Samotność twórcy. Klątwa - Marta Grzebuła

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Słowo od autorki

Część pierwsza

Początek końca

Malarz słów

Maestro wizji

Pamiętnik Perry'ego

Samotność nad Missouri

Historia Perry'ego i Grega Foresta Herweya...

Część druga

Sekret Perry'ego Malarkeya

Diana

Klątwa

Dotyk przeznaczenia

Część trzecia

Grota

Dziedzictwo umarłych

Słowo od autorki

Drogi Czytelniku, zapraszam Cię do świata emocji młodego pisarza - głównego bohatera tej powieści...

Alan czuje się odrzucony przez środowisko autorów i po prostu ludzi, wśród których przyszło mu dorastać i żyć. Usiłuje zrozumieć, gdzie i czy w ogóle popełnia błąd. Czy błędem można nazwać pragnienie tworzenia? Chęci przekazania innym tego, co ważne? Czy błędem jest szukanie ogólnie pojętej tolerancji i zrozumienia? Ja - nie sądzę... Ale Alan musi odbyć specyficzną, zdumiewającą wędrówkę - i dosłowną, i w przenośni - aby znaleźć swoje odpowiedzi na te pytania. W jej trakcie poznaje historię przodków, a zwłaszcza pradziadka Perry'ego, który lubił otaczać się tajemnicami...

Drogi Czytelniku, zapraszam Cię do lektury.

Bądź przy mnie zawsze...

Weno, co jesteś przyjaciółką. Echem duszy i myśli. Nie miej mi za złe, gdy czasem płaczę. Otul mnie wówczas i wyśnij... Wyśnij wraz ze mną moje marzenia. Emocji moim bądź lustrem. Nie pozwól zbłądzić w słowie istnienia. Stań się na co dzień słów bóstwem. Wiele zawdzięczam ci, przyjaciółko. Erraty słów i mych czynów. Nierzadko musisz stawiać im veto. Ypsylon bytu, ulotność rymów. Jestem dla siebie antycząsteczką, antypragnieniem trwania. To ty, ma weno, nadajesz sens memugo rannemu wstawaniu...

Wrocław, 1978 r.

Dziękuję Luizie Dobrzyńskiej oraz Piotrowi Podgórskiemu - za wsparcie, wiarę we mnie i przyjaźń; za serce okazywane mi w chwilach zwątpienia!

Początek końca

Za niewielkim wzniesieniem widoczny był biały dom z czerwonym spadzistym dachem. W pobliżu rosły cztery sosny, które pięły się ku niebu, a dwa karłowate cisy wtuliły się w ściany budynku. Stał na zboczu drogi i rzadko kto do niego zaglądał. Mieszkała tam rodzina Malarkeyów. Mieli dwóch synów - Alana i Mirona. "Jeden do roli, drugi do pióra" - tak mawiała o nich Tess Malarkey.

Jej mąż, Charles, z dziada pradziada farmer, zazwyczaj na te słowa smutno kiwał głową. Miał nadzieję, że synowie kiedyś przejmą po nim schedę, a tu, jak żalił się sąsiadom, syn pisarz mu się trafił. Rodzice nie od razu zaakceptowali ten fakt, ale z czasem... cóż... i do syna, który jest pisarzem, można się przyzwyczaić. Zwłaszcza jak ten - po jakimś czasie - zaczął zarabiać. Co prawda nie tyle, ile Miron, jako właściciel warsztatu samochodowego i komisu, ale zawsze coś...

Zmieniały się pory roku, zmieniała okolica...

Miron skończył dwadzieścia osiem lat, Alan dwadzieścia cztery, ale w rodzinie Malarkeyów życie toczyło się utartym rytmem. U nich wszystko toczyło się jak dawniej. Ubyła tylko jedna sosna. Ta, która stała najbliżej domostwa. Jej korzenie zaczęły zagrażać zabudowaniu i trzeba było ją ściąć. Tess Malarkey martwiła się czymś jeszcze. Żaden z synów nie myślał o ożenku. Sama swatała ich z dziewczynami, lecz nie trafiała w ich gust. Kolejna panna odjeżdżała z niczym, a było ich w miasteczku, położonym kilkadziesiąt kilometrów od ich farmy, coraz mniej. Mijały miesiące, a oni wciąż trwali w stanie kawalerskim. Na Alana zbytnio nie liczyła, ale Mironowi dziwiła się.

- Chłopcy jak malowani - mówiła do męża - a oni nic, tylko... jeden siedzi nad książkami, drugi szuka sobie roboty.

Mijały miesiące...

I przyszło kolejne lato. Upalne, piękne. W "domu trzech sosen" - jak nazywali ich posiadłość ludzie z miasteczka - Tess krzątała się w kuchni. Charles z najstarszym synem kończyli cięcie drzewa. Stara sosna miała stać się opałem na zimę. Było sporo roboty... Ale tylko dla nich, bo Alan siedząc na poddaszu w swojej "pisarskiej dziupli", odbywał kolejną podróż do świata jakże odległego od tego, który rozpościerał się za małym strychowym oknem. Gdy uniósł głowę, by spojrzeć na błękit nieba, zamyślił się.

- Cholera, czy ja naprawdę robię coś niezwykłego...? Przecież piszę jak każdy. Chyba jak każdy? - Słowa wypowiedziane niezbyt głośno rozeszły się echem po strychu.

Młody pisarz... no, w sumie znów nie taki młody (byli młodsi), raczej chodziło o tak zwany staż pisarski - siedział w swoim małym pokoju na poddaszu i grzązł w kolejnych myślach. Wciągały go jak rekin ofiarę w głębię wody. Właśnie docierał do dna rozważań. Nie miał już sił. Nie mógł pojąć, dlaczego prawie całe środowisko pisarskie go odrzuca. Byli i tacy, którzy w stosunku do niego zachowywali się jeszcze okrutniej. Nazywali go grafomanem. Ale nie to słowo tak mu doskwierało czy spędzało sen z powiek, a niezrozumienie owych mechanizmów, które rządzą tymi pisarzami. Przecież nic im nie zawinił, nic złego nie uczynił, dlaczego więc obrzucają go kalumniami? Owszem, zdawał sobie sprawę z faktu, że jego książki mogą się nie podobać. Miał swoich zwolenników, jak i przeciwników. Pierwsza powieść, wydana prawie dziesięć lat temu, stała się bestsellerem. Miał wtedy szesnaście lat i myślał, że wygrał los na loterii. Stał się sławny i wierzył, że dzięki talentowi osiągnie sukces. Wierzył w siebie. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, a on nabierał pokory. Woda sodowa wyparowała. Kolejne powieści nie cieszyły się już takim uznaniem. Zrozumiał, że jeśli ktoś pisze, sprzedaje to, co stworzył, zdaje się automatycznie na krytykę. Zrozumiał również, że podlega ocenie jak każdy, kto istnieje na rynku wydawniczym z jakimkolwiek dorobkiem. Ale by od razu... błotem w niego? I za co? Za to, że ma czelność mieć swój styl? Być po prostu inny? I, co dziwne, to nie czytelnicy go atakowali, a część kolegów po piórze. I to bolało. Nie rościł sobie prawa do nieomylności, ani nie uważał, że ma znaleźć się na panteonie. Wierzył, że to, co i jak pisze, trafia do czytelników, a przecież pisarze też nimi bywają. Tak jak i on. Marzył o tym, by kiedyś spotkać się z nimi, by nie poprzez Internet, a prosto w oczy powiedzieli mu to, co tak bezkarnie zamieszczają w sieci. Czasem nawet jako anonimy. Bo tak łatwiej? Prościej? Lecz nie dla niego. Dążył podświadomie do konfrontacji. Pogrążał się w rozmyślaniach dotyczących tego, jak bywa traktowany - dziś, teraz... w sumie od dwóch lat.

Przecież to niedorzeczne, myślał, nie odrywając oczu od okna, za którym białe chmury układały się w przeróżne kształty.

Najwięcej krytyki zbierał za to, że potrafił niemal w dwa dni napisać konspekt całej powieści, a w miesiąc ją skończyć. Sam nie rozumiał, jak to się dzieje, lecz wiedział, jakim odbywa się to kosztem. Czasem zbyt wielkim, a jednak nie umiał z tego zrezygnować. Nie jadł, nawet nie miał czasu, by pić, tylko siedział nad klawiaturą - pogrążony, a raczej porwany w ten literacki świat przez bohaterów. To nie on go tworzył, lecz to oni zabierali go i pozwalali łaskawie wejść do własnego świata i życia.

Alan i dziś nie mógł oderwać się od pisania. Dopiero gdy postawił ostatnią kropkę i pochwalił się tym na Facebooku, zaczął myśleć. Czy aby dobrze zrobił? Czy zostanie zrozumiany?

I okazało się, że choć - akurat dziś nikt go nie zaatakował, to też i nie zrozumiał. I to właśnie usiłował pojąć. Dla niego pisanie było jak oddech, bez którego nie mógł żyć. Nie traktował tego, ani nie myślał o sobie, że robi coś wielkiego, coś niebywałego. On zawsze tak pracował. To była normalka.

- Alan! Synku, kiedy w końcu zjesz?! - dobiegł go głos matki, która stojąc na półpiętrze, zadzierała głowę ku klapie prowadzącej na poddasze.

- Nie wiem... Nie mam ochoty, mamo!

Wiedział, że musi coś odpowiedzieć. Nie wiedział tylko co. Łatwiej przychodziło mu konstruowanie dialogów w powieści niż prawdziwa rozmowa, choćby z mamą. Był outsaiderem. Przynajmniej tak o sobie myślał. To było smutne i dziwne zarazem.

On, w dzieciństwie popularny, wręcz uwielbiany przez rówieśników, z czasem został zepchnięty na margines. W grę wchodziły dwie przyczyny: zazdrość kolegów lub jego własne działania... Bo być może sam to uczynił? Sam odsunął się, bo dostrzegł własną inność? Tak, bez wątpienia był inny. Dzięki słowom tworzył obrazy. Mama nazwała go malarzem słów. A starszy brat mówił do niego "maestro wizji". Tak, to prawda, miewał wizje. W jego głowie rodziły się historie. Jedna po drugiej...

- Alan! Synku, ale ty od wczoraj nic nie jadłeś! Tak nie można. Zjedz proszę. - Głos mamy się wzmagał. Jego siła przerażenia była niemal namacalna w tych wibrujących pod sufitem dźwiękach. Alan spojrzał w górę. Stromy sufit z desek stał się bańką kumulującą echo.

- Tak, mamo. Dobrze. Rozumiem...! - zawołał równie zdecydowanie. Ruszył się. Niechętnie wstał. Zerknął w monitor. Pośród czerni liter sunęły zielone linie, które świadczyły o tym, że musi podszlifować tekst. Zauważył też, że są w nim błędy gramatyczne. Nie chciał odrywać się od pracy, lecz musiał w końcu zejść na dół. Tam, gdzie wciąż stojąca na półpiętrze mama pokrzykiwała nerwowo:

- Idziesz? Czekam! Zupa stygnie!

- Tak, idę!

I podniósł klapę. Zobaczył jej zniecierpliwione oczy. Na dnie tego spojrzenia dostrzegł zmartwienie. Pojął, że tym razem granie na zwłokę jest nie do zaakceptowania przez nią. Dziś musiał jej posłuchać i w końcu zejść. Odwrócił się i krok za krokiem pokonywał kolejne szczeble drabiny. Zrobił ją specjalnie dla niego starszy brat, Miron. Była mocna, stabilna i bardzo wysoka. Dlatego mama nie odważyła się nigdy wejść na górę. Nie tylko z racji tuszy, ale przede wszystkim faktu, że rok temu przeszła operację biodra.

- Siedzisz w tej jaskini jak odludek. Nie jesz, z nikim nie pogadasz... Cały czas tylko piszesz i piszesz. Synku, tak nie można.

- Mamo, gdybyś tylko wiedziała, ile słów na minutę wymawiam.

- Tak, wiem, ale nie z ludźmi... tylko z nimi, tymi twoimi bohaterami. - Spojrzała karcąco.

Wszedł do kuchni. Otoczyła go gama zapachów. Od wysokiego po najniższy z akordów. Zupa pomidorowa i delikatna pieczeń, a do tego ogórki i purée ziemniaczane oraz kukurydza stały się etiudą. Spontanicznie pociągnął nosem. Odczuł głód. Usiadł przy stole i nie czekając na pozostałych domowników, zaczął szybko jeść.

- No tak... człowiek z buszu. - W głosie mamy brzmiały nuty nagany. - Nie poczekasz na tatę i brata? - spytała, spoglądając na niego.

- Oj, rzeczywiście. Przepraszam, ale zapomniałem - odparł z pełnymi ustami. Długi, cienki makaron zawisł w kąciku ust. - Nagle poczułem głód - dodał na swoje usprawiedliwienie.

- No, dobrze. Rozumiem - powiedziała, siadając obok.

- A gdzie brat? - Alan zerknął badawczo na mamę. Nagle uświadomił sobie, że wygląda na zmęczoną, spracowaną, i że w jej oczach widoczna jest troska. Siwe włosy układały się falami. Dwie zmarszczki między brwiami podkreślały nie tylko wiek, ale i ciągły niepokój. Inne gromadnie okalały oczy. Twarz ogorzała od wiatru. Usta przyblakłe i ręce zryte siecią linii. Ułożone teraz jedna na drugiej, spoczywały nieruchomo na stole. Pojął, że tkwiąc od kilku lat w oderwaniu od rzeczywistości, zupełnie nie dostrzegł tego, że się postarzała. Że choroba również odcisnęła na niej swoje piętno.

- Do stodoły poszedł. Ojcu pomaga drzewo rąbać. Ty się jakoś do tego nie kwapisz - odezwała się z wyrzutem.

A on tylko spuścił głowę.

- No tak, przepraszam. Jutro pomogę. - Poczuł wyrzuty sumienia. To prawda, od tygodnia był nieobecny. Owszem, był w domu, ale nie wiedział, co się w nim dzieje. Wciąż pisał.

- Nie obiecuj, nie obiecuj, synku. - Kobieta machnęła ręką.

Wstała, podeszła do kuchenki, zmniejszyła gaz i zaczęła mieszać sos.

Kilka minut później na progu dużej, widnej kuchni stanęli dwaj mężczyźni.

- Mamuśka! Co dziś jemy? - Szpakowaty, starszy, ale postawny mężczyzna spoglądał z zainteresowaniem na żonę. Za nim stał młody, dobrze zbudowany jasnowłosy chłopak. Zaciekawiony zerkał przez jego ramię.

- A co ma być? Siadajcie do stołu. - Kobieta odwróciła się. - Umyjcie ręce - poprosiła. Jej oczy nagle złagodniały. Usta lekko drgnęły, układając się w uśmiech.

- Oj, nie wiem, co tam twoje rączęta upichciły. - Mężczyzna podszedł i usiłował ucałować dłoń kobiety. Ta machnęła ręką, odsunęła się i nieco skrępowana odparła:

- Pomidorowa i pieczeń. Miron, Charles, umyjcie ręce - powtórzyła prośbę.

Obaj posłusznie wykonali polecenie. Po kilku minutach wszyscy zasiedli przy stole.

Zza okna dochodził szum wiatru, śpiew ptaków i szczekanie psów.

A w "domu trzech sosen" domownicy właśnie kończyli posiłek.