Podróż do Sarum
Na długo przed początkiem Sarum istniały czasy,
kiedy świat był miejscem zimniejszym i mroczniejszym.
Na ogromnym obszarze półkuli północnej -?być może jednej szóstej całego
globu -?rozciągała się potężna pokrywa lodowa. Zajmowała całą północną
Azję, Kanadę, Skandynawię i około dwóch trzecich przyszłej Brytanii.
Gdyby możliwe było przebycie tego gigantycznego lodowego kontynentu,
trzeba by pokonać około ośmiu tysięcy kilometrów, niezależnie od
miejsca, w którym ta podróż zostałaby podjęta. Objętość lodu była
zdumiewająca; nawet na swoich zewnętrznych krańcach pokrywa miała
wysokość dziewięciu metrów.
Na południe od lodu ciągnął się jałowy, ciemny pas, który zajmowało
rozległe, szerokie na kilkaset kilometrów subarktyczne, pokryte tundrą
pustkowie.
Tak wyglądał ten zimniejszy i mroczniejszy świat około dwudziestu
tysięcy lat przed narodzeniem Chrystusa.
Ponieważ ta ogromna pokrywa lodowa pochłonęła znaczną część wody
ziemskiej, poziom oceanów był niższy niż w czasach późniejszych -
niektóre morza w ogóle nie istniały -?dlatego też lądy na południu były
wyższe, a ich urwiste klify górowały ponuro nad przepastnymi
czeluściami, które obecnie od dawna znajdują się głęboko pod wodą.
Świat na północy był także cichszy. Nad lodem i tundrą panowała głusza,
która zdawała się nie mieć końca. To prawda, że wiały straszne wiatry, a szalejące zamiecie wyły nad tą lodową krainą; i prawdą jest, że w arktycznej tundrze istniały pewne formy życia -?skąpa roślinność,
niewielkie grupy odpornych zwierząt -?które były w stanie przetrwać na
mroźnych pustkowiach; ale ogólnie rzecz biorąc, ziemia była ciągnącą się
tysiącami kilometrów pustynią, a bezkresna wieczna zmarzlina więziła w swej lodowej martwocie wszelkie formy życia i morskie głębie, które
mogły je zrodzić.
Tak wyglądała ostatnia epoka lodowcowa. Wcześniej było wiele podobnych,
po niej nastąpi wiele kolejnych. A w przerwach między nimi, na
północnych ziemiach, pojawiali się i znikali ludzie.
Mijały stulecia i tysiąclecia; nic się nie zmieniało i nic nie
zapowiadało zmian. Lecz w końcu, około dziesięciu tysięcy lat przed
naszą erą, rozpoczął się pewien proces: na zewnętrznych krawędziach
zamarzniętego pustkowia zaczęła wzrastać temperatura. Nie na tyle, by
dało się to zauważyć w ciągu dekady, a jedynie z ledwością na
przestrzeni stulecia, ponadto nie miało to jeszcze żadnego wpływu na
lód, niemniej wzrost ten był faktem. Minęły kolejne wieki. Temperatura
podniosła się jeszcze trochę. A potem pokrywa lodowa zaczęła się topić.
Był to jednak proces stopniowy: tu pojawiał się strumień, tam rzeczka,
odrywające się od krawędzi lodu bloki w jednym miejscu były
kilkumetrowe, a w innym miały szerokość prawie kilometra, wszystko to
jednak pozostawało ledwie zauważalne na tle tysięcy kilometrów
rozległego kontynentu lodowego, który wciąż trwał. Niemniej powoli
topnienie nabierało tempa. Spod lodu wyłonił się nowy ląd, tundra,
powstały nowe rzeki, a kry przesunęły się na południe do mórz, których
poziom zaczął się podnosić. Na powierzchni ziemi postępowało nowe
poruszenie. Wiek za wiekiem, gdy nowe lądy nabierały kształtu, zmieniało
się oblicze kontynentów, a nowe życie zaczęło ostrożnie rozprzestrzeniać
się po całej ziemi.
Ostatnia epoka lodowcowa była w odwrocie.
Proces ten trwał kilka tysięcy lat.
* * *
Około siedmiu i pół tysiąca lat przed narodzeniem Chrystusa, gdy wciąż
trwała ponura i nieprzyjazna pora roku, jaką było lato na tych
północnych ziemiach, pewien myśliwy postanowił wyruszyć w niemożliwą
podróż. Jego imię, o ile można je w ogóle zapisać, brzmiało Hwll.
Gdy o tym planie usłyszała jego kobieta Akun, najpierw spojrzała na
niego z niedowierzaniem, a potem zaprotestowała.
-?Nikt z nami nie pójdzie -?stwierdziła. -?Jak znajdziemy żywność bez
pomocy?
-?Mogę polować sam -?odpowiedział. -?Będziemy jeść.
Pokręciła energicznie głową z niedowierzaniem.
-?To miejsce, o którym mówisz, ono nie istnieje.
-?Istnieje. -?Hwll wiedział, że tak jest. Powiedział mu to jego ojciec,
a przedtem jeszcze ojciec jego ojca. Chociaż nie zdawał sobie z tego
sprawy, informacja ta liczyła już kilka stuleci.
-?Umrzemy -?rzekła po prostu Akun.
Stali na grzbiecie wzgórza nad swoim obozowiskiem -?żałosną zbitką
szałasów ze skór reniferów wspartych na długich żerdziach -?założonym
przez pięć rodzin tworzących ich grupę myśliwską, gdy ustąpiły zimowe
śniegi. Po drugiej stronie grzbietu, jak okiem sięgnąć, rozciągała się
pusta przestrzeń szorstkiej, szarobrązowej trawy, usiana gdzieniegdzie
krzakami, brzozami karłowatymi albo zbitkami skał, do których przylgnęły
postrzępione porosty i kępy mchu. Nad tą brunatną krainą sunęły szare
chmury, pędzone chłodnym, północno-wschodnim wiatrem.
Była to tundra. Kiedy bowiem lody ostatniej epoki lodowcowej zaczęły się
cofać, odsłoniły surowe tereny rozciągające się nieprzerwanie na całą
północną część lądu Eurazji. Od Szkocji po Chiny, na tych rozległych,
pustych przestrzeniach o klimacie podobnym do dzisiejszej Syberii grupki
myśliwych, znanych archeologom jako przedstawiciele górnego paleolitu, a później ludzie z mezolitu, podążały za rzadką zwierzyną łowną
przemierzającą jałowe pustkowia. Krępe żubry, renifery, dzikie konie i dostojne łosie pojawiały się na horyzoncie, po czym znowu znikały, a myśliwi podążali za nimi, często przez wiele dni, aby upolować zdobycz i przetrwać do następnych łowów. Było to życie naznaczone zimnem i niepewnością, które trwało przez setki pokoleń.
Hwll i jego kobieta znaleźli się w wysuniętym najdalej na północny
zachód krańcu tego gigantycznego obszaru tundry.
Mężczyzna ten był typowym przedstawicielem wędrowców nienależących do
żadnego konkretnego typu rasowego. Miał metr siedemdziesiąt wzrostu,
nieco powyżej średniej, wydatne kości policzkowe, czarne jak węgiel oczy
i ogorzałą twarz o skórze żłobionej głębokimi bruzdami niczym krajobraz
zryty przez niezliczone doliny, potoki i wąwozy. Zęby, których została
mu połowa, były żółte, a gęstą czarną brodę obecnie znaczyła siwizna.
Miał dwadzieścia osiem lat: dojrzały wiek średni na tamtym obszarze i w tamtych czasach. Prymitywny kaftan i nogawice, które nosił, wykonane
były ze skóry renifera i futra lisa, a spięte przetyczkami z kości,
bowiem sztuka zszywania ubrań nie dotarła jeszcze do jego ludu. Na
nogach miał miękkie mokasyny. Nie nosił żadnych ozdób. Jego strój
zapewniał mu naturalny kamuflaż w tundrze, gdzie przypominał
strzępiastą, brązową roślinę nieokreślonego rodzaju, z której czubka
zwisał splątany gąszcz włosów. Kiedy stał nieruchomo, unosząc gotową do
rzutu włócznię, z odległości dwudziestu metrów można go było wziąć za
skarłowaciałe drzewo. Spod mocno zarysowanego czoła i krzaczastych brwi
patrzyły czujnie i inteligentnie szeroko osadzone oczy.
Był dobrym żywicielem, a wśród innych myśliwych uchodził za zręcznego
tropiciela i przez wiele lat ich grupka żyła i polowała bez przeszkód na
obszarze około osiemdziesięciu kilometrów ze wschodu na zachód i sześćdziesięciu pięciu z północy na południe. Tropili zwierzynę i łowili
ryby, ufając, że bogini księżyca czuwa nad myśliwymi i chroni ich przed
trudami surowego trybu życia.
Latem mieszkali w namiotach, zimą budowali półpodziemne domy, wcinając
je w zbocze wzgórza i osłaniając chrustem: były to schronienia
prymitywne, lecz tak pomyślane, aby utrzymać cenną ciepłotę ciała.
Dziesięć lat temu wziął Akun za swoją kobietę i od tego czasu spłodził
pięcioro dzieci, z których przeżyło dwoje: pięcioletni chłopiec i ośmioletnia dziewczynka.
A teraz przygotowywał się do ogromnej wyprawy w nieznane miejsce! Akun
pokręciła głową z rozpaczą.
Powody powstania niezwykłego planu Hwlla były proste. Już od trzech lat
polowania szły kiepsko, a zeszłej zimy ich mała grupa niemalże przestała
istnieć. Na próżno dzień po dniu szukał w śniegu tropów, które mogłyby
doprowadzić go do pożywienia. Dzień po dniu wracał zawiedziony,
znalazłszy jedynie ślady łap samotnego lisa polarnego albo łapek
lemingów, które wówczas zamieszkiwały ten region. Grupka Hwlla i Akun
żywiła się orzechami i korzeniami zebranymi w poprzednich miesiącach,
ale nawet tych zapasów zaczynało brakować. Hwll widział, jak kobiety i dzieci mizernieją, i był bliski rozpaczy. Pogoda też nie dawała im
wytchnienia, bo panowało przenikliwe zimno, a od północy bez przerwy
wiał lodowaty wiatr. W końcu wypatrzył stado reniferów, a myśliwi
zebrali resztki sił, by oddzielić jedno zwierzę od reszty i je zabić. Ta
jedyna szczęśliwa zdobycz uchroniła ich od głodu: mięso zwierzęcia stało
się ich pożywieniem, a jego cenna krew źródłem soli, której w przeciwnym
razie by im brakowało. Mimo to pod koniec zimy jedna z kobiet i troje
dzieci zmarły.
Nadeszła wiosna i spod śniegu wyłoniło się zimne, bagniste pustkowie, na
którym wyrosły małe kwiaty i postrzępione trawy. Zwykle ta zmiana pory
roku oznaczała spotkanie żubrów, które w pierwszych miesiącach lata
skubały nowe pędy na wzniesieniach. Ale w tym roku żubrów nie było.
Myśliwi natykali się tylko na dzikie konie, które trudno było złapać, a mięso miały twarde.
-?Jeśli żubry nie przyjdą, to będzie koniec łowów tutaj -?powiedział do
siebie Hwll i przez cały początek lata, gdy blade słońce pobudzało
roślinność do kwitnienia, a ziemia pod stopami twardniała, wędrowali w poszukiwaniu zwierzyny, zataczając szeroki krąg o promieniu trzydziestu
kilometrów, lecz mimo to nie znaleźli prawie nic. Grupa przymierała
głodem i Hwll był pewien, że nie przeżyją kolejnej zimy.
Wtedy właśnie podjął decyzję.
-?Idę na południe -?oznajmił pozostałym -?do ciepłych krain. Jeśli
wyruszymy teraz, dotrzemy tam, zanim spadnie śnieg. -?Powiedział to,
żeby im dodać otuchy, bo w rzeczywistości nie wiedział, ile czasu zajmie
ta podróż. -?Przejdę przez wielki las na wschodzie -?ciągnął -?i udam
się na południe, gdzie ziemie są żyzne, a ludzie żyją w jaskiniach. Kto
pójdzie ze mną?
Było to odważne stwierdzenie, oparte na starożytnym przekazie ustnym,
który stanowił jedyne znane mu źródło informacji. Geografia przekazywana
ustnie przez wiele pokoleń była dość prosta. Mówiono, że daleko na
północy -?Hwll nie wiedział, jak daleko -?ziemia staje się coraz
zimniejsza i bardziej niegościnna, aż w końcu dociera się do wielkiej
ściany lodu, wysokiej na pięciu ludzi, która przecina krajobraz ze
wschodu na zachód. Podobno ściana ta nie ma początku ani końca. Za nią
znajduje się lodowy płaskowyż, lśniąca biała kraina, która ciągnie się
na północ w nieskończoność, gdyż kraina lodu nie ma końca. Daleko na
zachodzie rozlewa się morze i ono także nie ma końca. Tundra i gęste
knieje na południu rozciągają się aż po morze, które jest zbyt rozległe,
by je przepłynąć. Dlatego z trzech stron droga została odcięta. Bardziej
zachęcające zdawały się perspektywy na południowym wschodzie. Najpierw
przez wiele dni należało iść na południe, aż na drodze wyrośnie wielkie
i długie wzniesienie. Wędrówka wzdłuż jego grzbietu miała być łatwiejsza
i zająć kilka kolejnych dni. Następnie, skręciwszy na wschód, wędrowiec
miał się przeprawić przez inne, niższe wzniesienia, by dotrzeć do
łagodnie opadającej równiny prowadzącej do ogromnego lasu, przez który
wiodły bezpieczne ścieżki. Przekraczając ten wschodni las, można było
ominąć morze południowe, zaś na jego końcu zaczynał się wielki step, po
dotarciu do którego należało ponownie skręcić na południe i podróżować
przez wiele dni, aby wreszcie dotrzeć do tych legendarnych, ciepłych
krain, gdzie ludzie mieszkają w jaskiniach.
-?Tam jest znacznie cieplej -?mówiono Hwllowi -?a polowania są udane.
Choć brzmiało to niejasno, wszystkie informacje były prawidłowe. Hwll
stał bowiem w miejscu, które pewnego dnia zwane będzie północną Anglią.
