1. Prorocze spotkanie
Osaczałem Radovana Karadżicia od kilku dni, ale nie udało mi się do niego zbliżyć. Był kwiecień 1992 roku, kilka dni przed wybuchem wojny.
Polityczny przywódca bośniackich Serbów opuścił swoje komfortowe mieszkanie w centrum Sarajewa i wyjechał do uzdrowiska Ilidža, kilkanaście kilometrów od stolicy. Zatrzymał się w przestarzałym hotelu stojącym pośród okazałych stuletnich drzew, zasadzonych przez Austriaków pod koniec XIX wieku, kiedy niepodzielnie władali tym regionem. Dwaj doradcy i ochroniarze o podejrzliwym spojrzeniu nie odstępowali Karadżicia na krok.
Chciałem przeprowadzić wywiad dla France Inter, radia, z którym wówczas współpracowałem. Aby zwiększyć szanse na spotkanie, zatrzymałem się w tym samym hotelu. Po tygodniu pilnego obserwowania każdego jego ruchu udało mi się przechytrzyć jego świtę i zaczepić go w głównym holu.
Początkowo Karadżić był zaskoczony moją zuchwałością, ale powiedział, że mogę pójść za nim. Był uśmiechnięty i uprzejmy, zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Przyciągał uwagę swoim wyglądem fizycznym, wysoki, barczysty mężczyzna o płomiennym spojrzeniu, z rozwichrzoną siwą czupryną przypominającą lwią grzywę. Ostatecznie docenił mój tupet i upór, może dlatego, że sam nałogowo grał w pokera i szachy.
Na ogromnym stole rozłożona była wielka mapa. Karadżić wziął ołówek i zacząć kreślić długie linie. Na moich oczach rysował Bośnię ze swoich marzeń, czysty etnicznie kraj, którego 60% zajmowaliby Serbowie. Beznamiętnie przesuwał narody niczym zwykłe pionki na szachownicy, wydawało się, że ma przed sobą jedną z gier strategicznych, które wyciąga się w deszczowe dni. Potem wyjaśnił mi rzeczowo, że jego plan jest możliwy do zrealizowania.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że każda z tych kresek przełoży się na tysiące złamanych istnień, rozdzielone rodziny i doły przepełnione trupami. Karadżić palił się do przebudowy Bałkanów tylko po to, aby stworzyć "Wielką Serbię" i przejść do historii. Patrzył na mnie oczami szaleńca, dumny ze swojego przyszłego "dzieła".
By przybliżyć czyjąś postać, trzeba pochylić się przez chwilę nad historią jej życia. Radovan Karadżić urodził się w czerwcu 1945 roku w Czarnogórze. Jego ojciec był czetnikiem, członkiem serbskiej partyzantki monarchistycznej reprezentującej nacjonalistyczne poglądy; został ranny, a potem uwięziony przez zwolenników Tity. To dlatego rodzina Karadżicia nigdy nie zaakceptowała wielonarodowej Jugosławii.
Po ukończeniu liceum Karadżić poszedł na studia w Sarajewie, aby zostać psychiatrą. W latach osiemdziesiątych wpadł w szpony nacjonalizmu, a w 1990 roku założył Serbską Partię Demokratyczną.
Wiedziałem, że w młodości był też poetą, szczególnie upodobał sobie epickie teksty ku chwale Serbii. Te kilka wersów ułożonych przed wybuchem konfliktu można uznać za prorocze:
Narodziłem się, by żyć bez grobu
To ludzkie ciało nigdy nie umrze
Nie urodziło się tylko po to, by wąchać kwiaty
Lecz by podpalać, zabijać i obracać w perzynę...
Tamtego dnia stałem na wprost tyrana, który czekał na realizację swoich diabelskich planów, ale naiwnie miałem nadzieję, że jego piekielna wizja nigdy się nie ziści.
Polityczny dyskurs Radovana Karadżicia był jasny:
- Serbowie są narodem wojowników. Jeśli Muzułmanie1 nie będą uważać, to mogą przestać istnieć2.
1 Boszniacy są też określani mianem Muzułmanów.
2 Autor używa określeń "Boszniak" i "Muzułmanin" zamiennie. Należy odróżnić określenie "Bośniak" (Bosanac) od "Boszniak" (Bošnjak). Pierwszy termin odnosi się do obywatela Bośni i Hercegowiny, bez względu na jego narodowość czy wyznanie, drugi oznacza mieszkańca Bośni i Hercegowiny deklarującego przynależność do islamu i narodowość boszniacką (w odróżnieniu od serbskiej i chorwackiej). Określenie "Muzułmanie" (pisane wielką literą) odnosi się do zislamizowanej ludności zamieszkującej tereny nieistniejącej już Jugosławii, która w 1974 roku została oficjalnie uznana przez komunistyczne władze za odrębny naród (pełne brzmienie określenia: "Muzułmanie w sensie narodowym"). Wyznawców islamu zamieszkujących Bośnię określa się też mianem "bośniackich muzułmanów" (przyp. tłum.).
Nikt jednak nie sprzeciwił się jego potwornemu szaleństwu, ani Europa, ani Ameryka, ani tym bardziej Organizacja Narodów Zjednoczonych. Ze strachu przed koniecznością wojskowej interwencji, z obawy przed pogrążeniem się w niekończącym się chaosie, w straszliwym bagnie, przez blisko cztery lata wszyscy biernie patrzyli, jak Bośnia rozpada się i niszczeje. Społeczność międzynarodowa słono zapłaciła za to tchórzostwo; zgubne przede wszystkim dla jednego narodu.