Nie wydawało się rozsądne, aby w wieku 23 lat ogłaszać bankructwo. Po mojej finansowej katastrofie znalazłam się w kłopotliwej sytuacji - byłam winna pokaźną sumę pieniędzy firmie rozliczeniowej. Z braku innej możliwości z podkulonym ogonem zwróciłam się do dziadka o finansowe wsparcie. Był jedyną osobą w mojej rodzinie, która dysponowała środkami mogącymi wyciągnąć mnie z długów.
- No proszę, latasz po Wall Street i pakujesz się w kłopoty! - powiedział.
Dziadek zdecydowanie nie pochwalał moich wyborów. Był konserwatywnym człowiekiem i nie wierzył w robienie fortuny na giełdzie. Trudno się mu dziwić - urodził się w rodzinie z dziesięciorgiem dzieci, w której każde miało tylko jedną parę butów. Mimo to przetrwał Wielki Kryzys i później został cenionym prawnikiem. Współtworzył kancelarię w Seattle w stanie Waszyngton, a jego partnerem był William Gates, ojciec Billa Gatesa. To jeden z tych związków, którymi rodzina lubi się chwalić na przyjęciach - w końcu fajnie jest móc rzucić takim nazwiskiem, jak Gates. Jakie to drobnomieszczańskie.
Z kieliszkiem martini w dłoni prowadziłam small talki, które wyglądały mniej więcej tak:
- Wiesz, moja mama dorastała razem z Billem Gatesem.
- Nie gadaj!
- Ależ tak! Jego ojciec był wspólnikiem mojego dziadka.
- Niemożliwe!
Mój dziadek był tak niechętny ryzyku, że kiedy William Gates zapytał, czy chciałby zainwestować w firmę jego syna Billa, dziadek wykpił ten pomysł.
- Komputer? Przecież to się nikomu do niczego nie przyda! - wykrzyknął.
Gdyby tylko wiedział, co tracił!
W tamtej sytuacji dziadek wyraził swoją opinię jasno:
- Sama się w to wpakowałaś i sama musisz znaleźć sposób, żeby się z tego wydostać.
Jestem pewna, że towarzyszyła temu jakaś przemowa o budowaniu charakteru, a pewnie dla lepszego efektu dorzucił też "młoda damo".
Szczęście w nieszczęściu, że moja firma rozliczeniowa również znajdowała się w trudnej sytuacji i musieli odzyskać swoje pieniądze. Nie chcieli mnie pogrążać. Zależało im, żebym pozostała w biznesie i mogła spłacić dług. Ponieważ inna firma z Nowego Jorku potrzebowała kogoś na miejscu na Giełdzie Pacyfiku, pozwolono mi zostać. W ten sposób dostałam szansę odrobić stratę i zwrócić pieniądze. Moim nowym szefem został trader o imieniu Morris. Był wykształconym rodowitym nowojorczykiem, mieszkającym w Hotel Des Artistes na Upper West Side. Jego pradziadek dorobił się fortuny, popularyzując choinkowe światełka. Ja byłam kalifornijską surferką, po uszy w długach. Tworzyliśmy naprawdę niezwykłą parę.
Morris był pionierem technologii tradingowych. Jako jeden z pierwszych opracował algorytm wyłapujący błędnie wycenione opcje na czterech głównych giełdach w kraju. Komputery osobiste jeszcze nie istniały, więc było to naprawdę coś przełomowego. Do uruchomienia autorskiego programu potrzebny był komputer wielkości samochodu, przechowywany w Battery Park Plaza. To było znacznie bardziej zaawansowane niż choinkowe światełka, ale najwyraźniej innowacyjność była cechą rodzinną.
Morris miał traderów rozlokowanych na wszystkich głównych giełdach, którzy byli gotowi wykorzystać każdą okazję arbitrażową wykrytą przez jego komputer. Ja zostałam jego jedyną traderką na parkiecie Giełdy Pacyfiku. Moja plakietka tradingowa nosiła numer K91, a że "K9" w wymowie brzmi podobnie jak "pies, psi" (ang. canine - przyp. red.), więc Morris nazwał mnie "Top Dog", co przyjęłam za komplement.
Choć nie spotykaliśmy się osobiście, rozmawialiśmy przez telefon kilka razy dziennie. Poniedziałek rano, godzina 7:00 czasu pacyficznego:
- Hej, Top Dog, wygląda na to, że kwietniowe opcje kupna na Wang są przewartościowane. Idź i wystaw trochę stelaży!
Godzina 7:25 czasu pacyficznego:
- Hej, Top Dog, opcje na akcje Zapata są zbyt drogie. Sprawdź, czy możesz kupić trochę spreadów kalendarzowych i wykorzystać wysokie premie.
Pognałam do stanowiska z opcjami Zapata, ale miejscowi traderzy już mnie wyczuli. Znali moją strategię i korygowali kwotowania, zanim zdążyłam złożyć zlecenie. Ponieważ ceny opcji nie były aktualizowane w sposób automatyczny, robiło się to ręcznie. Moja praca polegała na nieustannym bieganiu po parkiecie, a następnie orientowaniu się, że tuż przed moim przybyciem do stanowiska ceny uległy zmianie.
Według modeli Morrisa każda opcja na parkiecie była przewartościowana. Działo się tak dlatego, że wielka hossa była dopiero w początkowej fazie, a modele zmienności wciąż odzwierciedlały marazm poprzedniej bessy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że pracujemy na przestarzałych danych. Stosowaliśmy strategię stelaża na większości opcji. Dzięki mojemu bolesnemu doświadczeniu z City Service wiedziałam, że może okazać się to świetną strategią, o ile ceny poruszają się w wąskim zakresie, ale nauczyłam się również, że nie zawsze tak bywa. Dlatego każdego dnia przychodziłam do pracy, modląc się, żeby nic się nie ruszyło.
Podczas gdy ja harowałam na Zachodnim Wybrzeżu, na Wschodnim pewien dziennikarz o nazwisku Robert Foster Winans kładł ostatnie szlify pod mój wyrok śmierci. Winans był znany ze swojej kolumny Heard on the Street w "The Wall Street Journal". Jego słowa potrafiły mieć niezwykłą moc - to, co pisał, mogło wpływać na rynek, a on, wiedząc o tym, wykorzystywał swoją pozycję. Winans przeszedł do historii jako podstępny oszust odpowiedzialny za aferę z wykorzystaniem informacji poufnych we współpracy ze swoim długoletnim partnerem, Davidem. Ta historia nadawałaby się na operę - jest w niej uwodzenie, chciwość, a nawet spisek mający na celu popełnienie podwójnego samobójstwa, zanim oddział specjalny SEC wpadnie przez frontowe drzwi. Winans przekazywał swoje artykuły przed publikacją pewnemu brokerowi z Kidder Peabody o nazwisku Peter Brant (nie mylić z bohaterem książki Nieznani mistrzowie rynku Peterem Brandtem - przyp. red.). To pozwalało mu handlować na ich podstawie dzień przed podaniem do ogólnej wiadomości. Innymi słowy - wszyscy grali przeciw komuś, kto dysponował poufnymi informacjami.
Morris i ja obserwowaliśmy dwie spółki notowane na Giełdzie Pacyfiku: Tie Communications i Key Pharmaceutical. W krótkim czasie opcje na akcje obu z nich stały się niezwykle popularne. Popyt był tak silny, że ich implikowana zmienność wystrzeliła jak olej trafiający na gorącą patelnię. Morris i ja mieliśmy na obu spółkach duże krótkie pozycje w ramach strategii stelaża, kiedy ten przeklęty Winans opublikował jeden ze swoich artykułów i bum! Jedna ze spółek gwałtownie skoczyła w górę, zmuszając mnie do zamknięcia pozycji.
Morris zadzwonił:
- Ty mięczaku! Dlaczego zamknęłaś pozycję?
I po chwili ponownie bum! Akcje drugiej ze spółek poleciały na pysk. Zastanawiałam się, co zrobić, podczas gdy tłum wokół szalał. Morris zadzwonił ponownie:
- Hej! Co ty wyprawiasz? Wejdź tam i skoryguj pozycję!
Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia - będzie źle, jeśli coś zrobię, i źle, jeśli nie zrobię. W środku tego całego chaosu uciekłam do damskiej toalety. Oczywiście nikogo tam nie było, ponieważ większość traderów korzystała z męskiej. Zamknęłam drzwi kabiny i skupiłam się na sześciokątnych wzorach na kafelkach, aż mój wzrok się zamazał, a po policzkach spłynęły dwa ciepłe strumienie łez. "Co ja, do cholery, robię?" Chwyciłam kawałek papieru toaletowego i wytarłam oczy. Spojrzałam w lustro, żeby upewnić się, że moja twarz nie jest czerwona i opuchnięta. Wygładziłam marynarkę, wzięłam głęboki oddech i rzuciłam się w wir walki. Po raz kolejny.
Nie jestem pewna, jak przetrwaliśmy wszystkie pułapki połowy lat 80. Były wrogie przejęcia w formie greenmailingu3, gorące plotki, szantaże i wykorzystywanie informacji poufnych. Nie tylko zostaliśmy oszukani przez takich ludzi, jak Robert Foster Winans i Peter Brant, lecz także musieliśmy radzić sobie z machinacjami Ivana Boesky'ego i Michaela Milkena. Ten ostatni znany był jako "Król Obligacji Śmieciowych". Obligacja śmieciowa to dokładnie to, co sugeruje nazwa - obligacja z kiepskim ratingiem kredytowym. To jak pożyczanie sąsiadowi 20 dolarów, gdy wiemy, że ma problemy z hazardem i już jest nam winny 200. W sytuacji obligacji śmieciowych nie ma pewności, czy odzyska się kasę, ale jeśli dług zostanie spłacony, zysk może okazać się naprawdę duży. Później sprytnie przemianowano ich nazwę na obligacje wysokodochodowe, żeby łatwiej było je sprzedać inwestorom. Przyjemniej jest myśleć o obligacji jako przynoszącej duży zysk, niż wpajać sobie do głowy, że kupuje się śmieci. Branża finansowa ma zabawny sposób na przemianowywanie rzeczy, żeby brzmiały lepiej dla publiczności. Weźmy na przykład termin "korekta". Jakie to urocze słowo, w rzeczywistości opisujące 10-procentowy spadek całego rynku. "Och, giełda się tylko koryguje". Zupełnie jakby zrobiła sobie jedynie małe kuku. Dajcie spokój.
W każdym razie Michael Milken dopuścił się oszustw związanych z papierami wartościowymi i był częściowo odpowiedzialny za upadek Drexel Burnham, dużej firmy maklerskiej. Ivan Boesky, znany z rozpoczęcia ery wykupów lewarowanych i fuzji, również oszukiwał system. Został skazany za wykorzystywanie informacji poufnych i ostatecznie wydał Milkena. A reszta z nas? Robiliśmy, co mogliśmy, żeby przetrwać, a jeśli mieliśmy szczęście - by prosperować.