Daleko na północy ściana lodowca, głęboka na jakieś dziewięć metrów,
cofała się miarowo, ciągle topniejąc; zaledwie kilkaset lat wcześniej
miejsce, w którym obecnie obozowali, było skute lodem. Na zachodzie
znajdował się Ocean Atlantycki, który -?jeśli nie liczyć wyspy Irlandii,
o której Hwll nie wiedział -?ciągnął się nieprzerwanie aż do wybrzeży
Ameryki Północnej i który nie zostanie przekroczony jeszcze przez prawie
dziewięć tysięcy lat. Na południu rozciągały się tereny Midlands i rozległe niziny południowej Anglii, a jeszcze dalej wielkie ujście Renu,
wespół z innymi rzekami, powoli, na przestrzeni kilku tysięcy lat,
żłobiły małe morze zwane obecnie kanałem La Manche. Jednak na
południowym wschodzie znajdował się wielki pomost lądowy łączący
półwysep brytyjski z kontynentem Eurazji. Tutaj rozciągała się rozległa,
nieprzerwana równina -?las przeplatany stepami -?od wschodniej Brytanii
przez cztery tysiące kilometrów aż po ośnieżone góry Ural w środkowej
Rosji.
Myśliwi z półkuli północnej przemierzali ten bezmiar lądu przez
dziesiątki tysięcy lat: przenosząc się na południe, gdy nadchodziły
kolejne epoki lodowcowe, i ponownie na północ za każdym razem, gdy lód
się cofał. Te migracje sprawiły, że śladów przodków Hwlla można było
doszukać się w wielu krainach: na rosyjskim stepie, nad Bałtykiem, na
Półwyspie Iberyjskim i nad Morzem Śródziemnym. To właśnie odległe
wspomnienie tamtych wędrówek zostało mu przekazane i ukształtowało jego
obecne spojrzenie na świat. Dwa wieki wcześniej jego przodkowie
przemierzali ogromny wschodni las na półwyspie brytyjskim i podążali za
zwierzyną na północ, aż dotarli do miejsca, w którym on sam się teraz
znajdował. Dlatego w swojej ambitnej podróży do ciepłych krain basenu
Morza Śródziemnego, pokonując prawie dwa i pół tysiąca kilometrów na
południe, będzie podążał ich śladami. Gdyby zdawał sobie sprawę, jak
daleka to podróż, być może nigdy by w nią nie wyruszył, on jednak nie
miał tej świadomości. Wiedział tylko, że cieplejsze krainy istnieją i że
nadszedł czas, aby się udać na ich poszukiwanie.
Plan był śmiały. Byłby też solidny -?gdyby nie jeden słaby punkt,
którego Hwll nie mógł być świadomy, a który miał wszystko zniweczyć.
Kiedy jednak tego dnia później Hwll zapytał: "Kto pójdzie ze mną?",
reszta jego grupy odpowiedziała milczeniem. Polowali tam od pokoleń i zawsze jakoś udawało im się przetrwać. Kto wiedział, czy ciepłe krainy
naprawdę istnieją, a jeśli tak, to jak wrogie są ludy, które je
zamieszkują? Mimo wysiłków Hwll nie zdołał nikogo przekonać, aby do
niego dołączył. Dopiero kilka dni później, po wielu zaciekłych
kłótniach, Akun -?niechętnie i z ponurą miną -?zgodziła się mu
towarzyszyć.
Poranek był słoneczny i ciepły, gdy opuszczali pozostałe cztery rodziny,
które patrzyły za nimi ze smutkiem, dopóki nie zniknęli im z oczu.
Wszyscy, których zostawiali, byli przekonani, że żadne trudy, z jakimi
przyjdzie się zmierzyć im samym, nie przewyższą tych, które czekały
Hwlla i jego rodzinę -?skazanych na niechybną śmierć.
Przez pięć dni szli na południe; szło się łatwo, bo grunt był twardy i suchy; brązowa tundra ciągnęła się we wszystkich kierunkach aż po
horyzont. Zabrali ze sobą niewielką ilość suszonego mięsa, trochę jagód
i namiot, który Hwll i Akun nieśli między sobą. Wędrowali powoli, aby
oszczędzać siły dwójki dzieci, a mimo to pokonywali dziennie ponad
szesnaście kilometrów i Hwll był zadowolony. Krajobraz był dość ponury,
ale poprzecinany małymi strumykami i zazwyczaj Hwllowi udawało się
złowić rybę, aby nakarmić rodzinę. Trzeciego dnia zabił nawet zająca,
używając smukłego łuku i strzały z długim krzemiennym grotem; zawsze też
obserwował niebo, gdzie sporadycznie pojawiał się jakiś drapieżnik,
orzeł lub kania, sugerując, że w pobliżu na ziemi może znajdować się
jakaś zwierzyna. Mówili niewiele; nawet dzieci milczały, czując, że będą
potrzebowały wszystkich sił, aby podołać tej podróży.
Syn Hwlla był krzepkim chłopcem o dużych, myślących oczach. Szedł
niezbyt szybko, ale na jego twarzy widać było skupioną determinację.
Hwll miał nadzieję, że to wystarczy, by przetrwać. Dziewczynka, Vata,
była szczupła, żylasta, niczym młoda sarna. Wyglądała na delikatniejszą,
ale Hwll podejrzewał, że z tej dwójki to ona jest twardsza.
Piątego dnia dotarli do pierwszego celu: pasma wzgórz.
Jego grzbiet wznosił się majestatycznie nad tundrą -?ogromna naturalna
grobla wysoka na ponad sto metrów, biegnąca przez trzysta dwadzieścia
kilometrów wzdłuż wschodniej części Brytanii, a potem skręcająca na
zachód, w głąb kraju, by po kolejnych trzystu dwudziestu kilometrach
znów skręcić na południe i w końcu dotrzeć do morza. Jednak tuż przedtem
ten wapienny jurajski grzbiet okrążał centrum południowej Brytanii,
tworząc ogromny płaskowyż kredowy, od którego odchodziły inne długie
pasma wzgórz rozciągające się na wszystkie strony niczym macki
gigantycznej ośmiornicy. W czasach prehistorycznych, a nawet później,
stanowiły one wielkie arterie komunikacyjne, którymi podróżowali ludzie
-?naturalne i gigantyczne autostrady wytyczone dla człowieka przez samą
naturę.
Widoki ze wzniesienia były wspaniałe i nawet Akun uśmiechnęła się
zadziwiona, gdy dołączyła do Hwlla i spojrzała w dal. Sięgali wzrokiem
na odległość osiemdziesięciu kilometrów. Idąc wzdłuż grzbietu wzgórza,
od czasu do czasu napotykali kępy drzew i zarośli, więc nie musieli
schodzić ze zbocza, aby poszukać schronienia na noc. Co prawda w trakcie
tej wielodniowej, samotnej wędrówki czasami trudno było ich małej
rodzinie nie tracić ducha, mimo to Hwll pozostawał skupiony na swoim
celu. Z ponurą miną, milczący i zdeterminowany, prowadził ich naprzód i przez cały czas próbował wyobrażać sobie te południowe krainy, gdzie
pogoda była ciepła, a polowania udane. W takich chwilach oglądał się na
dwójkę swoich dzieci i Akun, przypominając sobie, że to dla nich podjął
tę zdumiewającą migrację.
Akun: jego wspaniała nagroda! Spoglądając na nią, czuł, jak jego ciało
zalewa fala ciepła. Gdy się poznali, miała dwanaście lat i należała do
innej wędrownej grupy, która przybyła na tereny, na których polował jego
lud. Takie spotkania były rzadkie i uważane za powód do świętowania -?a nade wszystko za okazję do łączenia się w pary: ci prości myśliwi
wiedzieli bowiem z wielowiekowego doświadczenia, że muszą zadbać o silne
potomstwo, szukając partnerek do rozmnażania wśród innych grup. Hwll był
zręcznym młodym tropicielem bez kobiety; Akun była ładną dziewczyną, tuż
po okresie dojrzewania. Nie było potrzeby nawet omawiać tej kwestii;
obie grupy polowały razem i Hwll dostał dziewczynę od jej ojca za
niewielką opłatę w postaci krzemiennych grotów strzał.
Teraz miała dwadzieścia dwa lata i wkraczała w wiek średni, ale
wyglądała lepiej niż większość jej czerstwych, zniszczonych pogodą
rówieśniczek. Karnację miała jaśniejszą od niego, a głowę zdobiła bujna,
brązowa grzywa włosów, choć teraz były natłuszczone zwierzęcym tłuszczem
i zmatowione po niedawnych deszczach; jej oczy miały niezwykły orzechowy
kolor, a usta, choć często zaciśnięte z powodu zimnego wiatru, były
szerokie i zmysłowe. Miała większość zębów, a na jej twarzy nie pojawiły
się jeszcze głębokie zmarszczki, które pewnego dnia upodobnią ją do
popękanego, gliniastego koryta pustego strumienia w czasie suszy.
A jednak to jej ciało sprawiło, że na zdeterminowanej twarzy myśliwego
pojawił się czuły uśmiech. Skóra Akun była gładsza niż u innych kobiet,
które znał, zwykle przysadzistych i włochatych, a do tego była tak
jędrna i błyszcząca, że na jej widok aż krew buzowała mu w żyłach. Z zachwytu wciąż zapierało mu dech na myśl o wspaniałych, bujnych
krągłościach jej piersi i zaokrąglonym, krzepkim ciele w pełnym
rozkwicie kobiecości.
Latem następował wspaniały, chociaż zbyt krótki -?niespełna miesięczny -
okres, kiedy w tundrze robiło się ciepło; w tym magicznym czasie Hwll i Akun schodzili do jednego z wielu przepływających przez okolicę
strumieni i kąpali się w zimnej, połyskującej wodzie. Po wspólnej
kąpieli ona wyciągała swoje wspaniałe ciało w ciepłym słońcu, a on
rzucał się na nią ochoczo, dając wyraz niesłabnącej sile własnej
męskości. Akun wybuchała niskim, głębokim śmiechem, który zdawał się
dobywać z wnętrza ziemi, i leniwie unosiła ku niemu swe szerokie,
kuszące, zmysłowe usta.
Była najprawdziwszym cudem! Nieomylny instynkt podpowiadał jej, gdzie
znaleźć najlepsze jagody i orzechy; zręcznie wyplatała sieci do łowienia
ryb. Hwll miał nadzieję, że być może uda im się jeszcze spłodzić
kolejnego syna, ale przyrzekł sobie, że nie stanie się to w tundrze:
najpierw dotrą do ciepłych krain.
Po dwudziestu dniach podróży Hwll i jego rodzina zeszli ze wzgórz i ruszyli na wschód. Teren był teraz płaski, a roślinność bujniejsza. Nad
strumieniami rosły zagajniki, a długie trzciny i trawy powiewały na
wietrze. Hwll dostrzegał te zmiany z przyjemnością, ale ze wschodu wiał
lekki wiatr i wciąż było zimno.
Miał rację co do dzieci. Vata była bardzo chuda; twarz miała
wymizerowaną, a głowę zwieszoną, ale wytrwale parła naprzód. Natomiast
chłopiec zaczął go niepokoić. Od trzech dni chodził z kciukiem w ustach
-?zły znak. Dzień wcześniej dwukrotnie się zatrzymywał i nie chciał iść
dalej. Zarówno Hwll, jak i Akun wiedzieli, co muszą zrobić: jeśli raz
się ugną, chłopiec zaburzy niezbędny rytm ich podróży. Nie wolno mu
myśleć, że będą na niego czekać. Więc go zostawili, a on stał i patrzył,
jak jego rodzice powoli się oddalają, aż prawie znikli mu z oczu. To
Vata zawróciła i pociągnęła go za sobą, a kiedy w końcu ich dogonił, w jego oczach zalśniły ogromne łzy. Przez resztę dnia nie chciał nawet
spojrzeć na swoich rodziców. Ale już nie pozostawał w tyle.
Tej nocy rozbili obóz pod osłoną zagajnika, a Hwll złowił w strumieniu
dwie ryby. Akun siedziała naprzeciw niego, a między nimi płonął mały
ogień; oboje dzieci tuliło się do niej.
-?Kiedy dojdziemy do lasu? -?spytała teraz. Przez ostatnie dwadzieścia
dni nie powiedziała ani słowa o podróży, której tak bardzo się
sprzeciwiała. Całą energię poświęciła na utrzymanie dzieci przy życiu i Hwll był wdzięczny za tę ciszę między nimi, choć wiedział, że była to
także forma protestu. Pomyślał, że może pytanie, które właśnie zadała,
oznacza, iż jest gotowa okazać swój gniew, ale twarz miała pozbawioną
wyrazu. Zresztą był teraz zanadto zmęczony, żeby się tym przejmować.
-?Może za sześć dni -?odparł, po czym zasnął.
Minęło pięć dni. Dotarli do grzbietu kolejnego wzgórza i przekroczyli
je. Trzeba było pokonać wiele strumieni; część terenu była bagnista i wędrówka stała się trudniejsza. Ale Hwlla fascynowały stopniowe zmiany w krajobrazie. Co prawda równina wyglądała dość ponuro, ale miała znacznie
bogatszą roślinność niż tundra na północy, a chociaż nadal sprawiała
wrażenie pustkowia, zwierzyna nie była już taką rzadkością. Dzieci ledwo
zauważyły tę zmianę, bo teraz nawet chłopiec był zbyt oszołomiony, by
protestować. Nie trzymał już kciuka w ustach. On i Vata poruszali się
jakby siłą rozpędu, ze wzrokiem wbitym przed siebie, jak pogrążeni we
śnie, podczas gdy Akun szła obok nich swoim dostojnym krokiem.
Utrzymywali jednak stałe tempo, a Hwll nie pozwalał, by pokonywali
więcej niż szesnaście do dziewiętnastu kilometrów dziennie, aby
oszczędzić resztki sił.
-?Wkrótce ujrzycie wielki las -?obiecał im. I każdego dnia, na zachętę,
powtarzał to, co przekazał mu ojciec. -?Rośnie tam wiele różnych drzew,
jest mnóstwo zwierzyny, dziwnych ptaków i zwierząt, których nie
widzieliście nigdy w życiu. To wspaniałe miejsce. -?Słuchali go, po czym
znowu wbijali tępy wzrok w dal, a on modlił się do bogini księżyca,
która czuwała nad wszystkimi łowcami, aby te informacje były prawdziwe.
Szóstego dnia wydarzyła się katastrofa, i to w postaci niepodobnej do
niczego, co kiedykolwiek był w stanie sobie wyobrazić.
Obudził się o świcie w pogodny, chłodny dzień. Akun i dzieci, owinięte w futra i przytulone do siebie pod kępą krzaków, jeszcze spały. Hwll
wstał, powęszył w powietrzu i spojrzał na wschód, gdzie znad horyzontu
wyłaniało się blade słońce. Instynkt podpowiadał mu, że coś jest nie
tak.
Ale co? W pierwszej chwili wydało mu się, że powietrze jest jakieś
dziwne i jakby lepkie. Potem pomyślał, że jednak chodzi o coś innego, i zmarszczył czoło. A w końcu to usłyszał.
