KSIĘGA
I
Nazywam ją po prostu Księgą, bez żadnych określeń i epitetów. I jest w tej abstynencji i ograniczeniu bezradne westchnienie, cicha kapitulacja
przed nieobjętością transcendentu1, gdyż żadne słowo,
żadna aluzja nie potrafi zalśnić, zapachnieć, spłynąć tym dreszczem
przestrachu, przeczuciem tej rzeczy bez nazwy, której sam pierwszy
posmak na końcu języka przekracza pojemność naszego zachwytu. Cóż
pomógłby patos przymiotników i napuszystość2 epitetów
wobec tej rzeczy bez miary, wobec tej świetności bez rachuby? Czytelnik
zresztą, czytelnik prawdziwy, na którego liczy ta powieść, zrozumie i tak, gdy mu spojrzę głęboko w oczy i na dnie samym zalśnię tym blaskiem.
W tym krótkim, lecz mocnym spojrzeniu, w przelotnym ściśnięciu ręki
pochwyci on, przejmie, odpozna i przymknie oczy z zachwytu nad tą
recepcją głęboką. Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się
wszyscy tajnie za ręce?
Księga... Gdzieś w zaraniu dzieciństwa o pierwszym świcie życia jaśniał
horyzont od jej łagodnego światła. Leżała pełna chwały na biurku ojca, a ojciec, pogrążony w niej cicho, pocierał poślinionym palcem cierpliwie
grzbiet tych odbijanek, aż ślepy papier zaczynał mglić się, mętnieć,
majaczyć błogim przeczuciem i z nagła złuszczał się kłakami bibuły i odsłaniał rąbek pawiooki i urzęsiony, a wzrok schodził, mdlejąc, w dziewiczy świt bożych kolorów, w cudowną mokrość najczystszych lazurów.
O, to przetarcie się bielma, o, ta inwazja blasku, o, błoga wiosno, o,
ojcze... Czasem ojciec wstawał od Księgi i odchodził. Wówczas zostawałem
z nią sam na sam i wiatr szedł przez jej stronice i obrazy wstawały.
I gdy tak wiatr cicho kartkował te arkusze, wywiewając kolory i figury,
spływał dreszcz przez kolumny jej tekstu, wypuszczając spomiędzy liter
klucze jaskółek i skowronków. Tak ulatywała, rozsypując się, stronica za
stronicą, i wsiąkała łagodnie w krajobraz, który syciła barwnością.
Czasami spała i wiatr rozdmuchiwał ją cicho jak różę stulistną i otwierała listki, płatek za płatkiem, powieka pod powieką, wszystkie
ślepe, aksamitne i uśpione, kryjąc w sednie swym na dnie lazurową
źrenicę, pawi rdzeń, krzyczące gniazdo kolibrów.
To było bardzo dawno. Matki jeszcze wówczas nie było. Spędzałem dni sam
na sam z ojcem, w naszym wielkim jak świat pokoju.
Pryzmatyczne kryształki zwisające z lampy napełniały pokój rozproszonymi
kolorami, rozpryskaną po wszystkich kątach tęczą i gdy lampa obracała
się na swych łańcuchach, cały pokój wędrował fragmentami tęczy, jak
gdyby sfery siedmiu planet3 przesuwały się, kręcąc przez siebie.
Lubiłem stawać między nogami ojca, obejmując je z obu stron, jak
kolumny. Czasami pisał listy. Siedziałem na biurku i śledziłem z zachwytem zakrętasy podpisu zawiłe i wirujące, jak trele
koloraturowego4 śpiewaka. W tapetach pączkowały
uśmiechy, wykłuwały się oczy, koziołkowały figle. Aby mnie ubawić,
ojciec wypuszczał w tęczową przestrzeń banki mydlane z długiej słomki.
Obijały się o ściany i pękały, zostawiając w powietrzu swe kolory.
Potem przyszła matka i wczesna ta, jasna idylla5 skończyła się.
Uwiedziony pieszczotami matki, zapomniałem o ojcu, życie moje potoczyło
się nowym, odmiennym torem, bez świąt i bez cudów i byłbym może na
zawsze zapomniał o Księdze, gdyby nie ta noc i ten sen.
II
Obudziłem się raz w ciemny świt zimowy - pod zwałami ciemności paliła
się, głęboko w dole, ponura zorza - i mając jeszcze pod powiekami mrowie
mglistych figur i znaków, zacząłem majaczyć niejasno i zawile wśród
udręki i późnego żalu o starej, zaginionej Księdze.
Nikt mnie nie rozumiał i rozdrażniony tą tępotą, zacząłem natarczywiej
naprzykrzać się i molestować rodziców w niecierpliwości i gorączce.
Bosy i tylko w koszuli przerzuciłem, drżąc z podniecenia, bibliotekę
ojca i rozczarowany, gniewny opisywałem bezradnie przed osłupiałym
audytorium tę rzecz nie do opisania, której żadne słowo, żaden obraz
nakreślony drżącym i wydłużonym mym palcem nie mogły dorównać.
Wyczerpywałem się bez końca w relacjach pełnych splątania i sprzeczności
i płakałem z bezsilnej rozpaczy.
Stali nade mną bezradni i zmieszani, wstydząc się swej bezsilności. W głębi duszy nie byli bez winy. Moja gwałtowność, niecierpliwy i pełen
gniewu ton żądania dawał mi pozór słuszności, przewagę dobrze
uzasadnionej pretensji. Przybiegali z różnymi książkami i wciskali mi je
w ręce. Odrzucałem je z oburzeniem.
Jedną z nich, gruby i ciężki foliant6, ojciec mój wciąż na nowo
podsuwał mi z nieśmiałą zachętą. Otworzyłem ją. Była to Biblia. Ujrzałem
na jej kartach wielką wędrówkę zwierząt, płynącą gościńcami,
rozgałęzioną pochodami po kraju dalekim, ujrzałem niebo w kluczach całe
i w łopotach, ogromną odwróconą piramidę, której daleki wierzchołek
dotykał Arki.
Podniosłem oczy na ojca pełne wyrzutu:
- Ty wiesz, ojcze - wołałem - ty wiesz dobrze, nie ukrywaj się, nie
wykręcaj! Ta książka cię zdradziła. Dlaczego dajesz mi ten skażony
apokryf 7, tysiączną kopię, nieudolny falsyfikat? Gdzie
podziałeś Księgę?
Ojciec odwrócił oczy.
III
Minęły tygodnie i wzburzenie moje opadło i uciszyło się, ale obraz
księgi płonął dalej w mej duszy jasnym płomieniem, wielki, szeleszczący
Kodeks, wzburzona Biblia, przez której karty szedł wiatr, plądrując ją
jak ogromną, rozsypującą się różę.
Ojciec, widząc mnie spokojniejszym, zbliżył się raz ostrożnie i rzekł
tonem łagodnej propozycji:
- W gruncie rzeczy istnieją tylko książki. Księga jest mitem, w który
wierzymy w młodości, ale z biegiem lat przestaje się ją traktować
poważnie.
Miałem już wówczas inne przekonanie, wiedziałem, że Księga jest
postulatem, że jest zadaniem. Czułem na barkach ciężar wielkiego
posłannictwa. Nie odpowiedziałem nic, pełen pogardy i zaciekłej, ponurej
dumy.
W tym czasie bowiem byłem już w posiadaniu tego strzępu książki, tych
żałosnych resztek, które dziwny traf losu przemycił w moje ręce. Kryłem
skarb swój troskliwie przed wszystkimi oczyma, bolejąc nad głębokim
upadkiem tej księgi, dla której okaleczałych resztek nie zdołałbym
zjednać niczyjego zrozumienia.
Stało się to tak...
Pewnego dnia tej zimy zastałem Adelę w trakcie sprzątania, ze szczotką w ręku, wspartą o pulpit, na którym leżał podarty jakiś szpargał.
Nachyliłem się przez jej ramię, nie tyle z ciekawości, ile żeby znowu
odurzyć się zapachem jej ciała, którego młody urok objawił się był
niedawno obudzonym mym zmysłom.
- Patrz - mówiła, znosząc bez protestu moje przytulenie się - czy
możliwe jest, żeby komuś wyrosły włosy do ziemi? Chciałabym mieć takie.
Spojrzałem na rycinę. Na dużej karcie in folio8 był tam
wizerunek kobiety o kształtach raczej silnych i przysadkowatych, o twarzy pełnej energii i doświadczenia. Z głowy tej damy spływał ogromny
kożuch włosów, staczał się ciężko z pleców i wlókł się końcami grubych
splotów po ziemi. Był to jakiś nieprawdopodobny wybryk natury, płaszcz
fałdzisty i obfity, wyprzędzony z korzonków włosów i trudno było
wyobrazić sobie, żeby ten ciężar nie sprawiał dotkliwego bólu i nie
obezwładniał obarczonej nim głowy. Ale właścicielka tej wspaniałości
zdawała się nosić ją z dumą, a tekst wydrukowany obok tłustymi
czcionkami głosił historię tego cudu i zaczynał się od słów: "Ja, Anna
Csillag, urodzona w Karłowicach na Morawach, miałam słaby porost
włosów...".
Była to długa historia podobna w konstrukcji do historii Hioba. Anna
Csillag z dopustu bożego dotknięta była słabym porostem. Całe miasteczko
litowało się nad tym upośledzeniem, które wybaczano jej ze względu na
nienaganny żywot, chociaż nie mogło ono być całkiem niezawinione. I oto
stało się na skutek gorących modłów, że zdjęta była z jej głowy klątwa,
Anna Csillag dostąpiła łaski oświecenia, otrzymała znaki i wskazówki i sporządziła specyfik, lek cudowny, który jej głowie przywrócił
urodzajność. Zaczęła porastać we włosy i nie dość na tym, jej mąż,
bracia, kuzynowie także z dnia na dzień opilśniali się tęgim, czarnym
futrem zarostu. Na drugiej stronie pokazana była Anna Csillag sześć
tygodni po objawieniu jej recepty, w otoczeniu swych braci, szwagrów i bratanków, mężów brodatych po pas i wąsatych i z podziwem patrzyło się
na ten prawdziwy wybuch niesfałszowanej, niedźwiedziej męskości. Anna
Csillag uszczęśliwiła całe miasteczko, na które spłynęło prawdziwe
błogosławieństwo w postaci falujących czupryn i grzyw ogromnych i którego mieszkańcy zamiatali ziemię brodami, jak miotły szerokimi. Anna
Csillag stała się apostołką włochatości. Uszczęśliwiwszy rodzinne
miasto, zapragnęła uszczęśliwić świat cały i prosiła, zachęcała,
błagała, aby przyjąć dla zbawienia swego ten dar boży, ten lek cudowny,
którego sama jedna znała tajemnicę.
Tę historię przeczytałem przez ramię Adeli i nagle tknęła mnie myśl, od
której uderzenia stanąłem cały w płomieniach. Toż to była Księga, jej
ostatnie stronice, jej nieurzędowy dodatek, tylna oficyna9
pełna odpadków i rupieci! Fragmenty tęczy zakręciły się w wirujących
tapetach, wyrwałem z rąk Adeli szpargał i odmawiającym mi posłuszeństwa
głosem wyzionąłem:
- Skąd wzięłaś tę książkę?
- Głupi - rzekła, wzruszając ramionami. - Przecież ona leży tu zawsze i co dzień wydzieramy z niej kartki na mięso do jatek10 i na
śniadanie dla ojca...
IV
Pobiegłem do mego pokoju. Wzburzony do głębi, z płonącą twarzą zacząłem
wertować11 latającymi rękami kartki szpargału. Niestety, było
ich zaledwie kilkanaście. Ani jedna stronica właściwego tekstu, same
tylko ogłoszenia i anonse. Zaraz po proroctwach długowłosej Sybilli
następowała kartka poświęcona cudownemu lekowi na wszystkie choroby i ułomności. Elsa - fluid z łabędziem - nazywał się ten balsam i działał
cuda. Stronica pełna była świadectw uwierzytelnionych, wzruszających
relacji osób, na których dokonał się cud.
Z Siedmiogrodu, ze Slawonii, z Bukowiny przychodzili ozdrowieńcy pełni
zapału, by poświadczyć, gorącym i wzruszonym słowem opowiedzieć swe
dzieje. Szli obandażowani i zgarbieni, potrząsając już niepotrzebnym
szczudłem, odrzucali plastry z oczu i opaski ze skrofuł12.
Poprzez te wędrówki kalek widziało się dalekie i smutne miasteczka o białym jak papier niebie, stwardniałe od prozy i codzienności. Były to
zapomniane w głębi czasu miasta, gdzie ludzie przywiązani byli do swych
małych losów, od których nie odrywali się ani na chwilę. Szewc był do
cna szewcem, pachniał skórą, miał twarz małą i zbiedzoną,
krótkowzroczne, blade oczy nad bezbarwnym, węszącym wąsem i czuł się na
wskroś szewcem. I jeżeli nie bolały ich wrzody, nie łamały kości,
puchlina nie kładła na barłóg, byli szczęśliwi bezbarwnym, szarym
szczęściem, palili tani tytoń, żółty tytoń cesarsko-królewski, lub
marzyli tępo przed kolekturą loterii.
Koty przebiegały im drogę, to z lewej, to z prawej strony, śnił im się
czarny pies i świerzbiała ich ręka. Czasami pisali listy z listowników,
nalepiali troskliwie markę i powierzali je z wahaniem i pełni nieufności
skrzynce pocztowej, w którą uderzali pięścią, jakby ją budzili. I przez
sny ich przelatywały potem białe gołębie z listami w dzióbkach i znikały
w obłokach.
Następne stronice wznosiły się ponad sferę spraw codziennych w regiony
czystej poezji.
Były tam harmonie, cytry i harfy, ongi13 instrumenty chórów
anielskich, dziś dzięki postępom przemysłu udostępnione po popularnych
cenach prostemu człowiekowi, bogobojnemu ludowi dla pokrzepienia serc i godziwej rozrywki.
Były tam katarynki, prawdziwe cuda techniki, pełne ukrytych wewnątrz
fletów, gardziołek i piszczałek, organków trelujących słodko, jak
gniazda szlochających słowików, nieoceniony skarb dla inwalidów, źródło
lukratywnych dochodów dla kalek i niezbędne w ogóle w każdym muzykalnym
domu. I widziało się te katarynki pięknie malowane, wędrujące na plecach
niepokaźnych szarych staruszków, których twarze wyjedzone przez życie,
były jakby zasnute pajęczyną i całkiem niewyraźne, twarze o łzawiących,
nieruchomych oczach, które z wolna wyciekały, twarze wyjałowione z życia, tak odbarwiane i niewinne, jak kora drzew spękana od pogód
wszelkich i pachnące już tylko deszczem i niebem, jak ona.
Dawno zapomnieli, jak się nazywali i kim byli, i tak zagubieni w sobie
szurgali z ugiętym kolanami drobnymi, równymi kroczkami w swych
ogromnych, ciężkich butach po linii całkiem prostej i jednostajnej,
wśród krętych i zawiłych dróg przechodniów.
W białe, bezsłoneczne przedpołudnia, przedpołudnia sczerstwiałe od
zimna, pogrążone w codzienne sprawy dnia, wyplątywali się
niepostrzeżenie z tłumu, stawiali katarynkę na krzyżulcach na zbiegu
ulic, pod żółtą smugą nieba, przekreśloną drutem telegraficznym, wśród
ludzi spieszących tępo z nastawionymi kołnierzami i zaczynali swą
melodię, nie od początku, lecz w miejscu, gdzie wczoraj przerwali i grali: "Daisy, Daisy, ty mi odpowiedź daj", podczas gdy z kominów
puszyły się białe pióropusze pary. I rzecz dziwna, ta melodia zaledwie
rozpoczęta, wskakiwała zaraz w wolną lukę, w swoje miejsce w tej
godzinie i w tym krajobrazie, jak gdyby od zawsze należała do tego dnia
zamyślonego i zgubionego w sobie samym, a w takt jej biegły myśli i szare troski spieszących.
I gdy po pewnym czasie kończyła się długim, wyciągniętym wizgotem,
wyprutym z trzewi katarynki, która zaczynała z całkiem nowej beczki -
myśli i troski zatrzymywały się na chwilę, jakby w tańcu, by zmienić
krok, a potem bez zastanowienia zaczynały kręcić się w odwrotnym
kierunku w takt nowej melodii, która wybiegła z fujarek katarynki:
"Małgorzato, skarbie mojej duszy...".
I w tępym indyferentyzmie14 tego przedpołudnia nikt nie
zauważył nawet, że sens świata zmienił się do gruntu, że biegł on już
nie w takt "Daisy, Daisy", ale wprost przeciwnie: "Mał-go-rzato...".
Obracamy znów kartkę... Cóż to? Czy pada deszcz wiosenny? Nie, to
ćwierkanie ptaszków sypie się jak szary śrut na parasole, bo oto oferuje
się tu prawdziwe kanarki harceńskie, klatki pełne szczygłów i szpaków,
koszyki pełne śpiewaków i gadułów skrzydlatych. Wrzecionowate i lekkie,
jakby wypchane watą, podskakujące w drgawkach, zwrotne, jak na gładkich,
kwilących sworzniach, rozświergotane jak kukułki zegarów - były one
osłodą samotności, zastępowały kawalerom ciepło ogniska rodzinnego,
wywabiały z najtwardszych serc błogość uczucia macierzyńskiego, tyle
miały pisklęcego i wzruszającego, i jeszcze gdy obracało się nad nimi
stronicę, posyłały za odchodzącym złączone swe, wabiące ćwierkanie.
Ale w dalszym ciągu staczał się ten skrypt żałosny w coraz głębszy
upadek. Teraz zszedł na bezdroża wątpliwej jakiejś szarlatańskiej
mantyki15. W długim płaszczu, z uśmiechem na wpół pochłoniętym
przez czarną brodę, któż to prezentował się do usług publiczności? Pan
Bosco z Mediolanu, swego znaku mistrz czarnej magii, i mówił długo i niewyraźnie, demonstrując coś na końcach palców, co nie czyniło rzeczy
zrozumialszą. I choć w przekonaniu własnym dochodził do zadziwiających
konkluzji16, które ważyć się zdawał przez chwilę między
czułymi palcami, zanim ich lotny sens nie uszedł z palców w powietrze, i choć pointował on subtelne przeguby dialektyki ostrzegawczym
podniesieniem brwi, przygotowującym na rzeczy niezwykłe, nie rozumiało
się go, a co gorsza, nie pragnęło nic rozumieć i pozostawiało się go z jego gestykulacją, z przyciszonym tonem i całą skalą ciemnych uśmiechów,
aby przekartkować szybko ostatnie, rozpadające się w strzępy stronice.
Na tych ostatnich stronicach, które w sposób widoczny popadały w majaczliwe bredzenie, w jawny bezsens, jakiś gentleman ofiarowywał swoją
niezawodną metodę, jak stać się energicznym i stanowczym w decyzjach, i mówił wiele o zasadach i charakterze. Ale wystarczyło tylko obrócić
stronicę, aby być zupełnie zdezorientowanym w rzeczach stanowczości i zasad.
Tam drobnym kroczkiem wychodziła spętana trenem17 sukni niejaka
pani Magda Wang i oświadczała z wysokości ściągniętego dekoltu, że kpi
sobie z męskiej stanowczości i zasad, i że jej specjalnością jest łamać
najsilniejsze charaktery (tu ruchem nóżki układała tren na ziemi). W tym
celu istnieją metody, ciągnęła przez zaciśnięte zęby, niezawodne metody,
nad którymi nie chce się rozwodzić, odsyłając do swych pamiętników,
zatytułowanych "Z purpurowych dni" (Wydawnictwo Instytutu Antropozofii w Budapeszcie), w których złożyła rezultaty swych doświadczeń kolonialnych
w dziedzinie tresury ludzi (ten wyraz z naciskiem i ironicznym błyskiem
oczu). I rzecz dziwna, ta opieszale i bezceremonialnie mówiąca dama,
zdawała się być pewna aprobaty tych, o których z takim cynizmem mówiła,
i wśród osobliwego zawrotu i migotania czuło się, że kierunki oznaczeń
moralnych przesunęły się dziwnie i że jesteśmy tu w innym klimacie, w którym kompas uczuć działa na opak.
To było ostatnie słowo Księgi, które zostawiało smak dziwnego
oszołomienia, mieszaninę głodu i podniecenia w duszy.
V
Nachylony nad tą Księgą, z twarzą płonącą jak tęcza, gorzałem18
cicho od ekstazy do ekstazy. Zatopiony w czytaniu, zapomniałem o obiedzie. Nie pomyliło mnie przeczucie. Był to Autentyk, święty
oryginał, choć w tak głębokim poniżeniu i degradacji. I kiedy późnym
zmierzchem, błogo uśmiechnięty, układałem szpargał w najgłębszej
szufladzie, nakrywając go dla niepoznaki innymi książkami, zdawało mi
się, że to zorzę układam do snu w komodzie; zorzę, która wciąż na nowo
od samej siebie się zapalała i szła przez wszystkie płomienie i purpury
i wracała raz jeszcze i nie chciała się skończyć.
Jakże zobojętniały mi wszystkie książki!
Bo zwykłe książki są jak meteory. Każda z nich ma jedną chwilę, moment
taki, kiedy z krzykiem wzlatuje jak feniks19, płonąc wszystkimi
stronicami. Dla tej jednej chwili, dla tego jednego momentu kochamy je
potem, choć już wówczas są tylko popiołem. I z gorzką rezygnacją
wędrujemy niekiedy późno przez te wystygłe stronice, przesuwając z drewnianym klekotem, jak różaniec, martwe ich formułki.
Egzegeci20 Księgi twierdzą, że wszystkie książki dążą do
Autentyku. Żyją one tylko wypożyczonym życiem, które w momencie wzlotu
wraca do swego starego źródła. Znaczy to, że książek ubywa, a Autentyk
rośnie. Jednakowoż nie chcemy nużyć czytelnika wykładem Doktryny.
Chcielibyśmy tylko zwrócić na jedną rzecz uwagę: Autentyk żyje i rośnie.
Co z tego wynika? Oto, gdy następnym razem otworzymy nasz szpargał, kto
wie, gdzie będą już wówczas Anna Csillag i jej wierni. Może ujrzymy ją,
pątniczkę długowłosą, zamiatającą swym płaszczem gościńce Moraw,
wędrującą przez kraj daleki, przez białe miasteczka pogrążone w codzienności i prozie i rozdającą próbki balsamu Elsa-fluid między
prostaczków bożych, trapionych wyciekiem i świerzbem. Ach, co zrobią
wówczas poczciwi brodacze miasteczka, unieruchomieni przez olbrzymie
zarosty, co zrobi wierna ta gmina, skazana na pielęgnowanie i administrację nadmiernych swych urodzajów? Kto wie, czy nie kupią sobie
wszyscy prawdziwych katarynek ze Szwarcwaldu i nie podążą w świat za swą
apostołką, aby szukać jej po kraju, grając na wszystkich miejscach
"Daisy, Daisy".
O, Odyssejo brodaczy, błądzących z katarynkami od miasta do miasta w poszukiwaniu swej matki duchowej! Kiedyż znajdzie się rapsod21
godny tej epopei? Bo komuż zostawili gród oddany ich pieczy, komu
powierzyli rząd dusz w mieście Anny Csillag? Czy nie mogli przewidzieć,
że pozbawione swej duchowej elity, swych patriarchów wspaniałych, miasto
popadnie w zwątpienie i odszczepieństwo i otworzy swe bramy... Komu?
Ach, cynicznej i przewrotnej Magdzie Wang (Wydawnictwo Instytutu
Antropozofii w Budapeszcie), która założy w nim szkołę tresury i łamania
charakterów?
Ale powróćmy do naszych pielgrzymów.
Któż nie zna tej starej gwardii, tych Cymbrów wędrownych, głębokich
brunetów o potężnych na pozór ciałach, zrobionych z tkanki bez tężyzny i soków? Cała ich siła, cała moc weszła w uwłosienie. Antropologowie
głowią się od dawna nad tą osobliwą rasą, odzianą zawsze w czarne
ubrania, w grube, srebrne łańcuchy na brzuchach, z palcami w potężnych,
mosiężnych sygnetach22.
Lubię ich, tych naprzemian Kasprów i Baltazarów, ich głęboką powagę, ich
funebryczną23 dekoratywność, te wspaniałe okazy męskie z pięknymi oczami o tłustym połysku palonej kawy, lubię ten szlachetny
brak żywotności w ciałach wybujałych i gąbczastych,
morbidezzę24 wygasających rodów, ich sapiący oddech z potężnych piersi i nawet ten zapach waleriany25, jaki
roztaczają ich brody.
Jak Aniołowie Oblicza stają czasem niespodzianie w drzwiach naszych
kuchni, ogromni i sapiący, i prędko zmęczeni ocierają pot ze zroszonego
czoła, przewracając niebieskimi białkami oczu - i w tym momencie
zapominają swe poselstwo i zdziwieni, szukając wybiegu, pretekstu dla
swego przybycia, wyciągają dłoń po jałmużnę.
Wracamy do Autentyku. Ależ nie opuszczaliśmy go nigdy. I tu wskazujemy
na dziwną cechę Szpargału, już teraz jasną czytelnikowi, że rozwija się
on podczas czytania, że ma granice ze wszech stron otwarte dla
wszystkich fluktuacji i przepływów.
Teraz na przykład już nikt nie oferuje tam szczygłów harceńskich, bo z katarynek tych brunetów, z przełamań i zagięć melodii wyfruwają w nieregularnych odstępach te pierzaste miotełki i rynek zasypany jest
nimi jak kolorowymi czcionkami. Ach, co za rozmnożenie migotliwe i pełne
szczebiotu... Dokoła wszystkich cypli, drążków i chorągiewek tworzą się
prawdziwe kolorowe zatory, trzepoty i walki o miejsce. I wystarczy
wystawić przez okno pałąk laski, aby oblepiony trzepocącym i ciężkim
gronem wciągnąć go z powrotem do izby. Zbliżamy się teraz w naszym
opowiadaniu szybkimi krokami do tej wspaniałej i katastroficznej epoki,
która w biografii naszej nosi nazwę epoki genialnej. Daremnie
przeczylibyśmy, że czujemy już teraz to ściśnięcie serca, ten błogi
niepokój, świętą tremę, jaka poprzedza rzeczy ostateczne. Wkrótce
zabraknie nam w tyglach kolorów, a w duszy blasku, aby położyć najwyższe
akcenty, nakreślić najświetlistsze i już
transcendentalne26 kontury w tym malowidle.
Cóż to jest epoka genialna i kiedy to było?
Tu zmuszeni jesteśmy stać się na chwilę całkiem ezoteryczni, jak pan
Bosco z Mediolanu, i zniżyć nasz głos do wnikliwego szeptu. Musimy
pointować nasze wywody wieloznacznymi uśmiechami i, jak szczyptę soli,
rozcierać w koniuszkach palców delikatną materię
imponderabiliów27. Nie nasza wina, jeżeli czasami
będziemy mieli wygląd tych sprzedawców niewidzialnych tkanin,
demonstrujących w wyszukanych gestach oszukańczy swój towar.
Więc czy epoka genialna zdarzyła się, czy nie zdarzyła? Trudno
odpowiedzieć. I tak, i nie. Bo są rzeczy, które się całkiem, do końca
nie mogą zdarzyć. Są za wielkie, aby się zmieścić w zdarzeniu, i za
wspaniałe. Próbują one tylko się zdarzyć, próbują gruntu rzeczywistości,
czy je uniesie. I wnet się cofają, bojąc się utracić swą integralność w ułomności realizacji. A jeśli nadłamały swój kapitał, pogubiły to i owo
w tych próbach inkarnacji, to wnet, zazdrosne, odbierają swą własność,
odwołują ją z powrotem, reintegrują się i potem w biografii naszej
zostają te białe plamy, wonne stygmaty, te pogubione srebrne ślady
bosych nóg anielskich, rozsiane ogromnymi krokami po naszych dniach i nocach, podczas gdy ta pełnia chwały przybiera i uzupełnia się
nieustannie i kulminuje nad nami, przekraczając w tryumfie zachwyt po
zachwycie.
A jednak w pewnym sensie mieści się ona cała i integralna w każdej ze
swych ułomnych i fragmentarycznych inkarnacji28. Zachodzi tu
zjawisko reprezentacji i zastępczego bytu. Jakieś zdarzenie może być co
do swej proweniencji29 i swoich własnych środków małe i ubogie, a jednak, zbliżone od oka, może otwierać w swoim wnętrzu
nieskończoną i promienną perspektywę, dzięki temu, że wyższy byt usiłuje
w nim się wyrazić i gwałtownie w nim błyszczy.
Tak wtedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te
stacje i etapy po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego
zwierciadła. Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, genialną epokę naszego życia.
Możeśmy ją w diminucyjnym zapędzie30, sterroryzowani
nieobjętością transcendentu, zbyt ograniczyli, zakwestionowali i zachwiali. Gdyż mimo wszystkich zastrzeżeń: ona była. Ona była i nic nam
nie zabierze tej pewności, tego świetlanego smaku, który mamy jeszcze na
języku, tego zimnego ognia na podniebieniu, tego westchnienia,
szerokiego jak niebo i świeżego, jak haust czystej ultramaryny.
Czy przygotowaliśmy w pewnej mierze czytelnika do rzeczy, które
nastąpią, czy możemy zaryzykować podróż w epokę genialną?
Nasza trema udzieliła się czytelnikowi. Czujemy jego zdenerwowanie. Mimo
pozorów ożywienia i nam jest ciężko na sercu i jesteśmy pełni trwogi.
W imię Boże wtedy - wsiadamy i odjazd!
GENIALNA EPOKA
I
Zwykłe fakty uszeregowane są w czasie, nanizane31 na jego ciąg
jak na nitkę. Tam mają one swoje antecedensy32 i swoje
konsekwencje, które tłoczą się ciasno, następują sobie na pięty bez
przerwy i bez luki. Ma to swoje znaczenie i dla narracji, której duszą
jest ciągłość i sukcesja.
Cóż jednak zrobić ze zdarzeniami, które nie mają swego własnego miejsca
w czasie, ze zdarzeniami, które przyszły za późno, gdy już cały czas był
rozdany, rozdzielony, rozebrany, i teraz zostały niejako na lodzie,
niezaszeregowane, zawieszone w powietrzu, bezdomne i błędne?
Czyżby czas był za ciasny dla wszystkich zdarzeń? Czy może się zdarzyć,
aby już wszystkie miejsca w czasie były wyprzedane? Zatroskani,
biegniemy wzdłuż tego całego pociągu zdarzeń, przygotowując się już do
jazdy.
Na miłość boską, czyżby nie istniał tu pewnego rodzaju ażiotaż33
biletów na czas...? Panie konduktorze!
Tylko spokojnie! Bez zbytecznej paniki, załatwimy to po cichu we własnym
zakresie działania.
Czy czytelnik słyszał coś o równoległych pasmach czasu, w czasie
dwutorowym? Tak, istnieją takie boczne odnogi czasu, trochę nielegalne
co prawda i problematyczne, ale gdy się wiezie taką
kontrabandę34 jak my, takie nadliczbowe zdarzenie nie do
zaszeregowania - nie można być zanadto wybrednym. Spróbujmy wtedy
odgałęzić w którymś punkcie historii taką boczną odnogę, ślepy tor, aby
zepchnąć nań te nielegalne dzieje. Tylko bez obawy. Stanie się to
niepostrzeżenie, czytelnik nie dozna żadnego wstrząsu. Kto wie - może,
gdy o tym mówimy, już nieczysta manipulacja jest poza nami i jedziemy
już ślepym torem.
II
Moja matka przybiegła przerażona i objęła mój krzyk ramionami, chcąc go
nakryć jak pożar i stłumić w fałdach swej miłości. Zamknęła mi usta
ustami i krzyczała wraz ze mną.
Ale odtrąciłem ją i wskazując na słup ognisty, na złotą belkę, która
tkwiła ukośnie w powietrzu, jak zadra, i nie dała się zepchnąć, pełna
blasku i krążących w niej pyłów, krzyczałem:
- Wydrzyj ją, wyrwij!
Piec naindyczył się wielkim kolorowym bohomazem35, namalowanym
na jego czole, nabiegł krwią cały, i zdawało się, że z konwulsji36 tych żył, ścięgien i całej tej napęczniałej do
pęknięcia anatomii wyzwoli się jaskrawym, kogucim wrzaskiem.
Stałem rozkrzyżowany w natchnieniu i wyciągniętymi, wydłużonymi palcami
pokazywałem, pokazywałem w gniewie, w przejęciu srogim, wyprężony jak
drogowskaz i drżący w ekstazie.
Moja ręka prowadziła mnie, obca i blada, wlokła mnie za sobą
zesztywniała, woskowa ręka, jak wielkie wotywne37 dłonie, jak
dłoń anielska wzniesiona do przysięgi.
Było to pod koniec zimy. Dni stały w kałużach i w żarach i miały
podniebienie pełne ognia i pieprzu. Lśniące noże krajały miodną miazgę
dnia na srebrne skiby, na pryzmy pełne w przekroju kolorów i korzennych
pikanterii. Ale cyferblat38 południa gromadził na szczupłej
przestrzeni cały blask tych dni i wskazywał wszystkie godziny pałające i pełne ognia.
O tej godzinie, nie mogąc pomieścić żaru, złuszczał się dzień arkuszami
srebrnej blachy, chrzęszczącą cynfolią, i warstwa za warstwą odsłaniał
swój rdzeń z litego blasku. I jakby nie dość było jeszcze tego, dymiły
kominy, kłębiły się lśniącą parą, i każda chwila wybuchała wielkim
wzlotem aniołów, burzą skrzydeł, które niebo wchłaniało niesyte, wciąż
otwarte dla nowych wybuchów. Jego jasne blanki39 eksplodowały
białymi pióropuszami, dalekie fortalicje40 rozwijały się w ciche wachlarze spiętrzonych wybuchów pod lśniącą kanonadą niewidzialnej
artylerii.
Okno pokoju, pełne po brzegi nieba, wzbierało tymi wzlotami bez końca i przelewało się firankami, które całe w płomieniach, dymiąc w ogniu,
spływały złotymi cieniami i drganiem słoi powietrznych. Na dywanie leżał
ukośny, pałający czworobok, falując blaskiem, i nie mógł oderwać się od
podłogi. Ten słup ognisty wzburzał mnie do głębi. Stałem urzeczony, na
rozkraczonych nogach, i oszczekiwałem go zmienionym głosem, obcymi,
twardymi przekleństwami.
Na progu, w sieni, stali skonsternowani41, przestraszeni,
załamując ręce: krewni, sąsiedzi, wystrojone ciotki. Podchodzili na
palcach i odchodzili, zaglądali przez drzwi, pełni ciekawości. A ja
krzyczałem:
- Widzicie - krzyczałem do matki, do brata - zawsze mówiłem wam, że
wszystko jest zatamowane, zamurowane nudą, niewyzwolone. A teraz
patrzcie, co za wylew, co za rozkwit wszystkiego, co za błogość...
I płakałem ze szczęścia i z bezsilności.
- Obudźcie się - wołałem - pospieszcie mi z pomocą! Czy mogę sam jeden
podołać temu zalewowi, czy mogę ogarnąć ten potop? Jak mam, sam jeden,
odpowiedzieć na milion olśniewających pytań, którymi Bóg mnie zalewa?
A gdy milczeli, wołałem w gniewie:
- Spieszcie się, nabierajcie pełne wiadra tej obfitości, gromadźcie
zapasy!
Ale nikt mnie nie mógł wyręczyć, stali bezradni i oglądali się za
siebie, cofali za plecy sąsiadów.
Wtedy zrozumiałem, co mam czynić, i pełen zapału, zacząłem z szaf
wyciągać stare foliały42, wypisane i rozsypujące się księgi
handlowe ojca, i rzucałem je na podłogę pod ten słup ognisty, który
leżał na powietrzu i pałał. Nie można mi było nastarczyć papieru. Brat i matka przybiegali wciąż z nowymi naręczami starych gazet i dzienników i rzucali je stosami na ziemię. A ja siedziałem wśród tych papierów,
oślepiony blaskiem, z oczami pełnymi eksplozji, rakiet i kolorów, i rysowałem. Rysowałem w pośpiechu, w panice, w poprzek, na ukos, poprzez
zadrukowane i zapisane stronice. Moje kolorowe ołówki latały w natchnieniu przez kolumny nieczytelnych tekstów, biegły w genialnych
gryzmołach, w karkołomnych zygzakach, zwęźlając się raptownie w anagramy
wizji, w rebusy świetlistych objawień, i znów rozwiązując się w puste i ślepe błyskawice, szukające tropu natchnienia.
O, te rysunki świetliste, wyrastające jak pod obcą ręką, o, te
przejrzyste kolory i cienie! Jakże często jeszcze dziś znajduję je we
snach po tylu latach na dnie starych szuflad, lśniące i świeże jak
poranek - wilgotne jeszcze pierwszą rosą dnia: figury, krajobrazy,
twarze!
O, te błękity mrożące oddech zatchnieniem strachu, o, te zielenie
zieleńsze od zdziwienia, o, te preludia43 i świegoty kolorów
dopiero przeczutych, dopiero próbujących się nazwać!
Dlaczego roztrwoniłem je wówczas w beztrosce nadmiaru z tą niepojętą
lekkomyślnością? Pozwalałem sąsiadom przerzucać i plądrować te stosy
rysunków. Zabierali całe ich pliki. Do jakich domów nie zawędrowały, na
jakich śmietnikach nie wałęsały się wówczas! Adela wytapetowała nimi
kuchnię, że stała się jasna i kolorowa, jak gdyby w nocy spadł śnieg za
oknem.
Było to rysowanie pełne okrucieństwa, zasadzek i napaści. Gdy tak
siedziałem napięty jak łuk, nieruchomy i czatujący, a w słońcu dookoła
mnie płonęły jaskrawo papiery - wystarczyło, aby rysunek, przygwożdżony
mym ołówkiem, uczynił najlżejszy ruch do ucieczki. Wówczas ręka moja,
cała w drgawkach nowych odruchów i impulsów, rzucała się nań z wściekłością jak kot i już obca, zdziczała, drapieżna, w błyskawicznych
ukąszeniach zagryzała dziwoląga, który chciał się jej wymknąć spod
ołówka. I dopiero wtedy odluźniała się od papieru, gdy martwe już i nieruchome zwłoki rozkładały, jak w zielniku, swą kolorową i fantastyczną anatomię na zeszycie.
Było to mordercze polowanie, walka na śmierć i życie. Któż mógł odróżnić
w niej atakującego od atakowanego, w tym kłębku parskającym
wściekłością, w tym splątaniu pełnym pisku i przerażenia! Bywało, że
ręka moja dwa i trzy razy rzucała się do skoku, aby gdzieś na czwartym
lub piątym arkuszu dosięgnąć ofiary. Nieraz krzyczała z bólu i przerażenia w kleszczach i szczypcach tych dziwotworów, wijących się pod
moim skalpelem.
Z godziny na godzinę coraz tłumniej napływały wizje, tłoczyły się,
tworzyły zatory, aż pewnego dnia wszystkie drogi i ścieżki zaroiły się i spłynęły pochodami, i kraj cały rozgałęził się wędrówkami, rozbiegł się
ciągnącymi defiladami - nieskończonymi pielgrzymkami bestii i zwierząt.
Jak za dni Noego płynęły te kolorowe pochody, te rzeki sierści i grzyw,
te falujące grzbiety i ogony, te łby, potakujące bez końca w takt
stąpania.
Mój pokój był granicą i rogatką. Tu zatrzymywały się, tłoczyły, becząc
błagalnie. Kręciły się, dreptały w miejscu trwożnie i dziko - garbate i rogate jestestwa, zaszyte we wszystkie kostiumy i zbroje zoologii, i przestraszone same sobą, spłoszone własną maskaradą, patrzyły trwożnymi
i zdziwionymi oczami przez otwory swych skór włochatych i muczały
żałośnie, jakby zakneblowane pod swymi maskami.
Czy czekały, żebym je nazwał, rozwiązał ich zagadkę, której nie
rozumiały? Czy pytały mnie o swe imię, aby w nie wejść i wypełnić je
swoją istotą? Przychodziły dziwne maszkary, twory-pytania,
twory-propozycje, i musiałem krzyczeć i odpędzać je rękami. Wycofywały
się tyłem, pochylając głowę i patrząc spode łba, i gubiły się same w sobie, wracały, rozwiązując się w bezimienny chaos, w rupieciarnię form.
Ile grzbietów poziomych i garbatych przeszło wówczas pod moją ręką, ile
łbów przesunęło się pod nią z aksamitną pieszczotą!
Zrozumiałem wówczas, dlaczego zwierzęta mają rogi. Było to - to
niezrozumiałe, które nie mogło pomieścić się w ich życiu, kaprys dziki i natrętny, nierozumny i ślepy upór. Jakaś idée fixe44, wyrosła
poza granice ich istoty, wyżej ponad głowę i wynurzona nagle w światło,
zastygła w materię dotykalną i twardą. Tam przybierała kształt dziki,
nieobliczalny i niewiarogodny, zakręcona w fantastyczną
arabeskę45 niewidoczną dla ich oczu a przerażającą, w nieznaną
cyfrę, pod której grozą żyły. Pojąłem, dlaczego te zwierzęta skłonne
były do paniki nierozumnej i dzikiej, do spłoszonego szału: wciągnięte w swój obłęd, nie mogły się wyplątać z gmatwaniny tych rogów, spomiędzy
których - pochylając głowę - patrzyły smutno i dziko, jakby szukając
przejścia między ich gałęziami. Te rogate zwierzęta dalekie były od
wyzwolenia i nosiły ze smutkiem i rezygnacją stygmat swego błędu na
głowie.
Ale jeszcze dalsze od światła były koty. Ich doskonałość zatrważała.
Zamknięte w precyzji i akuratności swych ciał, nie znały błędu ani
odchylenia. Na chwilę schodziły w głąb, na dno swej istoty, i wtedy
nieruchomiały w swym miękkim futrze, poważniały groźnie i uroczyście, a oczy ich zaokrąglały się jak księżyce, chłonąc wzrok w swe leje ogniste.
Ale po chwili już, wyrzucone na brzeg, na powierzchnię, ziewały swą
nicością rozczarowane i bez złudzeń.
W ich życiu pełnym zamkniętej w sobie gracji nie było miejsca na żadną
alternatywę. I znudzone w tym więzieniu doskonałości bez wyjścia,
przejęte spleenem46, sarkały47 zmarszczoną wargą pełne
bezprzedmiotowego okrucieństwa w krótkiej, pręgami rozszerzonej twarzy.
U dołu przemykały chyłkiem kuny, tchórze i lisy, złodzieje wśród
zwierząt, stworzenia o złym sumieniu. Dorwały się one podstępem,
intrygą, trickiem swego miejsca w bycie wbrew planowi stworzenia i ścigane nienawiścią, zagrożone, wciąż na straży, wciąż w trwodze o to
miejsce, kochały żarliwie swój kradziony, po norach kryjący się żywot,
gotowe dać się poszarpać na sztuki w jego obronie.
Wreszcie przeszły wszystkie i cisza zagościła w moim pokoju. Znów
zacząłem rysować, zatopiony w moich szpargałach, które oddychały
blaskiem. Okno było otwarte i na gzymsie okiennym drżały w wiosennym
wietrze synogarlice i turkawki. Przechylając głowę, pokazywały okrągłe i szklane oko w profilu, jakby przerażone i pełne lotu. Dni pod koniec
stały się miękkie, opalowe i świetliste, to znowu perłowe i pełne
zamglonej słodyczy. Nadeszły święta wielkanocne i rodzice wyjechali na
przeciąg tygodnia do mej zamężnej siostry. Pozostawiano mnie samego w mieszkaniu, na łup mych inspiracji. Adela przynosiła mi co dzień obiady
i śniadania. Nie zauważyłem jej obecności, gdy przystawała na progu
odświętnie ubrana, pachnąc wiosną ze swoich tiulów i fularów48.
Przez otwarte okno wpływały łagodne powiewy, napełniając pokój refleksem
dalekich krajobrazów. Przez chwilę utrzymywały się w powietrzu te
nawiane kolory jasnych dali i wnet rozpływały się, rozwiewały w cień
błękitny, w tkliwość i wzruszenie. Powódź obrazów uspokoiła się nieco,
wylew wizji złagodniał i ucichł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki