Sanditon - Kate Riordan

-
Proszę czekać

Przed­mowa pióra Andrew Daviesa

W ostat­nim roku życia Jane Austen roz­po­częła pisa­nie powie­ści będą­cej śmia­łym odstęp­stwem od całej jej dotych­cza­so­wej twór­czo­ści.

Mamy tu oczy­wi­ście pełną życia młodą boha­terkę i fascy­nu­jąco skom­pli­ko­wa­nego boha­tera o zmien­nych nastro­jach, lecz tło jest inne, a bra­cia Par­ke­ro­wie uosa­biają nowy rodzaj typów ludz­kich pre­zen­to­wa­nych przez Austen: są ludźmi inte­resu, przed­się­bior­cami pra­gną­cymi zmie­nić świat, w któ­rym żyją, i pozo­sta­wić po sobie ślad. Można rzec, że przy­po­mina to nieco Zaka­zane impe­rium: Tom Par­ker pró­buje prze­kształ­cić senną rybacką wio­skę w modny nad­mor­ski kurort. Obcią­żył hipo­teką swoją posia­dłość, zacią­gnął pożyczki na prawo i lewo i teraz na naszych oczach prze­bu­do­wuje San­di­ton.

Młoda Char­lotte Hey­wood zako­chuje się w San­di­ton i całym przed­się­wzię­ciu od pierw­szego dnia pobytu. To dla niej zupeł­nie inny świat zalud­niony fascy­nu­ją­cymi posta­ciami. Są wśród nich eks­cen­tryczna i ujmu­jąca rodzina Par­ke­rów, lady Den­ham, bogata i wład­cza patronka, sir Edward Den­ham i jego przy­rod­nia sio­stra Esther, któ­rych rela­cje spra­wiają wra­że­nie odro­binę zbyt bli­skich, Clara, pro­te­go­wana lady Den­ham i uboga krewna, utrzy­mu­jąca jakieś tajemne związki z sir Edwar­dem, oraz panna Lambe, dzie­dziczka z Kara­ibów i pierw­sza czar­no­skóra boha­terka Jane Austen! Dodajmy do tego kilka kłótni, intryg i nie­po­ro­zu­mień, ze dwa bale i odro­binę kąpieli mor­skich nago (doty­czy męż­czyzn), a będziemy mieli fascy­nu­jący zestaw moż­li­wo­ści.

Epoka regen­cji, w któ­rej dzieje się nasza opo­wieść, była świad­kiem gwał­tow­nego wzro­stu wyjaz­dów dla przy­jem­no­ści i do uzdro­wisk, zarówno nad­mor­skich, jak i w środku kraju - oraz wiel­kiego przed­się­bior­czego nasta­wie­nia, które da się ująć w zda­nie "Jeśli zbu­du­jemy, przy­jadą". Ludzie podobni do Toma Par­kera zbi­jali szybko for­tuny, choć wielu ban­kru­to­wało, bo źle oce­niło rynek. A kurorty takie jak San­di­ton były atrak­cyjne dla gości, ponie­waż pozwa­lały na pozna­nie nowych ludzi, poga­pie­nie się na sławy, stwo­rze­nie nowej oso­bo­wo­ści, zako­cha­nie się - wszystko było moż­liwe.

Jak dotąd cudow­nie - lecz sześć­dzie­się­cio­stro­ni­cowy frag­ment napi­sany przez Austen ofe­ro­wał dość mate­riału na pół odcinka serialu, który, jak mia­łem nadzieję, będzie liczył osiem odcin­ków. Tak więc zaczęło się zbie­ra­nie mate­ria­łów doty­czą­cych epoki regen­cji i natę­ża­nie wyobraźni. Odbyło się mnó­stwo spo­tkań z pro­du­centką wyko­naw­czą Belindą Camp­bell i pro­du­centką Geo­r­giną Lowe oraz liczne wesołe lun­che. Sze­fom ITV zale­żało na szyb­kim roz­po­czę­ciu pracy, nie mia­łem więc dość czasu na napi­sa­nie cało­ści. Po usta­le­niu ogól­nego sche­matu zgo­dzi­li­śmy się, że napi­szę trzy pierw­sze odcinki i ostatni. Od tej chwili sprawy działy się w zadzi­wia­ją­cym tem­pie: reży­ser Olly Black­burn i sce­no­graf Grant Mont­go­mery przed­sta­wili swoją wizję serialu i wkrótce roz­po­czę­li­śmy kom­ple­to­wa­nie obsady zło­żo­nej z gwiazd takich jak Anne Reid, Kris Mar­shall i Theo James oraz nie­zwy­kłych debiu­tan­tek Rose Wil­liams i Cry­stal Clarke w rolach naszych heroin, panny Hey­wood i panny Lambe.

W cza­sie, gdy piszę ten wstęp, jeste­śmy w poło­wie krę­ce­nia i bar­dzo mnie eks­cy­tuje to, co udało nam się stwo­rzyć: dra­mat kostiu­mowy, który wydaje się świeży i współ­cze­sny - Jane Austen, lecz nie ta, jaką zna­cie.

Roz­dział pierw­szy

Rok 1819

Był wio­senny dzień z rodzaju tych, które obie­cują nadej­ście pięk­nego lata, kwiaty z wolna otwie­rały pąki, a w łagod­nym powie­trzu uno­sił się zapach moż­li­wo­ści. Na zie­lo­nych zbo­czach wzgórz ponad małą wio­ską Wil­ling­den Char­lotte Hey­wood pro­wa­dziła na spa­cer gro­madkę swo­ich braci i sióstr. W poprzed­nich dniach deszcz unie­moż­li­wiał zabawy na zewnątrz i Char­lotte, naj­star­sza z dwa­na­ściorga ener­gicz­nego rodzeń­stwa, nie posia­dała się z rado­ści, że może prze­by­wać na dwo­rze.

Po spa­ce­rze nikt nie miał ochoty wra­cać już do domu, posta­no­wili więc, że odpoczną w wyso­kiej tra­wie. Przed nimi we wszyst­kich kie­run­kach roz­cią­gał się łagodny wiej­ski kra­jo­braz, spo­kojny i buj­nie zie­lony. Dzieci uspo­ko­iły się po wysiłku, a cudowną ciszę mąciło tylko docho­dzące z oddali prze­ni­kliwe ćwier­ka­nie pta­ków i lekki wie­trzyk wzdy­cha­jący wśród źdźbeł trawy. Char­lotte prze­su­nęła po nich wolną dło­nią, dzi­wiąc się ich sprę­ży­sto­ści. W dru­giej ręce trzy­mała strzelbę wsu­niętą zręcz­nie pod pachę.

Kiedy się zasta­na­wiała, czym mogłaby się zająć przez resztę dnia, kątem oka dostrze­gła nie­znaczny ruch. Tuż poni­żej dwa kró­liki gry­zły koni­czynę, bły­ska­jąc bia­łymi ogon­kami.

Jed­nym płyn­nym ruchem Char­lotte wstała, popra­wiła chwyt na strzel­bie i wyce­lo­wała.

- Patrz! - wykrzyk­nęła w tej samej chwili jej sio­stra Ali­son, wska­zu­jąc kró­liki, te zaś momen­tal­nie się odwró­ciły i znik­nęły w zaro­ślach.

Wielce ziry­to­wana Char­lotte już miała wygło­sić uszczy­pliwą uwagę, lecz coś bar­dziej inte­re­su­ją­cego przy­cią­gnęło jej uwagę. Dwa konie z war­stwą potu na kłę­bach widoczną nawet z tej odle­gło­ści z wysił­kiem cią­gnęły powóz w górę stro­mego i krę­tego traktu, który słu­żył jako jedyna droga w Wil­ling­den. Już to, że ktoś pod­jął próbę jej sfor­so­wa­nia, było tak nie­zwy­kłe, że mło­dzi Hey­wo­odo­wie zerwali się na nogi, by mieć lep­szy widok na ten spek­takl. Powóz, który już wyraź­nie zwol­nił, zaczął się chwiać, potem prze­chy­lać, by wresz­cie prze­wró­cić się na bok z dono­śnym trza­skiem.

Char­lotte zebrała fałdy sukni.

- Szybko, Ali­son! Chłopcy, zbie­raj­cie się!

Kiedy bie­gli w dół zbo­cza, z domu, zaalar­mo­wane hała­sem, wypa­dały kolejne dzieci Hey­wo­odów i zda­wało się, że nie ma im końca. Nikt nie potra­fił ukryć ucie­chy wywo­ła­nej tym nie­ocze­ki­wa­nym roz­wo­jem wypad­ków, Wil­ling­den bowiem leżało z dala od uczęsz­cza­nych szla­ków. Nie­po­myślne bez wąt­pie­nia dla pasa­że­rów powozu wyda­rze­nie dla młod­szych Hey­wo­odów sta­no­wiło wspa­niałą roz­rywkę.

Char­lotte dotarła do stóp wzgó­rza, gdy stan­gret już się pozbie­rał i pró­bo­wał uspo­koić spło­szone konie. Na razie nie było widać pasa­że­rów, po chwili jed­nak otwo­rzyły się drzwiczki, teraz zwró­cone ku niebu, i z wnę­trza wyło­niły się głowa i ramiona dżen­tel­mena. Powiódł wokół sie­bie szyb­kim, bystrym spoj­rze­niem, jakby nawet nie­po­ko­jący wypa­dek mógł być źró­dłem entu­zja­zmu i zain­te­re­so­wa­nia.

- No pro­szę! - zawo­łał z godną podziwu weso­ło­ścią. - Nic się nie stało! Podaj mi rękę, kocha­nie - zwró­cił się do nie­wi­docz­nej towa­rzyszki, na­dal uwię­zio­nej w prze­wró­co­nym powo­zie. - Zaraz cię wydo­sta­niemy.

Dłu­żej nie zwle­ka­jąc, Char­lotte ruszyła, by zaofe­ro­wać pomoc.

Jej sio­stra, zawsze zwa­ża­jąca na względy przy­zwo­ito­ści, była wstrzą­śnięta.

- Char­lotte, co ty wypra­wiasz? - wykrzyk­nęła.

- Spo­koj­nie! - Char­lotte ją zigno­ro­wała i zwró­ciła się do pasa­żerki. - Pro­szę chwy­cić mnie za rękę.

Dama z pomocą Char­lotte wydo­stała się z powozu i zgrab­nie wylą­do­wała na dro­dze, tylko włosy miała w lek­kim nie­ła­dzie.

- Dzię­kuję - rze­kła z uśmie­chem, demon­stru­jąc teraz, gdy ją ura­to­wano, taką samą dobro­dusz­ność jak dżen­tel­men. - Jest pani bar­dzo uprzejma i odważna, zary­zy­ko­wała pani wła­sne bez­pie­czeń­stwo.

Char­lotte w odpo­wie­dzi także się uśmiech­nęła. Jej ciemne oczy błysz­czały.

- Ależ nie, pro­szę pani, to naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca rzecz, jaka w Wil­ling­den zda­rzyła się od lat.

- No pro­szę - prze­mó­wił dżen­tel­men ze swej nie­pew­nej grzędy ponad nimi. - Wszystko w naj­lep­szym porządku! - Pośpie­szył się jed­nak z tą dekla­ra­cją, bo sko­czyw­szy na drogę, źle usta­wił stopę i skrę­cił kostkę. Krzyk­nął, bled­nąc jak papier, ale zaraz zaczerp­nął głę­boko powie­trza i pod­jął próbę odzy­ska­nia rów­no­wagi. - To nic, naprawdę nic - oznaj­mił dziel­nie.

To jed­nak nie było nic, gdy bowiem oparł cię­żar ciała na uszko­dzo­nej nodze, skrzy­wił się z bólu.

- Pro­szę, wezmę pana pod rękę - rze­kła Char­lotte z typo­wym dla sie­bie zdro­wym roz­sąd­kiem; z powodu tej cechy ojciec skry­cie ją fawo­ry­zo­wał. - Miesz­kamy nie­da­leko.

Przy­jął pro­po­zy­cję z wdzięcz­no­ścią.

- Dzię­kuję, moja droga, jest pani bar­dzo uprzejma! Widzę, że tra­fi­li­śmy mię­dzy przy­ja­ciół.

Pań­stwo Hey­wo­odo­wie zostali wezwani z oddziel­nych czę­ści domu, a jako że byli ludźmi cał­ko­wi­cie zado­wo­lo­nymi ze swo­jego cichego zakątka świata, z rado­ścią powi­tali w nim nowo przy­by­łych. Dżen­tel­men przed­sta­wił sie­bie i żonę. Nazy­wali się Tom i Mary Par­ke­ro­wie i po poby­cie w Lon­dy­nie wra­cali do domu na wybrzeżu w Sus­sex, lecz fatalny zakręt zapro­wa­dził ich ku Wil­ling­den i nie­prze­jezd­nemu trak­towi. Wypa­dek już zmie­nił się w zabawną aneg­dotę, w każ­dym razie dla pana Par­kera, i gdy po wypi­ciu pokrze­pia­ją­cej her­baty sie­dział w salo­nie Hey­wo­odów z nogą na poduszce, odzy­skał nie­mal bez reszty swój zwy­kły dobry nastrój.

Potom­stwo Hey­wo­odów, na któ­rym nie­zna­jomi zro­bili wiel­kie wra­że­nie, roz­sia­dło się po pokoju niczym liczne stadko kotów i poże­rało każde słowo i gest Par­ke­rów, wpa­tru­jąc się w nich sze­roko otwar­tymi oczami.

- To naprawdę bar­dzo miłe z pań­stwa strony - rze­kła pani Par­ker, uśmie­cha­jąc się ocho­czo do całej rodziny i usi­łu­jąc nie liczyć jej człon­ków.

Par­ker posłał smętny uśmiech Char­lotte.

- Szu­ka­li­śmy leka­rza, rozu­mie pani. Dla San­di­ton.

- Czy San­di­ton to pań­ska krewna, sir? - zapy­tała skon­fun­do­wana dziew­czyna.

- Nie, nie, to miej­sce! I to jakie! - Oczy Par­kera zapło­nęły wiel­kim entu­zja­zmem. - Jestem zdu­miony, że ni­gdy pani o nim nie sły­szała. San­di­ton jest czy raczej wkrótce będzie naj­bar­dziej ele­ganc­kim kuror­tem na całym połu­dnio­wym wybrzeżu.

Umysł Char­lotte wypeł­niły przy­jemne obrazy: miękki pia­sek, poły­skliwa woda, słony wiatr we wło­sach. Dziwne znie­cier­pli­wie­nie, które ostat­nimi czasy zaczęło mącić spo­kój jej dni, znowu dało znać o sobie.

- Bar­dzo bym chciała je zoba­czyć, sir - wypa­liła, od nowa szo­ku­jąc swoją sio­strę Ali­son.

Wyczu­wa­jąc brat­nią duszę w mło­dej ratow­niczce, Par­ker popro­sił, by przy­nie­siono roz­ma­ite kufry i walizy, tylko nie­znacz­nie pory­so­wane i zabło­cone po wypadku. Jedna z waliz zawie­rała cenne plany archi­tek­to­niczne nie­zli­czo­nych ulep­szeń, które sys­te­ma­tycz­nie prze­kształ­cały San­di­ton z nija­kiej wio­ski rybac­kiej w kurort pierw­szej klasy.

Do fotela cho­rego przy­sta­wiono sto­lik kar­ciany i roz­ło­żono na nim arku­sze.

- Widzi pani, panno Hey­wood: oto hotel Crown, sklepy, nowe domy sze­re­gowe, ścieżka po kli­fie, a tutaj także nowy Dom Spo­tkań! - Trium­fal­nie poka­zał punkt na pla­nie.

Char­lotte miała wra­że­nie, jakby nie­mal go widziała.

- Pla­nuje pan urzą­dzać tam tańce, sir?

Par­ke­rowi jej zain­te­re­so­wa­nie spra­wiło wielką satys­fak­cję.

- W przy­szłym tygo­dniu odbę­dzie się nasz pierw­szy bal!

- Naprawdę pan to wszystko buduje?

- Tak! Cóż, dopro­wa­dzam do reali­za­cji.

Przez resztę dnia Char­lotte pozo­sta­wała w Wil­ling­den tylko cia­łem, jej umysł pofru­nął na połu­dnie do San­di­ton. Tomik poezji, który wzięła ze sobą na górne pastwi­sko, rów­nie dobrze mógł być napi­sany po grecku, tyle uwagi mu poświę­cała. Kiedy zapadł zmierzch, jak zwy­kle poszła do stajni do swo­jego wier­nego sta­rego konia, lecz nie widziała gwiazd nad sobą, cho­ciaż świe­ciły wyjąt­kowo jasno w cudow­nie kry­sta­licz­nym powie­trzu. A gdy prze­bie­ra­jąc się do snu, zauwa­żyła księ­życ sre­brzący wodę w mied­nicy na jej toa­letce, nie podzi­wiała go dla niego samego, lecz dla zdu­mie­wa­ją­cego faktu, iż ten sam księ­życ oświe­tlał niebo nad San­di­ton.

Trwała w tej zadu­mie także naza­jutrz, gdy matka wysłała ją do wio­ski po jakieś dro­bia­zgi, które wyle­cia­łyby jej z pamięci, gdyby nie miała listy. Wędro­wała do domu, ledwo widząc parob­ków i znane od uro­dze­nia pola, jej żywą wyobraź­nię zaj­mo­wała bowiem kwe­stia, jak też wygląda modny nad­mor­ski kurort i jak ją samą tego rodzaju miej­sce mogłoby odmie­nić.

Na zie­mię spro­wa­dził ją ojciec woła­jący do niej przez otwarte okno swo­jego gabi­netu. Gdy tam weszła, zastała go ślę­czą­cego nad grubą księgą. Przy jego łok­ciu wzno­sił się wielki stos rachun­ków.

- Zer­k­nij na te liczby i sprawdź, czy zdo­łasz je zbi­lan­so­wać.

Sta­nęła za ojcem i prze­su­nęła pal­cem po wypi­sa­nych czar­nym atra­men­tem cyfrach.

- Jakie nowiny z Wil­ling­den? - zapy­tał pan Hey­wood. - Co się dzieje na świe­cie?

- Zupeł­nie nic - odrze­kła żałob­nym tonem Char­lotte.

- To dobrze - stwier­dził ojciec. - Lubimy, gdy sprawy tak się toczą.

Char­lotte pozwo­liła sobie lekko prze­wró­cić oczami, acz uczy­niła to z wielką tkli­wo­ścią. Nie była podobna do rodzi­ców, choć darzyła ich głę­bo­kim uczu­ciem. Ojciec, gdyby nie to, że co roku musiał jeź­dzić po dywi­dendy do Lon­dynu, z rado­ścią nie ruszałby się wcale z domu. Dla niego Wil­ling­den było świa­tem. Kie­dyś Char­lotte mogłaby się z nim zgo­dzić, teraz jed­nak nie przy­cho­dziło jej na myśl żadne bar­dziej duszne miej­sce.

- Tutaj - rze­kła, nagle dostrze­ga­jąc jego błąd. - Zapo­mnia­łeś o tym. - Ujęła pióro i sta­ran­nie popra­wiła sumę. - Gotowe.

Pan Hey­wood pokle­pał ją po ręce.

- Grzeczna dziew­czynka.

Minęło kilka spo­koj­nych dni jak to zwy­kle w domu Hey­wo­odów. Trze­ciego popo­łu­dnia zro­biło się chłodno, zaczął wiać wiatr ze wschodu i w wygod­nym salo­nie trzeba było zapa­lić w kominku. Char­lotte zaszyła się w kącie i uda­wała pogrą­żoną w lek­tu­rze, pod­czas gdy pan Par­ker po raz kolejny wyłusz­czał pań­stwu Hey­wo­odom liczne zalety San­di­ton. Od nie­ocze­ki­wa­nego poja­wie­nia się gości nawet naj­młodsi Hey­wo­odo­wie widzieli wyraź­nie, że ele­gancki nowy kurort jest celem życia i pasją pana Par­kera. Istot­nie, wielu zna­jo­mych doszło do wnio­sku, że można to uznać za jego reli­gię.

- Doprawdy, panie Hey­wood - mówił teraz. - Nale­gam, by koniecz­nie pan przy­je­chał i nie­zwłocz­nie posma­ko­wał roz­ko­szy San­di­ton.

Pan Hey­wood uśmiech­nął się, lecz sta­now­czo pokrę­cił głową.

- Musi mi pan wyba­czyć, sir. Moją zasadą jest nie­od­da­la­nie się od domu na wię­cej niż pięć mil.

Mimo iż bar­dzo podobna roz­mowa już wcze­śniej się odbyła, prze­ra­że­nie pana Par­kera wcale nie było mniej­sze.

- Lecz dla San­di­ton, sir, dla San­di­ton ze wszyst­kimi jego uro­kami musi pan zro­bić wyją­tek!

- Mój mąż to entu­zja­sta - wtrą­ciła pani Par­ker z ujmu­jącą mie­sza­niną dumy i prośby o wyba­cze­nie, która sta­no­wiła istotny rys jej roli jako żony Toma Par­kera.

- I nic w tym złego, sza­nowna pani - odrzekł pan Hey­wood z miłym uśmie­chem - lecz mnie nie zdoła sku­sić.

- W takim razie może jedna z pań­skich córek? - zapro­po­no­wała pani Par­ker. - W rewanżu za pań­stwa dobroć?

Char­lotte usia­dła pro­sto, o mało nie upusz­cza­jąc książki. Ruch przy­cią­gnął wzrok pani Par­ker, która ski­nęła głową w nie­mej zachę­cie tak jed­no­znacz­nej, że nie mogło być pomyłki.

- Papo, mogę poje­chać? - zapy­tała Char­lotte pośpiesz­nie.

- Doprawdy, Char­lotte! - Matka odwró­ciła się na krze­śle, wstrzą­śnięta jej bez­po­śred­nio­ścią.

- Pro­szę wyba­czyć aro­gan­cję mojej naj­star­szej córki, panie Par­ker - rzekł pan Hey­wood.

Ten jed­nak mach­nął tylko ręką.

- Nic nie mogłoby bar­dziej nas zachwy­cić, panie Hey­wood. Oczy­wi­ście Char­lotte może przy­je­chać i zostać na sezon albo na tak długo, jak będzie chciała, prawda, Mary?

Pani Par­ker obda­rzyła Hey­wo­oda nie­zwy­kle słod­kim uśmie­chem.

- Jeśli pan pozwoli, byli­by­śmy uszczę­śli­wieni, sir.

Ojciec Char­lotte wydął policzki i zwró­cił się do żony.

- Cóż, jak myślisz, moja droga?

- Myślę, że to bar­dzo uprzejme ze strony pań­stwa Par­ke­rów, a skoro Char­lotte tak się do tego pali... - Tym sło­wom towa­rzy­szyło kolejne kar­cące spoj­rze­nie.

- O tak, mamo.

- W takim razie...

Ojciec Char­lotte jed­nak nie był w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wany.

- Jak rozu­miem, San­di­ton nie jest jesz­cze peł­no­praw­nym nad­mor­skim kuror­tem? Na razie prze­cho­dzi pro­ces sta­wa­nia się nim, czy tak?

Pan Par­ker spoj­rzał na niego z entu­zja­zmem.

- Wła­śnie, sir, a ja w tym przed­się­wzię­ciu uto­pi­łem wszyst­kie swoje zasoby!

- Wyobra­żam sobie, że to dość ryzy­kowne?

- Gdyby zoba­czył pan to miej­sce na wła­sne oczy, sir, nie miałby pan wąt­pli­wo­ści. San­di­ton to klej­not. - Oczy Par­kera pło­nęły wiarą szcze­rego wyznawcy. - Jestem abso­lut­nie prze­ko­nany, że jeśli zbu­du­jemy to mia­steczko, ludzie przy­jadą!

Wie­czo­rem pan Hey­wood popro­sił Char­lotte, by poszła łowić z nim ryby. Cho­ciaż ku jej wiel­kiemu zachwy­towi ojciec ustą­pił i zgo­dził się na wyjazd córki do San­di­ton, w jego umy­śle na razie nie zapa­no­wał spo­kój.

- Moja droga...

- Tak, papo?

- Powiem krótko, moja droga. Bar­dzo zwięźle - zawa­hał się, naj­wy­raź­niej szu­ka­jąc odpo­wied­nich słów. - Te nad­mor­skie kurorty bywają dziwne. Ludzie nie znają się nawza­jem, nie wie­dzą, skąd pocho­dzą i jakie mają zamiary.

Char­lotte nie była pewna, jak zare­ago­wać. Ogar­nął ją nagły lęk, że ojciec zmieni zda­nie.

- To brzmi... inspi­ru­jąco - rze­kła ostroż­nie.

Pan Hey­wood wes­tchnął.

- Ha, pew­nie tak. Lecz wiesz, zwy­kłe zasady zacho­wa­nia mają ten­den­cję do roz­luź­nia­nia się, a nie­kiedy cał­kiem idą w kąt.

- Jeśli jed­nak będę z pań­stwem Par­ke­rami, nic złego nie może się stać, prawda?

- Po pro­stu... uwa­żaj, to wszystko.

- Mam uwa­żać na co, papo?

Teraz ojciec wyglą­dał na zbi­tego z tropu, rzecz dla niego nie­ty­powa.

- Na wszystko! - odrzekł, wyrzu­ca­jąc w górę ręce i stra­sząc lśnią­cego pstrąga, który dał nura w ciemną toń. - Wiem, że mnie rozu­miesz. Mądra z cie­bie dziew­czyna, potra­fisz odróż­nić dobro od zła.

Nieco skon­ster­no­wana Char­lotte ski­nęła głową z nadzieją, że to będzie koniec tej roz­mowy.

Roz­dział drugi

Rodzina Hey­wo­odów zgro­ma­dziła się, by poma­chać Par­ke­rom i Char­lotte odjeż­dża­ją­cym napra­wio­nym powo­zem. Per­spek­tywa przy­gody wpra­wiła Char­lotte w tak dosko­nały nastrój, że w jej umy­śle nie pozo­stało miej­sca na nie­po­kój czy smu­tek. Cze­kał na nią świat, a przy­naj­mniej San­di­ton. Nawet fakt, że jej gar­de­roba, spa­ko­wana do kufra przy­pię­tego pasami z tyłu powozu, była mało zado­wa­la­jąca, nie zdo­łał zepsuć jej humoru.

Długa podróż na wybrzeże sta­no­wiła dla pana Par­kera wspa­niałą oka­zję do przed­sta­wie­nia peł­niej­szego opisu wyjąt­ko­wej atrak­cyj­no­ści San­di­ton. Za oknami powozu kra­jo­braz uległ zmia­nie, wio­ski stały się lud­niej­sze, drogi zaś szer­sze i zatło­czone taką liczbą powo­zów, jakiej Char­lotte dotąd nie widziała, a pan Par­ker nie­prze­rwa­nie mówił, jakby od tego zale­żał suk­ces kurortu.

- Zbli­żamy się! - wykrzyk­nął po kilku godzi­nach, prze­ry­wa­jąc swój długi opis nowego Domu Spo­tkań. - Czuje pani róż­nicę w powie­trzu, panno Hey­wood? Wie­rzę nie­zbi­cie, że mor­skie powie­trze jest lep­sze od każ­dego leku czy syropu! I pro­szę popa­trzeć: oto samo morze!

Wje­chali na szczyt wzgó­rza i przed Char­lotte poja­wiło się morze, bela pięk­nej nie­bie­skiej satyny roz­wi­nięta po to, by ją podzi­wiała.

- O tak! - rze­kła z sza­cun­kiem. - Oto i ono.

- Ten widok nie spra­wia, że pani dusza śpiewa?

- Tomie, nie możesz ocze­ki­wać, że Char­lotte będzie tak pod­eks­cy­to­wana rzu­tem oka na słone wody jak ty - wtrą­ciła pani Par­ker.

- Non­sens - odpa­lił pan Par­ker. - Założę się, że po kilku dniach będzie try­skała entu­zja­zmem!

- Istot­nie, pani Par­ker - rze­kła Char­lotte. - Nie mogę się docze­kać, żeby wszystko obej­rzeć! Och, jaki śliczny dom.

Jej wzrok przy­cią­gnął wyglą­da­jący na przy­tulny dom z uro­czym ogro­dem, cie­plar­nią i ota­cza­ją­cymi go łąkami.

- Ach, to nasz dawny dom - odparł pan Par­ker lek­ce­wa­żąco, nie odry­wa­jąc oczu od drogi przed nimi. - Wycho­wa­łem się w nim, ale zupeł­nie się nie nadaje, jest zbyt odosob­niony, bez widoku na morze...

- Byłam tam bar­dzo szczę­śliwa - oznaj­miła pani Par­ker ze smut­kiem, odwra­ca­jąc się na sie­dze­niu, by patrzeć, jak stary, porzu­cony dom znika w oddali.

- Wiem, kocha­nie. - Mąż z roz­tar­gnie­niem pokle­pał ją po kola­nie. - A teraz zbli­żamy się do San­di­ton House, sie­dziby lady Den­ham. Jest naj­waż­niej­szą damą w mie­ście, bar­dzo bogatą i rów­nie jak ja zaan­ga­żo­waną w przy­szłość San­di­ton jako pierw­szej klasy kurortu. Pro­szę, dom poja­wia się w zasięgu wzroku.

Pod­czas gdy Char­lotte podzi­wiała wielką budowlę z sza­rego kamie­nia i roz­cią­ga­jące się wokół roz­le­głe tereny, pan Par­ker zwró­cił się do żony:

- Odwie­dzimy ją teraz, moja droga? Chciał­bym, żeby panna Hey­wood ją poznała, i mam sprawę do omó­wie­nia.

Pani Par­ker skar­ciła go wzro­kiem.

- Zanim zoba­czysz nasze dzieci, Tomie?

- Nie, pew­nie masz rację. - Odchrząk­nął. - Doprawdy, jak zawsze masz rację, naj­pierw Tra­fal­gar House i dzieci!

Byli już w samym kuror­cie. Przed­sta­wiał nie­zwy­kle fascy­nu­jące stu­dium zmian, z bar­dzo sta­rym kościo­łem i rzę­dem niskich chat ustę­pu­ją­cych miej­sca budyn­kom o wiele młod­szym od Char­lotte. Na ulicy, nie­wąt­pli­wie głów­nej, o czym świad­czyły sklepy i hotel z roz­le­głym por­ty­kiem, widok spo­tka­nia sta­rego z nowym robił nie­zwy­kłe wra­że­nie. Jakby wizja San­di­ton pana Par­kera była nacie­ra­jącą armią, a ist­nie­jące tu od dawna zabu­do­wa­nia miały świa­do­mość porażki i roz­po­częły odwrót w dół zbo­cza ku sta­remu por­towi i morzu.

Należy tu powie­dzieć, że Char­lotte tak zaab­sor­bo­wały widoki, iż nie poświę­ciła ani jed­nej myśli bez­względ­nemu mar­szowi postępu. San­di­ton wykra­czało daleko poza wszystko, co Wil­ling­den kie­dy­kol­wiek mogło zaofe­ro­wać, i pozo­stało jej tylko patrzeć.

- Jeste­śmy na miej­scu, panno Hey­wood! - oznaj­mił pan Par­ker z nie­małą dumą. - Oto praw­dziwa cywi­li­za­cja!

Powóz mijał kolejne sklepy. W jed­nej sta­ran­nie przy­go­to­wa­nej witry­nie Char­lotte dostrze­gła parę nie­bie­skich pan­to­fel­ków - istot­nie zna­la­zła się daleko od Wil­ling­den. Sklepy wkrótce ustą­piły miej­sca wspa­nia­łym domom wciąż cze­ka­ją­cym na loka­to­rów. W wiel­kich oknach opty­mi­stycz­nie wywie­szono tabliczki z napi­sem: "Pokoje do wyna­ję­cia".

- Cudow­nie! - wykrzyk­nął Tom, gdy powóz się zatrzy­mał. - To tutaj.

Tra­fal­gar House był dużym, ład­nym domem z jasnego kamie­nia, zbu­do­wa­nym w nowym stylu. W porów­na­niu z łagod­nymi liniami i noszącą ślady żywio­łów fasadą uko­cha­nego rodzin­nego domu Hey­wo­odów odzna­czał się nie­zwy­kłą syme­trią, każdy pozba­wiony wad kamień miał kształt kwa­dratu. Gdy Char­lotte wysia­dła z powozu, błysz­czące fron­towe drzwi otwo­rzyły się z roz­ma­chem i dwie dziew­czynki wybie­gły na powi­ta­nie rodzi­ców. Za nimi drep­tał nie­pew­nie młod­szy od nich chłop­czyk, pochód zaś zamy­kała nia­nia nio­sąca nie­mowlę o okrą­głych oczkach.

- Wró­ci­li­śmy! - wykrzyk­nęła rado­śnie pani Par­ker i pochy­liła się, by przy­tu­lić córki. - Były­ście grzeczne? Przy­wi­taj­cie się z panną Hey­wood.

Dziew­czynki ślicz­nie dygnęły, chłop­czyk wycią­gnął małą dłoń do uści­śnię­cia.

- To są Ali­cia, Jenny i Henry. A maleń­stwo ma na imię James.

Char­lotte uśmiech­nęła się pro­mien­nie do dzieci.

- Jak się mie­wa­cie?

Po tych for­mal­no­ściach pan Par­ker, zawsze pra­gnący robić rzecz następną po tej, w którą aku­rat był zaan­ga­żo­wany, wpro­wa­dził wszyst­kich do domu.