Był to ledwie słyszalny dźwięk. Tak słaby, że wychwycić go mógł tylko
ktoś taki jak on: utalentowany tropiciel, który przyłożywszy ucho do
ziemi, potrafił rozpoznać pojedynczego bawołu z odległości pięciu
kilometrów. Tym, co usłyszał teraz i co niepokoiło go nocą przez sen,
był stłumiony pomruk, podziemne dudnienie dobiegające gdzieś ze wschodu.
Przyłożył ucho do ziemi i na chwilę zastygł w bezruchu. Nie miał
wątpliwości: czasami ten dźwięk przypominał jedynie cichy syk,
towarzyszyły mu jednak inne odgłosy, szorowanie i trzaski, jakby
uderzały o siebie duże przedmioty. Znów zmarszczył brwi. Cokolwiek to
było, dźwięku tego nie wydawało żadne zwierzę: nawet stado żubrów ani
dzikich koni nie byłoby w stanie wywołać takiego drżenia ziemi. Hwll
pokręcił głową skonsternowany.
Podniósł się.
-?Powietrze -?mruknął. Bez wątpienia w powietrzu było coś dziwnego. I nagle zdał sobie sprawę, co to jest. Ten lekki wietrzyk niósł ze sobą
zapach soli.
Ale dlaczego powietrze miałoby pachnieć solą, skoro był blisko wielkiego
lasu? I czym był ten dziwny, dobiegający z oddali hałas?
Obudził Akun.
-?Coś jest nie tak -?powiedział jej. -?Muszę iść to sprawdzić. Wy tu na
mnie zaczekajcie.
Przez cały ranek biegł truchtem na wschód. Późnym rankiem miał już za
sobą dwadzieścia cztery kilometry, a dobiegające z przodu dźwięki
stawały się coraz głośniejsze. Niejeden raz słyszał donośny trzask, a cichy pomruk zmieniał się w złowieszcze dudnienie. Ale dopiero gdy
dotarł do wzniesienia i wspiął się na jego szczyt, zamarł z przerażenia.
Przed nim, tam gdzie powinien znajdować się las, była woda.
Nie strumień i nie rzeka, lecz woda, która nie miała końca: morze! Co
więcej, było to morze w ruchu: niezliczone kry lodowe, ciągnące się aż
po horyzont, dryfowały na południe. Hwll ledwie mógł uwierzyć własnym
oczom.
Sunące wzdłuż linii brzegowej małe kry uderzały raz po raz w zarośla, a drobne fale biły miarowo o ziemię. To stąd brał się ten syczący dźwięk,
który wcześniej słyszał myśliwy. Dalej od brzegu, tu i ówdzie wciąż
widać było wierzchołki wysokich drzew wystających nad powierzchnię wody;
od czasu do czasu niewielka góra lodowa ocierała się o nie, łamiąc je z głośnym trzaskiem. A więc to był ten dziwny odgłos, który go
zastanawiał!
Hwll miał przed sobą wejście do wielkiego lasu, którego szukał. Oraz
nowe morze, które przemieszczało się nieubłaganie na południe, żłobiąc
potężny kanał i zagarniając stojące mu na drodze ziemię, skały i drzewa.
Niejednej wiosny tropiciel widywał wezbrane i pełne kry lodowej rzeki,
więc słusznie domyślił się, że na północy musiała nastąpić jakaś nowa,
gigantyczna odwilż, która spowodowała ten napływ wód. Jednak bez względu
na przyczynę, konsekwencje były straszliwe. Las, przez który zamierzał
się przeprawić, znajdował się teraz pod powierzchnią morza. Być może tak
samo wyglądały odległe równiny na wschodzie i ciepłe krainy na południu.
Któż to mógł wiedzieć? Jedno wszak było pewne: on i jego rodzina tędy
nie przejdą. Ambitny plan wielkiej wędrówki legł w gruzach. Wszystkie
wysiłki, jakie włożyli w długą podróż, poszły na marne. Ziemia na
wschodzie, jeśli nadal istniała, stała się niedostępna.
Usiadł zrozpaczony i wpatrując się w rozgrywającą się przed nim scenę,
próbował uporządkować myśli. A było o czym myśleć: kiedy zaczęła się ta
katastrofa i czy wody wciąż się podnosiły? Bo jeśli tak, to mogłyby
pochłonąć także ziemię, na której stał, a może nawet wzgórze, które
opuścił przed sześcioma dniami. Ta myśl go przeraziła. Ponieważ wtedy -
doszedł do wniosku -?być może nic nie pozostanie. Być może to koniec
świata.
Jednak Hwll był człowiekiem praktycznym. Nie ruszył się z miejsca przez
całe popołudnie, a o zachodzie słońca dokładnie zaznaczył poziom, jaki
do tego momentu osiągnęła woda. Uczyniwszy to, zarzucił futra na ramiona
i czekał na świt.
Przez całą noc dumał nad ogromnymi siłami, które były w stanie wywołać
taką powódź: musieli to być przepotężni bogowie. Ze smutkiem myślał o wielkim lesie pełnym zwierzyny, zatopionym w tych mrocznych wodach. Z powodów, których nie potrafił wyjaśnić, poruszyło go to do samej głębi.
Rano stwierdził, że poziom wody się nie podniósł. Mimo to nadal nie
ruszył się z miejsca. Usadowił się i cierpliwie czekał, aby przez
kolejny dzień i kolejną noc uważnie obserwować wielką powódź. Pod koniec
tego dnia odkrył, że nastąpił mały przypływ, więc zaznaczył jego
najwyższy i najniższy punkt. A potem przez resztę nocy czuwał na brzegu,
wdychając słone morskie powietrze i wsłuchując się w syki, trzaski i jęki towarzyszące powolnemu schyłkowi epoki lodowcowej.
Drugiego ranka był zadowolony. Nawet jeżeli poziom wody nadal się
podnosił, działo się to powoli i o ile nie nastąpi kolejny potop,
myśliwy będzie miał dość czasu przynajmniej na to, by zaprowadzić
rodzinę na wystarczająco wysokie tereny, żeby mogli tam czuć się
bezpiecznie. Wstał zesztywniały, zamierzając wrócić do Akun, a w jego
zdeterminowanym umyśle rodziły się już nowe plany.
Hwll był świadkiem powstawania wyspy Brytanii. Wielki las, przez który
zamierzał się przeprawić, rósł w miejscu obecnie znanym jako Dogger Bank
na Morzu Północnym. W krótkim czasie -?najprawdopodobniej w ciągu kilku
pokoleń -?ogromne topniejące kry północnej pokrywy lodowej przekroczyły
punkt krytyczny i przedarły się przez barierę lądową, powodując zalanie
nisko położonej równiny łączącej Brytanię z Eurazją. Mniej więcej w tym
samym czasie -?chronologia wciąż pozostaje niepewna -?pomost lądowy w miejscu obecnej Cieśniny Kaletańskiej, który stanowił
południowo-wschodni kraniec innego z wielkich kredowych pasm Brytanii,
również został naruszony. Kraina, przez którą przeszli przodkowie Hwlla,
zniknęła na dobre, i Hwll przez całe swoje krótkie życie nie mieszkał
już na półwyspie Eurazji, ale na nowo powstałej wyspie. W wyniku tej
arktycznej powodzi narodziła się Brytania, której mieszkańcy będą od
tamtej pory oddzieleni od reszty kontynentu, chronieni przed światem
zewnętrznym przez dzikie morze.
Kiedy dotarł do Akun, wyjaśnił jej w kilku słowach, co się stało.
-?Więc wracamy? -?spytała.
Pokręcił głową.
-?Nie. -?Zaszedł za daleko, żeby teraz zawrócić, a poza tym nie
wykluczał, że dalej na południe wciąż mogą znajdować się wyżej położone
tereny, których morze nie zdołało pochłonąć. Być może istniała jeszcze
inna droga.
-?Pójdziemy na południe wzdłuż wybrzeża -?powiedział. -?Może będzie tam
inne przejście na drugą stronę.
Akun patrzyła na niego gniewnie. Wiedział, że jest bliska buntu. Vata
miała zapadnięte oczy, ale to chłopiec niepokoił go bardziej: zmęczenie
minęło, teraz wydawał się dziwnie nieobecny.
-?On odchodzi -?powiedziała Akun po prostu.
Hwll wiedział, że to prawda. Duch tego malca już prawie go opuścił.
Jeżeli mu nie pomogą, chłopiec wkrótce umrze. Hwll widywał już takie
rzeczy.
Akun mocno przytuliła oboje dzieci. Przylgnęły do niej w milczeniu,
prawie nie wiedząc, co się z nimi dzieje, ale czerpiąc pociechę z ciepła
matki i znajomego, choć zjełczałego zapachu jej skór. Było mu ich żal,
ale nie mieli już odwrotu.
-?Idziemy dalej -?oznajmił. Nie zamierzał się teraz poddać.
Podróż zdawała się nie mieć końca i ani razu nie zobaczyli na wschodzie
niczego poza wzburzonymi wodami. Jednak dziesięć dni później nastąpiła
pewna wyraźna zmiana, która obudziła w nim nową nadzieję. Opuścili
tundrę.
Na swojej drodze napotkali bagna i duże lasy. Ujrzeli drzewa, jakich
nigdy wcześniej nie widzieli: wiąz, olchę, jesion, dąb, brzozę, a nawet
sosnę. Każde z nich oglądali bardzo uważnie. Ze szczególnym
zaciekawieniem wąchali sosnę, a potem badali dotykiem lepką gumę sączącą
się z jej miękkiej kory. Nad wodą rosły bujne szuwary i dorodne kępy
zielonej trawy. Pojawiało się więcej zwierzyny; pewnego ranka, gdy łapał
ryby w strumieniu, podeszły do niego dzieci i w milczeniu poprowadziły
go sto kroków w górę rzeki. Ujrzał tam dwa długie brązowe zwierzęta o jedwabistym futrze, bawiące się na brzegu w blasku słońca. Nigdy
wcześniej nie widzieli bobrów i po raz pierwszy od wielu miesięcy na
twarzach wędrowców zagościł uśmiech. Jednak tej samej nocy usłyszeli też
nowy dźwięk -?upiorne, przerażające wycie wilków w lesie -?a wtedy
ogarnął ich strach i mocno się do siebie przytulili.
Ciekawy paradoks, którego Hwll nie miał możliwości zrozumieć, polegał na
tym, że ta sama powódź, która odcięła go od ziem na południu, była
częścią procesu, który miał mu zapewnić upragnione ciepło już tam, gdzie
on i jego rodzina zdołali dotrzeć. Wskutek topnienia pokrywy lodowej na
odległej północy i podnoszenia się poziomu mórz temperatura w Brytanii
również wzrosła i miała rosnąć nadal przez kolejne cztery tysiące lat.
Ponadto, w miarę cofania się lodu, pas tundry, z którego przybył Hwll,
przesuwał się ku północy, a niespełna pięćset kilometrów na południe
robiło się z każdym pokoleniem coraz cieplej. Hwll wkraczał teraz w te
ciepłe regiony i już nie musiał przedzierać się przez wschodni las.
Znalazł się w ciepłej południowej części nowej wyspy Brytanii.
Mimo to Hwll nie był jeszcze gotowy porzucić swych poszukiwań
legendarnych krain na południu; w dalszym ciągu wierzył, że właśnie tam
znajdą bezpieczeństwo.
Następnego dnia popełnił błąd. Szli cały ranek, kiedy drogę zagrodził im
duży obszar wody, po którego drugiej stronie widniał ląd. Opętany myślą
o ziemiach na południu, orzekł:
-?To morze południowe.
Ale Akun pokręciła głową.
-?Myślę, że to rzeka -?stwierdziła. I okazało się, że miała rację.
Dotarli bowiem do ujścia Tamizy.
Przez dwa dni podążali w głąb lądu, wzdłuż rzeki, przez którą
przepłynęli z łatwością, zbudowawszy niewielką tratwę. Potem jeszcze raz
Hwll skierował swoją grupkę na południowy wschód.
-?Jeżeli istnieje przejście na drugą stronę -?powiedział -?to myślę, że
będzie ono tutaj.
Gdyby ziemia łącząca Dover z Francją nie została już zmyta, miałby
rację, bo sześć dni później dotarli do wysokich kredowych klifów
południowo-wschodniego krańca wyspy.
Tym razem naprawdę ujrzeli to, czego szukali: nad horyzontem wznosił się
wyraźny zarys wysokiej szarej linii brzegowej kontynentu europejskiego.
Znaleźli się u progu celu, który okazał się nieosiągalny. Hwll i Akun
patrzyli na kanał La Manche w milczeniu. Kredowe klify, na których
stali, opadały stromo na sześćdziesiąt metrów, a u ich podstawy wściekłe
wody kanału uderzały o wybrzeże.
-?Tym razem na pewno... -?zaczął.
Akun skinęła głową. Odległy brzeg był drogą do ciepłych krain południa,
a wzburzona woda w dole była powodem, dla którego nigdy do nich nie
dotrą. Klify, na których stali, niewątpliwie stanowiły niegdyś część
wielkiego grzbietu przecinającego morze, ale zmyły go wody napierające
na południowy zachód i wdzierające się w gardziel dzisiejszej Cieśniny
Kaletańskiej.
-?Moglibyśmy przepłynąć tratwą -?dodał z nadzieją, choć wiedział, że
tego nie zrobią. To rozszalałe morze bez wątpienia zniszczyłoby każdą
tratwę, którą umieli zbudować; patrzyli bowiem na jeden z najbardziej
zdradliwych zbiorników wodnych w Europie.
Wyprawa się nie powiodła. Poniósł klęskę. Teraz przyszedł czas, by
przemówiła Akun.
-?Nie możemy iść dalej na południe -?powiedziała wprost. -?I nie możemy
polować sami. Teraz musimy znaleźć innych myśliwych.
To była prawda. A jednak... Zacisnął usta. Nawet w tej chwili porażki jego
aktywny umysł nadal snuł nowe plany. Przybyli tu, idąc wzdłuż
wschodniego wybrzeża, i Hwll wiedział na pewno, że woda zagrodziła im
drogę w tym kierunku. Czy jednak nie było możliwe, że dalej na zachód
istnieje inny pomost lądowy? Choć nie miał podstaw, by tak uważać, ten
uparty człowiek nawet teraz nie chciał porzucić całej swojej nadziei.
Jeśli nie znajdą innego przejścia na zachodzie, myślał, to może
przynajmniej napotkają inną grupę myśliwską. Ponadto był zdecydowany
dotrzeć na wyżej położone tereny. Jeśli nadejdzie kolejna powódź, kto
wie, ile lądu może pochłonąć? Nie chciał, aby morze zaskoczyło ich na
nizinie; chciał mieć możliwość ucieczki w góry.
