Rozdział pierwszy
Mira
Nieludzki ryk zmroził wszystkich. Nawet klaksony ustały, zostawiając po sobie dzwoniącą w uszach ciszę. A ja? Ja stałam jak pizda - co prawda ją miałam, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek się nią stanę. Nie był to wynik strachu. Po prostu mimo wszystko wierzyłam albo raczej się łudziłam, że na tej ulicy znajdę siostrę, a nie jakiegoś popaprańca.
- Mira! - usłyszałam za sobą krzyk Olafa i to mnie otrzeźwiło. Odskoczyłam, ledwie unikając sunącego w moją stronę ostrza. Skurwiel przeteleportował się tu razem z mieczem. Zajebiście.
- Przestań! Pomogę ci! - Wyciągnęłam przed siebie dłoń, łudząc się, że to coś, co z wykrzywioną twarzą wyglądało jak mutant, zrozumie ten gest jako gwarancję bezpieczeństwa. Cóż... Nie wyszło.
Z trudem dźwignął się na nogi. Jasną koszulę miał całą we krwi, ale nie wyglądało, jakby to on potrzebował pomocy. Spomiędzy warg wystawały mu wielkie kły, a czarne oczy łypały na boki w poszukiwaniu pierwszej ofiary. Ewidentnie był przerażony, a ja nie wiedziałam, co mam zrobić. Chuj strzelił plan.
- Mira, kurwa, odsuń się! - Mój partner podchodził coraz bliżej, przeciskając się między samochodami, a ja aż chciałam mu odszczekać: "to Mira czy kurwa?". Brawo, mózgu.
- Jesteś bezpieczny. - Zignorowałam Olafa, ciągle próbując w jakiś sposób trafić do tego przybysza. Nigdy jednak nie byłam dobra w pertraktacjach.
Koleś warknął coś kompletnie niezrozumiale. No tak, bariera językowa, mogłam się tego domyślić.
Coś walnęło i to przeważyło szalę. Monstrum rzuciło się na mnie z mieczem tak błyskawicznie, że zdążyłam jedynie wpaść na pojazd za sobą. Zadzwoniło mi w uszach od huku, a potem rozległ się kolejny i jeszcze jeden. Zsunęłam się z maski w ostatniej chwili. Wyginana pod moim ciężarem blacha zapiszczała, a kolejne trzy wystrzały przecięły okolicę. Nie miałam dokąd uciekać zaklinowana między autami. Zobaczyłam, jak niedaleko upada ciało.
- Kurwa! - warknęłam i z trudem wydostałam się z kryjówki.
- Mira! Jesteś ranna? - Olaf dopadł do mnie, wciąż trzymając broń. Gdyby nie on, pewnie zostałabym poszatkowana, jednocześnie moja szansa na ocalenie siostry zniknęła.
- Nie, kurwa, wieczorna! - odpyskowałam, on na szczęście się nie zraził. Prawdziwy deszcz prostytutek tu urządziliśmy, ale przekleństwa zawsze pomagały nam upuścić trochę pary.
- Zajebałby cię! Co to było? - Odwrócił głowę ku mężczyźnie akurat w momencie, gdy ten z jękiem usiłował wstać. - O ja pierdolę...
- Trafiłeś go chociaż? - mruknęłam, lecz krew rozlewająca się wokół tego czegoś, bo człowiekiem go nie nazwę, dawała jasną odpowiedź. Gdzieś daleko słychać już było sygnały karetki i wsparcia.
- Sześć razy...
Tylko tyle zdążył powiedzieć, bo napastnik podniósł się na kolana. Zawarczał, wypluwając nitki śliny pomieszanej z krwią. Wciąż ściskał kurczowo miecz.
- Co jest? - Popatrzyłam na koszulę tego gościa, rozerwaną w sześciu miejscach. Domyślałam się, że to nie taki człowiek, jakim sama byłam, ale to...
- Rzuć broń! - Olaf przybrał już postawę strzelecką, nie pozostawiając mi wyboru. Wyciągnęłam pistolet. Musieliśmy ochronić nie tylko siebie, ale również gapiów, którzy nagrywali zajście, by później wrzucić coś ciekawego w odmęty internetu.
- On chyba nie rozumie... - Moje słowa niewiele dały, bo stwór z trudem wstał i znów spróbował się na nas rzucić. Strzeliliśmy oboje po kilka razy. Z każdą kolejną kulą rozrywaliśmy mu ciało coraz bardziej, lecz on dalej stał na nogach. Nienawiść sączyła mu się z oczu. Poczułam jakieś ukłucie żalu w sercu. Koleś nawet nie wiedział, dlaczego i za co ginie. Mimo to nawet gdy upadł na asfalt, nie wypuścił miecza z ręki.
- Osłaniaj mnie. - Ostry głos Olafa wcale nie rozproszył moich nieprzyjemnych myśli, aczkolwiek szkolenie robi swoje. Wysunęłam się na lepszą pozycję i z uniesioną bronią wycelowaną w ciało tego czegoś czekałam na jego nieodpowiedni ruch.
Mój partner odkopnął miecz, a ja się skrzywiłam. Z jakiegoś dziwnego powodu uznałam, że to znak śmierci. W przeciwieństwie do tych chyba łącznie kilkunastu dziur po kulach.
- Musiał być na niezłych prochach - mruknęłam, kierując logikę na jedyne słuszne tory. Raczej nikt by nie uznał, że to obcy, ale lepiej dmuchać na zimne.
- Nie żyje - odparł Olaf, przyłożywszy palce do tętnicy szyjnej napastnika. Wstał i odetchnął głęboko. - Tego nie da się wytłumaczyć. Jak w tym kawale z krową1. Jeżeli to nie były prochy od ruskich, to ja już nie wiem, co mogło kogoś tak długo trzymać przy życiu. Przecież dostał kilka razy w serce.
- Co za różnica? Internetowi mędrcy i tak powiedzą, że policja jest brutalna i agresywna. - Dopiero teraz opuściłam broń. Wszystko się zjebało i nie miałam pomysłu, jak to naprawić. Zaraz zjawi się cały zespół, bo przecież z grupowej stłuczki zrobiło się zabójstwo, a bałam się, że jeżeli zabiorą to ciało na sekcję, problemy będą tylko się mnożyć.
- Nasi już dojeżdżają. - Wstał i obrócił się w moją stronę. Wyraz jego twarzy ze zdenerwowanego zmienił się w przerażony. - Mira, kurwa, czego nie mówisz, że dostałaś?!
Chciałam już parsknąć i powiedzieć, że powinien kupić sobie okulary albo przestać pieprzyć, ale w końcu coś dotarło do mojego ewidentnie oczadziałego mózgu. Ból w udzie z każdą sekundą narastał. Spojrzałam w dół i przekonałam się, że moje jeansy zmieniły kolor z jasnoniebieskiego na bordowy.
- Hmm... - mruknęłam, ewidentnie wzbijając się na wyżyny inteligencji.
Olaf dopadł do mnie i złapał, jakbym miała się przewrócić.
- Trafił cię?! - Podprowadził mnie do wgniecionej maski najbliższego auta i na niej posadził. Jego właściciel stojący niedaleko zaczął coś sarkać, ale niby od niechcenia machnęłam bronią, którą wciąż trzymałam, i się zamknął.
- Nie... Chyba poraniła mnie blacha, jak się zsuwałam po samochodzie. Widzę kawałek lakieru na spodniach.
Faktycznie, zielonkawy odprysk uczepił się materiału. Jak znałam swoje szczęście, był to jakiś rdzawy złom.
- Chłopaki! Tutaj! - wydarł mi się Olaf nad uchem i pomachał do ratowników, którzy właśnie wysypali się z karetki. Musiałam przyznać, że z pokaźnego wachlarza moich partnerów ten był najlepszy.
- To tylko tak źle wygląda, nic mi nie jest. - Szturchnęłam go pięścią, ale popatrzył na mnie tak, jak często robiła to Elektra. Jakbym była denerwującym komarem po drugiej stronie szyby. Wspomnienie siostry zabolało bardziej niż rozwalone udo. Przełknęłam i zanim stanął przede mną ratownik, powiedziałam: - Dzięki, stary. Uratowałeś mi dupę.
Olaf prychnął. W sumie zrobiłabym to samo. Jeżeli ma się partnera na służbie, za wszelką cenę chroni się jego życie. Tak każe niepisany kodeks.
- Rysiek, zajmij się nią, bo zaczyna mięknąć - rzucił do ratownika, który stanął obok i właśnie otwierał swoją wielką torbę. A może to był plecak? Nie wiem. Nie zdążyłam tego przeanalizować, bo partner powtórzył mój wcześniejszy gest i pacnął mnie pięścią w podbródek. - Trzymaj się, stara. Idę posprzątać ten burdel.
Nie zdążyłam nic powiedzieć i już go nie było. Miał rację. Dookoła panował straszny chaos. Za nami już dawno zrobił się korek, ludzie pomstowali. Jak widać, strzelanina potrafi ich zamknąć jedynie na parę minut, a tego wszystkiego nie sposób będzie wytłumaczyć.
- Gwiazdeczko, co ci się stało? - Rysiek, ratownik, którego poznałam wiele lat temu na swoim pierwszym wezwaniu i spotykałam cyklicznie minimum trzy razy w miesiącu, nie czekał na nic, tylko od razu zajął się moją nogą. Zabolało jak sam skurwysyn.
- No weź, kurde, damę opatrujesz. Byś trochę delikatniej do tego podszedł.
- Damę? Gwiazdeczko, ale gdzie? - Zarechotał śmiechem palacza i popatrzył na mnie tymi swoimi małymi w porównaniu z resztą twarzy oczami. - Uczulona na coś jesteś?
- Na ameby umysłowe. - Zacisnęłam zęby, bo cokolwiek robił, wciąż dawało mi się we znaki.
- No... to miejmy nadzieję, że tego tu nie ma!
Jego wesołość nawet mnie rozluźniała, ale wtedy wbił mi igłę w ramię i jakiś środek, zapewne przeciwbólowy, zapiekł jak sam... Nie muszę raczej kończyć.
- Chyba dzisiaj humoru nie masz, skoro się tak na biednej gwiazdeczce wyżywasz... - Potarłam rękę. Dziwne odrętwiające uczucie rozlewało się falami, kierując wprost do nogi.
- Też mi coś... A po co miałbym to robić? Będę mieć spokój dzięki tobie, bo trzeba to w szpitalu zszyć, oczyścić, serię zastrzyków dać. Tu ci tego nie zrobię. Pojedziemy zaraz, spokojnie, bez krzyków. Taka pacjentka to ideał. - Zamknął swoją torbę, która okazała się jednak plecakiem, i odwrócił się w stronę mojego partnera. - Olaf! Zabieramy ją, trzeba szyć! Jak chcesz jakiś specjalny wzór, to wyślij mi MMS-em!
- Błyskawicę jej zrób! - odkrzyknął. Spojrzał jeszcze na mnie, żeby się upewnić, czy wszystko w porządku. Nie musiał się o nic martwić. Rysiek to swój chłop i do tego wielki jak niedźwiedź. Zapewne dlatego bez problemu wziął mnie na ręce i zaniósł do karetki. Nie wyrywałam się, bo i po co? Mogłam przynajmniej się zastanowić, co dalej.
***
Zadzwoniłam do Żywii, kiedy tylko zostałam sama na sali w oczekiwaniu na szycie. Odebrała dość szybko. Za szybko.
- Gdzie jesteś? - Od razu przeszła do konkretów, mając w poważaniu jakiekolwiek normy społeczne. Postanowiłam zrobić to samo.
- Wyniknęły pewne problemy... Moja przesyłka nie żyje. To był jakiś mężczyzna z wielkim mieczem. Rzucił się na mnie i mój partner go zastrzelił.
Usłyszałam głośne westchnienie, które z jakiegoś powodu uznałam za ukryty przekaz: "wiedziałam, że ona coś zjebie".
- Przyjeżdżaj. Złapałam swoją przesyłkę, ale też jest agresywna. Póki był oszołomiony, przywiązałam go do drzewa. Teraz nie mogę go ruszyć, bo tylko warczy i kłapie zębami.
- Jeszcze mi tu trochę zejdzie... Jestem w szpitalu, muszą mi zszyć nogę. Pilnuj go, bo... - Nie dokończyłam. Brutalnie mi przerwała.
- Wiem, co mam robić. - Rozłączyła się i znowu nawet nie powiedziała, że mogę się pocałować w dupę.
Zasłoniłam oczy dłonią, by je ukryć przed wypalającym światłem. Ciągle kołatało mi w głowie, że plan poszedł się jebać, ale po prawdzie nie było żadnego planu. Jedynie mrzonka, że zgarniając tych, którzy się tu pojawią, znajdziemy sposób, by trafić do Elektry. No ale mamy o jedną szansę mniej.
Telefon zaburczał mi przy uchu. Jeżeli to Żywia... I po co się nakręcam, skoro i tak nic nie zrobię? Jestem od jędzy zależna.
- Co? - rzuciłam równie oschle jak ona wcześniej, lecz to nie jej głos usłyszałam w odpowiedzi.
- "Co"? Tak się wita przyjaciół? Lepiej powiedz, czy jesteś cała i co się dzieje. - Sylwek od momentu zaginięcia Elektry postawił sobie za punkt honoru pilnowanie mnie. To miłe, ale przecież nie mogłam mu powiedzieć wszystkiego.
- Co? - powtórzyłam. Ta rozmowa brzmiała, jakbyśmy się zacięli, więc zaraz dodałam: - Skąd wiesz? I tak, jestem cała. Znaczy względnie, będą mi nogę szyć, nic ciekawego ani groźnego.
- Na Miejskim Raporcie2 jest filmik, ktoś wrzucił. Czy to była ta niecierpiąca zwłoki sprawa, która miała ci zająć tyle czasu, że dostałem misję kwiatek?
- To był jakiś naćpany koleś, który wlazł na środek ulicy i spowodował karambol. Jak niby miałabym przewidzieć, że coś takiego się stanie?
- Jak? Nie wiem. Ale od pewnego czasu nie mówisz mi wszystkiego, a ja równie mocno jak ty chcę znaleźć Elektrę. Nie pakuj się w kłopoty, bo twoja krzywda nam w żaden sposób nie pomoże.
- Gadasz jak ona, wiesz?
- Słyszysz mądrość życiową wyssaną z mlekiem służby i się dziwisz. A teraz mów: w którym szpitalu jesteś? Zaraz tam podjadę.
Westchnęłam ciężko. Z jednej strony nie chciałam go tutaj, z drugiej - patrząc na wydarzenia sprzed godziny, sama z Żywią nie dam sobie rady.
- Wyślę ci pinezkę i powiem wszystko. Ale to musi zostać między nami, nawet jeżeli uznasz mnie za wariatkę.
- W końcu rozsądna decyzja, drogie dziecko. Do zobaczenia.
Przewróciłam oczami i się rozłączyłam. Wciąganie w to kolejnych osób tylko szybciej zapewni mi bilet do psychiatryka, ale jeżeli nie znajdę Elektry, i tak prędzej czy później tam trafię, więc co za różnica? Nie miałam zbyt wiele czasu na użalanie się nad sobą. Przyszedł lekarz - niesamowity gaduła - i od razu zajął się moją raną. Plusy bycia ze służby. Inni pewnie by czekali na pomoc kilka godzin, ja zaś przy dobrych wiatrach za cztery będę razem z Sylwkiem u Żywii.
***
- Zaraz dojedziemy na miejsce, a ty milczysz. Jak moja żona, kiedy za często sugeruję, że moja kochana teściowa mogłaby siedzieć u siebie w domu.
Sylwek zgodnie z umową odebrał mnie ze szpitala, a teraz, przez całą drogę, gdy prowadził, nie dawał mi spokoju. Nie bardzo wiedziałam, od czego właściwie zacząć.
- Mogę ci wyciągnąć torebeczkę z białym proszkiem z dowodowego. Podrzucisz ją teściowej, dasz cynk i będziesz miał ją z głowy przez co najmniej parę miesięcy. Wystarczy słowo.
Uśmiech rozciągający jego usta był tak szeroki, że prawie usłyszałam trzeszczenie skóry.
- Nie dawaj spragnionemu ułudy oazy. To byłoby zbyt piękne, żeby było prawdziwe... I nie zachowuj się jak Elektra.
Poruszyłam się na fotelu, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję. Leki przestawały działać, pulsowanie na szwach powoli zamieniało się w dyskomfort.
- To, co robię, to przemyślana strategia. Zacznę gadać wtedy, kiedy będzie za późno na zatrzymanie się i ucieczkę. Nie dojdę na miejsce z tą nogą. Nie mam sztucznej jak ty - podpuszczałam go, lecz dobrze wiedziałam, że ma luźne podejście do swojej protezy. Nie pomyliłam się, bo usłyszałam jego śmiech. Sylwkowi ewidentnie udzielała się moja nadzieja. Nawet moja matka ją straciła, ale on ani na chwilę nie przestawał szukać Elektry.
Wyciągnęłam dłoń, żeby podgłośnić radio, ale kiedy tylko dotknęłam gałki, z głośników wydobyły się okropne piski podobne do sprzężenia mikrofonu. Skrzywiłam się, Sylwek również, aż zdjął nogę z gazu. A potem... potem nie było nic miłego.
Ból przeszył mi skronie, tak że zgięłam się wpół. Obrazy przeleciały mi przed oczami, w żołądku zostało nieprzyjemne uczucie. Trwało to może kilka sekund, bo auto dopiero wyhamowywało.
- Mira, wszystko w porządku? - Sylwek zaczął zjeżdżać na pobocze. Jak ostatnia idiotka złapałam za kierownicę i nie pozwoliłam mu dokończyć manewru.
- Jedź. Odbij zaraz w lewo - wyjęczałam. To była najkrótsza, lecz najbardziej intensywna wizja ze wszystkich.
- Może to jakiś zakrzep. Jedziemy do szpitala.
Warknęłam tak głośno jak ten zastrzelony dzisiaj psychol.
- Rób, co mówię! - Doszłam do siebie na tyle, żeby walnąć dłonią w deskę rozdzielczą. Chyba go to przekonało, bo skręcił tam, gdzie mówiłam. - Prosto i druga w prawo, w las.
Radio znów zaczęło piszczeć, i to tak dotkliwie, że razem wyciągnęliśmy ręce w celu wyłączenia go. Ten okropny pogłos wciąż dźwięczał nam w uszach.
Światła reflektorów drgały na każdej nierówności, gdy Sylwek wjechał na leśną dróżkę. Mieścił się tu ledwo jeden samochód, ale nie przewidywałam problemów z wymijaniem. Czekałam na kogoś innego.
- Tam. - Wskazałam coś, co w przypływie entuzjazmu można by nazwać rozszerzeniem drogi. - Zatrzymaj się. I czekamy...
Tym razem zrobił to, co mu kazałam, wchodząc w tryb wojskowego. Widziałam to kilkakrotnie u Elektry. Pełne skupienie i cisza, kiedy człowiek rozumie, że cokolwiek się dzieje, sytuacja staje się poważna.
- Na co czekamy? - zapytał, sięgnął do tyłu po swój plecak i wyjął z niego pistolet. Poczułam ukłucie tęsknoty. Przy nim rozłąka z siostrą była bardziej przejmująca.
- Raczej: na kogo. Elektra nie została porwana. Ona rozpłynęła się w powietrzu. I to znowu się dzieje, ale... ale w drugą stronę. Resztę powiem ci później.
Nie skomentował. Odpiął pas, szykując się do akcji. Widziałam u niego ten sam błysk w oku, który miała E. Tylko adrenalina i czysta ekstaza wywołują taką mieszankę.
Nie dane mi było długo się zastanawiać, bo oślepiło nas coś równie jasnego jak żarówka w pokoju przesłuchań. Odruchowo zakryliśmy oczy. Huknęło tak mocno, że aż zadrżał samochód i zgasł silnik. Potrząsnęłam głową, ale białe plamy nie chciały zniknąć. Na oślep sięgnęłam do klamki i otworzyłam drzwi. Choć to było głupie, już dawno stwierdziłam, że moje decyzje wskazują na bycie nienajostrzejszą kredką w piórniku. Co tęsknota i miłość robią z człowiekiem...
Najpierw usłyszałam czyjś jęk, nie był to jednak głos Sylwka. Potem doszedł do niego drugi, a ja ujrzałam rozmazane kształty. Na wypalonej trawie leżeli obok siebie dwaj mężczyźni. Podobnie ubrani jak ten, który pojawił się w mieście. Znowu, cholera, faceci. Gdzie była Elektra?
- Co, do chuja? - rozległo się z lewej. Sylwek musiał również wysiąść. - Koledzy tego z centrum?
Szybko łączył fakty. Pewnie dlatego Elektra tak go lubiła.
- Coś w ten deseń. Nie rozumieją nas. Musimy ich ogłuszyć i zabrać.
- Paralizator - rzucił, a ja dałam sobie mentalnego liścia w twarz. Było ze mną źle, skoro na to nie wpadłam.
Sięgnęłam do paska i odpięłam od niego broń. Noga zastrajkowała, kiedy na niej stanęłam, więc kuśtykałam, zbliżając się do tych dwóch gości. Nie musiałam mówić Sylwkowi, żeby mnie ubezpieczał. Dobrze wiedziałam, że i tak to robił. Podeszłam, a zapach spalonej trawy i ozonu prawie wykręcił mi nos. Miecz spoczywał niedaleko tych kolesi, odbijając światła reflektorów.
Ten leżący bliżej poruszył się niespokojnie i jęknął. Nie czekałam, aż w pełni odzyska przytomność. Strzeliłam mu prosto w pierś. Elektrody trafiły, pieszcząc go dotkliwie. Wydał z siebie jakiś dźwięk, ale na tyle zwierzęcy, że trudno było go do czegokolwiek przyrównać. Jego ciało wygięło się jak gumowy ołówek i zatrzęsło kilka razy. W końcu zastygł w bezruchu, a ja do niego dopadłam - dosłownie, bo się wywaliłam - i założyłam mu kajdanki, co wcale nie przyszło mi łatwo. Obaj kolesie byli więksi niż Rysiek, a to już naprawdę zakrawało na bycie mutantem.
- Drugi zaczyna się ruszać. - Sylwek podszedł bliżej, celując w głowę tamtego. Nie miałam pewności, czy taki strzał mógłby zabić to monstrum.
- Okey-dokey - mruknęłam, złapałam paralizator i zaczęłam wymieniać nabój. Nie zdążyłam.
Jeden z olbrzymów obrócił się do nas, trzymając się rękoma za brzuch. Jego ubranie przesiąkło krwią, a spomiędzy warg wystawały zdecydowanie zbyt długie kły. Nie rzucił się na nas i chyba tylko dlatego Sylwek jeszcze nie nacisnął spustu. Wlepiał we mnie przeszywające spojrzenie, jakby zobaczył ducha. Nie mrugnął, nawet nie widziałam, żeby odetchnął. Po prostu patrzył, a ja niczym zahipnotyzowana również nie drgnęłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, gdzie go już widziałam.
- O kurwa... - wypaliłam w tym samym momencie, w którym on powiedział:
- Mira...?
1 Siedzi facet przy barze nad kieliszkiem whisky i zawodzi:
- Tego się nie da wytłumaczyć... Oj, nie da się tego wytłumaczyć.
Barman, zainteresowany, o co chodzi, próbuje dociekać:
- Panie, powiedz pan, może jakoś razem to wytłumaczymy.
- Nie, niech pan nawet nie próbuje. Tego się po prostu nie da wytłumaczyć.
- Ale opowiedz pan chociaż!
- Dobra. Więc tak... Jestem rolnikiem i dwa dni temu poszedłem do obory wydoić krowę. Zacząłem doić, a tu nagle coś mnie kopnęło. Więc wziąłem kawałek sznurka i przywiązałem krowie obie tylne nogi do palików. Ale po paru minutach znowu mnie coś kopnęło, więc przywiązałem do palików również jej przednie nogi. Myśli pan, że to coś dało? Gdzie tam, za chwilę znów mnie coś chlasnęło. Myślę: ogon. No to dobra. A że nie było już palików, pomyślałem, że przywiążę ogon do belki przy stropie. Sznurka też już nie było, więc zdjąłem pasek od spodni. Stanąłem na stołku, uniosłem krowie ogon do belki pod sufitem, podniosłem pasek... i w tym momencie spadły mi spodnie. I do obory weszła żona. I tego się nie da wytłumaczyć. (Wszystkie przypisy pochodzą od autorki, chyba że zaznaczono inaczej).
2 Miejski Raport jest fikcyjną nazwą, a działanie tej strony zostało zainspirowane podobnymi serwisami, w których internauci mogą dodawać ciekawostki z danego regionu.