Sanatorium pod klepsydrą - Bruno Schulz

Kup ebooka

39.90 zł
34.31 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Na­zy­wam ją po pro­stu Księ­gą, bez żad­nych okre­śleń i epi­te­tów, i jest w tej abs­ty­nen­cji i ogra­ni­cze­niu bez­rad­ne wes­tchnie­nie, ci­cha ka­pi­tu­la­cja przed nie­ob­ję­to­ścią trans­cen­den­tu, gdyż żad­ne sło­wo, żad­na alu­zja nie po­tra­fi za­lśnić, za­pach­nieć, spły­nąć tym dresz­czem prze­stra­chu, prze­czu­ciem tej rze­czy bez na­zwy, któ­rej sam pierw­szy po­smak na koń­cu ję­zy­ka prze­kra­cza po­jem­ność na­sze­go za­chwy­tu. Cóż po­mógł­by pa­tos przy­miot­ni­ków i na­pu­szy­stość epi­te­tów wo­bec tej rze­czy bez mia­ry, wo­bec tej świet­no­ści bez ra­chu­by. Czy­tel­nik zresz­tą, czy­tel­nik praw­dzi­wy, na ja­kie­go li­czy ta po­wieść, zro­zu­mie i tak, gdy mu spoj­rzę głę­bo­ko w oczy i na dnie sa­mym za­lśnię tym bla­skiem. W tym krót­kim a moc­nym spoj­rze­niu, w prze­lot­nym ści­śnię­ciu ręki po­chwy­ci on, przej­mie, od­po­zna - i przy­mknie oczy z za­chwy­tu nad tą re­cep­cją głę­bo­ką. Bo czyż pod sto­łem, któ­ry nas dzie­li, nie trzy­ma­my się wszy­scy taj­nie za ręce?

Księ­ga... Gdzieś w za­ra­niu dzie­ciń­stwa, o pierw­szym świ­cie ży­cia ja­śniał ho­ry­zont od jej ła­god­ne­go świa­tła. Le­ża­ła peł­na chwa­ły na biur­ku ojca, a oj­ciec, po­grą­żo­ny w niej ci­cho, po­cie­rał po­śli­nio­nym pal­cem cier­pli­wie grzbiet tych od­bi­ja­nek, aż śle­py pa­pier za­czy­nał mglić się, męt­nieć, ma­ja­czyć bło­gim prze­czu­ciem i z na­gła złusz­czał się kła­ka­mi bi­bu­ły i od­sła­niał rą­bek pa­wio­oki i urzę­sio­ny, a wzrok scho­dził, mdle­jąc, w dzie­wi­czy świt bo­żych ko­lo­rów, w cu­dow­ną mo­krość naj­czyst­szych la­zu­rów.

O, to prze­tar­cie się biel­ma, o, ta in­wa­zja bla­sku, o, bło­ga wio­sno, o, oj­cze...

Cza­sem oj­ciec wsta­wał od Księ­gi i od­cho­dził. Wów­czas zo­sta­wa­łem z nią sam na sam i wiatr szedł przez jej stro­ni­ce, i ob­ra­zy wsta­wa­ły. I gdy tak wiatr ci­cho kart­ko­wał te ar­ku­sze, wy­wie­wa­jąc ko­lo­ry i fi­gu­ry, spły­wał dreszcz przez ko­lum­ny jej tek­stu, wy­pusz­cza­jąc spo­mię­dzy li­ter klu­cze ja­skó­łek i skow­ron­ków. Tak ula­ty­wa­ła, roz­sy­pu­jąc się, stro­ni­ca za stro­ni­cą i wsią­ka­ła ła­god­nie w kra­jo­braz, któ­ry sy­ci­ła barw­no­ścią. Cza­sa­mi spa­ła i wiatr roz­dmu­chi­wał ją ci­cho jak różę stu­list­ną, i otwie­ra­ła list­ki, pła­tek za płat­kiem, po­wie­ka za po­wie­ką, wszyst­kie śle­pe, ak­sa­mit­ne i uśpio­ne, kry­jąc w sed­nie swym na dnie la­zu­ro­wą źre­ni­cę, pawi rdzeń, krzy­czą­ce gniaz­do ko­li­brów.

To było bar­dzo daw­no. Mat­ki jesz­cze wów­czas nie było. Spę­dza­łem dni sam na sam z oj­cem w na­szym, wiel­kim wów­czas jak świat, po­ko­ju.

Pry­zma­tycz­ne krysz­tał­ki zwi­sa­ją­ce z lam­py na­peł­nia­ły po­kój roz­pro­szo­ny­mi ko­lo­ra­mi, roz­pry­ska­ną po wszyst­kich ką­tach tę­czą, i gdy lam­pa ob­ra­ca­ła się na swych łań­cu­chach, wę­dro­wał cały po­kój frag­men­ta­mi tę­czy, jak gdy­by sfe­ry sied­miu pla­net prze­su­wa­ły się, krę­cąc przez sie­bie. Lu­bi­łem sta­wać mię­dzy no­ga­mi ojca, obej­mu­jąc je z obu stron, jak ko­lum­ny. Cza­sa­mi pi­sał li­sty. Sie­dzia­łem na biur­ku i śle­dzi­łem z za­chwy­tem za­krę­ta­sy pod­pi­su, za­wi­łe i wi­ru­ją­ce jak tre­le ko­lo­ra­tu­ro­we­go śpie­wa­ka. W ta­pe­tach pącz­ko­wa­ły uśmie­chy, wy­klu­wa­ły się oczy, ko­zioł­ko­wa­ły fi­gle. Aby mnie uba­wić, oj­ciec wy­pusz­czał w tę­czo­wą prze­strzeń bań­ki my­dla­ne z dłu­giej słom­ki. Obi­ja­ły się o ścia­ny i pę­ka­ły, zo­sta­wia­jąc w po­wie­trzu swe ko­lo­ry.

Po­tem przy­szła mat­ka i wcze­sna ta, ja­sna idyl­la skoń­czy­ła się. Uwie­dzio­ny piesz­czo­ta­mi mat­ki za­po­mnia­łem o ojcu, ży­cie moje po­to­czy­ło się no­wym, od­mien­nym to­rem, bez świąt i bez cu­dów, i był­bym może na za­wsze za­po­mniał o Księ­dze, gdy­by nie ta noc i ten sen.

II

Obu­dzi­łem się raz w ciem­ny świt zi­mo­wy - pod zwa­ła­mi ciem­no­ści pa­li­ła się, głę­bo­ko w dole, po­nu­ra zo­rza - i ma­jąc jesz­cze pod po­wie­ka­mi mro­wie mgli­stych fi­gur i zna­ków, za­czą­łem ma­ja­czyć nie­ja­sno i za­wi­le, wśród udrę­ki i póź­ne­go żalu, o sta­rej, za­gi­nio­nej Księ­dze.

Nikt mnie nie ro­zu­miał i roz­draż­nio­ny tą tę­po­tą za­czą­łem na­tar­czy­wiej na­przy­krzać się i mo­le­sto­wać ro­dzi­ców w nie­cier­pli­wo­ści i go­rącz­ce.

Bosy i w ko­szu­li tyl­ko prze­rzu­ci­łem, drżąc z pod­nie­ce­nia, bi­blio­te­kę ojca i roz­cza­ro­wa­ny, gniew­ny opi­sy­wa­łem bez­rad­nie przed osłu­pia­łym au­dy­to­rium tę rzecz nie do opi­sa­nia, któ­rej żad­ne sło­wo, ża­den ob­raz, na­kre­ślo­ny drżą­cym i wy­dłu­żo­nym mym pal­cem, nie mógł do­rów­nać. Wy­czer­py­wa­łem się bez koń­ca w re­la­cjach peł­nych splą­ta­nia i sprzecz­no­ści i pła­ka­łem z bez­sil­nej roz­pa­czy.

Sta­li nade mną bez­rad­ni i zmie­sza­ni, wsty­dząc się swej bez­sil­no­ści. W głę­bi du­szy nie byli bez winy. Moja gwał­tow­ność, ton żą­da­nia nie­cier­pli­wy i pe­łen gnie­wu da­wał mi po­zór słusz­no­ści, prze­wa­gę do­brze uza­sad­nio­nej pre­ten­sji. Przy­bie­ga­li z róż­ny­mi książ­ka­mi i wci­ska­li mi je w ręce. Od­rzu­ca­łem je z obu­rze­niem.

Jed­ną z nich, gru­by i cięż­ki fo­liant, oj­ciec mój wciąż na nowo pod­su­wał mi z nie­śmia­łą za­chę­tą. Otwo­rzy­łem ją. Była to Bi­blia. Uj­rza­łem na jej kar­tach wiel­ką wę­drów­kę zwie­rząt, pły­ną­cą go­ściń­ca­mi, roz­ga­łę­zio­ną po­cho­da­mi po kra­ju da­le­kim, uj­rza­łem nie­bo w klu­czach całe i w ło­po­tach, ogrom­ną od­wró­co­ną pi­ra­mi­dę, któ­rej da­le­ki wierz­cho­łek do­ty­kał Arki.

Pod­nio­słem oczy na ojca, peł­ne wy­rzu­tu: - Ty wiesz, oj­cze - wo­ła­łem - ty wiesz do­brze, nie ukry­waj się, nie wy­krę­caj! Ta książ­ka cię zdra­dzi­ła. Dla­cze­go da­jesz mi ten ska­żo­ny apo­kryf, ty­sięcz­ną ko­pię, nie­udol­ny fal­sy­fi­kat? Gdzie po­dzia­łeś Księ­gę?

Oj­ciec od­wró­cił oczy.

III