Cud na śniadanie
O szóstej rano czekaliśmy na kawę,
czekając na kawę i miłosierny okruch,
które mieli wydawać na pewnym balkonie
- niby dawni królowie, czyli jakiś cud.
Było jeszcze ciemno. Jedną stopą słońce
mocno stanęło w długiej bruździe rzeki.
Pierwszy prom już dobił do brzegu rzeki.
Było zimno i mieliśmy nadzieję, że kawę
podadzą bardzo gorącą, widząc, że słońce
nie zamierza nas ogrzać; i że każdy okruch
będzie jak bochen z masłem, czyli cud.
O siódmej jakiś mężczyzna stanął na balkonie.
Może przez minutę stał sam na balkonie,
ponad naszymi głowami patrząc w stronę rzeki.
Następnie z rąk służącego wziął zadatki na cud,
w jednej samotnej filiżance kawę
oraz bułkę, z której odłupał pierwszy okruch,
z głową, by tak rzec, w chmurach - obok było słońce.
Czy ten człowiek oszalał? Czegóż to, o słońce,
chciał tam w górze dokonać na swoim balkonie!
Każdy dostał jeden całkiem czerstwy okruch,
który ten i ów smyrgnął ze wzgardą do rzeki;
oraz na dno filiżanki, po kropelce, kawę.
Część z nas dalej stała, czekając na cud.
Mogę rzec, co było dalej, i nie był to cud.
Widziałam piękną willę, nad nią stało słońce,
i już w drzwiach wyczuwało się gorącą kawę.
Od frontu barok białego gipsu na balkonie
doklejony przez ptaki gniazdujące wzdłuż rzeki
- widziałam jednym okiem wlepionym w okruch -
i galerie, i marmurowe komnaty. Mój okruch
mym pałacem, dla mnie przemieniony w cud
przez wieki, przez insekty, ptaki i wody rzeki
żłobiące kamień. Codziennie, gdy jest słońce,
zasiadam do śniadania na własnym balkonie
z nogami na balustradzie i piję galonami kawę.
Do cna wylizaliśmy okruch, przełknęliśmy kawę.
Po przeciwległej stronie rzeki okno odbiło słońce,
jakby stawał się cud, nie na tym balkonie.
Man-Moth1
Tu, na górze,
blaski rozbitego księżyca zatykają szpary w budynkach.
Całkowity cień Człowieka sprowadza się do kapelusza.
Pada mu do stóp jak rondo podstawki pod lalkę i powstaje
odwrócona szpilka o czubku namagnesowanym przez księżyc.
Człowiek nie widzi księżyca; obserwuje jego ogromne rewiry,
czując tylko paradne światło na dłoniach, ani zimne, ani gorące,
w temperaturze, jakiej nie zmierzą żadne termometry.
Ale gdy Man-Moth
składa rzadkie, lecz regularne wizyty na powierzchni,
nieco innym okiem spogląda na księżyc. Wynurza się
z dowolnego otworu w krawężniku któregoś z chodników
i zaczyna nerwowo zdobywać frontony różnych budynków.
Przypuszcza, że księżyc to niewielka dziura w powale nieba,
która świadczy o bezużyteczności nieba w roli osłony. Drży,
lecz musi sprawę wyświetlić tak wysoko, jak tylko się da.
Piętro po piętrze
cień jak szmata fotografa ciągnie się za nim wzdłuż fasad,
gdy wylękniony się wspina, myśląc, że tym razem da radę,
wepchnie filigranową głowę w ten otwór okrągły i czysty,
i da się na światło wycisnąć w czarnych zwojach, jak z tubki.
(Człowiek stojący pod nim nie ma podobnych iluzji).
A Man-Moth musi wykonać to, co go najbardziej przeraża,
chociaż nic z tego, rzecz jasna; upada zatrwożony, lecz cały.
Wtedy wraca
w blade tunele z cementu, w których widzi swój dom. Fryga,
fruwa i nigdy nie zostaje pasażerem bezgłośnych pociągów
dostatecznie pospiesznych. Migiem zamykają się drzwi.
Man-Moth zawsze zajmuje miejsce tyłem do kierunku jazdy,
a pociąg rusza z maksymalną, straszną prędkością
bez żadnej zmiany biegów czy jakiejkolwiek gradacji.
Man-Moth nie ma pojęcia, jak szybko podróżuje do tyłu.
Każdej nocy musi
w kółko przejeżdżać sztuczne tunele i śnić seryjne sny.
Jak podkłady pod pociągiem, sny migają pod spodem
jego pędzącego mózgu. Nie śmie wyjrzeć przez okno,
ponieważ trzecia szyna, jednostajny przeciąg trucizny,
biegnie obok niego o włos. Uważa ją za taką chorobę,
na którą ma dziedziczną podatność. Musi trzymać
ręce w kieszeniach, tak jak inni muszą nosić szaliki.
Jeśli go schwytacie,
bateryjką świećcie mu w oko. Ma tylko źrenicę, ciemną
noc w czystej postaci, i zjeży się jej owłosiony horyzont,
gdy na was spojrzy i oko zatrzaśnie. Spomiędzy powiek
wszystko, co ma - jedna łza - wysunie się wtedy jak żądło.
Chyłkiem zgarnie ją w dłoń i - jeśli nie będziecie ciekawi -
połknie. Lecz wystarczy mieć oczy otwarte, a odda -
czystą jak z głębinowych źródeł, schłodzoną do picia.