­rza­jąc się w spo­kój przy­ka­te­dral­nych tere­nów, odkry­wał inny świat.

Kano­nik naka­zał przy­jąć go do ter­minu, co sta­wiało go nieco wyżej od małej armii około dwu­stu robot­ni­ków, któ­rzy prze­no­sili kamie­nie i wywo­zili gruz, ale i tak pozo­sta­wał nie­istotną i nie­mal nie­zau­wa­żaną posta­cią na mar­gi­ne­sie grupy pięć­dzie­się­ciu mula­rzy, wśród któ­rych mistrzo­wie mular­stwa two­rzyli nie­liczną, dostojną elitę. Nad mistrzami mular­stwa stali czci­godny mistrz mistrzów Nicho­las z Ely i jego zastępca Robert, któ­rych Osmund czę­sto widy­wał, jak nad­zo­ro­wali prace, ale z któ­rymi nie miał śmia­ło­ści poroz­ma­wiać. Naj­wyż­szy zaś, nie­mal boski sta­tus wśród budow­ni­czych dzier­żył archi­tekt kate­dry Elias de Dere­ham, darzony więk­szym posza­no­wa­niem niż sam biskup. Zapro­jek­to­wał on wiele innych budowli, w tym sank­tu­arium św. Toma­sza Bec­keta w Can­ter­bury, ale kate­drę w Salis­bury uzna­wano za naj­wspa­nial­sze z jego dzieł. Elias był już star­cem, a obec­nie prze­by­wał poza mia­stem; Osmund nawet nie wie­dział, jak wygląda.

Mula­rze przy­jęli Osmunda do ter­minu, ale ponie­waż nikt nic o nim nie wie­dział, jego obec­ność była nie­mal zupeł­nie igno­ro­wana, nawet przez innych uczniów. Mógłby się poczuć tym znie­chę­cony. On jed­nak od pierw­szego dnia pracy był pewien jed­nego: zna­lazł się dokład­nie tam, gdzie chciał być.

Na razie trak­to­wano go jako dodat­kową parę rąk do pracy i zle­cano mu tylko naj­prost­sze zada­nia -?cię­cie blo­ków sza­rego kamie­nia i pomoc przy ich obróbce. Ale był zado­wo­lony. Pod­czas dłu­gich, gorą­cych, zaku­rzo­nych dni, spę­dza­nych w cie­niu powoli rosną­cej kate­dry, z rado­ścią przy­glą­dał się budow­ni­czym, któ­rzy w ciszy i dosko­na­łym porządku zaj­mo­wali się swoją pracą, odgro­dzeni od zgiełku reszty świata. Kilka razy w tygo­dniu noco­wał w kwa­te­rach mula­rzy, które two­rzył sze­reg solid­nych drew­nia­nych chat posta­wio­nych wzdłuż pół­noc­nej i wschod­niej gra­nicy kate­dral­nego kom­pleksu. Kiedy mula­rze sia­dali w kręgu, on lubił usiąść z boku i z sza­cun­kiem słu­chać ich roz­mów. Swoje ambi­cje wolał jed­nak zacho­wać dla sie­bie: cech mula­rzy był kon­fra­ter­nią zamkniętą i skrytą, a nowy uczeń powi­nien cier­pli­wie wyko­ny­wać swoje zada­nia i nie odzy­wać się nie­py­tany.

Na placu budowy znaj­do­wał się jeden szcze­gólny obiekt, który go fascy­no­wał. We wschod­niej czę­ści kate­dry, gdzie pierw­sza kaplica - niż­sza od głów­nej bryły kościoła -?już była zada­szona, Elias de Dere­ham umie­ścił na stole wielką drew­nianą makietę. Przed­sta­wiała ona kate­drę w jej koń­co­wym kształ­cie, a każdy mularz i robot­nik miał prawo przyjść i ją zoba­czyć. Osmund odwie­dzał to miej­sce codzien­nie.

Kate­dra, którą tam oglą­dał, sta­no­wiła długą, wąską budowlę, któ­rej nie­skom­pli­ko­waną, pro­sto­kątną linię prze­ła­my­wały jedy­nie dwa ogromne tran­septy w jej cen­trum, nada­jące cało­ści formę pro­stego krzyża, oraz dwa mniej­sze -?bli­żej wschod­niego krańca. Na skrzy­żo­wa­niu nawy głów­nej z tran­sep­tem długa linia dachu dzie­liła się na dwie równe czę­ści, nad któ­rymi wzno­siła się niska, kwa­dra­towa wieża o wyso­ko­ści około sze­ściu metrów, zwień­czona pła­skim dachem. Był to układ typowy dla wielu dużych kościo­łów w ówcze­snej Euro­pie, a jego dłu­gie, poziome linie sta­no­wiły kwin­te­sen­cję pro­stoty.

I jakież to było ele­ganc­kie! Stare nor­mań­skie kościoły, takie jak kate­dra na wzgó­rzu zam­ko­wym, były masyw­nymi, cięż­kimi bastio­nami o zaokrą­glo­nych łukach i wąskich oknach osa­dzo­nych w murach przy­po­mi­na­ją­cych for­tecę, nato­miast ten nowy gmach był lekki i prze­stronny. Okna zakoń­czone pro­stymi gotyc­kimi ostro­łu­kami wzno­siły się w dwóch kon­dy­gna­cjach -?ogromne tafle szkła dosko­nale rów­no­wa­żyły wyso­kie, surowe powierzch­nie sza­rego kamie­nia z Chil­mark. Zda­niem Osmunda nie mogło ist­nieć nic bar­dziej czy­stego i natu­ral­nego.

Pew­nego dnia, kiedy stał przy makie­cie, bez reszty nią pochło­nięty, usły­szał czyjś głos dobie­ga­jący z boku.

-?Podoba ci się ta budowla?

Sto­jący obok niego star­szy męż­czy­zna o sze­ro­kim, łysie­ją­cym czole i haczy­ko­wa­tym nosie patrzył na niego z zacie­ka­wie­niem. Osmund zasta­na­wiał się, kto to jest.

-?Jest taka... -?zawa­hał się -?taka pro­sta -?dokoń­czył szcze­rze.

Ku jego zasko­cze­niu sta­rzec się uśmiech­nął.

-?Naj­lep­sze rze­czy zawsze są pro­ste. Spójrz na te okna: tylko naj­prost­sze maswerki, nic wię­cej. Po dru­giej stro­nie Kanału znaj­dziesz naj­wy­myśl­niej­sze wzory kamie­niar­skie w oknach i skle­pie­niach -?cią­gnął. -?Ale to nie w moim guście. I nie w duchu Sarum. -?Uśmiech­nął się. -?Ani tro­chę.

-?Myślę, że to naj­więk­sza kate­dra na świe­cie -?powie­dział Osmund.

Archi­tekt wybuch­nął śmie­chem.

-?O nie. Kate­dra w Amiens we Fran­cji -?pod­jął z oży­wie­niem -?jest dwu­krot­nie więk­sza od naszej. Ale nawet sto­jąc we wnę­trzu obu, nie zauwa­żysz tej róż­nicy. Dla­czego? Ponie­waż pro­por­cje są ide­alne. Spójrz - mówił z coraz więk­szym entu­zja­zmem -?na te filary z mar­muru z Pur­beck, które pod­trzy­mują skle­pie­nia: mar­mur jest tak twardy, że mogą być bar­dzo smu­kłe. A tam, na środku, gdzie krzy­żują się tran­septy, cztery wiel­kie kolumny na rogach tego skrzy­żo­wa­nia -?tam zbu­do­wa­li­śmy ogromne filary, które wystrze­li­wują pro­sto w górę, bez żad­nych pośred­nich kapi­teli, od posadzki aż po skle­pie­nie, jed­nym, nie­prze­rwa­nym cią­giem. Pro­ste wiązki kolumn. Czy­stość linii. Wzla­tują ku górze.

Wtedy Osmund zro­zu­miał, kim jest ten sta­rzec. Był zdu­miony, że tak zna­ko­mity czło­wiek roz­ma­wia wła­śnie z nim.

Kano­nik Elias de Dere­ham spoj­rzał na niego przy­chyl­nie.

-?Jesteś mula­rzem, mło­dzień­cze?

-?Nie, panie -?odpo­wie­dział skrom­nie. -?Ale mam nadzieję nim być.

-?Umiesz rzeź­bić?

Wie­dział, że umie rzeź­bić w drew­nie. Był pewien, że pora­dziłby sobie także z kamie­niem.

-?Tak -?odparł bez waha­nia.

Sta­rzec poki­wał głową i się odda­lił.

Dwa dni póź­niej jeden z mula­rzy pod­szedł do zaj­mu­ją­cego się swoją pracą Osmunda i zaczął go wypy­ty­wać:

-?Chcesz zostać mula­rzem?

Ski­nął głową.

-?Jeśli chcesz wstą­pić do naszego cechu i poznać sekrety mular­skiego rze­mio­sła, musisz słu­żyć naszemu uczniowi, dopóki nie uznamy, żeś tego godny.

Cech mular­ski wciąż był orga­ni­za­cją sto­sun­kowo nie­for­malną, lecz Osmund wie­dział, że zwy­kle uczeń rze­mieśl­ni­czy musi ter­mi­no­wać przez sie­dem lat, zanim może zostać uznany za cze­lad­nika. Skło­nił głowę.

-?Dobrze -?rzekł krótko męż­czy­zna. -?Zgłoś się do Bar­tho­lo­mewa. On będzie twoim men­to­rem.

I odszedł.

Osmund zro­zu­miał, że wła­śnie wstą­pił na nową drogę, na któ­rej końcu miał zostać praw­dzi­wym mula­rzem.

Bar­tho­lo­mew -?uczeń mular­ski zale­d­wie dwa lata star­szy od samego Osmunda -?był bla­dym, gbu­ro­wa­tym mło­dzień­cem z czu­pryną ciem­nych, już prze­rze­dza­ją­cych się wło­sów, które opa­dały mu na twarz, i dużym, sączą­cym się wrzo­dem po pra­wej stro­nie szyi. Przy­wi­tał Osmunda bez więk­szego entu­zja­zmu, ale pozwo­lił mu obok sie­bie pra­co­wać i uczyć się pod­staw rze­mio­sła.

Następ­nego dnia pod­szedł do niego także mistrz mular­ski Robert, zadał mu kilka pytań, a potem krótko ski­nął głową.

-?Ucz się od Bar­tho­lo­mewa -?naka­zał.

A do naucze­nia się było mnó­stwo rze­czy. Jego gbu­ro­waty men­tor poka­zał mu, jak pro­wa­dzić dłuto, i obja­śnił wła­ści­wo­ści róż­nych rodza­jów kamie­nia.

Wpro­wa­dził go także w wiele zajęć zwią­za­nych z budową, z któ­rych każde wyma­gało odręb­nego warsz­tatu.

Był to świat pełen cudów. Zoba­czył wielką deskę kre­ślar­ską głów­nego mula­rza, na któ­rej za pomocą cyr­kla i ekierki pro­jek­to­wał na płót­nie każdy ele­ment budowli. Uży­wany przez niego ołó­wek, co Osmund odkrył ze zdu­mie­niem, był wyko­nany nie z oło­wiu, ale ze sre­bra.

-?Sre­bro zosta­wia na płót­nie czarną linię -?wyja­śnił mu krótko Bar­tho­lo­mew. Osmund nie miał o tym poję­cia.

Poznał pracę sto­la­rzy i cie­śli, któ­rzy nie tylko przy­go­to­wy­wali pod­pory pod dachy, ale także two­rzyli kon­struk­cję rusz­to­wań.

Widział stosy drewna pocho­dzą­cego z pobli­skiego lasu Cla­ren­don i wielki dół, w któ­rym to drewno piło­wano.

Po pół­nocno-wschod­niej stro­nie przy­ka­te­dral­nego close, przy bra­mie pro­wa­dzą­cej na tereny pałacu bisku­piego, odwie­dził warsz­taty szkla­rzy, któ­rzy już przy­go­to­wy­wali olbrzy­mie ilo­ści potrzeb­nego do budowy szkła witra­żo­wego -?naj­pierw je malo­wali, a potem wypa­lali w spe­cjal­nych pie­cach. Z zachwy­tem przy­glą­dał się deli­kat­nym wzo­rom przed­sta­wia­ją­cym świę­tych i sceny biblijne, które miały sub­tel­nie roz­świe­tlać ściany kate­dry.

Były tam maga­zyny, pra­cow­nie malar­skie, refek­ta­rze, kuch­nie i budynki gospo­dar­cze -?w ciągu dwóch dekad trwa­nia prac budow­ni­czo­wie wiel­kiej kate­dry stwo­rzyli tam wła­sny mały świat, a jego naj­waż­niej­szym ele­men­tem, zaj­mu­ją­cym całą połu­dniową stronę dłu­giej nawy kościoła, była drew­niana przy­bu­dówka -?warsz­tat mular­ski.

Budowa kate­dry wyma­gała pracy naj­róż­niej­szych mistrzów mular­skiego kunsztu -?cio­sa­czy, rzeź­bia­rzy, ludzi zręcz­nie ukła­da­ją­cych kamienne bloki i bie­głych w osa­dza­niu maswer­ków; toka­rzy spraw­nie ope­ru­ją­cych tokar­kami, by nadać mar­mu­rowi połysk; mula­rzy two­rzą­cych na sto­łach warsz­ta­to­wych setki kapi­teli i zwor­ni­ków nie­zbęd­nych do wykoń­cze­nia i ozdo­bie­nia tej maje­sta­tycz­nej budowli. Na posadzce wyzna­czono prze­strzeń, gdzie można było ryso­wać zło­żone układy fila­rów w natu­ral­nej skali. Obok pię­trzyły się stosy drew­nia­nych sza­blo­nów skrzęt­nie przy­go­to­wa­nych w taki spo­sób, aby mula­rze mogli wier­nie odwzo­ro­wy­wać prze­kroje w trak­cie obróbki kamie­nia.

Wszystko to winien pojąć każdy mularz pra­gnący stać się praw­dzi­wym mistrzem w swoim fachu.

Osmund był zafa­scy­no­wany.

Kamień, z któ­rego wzno­szono kate­drę w Salis­bury, pocho­dził z dwóch róż­nych źró­deł. Szary wapień, sta­no­wiący główny budu­lec, wydo­by­wano w kamie­nio­ło­mach w Chil­mark, dzie­więt­na­ście kilo­me­trów na zachód od mia­sta, w doli­nie za Wil­ton. Był to wspa­niały, chłodny, zie­lon­ka­wo­szary kamień, miękki w dotyku i łatwy w obróbce.

Jed­nak filary, które miały dźwi­gać ciężki dach, wyma­gały kamie­nia zupeł­nie innego rodzaju. Wybrano twardy i solidny mar­mur z Pur­beck, wydo­by­wany na połu­dnio­wym wybrzeżu w pobliżu zamku Corfe. Osmund wie­dział, że więk­szość tego cen­nego surowca była darem jed­nej kobiety - Alice Bre­wer -?która ofia­ro­wała nowemu kościo­łowi tyle mar­muru, ile zdo­łano wydo­być z jej kamie­nio­ło­mów w Pur­beck przez ostat­nie dwa­na­ście lat. Był to jeden z naj­hoj­niej­szych darów, jakie kie­dy­kol­wiek otrzy­mała ta kate­dra.

Chło­piec szcze­gól­nie upodo­bał sobie szary kamień z Chil­mark. Nie­raz zabie­rał ze sobą nie­wielki kawa­łek i wra­ca­jąc doliną do Avons­ford, obra­cał go w dło­niach, bada­jąc jego fak­turę i docie­ka­jąc struk­tury.

"Każdy kamień -?pouczał go Bar­tho­lo­mew -?ma wyjąt­kowe ziarno, jak drewno słoje. Aby go prze­ciąć, musisz je poznać. A osa­dza­jąc kamień w murze, pamię­taj, że uło­że­nie ziarna zde­cy­duje o tym, jak będzie on zno­sił dzia­ła­nie wia­tru i desz­czu".

Zda­rzało się, że Osmund dostrze­gał w kamie­niu led­wie zauwa­żalny drugi odcień: naj­sub­tel­niej­szą nutę błę­kitu lub rdza­wej czer­wieni -?to rów­nież uwiel­biał.

Wie­dział, że czę­ściowo będzie ter­mi­no­wał w wiel­kim kamie­nio­ło­mie w Chil­mark, gdzie wydo­byty kamień pod­da­wano suro­wej obróbce przed jego prze­wie­zie­niem do Salis­bury.

Kiedy po raz pierw­szy wysłano go tam w sierp­niu, pełen eks­cy­ta­cji wyru­szył o świ­cie drogą prze­bie­ga­jącą obok Wil­ton.

Jedy­nie głę­bo­kie bruzdy wyżło­bione przez wozy zdra­dzały, że przez zachod­nią dolinę prze­wo­żono coś nie­zwy­kłego. I dopiero gdy te kole­iny nagle skrę­ciły w las, chło­pak odgadł, że zapewne dotarł do Chil­mark. Wła­ści­wie nic nie wska­zy­wało na ist­nie­nie w tym miej­scu kamie­nio­łomu, dopóki nie tra­fił do obozu, gdzie ujrzał kwa­tery gór­ni­ków oraz kamie­nia­rzy zaj­mu­ją­cych się wstępną obróbką wydo­by­tego surowca. Zoba­czył też wielką przy­bu­dówkę, gdzie cięto kamie­nie, a nieco dalej plac, na któ­rym łado­wano wozy. Ale gdzie była sama kopal­nia? Roz­glą­dał się wokół z wiel­kim prze­ję­ciem.

Kiedy wyja­śnił, po co przy­był, pewien życz­liwy młody gór­nik wska­zał na nie­wiel­kie, ukryte wśród drzew wej­ście do jaskini.

-?Jest tam.

Nie wyglą­dało to impo­nu­jąco. Ale kiedy mło­dzie­niec chwy­cił pochod­nię i popro­wa­dził go w głąb jaskini, chło­pa­kowi zaparło dech w pier­siach.

Sam nie wie­dział, czego wła­ści­wie się spo­dzie­wał, ale z pew­no­ścią nie tego, co zoba­czył.

Na początku tunel scho­dził łagod­nie w dół, by wkrótce roz­sze­rzyć się w prze­stronną gale­rię. Dalej jed­nak, w głębi skały, zaczy­nał się ogromny ciąg sal, kory­ta­rzy i prze­stron­nych kom­nat pro­wa­dzą­cych we wszyst­kie strony -?na prawo, na lewo, w górę i daleko w dół -?niczym labi­rynt. Dopiero po dłuż­szej chwili, gdy jego wzrok zdo­łał przy­wyk­nąć do sła­bego bla­sku pochodni maja­czą­cego w mroku, młody kamie­niarz doznał olśnie­nia: ta wielka, misterna sieć sal i gale­rii wcale nie była labi­ryntem, ale jedną ogromną prze­strze­nią poprze­ci­naną skal­nymi fila­rami.

-?Ależ -?wykrzyk­nął -?to jakby kate­dra, tyle że pod zie­mią!

Istot­nie. Gale­rie cią­gnęły się w dal niczym nawy. Miej­scami skle­pie­nia wzno­siły się rów­nie wysoko jak te w wiel­kiej kate­drze. Kamie­nio­łom w Chil­mark, prze­stronny i wypeł­niony sub­tel­nym echem, naprawdę przy­wo­dził na myśl olbrzy­mią świą­ty­nię.

-?To łono kate­dry -?ode­zwał się sto­jący obok młody męż­czy­zna. -?A kamie­nia mamy tu dosyć, by wybu­do­wać drugi kościół.

Przez dwie godziny Osmund wędro­wał z pochod­nią w ręku po tych bez­kre­snych jaski­niach. Czuł nie­po­jętą radość na myśl, że ta wielka kate­dra, któ­rej skle­pie­nia będą wkrótce wzno­sić się nad jego głową, została wyrwana z cze­lu­ści ziemi za pomocą jedy­nie kilofa i ludz­kich rąk.

Za pierw­szym razem spę­dził w kamie­nio­ło­mie dwa tygo­dnie, a gdy miał wra­cać, wozacy jadący do Salis­bury pozwo­lili mu się z nimi zabrać. Tego dnia prze­wo­żono sześć wozów peł­nych kamie­nia, ale ku swemu zasko­cze­niu Osmund zoba­czył, że do tej kawal­kady dołą­czono kolejne sześć wypeł­nio­nych gru­zem i odpa­dami z szy­bów oraz warsz­tatu.

-?Po co to? -?zapy­tał.

-?Zoba­czysz -?odparł wozak.

I rze­czy­wi­ście, po prze­je­cha­niu ośmiu kilo­me­trów wozacy, jeden po dru­gim, poczęli zrzu­cać zawar­tość tych wozów na drogę.

-?Utwar­dzamy trakt, jak tylko mamy spo­sob­ność -?wyja­śnił jego towa­rzysz. -?W końcu z kopalni wycho­dzi nie tylko kamień, a śmieci trzeba gdzieś wyrzu­cić.

Mie­siąc póź­niej Osmund wyru­szył na swoją drugą wyprawę -?śmiel­szą, bo tym razem wybrał się brze­giem rzeki aż do portu. Małe nad­mor­skie mia­steczko chlu­biło się nie­wiel­kim zam­kiem na wzgó­rzu nad rzeką i pięk­nym nor­mań­skim kościo­łem klasz­tor­nym, któ­rego nazwa -?Chri­st­church - stop­niowo zastę­po­wała dotych­cza­sową saską nazwę mia­steczka: Twy­ne­ham. Tutaj, spo­glą­da­jąc na opu­sto­szały cypel z jego niskim wzgó­rzem i opusz­czo­nymi wałami obron­nymi, ujrzał, jak ogromne drew­niane barki wpły­wają na spo­kojne wody portu, wio­ząc dro­go­cenny mar­mur z zachod­nich kamie­nio­ło­mów roz­sia­nych wzdłuż wybrzeża, żeby roz­po­cząć powolną podróż w górę rzeki Avon ku Sarum.

Cią­gle uczył się cze­goś nowego. Gdy mury kate­dry powoli pięły się coraz wyżej, robot­nicy mozol­nie wcią­gali na górę wiel­kie beczki wypeł­nione kredą, wap­nem i krze­mie­niem, któ­rymi wypeł­niano prze­strzeń pomię­dzy wewnętrzną i zewnętrzną war­stwą muru.

-?W ten spo­sób nie tylko buduje się szyb­ciej niż z litego kamie­nia - wyja­śnił Bar­tho­lo­mew. -?Cho­dzi też o to, że gruz wapienny spaja się z kamie­niem. Dzięki temu kon­struk­cja jest bar­dzo trwała.

Mło­dego kamie­nia­rza fascy­no­wała świa­do­mość, że ta kate­dra nie składa się wyłącz­nie z kamie­nia -?w jej murach uwiecz­niono także wspa­niałe wapienno-kre­dowe klify.

Pew­nego dnia, nie­długo po swo­jej wypra­wie w dół rzeki, doko­nał kolej­nego odkry­cia, tym razem zwią­za­nego z oknami kate­dry. Sam nie wie­dział, dla­czego pod­czas jed­nej z jego codzien­nych wizyt przy makie­cie posta­no­wił je poli­czyć -?może dla­tego, że wszyst­kie inne szcze­góły znał już na pamięć. Dość, że kiedy to zro­bił, oka­zało się, ku jego zasko­cze­niu, że jest ich trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć.

-?Po jed­nym na każdy dzień w roku! -?wykrzyk­nął zachwy­cony. A potem, sądząc, że musiał się pomy­lić, poli­czył je ponow­nie, tym razem pro­wa­dząc rachu­nek na tabliczce. Wynik był taki sam: trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć.

Czy było to dzie­łem zamy­słu Eliasa, czy tylko przy­padku? Nie śmiał go o to zapy­tać. Ale jed­nego był pewien:

-?To znak od Boga -?wyszep­tał. -?Ani chybi. -?I uczy­nił znak krzyża.

Osmund był duszą pokorną, a im wię­cej się uczył, tym wyraź­niej zda­wał sobie sprawę z wła­snej nie­wie­dzy i geniu­szu tych, któ­rzy zapro­jek­to­wali tę wspa­niałą kate­drę i orga­ni­zo­wali jej budowę. Czę­sto pod koniec dnia przy­cho­dził do małej kaplicy i modlił się przy makie­cie, szep­cząc:

-?Bło­go­sła­wiona Maryjo, uczyń mnie god­nym miana mula­rza.

To tutaj pew­nego wie­czoru kilka mie­sięcy póź­niej po raz drugi i ostatni spo­tkał wiel­kiego Eliasa. Kano­nik wła­śnie nad­szedł z Leaden­hall, pięk­nego domu z oło­wia­nym dachem, który zbu­do­wał dla sie­bie nad rzeką, i cicho wsu­nął się do kaplicy. Zatrzy­mał się, zasko­czony wido­kiem mło­dego kamie­nia­rza, który -?nie­świa­dom, że ktoś go obser­wuje -?padł na kolana i prze­że­gnał się, zapa­trzony w makietę maje­sta­tycz­nej budowli. Kiedy mistrz zapy­tał chłopca: "Co cię trapi, mój synu?", wyrwany z zamy­śle­nia mło­dzie­niec o zbyt dużej gło­wie i poważ­nych sza­rych oczach spoj­rzał na niego i powta­rza­jąc słowa, które nie­gdyś usły­szał od kano­nika Por­te­horsa, wyznał:

-?Ojcze, nie jestem godzien; jestem tylko dro­biną kurzu.

Na co archi­tekt odpo­wie­dział z uśmie­chem:

-?Zapo­mi­nasz, mój synu, słowa naszego Pana: Bóg Ojciec widzi nawet wró­ble. A wró­ble, mój młody przy­ja­cielu, mają wła­sne oczy. -?Pokle­pał go po ramie­niu. -?Nie jesteś dro­biną kurzu, młody kamie­nia­rzu, lecz wró­blem, który potrafi uży­wać swo­ich oczu. -?To powie­dziaw­szy, Elias de Dere­ham się odda­lił.

Wtedy, na krótką chwilę, Osmund doznał unie­sie­nia, jakiego nie czuł ni­gdy w życiu. I nie­mal zapo­mniał o grze­chach głów­nych.

* * *

Zbli­żała się pół­noc.

Na tar­go­wi­sku jaskrawe mar­kizy nad stra­ga­nami były cia­sno zwi­nięte; zagrody dla owiec i bydła stały puste; ulice pogrą­żyły się w ciszy.

Choć nie­zu­peł­nie. Wzdłuż kra­wę­dzi targu sero­wego, gdzie stoły na kozłach pię­trzyły się w sto­sach, sta­ran­nie obwią­zane łań­cu­chem, w cie­niu pod murem masyw­nego kościoła para­fial­nego św. Toma­sza brnęła chwiej­nie przed sie­bie samotna postać w sza­rej opoń­czy z nacią­gnię­tym na głowę kap­tu­rem. Tej nocy jedy­nym źró­dłem świa­tła były gwiazdy, ale aku­rat świe­ciły wyjąt­kowo jasno. Postać szła wzdłuż zachod­niego krańca rynku, by po chwili wyrwać się z mroku i minąw­szy Blue Boar Row, ruszyć dalej środ­kiem ulicy bie­gną­cej na pół­noc.

Peter Shoc­kley był pijany.

Mozol­nym kro­kiem szedł w głąb Castle Street.

Zatrzy­mał się, dopiero gdy dotarł do wyso­kiego, suro­wego domu kon­tro­lera tka­nin Le Por­tiera. Zna­lazł na dro­dze kilka kamy­ków i zaczął ciskać nimi w naj­wyż­sze okno bla­dej, pustej fasady.

Ali­cia była w środku. To była jej ostat­nia noc w domu ojca.

Przy trze­ciej pró­bie tra­fił w jej okno, które po kilku chwi­lach otwo­rzyła, by wyj­rzeć na oświe­tloną gwiaz­dami ulicę.

Ścią­gnął kap­tur. Zauwa­żył, że dziew­czyna ma nieco dłuż­sze włosy niż ostat­nio: opa­dały jej na ramiona, które przy­kry­wała biała koszula nocna. Pete­rowi zda­wało się, nawet z takiej odle­gło­ści, że czuje cie­pło i zapach jej ciała.

-?Ali­cio.

Wes­tchnęła. Przy­cho­dził trzeci raz w tym tygo­dniu.

-?Wra­caj do domu, Pete­rze, nie możemy się widy­wać.

Ani drgnął.

-?Zejdź na dół -?wyszep­tał żar­li­wie.

-?Nie.

Już trzy razy bła­gał, by z nim ucie­kła.

"A co byś wtedy zro­bił?" -?pytała.

"Coś", odpo­wia­dał wyzy­wa­jąco.

To zakra­wało na absurd. Zacho­wy­wał się nie­do­rzecz­nie. A jed­nak - ponie­waż tak mało bra­ko­wało, by się zgo­dziła; ponie­waż miała sobie za złe, że ustą­piła ojcu; ponie­waż wie­działa, że to wszystko jest daremne, i ponie­waż pró­bo­wała sobie wmó­wić, że będzie szczę­śliwa z tym uprzej­mym, star­szym ryce­rzem z Win­che­steru, który był dla niej tak wspa­niałą par­tią -?trak­to­wała Petera z pogardą.

-?Odejdź i zapo­mnij o mnie -?wysy­czała w pół­mrok nocy.

-?A ty o mnie zapo­mnisz? -?zawo­łał gło­śno.

-?Już to zro­bi­łam. Odda­łam serce Geof­frey­owi de Whi­te­he­athowi. -?Cof­nęła głowę i zamknęła okno.

Peter nie odszedł, jak chciała. Znów rzu­cił kamyk, i jesz­cze jeden, ale Ali­cia się nie poja­wiła. Więc rzu­cił moc­niej, a potem tro­chę zbyt mocno. Usły­szał brzęk pęka­ją­cej szyby. Ale nawet wtedy nie ruszył się z miej­sca.

Chwilę póź­niej otwo­rzyły się drzwi i z wnę­trza domu wyło­niła się wysoka i chuda postać. Alan Le Por­tier trzy­mał w ręku kij.

-?Wra­caj do domu i to już, mło­ko­sie -?roz­ka­zał groź­nie. -?A jutro zapła­cisz mi za to okno. -?Zmie­rzył go pogar­dli­wym spoj­rze­niem, jakby nie­pro­szony gość był dziec­kiem. Peter poczuł rosnącą urazę.

-?Sprze­da­łeś ją! -?krzyk­nął. -?Sprze­da­łeś ją ryce­rzowi! -?Jego głos poniósł się echem po ulicy i w oknach innych domów poja­wiło się kilka głów.

Le Por­tier znie­ru­cho­miał. To oskar­że­nie zupeł­nie mijało się z prawdą, ale taka znie­waga obu­dziła w nim wście­kłość.

-?Ty chłystku!

Wsku­tek ciem­no­ści i otę­pie­nia Peter nie zauwa­żył, jak tam­ten zamach­nął się kijem, ale poczuł ostry ból w ramie­niu, gdzie tra­fił cios.

-?Precz! -?ryk­nął Le Por­tier.

Petera zalała fala gniewu. Chwiej­nym kro­kiem ruszył w stronę męż­czy­zny i już miał go ude­rzyć, kiedy za jego ple­cami zoba­czył Ali­cię. Stała w progu, ze świecą w ręku, a na jej twa­rzy, nagle jakby star­szej, malo­wała się pogarda.

Znie­ru­cho­miał.

-?Zejdź mi z oczu, dzie­ciu­chu -?rze­kła zimno, po czym odwró­ciła się i znik­nęła na powrót w domu.

Przez chwilę patrzył za nią, a potem prze­niósł wzrok na jej ojca. W końcu wzru­szył ramio­nami i poszedł w dół ulicy, obser­wo­wany przez twa­rze we wszyst­kich oknach.

Na jego wiel­kie nie­szczę­ście całe to zaj­ście obser­wo­wał nie­ocze­ki­wany świa­dek sto­jący w cie­niu pięt­na­ście metrów dalej.

Wil­liam atte Brigge zwle­kał z opusz­cze­niem wyna­ję­tej kwa­tery przy pół­noc­nej bra­mie do póź­nego wie­czora, a kiedy wresz­cie ruszył przez mia­sto, jego uwagę przy­kuł młody czło­wiek snu­jący się po ulicy. Przy­sta­nął, by mu się przyj­rzeć, i stwier­dził zain­try­go­wany, że to młody Shoc­kley. Wtedy cie­ka­wość ustą­piła zło­śli­wej satys­fak­cji. Chło­pak już wybił okno i pró­bo­wał zaata­ko­wać kon­tro­lera tka­nin. Zasta­na­wia­jąc się, co jesz­cze może zma­lo­wać, posta­no­wił go śle­dzić.

Na rynku ujrzał, jak mar­kotny mło­dzik kopie stoły przy targu sero­wym. Widział, jak pod­nosi kamień i ciska nim przez opu­sto­szały plac. Sły­szał, jak krzy­czy, dając upust furii.

Takiej oka­zji nie mógł prze­pu­ścić. Rozej­rzaw­szy się wokół, Wil­liam wypa­trzył spory kawał drewna, który pod­pie­rał jeden ze stra­ga­nów. Chwilę póź­niej prze­mknął, nie­wi­doczny w ciem­no­ści, rzu­cił gru­bym drą­giem w jedno z okien kościoła św. Toma­sza i czym prę­dzej pobiegł w kie­runku domu bisku­piego rządcy.

Aż try­skał zado­wo­le­niem, kiedy parę minut póź­niej kościelny urzęd­nik wkro­czył na rynek i aresz­to­wał mło­dego Shoc­kleya, który wciąż krę­cił się koło stra­ga­nów.

-?Widzia­łem, jak cisnął kamie­niem w okno Le Por­tiera -?zapew­niał Wil­liam -?a potem przy­szedł tutaj i wybił szybę w kościele. Jeśli potrzeba świad­ków, zapy­taj na Castle Street.

-?Tak zro­bię -?obie­cał rządca.

* * *

Dzie­sięć dni póź­niej Peter Shoc­kley sta­nął przed sądem bisku­pim. Oskar­żony i natych­miast uznany win­nym zakłó­ce­nia porządku na targu oraz wybi­cia okna w kościele został ska­zany na spę­dze­nie całego poranka w dybach.

-?Przy­kro mi z powodu twego syna -?powie­dział póź­niej rządca do Edwarda Shoc­kleya -?ale nie mogę czy­nić żad­nych wyjąt­ków.

Zemsta kupca z Wil­ton była satys­fak­cjo­nu­jąca, ale jesz­cze daleka od zakoń­cze­nia.

Kara zaku­cia w dyby była dość nie­prze­wi­dy­walna. Jeden spę­dzał w nich cały dzień i wycho­dził bez szwanku, inny -?jeśli nie cie­szył się dobrą repu­ta­cją -?bywał obrzu­cany czym popa­dło. Z rękami i głową uwię­zio­nymi w cięż­kim drew­nia­nym jarz­mie nie mógł się bro­nić, więc koń­czył pora­niony i posi­nia­czony. Naj­gor­sze jed­nak było upo­ko­rze­nie i kiedy Edward Shoc­kley usły­szał ten wyrok, ogar­nęła go wście­kłość.

-?Zhań­bi­łeś rodzinę! -?grzmiał. -?Będziesz pra­co­wał w folu­szu, ale przy­się­gam na Boga, nie dam ci nim zarzą­dzać.

Następ­nego ranka, gdy dwóch ludzi rządcy wypro­wa­dziło Petera Shoc­kleya i zakuło go w dyby, zda­wało mu się, że całe jego życie, które jesz­cze przed dwoma mie­sią­cami jawiło się jako pełne obiet­nic, teraz legło w gru­zach. "Stra­ci­łem młyn -?pomy­ślał ponuro -?i stra­ci­łem Ali­cię". Spo­glą­da­jąc przed sie­bie ponad pla­cem tar­go­wym, wyobra­ził ją sobie w ramio­nach ryce­rza z Win­che­steru i oczy zaszły mu łzami. Jakiś uliczny łobuz, nie tyle zło­śli­wie, ile dla zabawy, rzu­cił w niego jabł­kiem, które tra­fiło go w usta, kale­cząc wargę. Jesz­cze ni­gdy nie czuł się tak samotny.

A jed­nak ten nie­chlubny dzień przy­niósł mu jed­nego nie­ocze­ki­wa­nego przy­ja­ciela.

Póź­nym ran­kiem poczuł obok sie­bie czy­jąś obec­ność. Drew­niane jarzmo na szyi nie pozwa­lało mu odwró­cić głowy, ale zdo­łał dostrzec stopy w pro­stych san­da­łach i skra­wek sza­rego przy­bru­dzo­nego habitu. To go prze­ko­nało, że jego towa­rzy­szem jest fran­cisz­ka­nin.

Za jego życia miesz­kańcy Sarum przy­wy­kli do widoku braci nale­żą­cych do dwóch zako­nów: domi­ni­ka­nów -?odzia­nych w czarne habity kazno­dzie­jów i inte­lek­tu­ali­stów, któ­rzy osie­dli opo­dal Wil­ton, oraz sza­rych braci, naśla­dow­ców jed­nego z naj­now­szych świę­tych -?Fran­ciszka z Asyżu. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści księży i mni­chów sza­rzy bra­cia żyli w pro­sto­cie, pra­cu­jąc wśród bied­nych i odda­jąc się zwy­kłym, codzien­nym obo­wiąz­kom, czym już zyskali sobie sza­cu­nek miesz­kań­ców Salis­bury. Kiedy przed pięt­na­stoma laty do Sarum przy­była pierw­sza grupa z Włoch, biskup ofia­ro­wał im skromny dom przy St. Ann Street, tuż poza tere­nami przy­ka­te­dral­nymi. Król także był uspo­so­biony do nich przy­chyl­nie.

Choć Peter sły­szał o fran­cisz­ka­nach, ni­gdy wcze­śniej z żad­nym nie roz­ma­wiał, więc teraz przy­pa­try­wał się z cie­ka­wo­ścią, jak szara postać okrąża dyby, by sta­nąć naprze­ciw niego.

Był to młody męż­czy­zna -?nie­wiele star­szy od niego samego -?o ciem­nych wło­sach i gładko ogo­lo­nej, zie­mi­stej twa­rzy.

-?Co cię spro­wa­dziło w te dyby? -?zapy­tał z sil­nym wło­skim akcen­tem.

-?Moje grze­chy -?odparł Peter ponuro. -?I dziew­czyna -?dodał. -?A cie­bie?

Młody mnich się uśmiech­nął, odsła­nia­jąc równe białe zęby.

-?Te same dwa powody -?roze­śmiał się. -?Jestem brat Gio­vanni. -?I nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie, usiadł na ziemi przed dybami. -?Co ci się przy­da­rzyło? -?zacie­ka­wił się.

Pyta­nie było życz­liwe, a Peter i tak nie miał lep­szego zaję­cia, więc opo­wie­dział mni­chowi całą swoją histo­rię: o folu­szu, o tym, jak stra­cił Ali­cię, i o nocy, gdy wybił okno.

-?Naj­za­baw­niej­sze jest to -?wyznał -?że cho­ciaż byłem pijany, to nie pamię­tam, abym rzu­cał czym­kol­wiek w okno kościoła.

Mnich nic na to wszystko nie powie­dział, ale już samo jego pogodne uspo­so­bie­nie koiło Petera i wkrótce obaj zaczęli ze sobą swo­bod­nie roz­ma­wiać. Gio­vanni opowie­dział mu o swoim życiu we Wło­szech, spę­dzo­nym w rodzi­nie kupiec­kiej, która przy­po­mi­nała Pete­rowi jego wła­sną. Młody Shoc­kley nawet nie zauwa­żył, kiedy minęła ponad godzina i nie spo­tkał go żaden nie­przy­jemny incy­dent.

-?Naj­gor­sze w tym wszyst­kim -?stwier­dził Peter -?że mój ojciec mi tego nie wyba­czy. Mówi, że zhań­bi­łem rodzinę.

-?Wyba­czy -?zapew­nił go mnich. -?Daj mu tro­chę czasu.

-?Jak mogę go udo­bru­chać? -?zapy­tał Peter.

-?Haruj jak wszy­scy dia­bli -?odparł Gio­vanni, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

W końcu jeden z braci zakon­nych zawo­łał swego przy­ja­ciela i Peter znów został sam.

Słońce na­dal powoli pięło się po nie­bie. Na czole Petera poja­wiły się kro­pelki potu, ale tar­go­wi­sko żyło swo­imi spra­wami i choć przy dybach krę­cili się ludzie, nikt nie zwra­cał na niego naj­mniej­szej uwagi.

Zbli­żało się połu­dnie, gdy ujrzał wkra­cza­ją­cego na plac Wil­liama atte Brigge.

Kupiec ruszył powoli w stronę dybów, roz­glą­da­jąc się ukrad­kiem. Peter zauwa­żył, że w jed­nej ręce trzyma kosz zgni­łych warzyw, a w dru­giej rzepę. I że uśmie­cha się pod nosem. Dwóch małych chłop­ców, odga­du­jąc jego zamiary, dołą­czyło do niego.

Odkąd dostał jabł­kiem w usta, niczym wię­cej w niego nie rzu­cano. Obec­ność mni­cha odstra­szała łobu­zów i znie­chę­cała do ich zwy­kłej zabawy w obrzu­ca­nie czym bądź ofiary zaku­tej w dyby.

Jed­nak Wil­liam, kipiący nie­na­wi­ścią do Shoc­kleyów, naj­wy­raź­niej zamie­rzał dopil­no­wać, by przed otwar­ciem dybów w połu­dnie gawiedź zaba­wiła się tro­chę kosz­tem nie­szczę­śnika.

Gdy zna­lazł się wystar­cza­jąco bli­sko, posta­wił swój koszyk na ziemi i gestem zachę­cił dwóch urwi­sów, aby wybrali sobie coś z jego zawar­to­ści. Chwilę póź­niej Peter dostał w twarz wielką kapu­stą, a obaj chłopcy ryk­nęli trium­fal­nym śmie­chem.

Zgniłe warzywa nie mogły zro­bić mu więk­szej krzywdy, ale Peter nie spusz­czał oka z rzepy, którą trzy­mał Wil­liam. Było w niej coś dziw­nego i nagle zro­zu­miał co: w jej środku tkwił wielki kawał krze­mie­nia o kra­wę­dziach ostrych jak brzy­twa.

Peter wytrzesz­czył oczy ze zgrozy. Otwo­rzył usta, by wzy­wać pomocy, ale nim z jego gar­dła wydo­był się krzyk, ujrzał, jak kupiec z Wil­ton napina się niczym sprę­żyna i z całej siły rzuca w niego ten strasz­liwy pocisk.

Shoc­kley ude­rzył tyłem głowy o górną część dybów, gdy instynk­tow­nie pró­bo­wał się odchy­lić. Skrzy­wił się i mocno zaci­snął oczy. Usły­szał głu­chy łomot i krzyk. Ale nie poczuł bólu. Czyżby Wil­liam chy­bił?

Kiedy otwo­rzył oczy, ujrzał ze zdu­mie­niem, że jakiś metr przed nim młody mnich usi­łuje dźwi­gnąć się z ziemi. Z wiel­kiej rany na czole wypły­wał stru­mień krwi. W tle widział, jak Wil­liam chwyta swój kosz i rzuca się do ucieczki.

Jakim cudem zakon­nik zauwa­żył, co się dzieje, i zdo­łał zna­leźć się na dro­dze lecą­cego kamie­nia -?Peter ni­gdy się nie dowie­dział.

-?Czemu to zro­bi­łeś? -?zapy­tał ze zdu­mie­niem.

Młody Gio­vanni spoj­rzał na niego ze smut­kiem.

-?Nikt ci nie mówił, że fran­cisz­ka­nie są tro­chę pro­sto­duszni? - wyszep­tał i osu­nął się bez czu­cia na zie­mię.

Kilku męż­czyzn, któ­rzy byli świad­kami tego zda­rze­nia, spoj­rzało z odrazą za umy­ka­ją­cym kup­cem. Dwóch z nich porzu­ciło swoje stra­gany i pod­bie­gło, by pomóc mni­chowi się pod­nieść, a trzeci poszedł wezwać bisku­piego rządcę.

Kilka minut póź­niej Peter był wolny.

Następ­nego dnia wraz z ojcem udali się do domu braci fran­cisz­ka­nów. Gio­vanni już zdą­żył sta­nąć na nogi, mimo głę­bo­kiej, poszar­pa­nej rany na czole, po któ­rej bli­zna miała mu zostać do końca życia. Mimo to zacho­wał pogodę ducha.

-?Pogo­dzi­łeś się już z ojcem? -?zapy­tał.

Peter Shoc­kley ni­gdy nie był zbyt reli­gijny, ale przez resztę życia regu­lar­nie wspie­rał dat­kami fran­cisz­ka­nów z Nowego Salis­bury.

Cho­ciaż odzy­skał względy ojca, następ­nej wio­sny pra­wie stra­cił swój folusz.

Nowe nie­szczę­ście, które nie­mal zni­we­czyło plany Shoc­kleyów, ledwo roz­po­częto budowę młyna, było jedy­nym wypad­kiem, któ­rego ani Gode­froi, ani Edward Shoc­kley w ogóle nie brali pod uwagę.

Winę pono­sił król Hen­ryk III, a wyda­rze­nia, które do owego nie­szczę­ścia dopro­wa­dziły, w naj­mniej­szym stop­niu nie doty­czyły Sarum.

Korze­nie pro­blemu tkwiły we Fran­cji. Nie­mal wszyst­kie nie­szczę­ścia, które pod­czas dłu­gich pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nich rzą­dów Hen­ryka nie­jed­no­krot­nie przy­no­siły mu wstyd, były wyni­kiem jego upodo­ba­nia do knu­cia poli­tycz­nych intryg po dru­giej stro­nie Kanału -?była to skłon­ność, któ­rej nie podzie­lał nie­mal żaden z jego pod­da­nych. Można to jed­nak zro­zu­mieć. Król nie potra­fił zapo­mnieć o wiel­kim impe­rium w zachod­niej Fran­cji, któ­rym wła­dał jego dziad, Hen­ryk II, a które jego ojciec, Jan, utra­cił. Nie chciał pogo­dzić się z myślą, że Nor­man­dia prze­pa­dła. A gdy kilka lat wcze­śniej nowy król Fran­cji, Ludwik, zajął pro­win­cję Poitou nad Atlan­ty­kiem, któ­rej Hen­ryk na­dal był -?przy­naj­mniej nomi­nal­nym -?władcą, sytu­acja jesz­cze bar­dziej się zaogniła. Hen­ryk posta­no­wił odzy­skać swoje potężne dzie­dzic­two.

Aby w pełni pojąć praw­dziwy stan rze­czy, należy pamię­tać, że wielka poli­tyka śre­dnio­wiecz­nej Europy wciąż cał­ko­wi­cie opie­rała się na struk­tu­rach feu­dal­nych. Choć w cza­sach pokoju angiel­scy han­dla­rze wełny oraz fla­mandzcy i wło­scy tka­cze pod­no­sili zamoż­ność swo­ich kra­jów na nowe wyżyny, kró­le­stwa i pro­win­cje euro­pej­skie, na któ­rych tere­nie dzia­łali, były sple­cione sie­cią wię­zów rodzin­nych. Sieć ta zda­wała się nie mieć końca. Roz­po­ście­rała się na cały kon­ty­nent niczym ogromna, misterna paję­czyna, a zmienne ambi­cje i soju­sze kró­lew­skich rodów nie­jed­no­krot­nie przy­ćmie­wały wszel­kie inne kwe­stie, takie jak pokój, dobro­byt, a nawet zdrowy roz­są­dek.

Nikt nie sta­no­wił lep­szego przy­kładu tej zagma­twa­nej sytu­acji niż angiel­ski król Hen­ryk III. Jego druga żona była córką hra­biego Pro­wan­sji, tej sło­necz­nej kra­iny na połu­dniu Fran­cji, będą­cej kolebką tru­ba­du­rów i min­streli. Jego matka Iza­bela, po śmierci męża, króla Jana, wró­ciła do Fran­cji, zerwała zarę­czyny wła­snej córki z Hugo­nem X de Lusi­gnan, głową potęż­nego rodu z Poitou -?w któ­rego ojcu była nie­gdyś zako­chana -?po czym sama poślu­biła nie­do­szłego zię­cia. Hen­ryk był ponadto kuzy­nem króla Ara­go­nii, który rościł sobie prawa do połu­dnio­wej Fran­cji, oraz szwa­grem cesa­rza nie­miec­kiego, który pra­gnął osła­bić Fran­cję i pod­po­rząd­ko­wać sobie pół­nocne Wło­chy.

Dla nich wszyst­kich -?i wielu innych -?Hen­ryk był tylko pion­kiem w ich roz­gryw­kach.

W 1242 roku wyru­szył na wyprawę, która -?nawet jak na jego wyjąt­kowe stan­dardy nie­kom­pe­ten­cji -?oka­zała się jed­nym z naj­bar­dziej nie­udol­nych i bez­ce­lo­wych posu­nięć w trak­cie jego dłu­giego pano­wa­nia. Wszystko zaczęło się, jak zwy­kle, od zawi­łej intrygi -?tak zawi­łej, że chyba żadna z wplą­ta­nych w nią stron nie była w sta­nie jej pojąć. Plan zakła­dał, że władcy regio­nów połu­dnio­wych Fran­cji, przy wspar­ciu króla Ara­go­nii, Lusi­gna­nów, a nawet cesa­rza nie­miec­kiego, wypę­dzą króla Fran­cji z regio­nów połu­dniowo-zachod­nich, z któ­rych część miała następ­nie zostać zwró­cona Hen­ry­kowi. Całe to przed­się­wzię­cie było absur­dalne do tego stop­nia, że część jego uczest­ni­ków zawarła trak­taty z kró­lem Ludwi­kiem, zanim przy­stą­piono do reali­za­cji samego planu.

Magnaci angiel­scy, dobrze już zna­jąc dyplo­ma­tyczne "talenty" Hen­ryka, odmó­wili uczest­nic­twa w jego wypra­wie, w zamian uisz­cza­jąc należny w tej sytu­acji poda­tek scu­tage, zwal­nia­jący ich od służby woj­sko­wej. Hen­ryk ścią­gnął jesz­cze dodat­kowe podatki tal­la­ges od Żydów i wyru­szył na połu­dnie. Jego tam­tejsi sojusz­nicy, mając rów­nie trafne wyobra­że­nie o kró­lew­skich talen­tach woj­sko­wych, nie kwa­pili się zbyt­nio do pomocy, ale skwa­pli­wie przy­jęli kró­lew­skie pie­nią­dze, któ­rych Hen­ryk już ni­gdy wię­cej nie zoba­czył. Kam­pa­nia wojenna speł­zła na niczym nie­mal natych­miast po jej roz­po­czę­ciu. Król wró­cił do Anglii. W ciągu zale­d­wie kilku mie­sięcy stra­cił bajoń­ską na tamte czasy sumę czter­dzie­stu tysięcy fun­tów, niczego nie zysku­jąc w zamian. I jak zwy­kle jego skar­biec znów świe­cił pust­kami.

W 1244 roku w Lon­dy­nie nastą­piło dru­gie -?z pozoru zupeł­nie nie­zwią­zane z pla­nami Gode­froia i Shoc­kleyów -?zda­rze­nie.

Na cmen­ta­rzu przy Kościele św. Beneta zna­le­ziono zwłoki dziecka, a wkrótce zaczęto powta­rzać nie­do­rzeczne pogło­ski, że na jego ciele wycięto hebraj­ski napis. Choć był to czy­sty absurd, kano­nicy Kate­dry św. Pawła przy­jęli te twier­dze­nia za prawdę, a dziecko pocho­wano przy głów­nym ołta­rzu.

Dla króla był to praw­dziwy dar losu. Oczy­wi­ście, że winni musieli być Żydzi. Nało­żył więc na nich grzywnę -?trzy­krot­nie wyż­szą niż naj­wyż­szy z dotych­cza­so­wych podat­ków i dwa­na­ście razy wyż­szą od zwy­kłej rocz­nej stawki -?sześć­dzie­siąt tysięcy marek. Zbie­giem oko­licz­no­ści, jako że marka miała war­tość dwóch trze­cich funta, sta­no­wiło to aku­rat czter­dzie­ści tysięcy fun­tów.

Pod koniec tego roku Aaron przy­szedł do Gode­froia i Edwarda Shoc­kleya i powie­dział:

-?Nie wiem, czy mogę zagwa­ran­to­wać wam dal­szą pożyczkę. Sam jestem nie­mal zruj­no­wany.

Przez tydzień pano­wała cisza w tej spra­wie. Wia­domo było jed­nak, że spo­łecz­no­ści żydow­skie na całej wyspie roz­pacz­li­wie szu­kały spo­so­bów na zapła­ce­nie tej nie­do­rzecz­nej kwoty.

Po tygo­dniu Gode­froi i Shoc­kley­owie posta­no­wili zwo­łać zebra­nie, które na zawsze wyryło się w pamięci Petera. To wła­śnie wtedy usły­szał słowa ryce­rza, które wpra­wiły go w zdu­mie­nie i stały się począt­kiem jego edu­ka­cji poli­tycz­nej.

Jedna sprawa nie ule­gała wąt­pli­wo­ści: żadna z rodzin nie była w sta­nie sfi­nan­so­wać folu­szu bez zacią­gnię­cia pożyczki.

-?Musiał­bym sprze­dać Shoc­kley -?wyja­śnił ojciec Petera.

-?A ja chęt­nie wyło­żył­bym gotówkę -?zade­kla­ro­wał Gode­froi -?ale w obec­nej sytu­acji... -?Wyko­nał wymowny gest pustych rąk.

Nie było tajem­nicą, że podob­nie jak wielu przed­sta­wi­cieli jego klasy, rycerz z Avons­ford żył na miarę swo­ich pokaź­nych docho­dów, a cza­sem nawet ponad stan. Nie zna­czyło to jed­nak, że lek­ko­myśl­nie zarzą­dzał swo­imi dobrami. W cza­sach roz­kwitu gospo­dar­czego w pełni wyko­rzy­sty­wał swoją sytu­ację. Wzrost popu­la­cji Anglii przy­niósł bene­fity nie tylko hodow­com owiec, ale też wszyst­kim rol­ni­kom. Otwarte pola w Avons­ford obsie­wano teraz trzy, a nie dwa razy do roku, zaś sprze­daż psze­nicy ozi­mej oraz jarego owsa i jęcz­mie­nia na targu w Nowym Salis­bury przy­no­siła ryce­rzowi spore zyski. Nie tylko powięk­szył liczeb­ność stad owiec, ale także, wzo­rem innych wła­ści­cieli ziem­skich w regio­nie, zaczął eks­pe­ry­men­to­wać z nowymi rasami, takimi jak dłu­go­weł­ni­ste owce lin­coln, dzięki czemu część jego stad pro­du­ko­wała obec­nie szla­chetną wełnę lind­sey, która osią­gała rekor­dowe ceny na rynku. W ten spo­sób Joce­lin zadbał o to, by jego dzie­się­cio­letni syn Hugh mógł kie­dyś prze­jąć oka­załe dzie­dzic­two.

Jed­nak gotówka to była inna sprawa. Dżen­tel­men musiał żyć w spo­sób przy­sta­jący do swo­jej klasy. Wie­dział o tym każdy, kto znał pie­śni fran­cu­skich tru­ba­du­rów albo czy­ty­wał coraz barw­niej­sze legendy o królu Artu­rze i jego rycer­zach. Uro­czy­sto­ści, zami­ło­wa­nie do tur­nie­jów rycer­skich, piękne nowe skrzy­dło z oknami zwień­czo­nymi ostrymi łukami, dobu­do­wane do sta­rego, solid­nego nor­mań­skiego dworu -?wszystko to nad­wą­tliło jego zasoby.

"Mamy wiele bogactw -?powie­dział synowi -?ale nie mamy pie­nię­dzy". I pod tym wzglę­dem był typo­wym przed­sta­wi­cie­lem szlachty.

Obaj męż­czyźni roz­wa­żyli każdą moż­liwą opcję, nawet zwró­ce­nie się do kup­ców z Cahors. "Ale oni zedrą z nas skórę", lamen­to­wał Shoc­kley. Dopiero po dłuż­szym cza­sie tych deli­be­ra­cji Gode­froi nie­spo­dzie­wa­nie wybuch­nął gnie­wem, który tak bar­dzo zasko­czył Petera.

"Wszyst­kiemu winien jest król! -?zagrzmiał. -?On, te jego prze­klęte zagra­niczne wojaże i prze­klęta zagra­niczna rodzina. Wszyst­kich nas w końcu zruj­nuje!"

W swo­jej nie­win­no­ści Peter zawsze był prze­ko­nany, że rycerz jest wier­nym sługą króla. Jed­nak kolejne słowa Gode­froia, choć padły w gnie­wie, wpra­wiły go w osłu­pie­nie.

"Powiem ci, Shoc­kley, ten czło­wiek to dzie­ciak. Jedyne dobre rządy mie­li­śmy, kiedy był małym chłop­cem, a wła­dzę spra­wo­wali w jego imie­niu regenci. Jeste­śmy Angli­kami. Nie­po­trzebni nam jego cudzo­ziemcy. Nie­po­trzebne nam jego wybryki i zbytki. Cza­sami myślę, że to zwy­kły figu­rant i on też nie jest nam do niczego potrzebny".

Choć Peter zdu­miał się takim bluź­nier­stwem prze­ciw poboż­nemu monar­sze, poglądy Gode­froia podzie­lała zarówno szlachta, jak i magnaci. Być może król wciąż nie mógł zapo­mnieć o utra­co­nych zie­miach, ale więk­szość jego feu­dal­nych pod­da­nych już dawno się z ich stratą pogo­dziła. Magnaci gar­dzili zagra­nicz­nymi pro­te­go­wa­nymi, któ­rym powie­rzano klu­czowe sta­no­wi­ska na dwo­rze, ryce­rze zaś nie cier­pieli podat­ków scu­tage, które monar­cha nakła­dał na magna­tów, a ci obcią­żali nimi ryce­rzy. Paro­krot­nie, gdy baro­no­wie uzna­wali finan­sowe żąda­nia króla za wygó­ro­wane i nie­roz­sądne, przy­po­mi­nali mu o pod­pi­sa­nej przez jego ojca Wiel­kiej Kar­cie Swo­bód, która ogra­ni­czała kró­lew­ską wła­dzę. Co prawda Gode­froi nie wspo­mniał o tym Shoc­kley­owi, ale sły­szał pogło­skę, że kilku moż­no­wład­ców zamie­rza narzu­cić kró­lowi radę czte­rech, która sku­tecz­nie zarzą­dza­łaby kró­le­stwem w jego imie­niu.

Synowi pro­win­cjo­nal­nego kupca takie idee wyda­wały się nie­zwy­kle śmiałe; nie miał poję­cia, co o nich myśleć. Jed­nego był pewien: król roz­trwo­nił zbyt wiele pie­nię­dzy i zaszko­dził inte­re­som jego rodziny. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej coś trzeba będzie na to pora­dzić. Była to naj­waż­niej­sza lek­cja poli­tyki, jaką kie­dy­kol­wiek ode­brał.

Dwa mie­siące dłu­żyły się nie­mi­ło­sier­nie. Dąb, już ścięty na potrzeby budowy folu­szu, wciąż leżał na ziemi. Na pustym placu pię­trzyły się nie­tknięte sterty kamieni, któ­rych zwie­ziono tam dwie fur­manki. Aż w końcu Aaron z Wil­ton zwo­łał zebra­nie we dwo­rze.

-?Pano­wie -?oznaj­mił. -?Zebra­łem pie­nią­dze. -?Umilkł, a Edward Shoc­kley dostrzegł nowe bruzdy, które ból i tro­ska wyryły wokół jego oczu. -?Ale powiem wam jedno -?pod­jął po chwili -?jeżeli król znowu nałoży na nas takie tal­la­ges, będzie to ostat­nia pożyczka, jakiej zdo­łam udzie­lić.

-?A na jaki pro­cent? -?Gode­froi dosko­nale wie­dział, że Żydzi będą zmu­szeni pod­nieść swoje stawki, by prze­trwać.

-?Uzgod­ni­li­śmy warunki -?odparł Aaron powścią­gli­wie. -?Nie ule­gły zmia­nie.

Wów­czas Joce­lin de Gode­froi udał się do gar­de­roby, gdzie prze­cho­wy­wał swe naj­cen­niej­sze skarby, by po kilku chwi­lach wró­cić z ksią­żeczką w skó­rza­nej opra­wie, którą zło­żył w dło­niach Aarona. Było to dzieło Geof­freya z Mon­mo­uth, we fran­cu­skim prze­kła­dzie, nie­gdyś nale­żące do pra­dziada Joce­lina.

-?To na pamiątkę tego dnia -?rzekł uro­czy­ście, kon­sta­tu­jąc z zado­wo­le­niem, że Żyd aż się rumieni z rado­ści.

Dwa dni póź­niej do dworu przy­był posła­niec, któ­rego zapro­wa­dzono przed obli­cze ryce­rza. Z niskim ukło­nem oznaj­mił, że przy­cho­dzi w imie­niu Aarona z Wil­ton, i wrę­czył Gode­fo­riowi mały paku­nek.

W środku znaj­do­wała się inna ksią­żeczka. Był to zbio­rek opo­wia­dań zaty­tu­ło­wany Przy­po­wie­ści lisa, napi­sany przez Żyda z Oks­fordu zwa­nego z fran­cu­ska Bene­dict le Poin­tur, a Żydom znany jako Bere­chiah ha-Nakdan. Gode­froi sły­szał o tej książce, gdyż bajki te uwa­żano za kla­sykę rene­sansu żydow­skiego pisar­stwa, który nastą­pił w Anglii w minio­nym stu­le­ciu, zanim zaczęły się spo­ra­dyczne prze­śla­do­wa­nia. Rów­nież to dzieło było prze­tłu­ma­czone na fran­cu­ski, a ponadto zdo­bione uro­kli­wymi ilu­stra­cjami. Rycerz uśmiech­nął się i mruk­nął: "Ten czło­wiek jest zbyt dumny, by przy­jąć dar, nie dając niczego w zamian". Ale książka spra­wiła mu wielką przy­jem­ność i umie­ścił ją wśród innych skar­bów w swej gar­de­ro­bie.

-?A teraz -?rzekł wesoło do Edwarda Shoc­kleya następ­nego dnia -?nie­chaj roz­poczną się prace nad naszym folu­szem.

1248

Kiedy dokład­nie jego men­tor Bar­tho­lo­mew zwró­cił się prze­ciw niemu? Kamie­niarz Osmund nie potra­fił stwier­dzić tego z całą pew­no­ścią, ale jego zda­niem stało się to praw­do­po­dob­nie tego dnia - mniej wię­cej rok po tym, jak zaczął ter­mi­no­wać -?kiedy przy­niósł do kwa­ter mula­rzy figurkę łabę­dzia, którą rzeź­bił dla Joce­lina de Gode­froia.

Rzeźba była nie­wielka, wyko­nana z dębu, i miała zostać umiesz­czona w niszy na wiel­kich, nabi­ja­nych ćwie­kami drzwiach dworu w Avons­ford. Osmund pra­co­wał nad nią przez kilka dni i był bar­dzo dumny z efek­tów. Przy migo­tli­wym bla­sku świec, słu­cha­jąc toczo­nych w tle roz­mów, nada­wał jej osta­teczne szlify.

Mula­rze lubili Osmunda. Był spo­kojny i skromny, ni­gdy nie wycho­dził przed sze­reg i nie odzy­wał się nie­pro­szony. Kiedy jeden z męż­czyzn zauwa­żył, czym zaj­muje się chło­pak, przyj­rzał się jego dziełu, a potem zawo­łał kole­gów, aby i oni mogli zoba­czyć, co zro­bił ich młody kam­rat. Wszy­scy byli zachwy­ceni odkry­ciem, że Osmund ma taki talent.

-?Umie rzeź­bić -?orze­kli zgod­nie. -?Młody ma talent w rękach. Nauczymy cię -?obie­cali -?rzeź­bie­nia w kamie­niu.

Wła­śnie wtedy przy­jęli go do swego grona. Od tam­tego wie­czoru jego życie ule­gło zmia­nie. Starsi mula­rze zaczęli swo­bod­nie z nim roz­ma­wiać. Sam Robert, prawa ręka wiel­kiego Nicho­lasa z Ely, pod­cho­dził do niego, żeby popa­trzeć, jak chło­pak pra­cuje, i zamie­nić z nim kilka słów, a czę­sto któ­ryś z mistrzów przy­wo­ły­wał go tam, gdzie wyko­ny­wano bar­dziej skom­pli­ko­wane ele­menty, aby zapo­znać go z róż­nymi tech­ni­kami i taj­ni­kami sztuki mular­skiej.

Powoli wni­kał w sze­roką sieć przy­jaźni i bra­ter­stwa, która opla­tała cały kraj, łącząc śre­dnio­wiecz­nych mula­rzy w jeden cech.

Nic dziw­nego, że Bar­tho­lo­mew zro­bił się chłodny. Był wykwa­li­fi­ko­wa­nym i pra­co­wi­tym, lecz nie­zbyt uta­len­to­wa­nym rze­mieśl­ni­kiem, miał jed­nak dość wyobraźni, by dostrzec, że nowi­cjusz go prze­wyż­sza.

Wyty­kał mu więc błędy, gdzie tylko mógł, ale nie było to łatwe. Raz czy dwa, kiedy żalił się star­szym mula­rzom na rze­komą nie­udol­ność małego chłopca o wiel­kiej gło­wie, w ich oczach ujrzał coś, co mówiło mu, że pod­ko­puje auto­ry­tet wła­sny, nie Osmunda. Dla­tego prze­stał się skar­żyć. Odtąd sta­rał się jak naj­mniej poma­gać swemu pro­te­go­wa­nemu, więc tym dotkliw­sza była świa­do­mość, że ten cichy mło­dzik coraz mniej potrze­bo­wał jego rad i wska­zó­wek.

W ciągu kolej­nych trzech mie­sięcy nie­mal zupeł­nie prze­stał odzy­wać się do Osmunda, a jesz­cze przed Świę­tym Micha­łem zaczął pota­jem­nie rzu­cać mu kłody pod nogi -?cza­sem zosta­wiał kupki pyłu zmie­sza­nego z wap­nem obok jego sta­no­wi­ska pracy, żeby uno­szony wia­trem draż­nił mu oczy, a cza­sem cho­wał kawałki kamie­nia, które Osmund zamie­rzał obra­biać.

Począt­kowo Osmund led­wie zauwa­żał te drobne ataki. Jed­nak stop­niowo zaczął dostrze­gać w nich pewien sche­mat, a ponadto zawsze, gdy przy­tra­fiała mu się taka nie­do­god­ność, Bar­tho­lo­mew natych­miast poja­wiał się w pobliżu, niby przy­pad­kiem, żeby spraw­dzić, jak sobie radzi. Osmund widział też kilka razy, jak tam­ten patrzy na niego z jawną wro­go­ścią, mimo że nie miał po temu żad­nego powodu.

Cza­sami Bar­tho­lo­mew tak bar­dzo iry­to­wał się postę­pami swego pod­opiecz­nego, że nie­świa­do­mie dra­pał wrzód na szyi aż do krwi, a potem snuł się wokół z wyra­zem udręki na podłuż­nej, bla­dej twa­rzy i poczer­wie­niałą od dra­pa­nia szyją.

Osmund nie zwra­cał na to więk­szej uwagi. Im dłu­żej ter­mi­no­wał, tym bar­dziej popa­dał w oso­bliwy stan bez­cza­so­wo­ści. Natu­ral­nie dostrze­gał prze­mi­ja­nie pór roku. Był świa­domy, że dora­sta, nabiera siły i tęży­zny. Ale już nie mie­rzył czasu w taki sam spo­sób jak daw­niej. Teraz jego miarą stały się postępy w rze­mio­śle. "Tego roku naprawdę opa­no­wa­łem sztukę obróbki kamie­nia", wspo­mi­nał. Albo: "W tym roku nauczy­łem się for­mo­wać kamie­nie na tokarce".

Uwiel­biał dłu­gie, spo­kojne dni, szcze­gól­nie latem, kiedy mula­rze wsta­wali o świ­cie i pra­co­wali aż do zmierz­chu, z prze­rwami jedy­nie na śnia­da­nie i obiad, a póź­niej na skromny wie­czorny napi­tek, kiedy pierw­szy dzwon wzy­wał księży na nie­szpory.

Na­dal odwie­dzał Avons­ford, ale żył dla swo­jej pracy w kate­drze i led­wie dostrze­gał to, co się działo w zewnętrz­nym świe­cie.

We wrze­śniu jego czwar­tego roku jeden z mistrzów mular­skich przy­szedł do Osmunda ze zdu­mie­wa­jącą wia­do­mo­ścią:

-?Posta­no­wi­li­śmy, że w dro­dze wyjątku przyj­miemy cię do cechu mular­skiego jesz­cze w tym roku. -?Był to nie­zwy­kły zaszczyt, o jakim Osmund ni­gdy nawet nie marzył. Jego sied­mio­let­nie, jak się spo­dzie­wał, ter­mi­no­wa­nie, miało się skoń­czyć dopiero za trzy lata. Nawet Bar­tho­lo­mew mógł zostać przy­jęty nie wcze­śniej niż w przy­szłym roku. -?Ale naj­pierw -?dodał mularz -?musisz przy­go­to­wać dzieło, które zapre­zen­tu­jesz cechowi, aby dowieść, żeś tego godny.

Osmund od razu wie­dział, co przy­go­tuje.

Podzi­wiał wiele deko­ra­cyj­nych detali tej maje­sta­tycz­nej gotyc­kiej kate­dry: dosko­nale ukształ­to­wane pod­stawy fila­rów, ele­ganc­kie kapi­tele zdo­bione moty­wami fauny i flory, masko­wate twa­rze wyzie­ra­jące z zaka­mar­ków i naroż­ni­ków, wspa­niałe pła­sko­rzeźby daw­nych bisku­pów na gro­bow­cach prze­nie­sio­nych ze sta­rej kate­dry na wzgó­rzu zam­ko­wym. Jed­nak naj­bar­dziej mister­nymi ze wszyst­kich, praw­dzi­wym apo­geum rzeź­biar­skiego kunsztu, były wiel­kie okrą­głe zwor­niki osa­dzone w skle­pie­niu niczym olbrzy­mie ozdobne ćwieki.

Przed­sta­wiały wszel­kiego rodzaju formy, lecz naj­wspa­nial­sze i naj­bar­dziej wyszu­kane bazo­wały na moty­wach roślin­nych. Dłu­gie liście, łodygi i kwiaty krzy­żo­wały się ze sobą raz po raz, two­rząc zawiłe sploty w buj­nej i olśnie­wa­ją­cej mani­fe­sta­cji rzeź­biar­skiego kunsztu. Stwo­rze­nie takiego arcy­dzieła wyma­gało nie tylko pre­cy­zyj­nego ukształ­to­wa­nia deli­kat­nych list­ków za pomocą dłuta, lecz także żmud­nego rzeź­bie­nia pod nimi, aby war­stwa po war­stwie for­mo­wać kamienny orna­ment niczym ogromny, otwarty węzeł.

-?Przy­go­tuję zwor­nik skle­pie­nia -?oświad­czył w nagłym przy­pły­wie ambi­cji i wiary w sie­bie.

Wybrany prze­zeń wzór zapie­rał dech w pier­siach. Pośrodku zwor­nika wid­niała podwójna róża podobna do tych, które widział nie­gdyś przy drzwiach dworu Gode­froia. Obra­mo­wa­nie two­rzył pier­ścień z liści buko­wych, wypeł­niony burzą roślin­nej obfi­to­ści ota­cza­ją­cej cen­tralny kwiat: liście dębowe, żołę­dzie, sito­wie, bluszcz -?misterny gąszcz dosko­nale odda­jący bogac­two roślin­no­ści buj­nej doliny Avonu, którą tak dobrze znał. Zwor­nik miał led­wie trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów śred­nicy, ale zawie­rał w sobie wszystko. Osmund pra­co­wał nad nim każ­dego dnia o świ­cie, a potem także wie­czo­rem, przy świecy. A kiedy nade­szła pora pre­zen­ta­cji, wie­dział, że już przy pierw­szej pró­bie stwo­rzył dzieło sta­no­wiące triumf kamie­niar­skiego kunsztu.

Zbli­żały się święta Bożego Naro­dze­nia i nie­długo miało się odbyć zebra­nie cechu, pod­czas któ­rego miał zapre­zen­to­wać swoje dzieło. Ukoń­czył je dwa dni przed ter­mi­nem i ukrył w skrzyni pod swoim małym łóż­kiem w kwa­te­rze mular­skiej, gdzie prze­cho­wy­wał narzę­dzia.

Następ­nego dnia, gdy wró­cił po pracy i otwo­rzył skrzy­nię, żeby odło­żyć narzę­dzia, oka­zało się, że zwor­nika tam nie ma.

To wła­śnie wtedy Osmund Mularz uległ trze­ciemu z sied­miu grze­chów głów­nych. Grzech gniewu, który nim teraz owład­nął, był nie­po­dobny do jakie­go­kol­wiek zna­nego mu uczu­cia. Jego drobne ciało zatrzę­sło się z wście­kło­ści; czer­wona mgła przed oczami zasnuła na moment wszystko, a krót­kie palce tak mocno zaci­snęły się na młotku i dłu­cie, że zbie­lały mu knyk­cie. Chciał ude­rzyć w sto­jącą przed nim pustą skrzy­nię, ale gniew cał­ko­wi­cie go spa­ra­li­żo­wał. Wie­dział z abso­lutną pew­no­ścią, kto zawi­nił.

-?To musiał być Bar­tho­lo­mew -?wymam­ro­tał.

Cóż jed­nak mógł zro­bić? Za trzy­dzie­ści sześć godzin miał sta­nąć przed cechem. A został z niczym. Obo­wią­zu­jące zasady nie pozo­sta­wiały miej­sca na wyjątki -?musiał zapre­zen­to­wać cechowi swoje dzieło albo cze­kać na przy­ję­cie do następ­nego roku.

Bar­tho­lo­mew poja­wił się o zmroku i usiadł na swoim łóżku, jakby nic się nie stało. Osmund nie powie­dział ani słowa. Robie­nie awan­tury nie miało sensu, ponie­waż wszyst­kiemu by zaprze­czył, a dowo­dów nie było.

Patrzył, jak młody czło­wiek wyciąga się na łóżku. Dziś rana zda­wała się mniej dokucz­liwa niż zwy­kle, a jego twarz w bla­sku świecy ema­no­wała spo­koj­nym zado­wo­le­niem.

Osmund spę­dził bez­senną noc. Wie­dział, że musi jakoś roz­wią­zać pro­blem przed zbli­ża­ją­cym się spo­tka­niem, ale myślał jedy­nie o Bar­tho­lo­me­wie. Gniew prze­nik­nął go do głębi i stward­niał.

Nim nastał świt, Osmund posta­no­wił, że zabije Bar­tho­lo­mewa.

Się­gnął po dłuto. Wie­dział, co zrobi: zada nim jeden cios -?ude­rzy weń młot­kiem, tak jakby ata­ko­wał kamień -?pro­sto w tcha­wicę tam­tego. A co potem? Zasta­no­wił się. Może mógłby uciec. Ale dokąd? Pokrę­cił głową, tar­gany gnie­wem i bez­sil­no­ścią.

I wtedy wpadł na pewien pomysł. Szansę na powo­dze­nie miał nikłą, ale mógł jesz­cze zdą­żyć. Gdy poja­wiły się pierw­sze pro­mie­nie słońca, wstał z łóżka i oszczę­dziw­szy Bar­tho­lo­mewa, wymknął się z chaty. Zimne, przej­rzy­ste powie­trze dzia­łało orzeź­wia­jąco, a kate­drę spo­wi­jała cisza. Zna­lazł nie­wielki kawa­łek kamie­nia z Chil­mark, opu­ścił przy­ka­te­dralne close i ruszył w kie­runku Avons­ford. Poczuł, że wielki gniew przy­niósł mu inspi­ra­cję.

* * *

Następ­nego dnia wie­czo­rem, w prze­stron­nej izbie na pię­trze gospody, mistrz mular­ski wpa­try­wał się w zamy­śle­niu w mło­dego Osmunda. Chło­pak był blady. Trudno było się dzi­wić, skoro już od dwóch dni nie zaznał snu. Mistrz wie­dział ponadto, że poprzed­niego dnia Osmund nie poja­wił się w pracy, a Bar­tho­lo­mew roz­po­wia­dał, że chło­pak nie ma odwagi sta­nąć przed cechem. A jed­nak się sta­wił, więc zgod­nie z daną mu obiet­nicą nale­żało roz­wa­żyć jego kan­dy­da­turę. Pozo­stali mula­rze, zasia­da­jący przy dłu­gich sto­łach usta­wio­nych wzdłuż trzech ścian pomiesz­cze­nia, spo­glą­dali na mło­dego Osmunda wycze­ku­jąco.

-?Przy­nio­słeś swoją pracę? -?zapy­tał mistrz mular­ski.

Osmund ski­nął głową. Miał to w nie­wiel­kiej tor­bie.

-?Piękny zwor­nik, jak sądzę?

-?Nie, panie.

Mistrz zmarsz­czył brwi.

-?To wszak nam obie­ca­łeś.

-?Znik­nął, panie. Ale mam coś innego.

To nie wró­żyło niczego dobrego. Może jed­nak nazbyt pochop­nie uznali, że ten mło­dzie­niec gotów jest na tak szybką nobi­li­ta­cję.

-?Pokaż więc, co stwo­rzy­łeś -?roz­ka­zał.

Osmund się­gnął do torby i wyjął nie­wielki przed­miot. Był to posą­żek, wysoki na jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, podobny do rzeźb zdo­bią­cych nie­które kapi­tele w kate­drze. Posta­wił go na stole i cof­nął się bez słowa.

Kiedy mistrz mular­ski uważ­nie przyj­rzał się temu dziełu, sze­roko otwo­rzył oczy ze zdu­mie­nia.

Była to wyrzeź­biona podo­bi­zna Bar­tho­lo­mewa. Przed­sta­wiała go z nie­zwy­kłą pre­cy­zją -?od pod­łego, choć głup­ko­wa­tego wyrazu jego dłu­giej twa­rzy aż po wiecz­nie jątrzący się wrzód na szyi. Uchwy­cony był w chwili ucieczki, z głową wysu­niętą trium­fal­nie do przodu, jakby zwy­cię­żał w wyścigu. Wargi roz­chy­lał w zło­śli­wym uśmie­chu, a w obu wycią­gnię­tych rękach trzy­mał wielki okrą­gły zwor­nik, w któ­rego cen­trum wid­niała maleńka róża.

W mil­cze­niu prze­ka­zy­wano sobie ten posą­żek z rąk do rąk. Nikt nie sko­men­to­wał tematu rzeźby -?prze­kaz był aż nadto czy­telny.

-?Ile czasu zajęło ci wyko­na­nie tego dzieła? -?zapy­tał mistrz mular­ski.

-?Dzień, panie. I noc -?dodał zgod­nie z prawdą.

Mistrz powiódł wzro­kiem po zasia­da­ją­cych przy sto­łach mula­rzach. Kilku z nich uśmie­chało się sze­roko, a każdy, na kim mistrz zatrzy­my­wał wzrok, kiwał głową z apro­batą.

-?Witaj w naszej braci, Osmun­dzie Mula­rzu -?oznaj­mił uro­czy­ście mistrz cechu.

Na dźwięk tych słów grzech gniewu opu­ścił Osmunda Mula­rza tak szybko, jak wcze­śniej nim zawład­nął, i ni­gdy wię­cej nie ude­rzył w niego z tak potężną mocą.

Tej nocy Osmund pod­niósł wzrok na monu­men­talną, wciąż nie­do­koń­czoną kate­drę i wyszep­tał:

-?Myślę, że będę pra­co­wał przy tej kate­drze do końca życia.

1264

Gdyby powie­dzieć Pete­rowi Shoc­kley­owi, że w tym roku naro­dzi się demo­kra­cja par­la­men­tarna, nie zro­zu­miałby zna­cze­nia tego poję­cia, a gdyby mu je wyja­śnić, pew­nie wybuch­nąłby śmie­chem. Sam pomysł był wręcz nie­do­rzeczny.

Nie­wielu miesz­kań­ców Sarum cie­szyło się więk­szym sza­cun­kiem za swój roz­są­dek niż Peter. Zało­żony przez niego i jego ojca folusz oka­zał się wiel­kim suk­ce­sem, a ryt­miczne ude­rze­nia potęż­nych dębo­wych mło­tów przy­no­siły im nie­małe bogac­two. Nie był to jedyny tego rodzaju młyn w oko­licy. Inne znaj­do­wały się w ruchli­wym mie­ście Marl­bo­ro­ugh, czter­dzie­ści kilo­me­trów na pół­noc, i w Down­ton, nie­spełna dzie­sięć kilo­me­trów na połu­dnie. Jed­nak w samym Sarum dzia­łały wów­czas tylko dwa: folusz biskupi pod mia­stem i ten nowy, Shoc­kleyów, więc inte­res kwitł.

Peter nale­żał do cechu kupiec­kiego; zyskał zna­czącą pozy­cję w mie­ście, a w pasie przy­było mu parę cen­ty­me­trów. Jego nie­bie­skim oczom nie umy­kał żaden szcze­gół doty­czący młyna czy tkac­kich inte­re­sów i było jasne, że losy rodziny są w dobrych rękach. Był tylko jeden pro­blem: nie oże­nił się.

"To nie tak, że kobiety są mu obo­jętne", żalił się stary Edward. Nie­raz mu przy­cho­dziło dys­kret­nie zaże­gny­wać kon­flikty z ojcami dziew­cząt z mia­sta, z któ­rymi zada­wał się jego syn, a w jed­nym przy­padku musiał zapła­cić pokaźną kwotę roz­wście­czo­nemu mężowi.

Ile­kroć ojciec poru­szał ten temat z synem, Peter tylko się śmiał i mówił: "Oże­nię się, ojcze, gdy będę gotów. Nie jestem wszak jesz­cze taki stary".

Wyglą­dało więc na to, że Peter już zawsze wiódł będzie samotne życie w pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się nowym mie­ście.

A jed­nak w 1264 roku wszystko się zmie­niło.

Pod­wa­liny pod nie­zwy­kłe wyda­rze­nia tam­tego roku powstały już wcze­śniej, a do kło­po­tów znowu dopro­wa­dziły zagra­niczne uwi­kła­nia króla Hen­ryka. Tym razem to papież wcią­gnął go w kosz­towne tara­paty.

Nagrodą miało być bogate połu­dniowe kró­le­stwo Sycy­lii, które papież, w ramach jed­nego z licz­nych zmien­nych soju­szy tam­tych cza­sów, obie­cał Hen­ry­kowi dla jego syna Edmunda, jeżeli Hen­ryk popro­wa­dzi tam świętą wojnę. Sycy­lia leżała daleko, a dyna­stia Hohen­stau­fów, którą papież pró­bo­wał w ten spo­sób odsu­nąć od wła­dzy, miała mocną pozy­cję. Nawet brat Hen­ryka, Ryszard z Korn­wa­lii, daleko bar­dziej roz­tropny mąż stanu niż król, ostrze­gał, że to nie­do­rzeczny pomysł. Ale Hen­ryk, jak zwy­kle, dał się porwać wizji, a gdy wkrótce potem Ryszar­dowi z Korn­wa­lii zaofe­ro­wano tron Nie­miec, Hen­ryk zaczął marzyć o wspa­nia­łym nowym soju­szu mię­dzy sobą, rów­nie jak on poboż­nym kró­lem Ludwi­kiem z Fran­cji oraz nowym nie­miec­kim monar­chą, czyli swoim bra­tem Ryszar­dem. Snuł wizję chrze­ści­jań­skiej kon­fe­de­ra­cji, jakiej Europa nie widziała od wielu stu­leci. Z wiel­kim zapa­łem, jakby pla­no­wał wspa­niałą nową cere­mo­nię dwor­ską, rzu­cił się w wir zdu­mie­wa­ją­cych zabie­gów dyplo­ma­tycz­nych. Zawarł pokój z Ludwi­kiem, wyrze­ka­jąc się wresz­cie wszel­kich rosz­czeń, które od lat zgła­szał wobec Fran­cji, a na doda­tek poślu­bił córkę króla Kasty­lii, orę­dow­nika wypraw krzy­żo­wych, a także zło­żył papie­żowi obiet­nice hoj­nej pomocy w spra­wie sycy­lij­skiej -?obiet­nice finan­so­wego wspar­cia, któ­rych nie mógł speł­nić.

Tego rodzaju plan był dla niego typowy, a jego pod­stawę sta­no­wiło to, czego każdy roz­sądny angiel­ski moż­no­władca lub szlach­cic naj­bar­dziej się oba­wiał -?zagra­niczna intryga z nie­mal nie­ogra­ni­czo­nym budże­tem i cał­ko­wi­tym bra­kiem szans na powo­dze­nie.

"Kolejna sza­leń­cza wyprawa! -?grzmiał Gode­froi przed swoją rodziną. - Walij­czycy się burzą, kró­le­stwo jest źle zarzą­dzane, król już teraz tonie w dłu­gach -?Bóg jeden wie, że wystar­cza­jąco dużo jest do zro­bie­nia tutaj".

Wkrótce sytu­acja jesz­cze się pogor­szyła. Hen­ryk zło­żył tak ogromne obiet­nice doty­czące pro­wa­dze­nia tej świę­tej wojny, że papież zagro­ził mu eks­ko­mu­niką i ponow­nym nało­że­niem inter­dyktu na cały kraj, jeśli danego słowa nie dotrzyma.

Już od dawna możni dosko­nale wie­dzieli, że biedny Hen­ryk nie nadaje się do rzą­dze­nia. Nawet mniej zna­czący ludzie, jak Gode­froi, nie mieli co do tego wąt­pli­wo­ści. Jed­nakże jego ostatni wybryk był kro­plą, która prze­lała czarę gory­czy. Fatalna pozy­cja króla dała im rów­nież oka­zję do dzia­ła­nia. I tak w 1258 roku opra­co­wali pro­wi­zje oks­fordz­kie, które sta­no­wiły zna­czące roz­sze­rze­nie Wiel­kiej Karty Swo­bód. Oznaj­mili Hen­rykowi, że jeśli chce zyskać ich wspar­cie w sycy­lij­skiej spra­wie, w którą był uwi­kłany, to musi przy­stać na ich warunki. A były one upo­ka­rza­jące. Miała bowiem powstać stała rada, w skład któ­rej weszliby angiel­scy magnaci oraz bli­scy współ­pra­cow­nicy króla, w więk­szo­ści podej­rze­wani o nie­czy­ste inten­cje cudzo­ziemcy z rodu Lusi­gna­nów powią­za­nego z jego matką. Rada ta miała wyzna­czać głów­nych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, a w rezul­ta­cie rzą­dzić kró­le­stwem w jego imie­niu. Hen­ryk, który znaj­do­wał się w roz­pacz­li­wej sytu­acji finan­so­wej, musiał ustą­pić.

Na czele tego ruchu stał jeden z naj­bar­dziej oso­bli­wych i kon­tro­wer­syj­nych boha­te­rów w dzie­jach Anglii: Szy­mon z Mont­fort.

Ten zało­ży­ciel "matki par­la­men­tów" wcale nie był Angli­kiem: pocho­dził z Fran­cji, z jed­nego z naj­zna­mie­nit­szych rodów Île-de-France. W naj­mniej­szym stop­niu nie inte­re­so­wały go demo­kra­tyczne rządy. Był magna­tem. Przed dwu­dzie­stoma laty wywo­łał skan­dal, poślu­bia­jąc nie­dawno owdo­wiałą sio­strę Hen­ryka, która miała wstą­pić do klasz­toru -?zda­niem króla Szy­mon ją uwiódł. Obec­nie bar­dziej zaj­mo­wał go nie­koń­czący się pro­ces o posag żony -?któ­rego Hen­ryk wciąż nie wypła­cił -?niż kwe­stia angiel­skiego par­la­mentu.

On nawet nie lubił Angli­ków: jaw­nie ich nie sza­no­wał i podzie­lał zda­nie suro­wego Gros­se­te­ste'a, że naro­dowe morale należy uzdro­wić, choćby siłą. Był zwo­len­ni­kiem rygo­ry­stycz­nej dys­cy­pliny woj­sko­wej i gar­dził nie­udol­nymi kam­pa­niami Hen­ryka, czego nie omiesz­kał oznaj­mić kró­lowi w sło­wach tak dosad­nych, że król aż się skrzy­wił. Był inte­lek­tu­ali­stą i pozba­wio­nym taktu despotą: euro­pej­ski wielki pan, który widział, że Hen­ryk nie ma poję­cia, jak rzą­dzić swoim kró­le­stwem, i nie mógł się oprzeć poku­sie prze­ję­cia tej roli.

Mont­fort miał nie­spo­żytą ener­gię, wyjąt­kowe umie­jęt­no­ści i nie­prze­ciętną cha­ry­zmę, a w prze­ci­wień­stwie do bied­nego Hen­ryka wie­dział, czego chce. Prze­mknął przez dzieje Anglii niczym prze­ci­na­jący niebo meteor.

W ciągu zale­d­wie kilku mie­sięcy w 1258 roku prze­for­mu­ło­wał cały sys­tem rzą­dze­nia. W imie­niu króla posta­no­wiono, że par­la­menty zło­żone z baro­nów i ryce­rzy należy zwo­ły­wać trzy razy do roku, a kró­lew­scy sze­ry­fo­wie będą wybie­rani spo­śród miej­sco­wych, przy czym ich wła­dza zosta­nie ogra­ni­czona jed­no­roczną kaden­cją. Roz­po­częto sze­roko zakro­jony pro­gram lokal­nych reform. A wszystko to nie z powodu swego odda­nia jakiej­kol­wiek idei, lecz dla­tego, że dostrzegł, iż dla nie­za­leż­nych miesz­kań­ców pół­noc­nej wyspy ten sys­tem spraw­dzi się naj­le­piej.

W paź­dzier­niku 1258 roku we wszyst­kich sądach hrab­stwa odczy­tano pro­kla­ma­cję w języ­kach łaciń­skim, fran­cu­skim i angiel­skim, następ­nie zaś, w imie­niu króla i wspól­noty kró­le­stwa, nie tylko każdy baron i rycerz, ale też każdy wolny czło­wiek musiał zło­żyć przy­sięgę wier­no­ści nowemu rzą­dowi.

Tego dnia Peter Shoc­kley towa­rzy­szył Gode­fro­iowi i jego synowi, a wspo­mnianą przy­sięgę zło­żył zaraz po nich.

"Teraz wresz­cie docze­kamy się spraw­nych rzą­dów za nasze pie­nią­dze", zwró­cił się do niego syn Gode­froia, uśmie­cha­jąc się pokrze­pia­jąco.

"A Mont­fort? Jakim jest czło­wie­kiem?" -?zapy­tał kupiec, a wtedy uśmiech­nął się star­szy Gode­froi.

"To aro­gancki drań -?mruk­nął kon­spi­ra­cyj­nie. -?Ale sku­teczny".

Iro­nia tej sytu­acji wyszła na jaw nie­długo póź­niej, gdy papież zmie­nił zda­nie i posta­no­wił prze­ka­zać Sycy­lię komuś innemu. Chyba nikogo w Anglii, oprócz samego króla, taki obrót spraw nie zasko­czył. Hen­ryk oddał swoje kró­le­stwo Szy­mo­nowi z Mont­fort i jego radzie zupeł­nie na próżno.

Jed­nak przy­sięga została już zło­żona.

"Teraz król musi sto­so­wać się do pro­wi­zji -?stwier­dził Gode­froi. -?Nie ma odwrotu. Sprawa prze­są­dzona".

Mylił się. Potężne siły, prądy dzie­jo­wych prze­mian, które osta­tecz­nie roze­rwały misterną tkankę śre­dnio­wiecz­nego spo­łe­czeń­stwa, przez cały czas dzia­łały w tle.

Wyda­rze­nia, które nastą­piły w ciągu następ­nych czte­rech lat, przy­po­mi­nały skom­pli­ko­wany rytu­alny taniec, w któ­rym wszyst­kie kroki były wyko­ny­wane zgod­nie z naj­lep­szymi tra­dy­cjami feu­dal­nego porządku.

Począt­kowo zda­wało się, że syn Hen­ryka, przy wspar­ciu Szy­mona z Mont­fort, wywoła bunt i przej­mie tron. Jed­nak potem ojciec i syn się pogo­dzili, a Hen­ryk zwró­cił się do papieża, aby ten unie­waż­nił znie­na­wi­dzone pro­wi­zje, które wią­zały mu ręce. Papież przy­chy­lił się do jego prośby, a wtedy Mont­fort, znie­sma­czony, udał się na wygna­nie. Hen­ryk natych­miast wró­cił do swo­ich daw­nych zwy­cza­jów, wypeł­nia­jąc dwór obco­kra­jow­cami i lek­ce­wa­żąc magna­tów. Jak można się było spo­dzie­wać, baro­no­wie znowu wezwali Mont­forta i wsz­częli bunt. Sytu­acja zmie­niała się nie­mal z mie­siąca na mie­siąc: raz górę brała frak­cja kró­lew­ska, innym razem domi­no­wali rebe­lianci. Kraj był na skraju wojny domo­wej, ale nie docho­dziło jesz­cze do roz­lewu krwi.

Cho­ciaż te wiel­kie wyda­rze­nia były istotne w skali całego kraju, nie zakłó­ciły zanadto spo­koju Sarum. Lokalni magnaci, tacy jak Bas­set i Longspée'owie, mieli poglądy umiar­ko­wane lub opo­wia­dali się za kró­lem. A kiedy w 1261 roku sze­ryf zaczął skła­niać się w stronę frak­cji Mont­forta, został czym prę­dzej zastą­piony przez jed­nego z ludzi króla, Ral­pha Rus­sella, który miał także obsa­dzić zamek gar­ni­zo­nem. Po raz pierw­szy od wielu lat miesz­kańcy Sarum ponow­nie odczuli zło­wrogi maje­stat góru­ją­cego nad nimi sta­rego zamku. Nowe mia­sto ogar­nął nie­po­kój, lecz pozo­stało bierne.

Gode­froi wyra­ził odczu­cia więk­szo­ści ludzi, stwier­dza­jąc sta­now­czo: "Nikt nie chce wojo­wać z kró­lem. Musimy jed­nak zna­leźć roz­wią­za­nie". Pyta­nie brzmiało, jak tego doko­nać.

W 1263 roku zna­le­ziono spo­sób. Obie strony zgo­dziły się na arbi­traż.

Na sędzię roz­jem­czego wybrano króla Fran­cji Ludwika IX Świę­tego.

Lep­szego kan­dy­data, jak się zda­wało, być nie mogło: pobożny król-krzy­żo­wiec, uoso­bie­nie wzoru feu­dal­nego władcy i orę­dow­nik pokoju obec­nie zwią­zany z Anglią trak­ta­tami przy­jaźni. Ponadto Hen­ryk zło­żył mu, for­mal­nie rzecz bio­rąc, hołd lenny za ostat­nią fran­cu­ską pro­win­cję, jaka pozo­stała w jego rękach -?bogaty w win­nice region Gasko­nii na połu­dnio­wym zacho­dzie -?więc w pew­nym sen­sie Ludwik był len­nym panem króla Anglii.

I tak, w święta Bożego Naro­dze­nia 1263 roku, fran­cu­ski król Ludwik szy­ko­wał się do roz­po­zna­nia sprawy mię­dzy kró­lem Anglii a dużą grupą jego pod­da­nych.

* * *

Dla Petera Shoc­kleya kry­zys 1264 roku, który cał­ko­wi­cie odmie­nił jego losy i nie­mal znisz­czył rodzinę jego przy­ja­ciół Gode­fro­ich, roz­po­czął się w folu­szu ostat­niego dnia stycz­nia.

Tego roku wio­sna przy­szła do Sarum bar­dzo wcze­śnie, a wez­brana rzeka rwą­cym nur­tem mijała mły­nówkę.

Póź­nym popo­łu­dniem do młyna zawi­tał młody Hugh de Gode­froi, aby omó­wić z Pete­rem sprze­daż przy­szło­rocz­nej wełny, i obaj męż­czyźni stali na dwo­rze w chłod­nym, wil­got­nym powie­trzu, pogrą­żeni w roz­mo­wie, kiedy nad­je­chał Joce­lin.

Rycerz z Avons­ford, choć już się sta­rzał, na­dal był impo­nu­jącą i onie­śmie­la­jącą posta­cią. Sie­dział na koniu wypro­sto­wany tak dum­nie, jakby zaraz miał sta­nąć w szranki. Jego jastrzę­bia twarz o głę­boko wyry­tych drwią­cych rysach, teraz oto­czona sta­lo­wo­sza­rymi wło­sami, zła­god­niała w uśmie­chu na widok syna i Petera Shoc­kleya. Joce­lin był dumny ze swego potomka.

Hugh zbli­żał się do trzy­dziestki i był wyso­kim, przy­stoj­nym męż­czy­zną o kru­czo­czar­nych wło­sach i odzie­dzi­czo­nych po ojcu wyra­zi­stych rysach twa­rzy. Poślu­bił córkę ryce­rza z Devon­shire, która dała mu dziecko, zanim zmarła, poko­nana gorączką. Powszech­nie sądzono, że wkrótce znów się ożeni. Od osiem­na­stego roku życia, ku zachwy­towi Joce­lina, wyróż­niał się w licz­nych tur­nie­jach, zysku­jąc uzna­nie samego księ­cia Edwarda, pasjo­nata rycer­skich poje­dyn­ków i następcy angiel­skiego tronu. Herb Gode­fro­ich -?biały łabędź na czer­wo­nym tle -?wzbu­dzał obec­nie pomruk ocze­ki­wa­nia wśród tłu­mów na try­bu­nach i nie­po­kój u rywali. Minio­nego lata Joce­lin, już owdo­wiały, prze­ka­zał pro­wa­dze­nie mająt­ków synowi, a sam odda­wał się lek­tu­rze ksiąg i codzien­nym prze­jażdż­kom po swo­ich roz­le­głych wło­ściach. Tego ranka wra­cał wła­śnie ze sta­rego labi­ryntu na wzgó­rzu, który odna­wiał, i był w dosko­na­łym humo­rze.

Trzej męż­czyźni two­rzyli przy­jemny kon­trast: z jed­nej strony Gode­fro­io­wie, któ­rych dostojne maniery jed­no­znacz­nie zdra­dzały przy­na­leż­ność do rycer­skiego stanu -?nawet powi­ta­nia wymie­niali w wytwor­nej fran­cusz­czyź­nie -?a z dru­giej Shoc­kley, ich przy­ja­ciel i wspól­nik w inte­re­sach, czło­wiek o sze­ro­kiej twa­rzy i krzep­kiej postu­rze, kupiec w każ­dym calu.

-?A kie­dyż to wresz­cie się poże­ni­cie? -?Było to pyta­nie, które Joce­lin zwykł zada­wać każ­demu z nich, ile­kroć ich widział. Brzmiało jak żart, ale obaj dobrze wie­dzieli, że pyta poważ­nie. Pra­gnął, by jego syn znowu się ustat­ko­wał, ale chciał też zoba­czyć wnuka swego sta­rego przy­ja­ciela Edwarda Shoc­kleya, który już dawno prze­stał wypy­ty­wać syna o takie plany.

Nim jed­nak któ­ry­kol­wiek z nich zdą­żył zna­leźć jakąś wymówkę, ich spo­tka­nie prze­rwał nie­spo­dzie­wany widok: pędzący ku nim wóz. Powo­ził nim stary Edward Shoc­kley -?kru­chy i zgar­biony, ale z wyra­zem nie­ugię­tej deter­mi­na­cji na twa­rzy. Raz po raz gorącz­kowo sma­gał konia batem, a stary wóz, nie­na­da­jący się do tak szyb­kiej jazdy, zbli­żał się do nich w sza­leń­czym tem­pie, pod­ska­ku­jąc na wybo­jach. Kap­tur zsu­nął mu się na plecy, a kosmyki śnież­no­bia­łych wło­sów ster­czały wokół jego łysiny niczym aure­ola. Gdy wóz zatrzy­mał się gwał­tow­nie, Edward wykrzyk­nął:

-?Król Fran­cji opo­wie­dział się za Hen­ry­kiem! Mont­fort jest skoń­czony, a pro­wi­zje prze­pa­dły.

Fak­tem jest, że Ludwik nie wahał się ani chwili. Sprawa, którą roz­pa­try­wał w Amiens, gdzie król Anglii sta­wił się oso­bi­ście, była dla niego zupeł­nie oczy­wi­sta. Nawet nie brał pod uwagę kom­pro­misu, który mógłby zaże­gnać kon­flikt. Oświad­czył, że papież słusz­nie odrzu­cił zbun­to­wa­nych baro­nów i że nikt nie powi­nien lek­ce­wa­żyć takiej ducho­wej wła­dzy. Przy­znał, że Hen­ryk ma pełne prawo postę­po­wać w swoim kró­le­stwie wedle wła­snej woli i wybie­rać sobie takich przy­ja­ciół oraz mini­strów, jakich zechce, czy to się baro­nom spodoba, czy nie. Pod­kre­ślił, że są to zwy­cza­jowe prawa wszyst­kich kró­lów. Wyrok był kom­plek­sowy, kon­ser­wa­tywny i zgodny z feu­dal­nym porząd­kiem, a przy tym gor­szy, niż oba­wiali się angiel­scy bun­tow­nicy.

Czte­rej męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia. Żaden z nich nie miał wąt­pli­wo­ści co do powagi kry­zysu. Arbi­traż był osta­teczny -?sta­no­wił jedyną moż­li­wość poko­jo­wego roz­wią­za­nia.

Mil­cze­nie prze­rwał w końcu Joce­lin.

-?Muszą się pod­po­rząd­ko­wać.

Obaj Shoc­kley­owie spoj­rzeli na niego ze zdu­mie­niem, ale to Hugh, mówiąc po angiel­sku, gło­śno zapro­te­sto­wał:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki