Sapho & Carpio. Boże Narodzenie. Powieść z Dzikiego Zachodu - Karol May

Kup ebooka

12.50 zł
9.54 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA ZACHODZIE

  

Minął szereg lat. Życie dało mi twardą szkołę i zrobiło z niedoświadczonego chłopca mężczyznę. Dziwność losu była w stosunku do mnie jedynie pozorna; sam wytknąłem sobie drogę i znalazłem obok daremnych wysiłków i rezygnacyj dużo radości i zadowolenia, któreby mnie z pewnością nie spotkało w innym, spokojniejszym trybie życia. Poznałem cudownego, niezrównanego Winnetou, i zawarłem z nim związek przyjaźni, który śmiało określić mogę jako jedyny w swoim rodzaju. Sama ta przyjaźń mogłaby być pełnem zadośćuczynieniem za to, co trzeba było wycierpieć. A przecież nad stromą ścieżką, po której wędrowałem, kwitły jeszcze inne kwiaty i dojrzewały inne jeszcze owoce, które wolno mi było zrywać. W pierwszym rzędzie zaliczam do nich miłość, okazywaną mi przez dzielnych znajomych, bo tylko ci, co nie mieli czystego sumienia, bali się jak ognia imienia Winnetou i Old Shatterhanda. - - -

Ostatnią podróż konno odbyłem z tym najszlachetniejszym z pośród Indian z Rio Pecos przez Texas do terytorium indiańskiego nad Missouri.

Przybywszy na miejsce, pozostałem tam czas jakiś, przyjaciel zaś wyruszył w góry po nuggety. Liczni moi czytelnicy pytali nieraz, jakie było nasze położenie finansowe; korzystam teraz ze sposobności, by dać na to pytanie odpowiedź.

Mówiło się i mówi dziś jeszcze, że Indianie znają wielkie złoża złota, których ani nie eksploatują, ani nie zdradzają białym. Krzewicielami tych fantastycznych wyobrażeń o czerwonoskórych są pisarze, którzy nigdy nie widzieli wigwamu, ani nie czuli zapachu indiańskiego ogniska. Nie znaczy to jednak, iżby żaden Indjanin nie znał tajemnic skarbów, ukrytych w jego kraju. Przeciwnie! Sam znalem czerwonych, - do liczby ich należał również Winnetou - którzy dobrze wiedzieli gdzie należy szukać złota. Ale byli to ludzie niezwykli, należeli do starych wybitnych rodów, dziedziczyli tajemnice z ojca na syna, nie zdradzali ich nigdy innym członkom rodziny czy plemienia, a o dopuszczeniu do tajemnicy białego wogóle mowy być nie mogło. Nie należy zapominać, że Indjanie mają silne poczucie przynależności rodowej. I dzięki temu przywiązują wielką wagę do nieprzeciętnego pochodzenia. Ci, którzy są przeciwnego zdania, zdradzają brak orientacji i powtarzają tylko bezmyślnie to, co ciemiężcy Indjan wymyślili, by nieco usprawiedliwić swoje okrucieństwo. Jest wśród Indjan wiele wybitnych rodzin; przynależność do nich uchodzi za wielki honor. Fakt, że Indjanie nie posiadają nazwisk, nie ma tu znaczenia. Przecież narody starożytności i dzisiejszego Dalekiego Wschodu również nie znają nazwisk, a jednak pysznią się rodami, których sława obiega świat cały.

Winnetou szczycił się całym szeregiem sławnych przodków, z których każdy był wodzem. Znał ich czyny i nauczył się od nich milczenia, którego nie potrafiłyby złamać najbardziej wyrafinowane męki. Byłem jedynym człowiekiem, wobec którego od czasu do czasu pozwalał sobie na lekkie aluzje na ten temat. Miał niesłychanie ostry i wrażliwy wzrok; poprostu wyczuwał nim miejsca, w których kryły się szlachetne kruszce. Wiedziałem, że podczas licznych wędrówek odkrył niemało pokładów złota i srebra. Tracił później całe dni i tygodnie, by miejsca te zamaskować; udawało mu się to zwykle i ludzie, przebywający opodal olbrzymich bogactw, nie przeczuwali nawet, że są w ich pobliżu.

Winnetou wędrował do tych miejsc, gdy zachodziła potrzeba pieniędzy. Na dzikim Zachodzie nie zdarzało mu się to nigdy, gdyż zawsze mógł ubić po drodze bawołu i liczyć na to, że w każdym namiocie, czy obozie zaprzyjaźnionych z Apaczami plemion przyjmą go z otwartemi ramionami. Gdy jednak trzeba było udać się do fortu po amunicję, albo gdy chodziło o dalszą wyprawę do "cywilizowanych" okolic, pieniądze stawały się potrzebne. Zaopatrywał się wtedy stale w większy zapas nuggetów, które zmieniał później na monetę obiegową, lub banknoty.

Nie potrzebuję chyba dodawać, że mogłem wtedy dysponować jego kasą; korzystałem jednak rzadko z okazji, gdyż nie zaliczam się do ludzi, którzy lubią żyć na koszt przyjaciół. Na wypadek kłopotów pieniężnych zwróciłbym się raczej do kogoś obcego, gdyż wiem z doświadczenia, wyniesionego z obcowania z poczciwymi skądinąd ludźmi, że pożyczanie pieniędzy niszczy każdą przyjaźń. Niech mi kto odpowie na to, co mu się żywnie podoba, ja obstaję przy swojem. Nawet w stosunkach z człowiekiem najprzychylniej dla mnie usposobionym, pełnym szacunku dla mej osoby i przekonanym o tem, że jestem pod względem finansowym osobą zupełnie pewną, pożyczka w wysokości kilkudziesięciu marek rzuci cień na naszą przyjaźń.

Prawdziwa przyjaźń gotowa jest zawsze do największych ofiar, i przyjaźń moja z Wirmetou szła nawet tak daleko, że jeden byłby dla drugiego gotów poświęcić życie. Ofiarność ta była czemś wzniosłem, świętem, pożyczanie zaś jest czemś tak codziennem, niskiem, ordynarnie materjalnem, że przyjaciele - Winnetou i Old Shatterhand - unikali tranzakcyj pieniężnych między sobą, pozostawiając to - Franiowi z Falkenau i dwom biednym jak myszy kościelne uczniakom.

Gdy Winnetou płacił za mnie, nie mogło być mowy o pożyczce, gdyż nuggety nic go nie kosztowały; ale nawet słowo "płacić" brzmi inaczej, jeżeli to uczyni ktoś inny, choćby był najserdeczniejszym przyjacielem. Gdyby mnie zabrał do kryjówki i pozwolił wpakować do kieszeni pełne garście nuggetów, nie byłoby żadnej kwestji! Ale pieniądze w jego kieszeni przestały już być bezpańskiemi nuggetami, a stawały się jego złotem, jego własnością. Gdy je na mnie wydawał, jakiś głos wewnętrzny szeptał mi, że nie powinienem na to patrzeć. Ten głos właśnie skłaniał mnie do możliwie największego uniezależnienia się od nuggetów przyjaciela.

Gdyśmy przybywali do miejscowości, w których mieściła się poczta, zrzucałem powłokę westmana i zamieniałem się w pisarza. Gazety przyjmowały chętnie moje utwory i płaciły za nie niezłe honoraria, które umożliwiały mi zachowywanie zupełnej niezależności. Dzięki nim mogłem napisać szereg opowiadań podróżniczych, w których zadebiutowałem przed swymi czytelnikami. Winnetou odczuwał to samo, co ja. Nigdy nie wpadło mu na myśl choćby słowo uronić na temat zbędności moich honorariów. Przeciwnie, gdy honorarium się spóźniało, czekał cierpliwie nadejścia pieniędzy i cieszył się z nich później tak, jakgdyby sam był ubogim literatem. Z prawdziwą przyjemnością wspominał nauczkę, którą dał raz bogatemu plantatorowi, którego chłopca wyratowałem z nurtów Missisipi. Człowiek ten chciał mnie wynagrodzić pewną kwotą pieniężną, przypuszczając po znoszonem ubraniu, że ma przed sobą wielkiego biedaka. Gdy to Winnetou zobaczył podszedł doń, błysnął gniewnie oczami i rzekł:

- Czy można życie ludzkie okupić złotem? Jam Winnetou, wódz Apaczów, ten gentleman zaś zwie się Old Shatterhand, i jest mym przyjacielem. Gdyby chciał brać ode mnie pieniądze, byłby miljonerem. I ty chcesz mu ofiarować tych kilka nędznych dolarów? Schowaj je, przydadzą ci się!...

A więc przybyłem z Winnetou nad Missouri do miasteczka St. Joseph. Wychodziło w niem pięć dzienników, w tem jeden niemiecki. Nie potrzebowałem więc czekać długo na zaspokojenie moich autorskich ambicyj. Jak już mówiłem, Winnetou wyruszył po nuggety, mieliśmy bowiem zamiar udać się przez Missisipi na Wschód, co wymagało pewnej ilości pieniędzy. Nie wiedziałem, dokąd wódz się udaje; oświadczył tylko, że wróci w ciągu dwóch tygodni.

St. Joseph było w tym czasie ostatnią zachodnią stacją kolei Hannibal - St. Joseph; na siedem tysięcy mieszkańców liczyło dwa tysiące emigrantów z Europy. Na wieść, że przybył Old Shatterhand, zjawiło się kilku dziennikarzy po wywiady. Zaspokoiłem ich ciekawość. Po trzech dniach mogłem za otrzymane honorarja kupić piękne ubranie i bieliznę, potrzebną do wyprawy na Wschód. Ubranie włożyłem od razu, gdyż pisanie w skórzanym habicie było trudne i niewygodne. Napisałem jeszcze kilka artykułów dla dzienników w St. Louis, prosząc o wysłanie honorarium do Weston, dokąd się miałem zamiar udać, aby zarobić coś do czasu powrotu Winnetou.

Miasto, naówczas w jednej trzeciej zamieszkałe przez przybyszów ze Starego Świata, leży wśród dobrze zagospodarowanych osad; rozwinęło się pod wpływem znacznej imigracji. O ile się nie mylę, było tu pięć kościołów, w tem dwa protestanckie. Emigranci nasi żyli w najlepszych warunkach, utworzyli cały szereg związków, ufundowali nawet kompanję strzelców.

Nie miałem tu ani chwili spokoju, a to z powodu ustawicznych zaprosin. Chciałem pracować, odmawiałem, lecz to nic nie pomagało, gdyż mieszkańcy zjawiali się u mnie, prosząc, bym im opowiedział o stosunkach panujących na Dzikim Zachodzie. To mi oczywiście nie dogadzało. Nie chcąc, by w Weston powtórzyło się to samo, postanowiłem przemilczeć swoje nazwisko. W obawie, by incognita mego nie zdradził wierzchowiec, znany wszędzie równie dobrze jak ja, zostawiłem konia u fermera, i odjechałem z St. Joseph niewielkiem czółnem, wtajemniczywszy jedynie gospodarza, gdzie mnie ewentualnie można znaleźć.

Od dawna nie wyglądałem tak przyzwoicie, jak teraz w swem nowem ubraniu. Zostawiłem konia, spakowałem broń, pas z nabojami i inny sprzęt myśliwski. Dzięki temu nie mogłem robić na nikim wrażenia westmana, który z narażeniem życia przekradł się niedawno przez wrogie szeregi Komanczów.

Przybywszy do Weston, zapytałem o dobry hotel. Wskazano mi budynek, który tylko mizantrop z Dzikiego Zachodu nazwać mógłby hotelem; mimo to, jako człowiek skromny, postanowiłem tu zamieszkać. Chodziło mi głównie o czystość, a pod tym względem nie było powodu do narzekania. Okazało się, że gospodarz jest moim rodakiem; po chwili zjawiła się miła, lśniąca czystością gospodyni; kelner przywitał mnie również w formie ojczystej. Był to człowiek młody, najwyżej trzydziestoletni, szczupły i niezwykle niski, sięgał mi bowiem zaledwie do ramienia. Zato miał potężne wąsy; fakt, że nie wypuszczał ich prawie z rąk, zdawał się wskazywać, że jest z nich niezwykle dumny. Obsłużywszy mnie, wziął do ręki gazetę, którą czytał w chwili, gdym się zjawił na sali, i zagłębił się w niej, gładząc bez przerwy potężnego wąsa. Nagle wydał okrzyk zdumienia, skoczył na równe nogi i rzekł do gospodarza, który palił i obserwował mnie w milczeniu:

- Mylordzie, musi mi pan dać w tej chwili urlop na dziś i jutro!

Nie słyszałem jeszcze, by kelner tytułował swego pryncypała mylordem. Czy to zwyczaj w tym domu, czy też przesadna grzeczność kelnera-karzełka - oto pytanie, które mnie zajęło.

- Urlop? Dziś? - rzekł gospodarz. - Zwarjował pan! Urlop? Przecież strzelcy obchodzą dziś swe święto i urządzają wieczerzę z tańcami!

- Przykro mi bardzo, mylordzie, - rzekł mały z głębokim, pełnym ubolewania ukłonem, ale gotów jestem ponieść dla pana każdą ofiarę z wyjątkiem tej właśnie. Muszę z nim pomówić.

- Z kim?

- Z Old Shatterhandem.

- Co? Jak? - zawołał gospodarz. - Old Shatterhand jest w Weston?

- Nie, w St. Joseph.

- Skądże pan to wie?

- Niech pan przeczyta gazetę! Przybył przed kilkoma dniami; jutro ukaże się w dodatku jego artykuł.

Ach, sprytny wydawca pisma reklamuje już mój artykuł, by sprzedać jak najwięcej egzemplarzy! Jak wiadomo, pisma amerykańskie liczą przeważnie na kolportaż uliczny, a nie na abonentów.

- I dlatego chce pan jechać do St. Joseph?

- Tak.

- Wiadomo panu, gdzie mieszka?

- Nie, ale się dowiem.

- Nie dowie się pan.

- Dlaczego?

- Nie będzie się pan wcale dowiadywał; nie mogę panu dziś pozwolić na wyjazd do St. Joseph.

Kelner znowu się skłonił nisko i rzekł:

- Znam swoje obowiązki; mylordzie, i mam dla pana najgłębszy, płynący z serca szacunek. Mimo to muszę ku swemu ubolewaniu oświadczyć, że postanowienie moje jest niezłomne.

- Dlaczegóż ma je pan wykonać właśnie dziś?

- Old Shatterhand gotów jutro wyjechać.

- Ależ pan sprawi mi dziś tą wyprawą ogromny kłopot!

- Wiem o tem, jednak nie jestem w stanie nic poradzić. Mówiłem już panu, że się wybieram na Zachód; i że wszystko; co z tym wyjazdem pozostaje w jakimkolwiek związku, stawiam ponad swój zawód.

- Cóżto ma wspólnego z Old Shatterhandem?

- Proszę nie pytać, gdyż odpowiedź jest zbyt prosta. Poproszę Old Shatterhanda aby mnie zabrał ze sobą na Zachód.

- Czy to pewne, że się tam wybiera?

- Oczywiście! Dokądże miałby jechać? Westman tego typu, co on, musi jechać na Zachód.

- Równie dobrze może stamtąd wracać.

- Nie. Jakiś głos wewnętrzny mówi mi, że Old Shatterhand ma właśnie zamiar ruszyć na Zachód. Lepszej sposobności do wykorzystania mego planu nie znajdę nigdy.

- Ale lepszej sposobności do przydania mi się tu na coś i do zarobienia pieniędzy nie miał pan również.

- Pieniądze są dla mnie w tej chwili rzeczą mniejszej wagi.

- Przypuszcza pan więc, że Old Shatterhand pana zabierze?

- Jestem tego pewien.

- Człowieku, co też pan wygaduje!

- No?

- Old Shatterhand nie zechce z panem jechać. Wiadomo przecież, że przebywa najchętniej sam na sam z Winnetou, i unika towarzystwa innych ludzi. Wyjątki robi jedynie dla ludzi z przydomkiem.

- Więc zrobi i w tym wypadku wyjątek.

- Dla pana, który nie jesteś wcale westmanem?

- Tak.

- Wątpię!

- Mój głos wewnętrzny znowu się odzywa i szepce mi do ucha, że Old Shatterhand odstąpi w tym wypadku od zasady.

- Nie wierzę. Przepowiadam, że podróż pańska do St. Joseph będzie daremna. Nie rozumiem, jak można się tak upierać przy tym szaleńczym zamyśle. Przecież u mnie ma pan dobre życie i zarobki. Jeżeli wszystko pójdzie normalną koleją, będzie pan mógł wkrótce pomyśleć o usamodzielnieniu się.

Kelner ukłonił się dwa razy i odparł:

- Mam zaszczyt oświadczyć, że uważam swą posadę za świetną, i że nie zrezygnowałbym z niej, gdyby powołanie nie zmuszało mnie do wędrówki na Zachód.

- E, co tam powołanie! - rzekł gospodarz niechętnie.

- Mylordzie, proszę bardzo, niech pan nie lekceważy tej rzeczy! Gdy człowiek czuje w sobie jakieś powołanie, jak ja je czuję, wypełnia go ono całego; zmusza go do działania. Nieraz miałem zaszczyt mówienia z panem o tem, niestety, bez rezultatu.

- O tym rezultacie niech pan nawet nie marzy! Powtarzam panu po raz setny, że w Weston czeka pana wspaniała, przyszłość. Jest pan młodzieńcem oczytanym, sprytnym, oszczędnym - miasto nasze rozwija się wspaniale. W niedługim czasie będzie pan mógł zacząć pracować na własną rękę.

- Na to potrzeba więcej pieniędzy, aniżeli posiadam.

- Bzdury! Ma pan kredyt, sam chętnie pomogę panu otworzyć hotel lub salon, gdyż wolę mieć jako konkurenta pana, niż kogoś obcego, kto wcale nie będzie się ze mną liczył. Powtarzam to oddawna, niestety, bez rezultatu.

- Mylordzie, rezultat jest niemożliwy, gdyż nie czuję w sobie powołania na oberżystę.

- Niech pan nie mówi o powołaniu i zawodzie; to, co przyniesie pieniądze, staje się jednem i drugiem.

- Wyprawa na Zachód przyniesie mi znacznie więcej pieniędzy, niż stanowisko hotelarza na miejscu. Człowiek, który się tak zna na muskulaturze, jak ja, ma inne cele przed oczyma, aniżeli wzbogacenie się za szynkwasem.

- Nie znam się na muskulaturze, ale wiem, że dziś jest mi pan koniecznie potrzebny. Niech pan jedzie jutro, po balu.

- Nie może to być, mylordzie! Old Shatterhand gotów do jutra opuścić St. Joseph.

- Niech pan zatelefonuje.

- Nie wiem, gdzie mieszka.

- Na poczcie go znajdą.

- Przypuszczam, ale powinno się osobiście załatwiać sprawy tego rodzaju. Może przekonam go w obszerniejszej dyskusji.

Gospodyni zaczęła również prosić, by się zatrzymał do jutra. Wysiłki jej były jednak daremne. Odpowiadał niezwykle uprzejmie, tytułował ją "mylady", kłaniał się w pas, ale od zamiaru wyjazdu nie odstępował.

Energja groteskowego nieco młodego człowieka przypadła mi do gustu. Nie orientowałem się, co to za typ i czego szuka na Zachodzie. Uwaga o muskułach dawała pewne podstawy do przypuszczenia, że jest biegły w sztuce lekarskiej. Fakt, że medyk zostaje kelnerem, nie należy w Ameryce do rzadkości. Chcąc gospodarza wyciągnąć z kłopotliwego położenia, rzekłem:

- Pozwolą panowie na jedną uwagę? Podróż do St. Joseph byłaby bezcelowa, gdyż Old Shatterhanda już tam niema.

- Niema? Na pewno? Kto panu to powiedział? - zapytali odydwaj równocześnie.

- On sam - odparłem.

Usiedli obok mnie; po chwili gospodarz zapytał:

- A więc pan z nim mówił?

- Tak. Przybywam z St. Joseph.

- To ciekawe, bardzo ciekawe! Powiadają, że jest mym rodakiem. Czy to prawda?

- Prawda.

- To mnie bardzo cieszy! Jesteśmy wobec tego ziomkami. Skądże on pochodzi?

- Nie pytałem go.

- To jasne! Takiego człowieka nie można wypytywać, jak pierwszego lepszego. A więc niema go w St. Joseph? Dokądże się udał?

- Przypuszczam, że to tylko jemu jest wiadome.

- Niemiła sprawa! - zawołał kelner. - Dałbym wiele, gdybym z nim mógł pomówić.

- Może pan być zupełnie spokojny. Udał się tylko na wycieczkę i powróci.

- Naprawdę? Kiedyż to nastąpi, kiedy?

- Trudno to określić. Zdaje mi się, że będzie w St. Joseph czekać na Winnetou.

- Winnetou? A więc i on przybędzie? Ależ w ten sposób spełnią się moje najśmielsze marzenia! Zobaczę jednego i drugiego - Old Shatterhanda i Winnetou. Może pan będzie łaskaw opisać nam Old Shatterhanda. Czy to człowiek wysoki, barczysty? A, jakie ma oczy, brodę? Jak się ubiera, jaki ma głos, chód?...

- Dosyć, dosyć! - rzekłem z uśmiechem. - Któż potrafi spamiętać tę pytania!

- Racja! Jestem zbyt niecierpliwy.

Po tych słowach wstał, ukłonił się nisko i rzekł:

- Pozwoli pan, mylordzie, że będę pytać pokolei. A więc, czy jest wysoki?

- Mniej więcej mego wzrostu.

- Barczysty?

- Mniej więcej jak ja.

- Hm! Muszę zauważyć, że mój głos wewnętrzny mówi mi, iż jest znacznie wyższy i szerszy w plecach, aniżeli Pan. Jak się trzyma?

- Prosto - jak sosna.

- Jaki ma chód?

- Biega na dwóch nogach, jeździ konno - na sześciu.

- Błagam, niech pan nie żartuje! Wielbię tego człowieka; nie mogę go tak lekceważyć. Jaki ma zarost?

- Wąsy i małe faworyty.

- Więc również taki sam, jak pan. A ubranie?

- Skórzane, trapperskie.

- Przybrane włosami ludzkiemi?

- Nie; czerwonemi frendzlami ze skóry.

- No tak. Wiadomo, że nie uznaje zwyczajów indiańskich w dziedzinie barbarzyńskich oznak zwycięstwa. Rozmawiał pan z nim?

- Tak.

- O czem?

- O różnych sprawach.

- Opowiadał panu swoje przeżycia?

- Nie, ale jadłem z nim razem i piłem, goliłem się w jego towarzystwie, pisałem przy tym samym stole co on, wychodziłem z nim, nawet używałem tej samej miski, mydła i ręcznika co i on.

- Co słyszę, mylordzie! Ależ to serdeczne, intymne stosunki! Zazdroszczę ich panu.

Wstał, znowu złożył ukłon i ciągnął dalej:

- Mam nadzieję, że pan będzie łaskaw opowiedzieć mi o nim coś więcej. Cieszę się bardzo, że pan tu zamierza zamieszkać; będę dumny z obsługiwania człowieka, który jest tak bliskim znajomym Old Shatterhanda. Ma się pan z nim może znowu spotkać?

- Tak.

- Kiedyż to?

- Pierwszy będę miał wiadomość o jego powrocie do St. Joseph.

- Do tego czasu zostaje pan tutaj?

- Tak.

- W takim razie musi pan obiecać, że mnie pan do niego zaprowadzi. Dobrze, mylordzie?

- Hm. Old Shatterhand nie lubi nowych znajomości. Słyszałem, że postanowił odbyć podróż tylko w towarzystwie Winnetou.

- Musi zmienić decyzję po rozmowie ze mną. A więc przedstawi mnie pan?

- Nie wiem, czy będzie z tego zadowolony. Słyszałem, że pan chciałby mu towarzyszyć; otóż zwracam pańską uwagę, że Old Shatterhand nie lubi roli przewodnika.

- Co też pan sobie wyobraża, mylordzie! Wiem doskonale, co mam o nim myśleć. Jako westman wiem, że setki zasłużonych westmanów uważałyby za największy zaszczyt samą możliwość przyłączenia się do niego i Winnetou choćby na krótki czas. Przypuszczam jednak, że - po rozmowie ze mną - nie odtrąci mnie od siebie.

- Czegóż pan chce od niego? Nie powoduje mną ciekawość, jeżeli jednak mam pana przedstawić, chciałbym wiedzieć, jakie są pańskie wobec niego zamiary.

Wstał znowu, złożył ukłon i rzekł:

- Mylordzie, proszę mi pozwolić powiedzieć cośniecoś o sobie. Nazywam się Sterman Rost, jestem Europejczykiem, z zawodu fryzjerem. Marzyłem o tem, by studiować medycynę, ale rodzice byli na to za biedni, wybrałem więc zawód golibrody, który nazwać można stopniem do celu, który mi przyświecał przez cały czas pracy zawodowej. Dwaj uczniowie, mieszkający u mego pryncypała, zainteresowali się mną i nauczyli mnie nieco łaciny, tak, że umiem jej tyle, ile wymaga zawód lekarski. Wszystko, co zarabiałem, wydawałem na książki, z których się w wolnych chwilach pilnie uczyłem. Ze względu na złe warunki materialne nie mogłem, oczywiście, nawet śnić o zapisaniu się na uniwersytet. Jedynem marzeniem mojem była amerykańska szkoła wyższa. Udałem się więc do Hamburga i przyjąłem pracę na jednym ze statków, płynących do Ameryki. Przybywszy bezpłatnie do Nowego Jorku, pracowałem tam jako fryzjer, co mi nie przeszkadzało uczęszczać do Kolegjum Columbia. Nie chcę pana męczyć szczegółami, mylordzie; niech panu to wystarczy, żem przed pół rokiem skończył uniwersytet w St. Louis z dobrym wynikiem.

Podałem mu rękę i rzekłem:

- Proszę przyjąć wyrazy szacunku, doktorze. Skądże przyszło do głowy zostać kelnerem?

- Czy to coś dziwnego przy stosunkach, panujących w Ameryce? Jestem medykiem, ale nie chcę nic wiedzieć o tej medycynie, którą stosują nasi lekarze. Uważam, że chore ciało, o ile wogóle ma żyć dalej, nie potrzebuje dla wyzdrowienia obcych, a nawet trujących substancyj. Natura musi sama leczyć rany i zaburzenia, wywołane przez choroby; nie znaczy to, oczywiście, że przy wszystkich chorobach lekarstwa są zbędne. Postanowiłem iść dalej w tym kierunku i jestem przekonany, że dzikie plemiona, zbliżone do natury, zrozumieją mnie i przyznają mi rację. Na tej drodze powziąłem myśl udania się na Zachód i przeprowadzenia studjów u jakiegoś indiańskiego plemienia. Nie miałem wprawdzie środków do wykonania tego planu, ale mimo to ruszyłem w drogę i dotarłem aż tutaj. Przyjąłem miejsce kelnera, by zarobić nieco pieniędzy i doczekać się okazji wyjazdu na Zachód. Dziś przeczytałem w gazecie, że Old Shatterhand przebywa w St. Joseph, natychmiast więc postanowiłem zwrócić się do niego. Może zabierze mnie ze sobą; a jeżeli nie, to w każdym razie albo on, albo Winnetou polecą mnie jakiemuś plemieniu, które na tej podstawie nie odmówi mi dostępu. Cóż pan na to, mylordzie?

- Patrzę na pana innemi oczyma, niż przed chwilą, gdy miałem wrażenie, że jakiś kelner chce prosić Old Shatterhanda o zabranie go ze sobą. Byłem nadto przekonany, że życzenie to nie spełni się, ponieważ wiem, że obydwaj nie wybierają się na Zachód, lecz na Wschód.

- Na Wschód? Jaka szkoda!

- Niech go pan mimo to odszuka. W każdym razie użyczy panu swej rady, i mam wrażenie, że, o ile Winnetou się zgodzi, nie odmówi panu polecenia w postaci totemu do któregoś z wodzów, z którem łączą go stosunki przyjaźni. Najlepiej byłoby, gdyby się panu udało wydostać totem do jednego z plemion Apaczów, podległych Winnetou. Takie jest moje zdanie. Zobaczymy, co na to powie Old Shatterhand.

- Pan go przecież zna! Pozwolił panu nawet myć się w swej miednicy, nie przypuszczam więc, by nie uwzględnił pańskiej prośby. Czy nie byłby pan łaskaw, mylordzie, dać mi do niego kilka słów na piśmie?

- Dlaczego nie. Spełnię chętnie pańskie życzenie, nie mogę jednak przyrzec, że słowa moje przyniosą pożądany skutek.

Wstał znowu, ukłonił się trzykrotnie jeszcze głębiej, niż przedtem, i rzekł:

- Serdecznie dziękuję, mylordzie! Jestem przekonany, że będę się mógł poszczycić sukcesem. Proszę pozwolić, by mi mój głos wewnętrzny mógł oświadczyć, że w każdym razie otrzymam jakiś totem. Uważa pan więc, że totem, skierowany do plemienia Apaczów, będzie najodpowiedniejszy?

- Tak. Jeżeli się pan przyłączy do Indjan, mieszkających nieco na północ, będzie pan miał mniej uciążliwą i niebezpieczną drogę. Pozwoli pan, że przy tej okazji zapytam, jak wygląda sprawa pańskiej wytrzymałości w takiej podróży, i jak sobie pan wyobraża swój pobyt w dzikiem pustkowiu?

- Ach, jestem zdrów, wytrzymały, jeżdżę dobrze konno. Pamiętając ciągle o swych zamiarach, ćwiczyłem się podczas pobytu w St. Louis we władaniu bronią. Nie jestem wprawdzie człowiekiem prerji, tem niemniej jednak na dziesięć strzałów trafiam do celu sześć, siedem razy.

- Bardzo to pięknie, ale prawdziwy westman odpowie panu, że najprzedniejsze nawet strzały, o ile są skierowane do celu, nie potrafią zaimponować ludziom sawany.

Przerwaliśmy rozmowę, bowiem do pokoju wszedł jakaś gość i kelner musiał się nim zająć. Był to człowiek przypominający z powierzchowności eklezjastę, czarno ubrany, gładko ogolony. W ręku trzymał małą walizkę. Wyglądał skromnie i dostojnie; po jakimś czasie dopiero stwierdziłem, że wygląd ten dziwnie kontrastuje z niespokojnymi, badawczym wzrokiem.

- Ach pan prayerman, pan kaznodzieja - rzekł gospodarz, podając gościowi rękę.

- Tak, prayerman, - rzekł gość nosowym głosem. - W naszych grzesznych czasach kaznodzieja powinien być najbardziej pożądaną osobą. Ludzie nie boją się kary Bożej, wędrują po ścieżkach zniszczenia i zepsucia. Aby umknąć drugiego potopu, który zmiecie wszystko, co żyje, cnotliwi muszą starać się sprowadzić z błędnej drogi swych bliźnich. Tu właśnie, na granicy cywilizacji i zdziczenia, spotykają się wyrzutki tego świata i przez przykład swój psują słabe, chwiejne dusze, dla których może znalazłby się jeszcze ratunek.

- Tak, tak, niestety, - potwierdził gospodarz. - Pamięta pan, jakeśmy to ostatnio mówili o tem, że mieszkający naprzeciwko kupiec ma zamiar sprzedać dom, zwinąć sklep i wyjechać do Memfis?

- Nie mogę sobie tej rozmowy przypomnieć.

- Otóż sprzedał wszystko za gotówkę. I proszę sobie wyobrazić, w przeddzień odjazdu złoczyńcy włamali się - do mieszkania i zabrali wszystkie pieniądze!

Kaznodzieja załamał ręce, podniósł skromnie oczy ku górze i zawołał:

- Grzesznicy! Nie kradnij! Kto nie czci tego przykazania, ten nie jest godnym wejść do królestwa niebieskiego.

- W Plattsburgu zdarzył się na parę dni przedtem taki sam wypadek u adwokata Preltera. Pewien kupiec miał wypłacić jakiemuś klientowi 2,000 dolarów. Ponieważ klient wyjechał, pieniądze leżały u adwokata. I do niego włamali się złoczyńcy. Zrabowali całą gotówkę. Pan zna adwokata Preltera?

- Nie. Sługi Boże unikają wszelkiej kłótni i, nie prowadząc procesów, nie potrzebują adwokatów.

- Miałem wrażenie, że pan właśnie tego dnia przybył z Plattsburg do Weston.

- Krążę po ścieżkach mego niebiańskiego zawodu i nie widzę wcale ziemskich ścieżek. Teraz pozostanę w Weston przez kilka dni. Czy może mi pan dać ten mały skromny pokój, w którym kiedyś mieszkałem?

- Pokój jest wolny.

- A więc zobaczę, czy Bóg pobłogosławi moje dzisiejsze wejście w ten dom.

Otworzył walizkę, wyciągnął z niej plikę papieru, podszedł do mnie i, podając mi je, zapytał:

- Szanowny panie, rozumie pan po niemiecku?

Skinąłem głową.

- Przypuszczam, że witam w panu rodaka, który zna słowa Biblii: szatan chodzi po świecie w postaci ryczącego lwa i szuka, kogoby pochłonąć. Ale nie wszystko jeszcze stracone! Niech pan korzysta ze sposobności i chwyta okazję w postaci tych skromnych utworów, których cena jest uwidoczniona na okładce obok tytułu.

Uczyniwszy nade mną gest błogosławiący, odwrócił się i podszedł zpowrotem do stołu; zasiadł przy nim i czekał, czy książkę przeczytam, lub nabędę. A więc tak rozumiał kwestję, czy Bóg pobłogosławi jego zjawieniu się w tym domu!...

Amerykanie są bardzo religijni; w Stanach Zjednoczonych sprzedaje się całe masy nabożnych książek. Krążący po kraju sprzedawcy robią na tem niezłe interesy. Takim sprzedawcą był również ten prayerman. Należę do ludzi, którzy sprawy wiary stawiają na pierwszem miejscu, ponad wszystkiemi ziemskiemi sprawami; nie znoszę jednak brutalnego i gwałtownego namawiania do pobożności. Gdy widzę człowieka, który formalnie rozpływa się w namaszczeniu, jak ten oto kaznodzieja, zaczyna mi świerzbić ręka i rodzi się ochota udzielenia mu namaszczenia zupełnie innego rodzaju. W podobnych wypadkach nie mogę nigdy zapomnieć bajeczki o wilku w skórze owczej...

Nie miałem najmniejszej ochoty do przejrzenia wręczonych mi papierów. Jednakże prócz spojrzenia prayermana poczułem na sobie również wzrok gospodarza i kelnera. Nie chcąc narazić się na podejrzenia, że jestem bezbożnikiem, zacząłem przerzucać kartki. Były to kazania i nabożne przemówienia w angielskim i niemieckim języku; oprócz tego zobaczyłem małe książeczki do nabożeństwa i zbiorki pieśni, których tytuły zrobiły na mnie odpychające wrażenie. Brzmiały one. Pohańbienie parszywej owcy", "Psałterz pięciu strun duszy", "Pioruny z ambony przeciw przeklętym żmijom ludzkim", "Religijna luneta dla odkrycia drogi do wieczności". Może to dziwaczne, ale tego rodzaju tytuły oburzają mnie zawsze. Mowa ludzka powinna mieć dla najwyższego skarbu człowieka najszlachetniejsze, najczystsze słowa; zaś ją deptano i poniewierano w sposób niesłychanie trywialny. Tylko jeden tytuł małego zeszycika nie budził we mnie wstrętu; brzmiał jak następuje: "Sześć wzruszających utworów wierszem na Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zielone Świątki".

Zeszycik kosztował sporo, pełne dwadzieścia pięć centów! Zaznajamiając się z treścią, postanowiłem zeszycik zatrzymać; odsunąwszy resztę utworów! nabok, położyłem pieniądze na stół. Po chwili prayerman podszedł, zgarnął pieniądze i resztę utworów, i rzekł:

- Przyjacielu, zrobiłeś niezwykle skromny wybór. A przecież obowiązkiem każdego dobrego chrześcijanina jest wspieranie świętej wiary. Mam wrażenie, że dobra doczesne interesują pana więcej od niebiańskich. Niech pan pomyśli o tem, że każdy mierzony będzie kiedyś tą samą miarą, którą sam przykłada. Niebo nie wynagrodzi panu tego zmysłu oszczędności.

Aczkolwiek nie miałem wcale zamiaru rozmawiać z tym człowiekiem, nie byłem w stanie powstrzymać się od słów następujących:

- Niech się pan o to nie kłopocze! Przecież nie pytałem wcale o radę i nauki; niechże je pan zatrzyma przy sobie.

Otworzył usta, aby coś odpowiedzieć; ale zmiana, którą zauważył w mej twarzy, wskazała mu widocznie odrazu, że milczenie będzie w tym wypadku znacznie lepsze od słów. Uczyniwszy dostojny ruch ręką, odwrócił się, włożył papiery i książki do walizy, wyciągnął jeszcze jeden egzemplarz książeczki z wierszami, którą nabyłem, i rzekł, wręczając ją gospodarzowi:

- Jako gość tego domu nie mogę od pana żądać zapłaty ofiarowuję panu te sześć wierszy dla zbawienia pańskiej duszy. Czynię to również dlatego, ponieważ jeden z utworów, zawartych w książeczce, otrzymałem tu, w Weston.

- Tu? Od kogo? - zapytał gospodarz, otwierając otrzymaną książeczkę.

- Od pewnej bardzo pobożnej niewiasty, u której już nieraz kupowałem książki. Jest to żona strzelca i dostawcy futra; wyruszył przed kilkoma miesiącami na wyprawę, i nie powrócił dotychczas. Mieszka z synem, który jest adwokatem.

- Ach, mówi pan o pani Stiller?

- Tak, przypominam sobie, że się zwie Stiller. Podczas ostatniej wizyty, którą jej złożyłem, przeczytała mi wiersz napisany ku uczczeniu Bożego Narodzenia, który tak mi się spodobał, żem poprosił o zezwolenie na odpis. Pani Stiller zgodziła się, dałem wiersz wydrukować i sprzedaję go teraz.

- Który to wiersz?

- Pierwszy z kolei.

- Zatytułowany: "Radość nad betleemskim żłobkiem"?

- Tak. Musi go pan przeczytać. Może ja go panu przeczytam! Nie każdy przecież potrafi ująć sens utworu i przez odpowiednią intonację głosu trafić do serc słuchaczy. Pozwoli pan?

Wziął książeczkę z rąk gospodarza, otworzył i stanął w pozycji deklamatorskiej. "Radość nad betleemskim żłobkiem"! Znowu niemiły tytuł, schlebiający ulicy. Byłem pewien, że treść wiersza będzie stała na poziomie tytułu. Nie chcąc jej wcale słyszeć, wstałem, kierując się ku drzwiom. Przy samych drzwiach doszły mnie pierwsze słowa prayermana. Czytelnik chyba domyśla się, jak wielkie ogarnęło mnie zdumienie. Czyż to możliwe, bym usłyszał swój własny wiersz? A może inny utwór o takim samym początku? Słucham dalej - nie, to mój wiersz, każde słowo moje! Gdy kaznodzieja nosowym głosem wyrecytował całość, podszedłem do stołu, na którym zostawiłem kupioną niedawno książeczkę, otworzyłem ją i wyczytałem co następuje. "Radość nad betleemskim żłobkiem, psalm pokutny zbłąkanego grzesznika, nawróconego przez nasze pisma i książki".

Miałem wrażenie, że mnie ktoś walnął obuchem w łeb. Nie wiedziałem, czy potraktować całą sprawę humorystycznie, czy też puścić w ruch pięści. Zanim zdążyłem się zdecydować, prayerman rzekł:

- Jeżeli chcecie się przekonać o działaniu tego wiersza, popatrzcie na tego nieznajomego!

Wskazał na mnie ręką i ciągnął dalej:

- Był zbyt oszczędny, aby kupić całe źródło łaski; wziął tylko kropelkę, lecz podziałała tak potężnie, że oto chwyta się za piersi, by wyciągnąć z portfelu pieniądze, potrzebne na zapłacenie reszty utworów. Śpieszę, by duszę jego wyratować od niecnej śmierci!

Po tych słowach wyjął z walizki książki i zeszyty, których nabycia przed chwilą odmówiłem, rozłożył je znowu przede mną i wyciągnął rękę po pieniądze. Bezczelność ta poruszyła mnie do głębi. Winnetou określiłby mój stan temi słowy:

- "Brat mój wystrzeli za chwilę, już ma pełno naboi w ustach i w dłoniach".

W podobnych wypadkach zaczynałem zwykle od tonu przyjaznego i uprzejmego, który stopniowo przechodził w zgoła przeciwległe dziedziny uczucia. Zapytałem więc prayermana z dobrotliwym uśmiechem:

- Muszę przyznać, że wiersz wywarł na mnie głębokie wrażenie. Zna pan autora?

- Znam.

- Któż to taki - czem się trudni?

- Był słynnym koniokradem.

- Ach tak! Był, a więc już nim nie jest?

- Nie. Rozczytywanie się w naszych pismach naprowadziło go na drogę skruchy. Napisał ten wiersz w godzinie konania.

- W godzinie konania? A więc nie żyje?

- Nie. Czy niewiadomo panu, że w tym stanie karze się koniokrada stryczkiem?

- Ach tak, więc go powieszono! Jest pan tego pewien?

- Najzupełniej; przecież to ode mnie otrzymał utwory, które wywołały taką skruchę. Byłem świadkiem jego zgonu.

- Czy to był Niemiec?

- Nie, był Irlandczykiem.

- Mówił pan przecież, że wiersz przepisałeś u pani Stiller i oddałeś później do druku?

- Racja! - rzekł po chwili zakłopotania. - Ta kobieta otrzymała odpis wiersza od urzędnika więzienia.

- Na oryginale widniał podpis autora?

- Tak, lecz nie zanotowałem go, nie chcąc na tym padole płaczu kompromitować człowieka, który szczęśliwe odszedł w zaświaty.

Tempo moich pytań było coraz szybsze. Wypowiadałem je coraz głośniej. Prayerman nie zauważył tego wcale i z całą bezczelnością mówił dalej:

- Kochany panie! Jestem przekonany, że wyciągnie pan konsekwencje z poznania prawdziwej potęgi skruchy. Może pan kupi resztę utworów? Oddam je za dwa i pół dolara.

Cierpliwość moja wyczerpała się w tem miejscu. Ryknąłem jak lew:

- Oszuście, kłamco! Powiedział pan przed chwilą, żem się uderzył w piersi: oświadczam, że dla pańskiej osoby nie tknę ani piersi swej, ani portfelu. Pan ma ratować od zagłady moją duszę? Niech pan lepiej dba o swoją własną, bezczelny kłamco! Pan twierdzi, że autor tego wiersza był koniokradem, który pod stryczkiem osiągnął zbawienie wieczne dzięki pańskim książkom? Pan ma odwagę twierdzić, że Irlandczyk w Ameryce napisał ten wiersz po niemiecku?! I ma pan odwagę proponować mi swoje druki, mające wrzekomo zbawić mą duszę za dwa i pół dolara? Niech pan to sam czyta, tu potrzeba panu większej skruchy i pokuty, niż najgorszemu koniokradowi!

Po tych słowach rzuciłem mu w twarz zeszyty i książki. Oniemiał na chwilę ze złości i zdziwienia, potem podszedł do mnie ostrym krokiem i, wymachując pięścią przed memi oczyma, zawołał:

- To niesłychane! Pan odważył się nazwać mnie oszustem i bezwstydnym kłamcą? I to gorszym od koniokrada! Niech pan to jeszcze raz powtórzy, a zetrę pana na miazgę!

Przybrał wojowniczą pozę.

- Ręce wdół! - krzyknąłem. - Właśnie dlatego, że pan nim jesteś, wstydzę się po raz pierwszy w życiu, żem pana rodak. Autor tych wierszy zginął, pańskiem zdaniem, na stryczku? Czy pan wie, kto to taki? Otóż stoi przed panem i żąda, byś mu oddał na spalenie wszystkie pozostałe książeczki!

- Pan, pan ma być autorem wiersza? Wygląda pan na barana...

Nie miał czasu dokończyć, wymierzyłem mu bowiem tak potężny policzek, że runął na podłogę, przewracając dwa krzesła. Po chwili zerwał się, wyciągnął z kieszeni długi nóż i rzucił się na mnie jak dzikie zwierzę. Podniósłszy ręce do góry, kopnąłem go w brzuch z taką siłą, że znowu runął jak długi. Zanim zdążył się podnieść, doskoczyłem doń, ująłem go lewą ręką za kark i podniosłem w górę; potem wyrwałem mu nóż prawą ręką i, wymierzywszy dwa siarczyste policzki, zawlokłem go do walizki ze słowami:

- Wyciągnąć wiersze, spalę je! Jeżeli nie będziesz posłuszny, pomogę ci!

Świętoszek spokorniał. Udawał wprawdzie, że się broni, ale nieco mocniejsze zaciśnięcie szyi..............................

BOŻE NARODZENIE

 

Boże Narodzenie!

Jakie miłe, kochane, treściwe słowa! Niema chyba piękniejszych na całym świecie. Wierzący chrześcijanie znajdują w nich spełnienie swych nadziei i wyzwolenie, a nawet dla sceptyka doroczne święto Narodzenia Bożego jest synonimem radości, przeżywanych w rodzinnym gronie, promieniejących szczęściem oczu dziecinnych. Wierzący czuje, że oto spełniają się słowa: Jezus Chrystus był wczoraj, jest dzisiaj i pozostanie na wieki. Sceptyk odruchowo ulega nastrojowi i śpiewa wraz z dziatwą:

  

W żłobie leży,

Któż pobieży

Kolędować małemu...

  

W cieniu palm wyrósł długo oczekiwany krzew betlejemczyka Izajasza, nad Betleem zajaśniała gwiazda, za którą mędrcy ze Wschodu ruszyli do żłobku.

- Chwała na wysokościach! - śpiewały chóry anielskie nad miastem, i wyrósł z niego płomień światła, który oświecił i uszczęśliwił świat cały. - Pokój na ziemi! - rozległo się w niebiosach, i pokój, którego symbolem są po dziś dzień palmy, rozszerzył się z Betleem na świat cały i wszystkie serca, otwierające się na jego spotkanie. Na północy, gdzie palm niema, symbolem święta są choiny. I oto drzewko Boże błyszczy w pałacu i w ubogiej chatce, oto grają dzwony, niosąc wśród nocy wieść o narodzinach Zbawiciela, oto z ambon i ołtarzy idą od ust do ust radosne słowa archanioła: niosę wielką radość, która nawiedzi wszystkie ludy, bowiem w mieście Dawida Zbawiciel się nam narodził, imieniem Chrystus.

Dwa zdania z Biblji, które stara pobożna babka opowiadała mi w dzieciństwie, wywarły na mnie głębokie niezatarte wrażenie. Nie wiem, czy przypisać je tej, która słowa Biblji małemu chłopcu opowiadała, czy też samej treści słów; fakt faktem, że zdania te pozostały dla mnie po dziś dzień ulubionemi cytatami. Jedno z nich, wzięte z księgi Hioba, brzmi: - Wiem, że Zbawiciel mój żyje i że obudzi mnie z grobu. - Drugie jest zwiastowaniem anioła: - Niosę wam Wieść radosną o narodzinach Zbawiciela. - Wywarły na mnie wpływ tak wielki, że jako chłopak skomponowałem do nich muzykę, a na temat zwiastowania anioła "popełniłem" nawet wiersz.

Nie wspominam tu o tem, by się chwalić, powiadam przecież, żem jako chłopak "popełnił" wiersz. Wzmianka o wierszu ma, drodzy czytelnicy i czytelniczki, inny wznioślejszy cel. Tymczasem powiem tylko, że słowa "Niosę wam wieść radosną" stały mi się wtedy prawdziwą nowiną świąteczną.

Byłem namiętnym amatorem muzyki, równocześnie zaś najbiedniejszym pośród kolegów. Oprócz lekcyj w szkole uczęszczałem na prywatne lekcje harmonji. Każda lekcja kosztowała talara, a ponieważ utrzymywałem się z korepetycji, przynoszącej 50 fenigów za godzinę, więc godzina harmonji kosztowała mnie sześć godzin pracy. Nic dziwnego, że przymierałem głodem.

Zaznajomiwszy się z teoretycznemi zasadami kompozycji, postanowiłem pewnego dnia skomponować coś na temat ulubionych słów: "Niosę wam wieść radosną". Skończywszy swe opus operatorum, zamknąłem je do szuflady, i po kilku dniach stwierdziłem z przerażeniem, że utwór mój zginął. Później dowiedziałem się, że jeden z kolegów wykradł go z szuflady i, chcąc mnie skompromitować, posłał kompozycję pocztą memu staremu, dzielnemu nauczycielowi śpiewu. Po długich poszukiwaniach zaginionego skarbu, zrezygnowałem z nadziei ujrzenia go kiedykolwiek.

Ponieważ nieszczęścia chodzą zwykłe w parze, - zbyt szybkie przekroczenia pewnego poziomu i wzniesienie się ponad ten poziom może się dla ucznia skończyć nieszczęściem - więc w tym samym mniej więcej czasie wpadło mi w ręce pewne pisemko, którego redakcja ogłosiła konkurs na wiersz ku chwale Bożego Narodzenia, wyznaczając trzy nagrody, wysokości 30, 20 i 10 talarów. Ulubiony temat, bieda i Bóg wie co jeszcze, "włożyły mi" - mówiąc słowami poetów - "pióro do ręki". Usiadłem więc i napisałem utwór, składający się z 32, dosłownie z trzydziestu dwóch czterowierszowych zwrotek. Każdy człowiek, a zwłaszcza redaktor pisma wie o tem, że długie wiersze wędrują do kosza ze specjalną szybkością, wiedziałem i ja, że wartość poematu niema nic wspólnego z jego rozmiarami. Jednakże jakiś nakaz wewnętrzny kazał mi napisać dużo, a gdybym się nie hamował, napisałbym tysiąc wierszy. Wypisawszy konkursowe motto, wpakowałem je wraz z wierszem do koperty, zapieczętowałem lakiem za 5 fenigów, nalepiłem kupioną za ostatnie trzy fenigi markę i w uroczystym nastroju wrzuciłem list do skrzynki, mieszczącej się na rogu sąsiedniej ulicy. Potem stałem jeszcze długo obok skrzynki. Zdawało mi się, że wygląda teraz zupełnie inaczej, niż przedtem. Cóż w tem dziwnego, pochłonęła przecież trzydzieści dwie zwrotki!

Zmieniłem się jednak i ja. Baczny obserwator stwierdziłby bezwątpienia, że mam nieczyste sumienie. Krok miałem niepewny i chwiejny; wzrok skierowany ku ziemi, jakby w obawie, że ktoś wyczyta z niego te trzydzieści dwie zwrotki. Nie smakował mi nawet suchy chleb; sen ogłosił strajk generalny; gdy strajk chwilami ustawał, śniły mi się różne dziwy, naprzykład, wielka skrzynka pocztowa, pełzająca po łóżku w postaci olbrzymiego niebieskiego żółwia, który mnie dusi tak długo, póki się nie budzę z wielkim krzykiem.

Pracowałem równie sumiennie, jak dotychczas, ale robota szła ciężko i opornie, czerwone policzki pobladły, schudłem, stałem się małomówny, jak kamerton, który tylko wtedy się odzywa, gdy się go dotknie. Był to ciężki, zły okres, trwający nieskończenie długo. Powierzyłem los swój skrzynce pocztowej z końcem lipca, termin nadsyłania prac mijał dopiero pierwszego października, a pierwszego listopada miało nastąpić rozstrzygnięcie konkursu. Gdybym mógł dostać zpowrotem te trzydzieści dwie zwrotki! Przysięgałem, że z rezygnuję na całe życie z pisania wierszy i z nagród konkursowych. Była to przysięga kolosalna, ponieważ rymowanie szło mi bardzo łatwo, a nawet trzecia nagroda "w wysokości bitych dziesięciu talarów" była dla mnie snem o potędze.

Nie miałem żadnych wątpliwości, że nie otrzymam konkursowej nagrody, ale sprawa mogła mieć oprócz skutku negatywnego, także i przykry dla mnie bardzo skutek pozytywny. Dręczyła mnie ciągle myśl, że "szanowna" redakcja gotowa odesłać wiersz nie do moich rąk, a do rąk "starego", zaopatrując utwór w odpowiednie uwagi na marginesie. Kto chodzi do gimnazjum, lub jest jeszcze uczniem, domyśli się łatwo, kim jest "stary", i zrozumie mój tajemny lęk. Wprawdzie groźny "stary" odnosił się do mnie przychylnie i starał się ulżyć ciężkiemu położeniu: dwa razy na tydzień dawałem korepetycje jego synowi, za co w soboty wieczorem dostawałem w kuchni kawał mięsa z ryżem i wolno mi było pogłaskać ulubionego kota pani dyrektorowej; czułem jednak, że gdyby obawy co do "szanownej" redakcji okazały się słuszne, przepadłoby i mięso z ryżem i zabawy z kotem!

Tak tedy coraz groźniejsze chmury zbierały się na horyzoncie. Nadszedł wreszcie 1-szy listopada. Pamiętam, jak dziś, dzień był chłodny, słoneczny, jesienny, a w duszy mojej padał gęsty, ponury, szary śnieg. Od tej chwili - dni, godziny wydawać się zaczęły wiecznością, ponieważ jednak ziemskie wieczności mijają, więc i ta się skończyła...

6-ego listopada, po ostatniej rannej godzinie, zawezwano umie do "starego". Kancelaria dyrektora mieściła się na drugiem piętrze, każde piętro miało dwadzieścia schodów, na każdy stopień przypadało dwadzieścia uderzeń serca, czyli summa summarum osiemset uderzeń, tak, mniej ich na pewno nie było! Pukam, wchodzę, nie widzę nic, oczy przysłania mgła. Mija kilka chwil; mgła ustępuje, widzę przed sobą swego władcę; patrzy, jakgdyby mnie chciał przebić wzrokiem.

- May! - mówi głębokim basem.

Składam ukłon, nie mam pojęcia, jaką mam minę, tylko on ją widzi, ale milczy.

- May!

Znowu się kłaniam.

- May!

Trzeci ukłon oraz decyzja, że to już ostatni.

- Ależ pan jest wcale, wcale...

Rzucam mu tak ostre spojrzenie, że urywa. Za żadną cenę nie pozwolę się obrazić! "Stary" uśmiecha się i mówi dalej:

- W gruncie rzeczy nic a nic mnie to nie obchodzi, to pańska prywatna sprawa, jeżeli się pan chce narazić na kompromitację... A zresztą.. Ciągle pan mówi rytmami, a pański język... Dlaczegóż mi pan tego przedtem nie dał do przeczytania.

- Czego? Wiersza?

- Oczywiście! Podkreśliłbym błędy, których redaktor w wcale nie zauważył. Przecież ten koń, ten byk, nie ma pojęcia o tem, jak powinien wyglądać porządny wiersz.

- A więc wiersz odesłano?

- Tak w odbitce szczotkowej, do korekty, czy do rewizji. Oprócz tego redakcja załączyła list do mnie adresowany. Ani mi się śni dawać go panu do czytania. Odpowiem, że pod wierszem może figurować jedynie pańskie nazwisko, i koniec na tem! Inaczej gotówby pana opętać najgorszy z szałów, szał pisania. Taki smarkacz powinien się zajmować wszystkiem, tylko nie pisaniem wierszy!

Odetchnąłem głęboko. A więc trzydzieści dwie zwrotki zostały przyjęte. Trzecia nagroda: dziesięć talarów!... Znowu pociemniało mi w oczach.

- Chciałem jeszcze powiedzieć, że od dziś będę panu płacił za korepetycję gotówką: po pięć groszy za godzinę. Oczywiście w sobotę mięso z ryżem, jak dotychczas. O pańskiej zuchwałości i o wierszu samym pomówimy później, nie mam czasu, muszę iść na obiad. Oto pieniądze! Może pan wyjść.

Wręczył mi kopertę. Podziękowawszy ochrypniętym ze wzruszenia głosem, i złożywszy głęboki ukłon, mimo decyzji, że to już nie nastąpi, wybiegłem za drzwi.

Nie pamiętam, w jaki sposób zszedłem ze schodów i dostałem się do swej "budy". Otwieram kopertę i cóż w niej znajduję? Krótki list od redakcji, oraz trzy dziesięciotalarowe banknoty. Okropny, wielki niebieski żółw oznaczał pieniądze, jak każdy żółw z bajki! A więc nie trzecia, lecz pierwsza nagroda!

Co zrobiłem, uspokoiwszy się nieco?

Odpowiedź zbyteczna: nigdy, ani w dobrej, ani w złej sytuacji nie zapomniałem o tem, że najświętszym obowiązkiem, który przynosi ulgę i zbawienie, jest i będzie modlitwa.

Ze szczęściem jest na świecie tak samo, jak z nieszczęściem: nie chodzi nigdy luzem. Gdym się zjawił po południu na lekcji u swego starego kantora, zastałem go w dziwnie pogodnym nastroju. Kochany staruszek bywał zawsze pogodny, dziś jednak był wyjątkowo wesoły i rozmówmy. Ponieważ w rozmowie powtórzył kilkakrotnie: "dobra robota, honorarium księgarskie" - byłem przekonany, że o szczęściu, które mnie spotkało, rozmawiał ze "starym". Gdym po lekcji wyciągnął, jak zwykłe, talara, nauczyciel odparł:

- To niepotrzebne, drogi mój May! Może pan zatrzymać przy sobie tak ciężko zapracowany grosz.

- Ten grosz nie jest ciężko zapracowany.

- Jakto? Darowano panu talara?

- Nie, zarobiłem go, ale praca nie była ani gorzka, ani ciężka. Dostałem trzydzieści talarów odrazu; przecież pan wie o tem dobrze.

Popatrzył na mnie ze zdumieniem i zapytał:

- Trzydzieści talarów? Ależ w takim razie prawdziwy z pana Krezus! Skądże miałem o tem wiedzieć? Nie słyszałem ani jednego krzyżyka, ani jednej nuty, na ten temat!

- Przecież pan mówił o tem przed chwilą!

- Ja? Skądże znowu?

- Mówił pan o honorariach księgarskich.

- No tak, ale cóżto ma za związek z panem i pańskiemi trzydziestoma talarami? A może nie wolno panu tego opowiedzieć?

Podczas mego opowiadania kantor biegał nerwowo po pokoju. Gdym skończył, zawołał:

- Trzydzieści talarów! Trzydzieści bitych talarów! Za... - - ileż ten poemat ma zwrotek?

- Trzydzieści dwie po cztery wiersze.

- Po cztery wiersze! Czyli dwadzieścia osiem groszy od zwrotki, a siedem od wiersza! Oprócz tego zaszczyt otrzymania pierwszej nagrody. A ja myślałem Bóg wie o jakich cudach! Niech pan czeka! Pamięta pan swój utwór?

- Owszem.

- Niechże mi go pan wyrecytuje. Chcę raz usłyszeć utwór nagrodzony trzydziestoma talarami!

Stanąwszy w jedynym wolnym kącie, zacząłem deklamować. Kantor wędrował po pokoju. Nagle przerwał mi energicznie:

- Dosyć, dosyć! Wiersz jest dobry, ale trzydzieści dwie zwrotki - to zbyt wiele, zbyt wiele! Muszę panu coś powiedzieć, nie mogę czekać, aż pan skończy. Niech pan patrzy! Zna pan to?

Podsunął mi drukowany zeszyt z nutami i spojrzał na mnie z wielkiem napięciem. Była to partytura hymnu, ułożona na poszczególne głosy. Rzuciłem okiem na pierwsze słowa tekstu, które brzmiały następująco: "Niosę wam wieść radosną..."

- Niech to pan czyta, nie to! Tytuł - chodzi mi o tytuł!

Spojrzałem na tytuł, i zdjęło mnie radosne odrętwienie: był to mój hymn, który swego czasu zginął w tak tajemniczy sposób!

- To także coś, prawda? - zapytał triumfująco. - Wydrukowana kompozycja jest bez porównania więcej warta od wiersza, który się w druku ukazał. Wiersz do gazety potrafi napisać każdy, kto umie łapać z powietrza rymy; co innego kompozycja muzyczna, to nie przychodzi z powietrza! Tu konieczna jest nauka, a przedewszystkiem dobry nauczyciel. A dobrymi, dzielnymi nauczycielami mogą być tylko panowie kantorzy, grający na organach i kierujący śpiewami kościelnemi! Śpiewy kościelne są najwyższym...

- Ależ, panie kantorze, - przerwałem potok wymowy - jestem w najwyższym stopniu zdumiony! - Hymn nie był przeznaczony do druku, było to zwykłe wypracowanie, zostawione w szufladzie; pewnego razu zginęło bez śladu. Jakże się ta rzecz dostała w pańskie ręce, i skąd panu wiadomo, że to mój utwór? Oryginał nie był przecież opatrzony mym podpisem!

- Ma pan rację - odparł z uśmiechem. - Więc pan sądzi, że nie znam pańskiego charakteru pisma, i nie odróżniam go od pisma Kriegera?

- Kriegera? - odparłem. - Jakiego Kriegera?

- Głupie pytanie! Ależ tego, któremu, dzięki pracy o akordach kwintetowych, zdmuchnął pan pierwszą nagrodę. Miał zamiar się zemścić, ale ukarzę go tak dotkliwie, że mu cała historja stanie kością w gardle.

- Nie rozumiem...

- Jeszcze pan nie rozumie? Przecież naogół orientuje się pan dosyć szybko! Pokażę panu dwie rzeczy, jedna z nich z pewnością zdziwi pana i zirytuje. - A więc, czyj to rękopis?

Wręczył mi wielką ostemplowaną kopertę, na której widniało nazwisko. Rzuciwszy tylko okiem, odparłem:

- Poznaję na pierwszy rzut, że to pisał Krieger.

- Tak. Łajdak nie zadał sobie nawet trudu, aby zmienić pismo. Zapewne przypuszczał, że wyrzucę kopertę natychmiast po otworzeniu. A teraz niech pan spojrzy!

Była to partytura mego hymnu. Przerzuciwszy ją pobieżnie, nie znalazłem nic niezwykłego. Po chwili staruszek rzekł:

- Trzymając papier pod światło, znajdzie pan wytarte gumą miejsca.

- Co? Wytarte?

- Tak. Kriegier powycierał pewne miejsca gumą i umyślnie porobił błędy - domyśla się pan chyba w jakim celu.

- To byłaby podłość, nikczemność!...

- Dajmy temu spokój! - przerwał. - Sam zająłem się całą historją. Przyznał się do wszystkiego, omówimy jeszcze całą sprawę na konferencji. Tymczasem zrobiłem odpis, oczywiście z wyłączeniem błędów, i na złość Kriegerowi posłałem hymn wydawcy. Wydawca przyjął. No, jak pan przypuszcza, jakie panu przeznaczył honorarium?

- Honorarium? A więc znowu pieniądze!

- Oczywiście! Za nuty banknoty i brzęczące monety - oto moja zasada. Dotychczas wydrukował pięćset egzemplarzy i zapłacił za nie dwadzieścia pięć talarów. Wynosi to wprawdzie tylko piętnaście fenigów od egzemplarza, ale gdyby hymn leżał dalej w szufladzie, nie zarobiłby pan nawet feniga! Wydawca zapłacił pieniędzmi papierowemi; zmieniłem je na srebro, bo metal dźwięczy tak miło. Jest tego cała kupa. Bierz pan!

Wyciągnął szufladę, zanurzył w niej ręce i podał mi całą garść talarów. Druga zkolei fala szczęścia oszołomiła mnie formalnie. Staruszek ponawpychał mi kieszenie pieniędzmi i rzekł:

- Bierz pan, bierz! Kto wie, czy w przyszłości jakakolwiek kompozycja przyniesie panu choćby grosz; trzeba korzystać ze sposobności i brać, brać, co przynosi chwila i szczęście. Nauczymy się pańskiego hymnu i będziemy go śpiewać w kościele. Krieger pęknie ze złości, o ile jeszcze przedtem nie będzie się musiał wynieść. Nikczemność, której się dopuścił, zasługuje na dotkliwą karę. Jestem przekonany...

- Ależ, panie kantorze! - odezwałem się zkolei. - Okazywał mi pan zawsze wiele przyjaźni, jestem więc przekonany, że pan nie odmówi i tej prośbie, która płynie z głębi serca.

- Tak? Hm, domyślam się, o co chodzi!

- Proszę nie wzywać Kriegera na konferencję. Czuję się dziś taki szczęśliwy! Gdyby Krieger został ukarany, całe poczucie szczęścia prysłoby jak bańka.

- Czy to nie nazbyt wygórowane żądanie?

- Chyba nie. Przecież właściwie Krieger jest sprawcą niespodzianki, którą mi pan sprawił. Gdyby panu nie był posłał hymnu, nie szukałby pan dla niego wydawcy.

Podał mi rękę i rzekł tonem znacznie poważniejszym:

- Sprawia mi pan podwójną radość! Przedewszystkiem z powodu prośby o Kriegera. Nie zawiadomiłem o całej sprawie dyrektora, miałem bowiem jedynie zamiar zwymyślać Kriegera. Czekałem więc, aż hymn ukaże się w, druku. Gdyby pan żądał zawiadomienia przełożonych, spełniłbym bezwątpienia prośbę; wobec tego jednak, co pan powiedział, damy mu kilka porządnych kuksów; musi się nadto dowiedzieć, że łagodny wymiar kary zawdzięcza wyłącznie pańskiemu wstawiennictwu. Będzie się pienił i wściekał; okoliczność, że hymn został wydrukowany, że przyniósł panu pieniądze, wreszcie to, że sam będzie musiał hymn pański zaśpiewać, doprowadzi go do pasji.

- Naprawdę będzie śpiewać mój hymn?

- Ależ tak! Śpiewa przecież bardzo dobrze; na złość każę mu śpiewać solową frazę w As-dur. Oto pierwsza przyczyna mej radości. Przekonanie pańskie, że nie zaproponowałbym pańskiej kompozycji żadnemu nakładcy bez przytoczonego powodu, cieszy mnie również bardzo.

- Przecież to zupełnie zrozumiałe! Jest to zwykła praca szkolna, pełna błędów i uchybień.

- Racja, zupełna racja! Właśnie pełna błędów i uchybień! Nie przypuszczam, by się pan chciał poświęcić muzyce. Jestem przekonany, że nie zostanie pan wielkim kompozytorem, i że praca pańska w tym kierunku będzie szła raczej na "domowy użytek". Chwilowo nie dorósł pan nawet do tego poziomu. Historja z hymnem - to los, wygrany przypadkowo na loterji; trudno przewidzieć, czy fortuna w przyszłości zechce się znów do pana uśmiechnąć, ma pan bowiem jeszcze wiele do nadrobienia i uzupełnienia. Mam wrażenie, że ze względu na pańskie usposobienie - raczej odpowiadać panu będzie religijna, poważna muzyka. W hymnie pańskim niema, oczywiście, błędów rażących; całość napisana czysto, ale brak wprawy, zręczności, natchnienia. Niech pan sobie wyobrazi przygodnego jeźdźca, wyjeżdżającego w niedzielę za miasto, i jeźdźca zawodowego, który się popisuje w cyrku. Otóż pan należy jeszcze w dziedzinie muzyki do jeźdźców "niedzielnych"; brak panu znajomości zasad "wyższej szkoły", nie zna pan swego konia, nie wie, jak nim kierować. To nietylko rzecz wrodzona, to należy kultywować i ćwiczyć. Wyćwiczony jeździec wyższej szkoły jazdy ujeździłby hymn pański zupełnie inaczej. Zrozumiał pan?

- Ależ oczywiście, panie kantorze! Zbyt sztywno siedzę w siodle, nie mam z koniem duchowego kontaktu...

- Tak, słusznie, zupełnie słusznie! Dlatego - jak się pan później przekona - nadałem kilku pańskim sztywnym figurom więcej elastyczności. Przypuszczam, że mi pan tego nie weźmie za złe, zwłaszcza, że z pańskich dwudziestu pięciu talarów nie wezmę ani jednego.

Kochany staruszek wypowiedział te słowa z miłym, wzruszającym uśmiechem. Po chwili, podając mi rękę na pożegnanie, dodał:

- Gdyby to było możliwe, uczyłbym pana za darmo; niestety, warunki moje nie pozwalają na to. Ale pan to przetrzyma i będzie pan kiedyś bogatszy ode mnie. Niech pan pomyśli wtedy o swym starym kantorze, który pozwolił ujrzeć światło dzienne pańskiemu pierwszemu hymnowi. Niech pan zawsze patrzy na życie równie serjo, jak teraz. No, dowidzenia!

Poczciwy kantor, który mi zawsze okazywał tyle życzliwości, należy do tych ludzi, dla których dziś jeszcze, po tylu latach, czuję wielką wdzięczność.

Czytelnicy dowiedzą się później, dlaczego opowiedziałem moją z nim rozmowę, nie wymieniając jego nazwiska. Był to człowiek uczciwy i bardzo dobry; niestety, zamknął całe swe życie w pokoju z nutami, nie miał bowiem szczęścia w życiu rodzinnem. Żona jego była znaną ksantypą; wskutek okropnego usposobienia matki jedyny syn musiał wyemigrować do Ameryki. - - -

Byłem więc w posiadaniu pięćdziesięciu pięciu talarów; suma ta wydawała mi się wtedy skarbem królewskim. Miałem nawet wrażenie, że to zbyt wiele; byłem przecież zdrów jak ryba i mogłem pracować. Posłałem wiec trzydzieści talarów biednym rodzicom, dwadzieścia odłożyłem na nieprzewidziane wydatki, pięć zaś przeznaczyłem na podróż z okazji Bożego Narodzenia, postanowiwszy sobie żyć podczas teł podróży po pańsku. Pięć talarów na przeciąg tygodnia, to poważna suma! Za przeszło dwadzieścia groszy dziennie będę żył jak książę.

Pocichu, aby nikt nie słyszał, mówiłem sobie, że kto wie, czy podczas tej podróży nie zafunduję pół butelki niedrogiego wina. Leżąc wieczorem w łóżku codzień przez jakiś kwadrans myśłałem o tem, jaki gatunek wybiorę, i ile będę mógł zapłacić. Szczęśliwe czasy - - - minęły bezpowrotnie!

Kantor spełnił przyrzeczenie - hymn został przygotowany, Krieger musiał śpiewać solo; nie trzeba chyba dodawać że szalał z wściekłości. Później ukazał się mój wiersz ku czci Bożego Narodzenia. Wszyscy koledzy chcieli go mieć na własność, to też odnośny numer pisma rozszedł się w poważnej ilości egzemplarzy. Gdy po miesiącu nadszedł dzień turnieju deklamacyjnego, na którym każdy mógł wygłosić dowolny wiersz, wszyscy koledzy w liczbie dwudziestu trzech wygłosili wiersz: "Boże Narodzenie, utwór Karola Maya". Ja jedyny umieściłem obok siebie jednego z wybitnych klasyków, recytując jego utwór. Powstała moda zapisywania mego wiersza do notesów, i po długich miesiącach spotykał mnie jeszcze wątpliwy nieco zaszczyt pytań, dlaczego użyłem jakiegoś zwrotu, dlaczego wybrałem jakiś rym. Cała szkoła zaczęła produkować wiersze; utwory w rodzaju "życie i moneta", "Romulus i Pfiffikus" doprowadziły nauczycieli do takiej rozpaczy, że wkońcu "stary" postanowił wystąpić bezwzględnie przeciw tej wierszomanii. Nagany i kary zrobiły swoje, ale odbiły się i na mnie. Honorowany dotychczas i uwielbiany, zacząłem się czuć jak syfon wody sodowej wśród flaszek szampana wysokiej marki - koledzy unikali mnie z pasją godną lepszej sprawy.

Pod wpływem tych nastrojów postanowiłem święcie ogłosić dalsze utwory poetyckie dopiero... po śmierci. Postanowienie to spełniłem niemal dosłownie, i sądzę, że zasłużyłem w ten sposób rzetelnie na wdzięczność współczesnych.

Wracając do podróży, o której przedtem mówiłem, muszę zaznaczyć, że podczas wszystkich dłuższych feryj urządzałem dalekie wycieczki piesze. Ze względu na plany przyszłości, uczyłem się więcej i pilniej, niż reszta kolegów. Dbając o zachowanie zdrowia, prężności i hartu, urządzałem od czasu do czasu długie wycieczki piesze. Towarzyszył mi w nich często pewien przemiły kolega; nie był tak biedny, jak ja, ale również musiał się liczyć z groszem. Był to chłopak pilny i poważny; z kolegami - z wyjątkiem mnie - nie rozmawiał prawie wcale. Nazywali go więc Cyprinus Carpio, czyli Karp, albo poprostu Carpio.

Nie przechowywaliśmy wprawdzie wspólnej gotówki we wspólnej kasie, ale mimo to jeden liczył się ze środkami drugiego. Skutek był taki, że ten, który posiadał więcej, starał się - oczywiście w tajemnicy przed kolegą - wyrównać różnicę. Nieraz jeden lub drugi z nas dawał dowody niezwykłej dobroci i poświęcenia, tem bardziej wzruszające, że chodziło tu o grosze. Naturalnym rezultatem tego rodzaju stosunków było to, że przy końcu każdej naszej podróży zostawaliśmy z tą samą ilością pieniędzy. Niejeden z dzisiejszych ministrów skarbu nauczyłby się wiele, gdyby zobaczył i usłyszał, z jaką mądrą rozwagą i logiką dwaj chłopcy deliberują nad każdym najmniejszym wydatkiem. Raz puściliśmy się wpław przez rzekę, aby oszczędzić dwa grosze, które trzeba było zapłacić przewoźnikowi!

Cudowny mój towarzysz palił się do wycieczki na okres świąt Bożego Narodzenia, był jednak przekonany, że go tym razem nie zabiorę; miał tylko dwa talary, byłem więc w stosunku do niego - milionerem. Uspokoiłem go zapewnieniem, że zabranie człowieka, nieposiadającego chwilowo pieniędzy, jest dla takiego miljonera drobnostką, o której nie warto mówić.

Wilję i pierwsze dni świąt spędziliśmy u rodziców; spotkaliśmy się na trzeci dzień świąt, gotowi do wyprawy. Carpio przywitał mnie z rozpromienionem obliczem: ojciec dołożył mu jeszcze talara! Stosunek nasz przedstawiał się więc teraz, nie jak dotychczas 2:5, lecz 3:5. Carpio zbliżył się potężnie do milionera...

- Dokąd ruszymy?...

Zwykle zapuszczaliśmy się w góry, ciągnące się na granicy Saksonii i Czech. Wyobrażaliśmy sobie podczas tych wędrówek, że się włóczymy po Pirenejach, na granicy Hiszpanii i Francji, lub po Himalajach, między Tybetem a Indjami. Było tu wszystko, czego tylko serce zapragnąć mogło: miasta i wsie, góry i doliny, skały i pola, rzeki i źródła, słońce i deszcz! Więcej nie można było wymagać. Pokochaliśmy ten teren naszych podróży po szerokim świecie; wybór innego poprzedzała zwykle długa konferencja.

To przywiązanie do terenu miało nietylko psychologiczną przyczynę; trzymałem ją długo w tajemnicy, ale dziś zdradzę czytelnikom. Mogę to uczynić tem łacniej, że nie drapiemy się już po górach. Niech więc inni, godni nasi następcy, zarobią na odkryciu tajemnicy.

Balansowaliśmy między Austrją a Saksonią dla bardzo ważnej przyczyny: był nią kurs pieniądza. Mylnem jest zapatrywanie, że tytko prawdziwi, faktyczni miljonerzy zajmują się kursami; przeciwnie, im mniej człowiek posiada, tem ważniejszą staje się dlań sprawa kursu; obydwaj doświadczyliśmy tego na sobie. Nie znaczy to, aby kurs był rzeczą najważniejszą dla tego, kto nic nie posiada. Muszą się zejść dwaj dzielni finansiści posiadający pewne solidne fundusze w wysokości powiedzmy, trzech i pięciu talarów; muszą wybrać się w podróż, tak zwaną podróż kursową, która im może przynieść niespodziewane korzyści, o ile w dodatku należą do stanu studentów, noszących różnokolorowe czapki, i są sprytni. Dlaczego tak być musi, zaraz wytłumaczę.

Jakiż dziś jest kurs guldena austriackiego?

Taki a taki! Hm. Gdy zwykły śmiertelnik płaci talarami, i chce otrzymać resztę w guldenach, talary zawsze stoją nisko. Gdy płaci guldenami i chce reszty w groszach, nagle źle stoją guldeny! A gdy się chce przekonać, jak sprawy naprawdę wyglądają, nie może w żaden sposób dostać ceduły giełdowej. Gdy się jednak zjawia jakiś niezwykły śmiertelnik w postaci ucznia, nikt nie przypuszcza, aby uczeń ten miał pieniądze, mimo że w kieszeni jego leży kilka talarów. Komunikuje się mu zupełnie uczciwie kurs guldena, a gdy kurs jest nieznany, uczeń wyciąga sam korzystną dla siebie cedułę, na której, niestety, brak daty, je, pije, płaci i odchodzi zadowolony. Dokąd, oto tajemnica. Gdy gulden stoi nisko, wraca na saską stronę, i każe sobie dać za talara austriacką monetę; gdy kurs guldena jest wysoki, idzie na czeską i zmienia grajcary na grosze i fenigi. Jeżeli student jest wybitnym kapitalistą i może czekać, łatwo dojść może do zarobków, którychby mu pozazdrościł niejeden kapitalista. Z sumy czterech talarów zarobiłem wraz z Carpionem w przeciągu ośmiu dni na czeskiej stronie jedenaście grajcarów, na saskiej szesnaście, przydało to naszej wyprawie niezwykłego rozmachu.

Oczywiście, trzeba było wielkiego sprytu i wielkiej przedsiębiorczości, by umieć przewidzieć wahania kursowe, i wyzyskać każdą szansę.

Biegliśmy naprzykład wśród ulewnego deszczu całe godziny z Saksonji do Czech i naodwrót, poto tylko, aby otrzymać fenigi za pięćdziesiąt grajcarów lub grajcary za pięćdziesiąt fenigów. Zyski lokowaliśmy w powidłach, kwaśnych ogórkach lub innych środkach spożywczych; gdy były za małe, zwracaliśmy się do kapitału, z którego można było czerpać. W ten sposób droga nasza między Saksonją a Czechami miała zygzakowatą linję; poza tem mieliśmy moc duchowej i komercjalnej podniety, triumfowaliśmy nad kursami całego świata i czuliśmy się jak wielcy panowie, którzy od rana do wieczora rzucają na wszystkie strony pieniądze. Przeżyliśmy wspaniałe czasy; nie żałowaliśmy pieniędzy na żadne przysmaki, ponadto w dworach i folwarkach jadło się i piło mleka, ile tylko dusza zapragnęła! Zimą, gdy w górach pełno śniegu, bieganie za kursem było oczywiście nieco trudniejsze; tym razem jednak mieliśmy, jak wiadomo, poważniejsze fundusze, i mogliśmy sobie pozwolić na podróżowanie w roli kapitalistów, którzy nic sobie z ceduły giełdowej nie robią.

Wyekwipowanie nasze było tak świetne, że mogliśmy śmiało myśleć o wyprawie na Mont-Blanc.

Parasoli nie zabraliśmy, uważając, że instrument ten jest oznaką zniewieściałości. Brakowało nam również lasek; podpory nasze rosły gdzieś w zaroślach, czekając wyzwolenia. Palta? Ale cóż znowu, wszak byliśmy młodzi! Rękawiczki? Gdyby człowiek był stworzony dla rękawiczek, urodziłby się w nich przecież. Futra? To wynalazek dobry dla Eskimosów, ale nie dla pana Carpiom i jego kolegi, posiadającego całych pięć talarów. Zato zabraliśmy pięć arkuszy papieru rysunkowego; Carpio nosił je na piecach w starym, zniszczonym futerale od lunety. Niestety, nie mieliśmy możności narysowania czegokolwiek, gdyż ilekroć znajdowaliśmy przedmiot, nadający się do skopiowania, stwierdzaliśmy, że palce nasze zesztywniały od zimna i nie mogą utrzymać ołówka. Na ramieniu nosiłem podłużną torbę do zbierania ziół. Ponieważ podczas zimy nie było mowy o szukaniu ziół lub grzybów, mieściła ona w sobie cały nasz bagaż podróżny ze wszystkiemi możliwemi przyborami toaletowemi, których nie zdradzę za żadną cenę. Powiem tytko, że nie było ich wiele. Ze względu na nasze plany przerzucania się to tu, to tam, Carpio zabrał mapy Saksonii i Czech; już pierwszego dnia naszej wyprawy okazało się jednak, że siostra jego pomyliła się przy pakowaniu: zamiast mapy Saksonii, wpakowała mapę Szwecji i Norwegji, zamiast Czech - mapy Algieru, Tunisu i Trypolisu. Postanowiliśmy zgodnie nie wyrzucać ich, lecz zachować na wypadek ewentualnych do tych krajów podróży. Mieliśmy również igły i nici. Potrzebne to było ze względu na odpadające guziki; rola agrafki, którą zabrał Carpio, pozostała dla mnie zagadką. Byliśmy również zaopatrzeni w cygara. Każdy miał ich dwa, po trzy fenigi sztuka. Ponieważ były przeznaczone na specjalne uroczyste chwile, powzięliśmy śmiały plan przemycania ich do Austrii bez cła, i w tym celu, ukrywaliśmy je w cholewkach. Gdyśmy je wieczorem postanowili wyciągnąć, okazało się, że została z nich tylko miazga. Sic transit gloria mundi.

Pozostałe sprzęty podróżne miały charakter bardziej intymny, dostosowany do indywidualnych upodobań właścicieli. Składały się ze sznurków, gąbki, flaszki terpentyny; siostra Carpiona wpakowała terpentynę zamiast tranu, którym mieliśmy czyścić buty. Oprócz tego Carpio zabrał jeszcze odziedziczony po pradziadach przyrząd do mierzenia odległości. Wymienianie innych przedmiotów byłoby niedyskrecją. Nadmienić tylko wypada, że Carpio nosił przy sobie drewniany zamek bezpieczeństwa, będący jego własnym wynalazkiem. Miał on służyć nie tyle dla ochrony naszego życia, ile dla bezpieczeństwa naszych kapitałów w razie, gdyby przyszło nocować w jakimś podejrzanym domu.

Gdy Garpdo pierwszego wieczoru chciał umocować w drzwiach swój genialny zamek, okazało się, że siostrzyczka zapomniała dołączyć cztery najważniejsze śrubki.

Miejscem naszego spotkania było miasteczko frankońskie Retau. Stamtąd ruszyliśmy do Asch, przemycając cztery cygara, potem zaś do Eger.

Było to, jak na nasze finanse, drogie miasto, więc opuściliśmy je szybko, i powędrowaliśmy do odległego o kilka kilometrów Tirschnitz, dokąd przybyliśmy późnym wieczorem, niesłychanie wyczerpani. Wypiwszy po szklance piwa, spałaszowawszy dwie porcje kartofli po dwadzieścia grajcarów, udaliśmy się do wytwornej sypialni, za którą gospodarz zażądał pięćdziesiąt grajcarów. Tu, w tej sypialni, spotkała nas straszliwa katastrofa cygarowa, o której była już mowa, tu odmówił posłuszeństwa zamek bezpieczeństwa. Wpakowaliśmy więc nasze kapitały do pieca; po jakimiś czasie Carpio wyjął z niego swoją część i ukrył w łóżku, wychodząc z założenia, że nie powinno się przechowywać całej sumy w jednem miejscu; utrzymywał, że na wypadek włamania wszystko byłoby stracone, i że trzeba rozdzielić nasz majątek, by włamywacz nie zabrał więcej niż połowę.

Przekonany mądrą, przezorną argumentacją przyjaciela, położyłem się i zasnąłem. Po niedługim czasie zbudził mnie jakiś szmer. Przyczyną hałasu był Carpio, który oświadczył, że, wchodząc do pokoju, ujrzał przy blasku zapałki kawał cegły leżącej za piecem. Wyjął ją teraz i wpakował do chustki; jest więc w posiadaniu śmiertelnej broni, którą zmiażdży łeb każdemu włamywaczowi. Pocieszony i uradowany czynem przyjaciela, zapewniającym nam bezpieczeństwo, odwróciłem się na bok i zasnąłem snem kamiennym. Zbudził mnie z niego dopiero Carpio, nie, raczej przeraźliwy lament Carpiona, który ryczał:

- Słuchaj, zginęły mi pieniądze, wszystkie pieniądze razem z portmonetką! Broń mordercza okazała się bezużyteczna; jakiś łotr wdarł się i wyciągnął pieniądze z pieca!

- Ale dlaczego zabrał tylko moją część, dlaczego zostawił twoje pieniądze, to pozostanie dla mnie zagadką! Biegnę natychmiast na dół. Gospodarz musi nam wszystko zwrócić.

- Czekaj-że, czekaj! Twoje pieniądze leżały w piecu?

- Oczywiście!

- Przecież sam je stamtąd zabrałeś i schowałeś do łóżka. Poszukaj!

Zaczął szukać i znalazł. Wzdychając głęboko, rzekł po chwili:

- Szczęście gospodarza! Gdyby pieniądze się nie znalazły, miałby ze mną krzyż pański; kto wie, czy nie zlicytowałbym mu rzeczy! Ile kosztuje kawa?

- Dziesięć grajcarów bez chleba.

- A chleb?

- Dziesięć grajcarów bez kawy.

- Zamówisz więc kawę, ja zaś każę dać chleba; podzielimy się, zapłacimy tylko dwadzieścia grajcarów. To, co oszczędzimy na śniadaniu, będzie można dodać do obiadu. Zgoda?

- Owszem. Nie jest to wprawdzie eleganckie, ale mniejsza o to. Ulotnimy się prędko, by nie odczuć lekceważenia.

- Lekceważenia? Sądzisz, że ktoś ośmieliłby się lekceważyć kapitalistów z akademickiem niemal wykształceniem? Czesi będą uważali za szczyt wytworności każdy nasz postępek.

Udając wielkich panów, zjedliśmy więc za dwadzieścia grajcarów śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Celem naszej podróży była na dziś miejscowość Falkenau, do której przybyliśmy cało nad wieczorem. Przyjaciela mego spotkało po drodze nieszczęście: zgubił ostrogę do chodzenia po lodzie. Jak się to stało, żaden z nas nie wiedział; Carpio był tą ciężką niezastąpioną stratą boleśnie dotknięty i zrozpaczony; chcąc mu nieco ulżyć, zacząłem udawać, że zgubiony kawałek żeleziwa był bliski i memu sercu. Spoglądaliśmy ze smutkiem w przeszłość; z prawdziwie męską rezygnacją skierowaliśmy swe kroki ku skromnej gospodzie, której wygląd harmonizował z dzisiejszym stanem naszej kasy.

Przed drzwiami gospody spotkaliśmy żandarma. Nie ukrywał zdziwienia, że tu wzejść zamierzamy. Ukłoniwszy się uprzejmie, zapytał:

- Panowie są uczniami?

Odparłem skinieniem głowy, Carpio zaś wyciągnął z kieszeni matrykułę i, wręczając ją przedstawicielowi ładu i bezpieczeństwa, rzekł:

- Tak, jesteśmy uczniami. Niech się pan przekona!

Żandarm spojrzał na matrykułę i oddał ją po chwili z dziwnym uśmiechem.

- Jeżeli pan jest tem, co tu wypisano, to z pana wielka figura, młody człowieku!

- Jestem też nią - odparł dumnie Carpio. - Widzi pan przecież gimnazjalną pieczątkę!

- Nie, nie widzę.

Carpio spojrzał na matrykułę i stwierdził, że trzyma w ręku wykaz cesarzy niemieckich, od Karola Wielkiego zacząwszy, a na Franciszku Drugim kończąc. Przeszukawszy wszystkie kieszenie i nie znalazłszy w nich matrykuły, zawołał z oburzeniem:

- Znowu przeoczenie mojej siostry, która zamiast matrykuły wpakowała mi ten wykaz! Takie głupstwa mogą tylko robić żeńskiego, lub nijakiego rodzaju!

- Niech się pan uspokoi - rzekł uprzejmie żandarm. - Nie chodziło ma o pańskie papiery; widać przecież odrazu, że jest pan tym, za kogo się pan podaje. Jestem zresztą przekonany, że kolega pański posiada dowód, wystarczający dla was obu.

- Masz swój dowód przy sobie? - zapytał Carpio.

- Tak, nie wyręczam się nigdy siostrami, które, nawiasem mówiąc, mają jednak wszystkie klepki w porządku.

- Czy moglibyśmy tu przenocować, panie kapralu?

- Hm - mruknął żandarm. - Już przedtem dziwiłem się, że panowie tu wchodzą; to przecież gospoda dla parobków. Lepiej pójść do Frania. Właśnie tam idę, więc was zaprowadzę.

Było widoczne, że żandarm ma wobec nas jak najlepsze zamiary, mimo to Carpio zapytał:

- Czy ten Franio ma hotel, gospodę? A drogo u niego? Żandarm roześmiał się na całe gardło i rzekł:

- U Frania drogo? Dla studentów? Ha, ha, ha! Przecież on sam był studentem, ale nie skończył studjów, gdyż go pewna bogata gospodyni wzięła za męża. Ulubionym tematem jego rozmów są studja, przepada za akademikami. Gdy mu się spodobacie, będzie uszczęśliwiony i nie weźmie ani grosza. Chodźmy; mam wrażenie, że wszystko pójdzie dobrze.

Ruszył przodem, my za nim; Carpio odciągnął mnie nieco i zapytał z zakłopotaniem:

- Jak myślisz, spodobamy się temu Franiowi?

- Dlaczegóż nie?

- Każdy człowiek ma przecież swój gust swoje upodobanie. Jeżeli w nas zasmakuje, nie zapłacimy ani grosza; ale co będzie, jeżeli nas bogato ugości, a potem mu się przestaniemy podobać? Możemy stracić cały majątek...

- Niema obawy! Nie płaci się za to, czego się nie zamawia, a zresztą, będziemy się wystrzegać wysokiego rachunku. Ludzie, w rodzaju Frania, którzy nie ukończyli studjów, uważają zwykle, że pożarli wszystkie mądrości. Pozostawieni w tem przekonaniu, rozpływają się wprost w czułościach. Franio był zapewne pięknym młodzieńcem; tylko dzięki urodzie znalazł bogatą żonę. Zresztą zobaczymy...

- Safono ty moja, mówisz, jakbyś czytał z książki! Pierwszy to raz od rozpoczęcia naszej wyprawy!

Safono! Padło słowo, które tu chciałem pominąć milczeniem! Każdy wie dobrze, że nie ma prawie ucznia ani studenta, któremuby koledzy nie nadali jakiegoś żartobliwego przydomku. Do niedawna byłem w tem szczęśliwem położeniu, że nazywano mnie własnem imieniem i nazwiskiem, od chwali jednak ogłoszenia wiersza zaszła w tym kierunku zmiana. Koledzy zaczęli szukać pośród nazwisk poetów; ponieważ chodziło im o to, by przydomek miał w sobie coś żartobliwego, wpadli na pomysł nadania mi nazwiska poetki. Ochrzczono mnie imieniem Safony, a gdym się temu zaczął opierać, zaczęto dowodzić, że jest ono dla mnie najbardziej odpowiednie, bo przecież Safo była najgłośniejszą poetką starożytności odznaczającą się niezwykłą czystością i pięknością wiersza. Cóż robić? Musiałem ustąpić.

Carpio miał rację, twierdząc, że od dnia rozpoczęcia naszej wyprawy po raz pierwszy mówię jak z książki. Chcąc, by się podczas naszej wspólnej wycieczki czuł dobrze, przystosowałem się w zupełności do niego. Nie zauważył tego przedtem, bo nie miał w sobie ani odrobiny zmysłu obserwacyjnego. Drogi, poważny i pilny przyjaciel odznaczał się kilkoma właściwościami, które łatwo mogły wpłynąć ujemnie na całą jego przyszłość. Przedewszystkiem, był beztroski, tą dziecinną beztroską, która paraliżuje jakąkolwiek inicjatywę i nie pozwala na energiczne załatwienie jakiejkolwiek sprawy. Ponadto, najprostszym sprawom nadawał niesłychanie ważne znaczenie i lubił pasjami zabarwiać każdy drobiazg romantyczną przymieszką. Stąd przywiązanie do ostrogi, do zamka, gwarantującego bezpieczeństwo, i do innych zabranych na wyprawę przedmiotów.

Najwybitniejszą jednak cechą jego usposobienia było roztargnienie. Biorąc pod uwagę młody wiek Carpiona, roztargnienie to sprawiało raczej wrażenie komiczne, czułem jednak już wtedy, że w przyszłości ta cecha charakteru może mieć na całe życie przyjaciela wpływ bardzo wielki. W miarę możności, starałem się skłaniać go do skupienia się; niestety, wysiłki moje były daremne. Przeciwnie, roztargnienie rosło, gdy się na nie zwracało uwagę. Stawał się bojaźliwy i w zażenowaniu popełniał jeszcze większe błędy. Zrezygnowałem więc z myśli zmienienia go, zamykałem oczy na objawy roztargnienia, udając czasami, że jestem równie dziecinnie niezaradny, jak i on. Zapewne przez to przywiązał się do mnie jeszcze bardziej. Robiliśmy wrażenie dwóch niezastanawiających się nad niczem dzieciaków. Wrażenie to było w stosunku do Carpiona zupełnie słuszne. Ja zaś czuwałem nad nim potajemnie, udając, że jest zupełnie samodzielny; w rzeczywistości - bezwiednie mi ulegał.

Chwilami jednak uświadamiał sobie, że to ja nim kieruję, że jest tylko wykonawcą mojej woli. Tak było przed chwilą, gdym wypowiedział przypuszczenie co do osoby oberżysty Frania, którego nigdy w życiu nie widziałem.

Wracając do rozpoczętego tematu, dodałem jeszcze:

- Gdy się kogoś nazywa nie po nazwisku, lecz po imieniu, i to jeszcze w zbronionej formie Franiem, a nie Franciszkiem, niema wątpliwości, że chodzi o tak zwanego "morowego chłopa". Tak sobie wyobrażam naszego oberżystę i tak musimy go traktować, oczywiście, nie zapominając, że należy mu nieco zaimponować.

- Zaimponować? Czemże? Mamy gadać po łacinie, po grecku?

- Nie. Toby go znudziło, bo zapewne nie zrozumiałby nas. Mam wrażenie, że to człowiek bywały, musimy więc zachować się jowialnie; udawać, że go dobrze i dawno znamy. Co do zaimponowania, to... Ach, wpadło mi coś do głowy! Przecież "stary" utrzymuje, że bez najmniejszego trudu potrafię mówić rymami. Tyś także nie w ciemię bity, i nieraz odpowiadałeś mi wcale znośnemi rymami częstochowskiemi. Może więc zaaplikujemy Franiowi porcję wierszy?

- Niezła myśl! Zrobię, co będę mógł. A jeżeli mu się to nie będzie podobać?

- Damy spokój i zaczniemy mówić trzeźwo i poważnie. A więc postanowione! Mam wrażenie, że jesteśmy u celu.

Żandarm poprowadził nas przez parę ulic i zatrzymał się przed domem, do którego bramy prowadziło kilka schodków. Dom sprawiał miłe wyrażenie. Weszliśmy po schodkach na górę, i znaleźliśmy się w sieni, przepojonej zapachem stajni. Żandarm otworzył drzwi, rzucił badawcze spojrzenie w kierunku gospody i, zawołał wesoło:

- Dobrywieczór, Franiu! Znowu jestem u ciebie; przyprowadziłem dwóch wspaniałych gości.

- Cóżto za jedni? - zapytał tłusty głos.

- Dwaj studenci, którzy chcieliby znaleźć na noc jakieś ciepłe gniazdko.

- Studenci? A sprowadź-że ich tutaj. Dla takich gości mam zawsze pełno gniazd. Ubi bene, ibi patria!

Weszliśmy do obszernego niskiego pokoju. W lewym kącie stała kobieta pochylona nad beczułką masła. Przed chwilą ubiła właśnie masło i przelewała teraz przez chustkę mój ulubiony specjał - serwatkę. Była to gospodyni. Na prawo od drzwi siedziało nad czeskim cieńkuszem kilku niepokaźnych gości. Naprzeciw drzwi stał wielki okrągły stół, przy którym rozsiadły się wybitniejsze figury miasteczka. Jedna z nich w stała i zaczęła się nam przyglądać. Byłem pewien, że to Franio. Musiał to być kiedyś ładny chłopak; dziś jeszcze wypomadowane ciemne włosy spadały w zalotnych lokach. Śnieżno-biały fartuch okrywał potężny brzuch; nad kołnierzem wznosił się okrągły podbródek, przechodzący w wygoloną, pełną i rumianą fizjonomię, promieniejącą weselem i zadowoleniem. Spojrzawszy na nas, gospodarz wyszedł z za stołu i, wyciągając ku nam ręce, rzekł:

- Widać po całem wytwornem zachowaniu, że jesteście najprawdziwszymi studentami. Witajcie więc! Usiądźcie, proszę, przy tym stole, i powiedźcie, na co macie apetyt.

Uścisnąłem wyciągniętą rękę i odparłem z najpoważniejszą miną:

- Niech pan zaczeka chwilkę małą, powiem panu prawdę całą. Jesteśmy nietylko głodni i strudzeni, lecz przedewszystkiem spragnieni.

Poczciwy Franio zrobił krok wtył, otworzył szeroko oczy i zapytał ze zdumieniem:

- Co takiego? Małą - całą, strudzeni - spragnieni? A więc chcecie pić? Dobrze! Cóż mam przynieść?

- Z tej beczki na frasunek płynie delikatny trunek, płynie sobie strugą rzadką, ludzie zowią go serwatką. Nie chcemy ni piwa, ni wina, niech się od serwatki uczta nasza rozpoczyna.

- Frasunek - trunek, rzadką - serwatką? Pan jest chyba prawdziwym, stuprocentowym, wykwalifikowanym poetą!

- Jam poeta, macie rację, choć nie zawsze tworzę rymy, lecz gdy do was mam orację, wiersze płyną mi jak dymy; bo pan Franio człek uczony i rozumie się na sztuce; niechże będzie pochwalony ten, co kiedyś pławił się w nauce!

Po tych słowach podniosłem do ust szklankę napełnioną serwatką. Carpio powiedział również kilka słów wiązaną mową, poczem wypiliśmy cudowny napój.

Miałem wrażenie, że Franio nie zdaje sobie jeszcze sprawy z całego szczęścia, jakie go spotyka dzięki zaznajomieniu się z nami. Po chwili dopiero nagłym ruchem odsunął opróżnione szklanki i zawołał:

- Nie zawracajcie głowy serwatką! Wina, wina! Jesteście przecież poetami. Fama crescit fundo! Co za niespodzianka, co za radość! Podaj wina, Anno! Wiem dobrze, czego takim zdolnym panom potrzeba. Siadajcie panowie, siadajcie! Stabenti dabitur et abundebit.

Usiadłszy, rzekłem:

- Jeszcze nie czas na wino, niech serwatki fale do gardła nam płyną; a gdy pierwsze pragnienie ugasimy, chętni o winko poprosimy.

- Dobrze, jeżeli koniecznie chcecie, niech będzie serwatka! Ale musicie pozwolić, bym was uważał za wyjątkowych, osobistych gości. Oczywiście, nie przyjmę od was ani grajcara!

Carpio obrzucił mnie znaczącem spojrzeniem, a gdym je zignorował, dał mi w formie kopniaka znak o wiele wymowniejszy. Nastąpiła bardzo ożywiona scena. Goście, którzy w pierwszej chwili oniemieli z podziwu, odzyskali nareszcie mowę; figury zaś siedzące przy sąsiednim stole, otoczyły nas zwartem kołem. Wszyscy mówili równocześnie, jeden chciał drugiego przegadać. Na wszystkie pytania odpowiadaliśmy wierszem. Wywarło to niesłychane wrażenie na żonie Frania, zachwyconej niezwykłymi gośćmi. Franio odezwał się do niej w te słowa:

- Słuchaj, Anno? Wielce szanowni panowie nie będą spali w zwykłych pokojach hotelowych. Trzeba im dać pokój, w którym stoi lustrzana szafa. Wiem, co się należy nauce. Corvus corvo nigredinem objecit!

Ta swoista łacina śmieszyła mnie niesłychanie. Ponieważ recytował przysłowia, nabrałem podejrzenia, że je wykuł z jakiegoś starego kalendarza, by móc imponować znajomością Cicerona. Pamiętał tylko tekst łaciński, natomiast nie rozumiał go. Nic więc dziwnego, że gadał nonsensy. Iluż to ludzi na świecie cytuje mylnie łacińskie zdania!

Nie przytoczę szczegółów naszej dalszej rozmowy; niechaj czytelnik zadowoli się tem, że na nasze wiersze Franio odpowiadał dalej nieprawdopodobnemi cytatami łacińskiemi, które wzbudzały u słuchaczy niesłychany podziw.

Nie mogliśmy zbadać, do jakiej szkoły Franio uczęszczał i jaką miał za sobą karjerę naukową; miał, zdaje się, podstawę do pomijania tych spraw milczeniem, my zaś nie zasypywaliśmy go pytaniami. Trudno mi tu pominąć następujące małe intermezzo:

Poczciwy Carpio stwierdził, że jakiś gwóźdź przebił mu podeszwę i kłuje go w nogę; zdjął więc bucik i owinął nogę papierem. Gwóźdź przebił jednak papier i kłuł w dalszym ciągu. Carpio zwierzył się z tem cierpieniem przed obecnym w gospodzie szewcem. Szewc oświadczył, że postara się zetrzeć koniec gwoździa, przyjaciel mój zdjął więc bucik, wręczając go swemu wybawcy. Przy tej okazji wypadł na podłogę rozmiękły pod wpływem śniegu kawałek papieru, mający wygląd starego, zużytego banknotu guldenowego. Podniósłszy go, zauważyłem, że zawiera jakiś niemożliwy do odcyfrowania napis. Widok stempla gimnazjalnego, który pozostawił ślad dosyć wyraźny, wskazywał, jak ważny mam przed sobą dokument. Wręczyłem go przyjacielowi z następującemi słowami:

- Oto dokument, rehabilitujący twoją siostrę; mam nadzieję, że ją po powrocie do domu przeprosisz za haniebne podejrzenie.

Carpio wygładził kartkę, pokiwał głową, wręczył dokument żandarmowi i rzekł:

- Jak pan widzi, ukryłem swój paszport w doskonałem miejscu; niktby go tam nie znalazł. Niechże się pan przekona, że naprawdę ma pan do czynienia z wychowankami królewskich zakładów.

Stwierdziwszy opłakany stan legitymacji, żandarm zwrócił ją z następującemi słowami:

- Niechże pan nie kwestionuje moich zdolności psychologicznych i mego znawstwa ludzi, które mi odrazu powiedziało, że mam do czynienia z wysoce edukowanemi i nieposzlakowanemi personami!

- Zgoda - rzekł Carpio. - Uznajemy pański spryt, i postaramy się utrwalić po tamtej stronie granicy opinje, że ludność krajów austriackich może być dumna ze swej policji.

Po tych słowach zmiął legitymację, wpakował do kamizelki i skinął żandarmowi głową tak protekcjonalnie, jakgdyby był co najmniej ministrem sprawiedliwości.

Gdy każdy z nas pochłonął po trzy szklanki serwatki, przeszliśmy do piwa, poczem poczęstowano nas cygarami, które oberżysta nazwał najlepszemi w Austrii. O ile się nie mylę, cygara, należały do gatunku "Virginia"; nazywano je w mowie potocznej "bombami trującemi". Gdy po zapaleniu cygara Carpio spostrzegł, że otoczenie przygląda mu się nieco ironicznie, zrobił lekceważący ruch ręką i rzekł:

- Nie chciałbym urazić cesarstwa austriackiego, ale nie ma wątpliwości, że w dziedzinie cygar przewyższamy je. Naprzykład to cygaro, które mam w ustach, byłoby dla mnie dla codziennego użytku za słabe. Krótko mówiąc, mamy innych palaczy, niż wy, moi panowie!

"Bomba trująca" gasła mu raz po raz; musiał ustawicznie pocierać zapałki o stojącą na stole podstawkę z azbestu. Ponieważ przy tej czynności drażnił go niemile zapadł siarki, wyciągnął z kieszeni kawałek papieru, zrobił z niego kilka długich wąskich pasków, i zaczął przykładać je do tlejącej na stole lampy naftowej, eliminując w ten sposób zapałki. Trzeba pamiętać, że w owych czasach nie było mowy ani o gazie, ani o elektryczności.

Mimo tych skomplikowanych manipulacyj palił niezmiernie szybko; zanim zdążyłem wypalić pierwsze cygaro, kończył już drugie. Zaczęto nas częstować dalszemi. Gdym w imieniu swojem i Carpiona odmówił, przyjaciel zawołał z oburzeniem:

- Safono, nie mieszaj się do moich spraw! Taki somnambulik, jak ty, nie jest wytrzymały; co do mnie, wytarty jestem z kamienia i ze stali, i nie przypuszczam, by mogło istnieć cygaro, któreby wstrząsnęło moją konstytucją.

- Słusznie! - rzekł Franio. - Prawdziwy student musi być odporny na spirytus i nikotynę. Nummus ubi loquitur, tullius ipsetase. Niechże pan bierze!

Przyjaciel nie dał się długo prosić, lecz nie zdążył wypalić cygara do końca, gdyż zabrakło mu skrawków papieru, któremi je zapalał. Mówiąc językiem Wschodu, stwierdziłem, że twarz jego straciła kolor jutrzenki; milczałem jednak, nie chcąc go obrazić.

Gospodyni wniosła wieczerzę, składającą się z potężnej miski fasoli i z niemniej potężnego półmiska wędzonej wieprzowiny. Na widok olbrzymich apetycznych kawałów mięsiwa poczułem, mówiąc językiem reporterów, opisujących pobyt szacha w Europie, "najjaśniejszą ślinkę w dostojnych ustach". Zdawało mi się jednak, że luksusowa uczta nie robi na przyjacielu takiego wrażenia. Był obojętny; w przeciwstawieniu do mych błyszczących oczu, w oczach jego czaiły się błyski melancholijnej rezygnacji; opuścił kąty ust, wyglądał jak zdeterminowany, zrozpaczony żebrak, który nie przyjmie nawet pokaźnej jałmużny.

Zacząłem polewać obficie masłem mięso i fasolę. Poczciwy Carpio nie dotknął niczego. Zasypany pełnemi współczucia pytaniami i namowami, oświadczył, że jadł na obiad zbyt wiele i nie ma wskutek tego apetytu. Spojrzał przytem na mnie wzrokiem, błagającym o milczenie i dyskrecję; spełniłem jego prośbę, ale po chwili odpłacił mi za to czarną niewdzięcznością. Zapytany bowiem, dlaczego obiad nie wpłynął tak ujemnie na mój apetyt, odparł protekcjonalnie:

- Nie wszyscy ludzie na świecie są sobie równi. Gdy jedni przekładają zalety ducha i umysłu, inni pławią się w rozkoszach doczesnych, i nic ich nie odstrasza od zbliżenia duszy do fasoli i świniny. Oto wszystko, co mogę w tej sprawie powiedzieć. Zresztą, panowie wiedzą: de gustibus non est disputandum.

- Ależ tak, tak, - potwierdził gospodarz, zadowolony możnością pochwalania się swa wiedzą. - Cieszy mnie bezwątpienia, że kolega pański ma taki cudowny apetyt; ale umiem również cenić zalety ducha, powtarzają za uczonymi starożytności: Omne nimium nocet.

- O Franiu, Franiu, gdybyś zrozumiał, coś przed chwilą powiedział! - pomyślałem, nie przerywając oczywiście jedzenia. Byłem tak pochłonięty materią, że trudno mi było pomyśleć o powrocie z tego świata duchowego zafasolenia się. O wstydzie! Duch mój, moja wiedza - były teraz do tego stopnia bezsilne, że wśród nielicznych słów, rzuconych podczas jedzenia, nie mogłem sformować ani jednego wiersza.

Na usprawiedliwienie swoje muszę zaznaczyć, że nie działało się to bez głębszych motywów natury moralnej: nie chciałem posypywać delikatnej wieprzowiny suchemi jambami i trochejami lub niewędzonemi amfibrachami i daktylami, czując, że wpłynie to na nią niekorzystnie.

Do chwili rozpoczęcia wieczerzy w gospodzie było pełno gości. Gdym jednak w skupieniu ducha oddał się pochłanianiu zawartości obydwóch misek, a Carpio zamilkł również w cichej kontemplacji nad swem wnętrzem duchowem, lub, co prawdopodobniejsze, cielesnem, rozmowy urwały się. Zapał, z którym milczeliśmy obydwaj, nasunął przypuszczenie, że nieprędko się ożywimy; goście więc zaczęli się powoli wymykać z gospody, by w domu również poświęcić się obrzędowi jedzenia.

W rezultacie, po ukończeniu wieczerzy, w gospodzie pozostał tylko Franio i jego żona. Trwało to niedługo; po jakimś czasie izba znów napełniła się gośćmi, którzy odrazu niezwykle mnie zainteresowali.

Był tu starzec w towarzystwie młodej kobiety i kilkunastoletniego chłopca. Nędzny ich ubiór, nie dający żadnej ochrony przed zimnem, świadczył o niedoli. Siwowłosy zgarbiony starzec wszedł krokiem chwiejnym; był niezwykle wyczerpany i usiadł na pierwszem krześle z brzega. Nie zwracajac na nas uwagi, zamknął głęboko osadzone oczy i zaczął rzęzić tak głośno. że zdjął mnie lęk, by się nie zwalił na podłogę. Chłopak otoczył go delikatnie i czule ramieniem, głaszcząc ręką straszliwie wychudzony policzek starca. Ani starzec, ani dziecko nie powiedzieli na powitanie ani słowa. Kobieta, która przybyła wraz z nimi, ukłoniła się, umieściła tobołek obok starca, rozłożyła ręce i rzekła błagalnym tonem:

- Może znajdzie się dla nas miejsce w stajni?

- Żebracy, nieroby, albo złodzieje! - szepnęła gospodyni mężowi.

Nie była tak dobroduszna, jak Franio, który wcale nie zwrócił uwagi na jej słowa i, obrzucając przybyszów współczującem spojrzeniem, zapytał:

- Dlaczego mówicie o stajni, a nie o łóżku?

- Nie mamy pieniędzy - odparła kobieta z głębokiem westchnieniem.

- Dlaczegóż przyszliście tutaj? To nie miejsce dla hołyszów i żebraków! - wtrąciła gospodyni.

- Nie mogliśmy iść dalej; ojciec mój zemdlał z wyczerpania.

Gospodyni chciała odpowiedzieć, ale Franio dał jej znak ręką, by milczała, i zwrócił się do nieznajomej z żądaniem okazania paszportu. Kobieta wyciągnęła go z zawiniątka. Franio przeczytał, pokiwaj głową, spojrzał na przybyszów raz jeszcze i zapytał ze zdziwieniem:

- Z tak daleka przybywacie przez śniegi? Wybieracie się do Ameryki? W tych ubraniach - bez pieniędzy? Albo kłamiecie, aibo też nie jesteście przy zdrowych zmysłach!

- Paszport dowodzi, że o kłamstwie niema mowy.

- Przecież na podróż do Ameryki trzeba pieniędzy. Szyfkarta kosztuje.

- Mąż przysłał nam szyfkarty.

- Mąż jest w Ameryce?

- Tak. Wyjechał za ocean przed trzema laty; pracował, oszczędzał tak długo, aż mógł nam przysłać szyfkarty.

- Tylko szyfkarty? Aby się dostać do portu, trzeba przecież pieniędzy!

- Mieliśmy pieniądze ze sprzedaży całego naszego dobytku. Nie było tego wiele, gdyż kupujący byli takimi samymi biedakami jak my; ale wystarczyłoby na podróż do Bremy, gdyby mój ojciec nie zachorował. Dostał krwotoku, trwało to dwa miesiące, - wydaliśmy wszystko.

- Dlaczegóż, moja droga, nie wróciliście do domu?

- Do domu? Cóż mieliśmy robić w domu gdzie nic już nie mamy, gdzie się nam tak źle powodziło? Mamy przecież szyfkarty, a mąż czeka za oceanem!

- Słusznie! Ale ta wędrówka do Bremy o chłodzie i głodzie musi być czemś okropnem. Nie wyobrażam sobie wcale, jak długo będziecie musieli wędrować. Czy znacie drogę?

- Pytamy spotkanych ludzi i w ten sposób posuwamy się naprzód.

- No, daleko nie dojdziecie, jeżeli stan zdrowia starca się nie poprawi.

- Jeżeli tylko dzień, dwa, potrafi wytrzymać, będziemy mogli wypocząć. Na górze, w Graslitz, mieszka jeden z naszych krewnych, fabrykant instrumentów muzycznych. Jestem pewna, że będziemy mogli pozostać u niego, dopóki ojciec nie powróci do zdrowia.

- Chcecie do Graslitz? Na taką górę, przy tym śniegu? Oszaleliście!

- Mamy paszport - musimy iść naprzód.

- Tak - wtrąciła żona Frania - Przecież maja paszport. Kwestja tylko, czy naprawdę chcą jechać do Ameryki, czy też mają zamiar koczować po kraju?

Kobieta rozpłakała się; po chwili wyciągnęła z chustki kopertę i, podając ją gospodarzowi, rzekła:

- Nie jesteśmy włóczęgami, spotkało nas tylko wielkie nieszczęście. Niech pan otworzy tę kopertę! Leżą w niej nasze szyfkarty.

- Wierzę na słowo - odparł Franio, wzruszony łzami biedaczki. - Trzeba się zastanowić, w jaki sposób wam można byłoby pomóc. Z pewnością jesteście głodni! Siadajcie przy stole.

Kobieta spojrzała nań z wdzięcznością i usiadła przy stole. Gospodyni wstała, mruknęła coś niechętnie i wyszła do kuchni. Franio rzekł do nas poufnym tonem:

- Jest wściekła, mimo to zrobi, co zechcę. Mężczyzna pozostanie zawsze mężczyzną, choćby miał sto bab na karku; aunus producit, non ager. Nie pozwolę, by ci biedacy spali w stajni!

Obydwaj współczuliśmy biedakom i postanowiliśmy zrobić wszystko, co w naszej sytuacji było możliwe: podałem swoją szklankę wina starcowi, a Carpio podsunął nietknięte jadło chłopcu, który rzucił się na nie łapczywie.

Gospodyni nie wracała. Spokojny dotychczas Franio wpadł w szewską pasję; wstał i wyszedł do kuchni. Po chwili rozległy się stamtąd ostre tony niezbyt regularnego duetu. W pierwszej części dominował krzykliwy dyszkant, któremu od czasu do czasu odpowiadał łagodny bas; w drugiej stosunek głosów zmienił się nieco; bas rozbrzmiewał teraz pełnemi kadencjami, sopran zaś wypuszczał cienkie trele. Nie ulegało wątpliwości, że gospodyni dała z kuchni nogę. Po chwili zjawił się rozpromieniony Franio.

- Poszła do sąsiadki, by się u niej wykrzyczeć - wyznał, a wyznanie to napełniło nas dumą. - Tymczasem możemy tu robić, co się nam podoba. Uwaga!

Podał przybyszom do połowy opróżnioną miskę z fasola i przysunął również półmisek z mięsem, oraz podał pełną flaszkę wina. Potem usiadł obok nich i rzekł do nas:

- Chodźcie tu, panowie studenci! Pomówimy z tymi poczciwymi ludźmi o Ameryce. Mąż pisał do tej kobiety, może dowiemy się więc czegoś nowego o tym kraju. - Ameryka pana interesuje? - zapytał Carpiona.

- Ależ tak, oczywiście! Za oceanem mieszka jeden z moich krewnych, który pisuje od czasu do czasu do rodziców.

Nie mogłem się nigdy dowiedzieć, co to za krewny. Osłaniał go mgłą tajemniczości, od czasu do czasu oświetlając postać amerykańskiego kuzyna trzema błyskawicami. Dowiedziałem się więc, że kuzyn mieszka w Eldorado, jest miljonerem, i że Carpio jest jego jedynym spadkobiercą.

Franio wyznał szczerze, że Eger i Karlsbad są mu o wiele lepiej znane, aniżeli państewka i terytoria Stanów Zjednoczonych. Carpio postanowił go więc oświecić i zaczął recytować wszystko, co o Ameryce wiedział z geografii. Franio słuchał z niesłychaną uwagą, ja z roztargnieniem, przybysze zaś, zajęci zaspakajaniem głodu, nie interesowali się wcale wyliczaniem ilości mieszkańców, miast i miasteczek zamorskiej krainy.

Córka okazywała ojcu w zruszającą troskliwość, chłopak oddawał mu ze swego talerza każdy najlepszy kąsek. Starzec był szalenie osłabiony. Nogi się pod nim uginały, trzeba go było karmić jak dziecko. Pił chętnie wino, ale nie jadł prawie nic. Widać było, że przedewszystkiem potrzebuje spokoju i snu. Patrzącemu na wychudzoną straszliwie twarz mimowoli narzucało się poczucie, że sen jego wkrótce zmieni się w wieczny.

Kobieta modliła się długo przed jedzeniem; nie ulegało wątpliwości, że nie czyni tego ze względu na nas, lecz że modlitwa ta wyrosła z przyzwyczajenia i głębokiej wiary. Skończywszy wieczerzę, pomodliła się znowu, poczem zwróciła się do gospodarza z prośbą, by pozwolił jej ułożyć ojca do snu. Starzec sprzeciwił się ruchem głowy i rzekł zmęczonym, bezdźwięcznym głosem:

- Pozwól mi jeszcze posiedzieć, droga córko. Wędrowaliśmy wśród śnieżnej zawiei, gdy wszędzie w ciepłych pokojach płonęły choinki. Szliśmy dalej i dalej, z jednego miejsca na drugie, nie mogliśmy radować się wraz z innymi. Nie mogłem zapalić wam drzewka, ani nic podarować, marzliście i głodowali w świąteczne dni Narodzenia Bożego. Nie chcąc was zasmucić widokiem łez, tłumiłem je w sobie. Tutaj dopiero czuję się dobrze, tu nas przyjęto życzliwie; nie marzniemy, nie odczuwamy głodu; tu święcić będziemy Narodzenie Boże!

Słowa te przerywał suchy, dręczący kaszel. Wypowiedziawszy je, starzec złożył ręce i zaczął szeptać słowa modlitwy. Córka również złożyła ręce i wśród łkań powtarzała modlitwę za starcem. Chłopiec zagryzł wargi, i patrzył na nas chcąc z oczu naszych wyczytać, w jaki sposób zareagowalibyśmy, gdyby wybuchnął płaczem. Dzielny malec!

Modlący się starzec nie wyglądał teraz na żebraka. Szczyty wysokich gór pokrywał śnieg. Gdy śnieg starości ukoronuje człowieka, staje on się bliższy nieba. A bliskość nieba wzbudza w każdym człowieku pokorę. Modlący się drżącemi wargami o wejście do nieba starzec, cicho płacząca kobieta i walczący z naporem łez chłopiec stracili w mych oczach cechy żebraków, i zmuszali do zastanowienia nad słowami Biblii: Gdzie dwoje lub troje zbiera się razem w mojem imieniu, tam jestem pośród nich.

Spoważnieliśmy wszyscy; dziecinna wesołość prysła jak bańka mydlana. Wstydziłem się strasznie, że przed chwilą jeszcze zabijaliśmy wiedzę kiepskiemi dowcipami, podczas gdy po pokrytych śniegiem halach i połoninach wędrowała nędza i bieda.

Miałem wrażenie, że gospodarz odczuwa to samo; chcąc ukryć zmieszanie, chrząknął kilkakrotnie i rzekł:

- Dobrze, świętujcie tu swoje Boże Narodzenie! Pomogę wam i przyniosę ją tutaj.

Wyszedł do sieni; otworzył drzwi, prowadzące do mieszkania. Po chwili dowiedzieliśmy się, co miał na myśli, mówiąc "przyniosę ją", - zjawił się z choinką, obwieszoną świecidełkami i kawałkami niedopalonych świeczek. Rozpromieniony chłopak skoczył od stołu, ofiarując swą pomoc, którą chętnie przyjęliśmy.

Franio wyszedł za drzwi i wrócił po chwili, niosąc kilka części garderoby swojej i żony, zwój kiełbasy i babkę; dołączywszy do tego pięć guldenów, położył wszystko pod drzewkiem i rzekł:

- Oto dary dzieciątka, które zobaczyło wasze łzy i wysłuchało waszej modlitwy. Dziękujcie więc Chrystusowi, nie mnie.

Trudno opisać niesłychaną radość przybyszów. Źrenice starca rozszerzyły się, by wchłonąć blask świec; córka przelewała zamiast łez bólu, łzy radości; chłopiec otoczył jej szyję ramieniem, by ukryć łkanie na matczynej piersi. Zupełnie mechanicznie sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem z niej guldena i położyłem pod drzewkiem obok pieniędzy ofiarowanych przez Frania. Gdy to Carpio zobaczył, rzekł do mnie:

- Tak, wy możecie dawać! Franio jest bogaty, bo się bogato ożenił; ty zaś miałeś pięć talarów. Jam najbiedniejszy, nic dać nie mogę - ależ nie, nie, i ja im coś dam, choć to nie brzęcząca moneta!

Poprosił o chwilę ciszy, stanął pod choinką i zaczął deklamować mój wiersz.

Czemu to przypisać, że własny wiersz wydał mi się tak obcy, jakgdybym nie ja go stworzył, a inna daleka istota?

Im dłużej deklamował Carpio, tem dystans między mną a moim utworem wzrastał. Pozostali słuchali ze skupieniem. Starzec nie spuszczał z Carpiona oka; w oczach jego pojawiły się dziwne blaski. Czy to był refleks płonących świec, czy odblask nadziemskiej jasności, oświetlającej jego serce, - nie wiem. Oparł ręce na stole i wyciągnął je wgórę, podnosząc wysoko głowę; zdawało się, że chce pochwycić dar, idący z niebios, i zatrzymać go przy sobie. Słuchał w głębokiem skupieniu. Gdy Carpio skończył, wstał, wyprostował się jak świeca i poprosił:

- Proszę powtórzyć jeszcze ostatnie zwrotki. Proszę powtórzyć słowa kapłana!

Carpio spełnił jego prośbę. I znowu zdawało mi się, że to nie moje słowa, lecz cudze.

Starzec złożył ręce, opadł na krzesło, zamknął oczy. Na twarzy jego wykwitł uśmiech. Po chwili wyszeptał:

- Tak, narodził się mój Zbawiciel! Mój, mój, mój... Szukałem go długo, długo i oto przyszedł. Widząc go, widzę jego gwiazdę, widzę światło, błyszczące z pól betleemskich. Cóżto powiedział Symeon, ujrzawszy w świątyni Chrystusa?

Dałem znak przyjacielowi, aby powtórzył zwrotkę.

- Tak, tak, widzę go! - ciągnął starzec, nie otwierając oczu. Poruszył wargami, lecz się nie modlił; szukał słów, które przed chwilą usłyszał; chciał je powiązać. Po chwili rzekł:

- Jakież są słowa grzesznika, błagającego o zmiłowanie?

Carpio nie czekał tym razem na mój znak, lecz odparł sam.

- Spójrz na dziecię twoje - powtórzył starzec - tęskniące za światłem - Nie idź z niem przed sąd!... Nie idź z niem przed sąd, nie idź! - zawołał głośno, patrząc na nas z lękiem. Po chwili zamknął oczy; wyraz przerażenia ustąpił miejsca łagodnemu uśmiechowi. Wyszeptał: - Gwiazda zbawienia zaprowadzi cię do chwały Pana - prawda - chwała, cud, zbawienie... Jestem zmęczony, chcę spać, spać, spać!...

Głowa opadła ku ziemi.

- Wielki Boże, umiera! - rzekł zatroskany gospodarz.

- Nie, nie umiera! - uspokoiła go córka - Zmęczyła go daleka, uciążliwa droga, wyczerpało wzruszenie. Często...............