Pod­czas gdy słu­żący wno­sili bagaże, uwagę Char­lotte przy­kuł wielki por­tret w holu. Przed­sta­wiał ciem­no­wło­sego dżen­tel­mena o nie­zwy­kle regu­lar­nych rysach i posta­wie zna­mio­nu­ją­cej wład­czość, który zda­wał się spo­glą­dać na nią z apro­batą.

- To Sid­ney, mój młod­szy brat - rzekł Par­ker, pod­cho­dząc do Char­lotte. - Ocze­ku­jemy jego przy­jazdu z Lon­dynu na bal. Liczymy, że pomoże nam roz­sła­wić San­di­ton i uczy­nić go mod­nym! - Uśmiech­nął się z uczu­ciem do podo­bi­zny.

Nieco roz­ko­ja­rzona obra­zem i zasko­czona tym, że bra­cia Par­ke­ro­wie zupeł­nie nie są do sie­bie podobni, Char­lotte zasta­na­wiała się, co mogłaby powie­dzieć.

- Hm... a czym zaj­muje się pań­ski brat?

- Ha! Bar­dzo dobre pyta­nie! Jak ty byś odpo­wie­działa, Mary? - zwró­cił się do żony, która zdej­mo­wała kape­lusz. - Jest czło­wie­kiem przed­się­bior­czym, czło­wie­kiem inte­resu! Import, eks­port, jest tutaj i tam, wszę­dzie go pełno. Może go pani zapy­tać sama, kiedy go pani pozna!

Pani Par­ker pode­szła i dotknęła ramie­nia Char­lotte.

- Pozwoli pani, pokażę jej sypial­nię. - Na pię­trze wpro­wa­dziła dziew­czynę do uro­czego pokoju, peł­nego świa­tła i prze­stron­nego. - Mam nadzieję, że będzie pani tutaj wygod­nie.

- Dzię­kuję, jestem o tym prze­ko­nana. - Char­lotte stwier­dziła, że się rumieni. - Ni­gdy dotąd nie mia­łam wła­snego pokoju.

Pani Par­ker deli­kat­nie ści­snęła jej dłoń.

- Pro­szę zejść na pod­wie­czo­rek, kiedy się pani zado­mowi.

Roz­dział trzeci

Char­lotte prze­brała się ze stroju podróż­nego, po czym pode­szła do okna, by podzi­wiać widok ze swo­jego nowego pokoju w Tra­fal­gar House, tak nie­po­dobny do tego, do któ­rego przy­wy­kła w sypialni dzie­lo­nej z Ali­son. W mia­steczku pozo­stało kilka star­szych domów z muru pru­skiego, inne bez wąt­pie­nia zbu­rzono i zastą­piono cha­otycz­nym zbio­rem nie­do­koń­czo­nych budyn­ków, jesz­cze bez dachów. Za tym nie­ła­dem roz­cią­gało się morze, ogromne i zapra­sza­jące w pro­mie­niach słońca. Jestem tutaj, pomy­ślała Char­lotte, uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Przy­by­łam.

Dopiero na scho­dach poczuła ukłu­cie nie­po­koju. Z dołu dobie­gały głosy. Jeden nale­żał do pana Par­kera, drugi, dono­śny i wład­czy, był kobiecy.

- Guwer­nantka i jej szkoła - mówiła dama z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem. - Naprawdę na nic lep­szego nas nie stać? A co z resztą domów?

- Wkrótce zostaną zajęte, lady Den­ham, pro­szę zapa­mię­tać moje słowa - odrzekł pan Par­ker z nutą despe­ra­cji tłu­miącą tak typowy dla niego entu­zjazm.

- Cią­gle to powta­rzasz, lecz przez kogo? - odpa­ro­wała dama. - Przy­rze­kłeś, że moja inwe­sty­cja szybko się zwróci.

- Zapew­niam, że bal wszystko zmieni! Mój brat Sid­ney zapro­sił swo­ich naj­bar­dziej usto­sun­ko­wa­nych przy­ja­ciół. Kiedy opo­wie­dzą innym o roz­ko­szach San­di­ton, będziemy wprost opę­dzać się od chęt­nych!

Dama chrząk­nęła.

- Wiem co nieco o twoim bra­cie i nie cze­ka­ła­bym ze wstrzy­ma­nym odde­chem. A skoro bal jest tak istotny, dla­czego nie było cię tutaj, by dopil­no­wać przy­go­to­wań? Zamiast tego popę­dzi­łeś na poszu­ki­wa­nie leka­rza, któ­rego nie potrze­bu­jemy, i wró­ci­łeś z niczym, nie licząc skrę­co­nej kostki i kolej­nej mło­dej damy! Jaka z tego korzyść? Mamy tutaj dość mło­dych dam. Chyba że przy­wio­zła ze sobą for­tunę. Przy­wio­zła?

- Panna Hey­wood jest nie­zwy­kle uro­czą...

Tak się zło­żyło, że urwał w chwili, gdy Char­lotte, którą na ner­wo­wym krę­ce­niu się na scho­dach przy­ła­pał słu­żący, wpro­wa­dzono do salonu. Pani Par­ker sie­działa obok męża, a gość, kor­pu­lentna, licząca sobie około pięć­dzie­się­ciu lat dama z prze­ni­kli­wymi oczami, zaj­mo­wała sto­jący naprze­ciwko nich naj­lep­szy fotel.

Na widok Char­lotte pan Par­ker wstał.

Dama podą­żyła za jego wzro­kiem i utkwiła w dziew­czy­nie świ­dru­jące spoj­rze­nie.

- Ach! Więc to jest ta młoda dama?

- Lady Den­ham, pozwoli pani, że przed­sta­wię pannę Char­lotte Hey­wood.

Char­lotte dygnęła, na co lady Den­ham ski­nęła głową z apro­batą.

- Bar­dzo ład­nie, moja droga.

Pan Par­ker gestem wska­zał młodą kobietę sie­dzącą w smu­dze sło­necz­nych pro­mieni pod oknem, któ­rej Char­lotte dotąd nie zauwa­żyła. Była śliczna jak laleczka, miała jasno­złote włosy i okrą­głe błę­kitne oczy.

- Panna Clara Bre­re­ton, wycho­wa­nica lady Den­ham.

Char­lotte uśmiech­nęła się do niej, zado­wo­lona ze spo­tka­nia osoby zbli­żo­nej do niej wie­kiem.

Lady Den­ham na­dal uważ­nie przy­glą­dała się Char­lotte.

- No cóż, jest ładną, zdrową dziew­czyną, acz o wyglą­dzie cał­kiem prze­cięt­nym - mówiła, jakby Char­lotte była głu­cha lub cał­kiem obo­jętna na kry­tykę. - Kim jest twój ojciec, panno Hey­wood?

- Ma nie­wielką posia­dłość w Wil­ling­den, pro­szę pani - odrze­kła Char­lotte.

- I upra­wia zie­mię, jak przy­pusz­czam. To już na nic, zie­mia stra­ciła na zna­cze­niu. Prze­mysł i przed­się­bior­czość: oto przy­szłość!

- Istot­nie - mruk­nął pan Par­ker.

Char­lotte uśmiech­nęła się, pre­zen­tu­jąc swoje naj­lep­sze maniery, co dla lady Den­ham naj­wy­raź­niej było ważne.

- Jak liczne masz rodzeń­stwo?

- Mam jede­na­ścioro braci i sióstr, pro­szę pani.

- Jede­na­ścioro! - Lady Den­ham nie kryła szoku. - Będziesz musiała dobrze wyjść za mąż. Bez wąt­pie­nia przy­słali cię do San­di­ton, żebyś zna­la­zła dla sie­bie szczę­ście.

Uśmiech Char­lotte sta­wał się coraz bar­dziej wymu­szony.

- Wcale nie, pro­szę pani.

- Lady Den­ham, ja... - pró­bo­wała wtrą­cić pani Par­ker.

- Non­sens, oczy­wi­ście, że tak! - cią­gnęła lady Den­ham, jakby gospo­dyni wcale się nie ode­zwała. - To nie powód do wstydu. Ja sama bar­dzo dobrze wyszłam za mąż za sir Henry'ego Den­hama, cho­ciaż wnio­słam mu w posagu trzy­dzie­ści tysięcy.

- Nie ma pani dzieci? - ośmie­liła się zapy­tać Char­lotte.

- Nie zosta­li­śmy pobło­go­sła­wieni, sir Henry był w pode­szłym wieku i w złym sta­nie zdro­wia. A teraz, rozu­miesz, wszy­scy cze­kają, aż zrzucę z sie­bie śmier­telną powłokę, żeby dorwać się do moich pie­nię­dzy! I co na to powiesz, panno Hey­wood?

- Skoro nie ma pani bez­po­śred­nich następ­ców, lady Den­ham, to przy­pusz­czam, że może pani prze­ka­zać spa­dek, komu zechce.

Lady Den­ham kla­snęła w dło­nie.

- Ha! Masz rację! Bystra jesteś, panno Hey­wood. Lecz moi krewni uwa­żają, iż mają do niego prawo! Z jed­nej strony są Bre­re­to­no­wie - jestem z domu Bre­re­ton, a obecna tu panna Clara to jedna z ich licz­nego grona, z dru­giej zaś bra­ta­nek i bra­ta­nica sir Henry'ego, sir Edward Den­ham i panna Esther. Wszy­scy mają nadzieję wzbo­ga­cić się po moim odej­ściu z tego świata! Zapo­mi­nają jed­nak o jed­nym. - Lady Den­ham nachy­liła się kon­spi­ra­cyj­nie. - A mia­no­wi­cie o tym, że nie mam zamiaru umie­rać. - Uśmiech­nęła się trium­fal­nie. - To zna­czy jesz­cze przez wiele dłu­gich lat. Moja rada dla nich brzmi więc nastę­pu­jąco: sami muszą o sie­bie zadbać. A teraz idź i usiądź z panną Clarą. Pan Par­ker i ja mamy inte­resy do omó­wie­nia.

Char­lotte wyko­nała pole­ce­nie. Kiedy lady Den­ham pod­jęła prze­słu­chi­wa­nie Par­kera, panna Bre­re­ton rze­kła cicho:

- Oba­wiam się, że musiała pani uznać lady Den­ham za dość aro­gancką.

Char­lotte szu­kała słów rów­no­cze­śnie szcze­rych i uprzej­mych.

- Wydaje się bar­dzo... bez­po­śred­nia.

Jej towa­rzyszka otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Bo taka jest. Ja jed­nak czuję do niej wielką wdzięcz­ność za to, że mnie przy­jęła pod swój dach. - Clara posłała Char­lotte kolejny słodki uśmiech. - Jestem naj­uboż­szą z ubo­gich krew­nych, panno Hey­wood.

- Pro­szę mówić mi Char­lotte. Czy mogę zwra­cać się do pani po imie­niu?

- Oczy­wi­ście. Jak ci się podoba San­di­ton?

- Bar­dzo, cho­ciaż na razie nie­wiele widzia­łam.

- Pla­nu­jesz kąpiel w morzu?

Oczy Char­lotte zabły­sły.

- Chcę spró­bo­wać wszyst­kiego, czego można tu spró­bo­wać. A ty już się kąpa­łaś?