-?Więc spróbujemy pójść na zachód -?oznajmił.
Przez kolejne dwadzieścia dni wędrowali zatem wzdłuż kredowych i żwirowych klifów, a z lewej strony zawsze towarzyszył im szum morza.
Drugiego dnia odległa linia brzegowa po przeciwnej stronie coraz
bardziej zniżała się nad horyzontem, aby o zmroku zniknąć całkowicie.
Nie zobaczyli jej nigdy więcej. Spoglądając w głąb lądu, czasami
widywali grzbiety wzgórz biegnące równolegle do wybrzeża.
Podstawowe fakty dotyczące geografii prehistorycznej Brytanii, które
odkrywał Hwll, były dość proste, ale znacząco wpłynęły na dzieje tego
kraju. Na północy leżał lód i piętrzyły się góry; od południa wyspę
oblewało morze, a pośród żyznych ziem między nimi rozciągała się ogromna
sieć wzniesień dzielących kraj na wyżyny i niziny. Południowa Brytania,
do której teraz zmierzał Hwll, składała się z trzech głównych elementów:
wody, terenów aluwialnych i kredy -?jej pofałdowane grzbiety były
niezbyt gęsto zadrzewione, a na terenach aluwialnych poniżej rozciągały
się ogromne, ciepłe lasy i bagna.
Akun już kilka razy prosiła go, żeby zatrzymali się na kilka dni i rozbili obóz. Ale on był nieugięty.
-?Jeszcze nie -?przypominał jej. -?Musimy znaleźć innych myśliwych przed
końcem lata. -?I szedł dalej naprzód.
W końcu jednak napotkali ślady, które dodały im otuchy: ślady
wskazujące, że niedawno przechodzili tamtędy inni myśliwi. Dwukrotnie
trafili na polany wycięte wśród drzew i miejsca, w których rozpalano
ogniska. Kiedyś natknęli się na złamany łuk.
-?Wkrótce ich znajdziemy -?obiecał.
Po trzech tygodniach ujrzeli widok, który potwierdził wszystkie obawy
Hwlla i wyznaczył przebieg ostatniego etapu podróży. Było to ujście
potężnej rzeki majestatycznie płynącej w ich stronę z zachodu, tak
szerokiej i głębokiej, że było jasne, iż teraz będą musieli skręcić w głąb lądu, podążając jej brzegiem. W tym miejscu biegła prawie
równolegle do wybrzeża i kiedy maszerowali wzdłuż jej koryta, nadal
widzieli linię klifów ciągnącą się kilka kilometrów dalej na południe.
Później tego samego dnia Hwll ujrzał to, czego się obawiał: osiem lub
dziewięć kilometrów na południe ta linia klifów została przerwana. Morze
ją sforsowało i utworzyło wąwóz, który zalało, a potem zatopiło znaczną
część nisko położonego terenu między linią brzegową a rzeką. Myśliwy
patrzył na to z przerażeniem.
-?Widzisz -?wyjaśnił Akun -?morze przedarło się przez klify. Wdziera się
wszędzie. Nie tylko odcięło nam drogę, ale może nawet rozszarpie
wszystkie urwiska i pochłonie całą tę krainę. Dlatego musimy znaleźć
wzniesienie.
Miał rację. W nadchodzących stuleciach morze będzie się nieraz wdzierało
w głąb lądu, zatapiając obszary przybrzeżne i niszcząc kredowe klify.
Całą tę południową linię brzegową przykryją fale, a wiele kilometrów
lądu zostanie zalanych. Wielka rzeka Solent, nad której brzegiem stał
Hwll z rodziną, miała zupełnie zniknąć w morzu, a jedynym, co pozostało
z tego pierwotnego kredowego wybrzeża Brytanii, jest niewielki skrawek
lądu w kształcie rombu zwany wyspą Wight.
-?Ale najpierw musimy rozbić obóz -?przypomniała mu Akun. -?Dzieci nie
dają rady dalej iść.
-?Niedługo -?odparł, choć widział, że Akun ma rację. Vata szła przed
siebie, już nawet nie otwierając oczu, a chłopiec upadł tego ranka trzy
razy.
Hwll podniósł go teraz i posadził sobie na ramionach.
-?Niedługo -?obiecał raz jeszcze.
Wciąż spoglądając ku zachodzącemu słońcu, mała rodzina skręciła w głąb
lądu, a Hwll zaczął szukać odpowiedniego miejsca.
* * *
Następnego dnia odkrył jezioro.
Jako pierwsze jego uwagę przyciągnęło niewielkie, niskie wzgórze
położone około ośmiu kilometrów w głąb lądu. Wyglądało na dobry punkt
obserwacyjny i miejsce, w którym można rozbić obóz przynajmniej na jedną
noc. Kiedy jednak dotarł do podnóża tego wzniesienia, z zaskoczeniem i zachwytem ujrzał, że kryje się tam płytkie jezioro o średnicy około
ośmiuset metrów. Małe ujście na jego wschodnim krańcu odprowadzało wodę
w kierunku morza. Okrążając zbiornik, odkrył, że od północy i zachodu
zasilają go dwie rzeczki, a północny brzeg zajmuje płaskie, puste bagno.
Osłonięta wzgórzem woda była bardzo spokojna; wokół unosił się słodki
zapach paproci, błota i szuwarów. Zaskrzeczały mewy, a nad powierzchnię
jeziora wzleciała samotna czapla. W tym chronionym przed wiatrem zakątku
panowało przyjemne ciepło. Zbudowanie niewielkiej tratwy i przepłynięcie
tego małego odcinka wody nie zajęło mu dużo czasu.
Ze szczytu wzgórza spojrzał w głąb lądu; zobaczył pas niskich,
zalesionych grzbietów, ciągnących się aż po horyzont. Odwrócił się do
Akun i wskazał przed siebie.
-?To droga, którą musimy iść.
Zostały dwa miesiące do końca lata, a to miejsce było odpowiednie na
odpoczynek i regenerację sił.
-?Zatrzymamy się tu na dziesięć dni -?zarządził. -?Potem ruszymy w głąb
lądu.
Z westchnieniem ulgi Akun i dzieci zeszli ze wzgórza nad brzeg płytkiego
jeziora.
Jezioro okazało się magicznym miejscem i Hwll z radością odkrył, że
obfituje w zwierzynę. Wzgórze otaczało wodę niczym troskliwe ramię, a wokół paradowały zwierzęta, których nigdy wcześniej nie widzieli:
łabędzie, para czapli, a nawet stado pelikanów brodzących przy brzegu.
Na otwartym terenie za bagnami gleba była torfowa i porośnięta wrzosami.
Pewnego ranka przegalopowało tamtędy stado dzikich koni, które wkrótce
zniknęło wśród zalesionych grzbietów na północy. W rzekach Hwll łowił
pstrągi i łososie, a jednego dnia nawet przepłynął na tratwie przez
rzekę Solent i dotarł do basenów skalnych nad morzem, skąd wrócił z krabami i małżami, które wieczorem przyrządzili na ognisku.
Dzieci zaczęły odzyskiwać siły. Któregoś ranka Hwll z uśmiechem patrzył,
jak Vata gania się z młodszym bratem w płytkiej wodzie przy brzegu.
-?Moglibyśmy zostać tu na zimę -?powiedziała Akun. -?Jest mnóstwo
jedzenia.
To była prawda; mogliby zbudować zimowe kwatery pod osłoną wzgórza. Ale
Hwll pokręcił głową.
-?Musimy iść dalej -?odparł. -?Musimy dotrzeć wyżej.
Wciąż nie mógł się pozbyć lęku przed straszliwą siłą morza.
-?Wykończysz nas -?sarknęła ze złością Akun. Ale zaczęła szykować się do
dalszej drogi.
Koniec tej niezwykłej podróży był bliżej, niż mogli sądzić. Ale nie
mieli dokończyć jej sami.
Przed opuszczeniem jeziora Hwll postanowił zbadać teren leżący
bezpośrednio na północy, więc pewnego ranka ruszył w górę rzeki, w stronę pierwszego z niskich grzbietów, które widział ze wzgórza. Brzegi
były niezbyt gęsto zadrzewione, a rzeka, szeroka zaledwie na dziewięć
metrów, płynęła spokojnym nurtem. W sitowiu buszowało ptactwo rzeczne,
pędy długich zielonych wodorostów falowały na wodzie, a tuż pod
powierzchnią zastygła w bezruchu duża brązowa ryba. Idąc wzdłuż rzeki,
Hwll pokonał osiem kilometrów, kiedy ku swemu wielkiemu zaskoczeniu
znienacka natknął się na obozowisko.
Znajdowało się na polance przy brzegu i było złożone z dwóch niskich
lepianek z błota, chrustu i trzciny. Pokryte darnią spadziste dachy
zdawały się wyrastać z ziemi niczym dwa pokraczne grzyby. Do brzegu
przywiązana była dłubanka.
Hwll stanął jak wryty. Nie widział ogniska, ale zdawało mu się, że czuje
dym, jakby przed chwilą gdzieś się paliło. Obozowisko wyglądało na
puste. Ostrożnie ruszył w stronę jednej z chat. I wtedy nagle dostrzegł
niskiego, przygarbionego mężczyznę o wąsko osadzonych oczach, który
bacznie śledził każdy jego ruch, ukryty w trzcinach piętnaście metrów
dalej. W dłoniach trzymał łuk ze strzałą skierowaną prosto w serce
Hwlla. Żaden z mężczyzn się nie poruszył.
Tep, właściciel obozu, już od pewnego czasu obserwował zbliżającego się
intruza. Na wszelki wypadek, zanim zajął strategiczną pozycję, ukrył
rodzinę w lesie, a chociaż mógł zabić Hwlla, postanowił najpierw
przekonać się, co zamierza. Nigdy nie było wiadomo, czy nieznajomy nie
okaże się w jakiś sposób przydatny.
Jak Hwll miał się przekonać, Tep był ostrożnym i przebiegłym myśliwym,
ale były to jedyne dwie zalety jego charakteru.
Miał szczurzą twarz, wąskie oczy, długi nos, spiczasty podbródek,
spiczaste zęby i włosy w niezwykłym kolorze marchewki. Poruszał się
chwiejnym krokiem i miał jedną bardzo szczególną cechę dziedziczną: tak
długie palce u nóg, że mógł nawet chwytać nimi małe przedmioty. Był
podły, złośliwy bez powodu i niegodny zaufania. Jakiś czas temu on i jego rodzina mieszkali z grupą myśliwych dwadzieścia cztery kilometry na
północny wschód od jeziora, ale po zaciekłej kłótni o podział mięsa po
polowaniu -?gdy w oczywisty sposób próbował oszukać innych -?zostali
wypędzeni. Tep był w tej okolicy wyrzutkiem i mało kto chciał się z nim
zadawać. Ale Hwll nie miał o tym pojęcia.
Gdy intruz dał mu znak, że przybywa w pokoju, Tep nie opuścił łuku,
tylko skinął mu głową, aby mówił.
W ciągu kilku następnych minut obaj mężczyźni odkryli, że chociaż mówią
różnymi dialektami, to są w stanie się porozumieć, pomagając sobie
gestykulacją, a Hwll, chcąc w miarę możności zapewnić sobie pomoc,
opowiedział tej osobliwej postaci o swojej podróży.
-?Jesteś sam? -?zapytał Tep podejrzliwie.
-?Mam kobietę i dwoje dzieci -?odparł Hwll.
Tep powoli opuścił łuk. -?Idź przodem -?polecił. -?Pójdę i zobaczę.
Pod koniec dnia Tep sprawdził nowo przybyłych i zdecydował, że rozsądnie
będzie zaprzyjaźnić się z nieznajomym z północy. Miał syna, który
pewnego dnia będzie potrzebował kobiety; może córka Hwlla się nada.
Kiedy zrozumiał, że Hwll szuka wzniesienia, jego wyrachowane oczy
rozbłysły.
-?Znam takie miejsce -?zapewnił przybysza. -?Jest tam wiele dolin
pełnych zwierzyny, a nad nimi wzniesienie. -?Gestem pokazał, że bardzo
wysokie. -?Wiele dni drogi stąd.
-?Gdzie? -?zapytał Hwll.
Tep wyraźnie się zamyślił.
-?To daleko -?powiedział w końcu -?a podróż nie jest łatwa, ale mogę cię
poprowadzić. -?Urwał. -?Najpierw ze mną zapoluj -?zaproponował. -?Wtedy
wskażę ci drogę.
Hwll nie był pewien, czy powinien zaufać temu małemu człowiekowi, ale
takiej oferty nie mógłby odrzucić żaden myśliwy. I rzeczywiście, po
wielu dniach samotnych polowań, cieszył się, że znów ma towarzysza.
-?Muszę dotrzeć na to wzniesienie przed zimą -?powiedział.
-?Obiecuję, że tak będzie -?odparł Tep.
Tak rozpoczęła się osobliwa relacja między myśliwym z tundry i myśliwym
z południowych lasów. Tep miał czworo dzieci. Jego pierwsza kobieta
zmarła, więc wyruszył na zachód i porwał inną -?ze spotkanej grupy
myśliwych. Była wtedy młoda, ledwie wyrosła z wieku podlotka. Miała na
imię Ulla i to ona urodziła mu dwoje z czwórki jego dzieci. Teraz była
wychudłą kobietą o okrągłej twarzy, a w jej dużych brązowych oczach
wiecznie czaiło się przerażone spojrzenie. Wszystkie dzieci były podobne
do ojca: śmigały po lesie na nogach o długich palcach i łapały małe
zwierzęta z dziką i przerażającą zręcznością.
Tep zamierzał za wszelką cenę zatrzymać przy sobie Hwlla i jego rodzinę,
dopóki nie uzgodnią, że jeden z jego synów dostanie tę małą dziewczynkę.
Choć był to zamiar podstępny, jego propozycja niosła ze sobą pewne
korzyści dla przybyszów z północy. Gdy Hwll rozbił obozowisko na
polanie, Tep zdradził mu lokalizację wszystkich najlepszych łowisk.
Pewnego dnia zabrał go też kilka kilometrów na zachód wzdłuż brzegu
morza, gdzie pokazał mu coś, czego jego nowy towarzysz nigdy wcześniej
nie widział: ławicę ostryg. Niedługo potem nauczył Hwlla i jego syna,
jak nurkować i odrywać je nożem od dna. Chłopiec nabrał takiej wprawy,
że nazwali go Otter, czyli Wydra, jak te zwierzątka, które budują swoje
domy pod wodą, i to imię do niego przylgnęło. Tej nocy obie rodziny
ucztowały nad brzegiem jeziora, delektując się pstrągami, małżami i ostrygami, które połykali w całości, a na powierzchni czystej wody
połyskiwały odbicia gwiazd. Rodzina z tundry jeszcze nigdy nie jadła tak
dobrze, więc Akun ponownie zapytała:
-?Może tu zostaniemy?
Ale Hwll pragnął ruszać dalej i następnego dnia przypomniał Tepowi o jego obietnicy wskazania im drogi do wzniesienia; jednak mały przebiegły
myśliwy wciąż grał na zwłokę.
-?Najpierw upolujmy jelenia -?nalegał. -?A potem pokażę ci wzniesienie.
Hwll nie miał ochoty dłużej zwlekać, w końcu jednak przystał na ten
plan.
-?Ale potem ruszymy, bo muszę znaleźć wzniesienie przed zimą -?upierał
się.
-?Obiecuję -?zapewnił go Tep. -?Zapolujemy podczas pełni księżyca.
Był jeszcze jeden powód, dla którego Hwll zgodził się na kolejne
opóźnienie. Choć w tundrze był zręczny, widział wyraźnie, że w tych
południowych lasach Tep jest lepszym myśliwym niż on.
W otwartej tundrze, gdzie było niewiele zwierzyny, mężczyźni polowali w grupach i całymi dniami podążali za swoją ofiarą, dopóki nie osłabła, by
mogli ją zabić. Natomiast Tep polował samotnie, w lasach, gdzie
zwierzyna była obfita i różnorodna. Sarny, szybkie dzikie konie, zające,
kuropatwy, łabędzie i gęsi były łatwym łupem. Większe niebezpieczeństwo
wiązało się z polowaniem na dziki i niedźwiedzie brunatne, a konkurencję
dla myśliwego stanowiły tchórze, lisy, wilki, borsuki, gronostaje i łasice. Skraje polan porastały jeżyny i jałowiec. Były też grzyby i trawy. A ten przygarbiony mężczyzna o wąskiej twarzy znał się na tych
wszystkich zwierzętach i roślinach. Wiedział, co jest jadalne i gdzie to
znaleźć.
Miał też bardziej zróżnicowaną broń. W tundrze Hwll nosił tylko jedną
włócznię oraz łuk i strzały, których groty o ostrych jak brzytwa
ząbkowanych krawędziach wykonano ze starannie ociosanego krzemienia i przymocowano sznurkiem do trzonka. Ale broń Tepa miała wiele różnych
grotów, każdy z nich przeznaczony na innego zwierza. Były gładsze,
częściej o zaostrzonych krawędziach niż tylko spiczastym wierzchołku.
Idealnie pasowały do wycięcia w trzonku, a niektóre groty włóczni miały
wgłębienie, w którym można było wygodnie osadzić rękojeść. Włócznia,
której używał do łowienia ryb, wyposażona była w kolce, aby ryba się nie
ześliznęła. Jednak tym, co Hwll podziwiał najbardziej, były delikatne,
lancetowate strzały, których Tep używał do polowania na lisy, aby nie
uszkodzić futra.
Nie były to jedyne różnice. Ubrania Tepa, w przeciwieństwie do jego,
były dobrze dopasowane i zszyte sznurkiem ze zwierzęcych jelit. Latem
nosił tylko kaftan i przepaskę na biodra, a zimą wkładał dodatkowo
długie nogawice. Ale umiał też przebierać się za lisa albo jelenia, a dla dopełnienia kamuflażu zakładał głowę zwierzęcia, aby zakryć twarz.
Ulla wyplatała kosze z łoziny i pięknie rzeźbiła drewniane miski,
przewyższające wszelkie wytwórcze starania Akun.
Choć Hwll o tym nie wiedział, był jednym z ostatnich przedstawicieli
swego rodzaju. Gdy ciepłe lasy przesuwały się ku północy, paleolityczni
myśliwi z tundry byli stopniowo wypierani przez bardziej wyrafinowanych
mezolitycznych łowców takich jak Tep.
Do pełni księżyca zostało kilka dni, a Hwll postarał się dobrze ten czas
wykorzystać. Uczył się od Tepa, jak robić lepszą broń i jak zastawiać
sprytne pułapki w lesie, zaś Ulla pokazywała Akun, jak się wyplata
kosze. Między obiema rodzinami narodziło się coś na kształt przyjaźni i Hwll musiał przyznać, że jak dotąd to spotkanie było dla niego źródłem
korzyści.
Teraz każdej nocy, stojąc nad rzeką lub nad jeziorem, obaj mężczyźni
obserwowali, jak księżyc na niebie, bogini wszystkich myśliwych, staje
się większy i wspanialszy. Tę srebrzystą boginię czcili bardziej niż
innych bogów -?to przecież jej fazy wpływały na zachowanie zwierząt i czyż to nie przy jej świetle ludzie polowali długimi nocami?
Kolejne noce mijały, a gdy w końcu nastał czas pełni, myśliwi wiedzieli,
że to wigilia ich polowania; nadeszła pora, by się przygotować i odprawić niezbędne rytuały na cześć bogini.
Na brzegu osłoniętego wzgórzem jeziora zapłonęło ognisko. Księżyc
wzeszedł wysoko na nocnym niebie, a jego odbicie zalśniło w wodzie.
-?Przybywa, żeby się napić -?rzekł Tep, a patrząc na połyskujący w jeziorze srebrzysty dysk, rzeczywiście zdawało się, że bogini
zanurkowała w jego toń, aby ugasić pragnienie.
Gdy dzieci przygotowały ognisko, obaj mężczyźni odprawili osobliwy, lecz
bardzo ważny rytuał. Tep trzymał nad głową poroże zabitego przed rokiem
jelenia i bardzo powoli tańczył wokół ognia, ściśle naśladując delikatny
chód zwierzęcia, jego przystawanie, szybkie, nerwowe ruchy łba, gdy
wietrzy niebezpieczeństwo. Podczas gdy Tep tak doskonale odgrywał rolę
jelenia, a dzieci przyglądały mu się z podziwem, Hwll podążał za nim
wokół ogniska, stawiając kroki z niezmierną ostrożnością, dokładnie tak,
jak robiłby na prawdziwym polowaniu. Z najwyższą precyzją mężczyźni
ćwiczyli każdy szczegół nadchodzących łowów -?trafienie na ślad
zwierzyny, podążanie jej tropem, a w końcu jej zastrzelenie i uśmiercenie -?zaś kobiety i dzieci uważnie obserwowały każdy ich ruch.
Rytuał ten miał na celu nie tylko uczenie dzieci technik polowania. Był
także próbą generalną oraz magicznym zaklęciem odprawianym na oczach
bogini księżyca po to, aby mieć pewność, że poznała ich pragnienia i że
następnego dnia zapewni im pomyślny wynik łowów.
Tep tak znakomicie odgrywał swoją rolę, że miało się wrażenie, jakby
naprawdę stał się jeleniem, przejął jego duszę i poddał się woli
myśliwego. Obaj mężczyźni rozumieli, że podczas tego rytuału przyrzekają
bogini księżyca ducha jelenia, którego upolują następnego dnia, a ona
przyjmuje ich dar, oddając im w zamian ciało zwierzęcia: niczego nie
pozostawiono przypadkowi. Po zakończeniu tej ceremonii cała grupka
ucichła z poczuciem, że doświadczyli ważnej i starożytnej magii, podczas
gdy wokół nich trzaskał ogień, a księżyc kontynuował swą cichą podróż po
niebie.
Następnego ranka, kilka kilometrów w górę rzeki, Hwll i Tep, którym
towarzyszył starszy syn Tepa, szczupły i zręczny dziesięciolatek,
wytropili i zabili wspaniałego byka. Zanieśli zdobycz do obozowiska
Tepa, gdzie obie kobiety starannie ją oskórowały, odcięły mięso od kości
i zebrały krew do skórzanego worka. Tej nocy mogli ucztować, ale
większość mięsa zamierzali zachować, krojąc je w pasy i susząc na
słońcu. Na zawczasu przygotowanych płytkich tacach z wodą morską, którą
pozostawili do odparowania, powstała sól, którą teraz posypali mięso,
aby je zakonserwować. Dzięki tej przezorności mięso mogło przetrwać całe
tygodnie.
Jednakże przed ucztą mężczyźni musieli odprawić drugą, równie istotną
ceremonię. Po oddzieleniu mięsa od kości kobiety wręczyły im skórę. Do
jej wnętrza włożyli serce jelenia, a resztę wypełnili kamieniami, po
czym zszyli całość. Następnie przenieśli jelenia do dłubanki, a gdy
wzeszedł księżyc, powiosłowali w dół rzeki, w stronę jeziora.
Kiedy dotarli do jego spokojnych wód, było już ciemno, a księżyc stał
wysoko na niebie. W milczeniu wypłynęli na środek i tam wyrzucili za
burtę obciążoną skórę, która natychmiast poszła na dno.
-?Teraz księżyc może jeść i pić -?powiedział z szacunkiem Hwll, po czym
zawrócili dłubankę i powiosłowali w górę rzeki, gdzie czekała ich własna
uczta.
Mięso jelenia należało do nich, lecz jego fizyczna forma i duch należały
do bogini księżyca, która zapewniła im udane polowanie.
Tej nocy obie rodziny najadły się do syta. Nad rzeką unosił się zapach
soczystego, pieczonego mięsa, a kiedy Hwll patrzył na swoje wesoło
dokazujące dzieci i zadowoloną żonę, poczuł pokusę, by nie iść nigdzie
dalej. Ale później w nocy, kiedy wtulił się w ciepło wciąż wspaniałego
ciała Akun, przyrzekł sobie:
-?Znajdę wzniesienie. I też będzie nam się dobrze żyło.
Z samego rana Tep podszedł do Hwlla z poważną miną. Nadszedł czas, aby
spełnił obietnicę i wskazał im drogę w głąb lądu. Hwll zastanawiał się,
jakiego podstępu spróbuje tym razem przebiegły myśliwy.
Jednak Tep przeszedł od razu do rzeczy.
-?Twoja córka. Chcę ją dla mojego chłopca -?oświadczył. -?Jeśli ją
oddasz, wskażę ci drogę do wzniesienia.
Hwll się zastanowił. Tep złamał słowo, ale mogło się trafić gorzej. Na
pewnym etapie i tak trzeba będzie oddać córkę jakiemuś mężczyźnie, a syn
Tepa był dobrym myśliwym.
-?Zaprowadź nas tam -?odrzekł -?a jeśli będzie tak, jak mówisz, to
dostanie dziewczynę.
Po stosownym namyśle Tep przystał na ten warunek i następnego dnia obie
rodziny wyruszyły w górę rzeki. Tep prowadził ich w spokojnym tempie.
To była dobra ziemia. Cofające się w ciągu milionów lat wody zostawiły
po sobie na tej rozległej, żwirowej równinie żyzną glebę aluwialną. W trakcie wspólnej wędrówki Tep przechodził samego siebie, łowiąc dla nich
ryby: pstrągi, smaczne węgorze, okonie, szczupaki i lipienie o delikatnym smaku. Wydawał się zdeterminowany, by zadowolić swoich nowych
przyjaciół.
Hwlla martwiła tylko jedna rzecz -?poruszali się w bardzo wolnym tempie,
pokonując zaledwie osiem kilometrów dziennie. Było już późne lato. Czy
dotrą na miejsce przed nadejściem zimy? Wiele razy pytał o to ich małego
przewodnika.
Ale ilekroć słyszał to pytanie, Tep tylko się uśmiechał i kręcił głową.
Przez pięć dni wędrowali w górę rzeki w iście ślimaczym tempie. Piątego
dnia znaleźli się w szerokiej, płytkiej dolinie pomiędzy łagodnie
opadającymi grzbietami. Jednak te wzgórza nie wydawały się Hwllowi
dostatecznym wzniesieniem, więc poczuł się zdumiony, gdy Tep znienacka
oznajmił:
-?Oto miejsce, gdzie spotyka się pięć rzek.
I wtedy Hwll to zobaczył, na wprost przed sobą.
Wyglądało to tak, jakby z ziemi wydobyto ogromną misę o średnicy wielu
kilometrów, tworząc rozległy system lasów i bagien otoczony wzgórzami od
wschodu, zachodu i północy. Nawet z miejsca, gdzie stali, widział, jak
pokaźne i strome były te grzbiety. W jednym miejscu wznosiła się ostra
skarpa; w innym imponujące zbocze. Nieco na prawo od środka tego układu,
od krawędzi wzniesienia w stronę niecki, wysuwało się pojedyncze
zalesione wzgórze, a za nim Hwll ujrzał wejście do jednej z kilku dolin
przecinających ten wyżynny krajobraz.
-?Są trzy doliny -?wyjaśnił Tep. -?Na zachodzie, północy i północnym
wschodzie. -?Wskazywał wejścia do każdej z nich. -?Tamten pagórek -
pokazał na zalesiony teren w pobliżu środka -?strzeże wejścia do
północnej doliny, najmniejszej z całej trójki. Z każdej doliny wypływa
rzeka, z tym że w zachodniej są dwie. Łączą się w pobliżu wejścia do
doliny. -?Wykonał zamaszysty ruch ręką. -?Tam na dole łączą się
wszystkie rzeki, a potem tworzą wielką pętlę na południowym zachodzie.
Hwll widział, jak płynąca woda zatacza wielki łuk w pobliżu środka
niecki, po czym kieruje się w ich stronę.
-?Piąta rzeka dołącza z zachodu -?dokończył Tep. -?To wygląda tak -
położył lewą rękę na ziemi, wnętrzem dłoni do góry, rozczapierzając
wszystkie pięć palców -?jak ludzka dłoń. My jesteśmy tu. -?Wskazał na
swój nadgarstek.
Ta analogia była idealna.
-?A wzniesienie? -?zapytał z przejęciem Hwll.
-?Masz je przed sobą. -?Tep pokazał na ogromne grzbiety. -?Wystarczy
wejść na północny grzbiet, tam cały teren stanowi wzniesienie. Tak
rozległe, że możesz przemierzać je całymi dniami.
I tak też się okazało, gdy dwie godziny później obaj mężczyźni stanęli
na szczycie północnego grzbietu, jakieś czterdzieści pięć metrów nad
dnem doliny. Przepiękna panorama roztaczała się we wszystkich
kierunkach, ale Hwlla najbardziej urzekł widok na północ. Jak okiem
sięgnąć rozciągał się tam gigantyczny płaskowyż wysokiego, lekko
zalesionego terenu. Tylko wiatr cicho szumiał nad tą ogromną, pustą
przestrzenią. Szeroka twarz Hwlla rozjaśniła się w uśmiechu. Nareszcie:
właśnie tego pragnął. Był pewien, że nawet gdyby morze przedarło się
przez klify i zalało nizinę, po której podróżowali, nigdy nie zdoła
zniszczyć tego ogromnego płaskowyżu. Byli bezpieczni.
Odwrócił się, żeby spojrzeć na rzeki przecinające bagnisty teren w dole
i na dostojnie unoszące się na ich wodach łabędzie.
-?Tutaj zostanę -?powiedział.
Znalazł Sarum.
Tym wielkim płaskowyżem, do którego dotarli, była Równina Salisbury,
ogromne, puste wzniesienie, na którym spotykają się wszystkie naturalne
drogi lądowe południowej Anglii. Z tej pofałdowanej wyżyny rozciągają
się długie grzbiety prowadzące na południowy zachód, wschód i północ, a wśród nich, daleko na północy, biegnie część wielkiego grzbietu
jurajskiego, którym Hwll rozpoczął swą podróż z tundry. Na wschodzie
ciągnął się inny grzbiet, który myśliwy także napotkał już na swej
drodze: stał bowiem na jego krańcu, w miejscu, gdzie morze przecięło go
jak nóż, tworząc Cieśninę Kaletańską. Te i inne grzbiety wzgórz,
ciągnące się setkami kilometrów przez całą wyspę, schodziły się do
wielkiego, centralnego węzła, jakim jest Równina Salisbury.
Hwll patrzył na to z nabożnym podziwem.
-?Zupełnie jak morze -?wymamrotał. -?Ta ziemia wygląda jak morskie fale.
Byłby zdumiony, wiedząc, jak bliskie prawdy było jego stwierdzenie.
Geologia Równiny Salisbury nie jest bowiem przesadnie skomplikowana.
Około sześćdziesięciu pięciu milionów lat temu ta równina i większa
część południowej Brytanii znajdowały się pod wodą, a później, kiedy
morze opadło w tak zwanym okresie kredowym, grzbiety pokryła imponująca
warstwa kredy, miejscami o grubości od kilkudziesięciu do kilkuset
metrów, osiadając na starszym szelfie z wapienia jurajskiego. To właśnie
ta kreda tworzy glebę na wzniesieniach. Jednakże ostatnio -?czyli mniej
więcej w ciągu ostatnich dwóch milionów lat -?wiatr i woda działające w czasie kolejnych długich epok lodowcowych przeplatanych okresami ciepła
wytworzyły na kredzie bardzo cienki i bardzo delikatny osad ziemny. To
właśnie w nim wyrosły drzewa, na które patrzył Hwll. W żyznej, płytkiej
ziemi Równiny Salisbury.
Obecnie ta kraina była bezludna. Jednakże Hwll nie był pierwszym
człowiekiem, który do niej trafił. Przez ćwierć miliona lat łowcy od
czasu do czasu zamieszkiwali ten płaskowyż i doliny poniżej,
przemierzali je wzdłuż i wszerz, pozostawiając we wciąż zmieniającej się
glebie drobne ślady swojej bytności -?groty strzał, kości zwierząt -?a potem to miejsce znów pustoszało. Tamci przybysze też doceniali
korzyści, jakie oferowało to małe skupisko dolin.
-?Miejsce jest takie, jak mówiłeś -?zauważył sucho Hwll. Wiedział już,
że przebiegły mały myśliwy celowo wprowadził go w błąd, twierdząc, że
trudno trafić w to miejsce. Było jasne, że sam z łatwością by je odkrył,
idąc po prostu w górę rzeki. Nic dziwnego, że Tep tak powoli prowadził
ich na północ! Ale choć został oszukany, Hwll pamiętał o złożonej
obietnicy i wiedział, że nic nie zyska na kłótni z jedynym łowcą,
jakiego spotkał, odkąd opuścił tundrę.
-?Kiedy nadejdzie czas -?powiedział, mając na myśli moment, w którym
dziewczynka osiągnie dojrzałość -?twój syn może po nią przyjść. -?I z tymi słowy zawrócił do doliny poniżej.
Następnego dnia gruntownie zbadał okolicę, zwracając szczególną uwagę na
wzgórze chroniące wejście do północnej doliny. Wznosiło się stromo,
stercząc z krawędzi wysokiego kredowego grzbietu niczym posterunek
wartowniczy. Ze szczytu roztaczał się przepiękny widok we wszystkich
kierunkach, a niżej teren opadał łagodnie w kierunku rzeki.
-?Myślę, że to jest to miejsce -?powiedział do Akun, a ona skinęła
głową. Zatem po południowo-zachodniej stronie wzgórza, zwróconej ku
miejscu, gdzie spotykało się pięć rzek, razem zbudowali swoje
schronienie. Umiejscowili je w niewielkim zagłębieniu -?za nim znajdował
się pagórek, a przed nim skrawek ziemi, co zapewniało im całkowitą
ochronę przed wiatrem, a jednocześnie niezrównany widok. Dodatkową
osłonę stanowiła plątanina karłowatych drzew.
Ku zaskoczeniu Hwlla Tep nie wrócił do swojego obozu w dole rzeki.
Prawda była taka, że mały myśliwy miał dość życia wyrzutka i cieszył
się, że znalazł kogoś, kto nie miał pojęcia o jego złej reputacji. Zatem
dzień po tym, jak Hwll wybrał swoje wzgórze, Tep przyszedł do niego i rzekł:
-?Lepiej będzie, jeśli tu zostanę i będę polował z tobą. -?A chociaż
Hwll mu nie ufał, musiał przyznać, że to rozsądny układ.
Tak więc trzy kilometry dalej, nad brzegiem jednej z dwóch zachodnich
rzek, które się tam spotykały, Tep i jego rodzina zbudowali swe
osobliwe, ruderowate schronienia.
I w ten właśnie sposób te dwie rodziny osiedliły się w Sarum i odtąd
obaj myśliwi polowali na wzniesieniach i w dolinach obfitujących w zwierzynę. Hwll nigdy więcej nie musiał cierpieć głodu, jak kiedyś w tundrze, a choć jego podróż na południe została przerwana, to jednak
odnalazł swoje ciepłe krainy.
* * *
Tak oto w miejscu, gdzie spotykały się rzeki, powstała nowa społeczność
myśliwych. Nie byli tam jednak całkiem sami. Jedenaście kilometrów na
wschód, na zalesionym zboczu nad strumieniem, dwie inne rodziny założyły
podobny obóz, zaś niedaleko bagien, szesnaście kilometrów na zachód
wzdłuż rzeki od miejsca, gdzie Tep wybudował swoje chaty, osiedliła się
pewna przyjazna grupa trzech rodzin. Mieszkali w chatach wzniesionych
nad wodą na długich żerdziach dla ochrony. Jednakże na północy, o ile
Hwll był w stanie to sprawdzić, płaskowyż był pusty.
Jak na ówczesną Brytanię było to całkiem gęste zaludnienie, gdyż całą
wyspę zamieszkiwało prawdopodobnie niespełna pięć tysięcy ludzi.
Sarum okazało się miejscem wielu cudów. Obie rodziny znajdowały w pobliskich dolinach dość jedzenia przez okrągły rok i nie musiały
nigdzie się przenosić. Było mnóstwo saren, były też dzikie konie i łosie, a czasem, w wyżej położonych, chłodniejszych partiach płaskowyżu,
zdarzały się żubry i renifery. Raz czy dwa pojawił się nawet niedźwiedź
brunatny o niezdarnym chodzie, a choć w lasach żyły też wilki, to zwykle
starały się unikać ludzi. Po rzece pływały łabędzie, a w zatoczce
brodziły bociany, pelikany i czaple, choć te ostatnie nie nadawały się
do jedzenia. Było jednak sporo innych ptaków, takich jak smaczne
kuropatwy i delikatne czajki, oraz zwierząt -?bobrów, lisów, borsuków -
a czasami wszystkie okoliczne rodziny łączyły siły, aby zapolować na
niebezpiecznego dzika o groźnie błyszczących kłach i pysznym mięsie. Na
zboczach doliny rosły krzewy jałowca, tarniny i głogu, których jagody
zbierała Akun, a Tep łowił w rzekach pstrągi, łososie, szczupaki,
okonie, lipienie i węgorze. Myśliwi mieli zróżnicowaną dietę.
Jednak wiele zwierząt jeszcze nie istniało: nie było, rzecz jasna, myszy
domowych, choć w lasach można było spotkać myszy polne. Nie było
szczurów, nie było owiec, świń domowych ani bydła, nie było bażantów, a chociaż istniały zające, nie było królików, które miały się pojawić,
wprowadzone przez Normanów, dopiero sześć i pół tysiąca lat później.
Różnych rodzajów drewna dostarczały liczne gatunki drzew, takich jak
dąb, jesion, bez czarny czy sosna, nie brakowało też gliny, a w okolicznych pokładach kredy znajdowały się złoża krzemienia przydatne do
wyrobu grotów strzał. W jednym miejscu, na wzniesieniu położonym kilka
kilometrów na wschód od doliny, znajdowała się jama prowadząca do małej,
naturalnej odkrywkowej kopalni krzemienia i kiedy Hwll z Tepem pogłębili
ją o jakiś metr czy dwa, natrafili na wspaniały kamień, który z łatwością mogli wydobywać.
Hwll i Akun nie porzucili całkowicie stylu życia, jaki wiedli w otwartej
tundrze. Żadnemu z nich nie odpowiadała duszna chata, w której Tep
mieszkał przez okrągły rok. Zimą wydrążyli w zboczu wzgórza duży,
głęboki, kwadratowy dół i zasłaniali wejście chrustem i trzciną, aby
zatrzymać ciepło, ale kiedy nadeszła wiosna, przenieśli się do swojego
namiotu, który ustawiali na ciepłych zboczach z widokiem na dolinę, i podnosili klapy, żeby przewietrzyć dom i przesycić go słodkim zapachem
wiosennych liści bądź letnich traw.
Zimy wciąż były długie i surowe, a wschodni wiatr potrafił wywołać na
wzniesieniach zamiecie równie straszne jak te, których niegdyś
doświadczali na północy. Natomiast wiosny były tu ciepłe i nieokiełznane, inne niż te, które znali wcześniej. Czyste strumienie
powstałe z topniejącego śniegu spływały z wyżyn ku dolinom, a płynąca u podnóży ich wzgórza rzeczka gwałtownie wzbierała i z głośnym hukiem
przetaczała się przez okolicę. Długie zielone wodorosty, które zwykle
bezwładnie falowały pod jej powierzchnią, nagle naprężały się szarpane
silnym nurtem wód prących na południe i niosących ze sobą ciężki, żyzny
osad kredy i błota.
Ponieważ jednak Hwll pochodził z otwartej tundry, jego ulubionym
miejscem wędrówek były przede wszystkim ponure, ciche wzniesienia.
Latem, w bezchmurny dzień, często zdawało mu się, że wystarczy wyciągnąć
rękę, by dotknąć nieba, ale gdy nadchodziła zima i dokuczliwy wschodni
wiatr strząsał śnieg z czubków drzew, miejsce to jeszcze bardziej
przypominało mu rozległą, nieubłaganą pustkę tundry, którą kiedyś
kochał.
Jednak dopiero w środku lata następnego roku po swoim przybyciu odkrył
jedno z najbardziej urokliwych miejsc w okolicy. Któregoś słonecznego
popołudnia razem z Akun wędrowali samotnie po wzniesieniu i zaszedłszy
kilka kilometrów na północ, natknęli się na ogromną polanę rozciągającą
się na łagodnie nachylonym zboczu. Istniała tam od jakichś trzydziestu
lat, kiedy grupa myśliwych wykarczowała ten teren z drzew, by na kilka
lat założyć tam swoje obozowisko. Polanę porastały pierwiosnki i delikatna konikleca czubata, ale tym, co zdumiało Hwlla, był fakt, że
ziemia wydawała się mieć dziwny niebieski kolor, niepodobny do niczego,
co kiedykolwiek widział. Co to mogło być? Ten problem rozwiązała Akun.
Wbiegła na polanę, śmiejąc się i klaszcząc w dłonie, a wówczas
niebieskie pole rozpłynęło się na jego oczach, gdy ponad sto tysięcy
niebieskich motyli wzbiło się przestraszonych w powietrze i prawie
oślepiło go szaleńczym trzepotem skrzydeł. Były to modraszki adonis i modraszki korydon, które zamieszkiwały każdą pustą przestrzeń równiny.
Na widok Akun zanurzonej w chmurze niebieskich skrzydeł serce Hwlla aż
podskoczyło z radości. Podbiegł do niej i pociągnął ją na ziemię, aby
się z nią namiętnie kochać.
Przez trzy lata obie rodziny żyły ze sobą w pokoju, a twarz Hwlla -
szeroka i pobrużdżona -?często marszczyła się jeszcze mocniej w pełnym
zadowolenia uśmiechu, gdy widział, jak dobrze mieli się jego najbliżsi.
Otter wyrósł na silnego, krępego chłopca, bystrego i zdolnego; wkrótce
też dowiódł, że równie zręcznie jak dzieci Tepa potrafi łapać w pułapki
małe zwierzęta, na które wspólnie polowali w okolicznych dolinach. Jeśli
chodzi o Vatę, to od urodzenia miała wspaniałe piwne oczy Akun, a w wieku ośmiu lat była tak uderzająco podobna do matki, że czasem Hwll aż
wybuchał śmiechem; jej towarzystwo dawało mu wiele radości i żałował
tylko, że przyobiecał ją synowi Tepa, który wykazywał uderzające
podobieństwo do swojego trudnego i niegodnego zaufania ojca. Ale
obietnica została złożona i wyglądało na to, że nie można nic na to
poradzić. Pomimo tej jednej udręki jego radość wydawała się niemal
pełna, gdy na początku drugiego roku ich nowego życia okazało się, że
Akun będzie miała kolejne dziecko. Tego lata urodziła drugiego zdrowego
syna, a wtedy myśliwy uznał, że bogini księżyca, której co roku składał
ofiarę ze zwierzęcia, naprawdę pobłogosławiła jego rodzinę.
Co zaś do Tepa, to cieszył się, że nie jest już wyrzutkiem. On i Hwll
często razem polowali, a czasem odpływał samotnie w swojej dłubance w dół rzeki, by po kilku dniach wrócić z mięsem pelikana lub innym
przysmakiem z jeziora, albo z jasnymi piórami jakiegoś jeziornego ptaka,
które Ulla, uśmiechnięta jak rzadko, wplatała w jeden ze swoich
koszyków. Życie Ulli niewiele się zmieniło. Czasem widywali ją z podbitym okiem lub innymi obrażeniami, które niekiedy zadawał jej Tep;
rzadko jednak skarżyła się na swój ciężki los.
Dopiero latem czwartego roku po osiedleniu się wydarzyło się coś, co
omal nie zniszczyło obu rodzin.
Poprzednia zima była wyjątkowo długa i ostra, a w samym jej środku Ulla
zachorowała. Choć miała dopiero dwadzieścia lat, dotkliwe zimno i żmudne
życie odbiły się na jej zdrowiu i wydawało się, że umrze. Tep i jego
dzieci opiekowali się nią na swój niedbały sposób, ale wkrótce popadła w apatię i nie wykazywała żadnych oznak zdrowienia. Po kilku dniach Akun
nie pozostało już nic innego, jak tylko siedzieć przy niej w małej
chatce, w której Tep zostawił ją samą, podtrzymywać ogień i karmić ją
ciepłym rosołem -?jedynym pokarmem, jaki mogła przełknąć. Choroba
zupełnie wycieńczyła jej i tak wychudzone ciało. Czasami Ulla dygotała
spazmatycznie, a Akun tylko kręciła głową, gdy Hwll pytał o stan chorej.
Kiedy w środku zimy przez trzy kolejne dni w dolinie szalała potężna
zamieć i Akun nie była w stanie pokonać nawet tych trzech kilometrów
dzielących obozowisko na wzgórzu od chaty nad rzeką, przypuszczała, że
Ulla zmarła. A jednak tak się nie stało. Ta sama wątła siła życiowa,
dzięki której mogła stawiać bierny opór i przetrwać z Tepem i jego
rodziną, teraz pozwoliła jej przetrwać atak okrutnego zimna, i kiedy
minęła zamieć, kobieta zaczęła bardzo powoli wracać do zdrowia.
To właśnie dzięki trosce Akun o Ullę między nią i Tepem rozwinęła się
nowa, choć w pewnym stopniu niepożądana przyjaźń. Pewnego dnia wczesną
wiosną zaskoczona Akun ujrzała zgarbioną postać małego myśliwego, który
przybył do obozu na wzgórzu i uroczyście wręczył jej dużą rybę.
-?Dla ciebie -?wyjaśnił. -?Bo opiekowałaś się Ullą.
Przyjęła ten wyraz wdzięczności z przyjaznym uśmiechem, po czym, jak
nakazywał zwyczaj, zaprosiła go do ogniska i odwzajemniła się
poczęstunkiem.
Parę dni później przyszedł ponownie, tym razem z drugą rybą i zającem.
Akun nie była pewna, czy powinna przyjmować od niego kolejne podarunki,
ale nie chciała go urazić, więc wzięła je i jeszcze raz podziękowała z uśmiechem.
Od tamtej pory Tep wielokrotnie spotykał ją niby przypadkiem, czy to w pobliżu obozu na wzgórzu, czy w dolinie poniżej, a ponieważ spędzała
czas z Ullą, dla której stanowiła jedyne towarzystwo, widywanie się z myśliwym o lisiej twarzy było nieuniknione. Stopniowo nawiązała się
między nimi uprzejma zażyłość, która zdawała się sprawiać mu
przyjemność. Od czasu do czasu nadal dawał jej prezenty w postaci
jedzenia. Kiedy raz czy dwa zapytała Hwlla, czy powinna je przyjmować,
on tylko wzruszył ramionami i odparł:
-?Tep ze mną poluje. Lepiej żyć z nim w przyjaźni.
Więc nie wracała już do tej sprawy.
Pewnego ranka późnym latem, kiedy Hwll i Otter wybrali się zapolować na
jelenie, zostawiła niemowlę w obozie z Vatą i zeszła ze wzgórza. W lesie
na wschód od wejścia do doliny rosły jagody i Akun wiedziała, że będą
już dojrzałe. Idąc tam, miała wrażenie, że jest śledzona, lecz choć
kilka razy przystanęła, nikogo nie zauważyła. Dotarła do niewielkiej
polany, gdzie bujnie rosły jeżyny, i już napełniła jeden z dwóch
mieszków, które ze sobą przyniosła, gdy nagle zdała sobie sprawę z obecności Tepa. Podkradł się do niej i teraz stał tuż obok. Tego ranka
musiał wykąpać się w rzece, bo jego zazwyczaj brudne ciało i zmierzwiona
broda nie cuchnęły tak bardzo jak zwykle, a gęsta czupryna
marchewkowych, poprzetykanych siwizną włosów sterczała mu sprężyście na
głowie.
Choć ją zaskoczył, przywitała go spokojnie, jak zwykle. Niemniej coś w jego zachowaniu ją zaniepokoiło, a gdy szła dalej wzdłuż rzędu krzewów,
zauważyła, że Tep idzie obok niej. Nie odzywał się. Nie była pewna, co
powinna zrobić. Kiedy po chwili sięgnęła po wiszące wysoko jeżyny, ten
szczwany lis wyciągnął rękę i mocno chwycił jej pierś.
Akun zamarła. Choć była nieco wyższa i cięższa niż ten żylasty myśliwy,
obawiała się jego siły.
Jej ciało trwało w bezruchu, ale umysł pracował szybko: w jednej chwili
zrozumiała, jak niebezpieczna jest ta sytuacja. Dla Tepa próba odebrania
kobiety innemu łowcy oznaczała ryzyko walki, prawdopodobnie na śmierć i życie, więc o ile Tep nie zaplanował zawczasu zabicia Hwlla, co było
mało prawdopodobne, nie mogła uwierzyć, że celowo prowokował taki
kryzys. Musiał więc myśleć, że ona chętnie przyjmie te zakazane zaloty.
Przez głowę przemknęła jej myśl o ich ostatnich spotkaniach. Uśmiechała
się do niego, przyjmowała jego prezenty, i to nie raz, ale kilka razy;
miło witała go, kiedy odwiedzał ich obóz, i przyzwyczaiła się do
swobodnego traktowania go w obecności Ulli. Najwyraźniej niesłusznie
uznał te oznaki przyjaźni za zachętę z jej strony, więc teraz zrobił
pierwszy wyraźny krok. Akun pomyślała, że musi działać szybko, zanim
będzie za późno.
Odwróciła się więc, zachowując obojętny wyraz twarzy, i delikatnym,
chociaż stanowczym ruchem ujęła jego dłoń za nadgarstek i odsunęła ją od
swojej piersi, jednocześnie kręcąc głową z powagą. Nic nie powiedziała,
bo nie ufała sobie, że znajdzie właściwe słowa. Miała nadzieję, że sam
gest wystarczy.
Nie wystarczył. Tep przez wiele długich miesięcy rozmyślał o zażywnej
kobiecie ze wzgórza, a napady choroby Ulli wzmagały jego pożądanie i niecierpliwość. Choć był ostrożny i nie w ciemię bity, już od jakiegoś
czasu wmawiał sobie, że swoim przyjaznym nastawieniem Akun próbuje go
zachęcać, i nie miał ochoty na odprawę z jej strony. Dlatego ten
pierwszy sygnał odmowy przyjął z niedowierzaniem, a potem oczy zwęziły
mu się w szparki. Powoli ponownie wyciągnął rękę.
Wtedy Akun popełniła wielki błąd. Zamiast zachować spokój, wpadła w panikę. Odtrąciła jego rękę gestem obrzydzenia, po czym z pogardą
splunęła mu w twarz.
I natychmiast tego pożałowała. Oblicze Tepa wykrzywiło się w spazmie
urazy i wściekłości. W oczach zastygł mu wyraz gniewnego pożądania.
Zanim kobieta zdążyła się zorientować, pochylił się, chwycił ją w pasie
i z przerażającą łatwością rzucił na ziemię. Następnie jednym brutalnym
szarpnięciem zerwał z niej skórzaną koszulę i odsłonił jej piersi. Nadal
były wspaniałe, pełne i ciężkie; jego usta wygięły się w grymasie
pożądania.
Szarpnęła się dziko, nie myśląc już o niczym innym jak tylko o ucieczce.
Z całej siły zamachnęła się pięścią, celując w twarz, ale cios trafił go
w okolice skroni i zwalił na ziemię -?niestety, tylko na chwilę, bo
zanim sama zdążyła się podnieść, on już wyciągnął swój długi, kościany
nóż myśliwski i rzucił się na nią z okrzykiem wściekłości. Tym razem
poczuła siłę jego muskularnych ramion, gdy ją unieruchomiły, szorstkość
jego małej twarzy przyciśniętej do jej policzków i chłód noża na gardle.
Wiedziała, że już nic nie może zrobić.
Musiała go uspokoić, sprawić, by się rozluźnił -?to była jej jedyna
nadzieja na ucieczkę -?dlatego celowo pozwoliła swemu ciału zwiotczeć.
Następnie, ukrywając swój gniew, przesunęła dłońmi po jego małej,
zgarbionej postaci, jakby to był Hwll, i zapraszająco uniosła jedno
kolano. Poczuła, jak Tep powoli i bardzo ostrożnie rozluźnia uścisk.
Czekała. Podniósł głowę, a ona zmusiła się do uśmiechu. Dał się zwieść.
Z nagłym zadowoleniem rozsunął jej nogi i pchnął, a gdy w nią wszedł,
ona wciąż zdawała się go zachęcać. Jego twarz zmarszczyła się w wyrazie
triumfu. I wtedy wypuścił nóż.
Chwyciła go, nim bystry umysł łowcy zdążył przewidzieć jej ruch. Z całej
siły cięła w górę, w twarz. Z okrzykiem bólu odskoczył od niej i przycisnął dłoń do twarzy. Rozcięła mu prawe oko.
Akun rzuciła się do ucieczki. Gdy on tarzał się z bólu po ziemi, ona
biegła przez las, wciąż ściskając jego nóż w jednej ręce, a drugą
przytrzymując zsuwające się ubranie. Nie zatrzymywała się, dopóki nie
dotarła do obozu na wzgórzu, i tam, czekając na powrót Hwlla, stała na
straży z jednym z jego łuków i wypełnionym strzałami kołczanem, na
wypadek gdyby Tep pobiegł za nią.
Jak się okazało, nie musiała się tego obawiać.
Hwll wrócił późnym popołudniem. Nadal drżąc z gniewu i strachu,
opowiedziała mu, co się wydarzyło.
-?Musisz go zabić -?dodała. -?Inaczej on będzie próbował zabić nas.
Twarz Hwlla pociemniała z wściekłości i w pierwszym odruchu chciał
zrobić dokładnie to, co sugerowała Akun. Jednak po chwili zaczął myśleć
rozsądnie.
Prosta, choć niewypowiedziana zasada życiowa myśliwych zamieszkujących
te pustkowia głosiła, że konfliktów między rodzinami trzeba unikać za
wszelką cenę. Populacja była niewielka, a życie cenne: w każdym
pokoleniu ludzie musieli szukać partnerów i łączyć się w pary. Jeśli
zabije Tepa i rozpocznie spór z jego rodziną, to wówczas synowie Tepa,
kiedy dorosną, będą szukać zemsty. Za kilka lat obie rodziny mogą
przestać istnieć. Pokręcił głową: nie mógł do tego dopuścić. Właśnie ten
prosty instynkt przetrwania utrzymywał spokój w wielu społecznościach
myśliwskich na tych słabo zaludnionych terenach.
-?Zastanowię się, co należy zrobić -?powiedział. I przez całą noc
siedział samotnie przed ich namiotem, głowiąc się nad tym trudnym
problemem.
O świcie wiedział już, że istnieje tylko jedno możliwe rozwiązanie.
Wczesnym rankiem wziął włócznię i łuk, po czym ruszył cicho przez las w stronę obozu Tepa. Poruszał się ostrożnie. Tep na pewno spodziewał się
odwetu. Może się ukrywał. Może zastawił pułapkę. Hwll okrążył jego obóz
nad rzeką, zanim podszedł bliżej.
Tak jak się spodziewał, chaty były opuszczone, choć dłubanka Tepa nadal
leżała na pobliskim brzegu rzeki.
Starannie wybrawszy miejsce, w którym nie można było podejść go od tyłu,
odłożył włócznię na bok, po czym usiadł z łukiem na kolanach i czekał.
Miał wrażenie, że Tep jest w pobliżu i zapewne go obserwuje, choć nic
nie zdradzało jego obecności. Minął ranek. Słońce doszło do zenitu i powoli zaczęło zstępować, ale wokół wciąż nie dało się zauważyć żadnego
ruchu, nie licząc przepływających po rzece łabędzi, zaś jedynymi
dźwiękami, jakie docierały do uszu Hwlla, były odgłosy ptaków i szelest
delikatnego wietrzyku w koronach drzew. Myśliwy czekał, wiedząc, że jego
cierpliwość zostanie nagrodzona.
Było już popołudnie, kiedy wreszcie pojawił się Tep. Powoli wyszedł z kępy drzew naprzeciwko, poruszał się niepewnym krokiem, jakby sobie nie
ufał, a kiedy się zbliżył, Hwll zrozumiał przyczynę tego chwiejnego
chodu: po jego prawym oku została tylko miazga, wokół której zakrzepła
krew; było jasne, że już nigdy nie będzie na nie widział.
Mężczyźni stanęli twarzą w twarz, w milczeniu czujnie się obserwując, na
wypadek gdyby ten drugi zaatakował. Po chwili odezwał się Hwll.
-?Musisz stąd odejść -?powiedział po prostu. -?Wracaj do swojego obozu w dole rzeki.
To było jedyne rozwiązanie i obaj mężczyźni o tym wiedzieli.
Tep coś rozważał.
-?Mój syn, twoja córka -?zaryzykował.
-?Nie. -?Hwll pokręcił głową. Nie czuł się już zobowiązany dotrzymać
obietnicy, że odda małą Vatę synowi Tepa, i nie czuł skruchy, że
korzysta z pretekstu do zerwania tej niezadowalającej umowy. Od jakiegoś
czasu brał pod uwagę chłopca z obozu myśliwych na wschodzie -?wesołego i pełnego życia jak jego własny syn. Przybył z ojcem, kiedy ostatnim razem
mężczyźni zebrali się, by wspólnie polować na dziki.
Przez chwilę Tep milczał. Nie mógł polemizować z decyzją Hwlla, ale już
drugi raz został wykluczony ze społeczności i wiedział, że perspektywy
jego syna na znalezienie kobiety były teraz marne. A jednak umysł
zaprzątało mu coś innego.
-?Kiedy żubry przyjdą na wzniesienie -?zaczął -?moi synowie...
Odkąd ich rodziny przybyły do miejsca, gdzie spotykają się rzeki,
punktem kulminacyjnym każdego roku była późna wiosna, kiedy on i Hwll,
zwykle razem z myśliwymi z innych obozów, przemierzali wzniesienie w poszukiwaniu żubrów, które o tej porze roku docierały tam na krótko z północnego zachodu. Podążanie za tymi ociężałymi bestiami było zadaniem
ekscytującym i niebezpiecznym, a często trwającym przez wiele dni. Taka
forma polowania była bliższa tej, którą Hwll praktykował w tundrze,
jednak Tep doskonale się w niej odnajdywał, a i jego syn był obiecującym
łowcą. Niemniej takiego polowania nie można było podejmować w pojedynkę,
więc Tepowi zależało na tym, aby on i jego synowie nie zostali
pozbawieni możliwości udziału we wspólnych łowach.
Hwll rozważył tę prośbę. Wiedział, jak dotkliwy był to cios dla małego
myśliwego, ale nie chciał pozwolić mu zostać w tej okolicy.
-?Możesz tu obozować przez miesiąc, co drugi rok -?zdecydował w końcu. -
Twoi synowie będą mogli polować, jeśli po nich poślę. Ale nie możesz
odwiedzać naszego obozu, a jeśli jeszcze raz dotkniesz Akun, ja i inni
łowcy cię zabijemy.
Tep nie miał wątpliwości, że Hwll może spełnić tę groźbę: inne rodziny
myśliwskie go szanowały, a dowiedziawszy się o sprawie, staną po jego
stronie. Zwiesił głowę.
-?Nie będziemy już o tym mówić -?zakończył rozmowę Hwll. -?Za dwa lata
będziesz mógł zapolować na żubry. Poślę po ciebie.
W ten oto sposób drogi obu mężczyzn się rozeszły, a Hwll zapobiegł
dalszemu rozlewowi krwi w dolinie. Akun była zła, że Tep nie zginął, ale
musiała zaakceptować mądrą decyzję Hwlla.
Tak rozpoczął się nowy etap w życiu wędrowca i jego małej rodziny. Odtąd
Hwll i jego syn polowali samotnie w dolinach, chyba że inni myśliwi z okolicy przyłączali się do nich, by zapolować na dziki i żubry. Tep
powrócił nad rzekę, gdzie znowu wiódł życie wyrzutka. Jednak Akun
czasami ostrzegała Hwlla, że powinien spodziewać się kłopotów.
-?Aby zdobyć kobiety, on i jego synowie będą musieli je porwać. Może
nawet kogoś przy tym zabiją -?powiedziała kiedyś, ale Hwll się tym nie
przejął.
-?Nie odważą się zaatakować żadnej rodziny w tym regionie -
odpowiedział. -?Ze strachu przed zemstą. A jeśli zrobią, jak mówisz, to
porwą kogoś z daleka, tak jak Tep porwał Ullę.
W drugim roku po tamtym incydencie Tep wrócił z rodziną i rozbił obóz
nad rzeką, w tym samym miejscu, gdzie mieszkał wcześniej. Hwll pozwolił
jego dwóm synom -?jeden był już młodzieńcem, drugi wciąż chłopcem -
towarzyszyć sobie i innym myśliwym w tropieniu żubrów, a podczas
podziału upolowanej zdobyczy zadbał, aby dostali należną im część. Tep
pozostał w swoim obozie i trzymał się z dala od innych. Jego rodzina
była przygaszona, świadoma swej hańby, i w wyznaczonym czasie spokojnie
odeszła.
Problem z rodziną wyrzutków rozwiązał się dopiero dwa lata później, i to
w nieoczekiwany sposób.
Przybyli wczesną wiosną, jeszcze zanim zgromadzili się inni myśliwi, i jak zwykle rozbili swój obóz. Jak dotąd nie pojawił się żaden żubr, ale
Hwll już zaczął wypatrywać ich śladów na wzniesieniu.
Któregoś ranka wyruszył, zabierając ze sobą Ottera i najstarszego syna
Tepa. Wybrał trasę prowadzącą przez zalesione grzbiety niemal dokładnie
na północ, ale choć szybko, bo do południa, przemierzyli cały teren,
niczego nie znaleźli. Poszli więc kilka kilometrów w inną stronę, na
zachód, a potem zeszli nad płynącą w dolinie rzekę.
-?Pójdziemy jej brzegiem, aż wrócimy do obozu -?oznajmił Hwll. -?Może
znajdziemy coś po drodze.
Myśliwy i dwaj młodzieńcy ruszyli z biegiem rzeki. Jej brzegi porastały
drzewa, lecz od czasu do czasu natykali się na bagniste odcinki terenu,
które musieli omijać, albo porośnięte bujną trawą polany, które często
służyły jeleniom za wodopój i pastwisko. Rzeka wciąż była w fazie
wiosennego wezbrania i jej wody przetaczały się szybko i gwałtownie po
ich prawej stronie. Przez kilka godzin kontynuowali swoją powolną
wędrówkę, wypatrując tropów, ale ani nad samą rzeką, ani wyżej, na
grzbietach doliny, nie znaleźli żadnych śladów obecności żubrów.
Było późne popołudnie i słońce wisiało już nisko nad przeciwległym
wzgórzem, kiedy Hwll nagle stanął jak wryty, patrząc przed siebie ze
zdumieniem.
Po czym wyszeptał do siebie jedno słowo:
-?Tur.
Ze wszystkich zwierząt żyjących w ówczesnej Brytanii
najniebezpieczniejszym i najbardziej cenionym przez myśliwych był tur.
Ambicją każdego łowcy było upolowanie takiej zdobyczy, ale występowały
one tak rzadko, że nawet ujrzenie takiego okazu uznawano za szczęście.
Dotąd Hwll widział tura tylko raz, gdy był chłopcem w tundrze, a teraz
ten wielki zwierz stał zaledwie dwieście kroków od niego i pasł się
spokojnie nad brzegiem rzeki, na tle małej kępy drzew.
Tur był księciem w królestwie zwierząt: przypominał czarnego byka, ale
był prawie dwa razy większy i miał ponad metr osiemdziesiąt wysokości w kłębie. Jego długość od nosa do ogona wynosiła około trzech metrów, a ważył wiele ton. Choć ociężały, to kiedy zaczynał szarżować, był wręcz
nie do zatrzymania. Tury wędrowały w małych grupach, zwykle liczących do
kilkunastu osobników, i wszystkie inne zwierzęta się ich bały -?zupełnie
słusznie, bo w porównaniu z tym mastodontem nawet dorosły żubr wyglądał
niepozornie.
Największym cudem były przede wszystkim rogi tego zwierzęcia. Hwll nigdy
nie zapomniał chwili, kiedy je ujrzał. Grupa myśliwych pod wodzą jego
ojca przez cały dzień podążała za turem, ciskając włócznię za włócznią w ogromne cielsko, żeby osłabić bestię. Kiedy zmęczone walką zwierzę
wreszcie padło na kolana, a dzielny młody myśliwy podbiegł do niego i poderżnął mu gardło, on także w chwili ekstazy rzucił się naprzód, aby
chwycić za rogi -?i ze zdumieniem stwierdził, że nie jest w stanie
dosięgnąć od jednego do drugiego. Nawet jego ojciec zdołał to zrobić z ledwością i Hwll do dzisiaj drżał na samo wspomnienie tamtego zdarzenia.
Tury nie przetrwały. Choć w czasach prehistorycznych niewielkie stada
pojawiały się w całej Europie, zwierzęta te były zbyt duże i zbyt
dzikie, by można je udomowić -?i zbyt niezdarne, aby umknąć myśliwym. Na
przestrzeni wieków ich liczebność malała, aż w końcu wyginęły -?lub
prawie wyginęły. W siedemnastym wieku bowiem w odległym zakątku Polski
znaleziono w lesie jednego tura. Nikt nie wiedział, jak się tam znalazł,
ale istnieje pisemne świadectwo z tamtych czasów, przekazane przez
wiarygodnych świadków, że ta ogromna bestia rzeczywiście istniała. To
był ostatni tur, o jakim wiadomo. Od tamtej pory nie widziano już
żadnego przedstawiciela tego prehistorycznego gatunku.
Gestem nakazawszy obu młodzieńcom, aby zostali tam, gdzie są, Hwll
ruszył ostrożnie w stronę tura. Zwierzę było samo i nie wyczuło zapachu
człowieka. Trzymając się osłony drzew, Hwll podkradał się coraz bliżej.
Nagle, na krótką, zapierającą dech w piersi chwilę, bestia uniosła łeb i spojrzała prosto w kierunku myśliwego, który zastygł w bezruchu; potem
jednak znów opuściła swe gigantyczne rogi i dalej skubała trawę. Była to
samica -?nie samiec -?która najwidoczniej oddzieliła się od reszty
stada, a chociaż Hwll przez jakiś czas obserwował okolicę, nie dostrzegł
ani śladu jej towarzyszy.
Fakt, że była to turzyca, nie czynił jej mniej niebezpieczną; przy
pierwszej oznace zagrożenia to zwierzę było w stanie zaatakować z niszczycielską siłą każdą grupę myśliwych. Ale gdyby tę bestię udało się
powalić -?cóż to byłaby za nagroda!
-?Daj mi tego tura -?modlił się. -?Bogini księżyca, składałem ci ofiary
wiele razy. Teraz ty daj mi, ten jeden raz, tego potężnego tura.
Słońce szybko chyliło się ku zachodowi, a nic nie wskazywało na to, aby
tur zamierzał się ruszyć. Wyglądało na to, że spędzi noc nad rzeką i następnego dnia dołączy do swojego stada. Uważnie przyjrzawszy się temu
miejscu, myśliwy wrócił do swych towarzyszy i cała trójka chyłkiem
wycofała się do lasu.
Kusiło go, aby zaatakować tura od razu -?zrobić cokolwiek, byle nie
stracić takiej okazji! Mimo ekscytacji wiedział jednak, że każda próba
zabicia tej ogromnej bestii w pojedynkę byłaby głupotą. Co więc powinien
zrobić? Zapadał już zmrok, a on wciąż znajdował się daleko na północ od
własnego domu. Najbliższe obozowisko innych myśliwych znajdowało się za
lasem, prawie dwadzieścia kilometrów dalej.
-?Potrzebujemy pomocy -?rzekł -?ale gdzie ją znaleźć?
Wszyscy trzej milczeli; w końcu odezwał się syn Tepa.
-?Mogę przyprowadzić ojca. Wciąż bezbłędnie trafia do celu.
Hwll rozważył tę propozycję. Czuł się rozdarty: z jednej strony nie miał
ochoty znowu polować z Tepem, z drugiej jednak desperacko pragnął tego
tura. Z Tepem byłoby czterech myśliwych. Ale Tep miał tylko jedno oko -
czy naprawdę wciąż dobrze trafiał do celu?
-?Powiedz mu, żeby przed świtem czekał przy rzece -?powiedział wreszcie.
-?Tur będzie nasz.
Zapadł już zmierzch, kiedy dotarł do obozu na wzgórzu, a z jego chodu
Akun odgadła, że jest podekscytowany. Kiedy przykucnął przy ognisku,
zauważyła, jak błyszczą mu oczy. Następnie w kilku słowach
zilustrowanych dramatycznymi gestami opowiedział jej o turze.
-?Tep jest gotowy -?oznajmił. -?Przyprowadzi starszego syna i wyruszymy
o świcie.
Jeden mężczyzna, jeden kaleka i dwóch chłopców. Akun natychmiast się
przeraziła. Jej najmłodsze dziecko było jeszcze niemowlęciem i nie mogła
ryzykować, że straci mężczyznę z powodu tura.
-?Idź do innych obozów -?powiedziała. -?Weźcie grupę myśliwych.
Ale Hwll pokręcił głową.
-?Nie ma czasu. Wczesnym rankiem tur odejdzie.
-?To szaleństwo -?zaprotestowała.
-?Tur jest duży, ale powolny -?sprzeciwił się. -?Możemy go okulawić, a potem iść za nim, aż opadnie z sił. Osłabimy go. -?Tak polowano w tundrze i nikt nie znał tej metody lepiej niż on.
A jednak najmniejszy błąd mógł ich kosztować życie. Akun spojrzała na
niego z rozpaczą. Znała jego uparty charakter -?to on sprowadził ich do
Sarum z tundry. Więc tylko pokręciła głową.
-?Mój syn będzie mówił, że jego ojciec zabił potężnego tura -?oświadczył
Hwll z dumą.
Grupka myśliwych ruszyła przed świtem. Tep i jego syn, podobnie jak
Otter, mieli łuki i po dwie włócznie. Hwll także wziął włócznie, a oprócz tego ciężki topór o szerokiej głowicy wykonanej z krzemienia
wydobytego w kamieniołomie i przymocowanej do dębowego drzewca.
Strzałami osłabią bestię, lecz włócznie o długich śmiercionośnych
grotach z zaostrzonego krzemienia przebiją twardą skórę tura i wnikną
głęboko. Ponieważ technika polowania polegała na okaleczaniu tura, ważne
było, żeby pierwsza włócznia wbiła się głęboko tuż za łopatką
zwierzęcia, aby je spowolnić i zadać dotkliwą ranę, której postępujące
skutki miały dosięgnąć serca. Po tym pierwszym ataku myśliwi będą
nieustępliwie podążać za zdobyczą, zadając jej kolejne ciosy, aż w końcu
tur stanie się tak wyczerpany, że będzie można go zabić. Wtedy Hwll
poderżnie mu gardło nożem. Ta metoda dawała szanse powodzenia, pod
warunkiem jednak, że pierwszy atak będzie udany: bo jeśli nie zdołają
okaleczyć bestii, to wówczas albo rzuci się do ucieczki, albo ich
zaatakuje i rozniesie na strzępy. Wszyscy czterej myśliwi wiedzieli, że
tego ranka ryzykują życie.
Tłumiąc ekscytację, szli brzegiem rzeki o wczesnym świcie, a wokół
rozlegały się pierwsze, nieśmiałe głosy porannego chóru ptaków.
Niech nadal tam będzie, modlił się w duchu Hwll, próbując wzrokiem
przeniknąć ciemność.
Właśnie zaczynała się szarówka, kiedy dotarli do miejsca, gdzie
poprzedniego dnia pasł się tur. Gdy pierwsze promienie świtu
rozświetliły horyzont, w odległości kilkuset metrów dostrzegli ciemny
kształt majaczący w zakolu rzeki. Hwll zacisnął dłoń na rękojeści
topora.
-?Jest tam -?wyszeptał.
Polowanie przebiegało w ciszy. Słaby wietrzyk z południa wiał w górę
rzeki. Czterej myśliwi rozstawili się półkolem, po zawietrznej, kryjąc
się za drzewami lub kępami trzcin na polanie.
Słońce przedarło się przez szare chmury i wzeszło nad wzgórzami. Tur
nadal spokojnie się pasł, a myśliwi pozostawali niezauważeni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki