Trzy mapy i zdjęcie
[...] puściłem się w drogę z Wenecji. Przebyłem przedmieście Grecję i stąd konno przez królestwo Algarbii, Bagdad i Parion dojechałem wreszcie do Sardynii, umierając już prawie z pragnienia.
Giovanni Boccaccio, Dekameron, 1353
Dzieła Lai i Cambosu, a także licznych innych artystów powracają teraz do mnie, gdy spoglądam na trzy mapy Sardynii wiszące na ścianie mojego gabinetu, jak gdyby jakaś łódź czekała na mnie na zewnątrz.
Na pierwszej mapie, zatytułowanej Morze Śródziemne bez granic, jej autorka, francuska kartografka Sabine Réthoré, obróciła obraz o dziewięćdziesiąt stopni w prawo. Sprawiło to, że "zachód" znajduje się u góry - wyobraźcie sobie Afrykę Północną po lewej stronie, a dorównującą jej wielkością Europę z Turcją po prawej; Lewant ciągnie się do Egiptu na dole mapy, Gibraltar zaś zamyka widok od północy. Nasza perspektywa się zmienia, Morze Śródziemne rozwija się prawie jak jezioro, wybrzeża stanowią niemal swoje lustrzane odbicie po obu stronach starożytnych szlaków upstrzonych wyspami i drogami wodnymi. To ruchliwa autostrada. Może Śródziemne jest "najżywotniejszym chyba miejscem interakcji między różnymi społeczeństwami na tej planecie", zauważył wybitny historyk David Abulafia.
Sardynia znajduje się pośrodku górnej części mapy - główna brama i strażnica. Nie tkwi na obrzeżach imperiów, nie jest mglistą wyspą na zachód od Włoch lądowych, lecz centrum śródziemnomorskiej historii, punktem odniesienia dla nawigatorów dążących we wszystkich kierunkach. Koncepcja izolacji, zdaniem pewnego mediewisty, wydaje się nie do obrony.
Druga mapa przedstawia samą Sardynię: główną wyspę i jej liczne wysepki. To nie mapa topograficzna, która ukazuje coś w rodzaju pływającej zielonej góry przeciętej dolinami w kierunku południowym i południowo-zachodnim. Nie, ta mapa jest tak kolorowa, że przypomina przesyłane na komórkę jaskrawe reklamy nocnych imprez kulturalnych. Tę mapę stworzyła w 2013 roku jako geoportal i apkę prowadzona przez wolontariuszy organizacja Nurnet. Wskazuje ona lokalizację tysięcy zabytków z epoki neolitu i brązu rozsianych po całej wyspie, a czyni to z fanfarami godnymi muzeum na otwartym powietrzu.
Misją Nurnetu jest promowanie w świecie obrazu Sardynii innego niż ten istniejący. Stworzona przez tę organizację mapa naprawdę zdumiewa. Gdyby podświetlić te wszystkie zabytki - od grup dolmenów i menhirów, przypominających Stonehenge, po tysiące miejsc pochówku, a także wież z epoki brązu zwanych nuraghes - cała wyspa rozświetliłaby się jak prehistoryczny hotspot. Spuścizna żadnego innego obszaru w Europie nie może dorównać spuściźnie nieprzerwanych cykli cywilizacji ani ich zachowanym do dziś architektonicznym cudom.
Sardyńczycy nazywają to nieskończonym muzeum.
Trzecia to mapa sardyńskich win, w każdym razie odmian oznaczonych jako "DOC" (denominazione di origine controllata), które trafiają do oficjalnych rejestrów. Nieoznakowane butelki wina w tajnych piwnicach koneserów, jak cannonau, vernaccia, vermentino czy semidano, mają własne rejestry dla szczęściarzy, ta mapa jednak pokazuje pięć prowincji, których obszar nie różni się znacząco od obszaru królestw (judykatów - judicadus), rządzących się dość niezależnie w średniowieczu. Nazwy się zmieniły, wino pozostaje to samo: na północy z Sassari (i Gallury), na zachodzie z Oristano, z Barbagii i Nuoro obejmujących centrum i wschód, na południu z Sulcis i Campidano. Piąta prowincja to stolica Sardynii - Cagliari.
Wino jest oczywiście radością każdej podróży - albo przygodą. Plutarch przywołał słowa Gajusza Grakchusa, że Rzymianie pili wino na Sardynii i wracali z amforami pełnymi złota i srebra. Na Sardynii wina stanowią również wprowadzenie do kultury wyspy, jak popularne cannonau o jagodowych nutach, z wysoką zawartością czyszczących arterie antyoksydantów. To wino to Święty Graal w badaniach prowadzonych przez organizację Blue Zones nad fenomenem długowieczności: na wyspie mieszka najwięcej na świecie stulatków. To stara historia; już w 1639 roku sardyński historyk Francesco Angelo de Vico odnotował niezwykłą liczbę wyspiarzy żyjących sto i więcej lat. W niedawnych wykopaliskach prowadzonych na stanowiskach nuragijskich, pochodzących z XV wieku p.n.e., odkryto ślady uprawy winorośli oraz fragmenty najstarszej znanej prasy do tłoczenia winnych gron.
Obok tych map na mojej ścianie wisi pochodząca zapewne z ostatniej dekady XIX wieku oprawiona fotografia chłopca w krótkich spodenkach i berecie, siedzącego na grubym murze średniowiecznego bastionu w porcie Alghero na północnym zachodzie wyspy i czytającego książkę. Niżej, wzdłuż wybrzeża, przycumowały łodzie rybackie; wydają się małe w cieniu masztów trzech statków ze zwiniętymi żaglami i murów twierdzy.
Z jakiegoś powodu wyobrażam sobie, że ten chłopiec czyta książkę podróżniczą. Na fotografii przygląda mu się para dzieciaków, które wyraźnie nie wiedzą, co o tym sądzić. Wyobrażam sobie, że chłopiec odwraca stronę opowieści o pierwszych Europejczykach, którzy w 1541 roku pokonali rzekę Missisipi w Ameryce Północnej: hiszpańskich konkwistadorach, atakujących rdzenną ludność. Ostatecznie to dzięki sardyńskiemu szkutnikowi, który w 1543 roku zbudował nową łódź, uszczelniwszy ją konopiami, załoga spłynęła wielką rzeką i przeżyła, więc mogła opowiedzieć Europie o tym innym świecie.
Na przestrzeni kilku lat siadywałem rankiem na tym samym murze, patrząc na morze i fascynujące klify odległego przylądka - Capo Caccia. W 2017 roku moja żona Carla i ja zabraliśmy synów (dwunasto- i piętnastoletniego) i w ramach uniwersyteckiego sabbaticalu przeprowadziliśmy się do Alghero, by oderwać się od pracy i życia w Stanach Zjednoczonych. Nie mieliśmy żadnych planów, zamierzaliśmy jedynie odpoczywać, poznawać wyspę oraz jej sławne plaże, podróżować po krętych drogach przez góry i wioski, próbować kuchni i win. Wciąż usiłowaliśmy dojść do siebie po szczególnie męczącym roku pracy, naglących terminów i wysokich wymagań. Nasze dzieci dorastały jako Amerykanie i Włosi, a my chcieliśmy raz jeszcze dać im szansę nauki we włoskiej szkole i poznania życia w innej części Włoch.
Jednak na Sardynii zdarzyło się coś niemal niewytłumaczalnego. Wyspa miała własne plany, jak gdyby podróżny nie mógł ot tak po prostu przekroczyć jej granic. Przybyliśmy w chwili, gdy zaczynała na nowo opowiadać swoją historię za sprawą hałaśliwej debaty, w której uczestniczył niezwykły zestaw poetów, pisarzy, muzyków, malarzy, historyków i zwyczajnych gawędziarzy. Oficjalne uznanie pewnych ogromnych odkryć archeologicznych, dokonanych w minionym półwieczu, zmuszało uczonych z całego świata do przeformułowania sposobu prowadzenia narracji o Sardynii i napisania na nowo historii basenu Morza Śródziemnego.
Pewnego dnia otworzyłem książkę D. H. Lawrence'a Sea and Sardinia [Morze i Sardynia], najważniejszą anglojęzyczną książkę o Sardynii napisaną w minionym stuleciu, i zaraz na początku natrafiłem na zdanie: "Sardynia, która nie ma historii, daty, rasy, niczego nie oferuje". Chociaż wiedziałem o legendarnym upodobaniu Lawrence'a do prowokacji, treść tego zdania uznałem za zdecydowanie nieadekwatną. Reszta książki, napisanej na podstawie jego sześciodniowej podróży po wyspie, moim zdaniem trąciła myszką. Sto lat po jej wydaniu w 1921 roku wciąż pozostawała jednak najważniejszym anglojęzycznym źródłem informacji o jednym z najbardziej fascynujących i złożonych regionów Włoch.
Sardyńscy autorzy, na przykład Giuseppe Cossu w 1799 roku, od wieków narzekali na ignorowanie historii wyspy i niewiarygodne mapy geograficzne; równocześnie powielano historycznie ambiwalentną narrację, zgodnie z którą wyspa wydawała się białą kartą aż do przybycia Fenicjan i Rzymian. Zupełnie jakby Sardyńczycy nie stworzyli starożytnej cywilizacji ani nie mieli żadnego wpływu na własne losy - czy też, co ważniejsze, jakby nie odgrywali żadnej roli w kształtowaniu Włoch i świata poza swoją wyspą. Narzucały się pytania, czy nie umykają nam rzeczy najistotniejsze dla wyspy i jej historii; czy nie musimy najpierw zrozumieć Sardynii, by móc naprawdę zrozumieć pozostałe części Włoch.
Co więcej, może należałoby raczej mówić: le Sardegne, w liczbie mnogiej, a nie: la Sardegna, jakby chodziło o jedną kulturę i jeden zbiór zwyczajów. W książce The Great Sea [Wielkie morze] Abulafia napisał, że zasadniczym nieporozumieniem było poszukiwanie poczucia jedności i jasności na terenach leżących w basenie Morza Śródziemnego. Jego zdaniem należy zauważyć raczej ich różnorodność oraz to, że ciągle zachodzą tam zmiany.
Gdy przybyliśmy na Sardynię, na całej wyspie odbywały się rozliczne imprezy kulinarne, folklorystyczne, taneczne, muzyczne, literackie, teatralne, sportowe i archeologiczne. Wesoło ścierały się liczne partie polityczne, a na włoskim lądzie partia narodowa związała się z partiami prawicowymi (we wszystkich miastach na wyspie często słyszeliśmy, że Emilio Lussu, wielki dwudziestowieczny sardyński patriota, przewraca się w grobie). Ożywało coraz więcej tradycyjnych procesji i imprez. Nie brakowało i takich, które od wieków budowały jedyną w swoim rodzaju kulturę Sardynii, jak na przykład ekstremalne wyścigi konne S'Ardia w Sedilo, organizowane dla upamiętnienia jednej z bitew z czasów cesarza Konstantyna, czy wymyślna procesja Sant'Efisio z Cagliari do Nory, której uczestnicy pokonują trasę długości sześćdziesięciu pięciu kilometrów. Pierwsza taka procesja odbyła się w 1656 roku w podziękowaniu za uwolnienie miasta od zarazy.
Wkrótce mieliśmy odkryć, że na Sardynii, wzdłuż wybrzeży, na równinach i w górach, istnienie tej cienkiej granicy między jednością a różnorodnością od wieków powodowało tarcia. W wywiadzie dla pisma "Rolling Stone" legendarny jazzman Paolo Fresu, syn pasterza dorastający we wsi Berchidda, przywołał dawne powiedzenie odnoszące się do sardyńskich sporów: Centu concas, centu berritas (Sto głów, sto czapek). "Ale Sardynia jest wyspą - dodał - skrawkiem lądu otoczonym przez morze, a to nas spaja".
Sardyńska piosenkarka Claudia Aru, pochodząca z leżącego na południu miasta Villacidro, której głos brzmi jak miks głosów Bessie Smith, Lili Downs i Marii Carty, także wypowiedziała się na ten temat podczas pandemii COVID-19, nagrywając singiel zatytułowany Centu concas - hymn na cześć wielokulturowości. Przyłączył się do niej ikoniczny sardyński piosenkarz i komik Benito Urgu. Aru nazwała swoją piosenkę "krytycznym odczytaniem zbyt przykurzonej sardyńskiej tożsamości", ponieważ sardita, tożsamość Sardyńczyka (lub stan bycia Sardyńczykiem), nie jest dana ani nabyta dzięki urodzeniu, "a raczej [jest] wyborem życia, owocem zachowania się. Sardynia jest dla mnie aktem miłości".
Ta książka to kronika naszego pobytu w Alghero w 2017 roku i naszych późniejszych podróży przez Sardynię aż po rok 2022. Gdy kwarantanna covidowa uniemożliwiła nam podróż w 2020 roku, wykorzystałem ten czas, by w końcu przeczytać wszystkie książki zgromadzone podczas pobytu na wyspie. Usiłując zapuścić się w uczony świat archeologii, zarejestrowałem się nawet na portalu academia.edu, który co wieczór przysyłał mi artykuł na temat starożytnej Sardynii. Miało to jednak swoje konsekwencje. O mało co nie rozlałem kawy, gdy otrzymałem powiadomienie o artykule podpisanym "D. Trump". (Zmarły w 2016 roku, był jednym z czołowych brytyjskich autorytetów w dziedzinie prehistorii Sardynii. Na drugie imię miał Hilary).
Nie chciałem, żeby ta książka była kompendium historycznym ani rodzajem przewodnika turystycznego. Wolałbym, by była tym, co starsi Sardyńczycy nazywają s'arrogliu, gawędziarskim spotkaniem - oto ludzie z okolicy wychodzą z domów, niosąc krzesło, butelkę wina i szklankę, siadają w kręgu i całymi godzinami opowiadają sobie o życiowych przygodach.
Choć minęło kilka lat od naszej pierwszej podróży, często wieczorem ogarnia mnie tęsknota, by powrócić, jakby wzywały mnie fale bijące o wybrzeże w Porto Ferro. Wędrowaliśmy krętą ścieżką między gęstymi kępami mirtu i rozmarynu, a zachodzące słońce rzucało na morze nitki promieni. Przysiadałem na chwilę na łące w cieniu chwiejnych średniowiecznych ruin Torre Bandine Sale, pragnących rozpaść się na terakotowej ziemi jak kolejna warstwa gliny. Często przynosiłem ze sobą torebkę seadas, smażonych w głębokim tłuszczu pasterskich racuchów wypełnionych serem pecorino i posmarowanych miele amaro.
Gdy wędruję malowniczym szlakiem wzdłuż klifów, pamięć wciąż podsuwa mi historię zatoczek - Cala del Turco, Cala del Vino, Cala Porticciolo, Cala Viola - aż do pionowych skał Capo Caccia na północno-zachodnim krańcu wyspy.
Na końcu szlaku do Capo Caccia znajduje się inny szlak, prowadzący do miejsca, w którym jaskinie Grotta Verde zniknęły pod wodą wraz z pozostałościami terenów grzebalnych sprzed siedmiu tysięcy lat i gdzie fale wynoszą podróżnych na morze.
Morze. No właśnie, morze.
Bywa, że włoski romans zaczyna się w gondoli wśród cudów Wenecji, ale podróżny szukający wielkich włoskich opowieści wsiądzie na żaglowiec podczas huraganowo wiejącego mistralu, stawi czoło wzburzonemu morzu i ostrzeżeniom o "szalonych górach", które od tysięcy lat dezorientowały podróżnych, a następnie przekroczy Cieśninę Świętego Bonifacego w poszukiwaniu Sardynii.