Sarkofag Wiedźm - Anna Esavna

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Antoni wybudził się gwałtownie ze snu. Z trudnością łapał powietrze, a ręce piekły go żywym ogniem. Spojrzał na swoje dłonie i z przerażeniem zauważył, że są całe poranione.

Jak zwykle niczego nie pamiętał z nocnej podróży do Międzyświata, jednak coraz częściej odkrywał, że jego senne przygody kończyły się zupełnie realnymi następstwami. Już podczas pierwszej wizyty w Międzyświecie stało się coś niewytłumaczalnego, bowiem Antoni zdołał przenieść w rzeczywistość ludzką kulisty obiekt przypominający kamienne jajko. Nigdy nie słyszał, by jakiejkolwiek czarownicy rodowej udało się przemycić cokolwiek rzeczywistego z wymiaru, który był w swojej istocie niematerialny. Na początku nowe umiejętności zaskoczyły chłopca, ale nie wzbudziły jego większego zaniepokojenia. Właściwie dość szybko o nich zapomniał, bowiem nijak nie wpływały na jego dotychczasowe życie. Przypadek z materializacją artefaktu już się nie powtórzył i przez kilka kolejnych miesięcy nie działo się w nocy nic wyjątkowego. Antoni zasypiał, budził się o świcie i choć zupełnie nie pamiętał wypraw do Międzyświata, czuł się wypoczęty i pełen energii.

Tak było jednak do czasu. Pewnego ranka chłopiec zerwał się z łóżka tak gwałtownie, że niemal spadł z antresoli. Każdy mięsień w jego ciele był obolały, a czoło zroszone potem. W poranionej dłoni ściskał niewielki skrawek cienkiej, wyprawionej niedbale skóry, pełnej dziwacznych run. Na odwrocie pergaminu widniała krótka informacja nakreślona jego własną ręką. Napis, wypalony w skórze, był trudny do rozszyfrowania i choć Antoniemu udało się odczytać niektóre litery, znalezienie sensu przesłania okazało się niemożliwe. Charakter pisma świadczył o pośpiechu i desperacji, co dodatkowo zaniepokoiło chłopca. Miał wrażenie, że będąc w Międzyświecie chciał zanotować coś szalenie ważnego, coś, co powinien zapamiętać po przebudzeniu, ale zabrakło mu na to czasu. Antoni wzdrygnął się na myśl o własnej niewiedzy i bezsilności.

To wtedy po raz pierwszy dotarła do chłopca powaga sytuacji, w której się znalazł. Stał się bowiem istotą magiczną o niespotykanych, trudnych do zdefiniowania zdolnościach, która dodatkowo tych zdolności zupełnie nie kontrolowała. Potrafił przenosić się do Międzyświata, ale był w nim pozbawiony pamięci, a może nawet swojej ludzkiej świadomości. Nie przeszkadzało mu to jednak w aktywnej podróży przez magiczny wymiar i, o zgrozo, wynoszeniu z niego przedmiotów, które ulegały materializacji. I właściwie jakoś by zaakceptował swoją nową, kłopotliwą naturę, gdyby nie fakt, że jego wizyty w Międzyświecie coraz częściej kończyły się również zupełnie realnymi ranami, siniakami i zadrapaniami. Antoni, który do tej pory starał się bagatelizować zagrożenie, zaczął się bać.

Oczywiście nieraz przychodziło mu do głowy, że powinien porozmawiać z rodzicami o swoich kłopotach, ale obawiał się reakcji rodziny. Nikomu bowiem nie zdradził, że już pierwszej nocy udało mu się przemycić z Międzyświata tajemnicze jajko i przenieść je w ludzką rzeczywistość. Dlaczego ukrył ten fakt? - zapytacie. Cóż, przede wszystkim podejrzewał, że ten niewątpliwy ewenement spotka się z ogromnym poruszeniem w czarodziejskim świecie, i że on, Antoni, zostanie uznany za zupełnego dziwaka. Poza tym obawiał się, że czarownice skonfiskują zdobycz, a chłopiec nie miał zamiaru rozstawać się z mistycznym jajkiem, które było zupełnie niesamowite i przepiękne. Mieściło się w zaciśniętej dłoni i przypominało oszlifowany, ciemnoszary marmur, pełen krystalicznych, pulsujących pęknięć. Kolory tych pęknięć stale się zmieniały, jakby energia, ukryta w artefakcie, podlegała nieustannym przeobrażeniom. Chłopiec schował drogocenny relikt za portretem, wiszącym nad łóżkiem, by móc cieszyć wzrok pięknem przedmiotu w długie, bezsenne wieczory.

Żadna z czarownic nigdy nie spotkała Antoniego w Międzyświecie i wszyscy członkowie rodów magicznych byli przekonani, że chłopiec nadal sypia nieświadomym snem szarych dzieci. Był przecież czarodziejem nieinicjowanym, zatem niepraktykującym. Sam zainteresowany postanowił nie zaprzeczać tym tezom i uznał, że lepiej będzie podtrzymywać taką wersję wydarzeń. Pozwalało mu to na uniknięcie niewygodnych pytań i usunięcie się z centrum uwagi czarnoksięskiego świata. I tak stanowił nie lada atrakcję w magicznej rzeczywistości! Odkąd bowiem odzyskał swój Węzeł Mocy, czarownice na najrozmaitsze sposoby próbowały aktywować jego zdolności czarnoksięskie. Cyntia Cello uparcie twierdziła, że tylko prawdziwe zagrożenie jest w stanie zmusić Antoniego do użycia czarów, i choć nikt nie podzielał jej przekonań, postanowiła udowodnić swoją rację, "przypadkowo" zrzucając chłopca z balkonu Akademii. Swoim lekkomyślnym uczynkiem udowodniła jedynie to, że jedna osoba może złamać nogę dwukrotnie w tym samym miejscu oraz to, że nawet potężne czarownice bywają niemądre. Anastazja, wierząca we wszechmocne działanie mikstur, również nie popisała się rozsądkiem, podając Antoniemu specjalnie uwarzony eliksir, który spowodował u chłopca kilkudniową niestrawność i okropną wysypkę, nie wpływając równocześnie w najmniejszym stopniu na jego zdolności czarnoksięskie. Zarówno prośby, jak i groźby rozwścieczonej Hanny Asan nie były w stanie zmienić zachowania czarownic. Najlepszym lekarstwem na ich szalone pomysły okazał się dopiero upływ czasu. Gdy minął pierwszy rok od przemiany i gdy okazało się, że nawet jedenaste urodziny nie aktywowały uśpionych w Antonim mocy, czarownice straciły zainteresowanie osobą chłopca. Znudziły im się nieudane próby oraz kończące się fiaskiem interwencje i zdawały się pogodzone z obecnością tej dziwnej, trochę magicznej i trochę niemagicznej postaci w swoim czarodziejskim świecie. A Antoni? Cóż... Chłopiec z ulgą zauważył, że zamieszanie, skoncentrowane wokół jego osoby, zaczęło słabnąć i nie miał zamiaru burzyć tego względnego spokoju. Tym bardziej teraz, niemal dwa lata od swojej przemiany, gdy czarownice ponownie zaczęły traktować go jak powietrze.

- Antoni... - Za drzwiami rozległ się łagodny głos mamy. - Pobudka!

Hanna Asan wkroczyła do sypialni syna, podeszła do antresoli i zaczęła głaskać wystającą spod kołdry chłopięcą stopę.

- Kazałeś się obudzić, jak tylko wróci Anatol.

- Już jest? - Para ciekawskich i zupełnie przytomnych oczu wyjrzała zza poduszki.

- Tak. Delegacja powróciła w nocy, a twój kuzyn czeka na ciebie w jadalni. Wygląda na zniecierpliwionego. Przygotuję dla was śniadanie, a ty zejdź jak najszybciej na dół.

- Mamo... - przemówił Antoni ciszej. - Czy mogłabyś mi pomóc? Spadłem wczoraj z drzewa i znowu trochę poraniłem ręce. Mogłabyś je później opatrzyć?

- Pokaż, synku. No daj te ręce, przecież chcę tylko sprawdzić, jakie zioła będą się nadawały najlepiej do zaleczenia... Na Orfeę! To głębokie zadrapania! Nie mogłeś mi o tym powiedzieć wczoraj? Nie można iść spać z takimi ranami!

- To nic takiego, mamo. Zupełnie mnie nie boli - skłamał chłopiec, próbując umniejszyć powagę sytuacji i zapobiec niewygodnym pytaniom.

- Ech, musisz na siebie bardziej uważać. Przygotuję napar i zaraz rozprawimy się z tymi zadrapaniami. Zejdź jak najszybciej na dół! - powtórzyła czarownica. - Anatol wygląda na wzburzonego i pewnie chce się podzielić jakimiś historiami z podróży. Pośpiesz się, proszę!

Hanna Asan odsunęła zasłony, otworzyła okno i do środka sypialni wpadł świergot ptaków oraz rześkie wiosenne powietrze pachnące pokrzywami. Czarownica wykonała szybki ruch ręką, a wtedy powiew wiatru przemknął przez każdy zakamarek pokoju, unosząc ze sobą nawet najmniejsze drobinki kurzu. Chmura pyłu wyleciała przez okno, a czarownica rzekła z zadowoleniem:

- No, posprzątane... Co ci się dzisiaj śniło? - dodała zupełnie niespodziewanie, a jej wzrok zdawał się wwiercać w oczy syna.

- Śniło? Nie pamiętam - ponownie skłamał Antoni i musiał przyznać, że mówienie nieprawdy powoli stawało się jego kłopotliwym nawykiem. Choć, z drugiej strony, nie zaprzeczał faktom! Przecież niczego nie pamiętał ze swojej nocnej wyprawy do Międzyświata, więc nie było to znowu takim zupełnym łgarstwem.

- Trochę się o ciebie martwię.

Hanna stała przy otwartym oknie, a delikatne powiewy wiatru unosiły jej jasne włosy i długie, falujące szaty. Słońce kładło się ciepłymi plamami na jej twarzy i rozświetlało tęczówki zielonymi refleksami. Wyglądała na delikatną istotę, ale jej wzrok był poważny i pełen wewnętrznej siły.

- Stałeś się istotą magiczną i twoje myśli są już dla mnie nieczytelne. Wyczuwam twój Węzeł Mocy. Jednocześnie nie dostąpiłeś Międzyświata i jesteś nadal w jakiś sposób szary. Zapewne nie jest ci łatwo w tej sytuacji. Poza tym, mam wrażenie, że coś ukrywasz... I to mnie martwi.

- Niepotrzebnie się martwisz, mamo. Każdy z nas ma jakieś sekrety i nie oznacza to od razu końca świata - zirytował się Antoni, wstając dziarsko z łóżka. - A teraz daj mi się ubrać i nie pozwólmy Anatolowi czekać w samotności. Chcę się z nim spotkać jak najszybciej i wysłuchać jego opowieści!

- Może masz rację. To nie jest odpowiednia pora na matczyne troski... Choć czy jakakolwiek pora jest dobra na zmartwienia? - Hanna zapatrzyła się w dal. Potem potrzasnęła głową i przyznała: - Właściwie sama jestem ogromnie ciekawa, jakie to przygody spotkały nasz Komitet Równych Szans. Anatol naprawdę zdaje się mieć wiele do opowiedzenia. No, ubieraj się i biegiem do jadalni!

Czarownica wyszła pośpiesznie, a Antoni usłyszał jej głos, dochodzący z salonu:

- Poczekaj jeszcze chwilkę! Twój kuzyn zejdzie za kilka minut. Napij się eliksiru, a ja w tym czasie przygotuję posiłek.

Odpowiedź Anatola została zagłuszona ćwierkaniem ptaków. Jazgot przybierał na sile, jakby dziedziniec Akademii opanowało stado skłóconych papug. Przez otwarte okno wleciał do sypialni wróbelek i zaczął kołować pod sufitem, obijając się o ściany. Antoni wyciągnął poranioną dłoń i wyszeptał:

- Spokojnie, ptaszku. Nie zrób sobie krzywdy, spokojnie! Wróbelek wykonał jeszcze jedno okrążenie pod sufitem, po czym przysiadł na drewnianej belce i zaczął wpatrywać się w chłopca swoimi czarnymi oczkami. Zaćwierkał, zrobił kilka podskoków, a następnie uniósł się w powietrze i wylądował na ręce Antoniego. Przechylił główkę, spoglądając ciekawsko na chłopca, który uśmiechnął się i powiedział:

- Masz oczy jak dwa węgielki. Jeszcze nigdy nie widziałem z bliska oczu wróbla. Twoje wydają się bardzo mądre. Pewnie jesteś ważną postacią w ptasim świecie! Nazwę cię Datri. Podoba ci się to imię?

Datri zaćwierkał radośnie, ponownie przekrzywił gładką główkę, zamachał skrzydłami i zaczął czyścić piórka. Antoni roześmiał się głośno i ostrożnie pogłaskał wróbelka. Ten nie miał nic przeciwko zażyłościom i znowu zaćwierkał, wpatrując się ufnie w oczy swojego nowego znajomego.

- Lepiej nie wlatuj do tego pokoju pod moją nieobecność. Mam dwa kocury, które czasami wpadają na głupie pomysły. Ale kiedy tu jestem, możesz mnie odwiedzać. Będę ci przynosił pyszne nasiona słonecznika i inne smakołyki. Możesz zapraszać na ucztę swoich ptasich przyjaciół, jeśli tylko masz ochotę... A! Właśnie. A propos przyjaciół! Teraz muszę już biec na spotkanie. Mój najlepszy przyjaciel wrócił z ważnej misji i czeka na mnie w salonie. Musimy się, niestety, pożegnać, Datri. Obiecuję jednak, że nie zapomnę o ziarnach słonecznika. A teraz leć, ptaszku! Leć.

Wróbelek zaćwierkał i wyfrunął przez okno, znikając między gęstymi gałęziami buka. Antoni przebrał się pośpiesznie, sycząc od czasu do czasu z bólu. Dłonie nadal piekły go przy każdym poruszeniu, ale chłopiec starał się nie przejmować zadrapaniami. Wiedział, że za chwilę mama uleczy jego rany i otoczy go opieką. Już wkrótce mu pomoże, tak jak robiła to zawsze, gdy miał kłopoty.

***

Kuzyni uściskali się na powitanie i zaczęli mówić jeden przez drugiego:

- Witaj! Nareszcie! Ten miesiąc ciągnął się w nieskończoność! Opowiadaj! - niemal wykrzyczał Antoni.

- Jak dobrze cię widzieć! Nie uwierzysz, co mnie spotkało! A co u ciebie? - próbował nadążyć Anatol.

- Spokojnie, chłopcy! - wtrąciła Hanna Asan. - Cóż to za przekrzykiwania? Mówcie po kolei. Anatolu, zacznij opowiadać, a ja w tym czasie zajmę się dłońmi Antoniego... Upadek z drzewa - wyjaśniła na widok pytającego spojrzenia Anatola.

Czarownica zaprowadziła syna do obszernego zlewu i wylała na jego ręce solidną porcję naparu ziołowego. Zagniotła czary i zaczęła w skupieniu opatrywać dłonie Antoniego. Jednocześnie ponagliła Anatola:

- Opowiadaj, opowiadaj! Jesteś zadowolony z wyników misji?

- W najmniejszym stopniu! Nie jestem w stanie pojąć, jak czarownice mogą być tak uparte i bojaźliwe!

Hanna, która właśnie kończyła rytuał uzdrawiania, powiedziała, nie podnosząc jednak wzroku:

- Uparte i bojaźliwe, powiadasz? No, no... To dość nieostrożna opinia.

- Niestety, zgodna z moimi doświadczeniami, ciociu! Wiecie, jakim wynikiem zakończyła się nasza wyprawa? Siedem do dwudziestu siedmiu! Słyszycie? Tylko siedem czarownic zdecydowało się na powrót do magicznego świata! W dodatku z tych siedmiu, aż trzy czarownice są trzeciopokoleniowe, dwie drugopokoleniowe, jedna pierwszopokoleniowa i jedna nawrócona czarownica bierna, która, dodatkowo, jest już w jesieni życia, zatem właściwie się nie liczy. Ale i to nie wszystko! Tylko cztery z nich są na tyle młode, by móc uczyć się w Akademii.

- Niesłychane! To doprawdy zaskakujące. - Hanna Asan wyglądała na wstrząśniętą. Usiadła na krześle, wycierając dłonie w lnianą ściereczkę. - Byłam pewna, że nie wszystkie istoty magiczne zechcą się do nas przyłączyć, ale ten wynik jest głęboko niepokojący.

- Ale dlaczego? Jak to możliwe? - Antoni zajął swoje miejsce przy suto zastawionym stole, rozprostowując palce u rąk z wyraźną ulgą.

- No przecież mówię, że to przez tchórzostwo i upór! Musielibyście zobaczyć ich miny, kiedy zaczynaliśmy mówić o czarach, o Akademii, o prawie do wyboru. Wszystkie czarownice bierne, czyli te, które wyrzekły się świata magii, traktowały nas z jawną wrogością, a ich córki i wnuczki - z daleko idącą ostrożnością. Jedynym wyjątkiem była Euryka Ellinos z Szarego Płaskowyżu, która postanowiła powrócić na łono czarów rodowych, zostawiając swojego syna i swoją już dorosłą wnuczkę.

- No, a ta wnuczka? Nie chciała przyłączyć się do swojej babci?

- Jeśli chodzi o potomkinie z linii męskiej, sprawa została postawiona jasno już na samym początku naszej misji. Tylko czarownice mogą zdecydować o losie swoich synów i ich córek. Wiadomo przecież, że w linii męskiej pojawiają się jedynie czarownice posługujące, czyli... właściwie nieczarownice. Cóż nam z istot półmagicznych, nie potrafiących przenosić się do Międzyświata?

Anatol zadał pytanie retoryczne z pewną siebie miną, ale szybko dotarła do niego niestosowność tego wyznania. Potarł z zakłopotaniem czoło i wyjąkał:

- Przepraszam, kuzynie. To nie przeciwko tobie. Ty masz Węzeł Mocy. I choć nie doświadczasz Międzyświata, nie oznacza to, że... no wiesz.

- Spokojnie, przyjacielu. Nawet ja tak naprawdę nie wiem, kim się stałem. Nie przejmuj się i opowiadaj dalej!

- Tak..., zatem, jak mówiłem, czarownice bierne nie ukrywały swoich nieżyczliwych uczuć wobec magii rodowej i jeśli mogły wybrać niewtajemniczanie męskich potomków oraz ich córek, robiły to bez mrugnięcia okiem.

- No, ale wnuczka Euryki Ellinos? Sam mówiłeś, że Euryka się nawróciła - uparł się Antoni.

- Po pierwsze wnuczka miała jakieś trzydzieści lat, zatem nie była już pierwszej młodości. Po drugie Euryka oceniła jej potencjał wrażliwości magicznej na bliski zeru i stwierdziła, że nawet pomoc przy zbiorach roślin leczniczych mogłaby przerosnąć zdolności biednej Epifanii - wyjaśnił Anatol i ugryzł kawałek bułki z wędzonym serem i żurawiną.

- Epifania? Imię iście czarnoksięskie - stwierdziła Hanna, uśmiechając się z politowaniem.

- Imię może i tak, ale osoba Epifanii raczej nie prezentowała się imponująco. Ta dziewczyna miała szare włosy, niemal w całości ukryte pod szarą chustą i szare oczy, wyobrażacie to sobie? To tak, jakby sama natura chciała podkreślić skalę jej niemagiczności! Tylko głos miała miły, niemal krystaliczny... Ale dość już tych wspominek! - Anatol nałożył sobie porcję mleczy w cieście naleśnikowym i zadysponował: - Teraz muszę zjeść te specjały. A jak tam przygotowania do otwarcia Akademii?

Antoni popatrzył na kuzyna z uwagą. Anatol nadal był od niego wyższy, poważniejszy i zaczynał coraz bardziej przypominać Leokadię Asan. Podobnie do niej mówił i podobnie gestykulował, zaś jego ruchy były jeszcze oszczędniejsze niż zazwyczaj. Jadł powoli, studiując z uwagą zawartość talerza.

- Akademia nareszcie jest gotowa na przyjęcie nowych uczennic. I uczniów, oczywiście! - szybko uzupełniła Hanna. - Dokonałyśmy wielu zmian i udogodnień. Szkoda, że nie skorzysta z nich więcej czarownic. Teraz tylko trzeba...

Ze szkolnego dziedzińca dobiegł donośny dźwięk gongu. Hanna Asan zamilkła w pół zdania, podniosła się z miejsca, wygładziła szaty i wyjaśniła:

- Na mnie już pora. Przewodnicząca Komitetu Równych Szans ma przedstawić wyniki prac. Zebranie za chwilę się rozpocznie. Dzięki Anatolowi wiem już jednak więcej niż sam Goran. Chcę zobaczyć minę wielkiego maga, gdy usłyszy o fiasku przedsięwzięcia, które miało wypełnić sale Akademii nowymi uczennicami... - Czarownica uśmiechnęła się smutno i dorzuciła na odchodne: - Wy dokończcie śniadanie, a potem bawcie się dobrze! I, błagam, nie wspinajcie się już dzisiaj na żadne drzewa!

***

Wraz z początkiem marca nadeszły pierwsze prawdziwie wiosenne dni. Słońce rozpanoszyło się na niemal bezchmurnym niebie, a powietrze przesiąkło zapachem soczystej zieleni. Ziemia była zimna i wilgotna, pełna świeżych pędów, kwiatów oraz owadów, które usiłowały znaleźć należne im miejsce w budzącej się przyrodzie. Grube trzmiele unosiły się ociężale nad kobiercem mleczy, przysiadając od czasu do czasu wśród żółtych płatków w poszukiwaniu nektaru. Trawnik, otaczający Akademię, roił się od białych stokrotek i rozbrzmiewał kakofonią owadziego bzyczenia. Młode czarownice doglądały stanowisk dzikiego ziela, usuwały zeschłe trawy, liście i łodygi, torując drogę wschodzącym roślinom. Pracy dziewcząt towarzyszył śpiew i wybuchy śmiechu. Rozpulchniona ziemia pachniała zdetronizowaną zimą i wabiła ptaki, wypatrujące wśród czarnych grudek jakiegoś ruchu. Stado nakrapianych kwiczołów wyławiało z ziemi dorodne dżdżownice i wzbijało się raz po raz w powietrze, obsiadając pobliskie drzewa, po czym ponownie zlatywało na ziemię krzykliwą kaskadą. Dzikie gołębie wiły gniazda wśród gęstych gałęzi świerków, a ich gruchanie niosło się przez dziedziniec i odbijało echem od kamiennych ścian Akademii.

Antoni i Anatol zasiedli w ogrodowej altanie. Anatol ostatnimi czasy nie rozstawał się z zeszytem, w którym szkicował niemal wszystko, na co tylko spojrzał. Kartki szkicownika pełne były drzew, roślin, zwierząt i architektonicznych detali. Antoni spojrzał z zaciekawieniem na kuzyna, który chwycił ołówek i zaczął rysować pnącza bluszczu, wijące się między misternie rzeźbionymi kolumnami. Musiał przyznać, że altana stanowiła doskonałe źródło artystycznej inspiracji. Jej wnętrze, pocięte jaskrawymi snopami światła, zdawało się wirować w nieustannym ruchu owadzich skrzydeł. Pajęczyny, zawieszone niczym misterne girlandy pod omszałym sufitem, mieniły się kropelkami rosy i wabiły obietnicą schronienia. W ciemnych zakamarkach, w licznych zacienieniach i załomach, tupały niecierpliwie długie, haczykowate odnóża pajęczaków, a ich mocne szczękoczułki były gotowe do ataku. Myszy wystawiały szare główki spod pełnej ubytków podłogi i spoglądały ciekawsko na dwóch zatopionych w myślach chłopców. Antoni postanowił przerwać ciszę, zagajając rozmowę.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że za trzy dni zaczynamy naukę w Akademii. I to od razu w klasach średnich! Widziałeś już rejestr uczennic? - Antoni wyjął z kieszeni wymiętą kartkę. - Trzy czarownice z rodu Talin, nasza Margo, dwie czarownice z rodu Ellinos, trzy z rodu Cello, jedna z rodu Gromm. Do tego Aleksandra, Adela, my dwaj, bliźniacy i jakiś chłopiec o imieniu Gaspar.

- Znam listę uczniów na pamięć, dwa miesiące temu spakowałem wszystkie książki i zeszyty, a przebudzony w środku nocy wyrecytuję bez zająknięcia plan zajęć! Jedyne, co do tej pory mnie niepokoi, to brak godziny rozpoczęcia lekcji. Na planie jest po prostu napisane: "szkoła zaczyna się w czasie gotowości i trwa do znużenia". Męczyłem o to Adelę, ale zdawała się nie rozumieć moich rozterek. Powiedziała, że jak się wraca z Międzyświata, to zazwyczaj je się posiłek i potem idzie się do szkoły. Albo się nie idzie, jeśli nie czuje się gotowości do nauki.

- Brzmi dziwacznie, a jednocześnie kusząco. - Antoni się zaśmiał.

- Ja mam zamiar wstawać wraz ze słońcem i czekać pod drzwiami Akademii w pełnej gotowości od świtu! Nie przepuszczę nawet minuty nauki. Będę najpilniejszą czarownicą w historii szkoły!

- Tego jestem pewien, kuzynie! Muszę cię tylko ostrzec, że masz groźną konkurencję w osobie Margo. Prawie jej ostatnio nie widuję. Spędza popołudnia w bibliotece, a wieczory na sabatach rodziny Myrov. Pewnie babcia próbuje przekazać jej całą wiedzę i historię rodu.

- Wiedza i historia rodu... - powiedział gorzko Anatol. - Mnie nikt nie wtajemnicza! Moja matka zaczęła mnie w końcu zauważać, a nawet w jakiś sposób się mną opiekować, ale do bliższej zażyłości między nami jest jeszcze daleka droga.

Anatol westchnął i powrócił do rozpoczętego rysunku. Antoni wolał nie komentować kwestii uczuciowości Leokadii Asan. Skupił się więc na milczącym obserwowaniu niebieskiego motyla, tańczącego między snopami światła. Błękit motylich skrzydeł zdawał się zabarwiać promienie słońca, pozostawiając migocące smugi w nieruchomym powietrzu. Nagle motyl wzbił się aż pod zacieniony dach altanki i wpadł w jedną z pajęczyn. Najpierw zamarł, jakby nie mógł uwierzyć, że jego powietrzne akrobacje właśnie dobiegły ostatecznego końca, a potem zaczął szarpać się gwałtownie, wywabiając spomiędzy desek czarne, włochate stworzenie. Pająk rzucił się na ofiarę. Równocześnie z atakiem pająka zerwał się z ławki Antoni Asan, krzycząc spóźnione:

- Nieeee!

Świat zamarł. Srebrny pył motylich skrzydeł zmieszał się z błękitnym światłem, cienie jakby się pogłębiły. Głos Antoniego zawibrował w kropelkach rosy i został uniesiony przez łodyżki mchów, źdźbła traw oraz wszechobecną grzybnię. Pajęczyny rozbłysły pomarańczową poświatą i rozsypały się w proch, motyl wyleciał z altany, a pająki znieruchomiały w ciemnych zakamarkach, posłuszne nakazowi spoczynku. Antoni znalazł się w świecie cieni, konturów i przymglonych ogników. Dłonie chłopca czuły ciężar powietrza, a wzrok dostrzegał różnobarwne, migocące aury: ciemnobrązowe, rozpalone aury pająków, żółtawe aury myszy, błękitno-srebrną aurę motyla, srebrne, drgające nici grzybni i chwytników. Pytający głos Anatola przywrócił Antoniego rzeczywistości. Altana na powrót stała się altaną, a myszy wróciły do swojej zwykłej, mysiej postaci.

- Gdzie...? Co...? Na Orfeę! Przestraszyłeś mnie na śmierć, Antoni! Z wrażenia spadłem z ławki! - Anatol zaśmiał się z zakłopotaniem. - Coś ty zobaczył? Czemu zacząłeś się tak wydzierać?

- Niczego nie widziałeś?

- A co takiego miałbym niby widzieć? - zapytał ostrożnie Anatol, wstając z podłogi.

Antoni opuścił wzrok, zagryzł wargi i po chwili namysłu odparł:

- Pająk omal nie zjadł pięknego motyla.

- I co? Chciałeś uratować motyla wrzaskiem? Omal nie dostałem zawału serca!

- Głupio mi teraz... Ale motyl zdołał wyrwać się z sieci i odlecieć. Widziałeś?

Anatol zmarszczył brwi i odpowiedział:

- Nie, nie widziałem, byłem przecież zajęty rysowaniem! Właściwie mam wrażenie, że przez krótką chwilę zapanowała zupełna ciemność... Ale to pewnie przez ten upadek!

- Na Orfeę, jest mi jeszcze bardziej głupio! Przepraszam. Nie wiem, co się ze mną stało - szczerze wyznał Antoni. - To pewnie nerwy.

- No masz! Oczywiście, że nerwy. Jeszcze tylko trzy dni i nasze życie ulegnie zupełnej przemianie!

- Zupełnej przemianie... - powtórzył głucho Antoni, wpatrując się w sufit altany, na którym nie było nawet śladu po pajęczych sieciach.

***

Końcówka tygodnia minęła na gorączkowych przygotowaniach do ponownego otwarcia Akademii. Powszechniak został przeniesiony do Starej Cerkwii w Osadzie, a jego niewielkie sale, znajdujące się w prawym skrzydle Gmachu, połączono i dostosowano do potrzeb najmłodszych uczniów Prywatnej Szkoły dla Wyjątkowych Dzieci. Zmiana nazwy szkoły pociągnęła za sobą również znaczne zmiany w administracji i podstawie programowej. W klasach średnich Historia magii stała się przedmiotem obowiązkowym, Przyroda została rozbita na trzy przedmioty podstawowe: Nauki naturalne, Zioła i eliksiry oraz Praktyki naturalne, a obok Sztuk estetycznych pojawiły się również Sztuki użytkowe. Klasy młodsze otrzymały nowe umeblowanie oraz dwie eksperymentalne atrakcje: aparaty energochłonne, czyli huśtawki, drabinki, liny i zjeżdżalnie w każdej sali lekcyjnej oraz specjalnie wydzielony kącik wypoczynkowy, pełen miękkich poduch, między którymi skakały milutkie, puchate króliki, i w którym rozbrzmiewała delikatna muzyka dzwoneczków oraz harf.

Leokadia zachowała prawo do swoich apartamentów, ale jej biuro przypadło Cyntii Cello, nowej dyrektorce Akademii. Natomiast Gerard Asan został skierowany do Osady, gdzie zajął się organizacją szkoły dla szaraków w Starej Cerkwi. Budynek wymagał gruntownego remontu, a jego kamienne sale pełne były rupieci, starych ksiąg i zakurzonych mebli. Początkowo Gerard narzekał na warunki, w jakich musiał zająć się organizacją działań Powszechniaka, ale przy aktywnej pomocy innych nauczycieli udało mu się zaaranżować przytulną szkołę, w której mogły kontynuować naukę szare dzieci zamieszkujące Osadę. Poza tym Gerard odkrył, że wśród starych sprzętów i najzwyklejszych śmieci, zagracających budynek, można było znaleźć prawdziwe skarby: zagadkowe dokumenty, interesujące obrazy, tajemnicze książki i misternie zdobione przedmioty. Wkrótce na obszernym, drewnianym poddaszu Starej Cerkwii powstała mała biblioteka, służąca Gerardowi za biuro. Nowy dyrektor Powszechniaka, pomimo względnego sukcesu przedsięwzięcia, doszedł jednak szybko do dość ponurych wniosków. Po pierwsze wszystko wskazywało na to, że czarownice zupełnie przestały interesować się szkołą dla szaraków. Niemal nie uczestniczyły w pracach przygotowawczych, zostawiając Gerardowi wolną rękę w wyborze nauczycieli i w organizacji zajęć. Po drugie Osada okazała się miejscem biednym i mrocznym. Dużo w niej było domów biesiadnych i śmiechu, ale niewiele prawdziwej radości. Ludzie byli pracowici, ale w jakiś sposób pochmurni i nieżyczliwi. Jeszcze przed otwarciem Powszechniaka dotarło do Gerarda, że oto wstąpił w progi nowej, nieprzyjaznej rzeczywistości.

W przeddzień ponownego otwarcia szkoły wszystkie prace przygotowawcze zostały ukończone i atmosfera w domu rodziny Asan wróciła do stanu względnej równowagi.

Gerard siedział za biurkiem, przeglądając dokumenty i upewniając się, czy plan pracy nauczycieli Powszechniaka nie kolidował z ich obowiązkami w Akademii, i czy rozkład zajęć był kompletny, ale robił to zupełnie mechanicznie i bez zaangażowania. Wiedział, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, i że uczniowie zostaną objęci dobrą opieką, szukał jednak zajęcia, które pozwalałoby mu uniknąć mieszania się w rodzinne niesnaski. Hanna przygotowywała bowiem ziołowy napar dla Aleksandry, na której czole pojawiły się dwa olbrzymie pryszcze, i która lamentowała piskliwie:

- Życie pełne jest drobnych złośliwości! To takie niesprawiedliwe! Przecież moja skóra jest alabastrowa i zdrowa! Zdrowa! Ale oczywiście przed rozpoczęciem szkoły wszystko się zmienia. Nagle, proszę. Pryszcze! I to dwa! I to na czole! Jakby nie mogły wybrać sobie gorszego miejsca! Choć mogły na nosie, a to jednak byłoby trochę gorsze. Chyba...

- Przecież mama zaraz ci pomoże - przerwała zawodzenie siostry Alina. - Po co te dramaty? Zostaw rozpacz na przykre sprawy, których nie można odmienić ani ziołami, ani czarami.

- Poczekaj, aż ty zaczniesz dojrzewać, mądralo! Wtedy porozmawiamy! Kiedy stajesz się kobietą, twoje ciało szaleje! Rozumiesz? Szaleje! I uwierz, nie pomogą tu ani zioła, ani czary! Jak zobaczysz pierwsze pryszcze na swojej rozkosznej twarzyczce, to dopiero porozmawiamy.

Mała Alina spojrzała z powagą na siostrę i powiedziała:

- I ty ten stan, w którym się teraz znajdujesz, nazywasz dojrzewaniem?

- Mamo! Alina znowu się wymądrza! Praktykuje panowanie nad emocjami kosztem moich uczuć!

- Moje kochane! I po cóż te kłótnie? Coś mi się wydaje, że Aleksandra jest po prostu przejęta pojawieniem się w klasie Gaspara, przystojnego przedstawiciela rodu Gromm, a Alina jest zazdrosna, bo pozostaje nadal w klasach młodszych, które dodatkowo zaczęły przypominać przedszkole.

Sprzeciw zamarł na ustach dwóch sióstr, które spojrzały na siebie w nagłym przypływie solidarności.

- Alina wkrótce skończy jedenaście lat i dołączy do klas średnich! Nie sądzę, żeby tak wybitna czarownica przejawiała równie małostkową motywację - z wystudiowaną powagą rzekła Aleksandra.

- Moja siostra przejmująca się męskim potomkiem rodu Gromm? Tracąca dla niego głowę? Cóż za paradna bzdura! Nie mierz nas swoją miarą, matko! - Alina spojrzała na Hannę przenikliwie, chwyciła Aleksandrę za rękę i powiedziała: - Pomogę ci z tymi pryszczami, siostrzyczko. Zrobimy własny napar!

Hanna Asan popatrzyła z uśmiechem za wychodzącymi córkami i wyszeptała sama do siebie:

- Coraz trudniej nimi kierować bez uszczerbku dla godności własnej...

Usiadła na krześle, odsunęła niedokończoną miksturę i ujęła kielich z purpurowym eliksirem. Pociągnęła łyk trunku i nie wiedzieć czemu wróciła myślami do dnia, gdy po raz pierwszy spotkała Gorana Gromma.

Niechętnie wspominała te odległe czasy, bowiem pierwsze tygodnie pobytu w Akademii były dla niej trudne. Jako córka czarownicy biernej była traktowana przez pozostałe uczennice z dużą rezerwą. Często szukała odosobnienia i dość szybko odkryła, że stary dąb, rosnący na środku szkolnego dziedzińca, stanowił doskonałą kryjówkę. Gałęzie drzewa były posłuszne jej woli, a gęsta korona dawała schronienie w chwilach zwątpienia. Pewnego dnia, gdy po kłótni z Tywią Talin skryła się w gęstwinie dębu, na ławce pod drzewem usiadł młody mężczyzna.

- W taki sposób nigdy nie nauczysz się sztuki warzenia eliksirów - powiedział głośno.

Hanna nie odpowiedziała, wyjrzała jednak zza gałęzi, starając się dojrzeć twarz mówiącego. Goran, który miał wkrótce przejąć obowiązki wielkiego maga, uniósł głowę i spojrzał prosto w oczy czarownicy, jakby przez cały czas dokładnie wiedział, gdzie się ukrywała.

- Siedząc na drzewie, nie nauczysz się warzenia eliksirów - powtórzył i dodał: - A tylko będąc naprawdę wybitną czarownicą, nie będziesz musiała przejmować się opinią innych.

- Nie obchodzą mnie jakieś głupie eliksiry i nie obchodzi mnie opinia tych podłych, małostkowych wiedźm! - odparła Hanna butnie, patrząc wyzywająco w kierunku Akademii.

- To dlaczego się przed nimi ukrywasz? - zapytał retorycznie Goran. - Teraz nie jesteś ani od nich lepsza, ani gorsza. Masz jednak ogromny potencjał magiczny i jeśli będziesz sumiennie pracować, szybko je prześcigniesz.

- A kim ty w ogóle jesteś? I dlaczego przejmujesz się mną i moją przyszłością?

- Uwierz lub nie, ale twoja przyszłość może być moją...