Samotność polarnika. Najwspanialsza historia o przetrwaniu w dziejach wypraw odkrywczych - David Roberts

-
Proszę czekać

Rozdział 1

KRAINA ZAPOMNIANA PRZEZ BOGA

Początki najambitniejszej wyprawy odkrywczej, jaką kiedykolwiek podjęto na Antarktydzie, nie należały do łatwych. Po ośmiu dniach żmudnego brnięcia przez pozbawiony wszelkich punktów orientacyjnych śnieżno-lodowy równinny krajobraz trzej mężczyźni oddalili się zaledwie o trzydzieści dwa kilometry od bazy - solidnie skonstruowanej chaty na Przylądku Denisona, w której cała grupa zimowała przez ostatnie dziesięć miesięcy. W trakcie tej ośmiodniowej mordęgi polarnicy zmuszeni byli kursować z załadunkami tam i z powrotem, nadkładając drogi, i majstrować przy odmawiającym współpracy sprzęcie. Na domiar złego rozpętała się zamieć śnieżna, która na dwa dni uwięziła ich w namiocie.

Był 17 listopada 1912. Douglas Mawson, organizator Australazjatyckiej Wyprawy Antarktycznej [w skrócie AEA, ang. Australasian Antarctic Expedition], miał trzydzieści jeden lat. Zanim wyruszył na południe, wykładał mineralogię i petrologię na uniwersytecie w Adelajdzie w stanie Australia Południowa. Miał już na koncie jedną wyprawę na najbardziej wysunięty na południe kontynent. W latach 1907-1909 uczestniczył w ekspedycji, której przewodził sir Ernest Shackleton. Dała ona Mawsonowi szansę wykazania się, a młody polarnik spisał się podczas niej na medal.

Namiot dzieliło z nim dwóch mężczyzn: Belgrave Ninnis oraz Xavier Mertz. Ninnis, dwudziestopięcioletni rodowity londyńczyk, służył w pułku Królewskich Fizylierów w randze porucznika. Musiał już od dłuższego czasu marzyć o przygodach na Antarktydzie, bo zanim Mawson zwerbował go do swojego zespołu, Ninnis starał się bezskutecznie zaokrętować na pokład statku Terra Nova pod rozkazy kapitana Roberta Falcona Scotta, kiedy ten szukał ekipy do swojej ekspedycji. Mertz był z kolei dwudziestodziewięcioletnim prawnikiem ze szwajcarskiej Bazylei, a przy tym doświadczonym narciarzem i alpinistą.

Wśród osiemnastu mężczyzn, którzy pierwszy rok spędzili stłoczeni w chacie na Przylądku Denisona, nazywanej przez nich kwaterą zimową, Ninnis i Mertz cieszyli się szczególną sympatią. Pierwszemu z nich koledzy nadali pieszczotliwy przydomek Cherub. Jak wspominał jeden z członków załogi, zasłużył sobie na niego "po części z racji na karnację, w jego młodzieńczej twarzyczce róż mieszał się bowiem z bielą, zupełnie jak u dziewczęcia. Wysoki i dość niezgrabny, na wyprawę zabrał zupełnie niespotykane u mężczyzn ilości eleganckiej garderoby".

Na najbardziej znanej fotografii ukazującej Ninnisa widzimy go siedzącego w pełnym umundurowaniu, z dłońmi opartymi na rękojeści miecza, spoglądającego na wprost wzrokiem pełnym spokoju i niewinności. Ten obdarzony lekkim piórem diarysta już parę dni po przybiciu okrętu do Przylądka Denisona w styczniu 1912 opisywał własne niedowierzanie, że faktycznie znalazł się na Antarktydzie:

Ciszy, jaka spowija tę krainę od zarania świata, nigdy dotąd nie mącił ludzki głos. Pomyśleć tylko, że teraz wkraczaliśmy w nią my, dość przypadkowa zbieranina mężczyzn przybyłych tutaj na nieskończenie mały wycinek czasu, aby zostawić po sobie zgubione zęby, resztki drewna, śmieci i zbędny bagaż. Przez moment będziemy przemierzać wielki płaskowyż w nadziei, że zdołamy uchylić rąbka tajemnicy skrywającej ten nieznany ląd. A wkrótce przypłynie po nas okręt i znów oddamy to miejsce we władanie wieczystej ciszy i samotności - ciszy, której być może nigdy więcej nie zmąci głos człowieka.

Przydomek X, jakiego dorobił się na wyprawie Xavier Mertz, był pokłosiem docinków nieszczędzonych mu przez resztę ekipy, dworującą sobie z kiepskiej angielszczyzny niemieckojęzycznego Szwajcara. Nie zmieniało to jednak faktu, że powszechny podziw wśród kolegów budziły jego sprawność w jeździe na nartach (jeden z nich miał go nawet określić mianem "wyśmienitego atlety"), poczucie humoru oraz umiejętność przyrządzania pysznych omletów z jaj pingwinów, którymi cały zespół zajadał się przed opuszczeniem kwatery zimowej.

Na portrecie studyjnym widnieje mężczyzna z bujnym wąsem nadającym mu wygląd alpejskiego górala. Mertz patrzy w bok, a w jego oczach można dostrzec rezerwę i inteligencję. Jako piszący po niemiecku diarysta Mertz posługiwał się prostym, bezpośrednim stylem, sporadycznie wplatając w tekst wstawki bardziej refleksyjne czy naznaczone uczuciem. W notatce z 17 listopada 1912, mimo zniechęcenia towarzyszącego początkowi fazy lądowej ekspedycji, Mertz dał wyraz swojej ekscytacji, jaką wzbudzała w nim perspektywa wkroczenia na ziemię niczyją. W jego wpisie można się wręcz doszukać śladów tych samych przemyśleń, których świadectwo zostawił nam Ninnis w przywoływanej notatce ze stycznia: "Zapuszczamy się w głąb krainy nietkniętej dotąd stopą człowieka i nieoglądanej przez ludzkie oko".

Podczas zimowych miesięcy Douglas Mawson dał się poznać podwładnym jako twardy przywódca, nieznoszący próżniactwa i oczekujący od swoich ludzi maksymalnego zaangażowania. Ponieważ jednak w tym czasie pracował najciężej z całej ekipy i nie uciekał przed najbardziej żmudnymi i niebezpiecznymi zadaniami, swoją postawą zaskarbił sobie lojalność personelu z wyjątkiem jednego lub dwóch podwładnych. Wprawdzie z natury był człowiekiem niezbyt wylewnym, jednak nadrabiał to niewątpliwym urokiem osobistym. W przeciwieństwie do Scotta, którego dbałość o zachowanie dystansu między kadrą oficerską a resztą załogi spowodowała między innymi stworzenie osobnych mes dla przedstawicieli obu grup, Mawson chętnie bratał się z całą ekipą - jadał przy wspólnym stole i dzielił się, ale też zasięgał rad u swoich podwładnych.

Jako szczupły, mierzący sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu trzydziestolatek o przenikliwym spojrzeniu błękitnych oczu Douglas Mawson niewątpliwie mógł przyciągać uwagę swoją powierzchownością. Pod względem tężyzny fizycznej i atletyczności nie ustępował Mertzowi, a jego wytrzymałość i umiejętność znoszenia bólu wkrótce miały okazać się wręcz legendarne. Najbardziej znana fotografia polarnika, pochodząca z 1911 roku, ukazuje ponadprzeciętnie przystojnego mężczyznę z lekko przerzedzoną linią włosów. Mawson ma na tym zdjęciu przeszywające spojrzenie, zdradzające opanowanie i siłę charakteru.

Możemy zgadywać, że cechowała go pewna powściągliwość w relacjach z przedstawicielkami płci pięknej. Nie zachowały się świadectwa wskazujące, że do dwudziestego siódmego roku życia Mawson związał się z jakąś kobietą. Serce skradła mu dopiero siedemnastoletnia wówczas Paquita Delprat, którą poznał na przyjęciu ogrodowym w australijskim górniczym mieście Broken Hill. Pochodząca z dobrego domu rodowitych Holendrów Paquita po matce odziedziczyła dodatkowo domieszkę krwi francuskiej i szwajcarskiej. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć upłynął rok, nim para spotkała się ponownie. Zaręczyli się w grudniu 1910, lecz z zawarciem małżeństwa wstrzymali się aż do ukończenia przez Mawsona jego Australazjatyckiej Ekspedycji Antarktycznej.

Wprawdzie Mawson zdawał sobie sprawę, że upłyną długie miesiące, nim narzeczona będzie mogła przeczytać jego listy, lecz nie zniechęciło go to do ich pisania. Paquita, bawiąca w tym czasie w Holandii i Australii, rewanżowała się tym samym na przekór narastającym obawom o życie ukochanego, który swoim zniknięciem naraził ją na, jak to określiła, "niemające końca milczenie".

Nawet na godzinę przed rozpoczęciem głównego, lądowego etapu wyprawy, która zapewnić mu miała miejsce w historii, 10 listopada Douglas znalazł chwilę, by napisać do narzeczonej:

Mam tu dwóch wspaniałych kompanów, doktora Mertza i porucznika Ninnisa. Mało prawdopodobne, aby przydarzyło nam się coś złego, lecz gdyby okazało się, że nie wrócę do Australii, aby spotkać się z Tobą, wiedz, że miłuję Cię dla wspaniałości Twojego ducha...

Żegnaj, moja ukochana. Niechaj Wszechmogący ma Cię w swojej opiece i otacza swoją łaską.

Poczynając od drugiego dziesięciolecia dwudziestego wieku, historia ulokowała Mawsona na poślednim miejscu, w cieniu jego prominentnych współczesnych: Scotta, Shackletona oraz wybitnego norweskiego badacza polarnego Roalda Amundsena. Jego australijskie pochodzenie nie było tu bez znaczenia (urodził się wprawdzie w Anglii, ale jako dwulatek wraz z rodzicami wyemigrował do Nowej Południowej Walii). Jednak zasadniczy powód, dla którego Mawsona i AEA historia potraktowała po macoszemu, leżał gdzie indziej - w przeciwieństwie do niemal wszystkich gigantów działających w okresie złotej epoki eksploracji Antarktyki (1897-1917) Mawson zupełnie nie był zainteresowany zdobywaniem bieguna południowego. Motorem jego działania, a zarazem siłą sprawczą stojącą za ambitnymi planami AEA było marzenie o eksploracji krainy, której nigdy dotąd nie oglądały ludzkie oczy, oraz o przeprowadzeniu tam możliwie najbardziej kompleksowych badań naukowych.

Za cel postawiono sobie eksplorację lądu leżącego bezpośrednio na południe od Australii - liczącego trzy tysiące dwieście kilometrów skutego lodem pustkowia wciąż będącego wówczas dla ludzkości terra incognita. Po przezimowaniu na Przylądku Denisona Mawson podzielił swoich ludzi na trzyosobowe grupy z saniami, z których każda wyruszyła w innym kierunku. Najambitniejszy cel postawiła sobie grupa wschodnia, w skład której oprócz Mawsona weszli Mertz oraz Ninnis. Zamierzali zapuścić się co najmniej pięćset pięćdziesiąt kilometrów w głąb lądu w kierunku południowo-wschodnim, mapując ten olbrzymi obszar, którego nikt dotąd nie oglądał. Liczyli, że jeśli pokonają tę długą trasę, znajdą się w miejscu, które rok wcześniej z Morza Rossa wypatrzyli załoganci okrętu Scotta Terra Nova. A wówczas z mapy kontynentu zniknie gigantyczna biała plama.

Na pokładzie Aurory, okrętu, który wyruszył z Australii, znalazło się trzydzieści osiem psów rasy husky przywiezionych z Grenlandii. Ninnis i Mertz, którzy jako jedyni z całej ekipy przypłynęli na Aurorze z Londynu do australijskiego miasta Hobart, mieli wystarczająco dużo czasu, by poznać charaktery poszczególnych czworonogów, a przy okazji zapałali do nich szczerą sympatią. Nadawali im, wraz z innymi członkami załogi, różne cudaczne imiona w rodzaju: Imbir, Gadżet, Paszczak, John Bull czy Zadymka. Jeden z psiaków został ochrzczony Shackleton, inny - Franklin1, na cześć sławnych polarników. Suczka Pavlova dostała imię w hołdzie dla wybitnej rosyjskiej tancerki baletowej Anny Pawłowej, która dowiedziawszy się w Londynie o planowanej ekspedycji, zjawiła się na pokładzie Aurory i podarowała Ninnisowi lalkę balerinę na szczęście.

Nie wszystkie psiaki przeżyły wyprawę morską na południe, a inne nie przetrwały trudów pierwszej zimy. Dziesiątego listopada, w dniu gdy Mawson, Ninnis i Mertz wyruszyli z bazy, zabrali ze sobą troje sań ciągniętych przez siedemnaście psów. Sanie wiozły siedemset osiemdziesiąt kilogramów ładunku, z czego dwieście piętnaście kilo ważył prowiant dla mężczyzn (przy liczeniu racji przyjęto założenie, że podróż potrwa dziewięć tygodni, a każdy z uczestników będzie potrzebował dziennie około kilograma pożywienia). Do tego dochodziła karma dla psów, składająca się niemal wyłącznie z solonego mięsa, pingwiniego sadła i pemikanu, czyli suszonego mięsa, ważąca około trzystu dwudziestu kilo, co stanowiło mniej więcej czterdzieści procent wagi całego ładunku. Zakładano przy tym, że jeśli któryś z psów nie będzie umiał dotrzymać kroku pozostałym, zostanie zastrzelony, a jego mięsem nakarmi się pozostałe zwierzęta.

Niepowodzenia pierwszego tygodnia mocno nadszarpnęły morale wszystkich trzech mężczyzn. Do mierzenia pokonywanej odległości służył prosty licznik: kółko przymocowane do sań, zliczające obroty i pozwalające określić, ile kilometrów grupa pokonała jednego dnia. Jednak, jak czytamy w dzienniku podróży Mawsona, już pierwszego dnia licznik "uległ poważnemu uszkodzeniu, gdy spłoszone psy przez kilka minut gnały na złamanie karku. Te przyrządy są zbyt delikatne i kruche do psich zaprzęgów poruszających się po lodzie".

Noce spędzali w śpiworach ze skóry reniferów, ocieplanych od środka futrem. Śpiwór taki ważył cztery i pół kilograma i gwarantował stosunkowo komfortowy sen, mimo że nie kładziono go na materacu, lecz na kawałku maty służącym za podłogę w namiocie. Mertz narzekał: "Ponieważ nie przyzwyczaiłem się jeszcze do sypiania na lodzie i ubitym śniegu, każdego ranka budzę się z przykrym bólem pleców". Śpiwory miały jedną nieprzyjemną cechę - ponieważ futro reniferów nieustannie liniało, kłaki "w jakiś tajemniczy sposób" przedostawały się do kubków, z których polarnicy jedli posiłki.

Dwunastego listopada wiatr wiejący z prędkością pięćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę uziemił grupę na cały dzień. Nazajutrz, mimo że wicher wcale nie zelżał, mężczyźni postanowili iść dalej. Zdołali dotrzeć do obozu oddalonego o mniej więcej trzydzieści kilometrów od bazy głównej, gdzie czekał na nich skład z zaopatrzeniem założony podczas wiosennego wypadu, lecz w śnieżycy nie potrafili go odnaleźć.

Dalszy pochód uniemożliwiła burza śnieżna, która na dwa kolejne dni, 14 i 15 listopada, uwięziła mężczyzn w namiocie. Mawson zanotował: "Silna zamieć śnieżna groziła, że porwie namiot. Nocą wiatr wzmógł się, osiągając w porywach prędkość około stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Ponieważ nie wierzyłem, że namiot przetrzyma taką nawałnicę, wszystkie wartościowe rzeczy przełożyłem do swojego śpiwora". Tej nocy żaden z polarników nie zmrużył oka. We wpisie z 15 listopada czytamy: "Przez ten bezruch wszyscy czujemy się marnie. Ninnis koło południa prawie zemdlał".

Śnieżyce najlepiej znosiły husky - kładły się w śniegu zwinięte w kłębek, a gęsta sierść zapewniała im skuteczną izolację od przejmującego chłodu i zacinającego śniegu. Niektóre spały przysypane tak grubą warstwą śniegu, że Mertz zmuszony był każdego ranka odkopywać je z głębokich jam. Twierdził jednak: "nasze eskimoskie pieski są zawsze zadowolone. Kiedy przynoszę im jedzenie, obskakują mnie radośnie. Z sierścią oblepioną lodem i śniegiem wyglądają jak kule śnieżne".

Jak się jednak okazało, z czworonogami działo się coś niedobrego. Kiedy 15 listopada Pavlova oszczeniła się, nowo narodzone pieski zostały natychmiast pożarte przez resztę sfory, w tym także matkę. (Nawiasem mówiąc, tego rodzaju zachowania, mimo że szokujące dla kanapowych miłośników czworonogów, w ekstremalnych warunkach panujących na wyprawach polarnych nie były niczym nadzwyczajnym).

Również suczka Gadżet spodziewała się młodych. Ponieważ ze względu na ciążę nie była w stanie ciągnąć i 16 listopada pokonywała drogę w skrzynce postawionej na szczycie sań, wzbudzała niechęć Mawsona, który nazwał ją "dość żałosnym zwierzęciem". A gdy w nocy nie zdołała urodzić, jej los został ostatecznie przypieczętowany. W dzienniku podróżnym Mawsona znajdujemy następującą utrzymaną w beznamiętnym tonie wzmiankę z 17 listopada: "Zwinęliśmy obóz o godzinie 11.50. Jako że Gadżet nie była w stanie chodzić, a my nie mogliśmy jej nosić, zastrzeliliśmy ją, a zwłoki podzieliliśmy na części. Mięsa starczyło na dwadzieścia cztery porcje, wliczając w to mięso z [nienarodzonych] szczeniaków". Dalej czytamy: "Psom nie posmakowała Gadżet. Bardzo się gryzły". Ale już nazajutrz głód wziął górę i, jak zanotował Mertz, "mięso z Gadżet zajadały z wielkim apetytem wszystkie z wyjątkiem Shackletona, który kręcił na nie nosem".

Osiemnastego listopada Mertz donosił zachwycony: "Piękna aura, pogoda marzenie!". Szwajcarskiemu alpiniście udzieliło się uniesienie płynące ze świadomości odkrywania terra incognita: "Wkraczamy do nieznanej, bezkresnej krainy, która zdaje się przyciągać nas w jakiś niewytłumaczalny sposób. Nie mamy pojęcia, co czeka nas za zakrętem, dzięki czemu wędrówka jest taka zajmująca".

Zarazem pustka tej rozciągającej się jak okiem sięgnąć równiny musiała budzić niepokój. Parę dni wcześniej Mertz zanotował: "To zapomniana przez Boga kraina".

Ogólnie rzecz biorąc, grenlandzkie psy husky, od młodego przyuczane do ciągnięcia sań, ze swojego niewdzięcznego zadania wywiązywały się bez zarzutu. Mawson później opisywał ich zachowanie: "Zauważyliśmy, że się radują, kiedy zakładamy im uprzęże i wiedziemy do sań. Często wręcz to pies szedł przodem przed człowiekiem - natychmiast po założeniu uprzęży niecierpliwe zwierzę wysilało się, by pociągnąć, cokolwiek było przyczepione z drugiej strony liny".

Jazdę utrudniał śnieg wyrzeźbiony w wysokie twarde zastrugi, ciągnące się po horyzont. Należało tak manewrować saniami, aby omijać te przeszkody albo ostrożnie przeprowadzać je nad nimi. Porywczość psów nieraz doprowadziła do wywrotki. Jeszcze większe wyzwanie stanowiła jazda w dół po stoku.

Sanie rozpędzały się coraz bardziej i mimo że próbowaliśmy używać zaimprowizowanych hamulców, nie byliśmy w stanie zwolnić biegu psów. Podczas takich rajdów na złamanie karku wystarczyła niewielka przeszkoda, by sanie wywróciły się do góry płozami i koziołkując, zaczęły zsuwać się w dół zbocza. Psy zapamiętale ciągnęły w różne strony, starając się uniknąć stratowania przez nabierające szybkości sanie, aż w końcu wpadały jeden na drugiego, ich uprzęże plątały się i cały zaprzęg z saniami nieubłaganie leciał w dół, dopóki sam z siebie nie wytracił prędkości albo nie został zatrzymany przez któregoś z nas.

W obliczu chaosu, jaki powodowały wywrotki, cierpliwość tracił nawet Mawson, nawykły przecież do zachowywania zimnej krwi w najtrudniejszych logistycznie sytuacjach. O tym, jak bardzo był wściekły, dowiadujemy się nie z kart jego dziennika, lecz z wpisu Mertza. Opisując 19 listopada odcinek trasy wiodący w dół stoku, zanotował: "Zatrzymałem się, bo uznałem, że poruszamy się za szybko. Miałem rację: dwoje sań przewróciło się do góry płozami ku wielkiemu niezadowoleniu Mawsona, który znów narzekał, że cała ekspedycja skazana jest na niepowodzenie".

Biel śnieżnych pustkowi była tak oślepiająca, i to nawet podczas zamieci, że mężczyźni musieli stale nosić gogle, chroniąc w ten sposób oczy przed śnieżną ślepotą. Było to uciążliwe, ponieważ okulary bez przerwy parowały pod wpływem oddechu. Dziewiętnastego listopada Ninnis zbyt długo wędrował bez zabezpieczenia oczu i nabawił się poważnej śnieżnej ślepoty. Dolegliwość ta, polegająca na uszkodzeniu rogówki przez promieniowanie ultrafioletowe, jest niezwykle bolesna - chory ma wrażenie, jakby do oczu mu się sypał piasek. Gorsze od bólu było jednak co innego: oślepiony polarnik musiał brnąć przez nieznany teren po omacku.

Ninnis znosił swoją przypadłość ze stoickim spokojem, który zresztą miał stać się jego znakiem rozpoznawczym przez cały czas trwania ekspedycji. Mawson otoczył chorego opieką: unosił powieki leżącemu w śpiworze Ninnisowi i nakładał na oczy tabletki z siarczanem cynku i chlorowodorkiem kokainy. Po rozpuszczeniu się w kontakcie ze łzami tabletki przynosiły natychmiastową ulgę (nie zmieniało to jednak faktu, że mogło upłynąć parę dni, nim Ninnis w pełni odzyska wzrok).

Pierwszy tydzień minął pod znakiem eksperymentowania z różnymi konfiguracjami psów, sań i idącego na przedzie człowieka przewodnika, za którym instynktownie podążają czworonogi w zaprzęgu. Ktoś zawsze musiał posuwać się na czele, ponieważ psy pozbawione przewodnika nie wiedziałyby, w którą stronę biec. Z początku wszyscy trzej uczestnicy wyprawy podejmowali się tej funkcji na przemian. Mieli do dyspozycji tylko jedną parę nart, ponieważ spośród osiemnastu mężczyzn, którzy zeszli z pokładu Aurory na Przylądku Denisona, jedynie Mertz mógł się pochwalić opinią doświadczonego narciarza.

Dwudziestego listopada grupa Mawsona opracowała system, który miał posłużyć do końca wyprawy. Zazwyczaj to Mertz występował w roli pilota, niekiedy wypuszczając się na nartach daleko przed grupę w poszukiwaniu najdogodnejszej trasy przez jednostajny krajobraz. Jeden zaprzęg tworzyło dwoje związanych sań ciągniętych przez psy. Pieczę nad nimi sprawował któryś z mężczyzn, zazwyczaj Mawson, idący obok albo jadący na nich. Na tym podwójnym zaprzęgu przewożono zaledwie połowę ładunku. Reszta znajdowała się na trzecich saniach, zamykających pochód, których doglądał Ninnis. Psy ciągnące podwójne sanie były wprawdzie narażone na większy wysiłek, ale robiono to z rozmysłem, przeciążając trzeci zaprzęg, a tym samym oszczędzając zwierzęta z pierwszej drużyny. Plan przewidywał porzucenie trzecich sań, gdy ekipa i psy przejedzą większość zapasów żywnościowych.

Czworonogi sprawowały się różnie. Dziewiętnastego listopada uciekła suczka Imbir. Mertz próbował ją gonić, ale w końcu się poddał. Wieczorem, gdy w obozie karmił pozostałe psy, niespodziewanie Imbir wróciła. Mertz zanotował w dzienniku: "Nasza uciekinierka doskonale wiedziała, gdzie znajdzie jedzenie!".

Inny, wabiący się Paszczak, przestał nadążać za kolegami z zaprzęgu. Dwudziestego listopada Mawson zastrzelił go, zasilając jego mięsem zapas karmy dla pozostałych. W dzienniku znajdujemy następujący lakoniczny wpis: "Paszczak zastrzelony po obiedzie".

Śnieżno-lodowy krajobraz był do tego stopnia monotonny, że jakikolwiek element pejzażu burzący tę jednostajność natychmiast przykuwał uwagę i rozbudzał ciekawość. Jedną z takich wizualnych niespodzianek była najprawdziwsza góra wznosząca się na środku lekko pofałdowanego pustkowia. Dwudziestego listopada polarnicy minęli ją od południa, szacując jej wysokość na około pięćset dwadzieścia metrów, licząc od poziomu otaczającego ją terenu. Ochrzcili ją Aurora Peak w hołdzie dla okrętu, na którego pokładzie przybyli do wybrzeży Antarktydy.

Dwudziestego pierwszego listopada stało się jasne, że zbliżają się do wielkiego, zagradzającego im drogę lodowca. Formacja, zapewne tkwiąca w jakimś cyplu na południu, moreną czołową wcinała się w ocean wiele kilometrów dalej. Zespół ostatecznie nadał jej nazwę Lodowca Mertza.

W klasycznych łańcuchach górskich, takich jak Himalaje czy Alpy, lodowce odróżniają się wyraźnie na tle współtworzących szczyty ścian, grani i pól śnieżnych. Na Antarktydzie znacznie trudniej wskazać takie granice. Lodowiec jest zatopiony w śniegu i lodzie, które otaczają go z różnych stron. Przeprawa przez niego budzi zrozumiałe obawy u polarników. Leniwy ruch gigantycznych mas lodowych obsuwających się w dół lodowca skutkuje powstaniem na powierzchni niebezpiecznych szczelin i seraków, to znaczy wypiętrzeń w postaci chwiejnych wież i bloków, które wznoszą się groźnie nad głowami polarników. Forsowanie lodospadów, czyli chaotycznych i pociętych szczelinami części lodowca, bywa nie lada wyzwaniem nawet dla najbardziej doświadczonych alpinistów z lekkimi plecakami, a co dopiero dla grupy z psami i saniami, na których ciągnięty jest ładunek ważący czterysta pięćdziesiąt kilogramów.

Szczeliny, czyli głębokie pęknięcia w lodzie, to skutek spływania lodowca: pod wpływem ciśnienia napierających mas lodu jedna ogromna bryła zamarzniętej wody oddziela się od drugiej. Tak zwana otwarta szczelina lodowcowa nie jest największą zmorą polarnika, gdyż może w porę ją dojrzeć i poszukać drogi okrężnej. Sen z oczu podróżnikom spędzają innego rodzaju szczeliny - te ukryte. Nawiewany śnieg zbija się w zaspy i zastyga w różne groteskowe kształty, które z czasem mogą całkowicie zakryć pierwotnie otwartą szczelinę, tworząc most śnieżny. Australijscy polarnicy określali te mosty mianem lids. Niekiedy bywają one tak kruche, że załamują się całkowicie pod ciężarem jednego człowieka lub tworzy się w nich śmiertelnie niebezpieczna wyrwa, w którą wpada nieszczęśnik.

Antarktyda słynie z najgłębszych i najbardziej zdradliwych szczelin lodowcowych na świecie. Zadanie, przed jakim stają eksplorujący ten kontynent badacze, jest o tyle trudniejsze, że nie ograniczają się one do lodowców. Można je znaleźć nawet w stosunkowo stabilnych połaciach płaskowyżu, które również podlegają naciskowi i kruszą się. W rezultacie powstają olbrzymie rozpadliny, a mosty tworzone nad nimi przez nawiewany śnieg zlewają się w jedno z otaczającym je twardym terenem. Innymi słowy, na Antarktydzie szczeliny lodowcowe mogą powstać wszędzie tam, gdzie leży pokrywa śnieżna - a tak się pechowo składa, że warunek ten spełnia dziewięćdziesiąt dziewięć procent powierzchni kontynentu.

Grupa Mawsona po raz pierwszy przekonała się na własnej skórze, z jak zdradliwym przeciwnikiem przyszło jej się mierzyć, 20 listopada, gdy od Lodowca Mertza dzieliło ją jeszcze kilka kilometrów. Dramatyczny opis tamtych wydarzeń znajdujemy w relacji Mawsona zatytułowanej W krainie zamieci. Popołudniowa jazda upływała bez żadnych przygód.

Niespodziewanie psy ciągnące zaprzęg zniknęły i zawisły na uprzężach w szczelinie. Zdałem sobie sprawę, że sanie stoją na śnieżnym moście o szerokości ośmiu metrów. Przeżyliśmy parę chwil trwogi, zanim wyciągnęliśmy psy i sanie.

Mało brakowało, a chwilę potem dwa wyprzężone psy, Imbir i Zadymka, zakończyłyby swoją przygodę na Antarktydzie, gdy wbiegły na kolejny most śnieżny i zaczęły się w nim zapadać. Przerażone, przebierając wściekle przednimi łapami, zdołały jakoś wygramolić się z powrotem na powierzchnię. Groźny incydent nie przeszkodził Imbir już parę godzin później "urodzić pierwszego szczeniaka z licznego miotu" - w ciągu nocy przyszło na świat aż czternaścioro szczeniąt.

Dwudziestego pierwszego listopada mężczyźni rozpoczęli wspinaczkę na Lodowiec Mertza. Na drodze stawało im co prawda więcej szczelin niż dotychczas, ale na szczęście głównie okazywały się otwarte i dobrze widoczne. Lawirowanie w labiryncie rozpadlin szybko wyczerpało wędrowców. Postanowili zrobić przerwę na drugie śniadanie i na kilka godzin schronić się w namiocie przed nieustępliwym wiatrem. Mertz zajął się przygotowaniem herbaty, podczas gdy Ninnis z Mawsonem udali się na krótki rekonesans z zamiarem sfotografowania "błękitnej otchłani" nieopodal. We wspomnieniach Mawsona czytamy:

Wracając do namiotu, rozdzieliliśmy się. On obszedł namiot z jednej strony, ja z drugiej. Chwilę potem usłyszałem trzask lodu i obróciwszy się, zobaczyłem jedynie głowę i ręce towarzysza. Załamała się pod nim główna powierzchnia szczeliny o szerokości czterech i pół metra i zawisł na jej brzegu. Gdy go wyciągnąłem, próbowałem zbadać szczelinę, lecz nie było nic widać poza ciemną dziurą. Ninnis był o krok od śmierci.

Mężczyźni z przerażeniem odkryli, że rozbili namiot na samym brzegu tej samej szczeliny, która przed chwilą nieomal pochłonęła jednego z nich. Szybko zwinęli obóz i ruszyli dalej.

Według wyliczeń Mertza do 21 listopada pokonali w linii prostej około stu dwudziestu kilometrów od kwatery zimowej, nie licząc wszystkich odcinków, gdy nadkładali drogi, by ominąć przeszkody. Stanowiło to niespełna dwadzieścia pięć procent całkowitego dystansu, jaki zamierzali pokonać. Mawson wyznaczył nieprzekraczalny termin powrotu do bazy dla wszystkich drużyn na 15 stycznia; plan przewidywał, że tego dnia mężczyźni wejdą na pokład oczekującej Aurory, która zabierze ich do domów.

Podczas pierwszych jedenastu dni wędrówki grupa Mawsona pokonywała średnio jedenaście kilometrów dziennie. Do końca ekspedycji pozostało osiem tygodni. W tym tempie za cztery tygodnie osiągnęliby punkt oddalony o czterysta dwadzieścia kilometrów od Przylądka Denisona - i nadal aż sto sześćdziesiąt kilometrów dzieliłoby ich od zamierzonego celu. Mimo to Mawson głęboko wierzył, że opanowany do perfekcji system poruszania się i malejące obciążenie pozwolą im rozwinąć większą szybkość i na czas dotrzeć do Ziemi Wiktorii. Wówczas spięliby niezmapowane dotychczas ziemie z terenami odkrytymi przez ekspedycję Terra Nova z 1911 roku.

I rzeczywiście między 22 a 30 listopada posuwająca się na wschód grupa pokonywała dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, czasami nawet dwadzieścia sześć kilometrów dziennie. Mimo że licznik przy saniach nadal szwankował, Mawson każdego wieczoru sumiennie sczytywał i notował pomiary w swoim dzienniku. Dwudziestego siódmego listopada urządzenie wskazywało łącznie dwadzieścia cztery i pół tysiąca obrotów, co przy uwzględnieniu "błędu licznika" pozwalało oszacować dzienny średni dystans na dwadzieścia trzy kilometry.

Jak przystało na naukowca z krwi i kości, Mawson każdy wpis w dzienniku rozpoczynał od informacji o ostatnim odczycie hipsotermometru (przyrządu służącego do wyznaczania wysokości nad poziomem morza w oparciu o temperaturę wrzenia wody w danym punkcie). Oprócz tego notował też temperaturę powietrza, kierunek i prędkość wiatru, warunki atmosferyczne oraz zachmurzenie, jak również, o ile się dało, współrzędne geograficzne. Wydarzenia danego dnia opisywane są w dzienniku w sposób często nader lakoniczny: "Rankiem ze sporymi problemami pokonaliśmy szeroką rozpadlinę". Diarysta rzadko pozwalał sobie na bardziej emocjonalny ton. W dzienniku spisywanym przez Mertza, co prawda w mniejszym stopniu nastawionym na gromadzenie danych, również znajdujemy taki oszczędny, zwięzły styl. Należy pamiętać, że po umoszczeniu się w śpiworach, gdy teoretycznie nadarzała się okazja, by skreślić parę słów dla potomności, mężczyźni zazwyczaj byli półżywi ze zmęczenia po całodziennych trudach. W takim stanie prowadzenie dziennika mogło stać się uciążliwym obowiązkiem.

Pełny obraz zmagań ostatnich dziesięciu dni listopada odnajdujemy dopiero na kartach wspomnień W krainie zamieci pióra Douglasa Mawsona. Czytelnik dowiaduje się z nich, że mimo iż polarnicy faktycznie poruszali się teraz znacznie szybciej, nie ustrzegli się innych komplikacji. Nadal dużo problemów sprawiały psie zaprzęgi. Mertz donosił 25 listopada: "Pieski są w znakomitej formie". Ale już w kolejnej notatce, sporządzonej nazajutrz, czytamy: "Musieliśmy zastrzelić Fizyliera".

Dwudziestego siódmego listopada uczestnicy wyprawy wyprzęgli psy, aby własnoręcznie sprowadzić sanie w dół stromego stoku. Kiedy zwołali zwierzęta z powrotem, okazało się, że brakuje psa o imieniu Betli. Sądzili, że w końcu się zjawi, jak suczka Imbir kilkanaście dni wcześniej, lecz Betli nigdy nie wrócił. Uznano wówczas, że czworonóg albo za bardzo oddalił się od stada i zgubił, albo wpadł do szczeliny lodowcowej.

Następnego dnia Mawson zastrzelił Zadymkę, jednego z młodych psiaków urodzonych podczas zimowania na Przylądku Denisona, które uczestnicy AEA darzyli największą sympatią. Wystarczyło dwa i pół tygodnia, by z siedemnastu husky, które wyruszyły z kwatery zimowej, przy życiu zostało tylko dwanaście.

Wiejące dzień za dniem silne wiatry znacznie utrudniały wędrówkę, jednak największym, śmiertelnym wrogiem ekspedycji były niekończące się połacie terenu pociętego szczelinami. Dzień po tym, jak Ninnis cudem uniknął śmierci w rozpadlinie, która otwarła się tuż przy namiocie, 22 listopada, doszło do kolejnego bardzo niebezpiecznego zdarzenia. Pod poruszającymi się na końcu trzecimi saniami, wiozącymi najcięższą partię zaopatrzenia, zarwał się most śnieżny i pojazd zaczął się zapadać. Posłuchajmy Mawsona: "Na szczęście [sanie] zatrzymały się niezbyt głęboko. Wiele musieliśmy się namęczyć, zanim je wydobyliśmy. Najpierw trzeba było częściowo rozładować sanie, by zmniejszyć ich ciężar". Fakt że podczas tego wypadku obeszło się bez strat w zaopatrzeniu, najlepiej świadczy o profesjonalizmie, z jakim mężczyźni pakowali i mocowali ładunek. O morderczym wysiłku, jakiego zapewne wymagała ta akcja, Mawson wspominał niejako mimochodem. Współczesnemu czytelnikowi pozostaje zdać się na wyobraźnię, gdy próbuje zrekonstruować tamte chwile: członkowie ekipy leżeli na brzuchach na samym skraju rozpadliny i zwieszając się z krawędzi, sięgali do uwięzionych niżej sań, by mozolnie odczepiać po kolei elementy ładunku, a potem wyciągać je na powierzchnię.

Nazajutrz niewiele brakowało, by sanie Ninnisa znów wpadły w szczelinę. Ale i tym razem dopisało im szczęście, bo zatrzymały się tuż pod powierzchnią. Powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego: w pozycji leżącej na samej krawędzi otchłani trzeba było mocować linę do kolejnych skrzyń, odczepiać wiązania, którymi sprzęt przytwierdzono do sań, a na koniec wciągać ciężkie ładunki na górę. U Mawsona czytamy: "W pakunkach znajdowały się duże metalowe puszki wypełnione po brzegi solonym foczym mięsem. Każda z takich skrzynek ważyła mniej więcej czterdzieści kilogramów".

Ranek 27 listopada przywitał ich piękną, słoneczną pogodą, która nareszcie pozwoliła rozejrzeć się po okolicy. Mertz zanotował: "Przed nami wznosił się olbrzymi, najeżony szczelinami lodowiec. W oddali majaczyły potrzaskane bloki lodowe i niskie pagórki - wszystko w bieli". Lodowiec Ninnisa, jak AEA miała z czasem ochrzcić tę dotychczas nieznaną formację, był znacznie większy od Lodowca Mertza, przez który grupa przeprawiała się tydzień wcześniej. Ściana, przed którą stanęli, mierzyła około pięćdziesięciu kilometrów szerokości. Dla wszystkich stało się jasne, że forsowanie tej przeszkody wymagać będzie mozolnego wyszukiwania bezpiecznych przejść i kolosalnego wysiłku. Lodowiec Ninnisa miał się wkrótce okazać sceną najpoważniejszego dotychczas incydentu, który mógł zakończyć się tragicznie.

Dwudziestego dziewiątego listopada Mertz jak zwykle biegł na nartach przodem. Za nim podążał Mawson z podwójnymi saniami zaprzęgniętymi w sześć psów, a pochód zamykał Ninnis, doglądający ostatnich, najbardziej obładowanych sań. Na stronach W krainie zamieci Mawson opisuje ten dramatyczny incydent:

W porze obiadowej o mało nie straciłem swoich sań. Najpierw psy skręciły gwałtownie, a chwilę potem pod drugimi saniami zaczął załamywać się kruchy most śnieżny. Stałem wtedy przy psach i to ich zachowanie oraz nagłe szarpnięcie pierwszych sań do tyłu były sygnałem, że dzieje się coś złego. Drugie sanie wpadły do szczeliny i zawisły w niej pionowo. W porę przytrzymałem pierwszy pojazd, po chwili dołączyli do mnie Ninnis i Mertz, którzy unieruchomili płozy, wkładając w nie szpadel i czekan, a następnie przywiązali je liną.

Wyciąganie drugich sań było bardzo kłopotliwe, gdyż przednia część zaparła się w otworze szczeliny w kształcie litery V. Sytuację dodatkowo utrudniał kruszący się materiał wokół rozpadliska.

Po wielu zakończonych niepowodzeniem próbach Ninnis i Mertz spuścili mnie w dół, abym przywiązał linę do tylnej części sań. Teraz ciągnęliśmy raz przedni, raz tylny koniec, aż udało się szczęśliwie wyciągnąć je z jamy na powierzchnię.

Według szacunków Mawsona, którymi 29 listopada podzielił się w swoim dzienniku podróży, po pierwszych dwudziestu dniach ekspedycji "pozostaje do pokonania ponad trzysta pięćdziesiąt kilometrów w linii prostej". Wprawdzie cel wędrówki wyznaczony został niezbyt precyzyjnie (osiągnięcie granicy Ziemi Wiktorii w dowolnym jej miejscu), lecz realizacja planu pozostawała oczkiem w głowie Mawsona. Trudno się dziwić, że teraz nie potrafił ukryć rozczarowania. W notatce tego dnia pozwolił sobie na rzadki u siebie wybuch emocji: "Cóż za irytujący poranek... Psy ledwie żyją; nie wiem, w jakim tempie będziemy posuwać się dalej. Dzisiejsze popołudnie pokaże, jakie mamy szanse w najbliższych dniach. Gdybyśmy tak mogli podróżować po płaskim terenie, zamiast kluczyć bez końca wśród pagórków i rozpadlin".

Mężczyźni mozolnie wędrowali z saniami codziennie, z przerwą na dwudniowy przestój 14 i 15 listopada, kiedy zostali zatrzymani przez zamieć. 30 listopada czekała ich przykra niespodzianka - śnieżne wiry powietrzne [ang. whirlies], czyli gwałtowne podmuchy wiatru nadciągające ze wszystkich stron świata, przerywane niepokojącymi okresami ciszy. Wiatr w porywach osiągał prędkość stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Chcąc nie chcąc, mężczyźni cały ranek i wczesne popołudnie spędzili bezczynnie w namiocie. Mertz przelał swoje niezadowolenie na papier: "Niełatwo wędrować przez tę krainę. Przy słonecznej pogodzie zrywa się wiatr niosący śnieg. A gdy wiatr ustaje, niebo zaraz zaciąga się chmurami, które dają nieprzyjemnie rozproszone światło. Plecy mamy obolałe, bo śpimy na twardej ziemi. Dokuczają nam koszmary". Kolejna uwaga szczególnie źle wróżyła: "Po całym dniu ciężkiej pracy zasypiamy głodni. I głodni wstajemy rankiem".

Oszacowanie ilości prowiantu niezbędnego do przeprowadzenia dziewięciotygodniowej pieszej wyprawy z saniami przez Antarktydę to nie lada zadanie. Niejedna ekspedycja niemal przypłaciła życiem zbyt optymistyczne szacunki dziennych racji żywieniowych albo czasu, jakiego wymagać będzie dotarcie do określonego miejsca i powrót. Aby uniknąć ryzyka, że grupie przedwcześnie skończy się jedzenie, Mawson zmuszony był wprowadzić drakońskie zasady: w dni wypoczynku, gdy burza śnieżna zmuszała mężczyzn do pozostania w namiocie, ich racje żywnościowe były mocno okrojone.

Ponieważ perspektywa zmarnowania całego dnia w namiocie nikomu nie była miła, 30 listopada zaczęli zwijać obóz po godzinie szesnastej, by rozbić go znów zaledwie pięć kilometrów dalej, na półce otoczonej ze wszystkich stron rozpadlinami. Nazajutrz zostawili za sobą Lodowiec Ninnisa z nadzieją, że nareszcie czeka ich odcinek łatwiejszego nawigacyjnie i mniej forsownego marszu. Ale kłopoty nie dały na siebie długo czekać. Rozpoczynające się arktyczne lato przyniosło ocieplenie, a pod wpływem temperatury twardy dotychczas śnieg miękł i stawał się wilgotny. Pierwszego grudnia termometr pokazał rekordowo wysoką temperaturę - plus jeden stopień. Mawson zanotował: "Śnieg stał się tak lepki, że tylko wspólnie z psami zdołaliśmy wciągnąć sanie na skłony lodowca". W rezultacie przez cały dzień trudów mężczyźni pokonali zaledwie dziesięć kilometrów.

Drugiego grudnia aura zgotowała im kolejną przykrą niespodziankę - twardniejący na mrozie lód zastygł w labirynt zastrug. Bruzdy o ostrych grzbietach osiągały wysokość od sześćdziesięciu do stu centymetrów. Mertz narzekał w dzienniku: "Sanie klinowały się, czasami wywracały do góry płozami. Trzeba im było co rusz przywracać właściwe ułożenie, popychać i tak dalej. Mało brakowało, a złamałbym sobie prawą rękę w przedramieniu, gdy najcięższe sanie przewróciły się na mnie. Pieski dwoiły się i troiły, ale czasami nie starczało im siły". Tego dnia grupa pokonała dystans piętnastu kilometrów, co było "zadowalającym osiągnięciem, biorąc pod uwagę trudny teren, który momentami przyprawiał nas o rozpacz".

W ciągu następnych trzech dni marsz z saniami odbywał się sprawniej i ekipa pokonała kolejno dwadzieścia, dwadzieścia cztery i osiemnaście kilometrów. Trzeciego dnia jeden z psów zaczął się zataczać. Mawson zanotował w dzienniku: "Na dystansie ostatnich paruset metrów Imbir słabła, w końcu upadła. Było jasne, że nie pójdzie dalej. Możliwe, że będzie się szczenić".

Dzień 10 listopada, czyli początek ekspedycji pieszej, od 14 stycznia, a więc dnia poprzedzającego przybycie Aurory, która miała ich zabrać z niegościnnych brzegów Antarktydy, dzieliło sześćdziesiąt siedem dni. Trzej podróżnicy szacowali, że droga powrotna do bazy zimowej, ze względu na mniejsze obciążenie, będzie przebiegać w szybszym tempie. Teraz stawało się jednak jasne, że wiele będzie zależało od stanu fizycznego psów. Nawet przy najbardziej ambitnych założeniach: czterdzieści dni spędzonych na wędrówce na wschód i tylko dwadzieścia siedem w drodze powrotnej, zawrócić należało najpóźniej 19 grudnia - do tej daty pozostało niewiele, zaledwie dwa tygodnie.

Szóstego grudnia wicher wiejący z prędkością około stu kilometrów na godzinę znów nie pozwolił opuścić namiotu. Kiedy Mertz wyjrzał na zewnątrz, w zacinającym śniegu nie był w stanie dojrzeć nawet najbliżej stojących sań. A gdy nawałnica nie zelżała przez kolejne dwa dni, nastroje w zespole stały się bardzo złe. Siódmego grudnia Mawson pisał: "W dziwnym stanie półsnu prześladują mnie niezwykle barwne koszmary. Z Ninnisem dzieje się to samo. Słyszałem, jak we śnie pokrzykuje na psy". Nazajutrz żalił się: "Znaleźliśmy się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Kiedy skończy się ta wichura?".

Co gorsza, Mawson cierpiał z powodu "spuchniętych i popękanych ust" oraz "neuralgii odzywającej się z lewej strony ciała" - bolesnego i utrudniającego normalne funkcjonowanie schorzenia dotykającego nerwy. Ninnis natomiast nabawił się zakażenia czubków dwóch palców, co przyprawiało go o nieznośny ból. Przypadłość tę znosił z właściwym sobie stoickim spokojem i nie narzekał na swój los. Mawson wspominał na kartach W krainie zamieci: "Mimo to całą swoją pracę wykonywał wzorowo. Parę razy, budząc się nocą, widziałem, jak siedział w swoim śpiworze, palił fajkę albo czytał".

Inna sprawa, że uczestnicy wyprawy mieli niewiele do czytania. Mawson dla zminimalizowania wagi zaopatrzenia wprowadził surowe ograniczenie liczby książek, jakie mogli zabrać ze sobą - każdemu wolno było wziąć po jednym egzemplarzu. Oddajmy głos organizatorowi: "Sytuacja Ninnisa, który zaopatrzył się w opasły tom autorstwa Thackeraya, nie była jeszcze najgorsza. Wybór Mertza padł na skromne objętościowo wydanie przygód Sherlocka Holmesa. Ponieważ dawno już przeczytał książkę od deski do deski, obecnie zadowalał się recytacją niektórych fragmentów z pamięci ku naszej wspólnej uciesze".

Dopiero 9 grudnia wichura minęła i polarnicy mogli zwinąć obóz i ruszyć dalej. Tego dnia, mimo że poruszali się po świeżym, miękkim i głębokim śniegu, pokonali aż dwadzieścia cztery kilometry. Mertz najwyraźniej poczuł nieodpartą potrzebę wbicia szpili swojemu przełożonemu: "Psy i moi towarzysze brnęli z trudem, zapadając się w świeżym śniegu. Do Mawsona chyba powoli zaczyna docierać, jak bardzo na Antarktydzie przydają się narty".

Mimo że zmagali się z zaspami świeżo nawianego śniegu, w kolejnych trzech dniach znów osiągnęli imponujące dystanse: dziewiętnaście, dwadzieścia i osiemnaście i pół kilometra. Jedenastego grudnia polarnicy znaleźli się na wysokości 550 metrów nad poziomem morza i z wielką satysfakcją odkryli, że nachylenie terenu się zmienia. Teraz czekał ich marsz w dół. Wydawało się pewne, że najgroźniejsze szczeliny lodowcowe mają już za sobą. Jedenastego grudnia Mertz policzył, że od momentu wyruszenia z obozu zespół pokonał w sumie czterysta trzydzieści kilometrów.

Przez trzydzieści trzy dni podróży, licząc do 12 grudnia, ekipa wędrowała przez monotonny śnieżno-lodowy krajobraz. Po drodze mężczyźni dokonali znaczących odkryć, między innymi napotkali dwa olbrzymie lodowce, których przekroczenie wymagało ostrożnego kluczenia. Dowiedli też, że niemal pięćset kilometrów na wschód od Przylądka Denisona rozciąga się stały ląd, nie zaś teren złożony z wysp rozdzielonych zamarzniętymi kanałami i przesmykami, jak sugerowali niektórzy geografowie. Na ich drodze stanęły nieznane dotychczas szczyty i wychodnie skalne przebijające pokrywę lodową, którym nadali nazwy. Dziesiątego grudnia Ninnis jako pierwszy wypatrzył "małe zaśnieżone wysepki wzdłuż wybrzeża na północy". Dotychczas poruszali się konsekwentnie na południowy wschód, a odkrycie Ninnisa sugerowało, że skraj kontynentu załamuje się tutaj w tym samym kierunku. W oddali majaczyły cyple, z których największy nazwali Przylądkiem Freshfielda w hołdzie dla brytyjskiego alpinisty i odkrywcy Douglasa Freshfielda, prezesa Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.

Oczywiście Mawson nie mógł mieć pewności, czy owe niewyraźnie rysujące się na tle nieba i oceanu cyple to faktycznie te same ziemie, które w 1911 roku zauważyła załoga Terra Nova. Jedno nie ulegało wątpliwości - był o krok od spięcia dotychczas niezbadanej krainy z Ziemią Wiktorii.

Dwunastego grudnia mężczyźni znów wkroczyli na tereny poprzecinane labiryntem szczelin lodowcowych, wymagające czujności i szukania okrężnych bezpiecznych przejść. Rankiem nazajutrz zespół przeprowadził redukcję obciążenia, którą Mawson planował już od niemal miesiąca. Częściowo zrujnowane sanie, poruszające się zawsze na końcu i przewożące gros ładunku, zostały porzucone. Zaopatrzenie z nich przeniesiono na dwoje sprzęgniętych ze sobą, mniej wysłużonych sań. Wygłodniałe psy momentalnie zabrały się za gryzienie pasów uprzęży porzuconego pojazdu.

Na polecenie Mawsona obciążenie dwojga sań rozłożyli nierówno - te, których ładunek był większy o ponad dwadzieścia kilogramów, miały przewozić praktycznie całą żywność dla ludzi i psów, a także najniezbędniejszy sprzęt, między innymi namiot. Ciągnęło je sześć najsilniejszych czworonogów, a pieczę nad nimi objął Ninnis zamykający pochód. Mawson szedł z lżejszymi saniami, podążając za wysuniętym do przodu Mertzem sunącym na nartach. Decydując się na taki układ, przyjęto założenie, że należy chronić sanie wiozące najpotrzebniejszy ładunek. Teraz najbardziej narażone na wpadnięcie do szczeliny były sanie prowadzone przez Mawsona, a tym samym organizator wyprawy najwięcej ryzykował (z racji swojego narciarskiego doświadczenia Mertz umiał równomiernie rozkładać wagę ciała na obie narty, wobec czego najbardziej wystawiony na ryzyko zarwania śnieżnego mostu był podążający za nim Mawson).

Trzynastego grudnia polarnicy wyruszyli dopiero o godzinie czternastej. Z początku maszerowali pod zachmurzonym niebem, które z czasem się wypogodziło. Temperatura powietrza była dość wysoka - wynosiła minus dwa stopnie Celsjusza. Tego dnia eksploratorzy zapisali na swoim koncie imponujący dystans dwudziestu jeden kilometrów, a obóz rozbili dopiero o północy.

Mawson miał prawo być dumny z osiągnięć swojego zespołu. Do wieczora 13 grudnia przemierzyli czterysta siedemdziesiąt pięć kilometrów terra incognita. Gdyby parli przed siebie jeszcze tydzień dłużej, a może nawet tylko cztery czy pięć dni, z łatwością osiągnęliby założony pierwotnie cel, oddalając się na pięćset sześćdziesiąt kilometrów od kwatery zimowej.

Ale tego dnia polarnicy dojrzeli dwa sygnały zwiastujące rychłe problemy. Wpatrując się w dal, Mawson dokonał niewesołego odkrycia: "Najwyraźniej zbliżamy się do następnego wielkiego lodowca, a wraz z nim do dalszych kłopotów". Kolejna tego dnia rewelacja napędziła im jeszcze większego stracha: nagle z różnych stron zaczęły napływać gwałtowne donośne dźwięki. Mawson zanotował zwięźle w dzienniku: "Dzisiaj usłyszeliśmy huk". Ani on, ani Ninnis nigdy dotychczas nie spotkali się z takim zjawiskiem. Szwajcarski alpinista Mertz znał je jednak dobrze:

Wkrótce weszliśmy na płaski teren i przemierzaliśmy go do północy. O godzinie dwudziestej lód, po którym szliśmy, zaczął pękać. Zapewne kruszą się wierzchnie warstwy mas lodowych. Dźwięki, jakie temu towarzyszyły, porównałbym do dobiegających z oddali wystrzałów z armaty. Moi towarzysze lekko się przelękli, ponieważ nigdy dotąd nie byli świadkami pękania wielkich lodowych mas pod ciśnieniem.

Huk powstawał na skutek ścierania się gigantycznych warstw lodu, do którego dochodziło być może wprost pod nogami podróżników. W górach hałasy tego rodzaju to niezawodny zwiastun nadciągającej lawiny.

Zakażenie w dwóch palcach Ninnisa przysparzało mu coraz więcej bólu. Rankiem tego dnia, chcąc ulżyć w cierpieniu towarzyszowi, Mawson naciął opuchnięte opuszki. W jego dzienniku czytamy: "Przez cały dzień [Ninnis] znacznie mniej cierpiał". I po raz pierwszy od trzech dób przespał całą noc.

Wspominając 14 grudnia, Mawson pisał: "Rankiem nastroje dopisywały. Rozkoszowaliśmy się przygrzewającym słońcem i z nadzieją spoglądaliśmy w przyszłość. Czekał nas ostatni odcinek drogi na wschód, a potem powrót do domu". O godzinie dziewiątej rano temperatura powietrza wynosiła minus dziewięć stopni, wiał lekki wiatr wschodni i południowo-wschodni. Otwierający pochód Mertz śpiewał swoje ulubione piosenki, a jego głos dolatywał do podążających za nim towarzyszy. W południe, oddaliwszy się niespełna pół kilometra od obozu, Mawson przystanął, żeby określić szerokość geograficzną na podstawie pomiaru kąta padania promieni słonecznych, po czym wszyscy podjęli marsz.

Tuż po południu Mertz zatrzymał się i uniósł kij narciarski - był to sygnał, że napotkał szczelinę i zamierza ją przekroczyć, a pozostali mają się przygotować. Polarnicy do perfekcji opanowali już system forsowania rozpadlin. Mawson, z myślą o ustaleniu położenia geograficznego przy pomocy skomplikowanych równań, usiadł na saniach. Oto jak opisuje tamte chwile na kartach W krainie zamieci:

Po paru minutach pojawiły się ślady obecności szczeliny pod saniami. Choć nie wyglądała na groźną, to jednak, zgodnie z naszym zwyczajem, krzyknąłem do Ninnisa. Musiał usłyszeć moje ostrzeżenie, bo kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, jak zamachnął się na psy biegnące z przodu, by przekroczyły szczelinę w poprzek, a nie wzdłuż jak przejechały moje sanie. Zająłem się sobą i przestałem o tym myśleć.

Z tyłu nie było słychać żadnego głosu z wyjątkiem żałosnego skomlenia jednego z psów. Pamiętam, że zwróciłem się wtedy do George'a, najbardziej leniwego psa w moim zaprzęgu: "Widzisz, George? Jak nie będziesz uważać, ciebie też to spotka".

Zaraz znów się odwróciłem, bo zobaczyłem niespokojne spojrzenie Mertza, który wrócił i się zatrzymał. Z tyłu nic nie było widać poza śladami moich sań. Gdzie był Ninnis ze swoim zaprzęgiem?

Mawson błyskawicznie zeskoczył z sań i pospiesznie cofnął się po ich śladach. "Doszedłem do skraju ziejącej dziury o szerokości trzech metrów. Śnieżny most, który mnie tak mało niepokoił, zapadł się. Po drugiej stronie przepaści w śniegu widniały odciski dwojga sań, natomiast po stronie, po której stałem ja, wyłaniały się ślady jednego pojazdu". Lina wspinaczkowa o długości dwudziestu metrów leżała zwinięta na saniach Mawsona. Gestykulując nerwowo, nakazał Mertzowi podprowadzenie pojazdu do brzegu rozpadliny.

Nachyliłem się nad szczeliną i krzyczałem w dół, w ciemność bez dna. W odpowiedzi usłyszałem jedynie skomlenie psa na głębokości czterdziestu sześciu metrów. Biedne zwierzę złamało kręgosłup, próbowało usiąść, lecz miało sparaliżowaną tylną część ciała. Drugi pies leżał obok bez ruchu, koło niego resztki namiotu i worek z jedzeniem na dwa tygodnie.

Złamaliśmy kraj szczeliny i zabezpieczeni liną zsuwaliśmy się w dół, wołając z nadzieją, że nasz towarzysz jeszcze żyje. Nawoływaliśmy bez przerwy przez trzy godziny, lecz na próżno. Ranny pies przestał skomleć i znieruchomiał. Z głębi otchłani ciągnęło chłodem. Straciliśmy resztki nadziei.

Cała strategia działania ekipy Mawsona polegała na założeniu, że jeśli dojdzie do zarwania mostu pod saniami, będą to pierwsze, z którymi szedł Mawson - ciągnięte przez najsłabsze psy i przewożące najmniej niezbędny sprzęt. Ponieważ w ostatnich dniach mężczyźni zjedli sporo zapasów, 14 grudnia, gdy zdarzył się wypadek, sanie Ninnisa ważyły jedynie czternaście kilogramów więcej od sań Mawsona. Analizując jakiś czas potem to zdarzenie, mężczyźni doszli do wniosku, że zasadnicze znaczenie miał fakt, iż Ninnis szedł obok sań, podczas gdy Mawson na swoich jechał. W przypadku tego pierwszego ciężar całego ciała, zamiast rozłożyć się na płozy sań, opierał się w nogach, co okazało się wystarczające do przebicia dziury w śniegu i zawalenia całego mostu. Mimo wszystko nie mieściło im się w głowach, że składający się z sześciu psów zaprzęg, sanie i Ninnis przepadli niemal bez śladu w szczelinie, która wydawała im się zupełnie niepozorna.

Przy pomocy żyłki wędkarskiej zmierzyli głębokość półki, na której zatrzymały się dwa psy i niewielka część ładunku. Według ich wyliczeń znajdowały się one na głębokości czterdziestu pięciu metrów. Starali się przedłużyć linę wspinaczkową, przywiązując do niej wszystkie kawałki sznura zdolnego utrzymać dorosłego mężczyznę, ale szybko stało się jasne, że nawet wtedy lina będzie o wiele za krótka. Zejście w głąb rozpadliny w poszukiwaniu Ninnisa okazało się niemożliwe.

Zszokowani Mawson i Mertz zastanawiali się, co dalej. Mawson wspominał potem: "W takich chwilach jedyne, co można zrobić, to rzucić się w wir aktywności". Gnani jakimś straceńczym pragnieniem, by za wszelką cenę zrealizować badawcze cele ekspedycji, obaj polarnicy jeszcze tego samego popołudnia podjęli marsz. Zależało im na tym, by osiągnąć wysokość, z której będzie możliwe dokonanie ostatniej oceny terenów rozciągających się na wschodzie. Poczynione wówczas obserwacje pozwoliły Mawsonowi określić odległość dzielącą ich od bazy na Przylądku Denisona, która według jego szacunków wynosiła około pięciuset dziesięciu kilometrów.

Po wykonaniu pomiarów badacze cofnęli się do szczeliny, która pochłonęła ich towarzysza. Znów próbowali nawoływać w otchłań, "(...) na wypadek gdyby nasz towarzysz nie zginął podczas upadku, lecz po prostu stracił przytomność, a teraz się ocknął. Nie doczekaliśmy się żadnej odpowiedzi".

O godzinie dwudziestej pierwszej na krawędzi rozpadliny odczytali modlitwę pogrzebową. "Mertz uścisnął moją dłoń z krótkim "dziękuję" i zawróciliśmy, by zaprzęgać psy".

W dziwnym, napędzanym adrenaliną transie mężczyźni powlekli się z ocalałymi saniami i maszerowali przez całą noc. W tym stanie pokonali blisko czterdzieści kilometrów i dotarli do miejsca, w którym obozowali 12 grudnia. Mimo wycieńczenia i szoku obaj znaleźli siły, by przed snem sporządzić notatki w swoich dziennikach. O tym, jak głęboko zakorzenione były w Mawsonie nawyki porządnego naukowca, najlepiej świadczy fakt, że nawet w tak dramatycznych okolicznościach wpis z 14 grudnia rozpoczął od podania suchych informacji na temat temperatury powietrza, kierunku i prędkości wiatru, zachmurzenia oraz współrzędnych geograficznych. Dopiero po tym wyliczeniu wyznaje: "Zaraz po pomiarach szerokości geograficznej doszło do strasznej tragedii". Mertz w swoim dzienniku od razu przeszedł do rzeczy: "O godzinie czwartej nad ranem byliśmy już w drodze powrotnej, lecz szliśmy bez Ninnisa. Nasz serdeczny druh Ninnis zginął".

Obaj polarnicy natychmiast zdali sobie sprawę, co oznacza dla nich strata drugich sań. Przepadł nie tylko Ninnis oraz sześć najsilniejszych psów pociągowych, ale też praktycznie cała żywność, karma dla czworonogów, namiot, szpadel, kilof i liczne inne elementy wyposażenia. Zachowały się śpiwory, palnik i nafta. Na szczęście przetrwała też zapasowa płachta namiotowa bez tyczek, która zapewniła im tej nocy prowizoryczne schronienie. Na dno poszły wierzchnie spodnie i kaptur Mertza, a także podstawowe ubranie wykonane z grubej bawełny zwanej gabardyną, tkanej tak gęsto, że zapewniała odzieży wodo- i wiatroszczelność. Od kwatery zimowej dzieliło ich pięć tygodni marszu, tymczasem racji żywnościowych zostało najwyżej na półtora tygodnia. Dla obu musiało być jasne, że aby przeżyć, będą musieli po kolei zabijać pozostałe przy życiu husky i żywić się ich mięsem.

Wspominając moment pogrzebu, Mertz pisał: "Nie mogliśmy nic zrobić, absolutnie nic. Staliśmy bezradnie nad grobem towarzysza, mojego najbliższego przyjaciela pośród wszystkich uczestników ekspedycji".

Mawson, kreśląc zwięzły opis tragicznych wydarzeń, spuentował go krótkim zdaniem: "Niechaj Bóg nam dopomoże".

1 John Franklin - dziewiętnastowieczny brytyjski podróżnik i odkrywca, który wsławił się m.in. ekspedycją badawczą do Arktyki (ten i pozostałe przypisy dolne pochodzą od tłumacza).

Rozdział 2

PROFESOR ZDECHLAK

W rodzinie państwa Mawson zachowała się następująca dykteryjka z 1884 roku, opisująca zachowanie dwuletniego Douglasa podczas żeglugi kliperem Ellora. Wspólnie z rodzicami i starszym bratem płynął z Londynu do Sydney. Pewnego dnia wygramolił się z łóżeczka dziecięcego przymocowanego do maminej koi, po czym przez niezamknięte na klucz drzwi wyszedł z kajuty. Następnie, nic sobie nie robiąc z gwałtownego kołysania się statku, przemierzył pokład i począł wspinać się po drabince sznurkowej zawieszonej na grotmaszcie. Podobno plany pokrzyżował mu jeden z marynarzy, który szybko wszedł po drabinie i zdołał w porę schwycić niesfornego malca.

Uśmiechnięty od ucha do ucha marynarz zniósł wierzgającego i protestującego na całe gardło Douglasa.

- Mały nicponiu! Co jeszcze zmalujesz?

Douglas Mawson przyszedł na świat 5 maja 1882 w brytyjskim hrabstwie Yorkshire w dolinie rzeki Wharfe. Jego ojciec został bankrutem po tym, jak firma odzieżowa, w którą zainwestował swój kapitał, okazała się niewypałem. A ponieważ dla ratowania upadającego biznesu nie chciał spieniężać rodowej posiadłości wiejskiej, którą otrzymał w spadku, postanowił wyemigrować do Australii.

Nowym domem państwa Mawson stała się wioska Rooty Hill, położona na zachód od Sydney, gdzie Robert Mawson zaczął się parać sadownictwem, założył winnice i wkrótce dał się poznać w okolicy jako producent cenionych win i dżemów. Również ten interes nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Szczęście uśmiechnęło się do Roberta dopiero, gdy zatrudnił się w jednej z największych australijskich firm handlujących drewnem w charakterze księgowego. Zaczęło mu się powodzić, a utrzymanie rodziny przestało być problemem. Douglas, wraz ze swoim bratem Williamem, uczęszczał do kilku podmiejskich szkół, z których największy wpływ na kształtowanie się zainteresowań i charakteru przyszłego odkrywcy miała Fort Street Public School w Glebe Point, usytuowana niedaleko centrum Sydney.

To właśnie stamtąd pochodziła chętnie przywoływana w rodzinie Douglasa przepowiednia. Być może nie brzmi ona zbyt wiarygodnie, na jej korzyść przemawia jednak fakt, że główny zainteresowany, będący od najmłodszych lat człowiekiem wręcz przesadnie skromnym, do końca życia zaświadczał o jej autentyczności. Jak głosi rodzinna legenda, kiedy Douglas w wieku szesnastu lat ukończył szkołę, jej dyrektor wygłosił: "Cóż powiemy o naszym Douglasie, chłopcu o niezaprzeczalnych talentach przywódczych i organizacyjnych? Pozwólcie państwo, że ujmę to następująco: jeśli istnieje jeszcze na tej planecie jakiś niezbadany jej zakątek, rola organizatora i kierownika ekspedycji, która odkryje jego tajemnice, winna przypaść w udziale właśnie Douglasowi Mawsonowi".

W 1899 roku obaj bracia rozpoczęli studia na uniwersytecie w Sydney, mimo że Douglas był półtora roku młodszy od Williama. Starszy z braci poszedł na medycynę (został później lekarzem), Douglasa natomiast bardziej pociągała inżynieria. Na ukończenie studiów na najbardziej prestiżowej australijskiej uczelni potrzebował zaledwie trzech lat, zdobywając tytuł licencjata w dziedzinie inżynierii górnictwa. W 1901 roku, w wieku dziewiętnastu lat, Mawson postanowił zostać geologiem.

Mentorem młodego człowieka stał się wykładający na uniwersytecie w Sydney geolog T.W. Edgeworth David, który "był wówczas mężczyzną czterdziestoparoletnim, o wydatnych kościach policzkowych, wysmaganej wiatrem i spalonej słońcem twarzy, z natury niezwykle łagodnym, zawsze ujmująco uprzejmym, cenionym i uwielbianym przez studentów wykładowcą". David mógł poszczycić się udziałem w wielu badaniach terenowych prowadzonych w odległych zakątkach Australii. W 1897 roku zorganizował ekspedycję naukową na wyspę Funafuti na Oceanie Spokojnym, której celem były badania nad otaczającymi ją atolami. Miały one przynieść Mawsonowi opinię światowej sławy eksperta w tej dziedzinie.

Antarktyda była jedną z licznych fascynacji Davida, a przy tym to właśnie ona odcisnęła największe piętno nie tylko na jego karierze, ale także na losach jego świetnie zapowiadającego się protegowanego. W 1896 roku ukazał się artykuł Davida zawierający analizę próbek skał, które z leżącego najdalej na południu kontynentu przywiózł norweski statek wielorybniczy. Człowiekiem zbierającym te skały na zlecenie australijskich geologów był żeglarz Carsten Borchgrevink, utrzymujący, że jako pierwszy w historii człowiek wylądował na Antarktydzie (z pochodzenia Norweg, w 1888 roku wyemigrował do Australii).

W 1901 roku David postawił przed studentami pierwszego roku geologii nietypowe zadanie: mieli napisać list do Roberta Falcona Scotta z życzeniami powodzenia w ekspedycji na statku Discovery, będącej pierwszą poważną próbą osiągnięcia bieguna południowego. Kiedy pod koniec 1907 roku w Australii gościł Ernest Shackleton, przygotowujący się do wyprawy na swoim statku Nimrod (będącej drugą próbą dotarcia na biegun z saniami), David ochoczo zaangażował się w przygotowania. Zebrał pięć tysięcy funtów, które miały zasilić budżet tej ekspedycji finansowanej w całości ze środków prywatnych.

Parę miesięcy wcześniej David spytał listownie Shackletona, czy mógłby wziąć udział w jego wyprawie - interesowała go jednak nie tyle eksploracja Antarktydy, co sam rejs do jej brzegów, gdy statek będzie przewoził tam polarników, a potem powrót do Australii. Jako że ciążyły na nim zobowiązania wykładowcy uniwersytetu, mógł pozwolić sobie najwyżej na wyprawę w miesiącach wakacyjnych. Wprawdzie David zetknął się już w swojej pracy badawczej ze starymi zlodowaceniami na terenie Australii, których ślady znaleźć można w skałach, jednak nigdy dotąd na własne oczy nie widział prawdziwego lodowca. Shackleton przystał na prośbę ambitnego badacza.

Do spotkania obu panów doszło w grudniu 1907 w Sydney. Jak czytamy u Philipa Ayresa, biografa Douglasa Mawsona, podczas rozmowy David "wypowiadał się w samych superlatywach o pewnym studencie, którego miał przyjemność uczyć". Niedługo potem Mawson otrzymał nadany przez Shackletona telegram, który zmienił jego życie.

Po zrobieniu licencjatu w dziedzinie inżynierii górnictwa w 1902 roku Douglas Mawson aplikował na stanowisko młodszego asystenta wykładającego chemię na uniwersytecie w Sydney. Zarobki świeżo upieczonego wykładowcy, sto funtów rocznie, pozostawiały co prawda wiele do życzenia, ale Mawson zyskał możliwość przygotowywania się do studiów drugiego stopnia, a także prowadzenia badań w ulubionym terenie. Napisany przez Davida list polecający, w którym obsypywał pochwałami swojego wychowanka, zapewnił mu angaż u Shackletona.

W 1903 roku za namową swojego mentora wziął udział w półrocznej wyprawie na Nowe Hebrydy - archipelag na Oceanie Spokojnym, położony tysiąc sześćset kilometrów na wschód od północnych rubieży Australii. Zapowiadała się największa przygoda w dotychczasowym życiu dwudziestojednoletniego Douglasa.

Wprawdzie dowództwo nad ekspedycją objęli oficerowie marynarki wojennej, jednak jej cel był stricte naukowy - chodziło o przeprowadzenie badań geologicznych i biologicznych na archipelagu. Dalekomorska eskapada nie bez powodu organizowana była pod auspicjami marynarki wojennej. Wśród nielicznych Europejczyków, którzy wcześniej odwiedzili Nowe Hebrydy, ich mieszkańcy dorobili się, oględnie rzecz ujmując, opinii niezbyt gościnnych gospodarzy. Pogłoski krążące na temat miejscowych nie nastrajały optymistycznie - reagowali agresywnie na pojawienie się nieproszonych gości i, co gorsza, mieli w zwyczaju posilać się mięsem zabitych intruzów. Inna sprawa, że w 1903 roku większość doniesień o praktykach kanibalistycznych wśród mieszkańców tych wysp pochodziła od misjonarzy, a to skłaniało do traktowania tych opowieści z przymrużeniem oka. Nawiasem mówiąc, antropolodzy potwierdzili potem, że praktyki takie były stosowane na archipelagu jeszcze na początku dwudziestego wieku. Mawson był przekonany, że na wyspach roi się od kanibali - jego zdaniem zamieszkiwali głównie w głębi lądu - jednak groźba spotkania się z nimi twarzą w twarz bynajmniej nie zniechęciła młodego naukowca.

Najambitniejszym zamierzeniem, jakiego podjął się Douglas w trakcie tej wyprawy wspólnie z botanikiem W.T. Quaife'em, była próba zdobycia Losumbuno - najwyższego szczytu wyspy Santo. Towarzyszyło im trzech miejscowych przewodników, co do których błędnie założono, że zdobywali już wcześniej szczyt przy okazji polowania na wielkie nietoperze, nazywane latającymi psami lub latającymi lisami, które były lokalnym przysmakiem. Podczas drugiego podejścia Mawson i Quaife wspięli się na niezbyt dużą wysokość 365 metrów nad poziomem morza. Od szczytu dzieliło ich nadal dwa tysiące czterysta metrów, jednak przewodnicy odmówili dalszej współpracy. Mawson w charakterystycznym dla siebie oschłym stylu relacjonował:

O godzinie jedenastej zatrzymaliśmy się, bo miejscowi nie chcieli iść dalej. Powody przerwania marszu:

1. Są tak daleko jak nigdy dotąd.

2. Głęboki jar przed nami.

3. Mgła utrudniająca nawigację.

4. Bardzo zimny wiatr.

W drodze powrotnej zebraliśmy trochę próbek.

Podczas wyprawy na Nowe Hebrydy doszło do pozornie niegroźnego wypadku, który mógł przedwcześnie zakończyć karierę młodego odkrywcy. Incydent miał miejsce w odległym zakątku jednej z wysp, gdzie Mawson, ubrany w krótkie spodenki i wyposażony w specjalistyczny młotek geologiczny, opukiwał skały. Wiele lat później zajście to, w oparciu o wspomnienia głównego zainteresowanego, opisała jego żona:

Douglas kuł młotkiem, starając się odłupać kawałek skały, gdy nagle ostry odłamek uderzył go w kolano. Poczuł ukłucie, ale w pierwszej chwili nie zwrócił na to większej uwagi. Jednak kiedy próbował iść dalej, stało się jasne, że kontuzja jest poważniejsza, niż sądził. Ostry odprysk skalny przebił skórę i utkwił pod rzepką... Na pomoc medyczną mógł liczyć na statku, od którego dzieliło go wiele kilometrów. Droga powrotna na okręt niewielką łódką zajęła im trzydzieści sześć godzin, przy czym wiosłowali na zmianę: dwóch mężczyzn pracowało, a jeden odpoczywał. Każdy nawet najmniejszy ruch przysparzał Douglasowi nieznośnego bólu. Cierpienie stawało się szczególnie dojmujące, gdy nadchodziła jego kolej na wiosłowanie i musiał zginać nogę w kolanie. Po jakimś czasie cała noga, aż po pachwinę, była spuchnięta; najpierw poczerwieniała, a potem przybrała czarniawy kolor... Kiedy dopłynęli w końcu do statku, Douglas praktycznie tracił już przytomność. Obecny na pokładzie lekarz wyjaśnił mu, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, że jedyną szansą na uratowanie mu życia będzie amputacja kończyny. W pierwszej kolejności rozciął jednak kolano, z którego wytoczono około 0,7 litra ciemnego płynu. Przez parę tygodni stan Douglasa był kiepski, w tym czasie nie wstawał w ogóle z koi w ambulatorium. Koniec końców jednak wylizał się z tego, a nawet zachował w całości nogę, w czym zasługa troskliwej opieki, jaką roztoczył nad chorym lekarz, oraz niezwykłej wytrzymałości fizycznej męża.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Wtem Mertz wrzasnął przeraźliwie i podskoczył. Oczywiście stracił równowagę i zsunął się po śliskim dachu, po drodze chwytając element mocujący komin, by po chwili runąć razem z nim na kupę śniegu...

Przeprowadzono śledztwo, które wykazało, że wbijany przez McLeana gwóźdź przebił dach, a wystająca, długa na pięć centymetrów końcówka ukłuła Mertza w pośladek. Poszkodowany pocierał teraz kontuzjowane miejsce na ciele.

Trzydziestego stycznia polarnicy spędzili pierwszą noc w gotowym budynku. Podobnie jak na BEA poszczególne grupki kolegów z sąsiadujących ze sobą łóżek lub razem pracujących zyskały różne ironiczne przezwiska. Frank Bickerton, dwudziestodwuletni Anglik, którego głównym zadaniem była opieka nad saniami z silnikiem lotniczym, sypiał pod koją szwajcarskiego mistrza narciarstwa Xaviera Mertza. To skłoniło Ninnisa do nazwania części pomieszczenia, w której stało ich łóżko, Kącikiem Hyde Park w nawiązaniu do ich europejskiego pochodzenia. Stół laboratoryjny, przy którym pracował lekarz wyprawy Archibald McLean, nazywano Szpitalem Świętego Jerzego. Frank Hurley miał do dyspozycji osobną komórkę, w której zorganizował ciemnię fotograficzną: "W rubinowym świetle lampy ciemniowej budziły się do życia nie tylko obrazy ukryte na kliszy, ale też ukryty dowcip przybierał postać piosenki". Cieszący się opinią największego kawalarza w grupie Hurley ściągał do swojej jaskini również innych dowcipnisiów. Jak wspominał: "Pomieszczenie to było naszą kryjówką, gdzie mogliśmy w spokoju knuć nowe psikusy. To stąd wychodził kucharz, dumnie dzierżąc półmisek z jakąś nader egzotyczną potrawą, albo poprzebierani w cudaczne kostiumy aktorzy spektaklu The Its Society for the Prevention of the Blues (Stowarzyszenie do spraw Walki z Beznadzieją) stawali w blasku lampy karbidowej, aby zaprezentować swój najnowszy skecz, witani gromkimi brawami". Jak widać, w chacie od czasu do czasu odbywały się amatorskie przedstawienia teatralne, jakimi ratowano się przed nudą.

Nie zawsze jednak udawało się dobrze dobrać partnerów na sąsiadujących pryczach. O korpulentnym radiooperatorze Walterze Hannamie jeden z jego kolegów napisał: "Hannam to nasz specjalista od chrapania. Słodkie Maleństwo, jak go nazywamy, chrapie praktycznie bez przerwy przez całą noc. Pewnego razu dał taki koncert, że [Herbert Dyce] Murphy, który śpi obok niego, przeniósł swoją pryczę do przybudówki". Dwóch członków ekipy często mówiło przez sen. Jeden z nich, Bickerton, potrafił prowadzić takie nieświadome pogawędki "niemal nieustannie przez całą noc".

W duchu egalitaryzmu, z którym identyfikowała się większość ekipy, mężczyźni na zmianę zajmowali się gotowaniem, praniem, sprzątaniem chaty oraz zbieraniem lodu i śniegu, z których wytapiano wodę pitną. Mawson próbował swoich sił w roli kucharza i gdy zdarzały mu się potknięcia na tym polu, nie potrafił przyznać się do błędu. Jak wspominał Laseron:

Pierwszego dnia po oddaniu do użytku kuchenki Douglas zwrócił się do mnie: "Joe, pozwól no tutaj. Pokażę ci, jak robi się budyń".

Przyglądałem się, podczas gdy Doktor tłumaczył cały proces. W pewnym momencie zerknąłem na opakowanie budyniu i stwierdziłem:

- Ale przecież przepis jest na opakowaniu.

- No tak - odparł nonszalancko Doktor. - Właśnie nim się kieruję. Ale najważniejsza jest technika.

Kiedy budyń nie chciał zgęstnieć, Doktor zorientował się, że po prostu doprowadził go do zagotowania i zdjął z palnika, podczas gdy zgodnie z instrukcjami na opakowaniu powinien gotować go jeszcze przez dziesięć minut. Niezbędna okazała się interwencja Hannama, który dosypał trochę mąki kukurydzianej i uratował deser.

Po paru miesiącach z inicjatywy czterech z mężczyzn, między innymi Hannama i Laserona, uważających się za kulinarną elitę, powstało Tajne Stowarzyszenie Niekonwencjonalnych Kucharzy. Jego członkowie uważali pozostałych mężczyzn za "kulinarny plebs i nadali im pogardliwe określenie "kucharzy oszustów"". Jeśli jednemu z tych nieszczęśników udało się przyrządzić "przyzwoitą potrawę", mógł liczyć, że zostanie przyjęty w poczet członków tajnego stowarzyszenia. "Mimo to do samego końca ekspedycji uchowało się paru takich, którzy nosili miano "kucharzy oszustów", chełpiąc się nim".

Niemal stuletnia tradycja zimowania w warunkach polarnych, najpierw w okolicach północnego koła podbiegunowego, potem też na Antarktydzie, uczyła konieczności szukania zajęcia i rozrywki podczas długich mrocznych miesięcy. W trakcie AEA wieczory często umilała głośna lektura książek, przy czym miejsce na mównicy chętnie zajmował Mawson deklamujący utwory swojego ukochanego poety Roberta Service'a. McLean, poruszony wykonaniem wiersza The Cremation of Sam McGee, zanotował w swoim dzienniku: "Wiersze były realistyczne i pełne życia, emanowały męską siłą, w czym przypominały Mawsona, który je deklamował". Innym z ulubieńców przywódcy ekspedycji był Robert Louis Stevenson, którego cenił za utwór Virginibus Puerisque, będący żartobliwym rozważaniem na temat zalet i niebezpieczeństw związanych z małżeństwem.

W skromnej kolekcji literatury, jaką Mawson przywiózł do krainy wiecznych lodów, oprócz paru tomików Service'a znalazły się też książki z wierszami: Ballady koszaroweŚpiewki z departamentów Kiplinga, a także zbiór poetycki The Oxford Book of Verse. Literaturę poważniejszą reprezentowały Rozmyślania Marka Aureliusza, jak również dzisiaj zupełnie już zapomniane tomy literatury religijnej w rodzaju Daily Light czy Bible Talks. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć relacji poświęconych tematyce arktycznej i antarktycznej, między innymi piór Shackletona, Fridtjofa Nansena czy Otto Nordenskjölda. W kolekcji znalazło się też miejsce dla tomu zatytułowanego German Self Taught (podręcznik do samodzielnej nauki języka niemieckiego), który być może Mawson zabrał z myślą o lepszym dogadywaniu się z Xavierem Mertzem.

Wzorem innych ekspedycji antarktycznych członkowie AEA nie zapomnieli o przywiezieniu gramofonu i bogatej kolekcji płyt. Słuchana wieczorami muzyka przynosiła jeszcze większe ukojenie od recytowanej przez Mawsona poezji. Trzydziestego stycznia John Hunter zanotował:

Zawsze uważałem gramofon za koszmarny instrument, którego miejsce jest na śmietniku. Jednak tego wieczoru zmuszony byłem zmienić zdanie. Dźwięk starych znanych melodii, które wygrywał, budził wspomnienia. Nagle wszyscy sprawiali wrażenie szczęśliwych i zadowolonych. A kiedy kwadrans przed północą skończyliśmy słuchać, szliśmy spać z myślą, że życie polarnika mimo wszystko nie jest takie złe.

Innym źródłem rozrywki dla uwięzionych w czterech ścianach badaczy było wymyślanie przezwisk. Czasami ograniczono się do wersji skrótowych imienia lub nazwiska, jak w przypadku Cecila Madigana, którego przezywano Madi. Archibalda McLeana wołano "Tato", dlatego że miał osobliwy zwyczaj zwracać się do wszystkich per "tato". Ale lekarz zyskał również inne przydomki: Gee Whiz (Sapek) i Crusty (Maruda). Eric Webb, meteorolog z Nowej Zelandii, dorobił się przezwiska Azi pochodzącego od mierzenia azymutów ciał niebieskich. Hurleya przezywano Hoyle, ponieważ miał zwyczaj do swoich wypowiedzi wtrącać wyrażenie "According to Hoyle"4. Do architekta Alfreda Hodgemana zwracano się "Wujku Alfy" lub "Podskakujący Bertie". Bob Bage, dwudziestotrzyletni absolwent inżynierii - zdaniem jednego z kolegów "najbardziej lubiany w całej grupie" - miał przydomki "Król Zabawek" i "Łysy Bob". Wprawdzie zazwyczaj były to pieszczotliwe przezwiska, jednak zdarzały się i takie, które mogły się wydawać niemal okrutne. Cierpiącego na nadwagę Waltera Hannama przezywano nie tylko Słodkim Maleństwem, ale też Grubasem. Dwudziestodziewięcioletni student medycyny Leslie Whetter, dość niezgrabny i ociężały, dorobił się ksywki "Błąd". Jak wspomniano w rozdziale pierwszym, młodzieńcza uroda Belgrave'a Ninnisa sprowokowała kolegów do nadania mu żartobliwego przezwiska "Cherub", natomiast Mertza koledzy wołali po prostu "X", ponieważ nie byli w stanie wymówić egzotycznie brzmiącego imienia Xavier.

Sztuka wymyślania przezwisk niekiedy przybierała bardziej wyrafinowane formy. W odniesieniu do Johna Close'a, czterdziestoletniego byłego oficera armii, Laseron wyjaśniał:

Close zaczytywał się w Nansenie i chętnie go cytował. Norweski odkrywca, przymuszony warunkami, nauczył się jadać surowe pingwinie sadło, więc Close również siłą rzeczy musiał tego skosztować. Po fakcie oświadczył, że bardzo mu smakowało, jednak wszyscy zauważyli, że nie palił się do powtórzenia eksperymentu. Tak narodziła się prześmiewcza legenda, że cechował go wilczy apetyt i potrafił pożerać żywcem foki i pingwiny. W rezultacie dorobił się przezwisk w rodzaju "Smakosz" czy "Postrach".

Spośród trzydziestu ośmiu husky, które wieziono z Australii na pokładzie Aurory, podróż morską na Przylądek Denisona przeżyło tylko dwadzieścia osiem. Dziewiętnaście z nich Mawson zatrzymał w bazie głównej, pozostałe dziewięć posłał razem z Frankiem Wildem na zachód. Podczas stawiania chaty nad Boat Harbour psiaki stały nieopodal przyczepione łańcuchami do głazów. Opiekowali się nimi Ninnis i Mertz, którzy już podczas transportu czworonogów z Londynu bardzo się z nimi związali. Co prawda daleka podróż na południe dała się zwierzakom we znaki, jednak teraz dzięki pożywnej diecie, bazującej na świeżym foczym mięsie, szybko wracały do sił. Jak pisał Mawson, psy "dorobiły się przeróżnych przezwisk, które z czasem zrastały się z nimi na stałe", między innymi Caruso, Pavlova, Babcia, Gadżet czy suka Imbir (nie mylić z Imbirem samcem). Przewodnikiem stada był Bazyliszek, zaraz po nim w psiej hierarchii sytuował się osobnik o dumnym imieniu Shackleton.

Charles Laseron pozostawił zapadający w pamięć obrazek dominującego psa:

Bazyliszek był królem stada. Pięknym, dostojnym starym samcem, który zawsze zachowywał się odpowiedzialnie. Ale to nie przeszkadzało mu od czasu do czas oddawać się psim figlom, a kiedy dokazywał z innymi samcami, zachowywał się beztrosko niczym szczeniak. Bynajmniej nie był największym psem w stadzie, ale w razie bójki skromne warunki fizyczne nadrabiał niesamowitą szybkością. Trzymał swoją bandę krótko i nigdy nie dopuszczał do awantur o dostęp do suk.

Przed nadejściem jesieni obóz, którego zabudowania dotychczas ograniczały się do dwóch przylegających do siebie chat, rozrósł się o kolejne. Na niewielkim skalistym wzniesieniu, oddalonym o jakieś dwieście siedemdziesiąt metrów na północny wschód od chat, stanęły dwa budynki, jeden przeznaczony dla magnetografu, drugi do pomiarów absolutnych pola magnetycznego. Przyrządy umieszczone w obu chatach służyły mierzeniu postaci i fluktuacji pola magnetycznego Ziemi, co należało do zadań Erica Webba. Stacje pomiarowe musiały znaleźć się daleko od głównych zabudowań obozu, ponieważ bliskość metalowych przedmiotów mogła zakłócić odczyty. Z tego samego powodu przy ich budowie użyto wyłącznie miedzianych gwoździ.

Na innym wzniesieniu, nazwanym Wzgórzem Wiatromierza, usytuowanym około stu czterdziestu metrów na wschód od chat, umieszczono przyrządy do pomiaru natężenia światła słonecznego i prędkości wiatru. Maszty radiowe, niezbędne do nawiązania łączności z oddaloną o niemal tysiąc osiemset kilometrów wyspą Macquarie, miały stanąć znacznie bliżej centrum obozu. Wznoszenie ich nastręczało jednak sporych trudności. Każdy z masztów składał się z czterech mniejszych słupów, które należało połączyć. Nadzór nad odpowiedzialnym zadaniem ich instalacji, kosztującym mężczyzn wiele wysiłku, powierzono Walterowi Hannamowi.

Podczas pierwszych miesięcy spędzonych na Przylądku Denisona Mawson z nadzieją spoglądał w przyszłość. Liczył, że wkrótce ruszy realizacja zaplanowanych programów badawczych oraz że uda się przeprowadzić rekonesansy z saniami, wędrując w górę pokrytego twardym śniegiem stoku wiodącego na polarny płaskowyż na południu. Weryfikacja ambitnych planów nadeszła szybko, bo już w lutym i marcu, doprowadzając tego nieustępliwego w swoich dążeniach mężczyznę do frustracji i rozpaczy.

A wszystko przez wiatr.

Wspaniała słoneczna pogoda, która przywitała polarników w dniu, gdy przybyli do Boat Harbour, była tylko, jak się szybko okazało, okrutnym żartem aury. Reszta stycznia upłynęła pod znakiem silnych wiatrów, wiejących zazwyczaj z południa i z południowego wschodu, a więc od niewidocznych na razie wyższych partii lodowca. Chata była solidnej budowy, a przy jej projektowaniu zadbano o to, by stawiła czoło śniegom i wiatrom, jednak wichury i tak dały się jej we znaki. Klimat oszczędził mężczyznom śniegu na czas budowy, ale jak wspominał Laseron:

Już podczas pierwszej nocy spędzonej w chacie napadało dużo śniegu. Murphy, którego prycza znajdowała się najbliżej drzwi, obudził się przyprószony białym puchem. (...) Kiedy wiało naprawdę mocno, śnieg wdzierał się do środka wszystkimi szparami. Mimo że ściany były podwójne i dodatkowo uszczelniane wkładaną pomiędzy nie matą filcową, wiatr umiał odnaleźć wszelkie niedostrzegalne szczeliny, nawiewając do środka śnieg. Chcąc nie chcąc, musieliśmy stale uszczelniać ściany, obklejając je gazetami albo przybijając dodatkowe deski.

W piecu palono na okrągło, zużywając czterdzieści pięć kilogramów węgla dziennie. Mimo to temperatura rzadko przekraczała cztery stopnie Celsjusza, a pewnego ranka padł rekord - w chacie zanotowano siedem stopni mrozu. Sytuacja poprawiła się dopiero, gdy zalepiono wszystkie szpary w ścianach.

Mimo że wydawało się to niemożliwe, luty przyniósł jeszcze bardziej wietrzną pogodę. Nieustanne wichury od czasu do czasu przemieniały się w jeszcze gwałtowniejsze i wścieklejsze porywy. Jak wspominał Mawson:

Pewnego wieczoru, kiedy wszyscy jedli posiłek, niespodziewanie dał się słyszeć łomot, który przyćmił nawet jęki wichury szalejącej na zewnątrz. Okazało się, że wiatr porwał kilkoro sań ustawionych dotychczas w bezpiecznej, jak sądziliśmy, odległości na południe od chaty i uderzał nimi o ścianę. Udało się uratować wszystkie z wyjątkiem jednych, które zdążyły pomknąć do morza i żeglowały teraz w kierunku Australii.

W odczuciu Mawsona, pamiętającego zimę 1908 spędzoną na przylądku Royds, pogoda, którą zgotował im luty, była nietypowa. Przekonywał swoich ludzi, że warunki wkrótce się poprawią. Walter Hannam zanotował w swoim dzienniku: "Doktor twierdzi, że zimą opady śniegu są mniej obfite, a i wiatry nie tak gwałtowne. Jego zdaniem nie będzie tak źle".

Przy silnych wiatrach postawienie masztów było nierealne, a wszelka praca na zewnątrz wiązała się ze sporym ryzykiem. W dzienniku Mawsona zachował się opis jego heroicznej eskapady do oddalonej o trzydzieści pięć metrów klatki meteorologicznej pod wiatr wiejący z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę: "Do klatki doszedłem na czworakach. A nim zdołałem zabrać z magazynu kawał słoniny, wichura osiem razy obaliła mnie na ziemię. Kiedy wreszcie uciekłem do chaty i zamknąłem za sobą drzwi, byłem półżywy z wyczerpania".

Hurley, który pragnął uwiecznić zamieć nie tylko na kliszy fotograficznej, ale też przy użyciu kamery filmowej, stanął przed nie lada wyzwaniem. Później wspominał tę mękę:

Żeby uchwycić na kliszy prędkość i siłę wiatru, zbudowałem dla siebie schron z brył lodu i schowany w nim robiłem zdjęcia meteorologom, kiedy na przekór wichurze zmierzali do swoich przyrządów albo wracali do chaty. (...) Z czasem nabawiłem się lekkich odmrożeń palców, ponieważ chcąc obsługiwać aparat, musiałem ściągać rękawicę. Zdarzało się też, że podczas przechodzenia z miejsca na miejsce porywał mnie i obalał jakiś wyjątkowo porywisty podmuch. Pewnego razu, gdy wicher osiągał w porywach prędkość stu dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, poczułem, jak unoszę się w powietrze razem z aparatem i statywem o łącznej wadze trzydziestu sześciu kilogramów. Wiatr przeniósł mnie trzynaście metrów dalej i cisnął na skały.

Jak podaje Laseron, z początku mężczyźni nie umieli poruszać się przy wietrze wiejącym dziewięćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę. Rezygnowali z chodzenia na nogach, preferując poruszanie się na czworakach.

Z czasem jednak, metodą prób i błędów, opanowaliśmy sztukę "chodzenia na wietrze". Należało pochylić ciało, a stopami zapierać się o wszelkie nierówności terenu. Metoda ta pozwalała przemieszczać się nawet przy podmuchach osiągających prędkość stu dziesięciu kilometrów na godzinę i ustać przy wietrze wiejącym z prędkością około stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Gdy jednak wichura przybierała na sile i podmuchy osiągały prędkość stu czterdziestu i stu sześćdziesięciu kilometrów, wszelkie wysiłki okazywały się daremne. Wtedy można było ewentualnie położyć się na ziemi i pełznąć na podobieństwo węża.

Hurley udokumentował na kilku fotografiach metodę "chodzenia na wietrze" (zob. wkładka 2, fotografia 11). Nawiasem mówiąc, nikt przed nim nie wpadł na pomysł, by robić takie zdjęcia na Antarktydzie. Aby mieć jakieś szanse w starciu z wichurą, mężczyźni, którzy planowali dalszy marsz, korzystali z raków.

Wszyscy mieszkańcy bazy głównej uwierzyli Mawsonowi, że zima przyniesie poprawę pogody. Laseron wspominał: "Przez cały marzec dzień za dniem wypatrywaliśmy łaskawszej aury. Z perspektywy czasu skłonny jestem uznać, że błoga nieświadomość, w jakiej spędziliśmy ten czas, wyszła nam na dobre - nie wiedzieliśmy bowiem, że wbrew naszym oczekiwaniom to zaledwie przedsmak tego, co nas czeka". Pod koniec marca analiza odczytów wiatromierza wykazała, że przez cały miesiąc, godzina po godzinie i dzień po dniu, wiatr osiągał średnią prędkość siedemdziesięciu dziewięciu kilometrów na godzinę. Wynik taki "był praktycznie niewyobrażalny i znacznie przekraczał wszelkie dotychczasowe rekordy świata". W marcu zdarzył się też kilkudniowy okres, gdy prędkość wiatru nie schodziła poniżej stu trzynastu kilometrów na godzinę.

Przy tak potężnym wietrze i spadającej wraz z końcem lata temperaturze powietrza stawało się jasne, że psy nie mogą być dłużej uwiązane do głazów na zewnątrz. Spuszczone z uwięzi zwierzęta garnęły się na werandy wokół chaty, gdzie ściany i opadający nisko dach zapewniały ochronę przed żywiołami. Czasami, gdy wypuszczały się dalej od chaty, kryły się za każdą osłoną, jaka stanęła im na drodze. Mawson zanotował: "Momentalnie przysypywał je śnieg i stawały się obojętne na warunki panujące na zewnątrz. Nic zatem dziwnego, że ten i ów czasem nadepnął na psa zakopanego w śnieżnej jamie, a pies wykazywał mniejsze zaskoczenie niż winowajca, który go nadepnął". Zdarzało się, że psia sierść przymarzała do lodu. By uwolnić biednego zwierzaka, trzeba było odcinać przymarznięte kłaki czekanem.

Mężczyźni zaobserwowali jeszcze inny fortel, do którego uciekały się husky, kiedy szły na spacer z którymś z mężczyzn. "Jeśli jeden z psów zatrzymał się, pozostałe ustawiały się za nim jak za zasłoną. Jak tylko ten pierwszy się orientował, że jest zasłoną dla reszty, uciekał na koniec, kolejny pies po chwili robił to samo, aż cały cykl zaczął się powtarzać ku ich wielkiemu niezadowoleniu".

Przez pierwsze półtora miesiąca pobytu na Przylądku Denisona cenny welbot stał przy nabrzeżu, zacumowany do lodowego klifu. W końcu Mawson, nie chcąc ryzykować uszkodzenia łodzi, zdecydował o wyciągnięciu jej na brzeg i zabezpieczeniu na zimę. Dwunastego marca zadanie to powierzył Cecilowi Madiganowi, jednak ten zaraz wrócił do chaty i oświadczył, że łódź zniknęła. Mawson skomentował: "Cuma była założona porządnie, więc to nie z winy ludzkiego niedopatrzenia straciliśmy welbot. Koniec końców uznaliśmy, że ogromny nawis lodu oberwał się i odpłynęło wszystko, co znajdowało się przed i pod nim".

Strata łodzi oraz jednych sań wzbudziła obawy, że wiatr może zabrać wszystko, co nie jest przywiązane albo dostatecznie dociążone. Jak czytamy u Mawsona, mimo przedsięwziętych środków zapobiegawczych:

Niekiedy znikały różne wartościowe przedmioty. Zazwyczaj znajdowaliśmy je potem, gdy utkwiły w jakimś skalnym załamaniu albo pośród potrzaskanego lodu. Na północ od chaty często ciągnął się szlak rozmaitych rzeczy, które zatrzymał stojący na ich drodze wzgórek albo spiętrzony lód: wszelkiego rodzaju i kształtu puszki, kawałki drewna, skrzynie i deski, papier, popiół, brud wymieciony z chaty, stare buty ze skóry renifera, podarte rękawice i cała reszta zawartości śmietnika.

Jeszcze większy niepokój od wściekłych podmuchów wiatru budziły "małe trąby powietrzne [ang. whirlies], których kolumny osiągały średnicę od kilku do około stu metrów". Te kapryśne nawałnice momentami były przerywane okresami względnego spokoju, kiedy ryk odległego wiatru brzmiał niczym dudnienie basu. Mawson pisał o nich: "biada wszelkim lekkim przedmiotom, które stanęły na drodze takiemu wichrowi. Wiatr w kolumnie takiego wiru osiągał zawrotną prędkość, tak więc żywioł z łatwością porywał z ziemi wszelkie przeszkody". Pewnego razu trąba powietrzna zerwała ważący sto pięćdziesiąt kilogramów dach z garażu, w którym trzymano aerosanie, po czym cisnęła nim o ziemię czterdzieści pięć metrów dalej. Po godzinie kolejna trąba powietrzna, która akurat przechodziła nad obozem, przyniosła z powrotem dach, rzucając go na pierwotne miejsce. Impet uderzenia był tak wielki, że dach nie przetrwał upadku.

Wichura szalała praktycznie bez ustanku, a kiedy wreszcie nadchodziła krótka chwila spokoju, wrażenie niemal przyprawiało o halucynacje.

Osobliwie reagował w takich momentach zmysł słuchu. Gdy wicher słabł i nagle następowała niepokojąca cisza, w uszach, nawykłych przez ostatnie tygodnie do nieustannego ryku wiatru, nadal huczało. Nocami takie przerwy w nawałnicy potrafiły wyrwać ze snu. Zasnąć ponownie nie było łatwo, człowiek bowiem "łaknął znanego hałasu".

W lutym i marcu Mawson zamierzał przeprowadzić rekonesansy z saniami w głąb lądu, żeby poznać teren, przez który latem mieli się przeprawiać. Niestety aura mocno ograniczyła jego ambicje. Dwudziestego dziewiątego lutego wraz z pięcioma kompanami wciągnął sanie na zaśnieżone zbocze na tyłach obozu. Zdołali ujść zaledwie półtora kilometra, osiągając sto pięćdziesiąt metrów przewyższenia, nim wicher zmusił ich do porzucenia sań i wycofania się do chaty. Następnego dnia Mawson wrócił w tamto miejsce z dwoma mężczyznami. Zaprzęgli się do sań i doszli do miejsca położonego dziewięć kilometrów od obozu, na wysokości około czterystu sześćdziesięciu metrów nad poziomem morza. Zatknęli tam chorągiewkę i ustawili termograf, który miał mierzyć temperaturę powietrza w nadchodzących miesiącach.

Miejsce to nazwali 5-mile Depot (dosłownie: skład na 5. mili), rozbili tam obóz, a nazajutrz wrócili do chaty. W swoim dzienniku Mawson we właściwy sobie oszczędny sposób opisał trudy tej eskapady: "Ciągnięcie sań przez zaspy szło opornie. Byliśmy bardzo wygłodzeni, nie mogliśmy się najeść papką z pemikanu (...). W drodze powrotnej Madigan niemal wpadł do paskudnej szczeliny. Teraz będziemy bardziej uważać". Jak podaje Eric Webb, wieczorem po powrocie do chaty Mawson zwierzył się całej ekipie z niewesołych odkryć, jakich dokonali w trakcie tego krótkiego wypadu: "Nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim wiatrem i taką temperaturą. Nie wyobrażajcie sobie, że wiem więcej od was na temat krainy, w której się znaleźliśmy. Ale musimy sobie jakoś poradzić!". Webb wspominał, że przemowa Mawsona "była (...) szokiem, ale równocześnie podziałała motywująco".

Świat tuż za granicami obozu tylko czekał na ich błąd. Frank Hurley otarł się o śmierć, gdy podczas stosunkowo dobrej pogody wszedł na świeży lód morski, żeby zrobić zdjęcia klifom, do których wcześniej nie mógł się dostać.

Kiedy tylko ustawiłem aparat na statywie, nagle, bez żadnego ostrzeżenia, lód się pode mną załamał i wpadłem do wody. Zdążyłem wyrzucić ramiona w bok, dzięki czemu nie zostałem wciągnięty pod lód. Jednak naruszona pokrywa lodowa była zbyt cienka, by utrzymać mój ciężar, i załamywała się, ilekroć próbowałem wydźwignąć się z topieli.

Znalazłem się w śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji. Od kwatery zimowej dzieliły mnie dwie mile [około trzech i pół kilometra], nie mogłem liczyć na żadną pomoc. Musiałem bez przerwy walczyć z prądem, który próbował wciągnąć mnie pod krę. (...) Dostawałem skurczy mięśni, kończyny zaczynały mi drętwieć. W pewnym momencie dostrzegłem jakieś piętnaście jardów [trzynaście metrów] dalej duży kawał lodu, który oberwał się od klifu, upadł na grubą krę i przymarzł do niej. Zacząłem posuwać się w jego kierunku, nie wypuszczając z ręki aparatu, który przesuwałem po lodzie. Po dotarciu do bryły jakimś cudem znalazłem na niej miejsce, gdzie mogłem wbić się palcami i wydźwignąć z wody. Byłem na wpół zamarznięty, ale za to odebrałem cenną lekcję.

Na tym jednak nie skończyły się jego problemy. Podczas gdy zmagał się z topielą, wiatr się wzmógł. Lód morski kruszył się coraz bardziej i był spychany dalej od brzegu. Hurley wspominał: "Ruszyłem na drugą stronę cienkiej pokrywy lodowej tak szybkim krokiem, na jaki pozwalała moja zamarzająca odzież". Kiedy w końcu dotarł do skalistego brzegu, lód załamał się całkowicie i podryfował na pełne morze. W drodze do chaty "odzież była ciężka niczym zbroja, nogawki spodni stały się sztywne niczym rury od pieca. Dobrze, że nie oczekiwałem wyrazów współczucia od moich kompanów, ponieważ przywitały mnie ironiczne uśmieszki i docinki".

Kiedy indziej Alfred Hodgeman i Cecil Madigan wybrali się na rutynowy odczyt wiatromierza usytuowanego zaledwie sto czterdzieści metrów od chaty. Jak później opisywał to wydarzenie Mawson:

Tuż za progiem chaty rozeszli się i pogubili. Obaj założyli, że spotkają się przy wiatromierzu, jednak dotarł tam tylko Madigan. Po sczytaniu wskazań przyrządu czekał przez jakiś czas, w końcu skierował się z powrotem do chaty, licząc, że zastanie tam towarzysza. Ponieważ ten się nie zjawiał, zorganizowano akcję poszukiwawczą, w ramach której kilka drużyn wyprawiło się w różne strony.

Przy wietrze wiejącym z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę i zacinającym śniegu poszukiwania musiały być prowadzone praktycznie po omacku. Znajdowaliśmy się niedaleko morza, a ponieważ wiatr wiał właśnie w stronę brzegu, człowiek pozbawiony raków ryzykował, że zostanie zepchnięty do wody. Postanowiono, że dwóch mężczyzn zwiąże się liną i dokładnie przeszuka Boat Harbour. Jeden zapewniał asekurację, zabezpieczając się wbitym w lód czekanem, podczas gdy jego kolega na drugim końcu liny lustrował linię brzegową. Ostatecznie Hodgeman, z wierzchnią odzieżą obklejoną śniegiem, powrócił do chaty bez niczyjej pomocy po dwóch upiornych godzinach, które upłynęły mu na poszukiwaniu w zamieci jakichkolwiek punktów orientacyjnych.

Podobnie jak Hurleya również Hodgemana czekały szyderstwa, a nie współczucie. Laseron zanotował w dzienniku: "Biedny Hodgeman, chłopaki zawsze już będą dworować sobie z tej jego przygody. Ale prawda jest taka, że mogła skończyć się źle".

W styczniu widywali niezliczone chmary pingwinów, jednak pod koniec marca większość ptaków uciekła na północ do lęgowisk na lodzie morskim. To samo zresztą dotyczyło fok, o których Mawson pisał: "Niewątpliwie miały dość nieustannie szalejących wichur. Te, które podchodziły do obozu, padały od naszych kul, a mięso trafiało do spiżarni".

Na początku kwietnia Mawson zrozumiał, że mylił się, sądząc, iż zimą pogoda ulegnie poprawie. Z jakiegoś tajemniczego powodu klimat panujący na Przylądku Denisona i w Zatoce Commonwealthu był zupełnie inny od tego, który podróżnik zapamiętał z cieśniny McMurdo. W najsłynniejszym fragmencie swojej relacji z AEA Mawson dzielił się z czytelnikiem niewesołymi przemyśleniami:

Trwamy przycupnięci na skraju nieobjętego kontynentu, gdzie lodowaty oddech olbrzymich polarnych pustkowi wznieca niekończące się zamiecie i gna ku północnym morzom. Znaleźliśmy ląd przeklęty. Odkryliśmy Krainę Zamieci.

Mawson i jego kompani byli przekonani, że założyli bazę w najbardziej wietrznym miejscu na całej planecie, o co obwiniali zły los. Osiemdziesiąt pięć lat później słuszność tego przeczucia potwierdził międzynarodowy zespół geofizyków, którzy dowiedli, że Przylądek Denisona faktycznie jest najbardziej wietrznym zakątkiem ziemi, jeśli wziąć pod uwagę tereny leżące na poziomie morza (na niedostępnych szczytach w rodzaju Mount Everestu czy K2 nie prowadzi się całorocznych pomiarów meteorologicznych).

Gdy zima pełzła po kontynencie, mężczyznom pozostało niewiele do roboty i teoretycznie mogli oddawać się lenistwu. Mawson pilnował jednak, by nikt nie narzekał na bezczynność. Do obowiązków należały codziennie wizyty w stacjach pomiarowych, dokąd mężczyźni udawali się niezależnie od pogody. W chacie, mimo że zgodnie z duchem egalitaryzmu obowiązywała wymienność prac, zaprowadzono surową, niemal wojskową dyscyplinę. Punktualnie kwadrans przed ósmą polarników budził okrzyk "Wstawać, pobudka!". Po piętnastu minutach dzwonek wzywał na śniadanie i wszyscy zasiadali przy długim wąskim stole zajmującym środek pomieszczenia. O godzinie pierwszej po południu podawano lunch, obiad o wpół do siódmej.

Obowiązki kucharza, pomocnika kuchennego oraz stróża nocnego były jasno określone i zapisane czarno na białym - ściany w chacie pokrywały starannie wypisane instrukcje. Drobiazgowość zaleceń zdradzała zamiłowanie Mawsona do porządku. Najważniejszym zadaniem stróża nocnego, którego zmiana trwała dwanaście godzin, od ósmej wieczorem do ósmej rano, było pilnowanie ognia w piecu. Ale na tym nie koniec:

Stróż nocny winien zbierać popiół, który zgromadził się w piecu przez cały dzień, i spalić go przez noc razem z sadłem. Węgla dosypujemy dopiero wtedy, gdy stary żar całkiem się wypali (...).

Ewentualny bałagan powstały z winy stróża nocnego musi być uprzątnięty przed godziną siódmą rano.

Osobna instrukcja dotyczyła najmniej przyjemnego z obowiązków stróża: "Do stróża należy opróżnianie pojemnika z parowozowni. Nieczystości należy wyrzucać do morza, dopóki wody w zatoce nie zetnie mróz". "Parowozownia" to oczywiście wspólny wychodek.

Jak to zwykle bywa, gdy wielu mężczyzn zmuszonych jest egzystować w warunkach pozostawiających wiele do życzenia, życie zaczyna się kręcić wokół jedzenia. Przesadnie formalny ton poniższej instrukcji dla kucharza, wywieszanej na ścianie, nawiązywał do stylu karty dań eleganckiej restauracji:

Obiady w kolejnych dniach powinny bazować na:

Poniedziałek - pingwin

Wtorek - foka

Środa - konserwy mięsne

Czwartek - pingwin

Piątek - foka

Sobota - różnie

Niedziela - baranina

Kiedy osiemnastu mężczyzn zasiadało do jednego stołu, posiłki przybierały charakter odświętnego rytuału. Jak wspominał Mawson:

Nie bawiliśmy się w zbytnie subtelności, przykładowo gdy ktoś potrzebował czegoś z drugiego końca stołu, powiedzmy dżemu, etykieta wymagała, by zawołał: "Podajcie dżemowi dobry wiatr!". Słoik z dżemem sunął wzdłuż stołu ku temu, kto go wzywał, choć zdarzało się, że z pewnym ociąganiem, gdyż każdy, komu akurat zachciało się dżemu, mógł na chwilę zatrzymać słoik i się poczęstować. Wystarczyło, że zawołał: "Zaraz pójdzie dalej!".

W sytuacjach, gdy do obiadu podawano wino lub mocniejszy trunek, mężczyźni chętnie wznosili toasty. Najczęściej można było usłyszeć hasło: "Za nasze kochanki i małżonki - oby nigdy się nie poznały".

Nawet kilkadziesiąt lat później Laseron zachował niesamowicie drobiazgowe wspomnienia wspólnych posiłków w chacie. W 1947 roku pisał:

Obiad był gotowy i tym razem kucharz naprawdę pokazał, na co go stać. Nie był to jeden z "kucharzy oszustów", należał do elity. Zupa nie pochodziła z puszki, lecz została ugotowana na najprawdziwszej kości, oszczędzanej specjalnie na tę okazję, z dodatkiem suszonych warzyw. Kucharz uszczknął nawet nieco żelaznych racji żywnościowych i udekorował ją zieleniną. Podana do stołu zupa była gorąca, pyszna. Kiedy wszyscy już się nią nasycili, padała komenda: "Talerze oddać, łyżki wylizać". Łyżek wiecznie brakowało, dlatego te same były używane potem do jedzenia deseru. Następnie na stole zjawiły się smażone piersi z pingwina, do złudzenia przypominające bardzo ciemną wołowinę. Kiedy usunęło się całe sadło, pingwinie mięso było całkiem smaczne. Wreszcie przychodziła pora na gwóźdź programu - jam roly-poly, apetycznie zarumienioną, lekką jak piórko i jeszcze skwierczącą po wyjęciu z piekarnika słodką roladę. Witały ją głośne wiwaty, ponieważ tym razem kucharz naprawdę przeszedł samego siebie. Na koniec - figi albo słodycze. Wreszcie kawa, przy której zapalano fajki i papierosy, a wnętrze chaty tonęło w kłębach tytoniowego dymu.

Wśród ekipy AEA największym powodzeniem cieszyły się dwa produkty luksusowe: tytoń i czekolada. Miesięczny przydział na jedną osobę wynosił dwie puszki tytoniu i jedno opakowanie papierosów. Niepalący Mawson należał do zdecydowanej mniejszości. W sobotnie wieczory rozdawano również czekoladę: każdy dostawał trzydzieści kostek. Czekolada, oprócz tego, że była ulubionym łakociem, szybko zaczęła pełnić funkcję żetonów do gry. Największym powodzeniem cieszyły się zakłady pierwszego dnia miesiąca, gdy liczono średnią prędkość wiatru z miesiąca poprzedniego. Przykładowo 1 maja na stole położono kartki z wartościami liczbowymi w zakresie od czterdziestu do pięćdziesięciu pięciu, które można było obstawiać, kładąc przy wybranej kartce po dwie kostki czekolady. Kiedy wyliczono, że w kwietniu wiatr wiał ze średnią prędkością osiemdziesięciu trzech kilometrów na godzinę, Bob Bage rozbił bank, zgarniając niewyobrażalną fortunę stu pięćdziesięciu kostek czekolady.

Kąpiele były luksusem, na który nikogo nie było stać. Jak wspominał Laseron: "Nie kąpiemy się, chyba że jest to absolutnie konieczne. Kucharz zbyt zazdrośnie strzeże swojego zapasu wody, aby dało się ukraść ilość wystarczającą do kąpieli. Golenie się też jest zabronione, dzięki czemu poranna toaleta to kwestia tylko paru minut". To nie do końca prawda - co kilka tygodni każdemu z mężczyzn przysługiwało prawo do kąpieli w specjalnej wannie zrobionej z rozwieszonego brezentu, do którego nalewało się wody. Piętnastego marca, gdy John Hunter wziął kąpiel pierwszy raz od opuszczenia Hobart, zamieścił w swoim dzienniku następujący wpis, z którego przebija niemal poczucie winy: "Trzy miesiące bez kąpieli to kawał czasu. Gdybyśmy spróbowali tego w świecie cywilizowanym, znajomi zaczęliby się nas wystrzegać". Tęgi radiooperator Walter Hannam wypowiadał się w podobnym tonie: "Wieczorem wziąłem gorącą kąpiel, ostatni raz takiego luksusu dostąpiłem w Hobart dziesięć tygodni temu. Czuję się cudownie czysty i trochę śpiący".

Nie ma w tym nic dziwnego, że mężczyźni stłoczeni na tak małej powierzchni po jakimś czasie uciekli się do błazenady i różnego rodzaju żartów. Niekiedy takie szaleństwa przypominały wygłupy studentów w akademikach, tyle że miały charakter właściwy dla obyczajowości epoki edwardiańskiej. John Hunter opisywał zażarte walki toczone między zachodnią a wschodnią częścią chaty, kiedy za oręż służyły śpiwory i koce, choć niekiedy w ruch szły też dzbanki z wodą. Zdaniem Laserona w "zwariowanych zabawach celuje zwłaszcza Frank Hurley, będący duszą towarzystwa. Nikt nie może się z nim równać, jeśli chodzi o pajacowanie". Osiemnastego marca "Hurley zrobił psikusa Archiemu McLeanowi, wkładając mu do łóżka nieżywego pingwina". Ale niekiedy psoty Hurleya mogły przybierać bardziej złożoną postać. W początkowym okresie pobytu na Przylądku Denisona John Close, czterdziestoletni były oficer (który w grupie wyjątkowo często padał ofiarą dowcipów), zabił fokę Weddella, jednak w jego opowieści zdarzenie to urosło niemal do rangi heroicznego wyczynu. To sprowokowało Hurleya do następującej błazenady:

Po obiedzie 17 lutego Doktor poinformował wszystkich, że Hurley chciałby wygłosić oświadczenie. Na tę okazję Hurley naciągnął na wierzch ciepłej odzieży polarnej starą koszulkę piłkarską, założył spodnie sportowe, a jego głowę zdobił stary kapelusz słomkowy. Wyglądał w tym przebraniu jak pijak spod sklepu z napojami wyskokowymi. Po dość chaotycznej i rozwlekłej przemowie, pełnej nadmiernie obrazowych metafor, zaprezentował wszystkim order w postaci aluminiowego krzyża z napisem na awersie: Bravado Killus Terror Weddelli Sealus Pro Bono Publichouso.

Hurley był również urodzonym gawędziarzem. John Hunter zanotował 10 marca: "Przy obiedzie Hurley raczył nas opowieściami o swoich miłosnych podbojach... I o tym, jak dwadzieścia sześć razy był porzucany przez ukochane".

Wbrew pozorom jednak to nie on był mistrzem snucia opowieści. Tytuł ten należał bowiem do Herberta Dyce'a Murphy'ego, który mógł się poszczycić najbogatszą i najdziwaczniejszą przeszłością spośród wszystkich uczestników AEA. Trzydziestodwuletni Murphy pochodził z zamożnej australijskiej rodziny hodowców owiec i miał na koncie nawet rok studiów na Oksfordzie. W podaniu o pracę napisał: "trzy razy odwiedzałem Arktykę (...), podróżowałem psim zaprzęgiem po północnej Syberii i brałem udział w rejsach po morzach otwartych oraz tych skutych lodem".

Mawson, który uwierzył mu na słowo, z początku chciał mu powierzyć kierownictwo trzeciej drużyny, mającej eksplorować wybrzeże Ziemi Adeli. Jednak po rewizji planów AEA, ku wielkiemu rozczarowaniu Murphy'ego, został on zdegradowany do roli szeregowego uczestnika ekspedycji. Mawson zapewne nie wiedział, że Murphy od lat przebierał się za kobietę i występował na scenie jako drag queen. Ściągnął tym na siebie uwagę brytyjskich służb wywiadowczych i został zwerbowany w charakterze udającego kobietę szpiega, który miał działać w Europie Zachodniej w latach poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej. Do tej pory ukazały się dwie biografie Murphy'ego, jednak był to człowiek, który z opowieści na swój temat uczynił sztukę, dlatego oddzielenie prawdy od zmyślenia w jego przypadku jest niełatwe.

Towarzysze na AEA cenili go szczególnie za dar opowieści. Laseron pozostawił ciekawą anegdotę na temat Murphy'ego, w której widać podziw, jaki w towarzyszach budził jego gawędziarski dar. Po obiedzie, gdy kucharz sprzątał naczynia ze stołu, ktoś zagadnął: "Herbercie, a co z opowieścią?".

Herbert wzdrygnął się i zerknąwszy nerwowo na pytającego, próbował się wymówić, tłumacząc, że nie ma w zanadrzu żadnej historii, którą by już wcześniej się z nimi nie podzielił. Odpowiedział mu chór błagalnych głosów: "Herbercie, opowiedz nam o Syberii albo o Melbourne. Albo o wizycie w angielskim dworku na wsi. O Cambridge albo o tym, na co masz ochotę". W końcu indagowany przez wszystkich, odchrząknąwszy, z ociąganiem zaczął opowiadać. Ilekroć w snutej przez niego historii pojawiał się mały chłopiec albo pies, był to nieomylny znak, że Herbert czuje przypływ inspiracji - zresztą wystarczyło w takich chwilach spojrzeć na jego twarz, która promieniała. Opowiedział o życiu towarzyskim w Melbourne, o swoim znajomym, który oświadczył się dwóm dziewczynom jednego wieczoru i obie przyjęły oświadczyny, a także o perypetiach, jakie nastąpiły potem. Następnie zrobił dygresję o pełnych straszliwych detali skandalach z życia wyższych sfer, od których włos jeżył się na głowie... Jego opowieści mają coś, co sprawia że człowiek chce w nie wierzyć. Z jednej strony są przekonujące, z drugiej zbyt nieprawdopodobne, aby mogły mieć miejsce naprawdę. Herbert jest bowiem geniuszem, któremu jeden drobny fakt wystarczy do zbudowania całego gmachu rozrywki. Każda jego historia to dla nas murowana godzina pokładania się ze śmiechu.

Oprócz puszczania płyt na gramofonie uczestnicy ekspedycji obcowali też z muzyką na żywo. W tym celu powołano do istnienia grupę muzyczną Adélie Band, w której kilku uczestników ekspedycji popisywało się swoimi talentami. Instrumentarium obejmowało: "flet, bęben, pięściofon (wynalazek Hurleya) i harmonijkę ustną". Urodziny zawsze obchodzono z wielką pompą i obdarowywano się prezentami. Dwudziestego siódmego marca Archibald McLean zanotował w dzienniku: "Dzisiejszy dzień lepiej ode mnie opiszą inni w swoich dziennikach, świętowaliśmy bowiem moje urodziny. Dostałem mnóstwo prezentów. Najgorzej wspominam przemowy z życzeniami, którymi zamęczano mnie po śniadaniu i po obiedzie". Pretekstu do świętowania dostarczały też urodziny króla, obchodzone 3 czerwca, oraz przesilenie zimowe 21 czerwca. Data ta zwiastowała stopniowy, niemal niezauważalny powrót słońca; dnia zaczynało przybywać o kilka minut na dobę. Mawson zanotował w dzienniku, jakim świątecznym śniadaniem i lunchem kucharz zaskoczył polarników z okazji przesilenia zimowego. Warto zauważyć, że oba posiłki podano godzinę później niż zazwyczaj:

Śniadanie, godz. 9 Kakao

Jajka na bekonie

Prawdziwy chleb

Miód, marmolada, masło

Lunch, godz. 14 Herbata

Ser i herbatniki

Ciasto z wiśniami

Porcja bekonu

Prawdziwy chleb

Miód, dżem, marmolada, masło

Wprawdzie Mawson nie uwiecznił menu obiadowego, jednak wspominał potem z rozrzewnieniem, że posiłek "smakował cudownie i składał się z samych przysmaków. Po toastach i przemowach nadeszła pora na występy muzyczne i teatralne, a w przerwach śpiewano refreny". Wszystko to z szalejącą za ścianami chaty wichurą osiągającą prędkość stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Każdy pretekst był dobry do świętowania, a wszelkie niecodzienne wypadki prowokowały wybuchy sprośnych, grubiańskich komentarzy - wszystko to miało urozmaicić monotonię zimowania na końcu świata. Ilekroć ktoś popełnił gafę albo pomylił się, słychać było chóralny krzyk "Mistrzostwo!" (championship). Mawson tłumaczy, skąd wziął się ten zwyczaj:

Mistrzostwo to pojęcie z naszego lokalnego słownika, odnoszące się do każdego niefortunnego wypadku, przykrego incydentu będącego wynikiem czyjejś nieostrożności czy też poważniejszej katastrofy w dowolnej dziedzinie życia w chacie. Potłuczenie tuzina talerzy strąconych z półki, ukruszenie noża w zamarzniętym na kamień miodzie, przypalenie owsianki czy też wybuch puszki, którą włożono do pieca, żeby się rozmroziła - pechowy kucharz, który dopuścił się któregoś z takich przewinień, musiał liczyć się z tym, że sprowadzi na siebie grad szyderczych komentarzy i okrzyki "Mistrzostwo! Mistrzostwo!".

Jednak mimo wszystkich dowcipów i rytuałów, których zadaniem było podnoszenie morale ekipy, niezaprzeczalnie centralne miejsce w ich życiu zajmował obecnie wiatr. Pamiętniki mężczyzn zawierają liczne fragmenty, w których niedowierzanie idzie w parze z rozpaczą. Na początkowym etapie uwięzienia John Hunter żalił się: "Nie mam pojęcia, co z nami będzie po roku takiego życia. Nasza praca naukowa nie posuwa się ani o krok". Po wielu miesiącach tkwienia w chacie Laseron złorzeczył: "Ten piekielny wicher wciąż szaleje. Czy kiedyś w ogóle przestanie wiać?". Walter Hannam często rozpoczynał swoje wpisy od liczącej cztery słowa stałej formuły: "Kolejny dzień do niczego". Również Mawson w trzech kolejnych dniach pod koniec kwietnia poprzedzał notatki następującymi hasłami: "Zamieć, silny wiatr", "Wielka zamieć", "Wielka zamieć".

Kiedy w lutym na krótką chwilę wiatr osłabł, Mertz zorganizował pokaz jazdy na nartach. Ponieważ był mistrzem narciarskim, zależało mu na przekazaniu tej cennej umiejętności kompanom, którzy nie mieli na tym polu żadnego doświadczenia. Jak łatwo się domyślić, rezultaty były dość komiczne. Mężczyźni o wiele chętniej wskakiwali na sanie, żeby urządzać wyścigi w dół zbocza nieopodal chaty. Laseron przyznał: "zabawa niewątpliwie ekscytująca, aczkolwiek dość ryzykowna".

Podczas jazdy po lodzie praktycznie nie dało się kontrolować sań ani hamować. Zazwyczaj wybieraliśmy górkę, na której śnieg był trochę bardziej ubity, i na dole wszyscy spadaliśmy z sań, choć zdarzało się i tak, że po drodze gubiliśmy jednego lub dwóch pasażerów. Pewnego razu wylecieliśmy razem z saniami w powietrze i wpadliśmy w stertę kanistrów z benzyną. To była naprawdę poważna kraksa - gnaliśmy z taką prędkością, że narożna płoza sań przecięła dwa kanistry.

Na szczęście żaden z czterech saneczkarzy nie odniósł obrażeń. Z powodu ryzyka uszkodzenia kluczowych dla powodzenia wyprawy sań albo zranienia któregoś z uczestników Mawson starał się zniechęcić podwładnych do ryzykownego sportu, ale z marnym skutkiem.

Codzienne obowiązki, które w normalnych warunkach nie przysparzałyby większego trudu, przez wiatr zmieniały się w gehennę. Do najuciążliwszych zadań należały rutynowe wizyty w Chacie Magnetografu, Chacie Pomiarów Absolutnych i na Wzgórzu Wiatromierza. Nierzadko mężczyznom wracającym z krótkich wypadów mróz i zacinający śnieg zamieniały gabardynowe kaptury w zasłaniające całą twarz maski lodowe.

Warstwa lodu i śniegu oblepiała kaptur, przywierała do zarostu i skóry twarzy. Nie było to zbyt przyjemne, ale zapewniało całkiem niezłą ochronę przed wiatrem. Mróz i zacinający w twarz śnieg sprawiały, że maska stawała się szczelna, zmuszając nas do ciągłego kruszenia jej tak, byśmy mogli oddychać i cokolwiek widzieć. (...) Doświadczenie nauczyło nas, aby po wejściu do chaty, przed próbą ściągnięcia kaptura, oczyścić go z lodu. W przeciwnym razie ryzykowaliśmy, że uwalniając się zbyt gwałtownie od nakrycia głowy, pozbędziemy się też zarostu.

Hurley na kilku zapadających w pamięć portretach uwiecznił towarzyszy noszących takie lodowe maski (zob. wkładka 3, fotografia 1). Mimo że starano się do tego nie dopuścić, czasami wypady do stacji badawczych skutkowały powierzchownymi odmrożeniami twarzy. Pewnego razu wielką wesołość wzbudził Cecil Madigan "manipulujący przy pozbawionym czucia policzku. Mężczyzna próbował oderwać go sobie z twarzy, sądząc, że to lód".

Spośród wszystkich niewdzięcznych prac, jakimi parali się członkowie AEA jesienią i zimą 1912, najbardziej frustrujące było stawianie dwóch masztów radiowych mających zapewnić łączność z wyspą Macquarie, a w dalszej kolejności również z Australią. Maszty przewieziono na pokładzie Aurory w częściach, które po przeniesieniu na ląd należało złożyć w całość liczącą trzydzieści siedem metrów wysokości. Wysiłki mężczyzn, by wkopać kotwy, umocować do nich odciągi, a wreszcie postawić maszty, napotykały bezlitosnego przeciwnika w postaci wichru. Do końca kwietnia zdołano zainstalować tylko dwie części obu masztów. Walter Hannam, który na wyprawie miał pełnić funkcję radiooperatora, z początku nie tracił nadziei. W pierwszych dniach kwietnia pisał w swoim pamiętniku: "Jeszcze kilka dni takiej (wspaniałej) pogody jak dzisiaj i pod koniec tygodnia powinniśmy móc nadać pierwszą wiadomość".

Wiatr przysparzał tak wielkich trudności przy stawianiu masztów, że Mawson w trosce o bezpieczeństwo towarzyszy zdecydował wstrzymać się z instalacją szczytowych elementów. Dopiero pod koniec lipca na szczycie zamontowano trzeci słupek masztu północnego. Nawet wtedy prace wiązały się z dużym ryzykiem - mężczyźni musieli być wciągani na górę i pracowali na wysokościach zupełnie jak technicy naprawiający napowietrzne linie telefoniczne. Hannam nie mógł pracować na wysokościach ze względu na swoją wagę - na początku lipca zwierzył się w swoim dzienniku, że waży około stu dziesięciu kilogramów. Zadanie to przypadło w udziale Frankowi Bickertonowi, mężczyźnie uzdolnionemu technicznie, który na co dzień dłubał przy aerosaniach. Dwudziestego szóstego lipca Frank przez trzy i pół godziny na siarczystym mrozie i przy wietrze wiejącym z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę zmagał się z instalacją trzeciego odcinka północnego masztu.

Zapiski dziennikowe Hannama, na początku bardzo oszczędne, ukazują jego stopniowe przygnębienie. Wspomina na przykład o swoim kompulsywnym przejadaniu się ("zjadłem za dużo sardynek, przez co nabawiłem się paskudnych nudności i długo wymiotowałem") oraz przyznaje, że bez przerwy czuje się śpiący, co tłumaczył wpływem antarktycznego powietrza na organizm. Obok zdania "Kolejny dzień do niczego" najczęściej powracająca formuła w jego zapiskach to: "Przez większą część dnia czułem się senny". Piętnastego maja Mawson w rozmowie z Hannamem stwierdził, że jego zdaniem dopiero w październiku maszty będą mogły zacząć spełniać swoje zadanie.

Tymczasem pięcioosobowa ekipa George'a Ainswortha pozostawiona na wyspie Macquarie miała własne problemy z instalacjami radiowymi. Wiatr osłabiał wsporniki słupów albo nieomal łamał maszty, co wymagało nieustannego prowadzenia rutynowych napraw. Mimo tych trudności 14 lutego udało się nawiązać łączność z Sydney. Jakość połączenia była zaskakująco dobra, do tego stopnia, że mężczyźni uwięzieni na samotnej wyspie mogli posłuchać bieżących wiadomości sportowych - dowiedzieli się na przykład o zwycięstwie konia Piastre w Wyścigu o Puchar Melbourne. Jak jednak cierpko zaznaczył Ainsworth: "Ponieważ imię tego zwierzaka pierwszy raz obiło nam się o uszy, na nikim ta rewelacja nie zrobiła większego wrażenia".

Antarktyda nadal jednak milczała i z czasem ekipa Macquarie zaczęła się niepokoić o losy ludzi Mawsona. Musieli zaczekać aż do 12 września, kiedy nadeszła pojedyncza wiadomość nadana z Ziemi Adeli. Radiooperatorowi na wyspie udało się rozróżnić tylko dość enigmatyczne słowa: "Proszę poinformować Pennant Hills". Mimo że potem całymi godzinami starał się nadać wiadomość zwrotną, nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Ainsworth później wspominał: "Od tamtego czasu robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby nawiązać z nimi kontakt. [Arthur] Sawyer każdej nocy aż do świtu nie wstawał od radionadajnika".

Trzynastego października, który Hannam ochrzcił potem "Czarną Niedzielą", północny maszt runął na ziemię od uderzenia wyjątkowo potężnego podmuchu wiatru. Towarzyszył temu tak straszliwy huk, że mężczyźni w pierwszej chwili sądzili, iż wichura zerwała dach z chaty. Po zbadaniu miejsca wypadku stwierdzono, że wyższy z masztów jest całkowicie zniszczony. Drugi, południowy, którego stawiania jeszcze nie ukończono, wyglądał, jakby miał runąć w każdej chwili. Mawson wspominał: "Straciliśmy zbyt wiele drewna. Stało się jasne, że możemy zapomnieć o nawiązaniu łączności radiowej. Prace przy stawianiu masztów trwały całą zimę, przy czym prowadzono je w najbardziej niesprzyjających warunkach. Wszystko na nic!".

W ciągu całego 1912 roku na Przylądku Denisona zanotowano rekordowe średnie prędkości wiatru, co pozwala na refleksję, w jak niesamowicie trudnych warunkach upływało polarnikom życie przez cały rok. Co gorsza, wbrew nadziejom zimą wiatry przybrały jeszcze na sile. W okresie od marca do października średnia miesięczna prędkość wiatru nigdy nie schodziła poniżej osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Pod tym względem najgorzej zapisał się maj, będący generalnie jednym z najciemniejszych i najzimniejszych miesięcy w antarktycznym roku. W maju 1912 przez trzydzieści jeden dni z rzędu dobowa średnia prędkość wiatru wynosiła dziewięćdziesiąt osiem kilometrów na godzinę.

Fakt, że pomimo tak ekstremalnych warunków tej zimy żaden z polarników nie ucierpiał poważnie ani nie nabawił się poważniejszego odmrożenia, najlepiej świadczy o wytrzymałości ludzi Mawsona (a być może również o dopisującym im szczęściu). Zbudowana przez nich chata była tak solidna, że nie zniszczyły jej ani najwścieklejsze wichury, ani trąby powietrzne. Oczywiście monotonia długich, upływających w mroku nocy polarnej dni zapewne dawała się im we znaki, jednak zarazem umieli stworzyć atmosferę, w której koleżeńskość wygrywała z nudą i przygnębieniem. Po latach ten okres uwięzienia w chacie w samym sercu "krainy zamieci" niektórzy uczestnicy AEA wspominali jako upływający w aurze domowej sielanki. Trzydzieści pięć lat później ten czas opisywał Laseron:

Po wypełnieniu codziennych obowiązków każdy znajdował dla siebie jakąś rozrywkę. Na jednym końcu stołu Bickerton, Hannam, Hunter i ja graliśmy partyjkę brydża, której kibicowali z boku Madigan, Murphy i doktor. Nieco dalej przy stole siedział Mertz, wybierający płytę do puszczenia na gramofonie. Doradzał mu Bage, pykający ze swojej ukochanej starej fajki z polepionym taśmą klejącą cybuchem. Stillwell siedział zatopiony w lekturze jakiejś książki, a Close zapisywał coś w dzienniku. Whetter leżał na łóżku, studiując jakąś rozprawę medyczną. W drugiej części chaty Hurley, wygłaszając zabawne komentarze, strzygł włosy Correllowi, osiągając efekt, który fryzjera z prawdziwego zdarzenia przyprawiłby o zawał.

Albo Mawson, zaledwie rok po zakończeniu ekspedycji:

Cały świat trwa w uśpieniu z wyjątkiem nocnego stróża, który piecze chleb, robi pranie, pilnuje ognia, co kwadrans prowadzi obserwacje zorzy polarnej i co pół godziny warunków pogodowych, notując skrzętnie zaobserwowane zjawiska. Wreszcie jednak i dla niego przychodzi chwila relaksu - po kąpieli może posiedzieć bezczynnie przy toście i kubku świeżo zaparzonej kawy.

Wnętrze chaty spowija ciemność. W kuchni jaśnieje tylko piec, obok którego stoi krzesło. Wicher dmie, psy wyją na werandzie, jednak domownicy mogą spać spokojnie, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają stróż i jego fajka. Wcześniej umilał sobie czas lekturą opasłego tomu, ale teraz zdecydował się na jakiś romans. Lekturę przerywa jedynie, by przeprowadzić obserwacje. Kiedy przeczyta całą książkę, wstanie, pójdzie z lampą sztormową na swoją pryczę i wyciągnie skądś plik listów. Wprawdzie zna ich treść niemal na pamięć, ale to nie przeszkodzi mu teraz odczytać ich ponownie.

Ostatnie zdania miały wydźwięk autobiograficzny. Wprawdzie Mawson nadal przejawiał nadzwyczajny entuzjazm dla wyprawy, lecz tęsknił też za ukochaną Paquitą. Zabrał ze sobą ostatnią korespondencję, jaką wysłała do niego, nim wyruszył na południe. Podczas pobytu na Przylądku Denisona pisał do niej pełne miłości listy. Zachował się krótki, pisany w pośpiechu 19 stycznia, tak by Aurora zdążyła dostarczyć go do Australii w drodze powrotnej: "Lądowanie przebiegło pomyślnie. Nie przewiduję żadnych większych komplikacji. Twój wędrujący Dougie wróci z gałązką oliwną do swojej przystani za nieco ponad rok". List zamykało następujące wyznanie:

Wiedz, moja najdroższa, że nawet tutaj, na skutych mrozem południowych rubieżach świata, moje serce napełnia się szczęściem, ilekroć pomyślę o tym, jaka jesteś cudowna. Ocean, który nas dzieli, jest oceanem miłości.

Twój kochający Douglas

Mawson pisał do Paquity, wiedząc, że ukochana będzie mogła odczytać listy dopiero, gdy on sam powróci do Australii. "Doszedłem do wniosku - pisał - nie pierwszy zresztą raz, że dobrze być zakochanym, nawet tutaj, na Antarktydzie, i myślami znajdować się daleko, przy ukochanej (...). Żegnaj, moja najdroższa. Niechaj Bóg ma Cię w swojej opiece, błogosławi i strzeże".

Narracja W krainie zamieci ściśle stosuje się do właściwej swoim czasom konwencji nakazującej, aby kronika ekspedycji wystrzegała się napomknień o ewentualnych konfliktach i niesnaskach, jakie mogły wynikać między jej uczestnikami. O napięciach panujących w chacie można wnioskować jedynie na podstawie anegdot i opowieści o błazenadach oraz żartach, jakie robili sobie polarnicy. Z opowieści Mawsona wyłania się obraz mężczyzn, którym można przypisać różnego rodzaju słabostki i osobliwe nawyki, jednak nie były to wady jako takie.

Dzienniki pozostałych uczestników wyprawy prezentują jednak odmienną wizję. Odnotowują między innymi niechęć, jaką w niektórych budziła osoba kierownika AEA i której nie mieli odwagi wyrazić głośno. Na przykład 30 września John Hunter pisał: "Jedna z najgorszych cech Doktora to skłonność do wyrażania kategorycznych sądów na tematy, o których ma jedynie powierzchowną wiedzę". Lub Laseron 18 lutego: "Obecnie odnosimy się do Mawsona ze znacznie większą sympatią niż na początku. A i to pomimo wszelkich jego wad, których mu nie brakuje. Należy do nich niewątpliwie jego zwyczaj wypowiadania się z pogardą na różne tematy, choć być może ton ten przyjmuje zupełnie mimo woli, a wkrótce i tak zapomina o tym, co przed chwilą powiedział".

Najbardziej zagorzałym krytykiem przełożonego był bez wątpienia Cecil Madigan, jednak niełatwo określić, jakie konkretnie zarzuty mu stawiał ani co właściwie je sprowokowało. Motywacje Madigana, by płynąć na Antarktydę, są dość niejasne. W momencie, gdy wszedł na pokład Aurory, miał dwadzieścia trzy lata i należał do grona studentów Mawsona na uniwersytecie w Adelajdzie. Musiał wyróżniać się na uczelni, bo w 1911 roku zdobył stypendium Rhodesa5. Już po przybyciu do Oksfordu, gdzie zamierzał podjąć studia doktorskie, dowiedział się, że Mawson starał się wpłynąć na władze uczelni, by zgodziły się wstrzymać rok z udzieleniem mu stypendium. Po namowach ze strony urzędnika reprezentującego Oksford Madigan przystał na propozycję i popłynął z powrotem do Australii, spędziwszy w Anglii zaledwie dwa tygodnie.

Trudno orzec, w jakim stopniu te machinacje przyczyniły się do niechęci, która narastała w młodym człowieku przez cały pobyt na Przylądku Denisona. Wiadomo natomiast, że to Madigan wymyślił szydercze przezwisko dla przełożonego - Dux Ipse (dosł. "komendant we własnej osobie"), w którym znalazły odbicie cechujące Mawsona wysokie mniemanie o sobie i skłonność do rządzenia twardą ręką. Przezwisko się przyjęło, choć w formie skrótowej "D.I." (nigdy nie używano go w obecności Mawsona), można więc podejrzewać, że odczucia Madigana podzielała większość mieszkańców chaty.

Wprawdzie Madigan prowadził dziennik, jednak jest on niedostępny dla zajmujących się dziejami AEA badaczy. Jego treść pojawia się tylko w parafrazie w ciekawej książeczce Vixere Fortes: A Family Archive, wydanej w 2000 roku prywatnie przez syna Madigana, Davida (Cecil Madigan zmarł w 1947 roku). Jeśli przyjąć, że Vixere Fortes wiernie odtwarza uczucia Madigana wobec AEA, okaże się, że Mawson już na bardzo wczesnym etapie ekspedycji, mianowicie podczas podróży morskiej na południe, budził niechęć młodego człowieka. Syn Madigana wyjaśniał: "Koledzy ze studiów wołali na ojca Maddy. Gdy jednak Mawson zwracał się tak do niego, ojciec miał mu to za złe". Po przybyciu do kwatery zimowej stosunek Madigana do przełożonego uległ, jak się zdaje, pewnemu ociepleniu, jednak z nadejściem zimy student zaczął odnosić się z lekceważeniem do przywódcy. Pewnego dnia Mawson próbował zainstalować coś, co nazwał "podmuchometrem" [ang. puffometer], urządzenie domowej roboty służące do pomiaru siły pojedynczych podmuchów wiatru. Jednak "z racji właściwej sobie niezdarności przy tego rodzaju pracach, w których rzekomo jako kierownika nikt nie mógł go zastąpić", maszyna rozleciała się na kawałki pod wpływem wiatru.

Cały tekst Vixere Fortes najeżony jest tego rodzaju pogardliwymi dykteryjkami. Zapewne Madigan uważał toast wzniesiony przez Mawsona z okazji urodzin króla za nieszczery, skoro jego zdaniem stosunek Dux Ipse do monarchii brytyjskiej przywodził na myśl "lojalność przygnębionego irlandzkiego poddanego korony". I dalej: nie dość, że kierownik ekspedycji wymagał od mężczyzn nieustannej pracy, to jeszcze "traktował ich jak dzieci. A kiedy zauważył, że ktoś się obija, momentalnie zaczynał narzekać i czynić czytelne złośliwe aluzje, mimo że sam leżał do góry brzuchem". Niewykluczone, że Mawson w szczególnie surowy sposób traktował Cecila, co oczywiście dolewało tylko oliwy do ognia.

Doktor był z natury dość spokojny, jednak momentami stawał się bardzo drażliwy i o wszystko się irytował. Podczas takich epizodów depresji polarnej, jak zwykło się nazywać ten stan, potrafił być krzywdzący w swoich ocenach, rugał wszystkich z byle powodu i ganił za lenistwo. Cecil bywał ofiarą takich wybuchów, co budziło jego wielką złość. Mimo to starał się znosić ataki ze stoickim spokojem i w milczeniu. Mawson zarzucał na przykład mojemu ojcu, że zaniedbuje pomiary meteorologiczne, mimo że dzień Cecila od świtu do nocy wypełniony był innymi obowiązkami.

Jeśli wierzyć Davidowi, uraza z czasem zrodziła pogardę, czym według niego należy tłumaczyć następujące sądy na temat starszego kolegi: Mawson ma "nieuleczalnie prozaiczny" charakter, wiecznie "marudzi i robi różne aluzje", do samego końca "nie mógł zrozumieć, że jest zbyt surowy dla swoich podwładnych". Z nadejściem wiosny i z pierwszymi wyprawami z saniami irytacja Madigana tylko wzrosła.

Wszystko to należy jednak traktować z dystansem. Dopóki nie ma możliwości zapoznania się z treścią oryginalnego dziennika Madigana, wiarygodność zapisków przedstawionych w Vixere Fortes pozostaje wątpliwa, a rzucający się w oczy i przybierający na sile pogardliwy ton każe się domyślać ukrytych pobudek autora. Po powrocie z AEA Madigan przez wiele lat wykładał geologię na uniwersytecie w Adelajdzie, a to czyniło go pracownikiem naukowym niższego stopnia tego samego wydziału, którego kierownictwo miało przypaść Mawsonowi. Kto wie, jakie mogły być napięcia akademickie między mentorem a jego protegowanym? Albo co kazało rozdrażnionemu synowi Cecila pięćdziesiąt trzy lata po śmierci ojca i czterdzieści dwa lata po śmierci Mawsona szukać zemsty. Jest jeszcze coś, co każe zachować dystans przy lekturze Vixere Fortes: ani na kartach W krainie zamieci, ani w dziennikach Mawsona z ekspedycji nie ma praktycznie żadnych krytycznych wzmianek na temat Madigana.

W dziennikach, które drukiem ukazały się dopiero w 1988 roku, a więc trzydzieści lat po jego śmierci, Mawson opowiada o napięciach w zespole o wiele szczerzej, niż pozwolił sobie na kartach W krainie zamieci. Przez pierwsze cztery miesiące, od przybycia Aurory do Hobart aż po założenie kwatery zimowej na Przylądku Denisona, autor prowadził jedynie bardzo pobieżne zapiski - kolejne dni dokumentują krótkie, jednozdaniowe notatki, a niekiedy Mawsonowi zdarzało się nic nie pisać. Okres ten wypełniała gorączkowa aktywność i zapewne po prostu nie starczało czasu na zapiski. Dłuższe wpisy pojawiają się dopiero 28 lutego, ale nawet one utrzymane są w tonie bezosobowym i mają bardzo skrótową formę ("Huraganowe porywy wiatru", "Jak zwykle zamieć", "W zatoce mnóstwo fok"). Prawdopodobnie był to czas, gdy całą uwagę polarnika pochłaniały kwestie logistyczne.

Wyraźny przełom następuje zupełnie nieoczekiwanie 3 maja, gdy Mawson pisze obszerną rozprawę na temat różnorodnych charakterów mężczyzn, jakich spotkać można na ekspedycjach polarnych. Notatka wyróżnia się długością na tle wszystkich dotychczasowych. Wprawdzie nie padają tu żadne nazwiska, jednak dla czytelnika staje się jasne, że Dux Ipse uważnie obserwował swoich podwładnych i sposób, w jaki się zachowują. Pretekstu do tych rozważań dostarczyło mu spostrzeżenie, że odciągi masztów poruszające się na wietrze uległy przetarciu, co może doprowadzić do ich przerwania. Hannam, Mertz i Ninnis natychmiast udali się na miejsce, żeby oszacować szkody. Mawson zanotował zaraz: "Pozostali nie raczyli się pofatygować, mimo że w tym momencie nie mieli nic lepszego do roboty, a jeden wręcz odmówił udania się pod maszty. Budzi to mój niepokój".

Rozczarowanie postawą owych "pozostałych" sprowokowało kierownika ekspedycji do sporządzenia typologii charakterów mężczyzn, którzy udają się na ekspedycje polarne.

Mężczyźni należący do pierwszej grupy, utalentowani i drobiazgowi, stanowią kręgosłup grupy. Kiedy wyznaczy im się zadanie do wykonania, człowiek ma pewność, że wywiążą się z niego wzorowo (...).

Są też przeciętni ludzie - to ci, którzy wprawdzie nie mają do niczego specjalnej smykałki, jednak mogą się przydać, pod warunkiem że ktoś nad nimi stoi (...).

Wreszcie są i tacy, którzy nie pasują do grupy, którzy nie mogą o sobie powiedzieć, że dobrze się na czymś znają. Na szczęście to rzadkie okazy. Swoją drogą to ciekawe, że osoby, które mają dwie lewe ręce do wszystkiego nie przejawiają woli, żeby nauczyć się czegoś pożytecznego.

Nienaturalny, formalny ton, w jakim utrzymany jest ten fragment, budzi podejrzenia, że Mawson pisał go z myślą o przyszłym czytelniku, którego wyobrażone spojrzenie sponad ramienia na tekst skłaniało do autocenzury. Narzeka wprawdzie na bumelantów i tych, którzy nie pasują do grupy, jednak przez cały czas uważa, aby nie sprzeniewierzyć się niepisanej zasadzie, że brudów ekspedycji nie należy wywlekać na światło dzienne. Dopiero 4 czerwca złość każe mu nazwać po imieniu "tych, którzy nie pasują do grupy". W odczuciu Mawsona przodowało w tym dwóch uczestników AEA: czterdziestoletni były oficer John Close oraz dwudziestodziewięcioletni student medycyny Leslie Whetter (ten ostatni, wraz z Erikiem Webbem, to jedyni Nowozelandczycy w ekipie obsadzającej bazę główną).

Jak się łatwo domyślić, głównym zarzutem stawianym Whetterowi jest lenistwo:

Przy śniadaniu Whetter spytał, kiedy przejdziemy na zimowy rytm pracy. Na moje pytanie, co przez to rozumie, odparł: "Sam pan powiedział, że będziemy wtedy pracować tylko przez pół dnia". To nonsens. Powiedziałem, że wszyscy powinni być gotowi na pół dnia wspólnej pracy. Ten człowiek nigdy dotychczas nie przepracował więcej niż dwie godziny.

Nazajutrz Whetter "pokazał, na co go stać", jak sarkastycznie zauważył Mawson. Kiedy nadeszła jego kolej, by wyjść z chaty i narąbać trochę lodu, z którego wytapiano wodę pitną, "nie zabawił poza domem długo", a ilość przyniesionego lodu mogła zaspokoić potrzeby zespołu na zaledwie jeden dzień. W dzienniku Mawson zanotował: "Nie wydaje mi się, żeby cierpiał z powodu przepracowania. I nie sadzę, żeby kiedykolwiek zasłużył sobie na członkostwo w Królewskim Kolegium Chirurgów [ang. Fellowship of the Royal College of Surgeons - FRCS]". Wieczorem doszło do wymiany zdań, która jeszcze bardziej rozwścieczyła kierownika. "Oświadczył mi zeszłego wieczoru z wyrzutem, że prace naukowe, którymi zajmują się inni, to dla nich rozrywka. Odparłem, że mając tak łatwą pracę jak on, powinien się uważać za największego szczęściarza na świecie, ponieważ nie musi narażać zdrowia".

W kolejnych dniach doszło do dalszej eskalacji napięcia między nimi. Jedenastego czerwca młodszy kolega budził już w Mawsonie skrajne obrzydzenie.

Wczoraj wieczorem Whetter był chory, dokuczała mu biegunka. Dzisiaj cały dzień spędza w łóżku, chociaż zarzeka się, że po południu wstanie i pójdzie po lód. Ten człowiek nie nadaje się na ekspedycję polarną. Wielka szkoda, że nie posłuchałem przestróg jego matki, które zawarła w telegramie. Już podczas rozładunku Aurory twierdził, że ma zawroty głowy i musi się położyć. A ostatnio narzekał na przepracowanie, mimo że nie pracuje dłużej niż dwie godziny dziennie.

Osiemnastego czerwca doszło do poważnego spięcia, gdy Whetter odmówił wykonania polecenia przełożonego, aby przyniósł z werandy zamarznięte truchła pingwinie. Młody mężczyzna tłumaczył, że jeszcze nie skończył zbierania lodu na wodę pitną. Mawson nakazał mu wówczas, żeby wrócił do chaty i stawił się w jego pokoju.

Odbyliśmy długą rozmowę, w trakcie której wytłumaczyłem mu, że nie nadaje się do udziału w ekspedycji, głównie ze względu na brak determinacji i nieumiejętność działania w najlepszym interesie zespołu. Jak zwykle próbował lekceważyć wszystkie moje zarzuty i dawał mi do zrozumienia, że moje zdanie na jego temat ma niewielką wartość.

Po tej reprymendzie sprawowanie Whetera uległo poprawie na kilka dni. Ale zdaniem Mawsona w lipcu znów zaczął się obijać.

Jakie było źródło problemów z Whetterem? Istnieją pewne poszlaki, że mężczyzna miał problemy z piciem. Trzeciego lipca Mawson zapisał: "Wszystko wskazuje na to, że Whetter raczył się porto". Alkoholizm podczas zimowania na Antarktydzie zawsze powodował tarcia, ponieważ w czasie ekspedycji polarnych wino i mocniejsze trunki były zarezerwowane na uroczyste okazje. Ktoś, kto podkradał alkohol ze wspólnych zapasów, mających wystarczyć na długie miesiące, dopuszczał się jednego z najcięższych przewinień.

Długie godziny snu i niechęć do pracy sugerować mogą również zaawansowaną depresję polarną. To realne zjawisko, często obserwowane podczas zimowania w Arktyce i Antarktyce, w niektórych przypadkach okazywało się na tyle poważnym problemem, że wręcz zagrażało powodzeniu ekspedycji. Na Belgijskiej Wyprawie Antarktycznej (1897-1899), której uczestnicy po raz pierwszy w dziejach zdecydowali się przezimować na Antarktydzie, komendanci ekspedycji Georges Lecointe i Adrien de Gerlache zapadli na tajemniczą chorobę. Przestali wstawać z koi (działo się to nie w chacie, lecz na uwięzionym w paku lodowym statku) i praktycznie stracili wolę do życia; posunęli się nawet do spisania testamentów. Funkcje kierownicze przejęli wówczas dwaj ich podwładni, ratując powodzenie ekspedycji: doktor Frederick A. Cook - który później fałszywie przypisywał sobie zdobycie bieguna północnego oraz pierwsze wejście na szczyt McKinley - a także Roald Amundsen, dla którego przygoda ta była pierwszą ekspedycją polarną. Relacja z wyprawy Belgiki pióra Cooka, zatytułowana Through the First Antarctic Night [Poprzez pierwszą noc antarktyczną], znajdowała się w bibliotece w kwaterze zimowej AEA. Jej uczestnicy doskonale więc znali koszmarną historię tamtej ekspedycji.

Warto zauważyć, że nie tylko Mawson narzekał na postawę Whettera. Dwudziestego drugiego marca John Hunter napisał: "Whetter, jak to ma w zwyczaju, nadal oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu: to znaczy siedzeniu". Trzy miesiące później Hunter rozwinął tę obserwację: "Whetter to dla mnie zagadka. Rosły mężczyzna, ale leniwy. Wydaje mi się, że budzi w Doktorze największą antypatię z nas wszystkich". Cecil Madigan (przynajmniej w wersji podawanej przez jego syna w Vixere Fortes) ocenił: "Whetter był nieuleczalnie leniwy i przeraźliwie lekkomyślny".

Mawson usiłował zrozumieć, na czym polega problem osobliwego podwładnego. W Archiwum Mawsona w Muzeum Australii Południowej znajduje się kartka, na której notował luźne myśli na temat Nowozelandczyka:

Mam wrażenie, że zaszła w nim zmiana, odkąd dołączył do ekspedycji. Kiedy zaczynał, wydawał się pełen entuzjazmu (...).

Dlaczego nie poinformował mnie w porze lunchu, że nie czuje się na siłach, żeby po południu przynieść lód, tak jak to ustaliliśmy? (...).

W piątek 14 czerwca Whetter pracował jako kucharz i nie upiekł chleba (...).

Zupa była tak przypalona, że nie dało się tego jeść. Chleba nie dostaliśmy. Pudding z tapioki wołał o pomstę do nieba (...).

Jak sam przyznał, wybrał się na ekspedycję, bo liczył, że tutaj będzie mieć czas do nauki. Podejrzewam też, że jest tu dla podreperowania zdrowia.

Ta sprawa nadaje się dla policji.

Trzeciego października Mawson stracił cierpliwość i wybuchnął. Podczas całego pobytu w kwaterze zimowej żaden z osiemnastu członków ekipy nie zapamiętał drugiej sytuacji, w której dowódcę aż tak poniosłyby nerwy. Sam Mawson podsumował tę awanturę w dzienniku:

Około czwartej po południu do chaty wszedł Whetter, rozebrał się i zaczął szykować się do lektury. Jeszcze przed porą lunchu poprosiłem go, aby po tym, jak przyniesie lód, zajął się odśnieżeniem dojścia do garażu.

Przed czwartą dowiedziałem się, że garaż nadal nie jest odkopany. A ponieważ Whetter najwyraźniej zamierzał teraz zająć się czytaniem, uznałem to za jawną odmowę wykonania polecenia. Zdenerwowany spytałem, dlaczego wrócił do chaty, skoro nadal ma coś do zrobienia na zewnątrz. Odparł, że dość się napracował. Spytałem, po co wybrał się na Antarktydę. W odpowiedzi usłyszałem: "na pewno nie po to, żeby wykonywać taką pracę". Stwierdziłem wówczas, że "skoro tak, to jest skończonym kretynem", na co on odparł: "Sam pan jesteś kretyn", po czym dodał: "Drugi raz nie popełnię takiego błędu [żeby wziąć udział w ekspedycji]". Natychmiast kazałem mu stawić się w moim pokoju. Byłem wściekły, ale zdołałem się szybko uspokoić. Przeprowadziłem z nim długą rozmowę, w trakcie której starałem się łagodnie i w sposób możliwie najbardziej elokwentny unaocznić mu jego błąd.

Na próżno.

Kiedy zbliżała się wiosna, a wraz z nią moment, gdy nareszcie można by podjąć marsze z saniami, Mawson zaczął obawiać się poważnego kryzysu. Po reprymendzie udzielonej Whetterowi jeszcze tego samego dnia przy obiedzie wygłosił przemowę motywującą podwładnych do działania. W dzienniku zanotował: "Moje wystąpienie było dość długie, a kończyła je myśl, iż dla powodzenia ekspedycji niezbędne jest wspólne zaangażowanie nas wszystkich. Dodałem też, że powodzenie wyprawy oznaczać będzie sukces dla każdego z nas z osobna". Po przemowie do Mawsona podeszło kilku mężczyzn, żeby zapewnić go o gotowości do podjęcia czekającej ich ciężkiej pracy.

Jeżeli w trakcie AEA Whetter prowadził dziennik, to albo zaginął, albo znajduje się w rękach prywatnych. Jak podaje historyk Beau Riffenburgh, niewiele wiadomo na temat losów mężczyzny po powrocie z AEA - zajął się praktyką lekarską w Nowej Zelandii i zmarł w 1955 roku.

U podłoża problemów stwarzanych przez Johna Close'a leżała nie tyle depresja polarna, co raczej generalna nieudolność spotęgowana przez lękliwość. Po raz pierwszy Mawson narzeka w dzienniku na czterdziestoletniego podwładnego we wpisie z 14 czerwca, a pretekstu dostarcza porażka kulinarna, za którą odpowiedzialni byli Whetter i Close:

Dzisiaj gotował Whetter i całkowicie sobie z tym nie poradził. W godzinach między dziesiątą a szóstą po południu obijał się, to samo podkuchenny. Ale ten drugi, Close, przynajmniej coś zrobił: zaparzył popołudniową herbatę dla ekipy i tym podobne. Obaj podczas swojej wachty nalali nafty do zbiorników z wodą, przypalili zupę tak, że nie dało się jej przełknąć. Nie zadbali o stopienie śniegu na wodę pitną. Nie napalili w piecu, przez co w chacie panuje ziąb.

Następna wzmianka na temat Close'a pochodzi z 3 lipca i sugeruje, że niechęć Mawsona do byłego wojskowego stale narastała: "U Close'a rozwinął się ropień dziąseł, który przykuł go do łóżka. Z zębami w tak fatalnym stanie nigdy nie powinien był porywać się na udział w ekspedycji antarktycznej".

Do listy zarzutów pod adresem Close'a przywódca dołącza lenistwo i nieudolność: "Close dużo czasu poświęcił cerowaniu swojej odzieży, jednak sen go zmorzył jeszcze przed wieczorem, mimo że przez cały dzień kilkakrotnie ucinał sobie drzemkę. Od czwartej po południu najchętniej oddaje się czytaniu książki i, o ile wcześniej nie uśnie, potrafi wysiedzieć z nią aż do północy" - zanotował 20 lipca.

O nieudolności i niepokoju, które Close'owi musiały uczynić zimowanie na Antarktydzie prawdziwym koszmarem, dowiadujemy się też z komentarzy jego kolegów. Siódmego kwietnia John Hunter z niesmakiem zauważa, że na dojście do wiatromierza Close potrzebuje pół godziny, a drugie tyle zajmuje mu przeprowadzenie odczytu. Hunter stwierdza: "Ten facet nie potrafi posługiwać się barometrem, mimo że chyba wszyscy z nas pokazywaliśmy mu już, jak to się robi. Biedny stary John Close". Trzeciego maja Hunter donosi, że Close unikał wykonywania swoich obowiązków, zamiast tego oddając się "ćwiczeniom polegającym na braniu głębokich oddechów" - co sugeruje, że mężczyznę dręczyły ataki paniki. Hunter dodaje: "Doktor się na niego wścieka, a wszyscy stroją sobie z niego żarty".

Wiele wskazuje na to, że huraganowe wiatry wstrząsające chatą budziły w tym mężczyźnie znacznie większy lęk niż w jego towarzyszach. Znowu Hunter: "Biedny stary John Close bardzo się boi, że wicher porwie całą chatę w powietrze i ciśnie ją do morza". Oświetlenie i prąd w domku zapewniał acetylen, bezbarwny gaz, który w połączeniu z tlenem staje się wybuchowy. To kolejna rzecz, która wzbudzała lęk Close'a. Jego koledzy, zamiast go uspokajać, stroili sobie z niego żarty, ustawiając "wokół niego niewielkie acetylenowe bomby".

Jak łatwo się domyślić, najokrutniejszym dręczycielem był Frank Hurley. Po kilkudziesięciu latach, nie nazywając ofiary po imieniu, Laseron opisał dowcip, jaki Hurley wyciął bojaźliwemu mężczyźnie:

Jeden z członków ekipy bardzo bał się ognia, co zresztą dotyczyło w jakimś stopniu nas wszystkich, pożar na tym pustkowiu miałby bowiem dla nas katastrofalne konsekwencje. Mężczyzna, o którym wspominam, nader często przyznawał się do swojego lęku. Wyjątkowo wielki strach budził w nim generator acetylenowy, wydawało mu się bowiem, że grozi mu eksplozja. Pewnej nocy, gdy mężczyzna ten pełnił wachtę nocną, Frank zrobił mu żart. Wziął długą gumową rurę, która często przydawała mu się w jego wybrykach. Jeden koniec zanurzył w zbiorniku z wodą przy generatorze, drugi zaniósł do swojego łóżka. A potem, zarywając noc, co jakiś czas dmuchał ile sił w płucach, wywołując donośne bulgotanie wody. Niepokojące dźwięki zaalarmowały stróża nocnego, który kilka razy sprawdzał, co wywołuje hałas. Nie znalazłszy żadnej przyczyny, postanowił w końcu obudzić Doktora. Ten, wściekły, że ktoś wyrywa go ze snu, natychmiast spostrzegł, co wywołuje dziwne dźwięki, jednak zorientowawszy się, że chodzi o dowcip, nie zdemaskował kawalarzy. Zamiast tego stwierdził wymijająco, że to faktycznie niebezpieczna sytuacja, dodając jednak, że nawet jeśli ma dojść do wybuchu, przed świtem i tak nie da się temu zaradzić, po czym jak gdyby nigdy nic wrócił na swoją pryczę. Stróż nocny resztę dyżuru spędził, umierając ze strachu. O tym, że padł ofiarą kawału, dowiedział się wiele dni później, gdy zauważył, że wszelkie jego uwagi na temat generatorów acetylenowych wywoływały salwy śmiechu.

Podobnie jak w przypadku Whettera nie zachowały się żadne zapiski autorstwa Johna Close'a, z których moglibyśmy poznać jego wersję wydarzeń. Beau Riffenburgh stwierdził: "Po AEA Close znikł. Niewiele wiadomo na jego temat oprócz tego, że zmarł w 1949 roku w Sydney".

Mimo narastającej frustracji co najmniej jednego członka ekipy, Cecila Magidana, mimo wspólnego dręczenia dwóch najbardziej nieporadnych towarzyszy: Whettera i Close'a, a przede wszystkim mimo niezwykle wietrznej i chłodnej aury, jakiej nie zaznały dotychczas żadne ekspedycje arktyczne ani antarktyczne - zimowanie w 1912 roku na Przylądku Denisona nie nadszarpnęło morale polarników biorących udział w AEA. Największa w tym zasługa samego Mawsona, który bywał srogi i wymagający, a jego fanatyczne umiłowanie ciężkiej pracy niekiedy mogło sprawiać, że w oczach podwładnych był tyranem. Niewykluczone też, że jako pełniący funkcję kierowniczą nie potrafił przyznać się do błędu, podkreślając swoją wiedzę słowami "A nie mówiłem?". Wbrew jednak zarzutom jego krytyków, Douglas Mawson nie był człowiekiem pozbawionym poczucia humoru, a co najważniejsze, wolał dawać przykład niż polecenia. Niezależnie od tego, jak trudne lub niebezpieczne zadania wyznaczał swoim podwładnym, sam nie wzbraniał się przed żadnymi obowiązkami.

O tym, że był nie tylko wielkim odkrywcą, ale też wspaniałym liderem, świadczy lojalność, z jaką trwali przy nim towarzysze maratonów z saniami w latach 1912-1913, oraz próby charakteru, jakim został poddany po lecie.

Plan Mawsona, zgodnie z którym trzyosobowe drużyny miały podjąć eksplorację w różnych kierunkach, wychodząc z Przylądka Denisona, wymagał pozostawienia trzech mężczyzn, którzy będą strzegli chaty. Mawson zdawał sobie sprawę, że to najbardziej niewdzięczne i przygnębiające zadanie - po dziesięciu miesiącach, podczas których trzeba było po prostu przetrwać kolejne nawałnice, trzech polarników będzie musiało zastosować się do decyzji przełożonego i pilnować bazy. Oznaczało to, że nie wezmą faktycznego udziału w planowanych odkryciach, które przecież kazały im w ogóle udać się na ekspedycję.

Można by domniemywać, że taki pechowy los przypadnie w udziale mężczyznom, którymi Mawson najbardziej się rozczarował w okresie zimowym: Whetterowi i Close'owi oraz być może Madiganowi, o ile zdawał sobie sprawę z niechęci, jaką budził w swoim dawnym studencie. Nieoczekiwanie jego wybór padł jednak na kogoś zupełnie innego. Wprawdzie nigdy publicznie nie podał powodów, dla których ustalił takie, a nie inne składy poszczególnych trzyosobowych drużyn, jednak wiosną 1912 Whetter wyruszył razem z Zespołem Zachodnim [ang. Western Party] poruszającym się z aerosaniami. Close wszedł w skład Zespołu Bliskowschodniego [Near Eastern Party], którego celem było zmapowanie wybrzeża na wschód od Zatoki Commonwealthu. Jeśli zaś chodzi o Madigana, nie dość, że dołączył do Zespołu Wschodniego Wybrzeża [Eastern Coastal Party], planującego eksplorować tereny wysunięte jeszcze bardziej na wschód od tych, które badali koledzy z Zespołu Bliskowschodniego, to na dodatek został mianowany kierownikiem tego niezwykle ważnego zespołu badawczego.

Pozostaje zagadką, co skłoniło Mawsona do takich wyborów personalnych - czy pragnął poddać tych, którzy nie budzili jego zaufania, wymagającemu sprawdzianowi, czy też może do października zdążył dopatrzyć się w nich cech, dla których przecież zgodził się ich przyjąć na etapie kompletowania ekipy. Wiadomo na pewno, że wszystkie pięć drużyn, nie wyłączając Madigana, Whettera i Close'a, zrealizowało wyznaczone cele, objawiając niespotykany hart ducha i determinację. A gdy trójce stawiającej sobie najambitniejsze cele, to znaczy Zespołowi Dalekowschodniemu [ang. Far Eastern Party], w skład którego weszli Mawson, Ninnnis i Mertz, groziła katastrofa, to właśnie lojalność pozostałych piętnastu mężczyzn obsadzających bazę główną pozwoliła zamienić tragedię w ostateczny triumf.

4 Formuła w angielszczyźnie oznaczająca "zgodnie z zasadami".

5 Istniejący od 1902 roku prestiżowy międzynarodowy program stypendialny umożliwiający studiowanie na Uniwersytecie Oksfordzkim.