- Wyznam, iż jesz­cze nie weszłam do morza, acz­kol­wiek sir Edward w roz­mo­wie ze mną wychwa­lał zdro­wotne zalety takich kąpieli.

- Może więc spró­bu­jemy razem i albo sprawi nam to przy­jem­ność, albo jakoś tę udrękę prze­trwamy?

- Bar­dzo chęt­nie.

Char­lotte już miała coś powie­dzieć, ale prze­rwał jej ostry głos.

- O czym wy dwie tam roz­ma­wia­cie?

- O mor­skich kąpie­lach, lady Den­ham - odrze­kła Clara potul­nie.

- Zna­ko­mi­cie! Nie ma nic lep­szego dla krą­że­nia krwi u mło­dej kobiety. - Lady Den­ham spoj­rzała na Char­lotte. - Maszyny do kąpieli w San­di­ton są naj­lep­sze na całym połu­dnio­wym wybrzeżu.

W tej samej chwili odgłos zamy­ka­nych drzwi fron­to­wych obwie­ścił czy­jeś przy­by­cie.

- Zasta­na­wiam się, któż to może być - prze­mó­wiła pani Par­ker. - Spo­dzie­wamy się brata i sio­stry pana Par­kera, lecz ich zdro­wie jest takie wątłe...

- Sir Edward Den­ham i panna Den­ham - zapo­wie­dział lokaj i goście weszli do salonu. Nie było to nie­do­ma­ga­jące rodzeń­stwo pana Par­kera, lecz bra­ta­nek i bra­ta­nica lady Den­ham. Sir Edward słusz­nie ema­no­wał prze­ko­na­niem o wła­snej atrak­cyj­no­ści, jego sio­stra Esther nato­miast była dość blada i wynio­sła, a na jej twa­rzy malo­wał się wyraz znacz­nie mniej przy­ja­zny niż u brata, gdy roz­glą­dała się po pokoju.

- Pomy­śla­łem, że możemy cię tu zastać, cio­ciu! - oznaj­mił sir Edward. - Wyszli­śmy zaczerp­nąć świe­żego powie­trza i mia­łem zamiar namó­wić cię na prze­chadzkę po kli­fach... - Nagle dostrzegł Char­lotte i dość osten­ta­cyj­nie stra­cił wątek. - Ach, pro­szę mi wyba­czyć.

- Pozwo­lisz, że przed­sta­wię ci naszego gościa - rzekł pan Par­ker. - Panna Hey­wood.

- Jestem zachwy­cony. - Ujął jej dłoń i pochy­lił się nisko, przez cały czas patrząc jej głę­boko w oczy. - Zauro­czony pozna­niem pani, panno Hey­wood.

Char­lotte stwier­dziła, że jest nieco zakło­po­tana. Sir Edward był istot­nie nie­zwy­kle przy­stojny.

Ponie­waż dzień był taki pogodny, pan Par­ker, który ni­gdy świa­do­mie nie prze­ga­piał oka­zji do zade­mon­stro­wa­nia uro­ków San­di­ton, entu­zja­stycz­nie zapro­po­no­wał spa­cer po kli­fach. Szedł pierw­szy z żoną pod ramię, za nimi lady Den­ham z Clarą i Esther po obu stro­nach, Char­lotte zaś zawłasz­czył sir Edward.

- Panno Hey­wood - zapy­tał opie­kuń­czym tonem. - Co powie pani na ten widok?

- Bar­dzo malow­ni­czy, sir.

- Tak trudno zna­leźć słowa na opi­sa­nie maje­statu i potęgi oce­anu - cią­gnął, wyko­nu­jąc zama­szy­sty gest ręką. - Pamięta pani wersy sir Wal­tera Scotta o morzu? Jakże poru­sza­jące i potężne...

- Nie - prze­rwała mu Char­lotte. - Nie przy­po­mi­nam sobie, żeby pisał o morzu. - Uśmiech­nęła się do niego psot­nie.

Sir Edward wybuch­nął śmie­chem.

- Ja też nie, kiedy teraz o tym myślę. Pamię­tam nato­miast, co pisał o rodzaju kobie­cym. "O, nie­wia­sto, w tych naszych cza­sach swo­body nie­pewna, zalotna i tak trudno cię zado­wo­lić...".

Char­lotte nie wie­działa, czy ma się roze­śmiać, czy zaru­mie­nić.

- Nie jestem pewna, czy chcia­ła­bym, żeby tak mnie cha­rak­te­ry­zo­wano, sir Edwar­dzie.

- Nie chcia­łaby pani? Cóż, ma pani rację. Nie ma w pani żad­nej nie­pew­no­ści ani kokie­te­rii. A czy trudno panią zado­wo­lić? Myślę, że jest pani na tyle mądra, by nie zado­wa­lać się byle czym?

- Być może. Lecz "trudno cię zado­wo­lić" brzmi bar­dzo nie­miło.

- A pani z pew­no­ścią taka nie jest.

Teraz istot­nie się zaru­mie­niła, szu­ka­jąc jakie­goś obo­jęt­nego tematu do roz­mowy.

- Sły­szę, iż... jest pan zwo­len­ni­kiem kąpieli mor­skich?

- To prawda. Panno Hey­wood, musi pani tego doświad­czyć. Orzeź­wia­jący szok przy pierw­szym zanu­rze­niu! A potem to nie­zrów­nane uczu­cie wol­no­ści i lek­ko­ści, morze bowiem unosi cię na powierzchni, kiedy z wła­snej woli mu się odda­jesz, i ta deli­katna piesz­czota prą­dów na nagich człon­kach. Nic nie da ci takiego wspa­nia­łego samo­po­czu­cia!

Char­lotte, cokol­wiek wstrzą­śnięta, nie potra­fiła zna­leźć odpo­wie­dzi, zwłasz­cza gdy przy­ła­pała na sobie lodo­wate spoj­rze­nie Esther Den­ham. Na szczę­ście z tej opre­sji wyba­wiła ją, rzecz nie­praw­do­po­dobna, lady Den­ham.

- Pro­szę iść ze mną, panno Hey­wood! - zażą­dała.

Teraz, gdy brata porzu­cono, Esther pośpiesz­nie ujęła go pod ramię.

- Widzę, że dobrze się bawisz - rze­kła z nutą sar­ka­zmu w gło­sie.

- Ja tylko chcę, żeby nowo przy­była poczuła się jak w domu, sio­stro.

- Może znaj­dziesz czas, by sku­pić się na aktu­al­nym zada­niu? - Gestem wska­zała Clarę.

Tym­cza­sem lady Den­ham roz­ma­wiała z Char­lotte czy raczej do niej prze­ma­wiała.

- Esther pró­buje mnie prze­ko­nać, żebym na sezon przy­jęła ją i brata do San­di­ton House, ale nie mam ochoty zamie­niać domu w hotel. - Prych­nęła. - Poza tym moje poko­jówki zażą­da­łyby wyż­szych pen­sji, już i tak muszą codzien­nie sprzą­tać pokój panny Clary. A sir Edward, rozu­miesz, został dobrze przeze mnie upo­sa­żony. Po śmierci sir Henry'ego dałam mu jego złoty zega­rek. - Spoj­rzała z ukosa na Char­lotte. - Co o tym myślisz?

- To doprawdy wiel­ko­duszny gest - odrze­kła Char­lotte uprzej­mie, a kiedy uznała, że to za mało, dodała: - Bar­dzo szczo­dry!

- Nie musia­łam tego robić, wiesz. Nie zapi­sał mu zegarka w testa­men­cie. Ale to bar­dzo dobry młody czło­wiek. Jak go znaj­du­jesz?

- Jest nie­zwy­kle ele­gancki i... - Char­lotte się zasta­na­wiała, jak to ująć - pełen... ani­mu­szu.

- I przy­jem­nie na niego patrzeć?

- To także.

- Tak, jest przy­stojny, bar­dzo atrak­cyjny dla mło­dych dam i bez wąt­pie­nia ma wiele przy­gód, ale musi się oże­nić dla pie­nię­dzy! - Lady Den­ham posłała Char­lotte kolejne zna­czące spoj­rze­nie. - Przy­stojny młody dżen­tel­men jak on będzie się uśmie­chał i pra­wił kom­ple­menty dziew­czę­tom, ale dobrze wie, że musi się oże­nić z mająt­kiem. Rozu­miesz mnie?

Char­lotte zadarła brodę.

- Dosko­nale rozu­miem, pro­szę pani.

- Tak, myślę, że rozu­miesz. Jesteś porządną, roz­sądną dziew­czyną. W San­di­ton potrze­bu­jemy dzie­dziczki. Gdy­by­śmy zdo­łali spro­wa­dzić tutaj młodą dzie­dziczkę dla pora­to­wa­nia zdro­wia! A gdyby kazano jej pić ośle mleko, mogła­bym je dostar­czać, póź­niej zaś, gdy już by wyzdro­wiała, spra­wi­ła­bym, żeby się zako­chała w sir Edwar­dzie. Prze­ko­nuję się jed­nak, że mło­dych dzie­dzi­czek jest bar­dzo mało. No i jest jego sio­stra, panna Esther. Ona także musi poślu­bić boga­cza. Nie mogą liczyć na moje pie­nią­dze, wszyst­kie bowiem są zaan­ga­żo­wane w wiel­kie pro­jekty, jak zresztą dobrze wie­dzą!

Pod­czas gdy lady Den­ham pero­ro­wała, Char­lotte zoba­czyła dwie postaci zbli­ża­jące się ku nim ścieżką na kli­fie. Jedną była try­ska­jąca oży­wie­niem, mniej wię­cej trzy­dzie­sto­let­nia dama z różo­wymi policz­kami, drugą zaś bar­dzo kor­pu­lentny dżen­tel­men po dwu­dzie­stce.

- Tu jeste­ście! - zawo­łała dama. - Zasko­czeni naszym wido­kiem? Jak się mie­wa­cie? Jak się mie­wa­cie?

Pan Par­ker zwró­cił się ku swoim towa­rzy­szom.

- To moja sio­stra, panna Diana Par­ker, i mój brat Arthur. Co za miła nie­spo­dzianka!

- O tak, oboje byli­śmy bar­dzo cho­rzy - rze­kła Diana z wielką powagą. - Nie­mal sta­li­śmy u wrót śmierci, prawda, Arthu­rze?

Jeśli reli­gią jej brata Toma było San­di­ton, to reli­gią Diany był stan wła­snego zdro­wia i zdro­wia Arthura oraz nie­zli­czone nie­bez­pie­czeń­stwa zagra­ża­jące mu na świe­cie. Arthur, któ­rego natu­ralna bier­ność wielce korzy­stała z sio­strza­nego prze­ra­że­nia groź­nym w skut­kach wysił­kiem, z powagą pokrę­cił wielką głową.

- Myśla­łem, że już ni­gdy nie pod­niosę się z łóżka.

- Lecz jak widzi­cie, pozbie­ra­li­śmy się - cią­gnęła Diana - i przy­szli­śmy odwie­dzić was zaraz po waszym przy­jeź­dzie. Powie­dziano nam, że jeste­ście na kli­fach, posta­no­wi­li­śmy więc się odwa­żyć i zasko­czyć was!

Arthur spod zmru­żo­nych powiek spoj­rzał podejrz­li­wie w niebo.

- Teraz żałuję, że to zro­bi­li­śmy. Pie­kiel­nie lodo­waty wiatr. Mogę się śmier­tel­nie prze­zię­bić.

- W takim razie bez zwłoki musimy zapro­wa­dzić was pod dach! - wykrzyk­nął pan Par­ker.

- Naj­bli­żej stąd do naszej kwa­tery - odrzekł Arthur. - Chodź­cie z nami, napi­jemy się her­baty. Na litość boską, schrońmy się wresz­cie przed tą wyjącą wichurą!

Szybko zapro­wa­dzono ich do prze­grza­nego domu, który brat i sio­stra wyna­jęli na sezon. Arthur pod­biegł do ognia i zbli­żył do niego dło­nie, jakby wła­śnie ura­to­wał się z burzy śnież­nej.

- Dopil­no­wa­li­śmy, żeby ogień dobrze się roz­pa­lił - rze­kła jego sio­stra. - Biedny Arthur, jest taki wraż­liwy na zimno. Och! - Poja­śniała. - Widzie­li­śmy pannę Lambe, o któ­rej się powiada, że jest wielką dzie­dziczką for­tuny w han­dlu cukrem. Przy­była ze świtą w dwóch wyna­ję­tych powo­zach: panna Lambe, poko­jówka, guwer­nantka i dwie panny Beau­fort.

- Jak wygląda? - zapy­tała pani Par­ker cie­ka­wie. - Jest ładna?

- Prawdę mówiąc, dostrze­gli­śmy tylko prze­lot­nie jej plecy, gdy wcho­dziła do domu, ale całe towa­rzy­stwo było bar­dzo ele­ganc­kie i sza­cowne. Podró­żo­wa­nie z wła­sną poko­jówką świad­czy o bogac­twie, prawda, bra­cie?

Zapy­tany ski­nął głową.

- Istot­nie, mam też nadzieję, że panna Lambe wpro­wa­dzi nową modę i wszyst­kie młode dzie­dziczki przy­fruną do San­di­ton, by wyda­wać, wyda­wać, wyda­wać!

- Pro­szę, niech pani usią­dzie koło mnie, panno Hey­wood - powie­dział Arthur. - Musi się pani ogrzać, pew­nie tak samo prze­mar­zła pani na kość jak ja.

Char­lotte stłu­miła uśmiech.

- Dzię­kuję, ale wcale mi się nie wydaje, żeby było chłodno.

Spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem pomie­sza­nym z podzi­wem.

- Jakąż kon­sty­tu­cją musi się pani odzna­czać! Wie pani, lubię świeże powie­trze jak wszy­scy, lecz ono mnie nie lubi. To te moje nerwy, rozu­mie pani. Sio­stra myśli, że mam nad­miar żółci, ale ja w to wąt­pię. Gdy­bym miał, wino by mi szko­dziło, tym­cza­sem zawsze koi mi nerwy. Czy pani wie, że im wię­cej piję, tym lepiej się czuję? Czę­sto budzę się rano pół­przy­tomny, a po kilku kie­lisz­kach wina jestem rześki jak skow­ro­nek. To rzecz godna uwagi, nie sądzi pani?

Char­lotte nie była prze­ko­nana.

- Nie uważa pan, że regu­larne ćwi­cze­nia...

- Regu­larne ćwi­cze­nia? Pra­gnął­bym, żeby moje nerwy to wytrzy­mały, panno Hey­wood, szcze­rze pra­gnę, lecz mocne wino to jedyna rzecz, która dobrze na mnie działa. Choć mogę zjeść grzanki z masłem, ale nie wię­cej niż sześć, sie­dem kro­mek. Pozwoli pani, że zro­bię nam kilka. Zje pani jedną lub dwie?

Char­lotte ski­nęła głową z apro­batą.

- Z dużą ilo­ścią masła, na tym polega sekret. Grzanka bez masła to obrzy­dli­stwo, fatal­nie wpływa na błony żołądka.

Stłu­miła śmiech.

- Posta­ram się zapa­mię­tać - rze­kła.

Arthur wziął wide­lec do grza­nek i nadział nań kromkę chleba.

- Gdy­bym jako roz­bi­tek zna­lazł się na bez­lud­nej wyspie, to mając do dys­po­zy­cji jedy­nie gorącą grzankę z masłem i porto, był­bym cał­kiem zado­wo­lony.

Teraz Char­lotte roze­śmiała się otwar­cie.

- Nie potra­fię sobie wyobra­zić, jak mogłoby do tego dojść.

- Nie, pew­nie nie. Ale gdyby tak się stało, był­bym szczę­śli­wym czło­wie­kiem!

Uśmiech­nęli się do sie­bie. Char­lotte go polu­biła: cho­ciaż począt­kowo wyda­wał się safan­dułą, podej­rze­wała, że po czę­ści cho­dziło mu o roz­ba­wie­nie wszyst­kich wokoło, w tym sie­bie samego.

- Baro­metr wska­zuje dobrą pogodę - oznaj­mił pan Par­ker na dru­gim końcu pokoju, stu­ka­jąc w szkło. - Pro­po­nuję jutro kąpiel w morzu!

Arthur zła­pał spoj­rze­nie Char­lotte, po czym wró­cił do swo­jej grzanki.

- Sza­leń­stwo - mruk­nął.

Roz­dział czwarty

Następ­nego dnia spraw­dziła się zapo­wiedź baro­me­tru i wstał pogodny, bez­chmurny dzień. Miesz­kańcy Tra­fal­gar House zaraz po śnia­da­niu zeszli na plażę w San­di­ton, gdzie spo­tkali się z Arthu­rem, panną Clarą Bre­re­ton i sir Edwar­dem Den­ha­mem. Mimo dość wcze­snej pory już pano­wał tu tłok: prze­cha­dzały się damy, bie­gały pod­eks­cy­to­wane psy, tam i z powro­tem pro­wa­dzano osiołki z sie­dzą­cymi na nich dziećmi. To była taka rado­sna, pełna życia scena, że momen­tal­nie wywo­łała w panu Par­ke­rze typowe dla niego unie­sie­nie.

- No i pro­szę! - wykrzyk­nął z ucie­chą. - Ide­alny dzień, tak jak wam przy­rze­kłem! Tutaj jed­nak się roz­sta­niemy. Panie, maszyny kąpie­lowe na was cze­kają. My, dżen­tel­meni, musimy pójść dalej.

Char­lotte powio­dła wzro­kiem po rzę­dzie maszyn kąpie­lo­wych, które wska­zy­wał pan Par­ker. Pomimo jaskra­wo­czer­wo­nych i zło­tych mor­skich stwo­rów wiją­cych się na drew­nia­nych ścia­nach nie róż­niły się zbyt­nio od powo­zów kon­nych z drzwicz­kami od frontu i z tyłu. Kiedy Char­lotte z Clarą i panią Par­ker zbli­żała się do nich, jej eks­cy­ta­cję stu­dził nie­po­kój. Oba­wiała się, że zdję­cie sukni, by nie­mal nago kąpać się w morzu, było wła­śnie tym, przed czym prze­strze­gał ją ojciec, z takim tru­dem szu­ka­jąc wła­ści­wych słów.

- Dwie maszyny pomiesz­czą nas wszyst­kie - rze­kła pani Par­ker, naj­wy­raź­niej zupeł­nie nie­po­ru­szona. - Chyba że któ­raś z was woli być sama?

Char­lotte i Clara wymie­niły nie­śmiałe spoj­rze­nia.

- Ja była­bym zado­wo­lona z towa­rzy­stwa - rze­kła Char­lotte.

Clara z zapa­łem ski­nęła głową.

- Ja też.

- Pro­szę nam poka­zać, jak pra­wi­dłowo korzy­sta się z tej maszyny - zwró­ciła się Char­lotte do pani Par­ker. - Muszę wyznać, że jestem tro­chę zde­ner­wo­wana.

- Och, szybko się nauczy­cie, prawda, dziew­częta? - Ostat­nie słowa skie­ro­wała do dwóch nie­zwy­kle krzep­kich kobiet. Sądząc po ich musku­lar­nych nogach i ogo­rza­łej skó­rze, bez wąt­pie­nia miały wiel­kie doświad­cze­nie w kąpie­lach mor­skich. - W sezo­nie cho­dzimy pły­wać pra­wie codzien­nie - cią­gnęła pani Par­ker. - Jeste­śmy na miej­scu. Nie musi­cie się oba­wiać wzroku innych. Nikt nie zoba­czy, jak się prze­bie­ramy.

Kiedy kabiny prze­cią­gnięto tuż nad wodę, pani Par­ker weszła do jed­nej ze swo­imi cór­kami Jenny i Ali­cią, Char­lotte i Clara zaś do dru­giej. Pomo­gły sobie wza­jem­nie roz­piąć liczne guziki przy suk­niach, po czym ostroż­nie ruszyły ku drzwiom. Lodo­wate palce mor­skiego powie­trza prze­nik­nęły przez prze­świ­tu­jące muśli­nowe tuniki, które pani Par­ker im poży­czyła.

Char­lotte odwró­ciła się do Clary, ner­wowo się uśmie­cha­jąc.

- Teraz albo ni­gdy.

Trzy­ma­jąc się moc­nego ramie­nia jed­nej z pań kąpie­lo­wych, weszła do wody, tak szo­ku­jąco zim­nej, że mimo woli gło­śno sap­nęła. Kolejny plusk i wes­tchnię­cie powie­działo jej, że Clara także jest w morzu. Odwró­ciły się do sie­bie i wybuch­nęły per­li­stym śmie­chem.

Sto metrów dalej pano­wie zrzu­cili ubra­nia w namio­cie słu­żą­cym do tego celu. Liczna gro­mada doro­słych męż­czyzn i chłop­ców już chla­pała się w wodzie i pokrzy­ki­wała.

Arthur, który jesz­cze się nie prze­brał, mie­rzył ich powąt­pie­wa­ją­cym wzro­kiem.

- Myślę, że tylko popa­trzę i popil­nuję waszych ubrań.

Tom Par­ker przy­brał chmurną minę.

- Roz­cza­ro­wa­łeś mnie, Arthu­rze.

Wraz z sir Edwar­dem, obaj goli jak święci tureccy, ener­gicz­nie poma­sze­ro­wali do morza.

Arthur, któ­remu robiło się coraz bar­dziej gorąco w słońcu, nie chciał zostać wyklu­czony.

- Och, do dia­ska! - wykrzyk­nął nagle i zaczął zdzie­rać z sie­bie odzież. Zanim zdą­żył zmie­nić zda­nie, zanim głos Diany w jego gło­wie zdą­żył go ostrzec, wto­czył się do wody, wyrzu­ca­jąc w górę impo­nu­jącą fon­tannę.

- Dosko­nale, Arthu­rze! - zawo­łał Tom, gdy młod­szy brat go minął, pły­nąc w stronę otwar­tego morza z szyb­ko­ścią suge­ru­jącą, że zależy od tego jego życie.

- Dobry Boże - sko­men­to­wał sir Edward, nie­zwy­kle zdu­miony.

Pan Par­ker spoj­rzał na niego zna­cząco.

- Mój brat jest czło­wie­kiem peł­nym nie­spo­dzia­nek.

Char­lotte prze­by­wa­nie w wodzie spra­wiało nie­zmierną przy­jem­ność. Poru­sza­jąc pal­cami u stóp, mogła wyczuć pia­sek na dnie morza.

- To jest roz­koszne, prawda? - spy­tała Clara.

- Tak, cudowne! - Uwagę Char­lotte przy­kuła para zna­jo­mych postaci w nie­wiel­kiej odle­gło­ści. - Czy tam są pano­wie?

- Tak. Tak mi się wydaje.

Char­lotte zary­zy­ko­wała kolejne spoj­rze­nie. Na początku nie była pewna, lecz tak, wszystko wska­zy­wało na to, że są cał­kiem nadzy. Poczuła, że pomimo zim­nej wody zaczyna się rumie­nić.

- Naprawdę nie mają na sobie ubra­nia? - zapy­tała nie­śmiało.

Clara nie­spo­dzie­wa­nie posłała jej szel­mow­ski uśmiech.

- Abso­lut­nie żad­nego.

Char­lotte roz­my­ślała o tym przez chwilę, a kiedy znowu pod­nio­sła wzrok, nie potra­fiła powstrzy­mać okrzyku:

- Claro, oni się zbli­żają!

- I co z tego? - odparła Clara, po czym zaczęła ku nim pły­nąć, pozo­sta­wia­jąc Char­lotte patrzącą za nią z zasko­cze­niem.

Roz­dział piąty

Ku zado­wo­le­niu i rado­ści wszyst­kich pogoda po kąpieli na­dal była dobra. Char­lotte nie mogła powstrzy­mać się od uśmie­chu, gdy prze­braw­szy się w swoim pokoju, scho­dziła na dół. San­di­ton speł­niło wszyst­kie jej nadzieje i oka­zało się czymś o wiele wię­cej. Tu jej myśli znowu powę­dro­wały ku nie­zwy­kłym roz­ko­szom pły­wa­nia. Choć bar­dzo tęsk­niła za rodziną, Wil­ling­den ze swoim spo­koj­nym tem­pem życia wyda­wał się odle­gły o tysiąc lat.

Pani Par­ker i jej córki już sie­działy przy śnia­da­niu, nato­miast pan domu krą­żył zde­ner­wo­wany po pokoju.

- To fatal­nie. Naprawdę fatal­nie!

- W grun­cie rze­czy nie ma powodu do zmar­twie­nia - rze­kła pani Par­ker kojąco.

- Nie ma powodu do zmar­twie­nia? Sło­wem się nie ode­zwał, a bal jest jutro! Dzień dobry, Char­lotte - powi­tał ją, gdy zaj­mo­wała miej­sce.

Pani Par­ker na­dal uśmie­chała się z wielką cier­pli­wo­ścią.

- Wiesz, że Sid­ney zawsze zosta­wia wszystko na ostat­nią chwilę, mój drogi.

- Czy jed­nak zdaje sobie sprawę, jak nie­zwy­kle ważna jest ta oka­zja?

- Naprawdę takie to ważne?

- Oczy­wi­ście, że tak! Oczy­wi­ście! Pierw­szy bal w San­di­ton!

- Usiądź i zjedz śnia­da­nie, Tomie.

- Nie mogę. Jestem zbyt... - Zbyt poru­szony, by nawet skoń­czyć zda­nie, wyma­sze­ro­wał z pokoju.

Dopiero po śnia­da­niu, kiedy obie damy wyru­szyły do skle­pów w San­di­ton, pani Par­ker zwie­rzyła się Char­lotte. Słońce odbi­ja­jące się od wody było tak jaskrawe, że Char­lotte musiała osła­niać oczy przed bla­skiem.

- Mój mąż ma dwie żony, Char­lotte - rze­kła pani Par­ker z godną podziwu czu­ło­ścią. - To ja oraz San­di­ton. I waha­ła­bym się przed stwier­dze­niem, na któ­rej mu bar­dziej zależy. Mał­żeń­stwo w ogrom­nym stop­niu polega na ustęp­stwach wobec dru­giej osoby i nie wąt­pię, że sama się o tym prze­ko­nasz. - Roze­śmiała się cicho. - A życie z Tomem przy­naj­mniej ni­gdy nie jest nudne.

- Wybacz, że to powiem, lecz był dobrze sytu­owany - odparła Char­lotte ze zwy­kłą dla sie­bie bez­po­śred­nio­ścią. - Nie miał potrzeby rzu­cać się w tego rodzaju ryzy­kowną dzia­łal­ność?

- Istot­nie. Zupeł­nie się nie orien­to­wa­łam, w co się anga­żuję, kiedy zako­cha­łam się w Tomie. Ale zna­leź­li­śmy się tutaj. - Gestem wska­zała to, co było wokół nich, od nowo zbu­do­wa­nych domów po sza­cow­nych gości prze­cha­dza­ją­cych się ulicą.

Char­lotte się uśmiech­nęła.

- Jest w tym coś eks­cy­tu­ją­cego, nie sądzisz?

- Tak, to eks­cy­tu­jące, lecz wyczer­pu­jące.

Były teraz przed skle­pem z obu­wiem Helly's. Nie­bie­skie pan­to­felki, które Char­lotte wcze­śniej widziała, na­dal zaj­mo­wały cen­tralne miej­sce w witry­nie. Z bli­ska były jesz­cze wspa­nial­sze.

- Co o nich myślisz? - zapy­tała pani Par­ker.

- Och, są śliczne - szep­nęła Char­lotte.

- Myślę, że dosko­nale wyglą­da­ła­byś w nich na balu. Wej­dziemy?

Pomimo pro­te­stów dziew­czyny pan­to­felki wkrótce zostały przy­mie­rzone i oka­zało się, iż pasują ide­al­nie. Char­lotte nie potra­fiła uwie­rzyć w swoje szczę­ście. W poło­wie drogi powrot­nej do Tra­fal­gar House uświa­do­miła sobie, że zro­biły zakupy tylko dla niej.

- Nie kupi­łaś nic dla sie­bie!

Pani Par­ker mach­nię­ciem ręki zbyła jej zastrze­że­nia.

- Ja już nie muszę pre­zen­to­wać swo­ich wdzię­ków, a Tom lubi mnie w moich sta­rych rze­czach. Bar­dzo się mar­twi, że jeśli Sid­ney nie przy­je­dzie z kil­koma przy­ja­ciółmi, zabrak­nie odpo­wied­nich mło­dych dżen­tel­me­nów dla mło­dych dam. Ty jed­nak nie będziesz zbyt dumna, żeby zatań­czyć z urzęd­ni­kiem lub skle­pi­ka­rzem, prawda?

- Ależ nie. Uwiel­biam tań­czyć i przyjmę zapro­sze­nie każ­dego part­nera.

- Dosko­nale! Mam nadzieję, że tajem­ni­cza panna Lambe i jej przy­ja­ciółki są tak samo zgodne jak ty. Och, popatrz, panna Den­ham.

Esther Den­ham powi­tała je chłod­nym uśmie­chem.

- Pani Par­ker, panno Hey­wood. Miłe spo­tka­nie. Zaczy­na­łam mieć dość wła­snego towa­rzy­stwa. Zdo­łam was prze­ko­nać do krót­kiego spa­ceru?

- Ja muszę dopil­no­wać spraw w domu - odrze­kła pani Par­ker - lecz Char­lotte? - Spoj­rzała na nią wycze­ku­jąco.

- Z przy­jem­no­ścią.

- Jakie więc zda­nie do tej pory wyro­biła sobie pani o nas? - zapy­tała panna Den­ham, kiedy zna­la­zły ławkę, na któ­rej mogły usiąść.

Char­lotte się zawa­hała, onie­śmie­lona chłod­nym zacho­wa­niem roz­mów­czyni.

- To... zawsze jest miło zawie­rać nowe zna­jo­mo­ści.

- Bar­dzo ład­nie powie­dziane, choć ani jedno pani słowo nie jest szczere. Widzia­łam, jak lady D. wczo­raj panią drę­czyła. O czym mówiła?

- Cóż, głów­nie o swo­ich pie­nią­dzach.

- Oraz bez wąt­pie­nia o naszych intry­gach mają­cych na celu dobra­nie się do nich. O niczym innym w grun­cie rze­czy nie mówi. Jest ską­pym, żało­snym sta­rym potwo­rem.

Char­lotte nie potra­fiła się zmu­sić do sprze­ciwu.

- Przy­znaję, iż współ­czu­łam pan­nie Bre­re­ton.

Panna Den­ham prych­nęła pogar­dli­wie.

- Och, wcale nie trzeba jej współ­czuć. Miewa się dosko­nale, pła­wiąc się w cie­ple i luk­su­sie San­di­ton House, pod­czas gdy Edward i ja trzę­siemy się z zimna w wil­got­nym i nie­ogrza­nym Den­ham House. Jeśli uda się jej osią­gnąć cel, któ­rym oczy­wi­ście jest zagar­nię­cie wszyst­kiego dla sie­bie, to przy­się­gam, otruję ją.

Char­lotte była wstrzą­śnięta i mogła tylko mieć nadzieję, że to żart.

- Jestem pewna, że nie mówi pani poważ­nie.

- Sama się pani prze­kona. Co pani sądzi o swo­ich gospo­da­rzach?

- Bar­dzo ich polu­bi­łam.

Panna Den­ham posłała jej kolejne miaż­dżące spoj­rze­nie.

- Pan Tom Par­ker jest mono­ma­nia­kiem, który daleko zaszedł na dro­dze do zruj­no­wa­nia sie­bie i swo­jej rodziny sza­lo­nymi przed­się­wzię­ciami.

- Chyba naprawdę pani tak nie myśli? - Char­lotte poczuła obu­rze­nie. - Uwa­żam, że jego pomy­sły są godne podziwu.

- Zoba­czy pani, że dopro­wa­dzi się do ban­kruc­twa. Nie mam nic prze­ciwko jego żonie, w isto­cie bar­dzo jej współ­czuję. Jego brat to bła­zen, bez wąt­pie­nia sama to pani zauwa­żyła, a co do Sid­neya...

- Nie mia­łam jesz­cze przy­jem­no­ści go poznać.

- Nie­zrów­no­wa­żony i nie można na nim pole­gać - oznaj­miła panna Den­ham. - Radzę, by się pani pil­no­wała.

- Dzię­kuję - odparła słabo Char­lotte. Nie wie­działa, jak zare­ago­wać na tę kano­nadę nega­tyw­nych opi­nii.

- Bio­rąc wszystko pod uwagę, myślę, że może pani poża­ło­wać, iż posta­wiła stopę w San­di­ton - cią­gnęła panna Den­ham. - Ja żałuję. - Odwró­ciła się do morza, które z tego dogod­nego punktu obser­wa­cyj­nego wyglą­dało szcze­gól­nie olśnie­wa­jąco, słońce odbi­jało się od błę­kitu niczym roz­rzu­cone odłamki złota. - Niech pani popa­trzy na ten widok. Morze. Niebo. Czyż nie jest to nie­wy­po­wie­dzia­nie ponure?

Char­lotte mogła tylko wpa­try­wać się w nią ze zdu­mie­niem.

Dzień mijał w przy­jem­nym nastroju, lecz przy lun­chu zło­żo­nym z mięs na zimno pani Par­ker zwró­ciła się do Char­lotte:

- Lady Den­ham dopy­tuje, dla­czego jesz­cze nie zło­ży­łaś jej wizyty, moja droga.

Pan Par­ker uprze­dził Char­lotte.

- Powo­dem jest to, że ile­kroć się do niej wybie­ramy, spo­ty­kamy ją po dro­dze i koń­czy się na tym, że pod­wie­czo­rek jemy u nas. Zasta­na­wiam się, czy nie wysłać jej rachunku.

- Może i tak, ale przy­rze­kłam, że odwie­dzimy ją dzi­siaj po połu­dniu. Mam nadzieję, że to ci odpo­wiada, Char­lotte?

Char­lotte ski­nęła głową.

- Bar­dzo mi odpo­wiada. Nie mogę się docze­kać, kiedy zoba­czę San­di­ton House.

Po posiłku pani Par­ker i Char­lotte znowu wyru­szyły na spa­cer. Od strony morza napły­nęła mgła, otu­la­jąc mia­sto dziw­nym wid­mo­wym świa­tłem.

- A cóż to za powóz? - spy­tała pani Par­ker.

- Tak trudno zoba­czyć coś w tej mgle. Wydaje mi się, że jest otwarty. Zaprzę­żony w dwa czy w cztery konie?

Pani Par­ker raz jesz­cze wytę­żyła wzrok i wypro­sto­wała się.

- Char­lotte, jestem pra­wie prze­ko­nana, że to może być... tak, to on! Brat Toma, Sid­ney!

Zaczęła machać i męż­czy­zna w powo­zie odpo­wie­dział tym samym. Wstrzy­mał konie, oddał lejce sie­dzą­cemu obok słu­żą­cemu i zesko­czył na zie­mię.

- Mary! Witaj!

Ser­decz­nie uści­skał bra­tową, co Char­lotte dało oka­zję do przyj­rze­nia mu się z bli­ska. Był tak przy­stojny jak na por­tre­cie, ema­no­wał aurą swo­body i sty­lem. Kiedy wszakże odsu­nął się od pani Par­ker, obda­rzył ją tylko prze­lot­nym spoj­rze­niem.

- Nowa poko­jówka?

- Sid­neyu, to panna Char­lotte Hey­wood. Jest naszym gościem w Tra­fal­gar House.

Ujął dłoń Char­lotte i bez prze­ko­na­nia się ukło­nił.

- Panno...?

Już zapo­mniał.

- Hey­wood - dopo­wie­działa Char­lotte sztywno.

- Panno Hey­wood - powtó­rzył, cho­ciaż patrzył przed sie­bie, jakby coś cie­kaw­szego mógł tam zna­leźć. Char­lotte to dotknęło, posta­no­wiła jed­nak, że nie będzie się tym przej­mo­wać.

- Jesteś w dro­dze do Tra­fal­gar House? - zapy­tała pani Par­ker. - Oczy­wi­ście zatrzy­masz się u nas.

- Nie, wyna­ją­łem pokoje w hotelu. Dołą­czą tam do mnie przy­ja­ciele. Oczy­wi­ście odwie­dzę was, dzi­siaj wie­czo­rem, jeśli można. A jutro jest słynny bal, prawda?

Pani Par­ker pokrę­ciła głową.

- Tom strasz­nie się tym dener­wuje. Zro­bisz wszystko, co w two­jej mocy, żeby pomóc, prawda?

Sid­ney nie­mal nie­do­strze­gal­nie zaci­snął zęby, co jed­nak nie uszło uwagi Char­lotte.

- Powiedz mu, że nie ma powo­dów do nie­po­koju, wszystko jest w porządku. Idzie­cie do lady D.?

- Tak.

- W takim razie nie będę was zatrzy­my­wał. Panno Hey­wood. - Znowu lekko się skło­nił, po czym wsko­czył na miej­sce obok stan­greta i powóz ruszył.

Pani Par­ker odwró­ciła się i patrzyła, jak zni­kają w mgli­stym powie­trzu.

- Jest taki dobry.

Char­lotte zde­cy­do­wała, że będzie mil­czeć, choć towa­rzyszka zła­pała jej powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie.

- Ma tak wiele trosk, a jed­nak zawsze udaje mu się przyjść z pomocą Tomowi, kiedy ten jest w potrze­bie. Bywa szorstki i obo­jętny, tak jak przed chwilą wobec cie­bie, ale ma dobre serce.

- Cie­szę się, że to sły­szę - odrze­kła Char­lotte obo­jęt­nie.

- Mar­twię się jed­nak o jego szczę­ście - cią­gnęła pani Par­ker. - Chcia­ła­bym zoba­czyć, jak się ustat­kuje, choć oba­wiam się, że to nie leży w jego natu­rze.

Wspi­nały się po zbo­czu. Przed szczy­tem wzgó­rza przy­sta­nęły, by odpo­cząć.

- Jeste­śmy na miej­scu - rze­kła nieco zdy­szana pani Par­ker. - Cała ta zie­mia należy do San­di­ton House.

- To piękny park. Dosko­nale dopeł­nia dom.

Istot­nie tak było. Dom, choć roz­le­gły, nie domi­no­wał nad ota­cza­ją­cym go sta­ran­nie zapla­no­wa­nym par­kiem. Wyda­wało się, iż natura chęt­nie przy­jęła go na swoje łono. Był to naj­bar­dziej impo­nu­jący dom, jaki Char­lotte w życiu odwie­dziła.

- Lady Den­ham jest bar­dzo z niego dumna - powie­działa pani Par­ker. - Są tu jele­nie, choć bar­dzo pło­chliwe. Cza­sami można je zoba­czyć tam, za pło­tem.

Gestem wska­zała w bok. Char­lotte poszła w tam­tym kie­runku i sta­nęła na pal­cach. Jakieś dwa­dzie­ścia metrów dalej dostrze­gła coś bia­łego, w poło­wie przy­sło­nię­tego przez roślin­ność. Wytę­ża­jąc wzrok, zasko­czona stwier­dziła, że to Clara Bre­re­ton sie­dząca na tra­wie. Ktoś jej towa­rzy­szył i... tak! To był sir Edward Den­ham. Przyj­rzała się uważ­niej: w ich pozach było coś dziw­nego. Znaj­do­wali się bar­dzo bli­sko sie­bie, nie­mal splą­tani. Clara poru­szała ręką i Char­lotte nie potra­fiła roz­strzy­gnąć, czy odpy­cha sir Edwarda, czy też... Nie miała poję­cia, czego wła­ści­wie jest świad­kiem, nagle jed­nak zyskała pew­ność, że jest to sprawa pry­watna, nie­prze­zna­czona dla jej oczu. Wyco­fu­jąc się, nadep­nęła na stary i suchy patyk, który pękł z dono­śnym trza­skiem. Obie postaci na tra­wie odwró­ciły się w kie­runku, skąd dobiegł hałas, Char­lotte zaś pośpiesz­nie wró­ciła do pani Par­ker.

- Widzia­łaś jele­nia?

Char­lotte pokrę­ciła głową; bra­ko­wało jej tchu i policzki miała zaczer­wie­nione.

- Nie, przez chwilę mi się wyda­wało, że widzę, ale...

Pani Par­ker uśmiech­nęła się pro­sto­dusz­nie.

- Jak mówi­łam, są bar­dzo pło­chliwe.

Tom Par­ker wszedł do gabi­netu. Teraz, gdy Mary i Char­lotte zosta­wiły go sam na sam z myślami, otwar­cie oka­zy­wał nie­po­kój.

- Wyglą­dasz na zmar­twio­nego, Tomie. Mógł­bym ci jakoś pomóc?

Zna­jomy głos spra­wił, że pode­rwał głowę, a jego zmarsz­czone czoło się wygła­dziło. Za biur­kiem ze szkla­neczką w dłoni sie­dział jego brat Sid­ney, co bar­dzo ura­do­wało udrę­czone tro­skami serce Toma.

- Sid­ney! Ni­gdy dotąd tak się nie cie­szy­łem na czyjś widok. - Ser­decz­nie uści­skał brata.

- Nie wąt­pi­łeś, że przy­jadę?

Star­szy brat chwilę się wahał.

- Nie - zdo­łał wresz­cie wykrztu­sić. - Nie, nie! Ani przez sekundę. Teraz tu jesteś i tylko to się liczy. - Twarz znowu mu się zachmu­rzyła. - Ale nie jesteś sam? Liczy­łem, że przy­wie­ziesz kilku przy­ja­ciół.

- Nie dener­wuj się, bra­cie. Zro­bi­łem tak, jak pro­si­łeś. Lord Babing­ton i pan Crowe w tym momen­cie roz­lo­ko­wują się w hotelu Crown.

- Cudow­nie, cudow­nie! Wie­dzia­łem, że mogę na tobie pole­gać. Bio­rąc pod uwagę two­ich przy­ja­ciół i naszą dzie­dziczkę, nawet lady Den­ham musi przy­znać, że jeste­śmy na dobrej dro­dze, by stać się mod­nym celem wojaży.

- Skoro mówisz o "dzie­dziczce", rozu­miem, że panna Lambe przy­była do San­di­ton? - Po raz pierw­szy Sid­ney spo­waż­niał.

Jego brat nie krył zasko­cze­nia.

- Co wiesz o pan­nie Lambe?

Sid­ney uniósł szkla­neczkę do ust i opróż­nił do dna.

- O wiele wię­cej, niż bym chciał. - Uśmiech­nął się. - Pro­szę, napij się ze mną.

Kiedy pani Par­ker i Char­lotte dotarły do San­di­ton House, od kamer­dy­nera usły­szały, że lady Den­ham wkrótce je przyj­mie. Zostały same w impo­nu­ją­cym holu i Char­lotte nie mogła nic pora­dzić na to, że roz­glą­dała się dokoła sze­roko otwar­tymi oczami. Gdyby gość przed wej­ściem do domu miał jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści w kwe­stii bogac­twa lady Den­ham, to pozbyłby się ich po prze­kro­cze­niu progu.

W zasięgu wzroku poja­wiła się lady Den­ham.

- Pani Par­ker, panno Hey­wood, pro­szę mi wyba­czyć. Pró­bo­wa­łam zna­leźć pannę Clarę. Nie mam poję­cia, gdzie ta dziew­czyna się podziała.

Idąc za lady Den­ham do salonu, Char­lotte czuła, że policzki znowu jej czer­wie­nieją. Wie­działa, gdzie jest panna Clara i z kim. Na szczę­ście unio­sła wzrok i ogromny pokój wypę­dził z jej głowy wszyst­kie inne myśli. Salon był abso­lut­nie nie­zwy­kły, żadne inne okre­śle­nie do niego nie paso­wało. Domi­no­wały złoto i czerń. Pozła­cany posąg Nep­tuna kró­lo­wał na jed­nym końcu, na ścia­nach zaś od pod­łogi do sufitu wyma­lo­wano mityczne mor­skie stwory i wzbie­ra­jące gniewne fale. Potężny żyran­dol poły­ski­wał nad kaflami pod­ło­go­wymi przed­sta­wia­ją­cymi gigan­tycz­nego węża, zwi­nię­tego tak, jakby szy­ko­wał się do ataku. Char­lotte otwo­rzyła usta z podziwu. To była bar­dziej pogań­ska świą­ty­nia niż zwy­kły salon. Nie uwa­żała sie­bie za dosta­tecz­nie wyra­fi­no­waną, by wydać osąd, choć na dnie serca uznała, że całość robi dość potworne wra­że­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki