Samotność Anioła Zagłady. Adam. Samotność Anioła Zagłady. Tom 1 - Robert J. Szmidt

Kup ebooka

49.90 zł
37.42 zł (39,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- Po­ziom szó­sty, sta­no­wi­sko kon­troli. Pro­szę przy­go­to­wać się do pro­ce­dury ska­no­wa­nia.

Aniel­ski głos do­bie­ga­jący z ukry­tych gło­śni­ków miał na­prawdę nie­ziem­skie brzmie­nie.

Lata temu po­zna­łem ko­bietę, która uży­czyła go sys­te­mowi kom­pu­te­ro­wemu na­szej bazy. An­na­belle przez parę de­kad pra­co­wała w naj­po­pu­lar­niej­szej agen­cji ofe­ru­ją­cej miesz­kań­com Ka­li­for­nii seks przez te­le­fon. Kil­ka­dzie­siąt lat do­świad­cze­nia w tym fa­chu zro­biło swoje. Wielu męż­czyzn prze­szłoby przez ogień wszyst­kich krę­gów pie­kieł, i to na bo­saka, byle raz jesz­cze ją usły­szeć. Wielu, ale na pewno nie ja. Zbyt długo miesz­ka­łem nad jej apar­ta­men­tem, zbyt wiele wi­dzia­łem, by ten cu­dow­nie brzmiący alt na­dal wpra­wiał mnie w eks­tazę. Była matką trójki dzie­cia­ków, babką ko­lej­nej piątki, dzi­siaj może na­wet i pra­babką. Miała skórę czarną jak smoła, lecz idę o za­kład, że tak samo, je­śli nie bar­dziej, mroczna była jej du­sza. Inne ce­chy cha­rak­te­ry­styczne? Pro­szę bar­dzo: pięć stóp wzro­stu w ka­pe­lu­szu przy wa­dze prze­cięt­nego hi­po­po­tama.

- Po­rucz­nik Adam Sa­wyer, kod do­stępu 143-05-49-as-i4-03-04 - wy­re­cy­to­wa­łem po raz ty­sięczny moją kwe­stię z tej sceny i uło­ży­łem głowę na wy­pro­fi­lo­wa­nym czyt­niku ska­nera siat­kówki oka. Dło­nie tra­fiły w tym cza­sie na sen­sory po­rów­nu­jące li­nie pa­pi­larne. Czy­sta ru­tyna, ale mimo kilku lat po­wta­rza­nia tej prak­tyki le­d­wie wy­czu­walne ukłu­cia prób­ni­ków DNA wciąż draż­niły skórę. Spoj­rza­łem na po­zba­wioną wy­razu twarz ofi­cera dy­żur­nego. Dane już spły­wały na jego mo­ni­tor - jak przed­wczo­raj, ty­dzień, mie­siąc i rok temu. Na do­brą sprawę zna­li­śmy się z Fran­kiem tak do­brze, że mógłby mnie prze­pu­ścić w ciemno, bez tego biu­ro­kra­tycz­nego cyrku. Wie­dział o mnie wię­cej niż ja sam - czyż to nie jemu za­wdzię­cza­łem bez­pieczne po­wroty na kwa­terę, ile­kroć urwał mi się film? Ale re­gu­la­min rzecz święta, zwłasz­cza w woj­sku, zwłasz­cza tu­taj. Żoł­nie­rzu, nie py­taj, po­wia­dają... Więc nie py­tam, choć na­kłu­wane zbyt czę­sto opuszki swę­dzą jak wszy­scy dia­bli.

Kon­tro­lka przy drzwiach zmie­niła ko­lor na zie­lony i mo­głem wresz­cie do­stać się do śluzy. Tylko parę kro­ków dzie­liło mnie od lśnią­cego ku­szącą bielą wal­co­wa­tego wnę­trza ka­biny. Nie wsze­dłem jed­nak do windy, lecz za­cze­ka­łem na Su­san, która wła­śnie roz­po­czy­nała pro­ce­dury bez­pie­czeń­stwa. Gdy do­łą­czyła do mnie, unio­słem rękę w kie­runku pan­cer­nej szyby, dwa razy otwarta dłoń, kciuk wy­su­nięty w górę. Ju­tro o dzie­sią­tej? W od­po­wie­dzi otrzy­ma­łem lek­kie ski­nie­nie głowy, a chwilę póź­niej zo­ba­czy­łem ten zna­jomy, szel­mow­ski uśmiech na żół­tej, pła­skiej i sko­śno­okiej twa­rzy. Nie tylko ad­mi­ni­stra­cja ma swoje kody. Drzwi otwo­rzyły się z ci­chym sy­kiem, ale już wie­dzia­łem, co będę ro­bił z Fran­kiem po za­koń­cze­niu zmiany.

- Dzięki - szep­nęła mi do ucha Sue, za­nim ru­szy­li­śmy w dół.

Uśmiech­ną­łem się. Osiem­dzie­siąt sie­dem pię­ter to niby nie­wiele, rap­tem mi­nuta w jedną stronę i tyle samo w drugą, ale mu­sia­łaby cze­kać w cho­ler­nie cia­snej, her­me­tycz­nej ślu­zie na po­wrót ka­biny. I nie sa­mot­ność by­łaby dla niej naj­gor­sza. Choć bar­dzo sta­rała się to ukryć, wie­dzia­łem, że pa­nicz­nie boi się ma­łych, za­mknię­tych prze­strzeni.

- Nie ma za co - od­szep­ną­łem. - W końcu czego się nie robi dla... part­nera.

Prze­słała mi ca­łusa i od­wró­ciła się do drzwi. Ka­bina już wy­ha­mo­wy­wała. Z ci­chym sy­kiem pneu­ma­tyczne drzwi wy­pu­ściły nas do ja­sno oświe­tlo­nego, ale wciąż klau­stro­fo­bicz­nie wą­skiego ko­ry­ta­rza. Prze­pu­ści­łem Sue i ru­szy­łem za nią w se­le­dy­nową świa­tłość. Po­noć wy­bitni psy­cho­lo­dzy sta­wali na gło­wie, aby ko­lo­ry­styka oraz wy­strój cen­trali dzia­łały uspo­ka­ja­jąco na słu­żą­cych tu­taj lu­dzi, lecz nie tylko ja mia­łem wra­że­nie, że w tym miej­scu teo­ria dra­ma­tycz­nie roz­mija się z prak­tyką.

Jesz­cze jedna iden­ty­fi­ka­cja po­prze­dzona słod­kim gło­sem An­na­belle i mo­gli­śmy ode­tchnąć pełną pier­sią w prze­stron­nej ste­rowni. Prze­ka­za­nie klu­czy, kilka spro­śnych uwag, pod­pisy na roz­kła­dzie jazdy, przy­ja­ciel­skie klep­nię­cie w ra­mię i chłopcy z po­przed­niej zmiany ru­szyli do windy.

- Kawa? - za­py­tała jak zwy­kle Su­san.

- Kawa - od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z ru­tyną.

Jed­nym z nie­licz­nych przy­wi­le­jów Anio­łów Za­głady była praw­dziwa kawa Blue Mo­un­tain. Rolls-royce w swoim ga­tunku. Bo­gata w ko­fe­inę i we wszystko, co nie­zdrowe. Zu­peł­nie inna od tej lury, którą ser­wo­wano w kan­ty­nach na po­wierzchni. Dla­tego za­wsze roz­po­czy­na­li­śmy dy­żur od kubka czar­nego jak smoła, aro­ma­tycz­nego na­poju.

Usia­dłem w fo­telu i uru­cho­mi­łem pro­ce­durę spraw­dza­jącą. Naj­pierw obo­wią­zek, póź­niej przy­jem­ność. Ekran za­pło­nął rzę­dami opa­li­zu­ją­cych zie­lono cyfr. Kon­trola prze­bie­gała spraw­nie, jak za­wsze. O ile do­brze pa­mię­tam, pod­czas mo­jej zmiany do­szło tylko do dwu awa­rii. Nic szcze­gól­nego - wy­ciek pa­liwa z nie­szczel­nego prze­wodu i drobne uszko­dze­nie mo­dułu chwy­taka. Dzi­siej­szy test wszyst­kich szes­na­stu wy­rzutni wy­padł śpie­wa­jąco. Sta­lowe cy­gara roz­miesz­czone w si­lo­sach od­da­lo­nych o po­nad dwa­dzie­ścia mil od fo­teli, w któ­rych sie­dzie­li­śmy, spo­koj­nie cze­kały na roz­kazy.

- Twoja dzienna dawka tru­ci­zny. - Za­nim usły­sza­łem te słowa, po­czu­łem znie­wa­la­jący aro­mat kawy.

- Dzięki.

Zgod­nie z ry­tu­ałem nie ru­sza­łem jesz­cze kubka, który Su­san po­sta­wiła na pod­stawce obok mo­jego sta­no­wi­ska.

Naj­pierw obo­wią­zek, póź­niej przy­jem­ność, jako się rze­kło.

- Po­rucz­nik Adam Sa­wyer, dwu­dzie­sty pierw­szy kwiet­nia, go­dzina zero je­den, je­den, je­den, zmiana Delta. Mel­duję wy­ko­na­nie wszyst­kich pro­ce­dur otwar­cia, pełne spraw­dze­nie sys­temu, brak sy­gna­łów o uszko­dze­niach i awa­riach. Na­stępna kon­trola wy­rzutni i ra­port o go­dzi­nie zero trzy, je­den, je­den.

Ko­lejne na­ci­śnię­cie kla­wi­sza za­koń­czyło pro­ce­durę przej­mo­wa­nia dy­żuru. Te­raz mia­łem prawo do pierw­szego łyka kawy. Się­gną­łem ostroż­nie po go­rący na­par i prze­nio­słem go na kon­solę przed sobą. Spoj­rza­łem na Sue - była go­towa do fazy dru­giej.

- Od­pa­le­nie na trzy - po­wie­dzia­łem, uno­sząc pół­li­trowy zie­lony ku­bek z logo na­szej jed­nostki, które po­ja­wiało się na ka­mion­ko­wej po­wierzchni pod wpły­wem cie­pła. Po­sępny anioł z go­re­ją­cym mie­czem stał już na glo­bie opa­sa­nym czarną wstęgą. - Je­den, dwa - od­li­cza­li­śmy ra­zem - i...

Świa­tło w ste­rowni przy­ga­sło i w ko­lej­nym roz­bły­sku na­brało krwa­wej barwy ru­binu. Nie­spełna se­kundę póź­niej roz­le­gły się rów­no­cze­śnie wy­cie sy­ren i roz­pacz­liwy krzyk Su­san. Spoj­rza­łem na nią. Włą­cze­nie alarmu tak ją za­sko­czyło, że ob­lała się wrząt­kiem.

- Za­łożę się, że to ten skur­wy­syn Lee - po­wie­dzia­łem na tyle gło­śno, by mnie usły­szała, się­ga­jąc do wy­łącz­nika. Ci­che klik­nię­cie i wszystko wró­ciło do normy. Ja­sne świa­tło za­lało cen­tralę i za­pa­no­wała przy­jemna ci­sza. - Gnojki mają nas na pod­glą­dzie - do­da­łem. - Pew­nie za­ło­żył się z war­tow­ni­kami o dwa do­lce, że roz­le­jesz kawę, i te­raz ta­rzają się ra­zem po pod­ło­dze...

Uśmiech­ną­łem się do obiek­tywu ka­mery i po­ka­za­łem je­den z ob­raź­li­wych ge­stów, które wszy­scy na gó­rze, a zwłasz­cza Frank, do­sko­nale zro­zu­mieli. Do­my­sły do­my­słami, ale pro­ce­dura alar­mowa była ja­sna i nie po­zwa­lała na naj­mniej­sze na­wet od­stęp­stwa w żad­nej sy­tu­acji. Roz­po­czą­łem więc z nie­chę­cią ko­lejną turę do­piero co za­koń­czo­nej kon­troli stanu wy­rzutni i ra­kiet. Su­san zgod­nie z in­struk­cją za­jęła się w tym cza­sie łącz­no­ścią i roz­ka­zami. Mia­łem za sobą czter­na­ście si­lo­sów, gdy nie­ocze­ki­wa­nie ode­zwała się do mnie:

- Adam... - Mimo że głos Sue za­brzmiał płacz­li­wie, nie prze­rwa­łem pracy; tak nie­wiele zo­stało do końca. Ona jed­nak nie dała za wy­graną. Po­wtó­rzyła moje imię, tym ra­zem gło­śniej. Ale ja fi­na­li­zo­wa­łem wła­śnie pięt­nastkę i na­dal nie za­mie­rza­łem prze­rwać kon­troli. Za trze­cim ra­zem krzyk­nęła, co zmu­siło mnie w końcu do ode­rwa­nia oczu od ekra­nów. Wy­glą­dała strasz­nie, była o wiele bled­sza od farby po­wle­ka­ją­cej ściany ste­rowni. - Tom, my­ślę, że po­wi­nie­neś rzu­cić na to okiem - po­wie­działa ci­cho, wska­zu­jąc na ekran ter­mi­nalu.

Za­uwa­ży­łem, że ze zde­ner­wo­wa­nia za­miast praw­dzi­wego imie­nia użyła prze­zwi­ska, które za­wdzię­cza­łem cho­ler­nemu przy­ja­cie­lowi, ka­pi­ta­nowi Fran­kowi, na za­wsze "Fiut­kowi", Lee, w cy­wilu wiel­kiemu mi­ło­śni­kowi prozy Marka Twa­ina. Tom Sa­wyer... Bar­dzo śmieszne. Zwłasz­cza gdy weź­mie się pod uwagę moje po­cho­dze­nie...

- Jak tylko skoń­czę... - Bra­ko­wało może dwu­dzie­stu se­kund do wy­świe­tle­nia ostat­nich da­nych.

- Kurwa! - To la­ko­niczne, acz do­sadne stwier­dze­nie w ustach Su­san Tan­ner miało moc so­lid­nego trzę­sie­nia ziemi. Pie­przyć Mer­cal­lego, to była ósemka w skali Rich­tera, je­śli nie dzie­wiątka. Zna­łem ko­bietę już trzy lata, i to na­prawdę do­brze, Frank po­wie­działby na­wet, że do­głęb­nie, a jesz­cze przy mnie nie za­klęła. Naj­moc­niej­sze słowo, ja­kie kie­dy­kol­wiek pa­dło z jej ust, mie­ściło się w sfe­rze to­le­ran­cji wy­jąt­kowo grzecz­nego pię­cio­latka. Skoro te­raz użyła słowa po­wszech­nie uwa­ża­nego za ob­raź­liwe, mu­siało zda­rzyć się coś na­prawdę nie­zwy­kłego. Prze­łą­czy­łem się na główny ka­nał, choć było to ewi­dentne zła­ma­nie re­gu­la­minu.

- O kurwa... - po­wie­dzia­łem do sie­bie, po­wta­rza­jąc bez­wied­nie prze­kleń­stwo rzu­cone przez Su­san.

Na ekra­nie mo­jego mo­ni­tora po­ja­wił się rząd szes­na­stu wiel­kich i czar­nych jak smoła cyfr. Się­gną­łem ma­chi­nal­nie do książki szy­frów, by po­twier­dzić ode­bra­nie i iden­ty­fi­ka­cję roz­kazu, ale wierz­cie mi, nie mu­sia­łem tego ro­bić, żeby wie­dzieć, co ozna­czają. Ko­lejne prze­kleń­stwo Sue po­twier­dziło moje naj­gor­sze przy­pusz­cze­nia. Spoj­rza­łem na nią - sie­działa w fo­telu z wielką brą­zową plamą na kom­bi­ne­zo­nie i z otwar­tymi sze­roko ustami ga­piła się na mo­ni­tor.

- Sue... - Nie za­re­ago­wała na moje słowa, więc pod­nio­słem głos: - Su­san!

Do­piero te­raz od­wró­ciła głowę w moim kie­runku, lecz na­dal nie za­mknęła ust.

- Znasz pro­ce­dury - po­wie­dzia­łem naj­ła­god­niej, jak tylko po­tra­fi­łem.

Po­tak­nęła me­cha­nicz­nie, ale nie zro­biła nic wię­cej.

- Su­san! - Tym ra­zem po­sta­no­wi­łem ode­zwać się ostrzej. - My­li­łem się, to nie sprawka Franka. Nie pa­ni­kuj. Mamy do czy­nie­nia z naj­zwy­klej­szymi w świe­cie nie­za­po­wie­dzia­nymi ma­new­rami. Nikt nie wyda roz­kazu ataku. Mu­simy tylko uzbroić gło­wice i przy­go­to­wać ra­kiety do ewen­tu­al­nego startu. E-wen-tu-al-ne-go.

- Aku­rat - wy­szep­tała po­wąt­pie­wa­jąco, ale w końcu za­brała się do ro­boty.

Rzu­ci­łem okiem na sta­tus bazy. Def­con 2, je­den krok od wojny. Ak­ty­wa­cja wszyst­kich wy­rzutni ra­kiet, ty­sięcy pie­przo­nych gło­wic naj­bar­dziej mor­der­czej broni, jaką znała ludz­kość. Od razu do peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej, bez pro­ce­dur po­twier­dze­nia, bez roz­ka­zów zwrot­nych. Pro­sto pod klucz. Każ­dego wie­czora i ranka mo­dli­łem się, aby ni­gdy nie było mi dane uj­rzeć tych wła­śnie cho­ler­nych cyfr, które ostatni żoł­nierz wi­dział całe wieki temu, chyba jesz­cze pod­czas kry­zysu ku­bań­skiego.

- Po­dasz mi od­czyty, jak tylko skoń­czę pro­ce­durę spraw­dza­jącą - przy­po­mnia­łem.

Jej za­da­niem było wpi­sy­wa­nie ko­dów ak­ty­wu­ją­cych, ja zaj­mo­wa­łem się resztą. Do­pro­wa­dze­nie na­szych wy­rzutni do peł­nej go­to­wo­ści bo­jo­wej po­winno trwać mniej niż dwie mi­nuty.

- Po­rucz­nik Adam Sa­wyer, dwu­dzie­sty pierw­szy kwiet­nia, go­dzina zero je­den, je­den, pięć, zmiana Delta. Wszyst­kie wy­rzut­nie go­towe do od­pa­le­nia - po­twier­dzi­łem do mi­kro­fo­nów wy­ko­na­nie roz­kazu, gdy ostat­nia kon­tro­lka za­pło­nęła na zie­lono.

Te­raz mo­gli­śmy tylko cze­kać. Nie po­wiem, że była to kom­for­towa sy­tu­acja. Za­zwy­czaj pod­czas alar­mów ćwi­czeb­nych nie uży­wa­li­śmy praw­dzi­wych ko­dów star­to­wych, co po­zwa­lało na spo­koj­niej­sze prze­pro­wa­dza­nie pro­ce­dur. Z dru­giej jed­nak strony cho­ler­nie uła­twiało prze­ła­ma­nie się, mie­li­śmy bo­wiem nie­za­chwianą pew­ność, że na­ci­ska­jąc czer­wony gu­zik, nie roz­pę­tamy pie­kła na Ziemi. Szta­bowcy twier­dzili od lat, że ta­kie za­bawy nie są w sta­nie od­wzo­ro­wać wa­run­ków bo­jo­wych i dla­tego na­leży ko­niecz­nie je zmie­nić. Żeby wszyst­kie alarmy, w tym próbne, wy­glą­dały jak ten dzi­siej­szy...

Wie­dzia­łem o tym, jak chyba wszy­scy w na­szej ba­zie, i cho­ciaż nie do­tarła do nas żadna wia­do­mość o zmia­nie pro­ce­dur, li­czy­łem w skry­to­ści du­cha, że ktoś gdzieś na gó­rze, może na­wet w Bia­łym Domu, wpadł na po­mysł, iż czas "re­al­nie" prze­te­sto­wać spraw­ność sys­te­mów obrony. Tak... Zwa­żyw­szy na prze­bieg zda­rzeń, wy­da­wało mi się to cał­kiem praw­do­po­dobne. W dwa ty­siące osiem­na­stym, tuż po za­koń­cze­niu kry­zysu taj­wań­skiego, prze­pro­wa­dzono po­dobne ćwi­cze­nia. Pod­mie­niono wtedy w ta­jem­nicy przed per­so­ne­lem baz ra­kie­to­wych, z wy­jąt­kiem naj­wyż­szego do­wódz­twa, wszyst­kie kody do­stępu i prze­pro­wa­dzono alarm bo­jowy, do od­pa­le­nia ra­kiet włącz­nie, sy­mu­lu­jąc eska­la­cję ist­nie­ją­cego w rze­czy­wi­sto­ści kon­fliktu. Po pię­ciu do­bach nie­wy­obra­żal­nego stresu, po czter­dzie­stu go­dzi­nach utrzy­my­wa­nia Def­con 2, kar­mieni ob­ra­zami mi­liona chiń­skich żoł­nie­rzy wy­ru­sza­ją­cych w mo­rze, lu­dzie za­mknięci w ba­zach ra­kie­to­wych nie mo­gli mieć złu­dzeń - oni wie­dzieli, co ozna­cza ten roz­kaz. Po­dobno tylko szes­na­ście pro­cent ze­spo­łów dy­żu­ru­ją­cych zde­cy­do­wało się na uży­cie klu­czy. Szes­na­ście pro­cent... I to długo po upły­wie re­gu­la­mi­no­wych dwóch mi­nut.

To był mo­ment zwrotny dla stra­te­gów z Pen­ta­gonu. Pa­mię­ta­łem do­sko­nale, jaka bu­rza roz­pę­tała się w Wa­szyng­to­nie, gdy te dane uj­rzały świa­tło dzienne. Po­le­ciały głowy, wiele głów. Mó­wiono na­wet o zauto­ma­ty­zo­wa­niu ca­łego sys­temu, ale ów­cze­sna pre­zy­dent miała jaja, nie ule­gła na­ci­skom do­rad­ców i po burz­li­wych de­ba­tach po­sta­no­wiono za­cho­wać sta­tus quo. Na­dal czło­wiek miał zde­cy­do­wać o za­gła­dzie swo­jego ga­tunku. Do dzi­siaj uwa­ża­łem to za słuszne, lecz...

Spoj­rza­łem znów na Su­san. Była blada, bar­dzo blada, za mo­ment mo­gła się za­ła­mać.

- Sue, pa­mię­tasz dwa ty­siące je­de­na­sty? - za­py­ta­łem.

Ski­nęła głową.

- Wy­daje mi się, że dzi­siaj mamy do czy­nie­nia z czymś po­dob­nym.

Zer­k­nęła na mnie i zo­ba­czy­łem wy­raź­nie, że drżą jej ką­ciki ust.

- My­ślisz... że to test? - Nie za­pa­no­wała do końca nad gło­sem, choć bar­dzo się sta­rała.

- Nie my­ślę. Ja to wiem. - Mu­sia­łem ją uspo­koić za wszelką cenę. - Kto mógłby nas za­ata­ko­wać bez ostrze­że­nia? Chiń­czycy? Ro­sja­nie? Po jaką cho­lerę? Prze­cież to nie dwu­dzie­sty wiek...

- Nie, to nie dwu­dzie­sty wiek...

Spo­dzie­wa­łem się, że uczepi się każ­dej my­śli, która po­zwoli jej od­rzu­cić po­wagę sy­tu­acji, i nie po­my­li­łem się.

- Po­myśl lo­gicz­nie, Sue. Od czasu wojny z Ira­nem mamy cho­ler­nie nudną służbę. Sześć pie­przo­nych lat to­tal­nego spo­koju. Ko­rea stała się oazą zjed­no­czo­nej szczę­śli­wo­ści, Ro­sja jest zbyt za­jęta li­cze­niem pie­nię­dzy za­ro­bio­nych na zło­żach Sy­be­rii, a Chiny wciąż nie prze­tra­wiły Taj­wanu.

- Wiesz, Ada­mie... - Moje słowa wresz­cie za­częły do niej do­cie­rać. - Przed wyj­ściem oglą­da­łam wia­do­mo­ści. Ju­tro je­dziemy z dzie­cia­kami He­len do Di­sney­landu w Ana­heim, chcia­łam zo­ba­czyć pro­gnozy po­gody. Na CNN nie było żad­nej wzmianki o kon­flik­cie czy wzro­ście na­pię­cia...

- Sama wi­dzisz. - Po­zwo­li­łem so­bie na ła­godny uśmiech, choć nie by­łem w na­stroju do żar­tów. - Po­dejdźmy do tego spo­koj­nie, Sue. Zo­ba­czysz, za chwilę do­sta­niemy od­wo­ła­nie tego ku­rew­skiego alarmu.

Tym ra­zem nie mia­łem ra­cji. Od­wo­ła­nie nie przy­szło. Nie mi­nęło dwa­dzie­ścia se­kund, a wszyst­kie ekrany ożyły, wy­peł­nia­jąc się ko­lej­nymi rzę­dami cyfr. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom.

Def­con 1!

Do si­lo­sów po­pły­nęły z po­wierzchni po­twier­dze­nia ce­lów, kody dla po­szcze­gól­nych gło­wic, na ko­niec do­sta­li­śmy roz­kazy na­tych­mia­sto­wego od­pa­le­nia. Te­raz i ja po­czu­łem zimny pot ście­ka­jący po ple­cach.

- Prze­cho­dzimy na tak­tyczny - wy­da­łem po­le­ce­nie, oba­wia­jąc się, że Su­san go nie wy­kona, ale ku mo­jemu zdzi­wie­niu główny ekran na­tych­miast wy­peł­nił się li­niami i sym­bo­lami. - Klucz. - Roz­pią­łem kom­bi­ne­zon i ze­rwa­łem łań­cu­szek, na któ­rym mia­łem za­wie­szoną kartę ma­gne­tyczną zwaną po­tocz­nie, na pa­miątkę daw­nych cza­sów, "klu­czem". Trzy­ma­jąc ją w ręce, po­pa­trzy­łem na Su­san. Wa­hała się, lecz gdy ski­ną­łem głową, się­gnęła trzę­są­cymi się rę­kami do zamka bły­ska­wicz­nego. - Od­pa­le­nie na trzy - po­wtó­rzy­łem ko­mendę, któ­rej ni­gdy nie chcia­łem wy­po­wia­dać na po­waż­nie.

- Na trzy - pa­dła krótka od­po­wiedź.

- Je­den.

- Je­den... - po­wtó­rzyła za mną, jakby cier­piała na echo­la­lię.

- Dwa.

- Dwa... - Jej głos wy­raź­nie za­drżał.

- Trzy. - Mimo że prze­cią­gną­łem klucz przez czyt­nik, ekran mo­ni­tora po­zo­stał czarny. Spoj­rza­łem na Su­san. Trzy­mała kartę w szcze­li­nie, ale nie wy­ko­nała ostat­niego ru­chu. - Sue! - po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się, aby za­brzmiało to na­gląco. - Wy­ko­naj roz­kaz!

Po­krę­ciła głową.

- Osza­la­łaś?! - Te­raz już krzy­cza­łem. - Od­ma­wiasz wy­ko­na­nia roz­kazu?!

- To nie może być prawda...

- Nie nam to oce­niać! Wy­ko­naj roz­kaz!

- Nie! - od­parła krótko i sta­now­czo.

Po­czu­łem, że tracę nad nią kon­trolę.

- Su­san, nie wiem, co ci się roi w gło­wie, ale wiedz jedno: ci na gó­rze wy­prują z nas... a zwłasz­cza z cie­bie wszyst­kie flaki, kiedy do­wie­dzą się, że za­wio­dłaś.

- Je­śli wy­ko­nam roz­kaz, skażę na śmierć mi­liony lu­dzi. Setki mi­lio­nów...

- Je­śli to nie są ma­newry, wła­śnie ska­zu­jesz na śmierć setki mi­lio­nów Ame­ry­ka­nów!

- To nie tak, Ada­mie... Je­śli to praw­dziwa wojna, od­pa­le­nie na­szych ra­kiet nie ura­tuje ani jed­nego ist­nie­nia. Ja po pro­stu nie mogę...

Niech to szlag. Re­ak­cja jak z pod­ręcz­nika. Lata szko­leń, a i tak nie wy­trzy­mała na­pię­cia i świa­do­mo­ści, że uczest­ni­czy w znisz­cze­niu wszel­kiego ży­cia na pla­ne­cie. Mu­sia­łem za­grać va ba­nque, choć prawdę po­wie­dziaw­szy, też znaj­do­wa­łem się bli­sko gra­nicy wy­trzy­ma­ło­ści.

- Sue, po­wiedz szcze­rze: ufasz mi?

- Tak.

- Za­tem po­słu­chaj uważ­nie, co ci po­wiem. Nie mamy pew­no­ści, czy to praw­dziwy alarm czy tylko nie­stan­dar­dowe ćwi­cze­nia, prawda?

- Prawda - po­wtó­rzyła jak au­to­mat.

- Wła­śnie. - Za­czerp­ną­łem głę­boko po­wie­trza i po­sze­dłem za cio­sem: - Je­stem pe­wien, że bie­rzemy udział w te­ście po­dob­nym do tego z dwa ty­siące je­de­na­stego. A na­wet je­śli się mylę, ak­ty­wu­jąc kody od­pa­le­nia, wcale nie bie­rzesz na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za to, co na­stąpi. Po pierw­sze, nie ty pod­ję­łaś tę de­cy­zję...

- Na­prawdę? - Choć miała opusz­czoną głowę, wi­dzia­łem, jak ką­ciki jej ust wę­drują w górę.

- Su­san, wiesz rów­nie do­brze jak ja, że na pięć­dzie­siąt dwa bun­kry do­wo­dze­nia tylko szes­na­ście ma po­łą­cze­nie z wy­rzut­niami ra­kiet. I nikt nie wie, które z nich w da­nym mo­men­cie ste­rują ca­łym sys­te­mem. Do­brze mó­wię?

- Do­brze. - Na­dal na mnie nie pa­trzyła, ale za­uwa­ży­łem, że na­pię­cie ustę­puje z jej twa­rzy.

Po­łknęła ha­czyk. Punkt dla mnie. Żeby wy­grać, mu­sia­łem de­li­kat­nie do­pro­wa­dzić sprawę do fi­nału.

- Wy­niki te­stu z cza­sów kry­zysu taj­wań­skiego do­wio­dły, że mało kto po­dej­mie się zgła­dze­nia mi­lio­nów lu­dzi. Dla­tego do­wódz­two po­sta­no­wiło sko­rzy­stać z opcji plu­tonu eg­ze­ku­cyj­nego. Pa­mię­tasz tę za­sadę? Kil­ku­na­stu żoł­nie­rzy strzela, ale tylko dwóch, trzech używa ostrej amu­ni­cji. Nikt nie ma pew­no­ści, że za­bił. Wszy­scy mają za to na­dzieję, że ktoś inny był ka­tem. - Mó­wiąc te słowa, za­czy­na­łem bło­go­sła­wić czło­wieka, który wpadł na tak sza­tań­ski po­mysł. - Su­san, po­dob­nie jest z nami. Pew­nie na­wet nie ma zna­cze­nia, czy uży­jesz swo­jej karty czy nie. Ra­kiety i tak po­lecą. My tylko dbamy o go­to­wość bo­jową na­szych si­lo­sów, kody są du­blo­wane, na­dejdą z paru miejsc rów­no­cze­śnie. Je­śli to praw­dziwa wojna, twój sprze­ciw się nie li­czy, ale je­śli to ćwi­cze­nia, wła­śnie mar­nu­jesz so­bie ży­cie. Wy­pie­przą cię na zbity pysk, a ja pew­nie po­lecę za­raz za tobą. Zero od­prawy, zero szans na przy­zwo­itą ro­botę, wil­czy bi­let na dłu­gie lata, pod wa­run­kiem że nie wsa­dzą nas do wię­zie­nia za zdradę. Na­prawdę tego chcesz? Ma­rzy ci się spa­nie w kar­to­nach gdzieś w East LA?

- Może masz ra­cję...

- Mam ra­cję, Su­san - prze­rwa­łem jej bez ce­re­gieli.

Wresz­cie spoj­rzała na mnie. Za­uwa­ży­łem, że ma łzy w oczach.

- Od­pa­lamy na trzy - po­wtó­rzy­łem roz­kaz.

- Na trzy - po­twier­dziła.

- Raz.

- Dwa.

- Trzy. - Tym ra­zem na­sze głosy zlały się w jedno.

Zni­ka­jące li­nie kodu na mo­ni­to­rach po­twier­dzały wy­ko­na­nie roz­kazu. Za­brało nam to sześć mi­nut dwa­dzie­ścia se­kund, a więc po­nad trzy razy dłu­żej, niż za­kła­dał re­gu­la­min.

Le­piej późno niż wcale, po­wia­dają.

Otar­łem pot z czoła. Mimo pra­cu­ją­cej pełną parą kli­ma­ty­za­cji na­gle w cen­trali zro­biło się duszno. Mia­łem cho­lerną na­dzieję, że za se­kundę zo­ba­czę ko­mu­ni­kat ob­wiesz­cza­jący ko­niec ćwi­czeń. A je­śli nie... Ja też chcia­łem wie­rzyć, że by­li­śmy tylko pion­kami w tej grze, że ci na gó­rze za­de­cy­do­wali o wszyst­kim, a nam przy­szło je­dy­nie od­gry­wać rolę sta­ty­stów. Cho­ciaż uży­łem klu­cza, cho­ciaż na­mó­wi­łem do tego Sue, nie do­pusz­cza­łem do sie­bie my­śli, że oto wy­pu­ści­li­śmy na wol­ność szes­na­stu lśnią­cych, smu­kłych jeźdź­ców apo­ka­lipsy.

- Amen - roz­legł się szept Su­san, le­d­wie za­pa­dła ci­sza.

Oboje wpa­try­wa­li­śmy się w ekran tak­tyczny. Na ra­zie nic się nie działo, oczami wy­obraźni wi­dzia­łem jed­nak na po­ły­sku­ją­cej ma­towo czerni po­twier­dze­nie zda­nia te­stu, gdy wtem na gór­nej kra­wę­dzi mapy po­ja­wiły się trój­kątne sym­bole. Je­den, drugi, piąty, szybko stra­ci­łem ra­chubę. Na­prze­ciw nim mknęły z cen­trum mapy nie mniej liczne znaczki.

- Na­dal są­dzisz, że to ćwi­cze­nia? - szep­nęła Sue.

- Nie wiem - od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą. - Nic już nie wiem.

- Mamy po­twier­dze­nie, czyje to ra­kiety? - za­py­tała.

Spraw­dzi­łem od­czyty tra­jek­to­rii.

- Idą znad bie­guna i od wschodu. To Ro­sja­nie.

- Ro­sja­nie?

Tym ra­zem nie od­po­wie­dzia­łem. Wpa­try­wa­łem się w ekran, który przy­po­mi­nał mi ob­raz z ar­cha­icz­nej gry wi­deo, jaką mie­li­śmy wieki temu w Kan­sas City. Nie pa­mię­ta­łem do­kład­nie jej ty­tułu. Mis­sile Com­mand czy ja­koś tak... W każ­dym ra­zie czło­wiek pro­jek­tu­jący gra­fikę na­szego ekranu tak­tycz­nego mu­siał być fa­nem tej gry. Li­nie przed­sta­wia­jące tory nad­la­tu­ją­cych ra­kiet wy­dłu­żały się wolno, lecz nie­ustan­nie. Zbyt wolno. Na­sze po­ci­ski prze­chwy­tu­jące po­winny je do­paść jesz­cze nad te­ry­to­rium Ka­nady. Sto, może na­wet dwie­ście mil od gra­nicy. Cze­ka­łem na wy­nik tego star­cia, za­ci­ska­jąc ner­wowo dło­nie na wy­tar­tych opar­ciach fo­tela.

Tym­cza­sem nad­la­tu­jące z pół­nocy punkty roz­mno­żyły się na­gle. Wcze­śniej trudno było zli­czyć wę­dru­jące po ma­pie sym­bole, te­raz po­mimo wiel­kich roz­mia­rów ekranu na­kła­dały się na sie­bie. Wie­dzia­łem, co to ozna­cza. SS-26 w pełni za­słu­gi­wały na złą sławę, jaką się cie­szyły. Kom­pu­tery ukryte w ich kor­pu­sach zdą­żyły od­pa­lić mro­wie sa­mo­na­pro­wa­dza­ją­cych się gło­wic i jesz­cze więk­szą liczbę po­zo­ro­wa­nych ce­lów, za­nim same ra­kiety zna­la­zły się w polu ra­że­nia po­ci­sków prze­ciw­ra­kie­to­wych. Do­słow­nie kilka se­kund póź­niej na ekra­nie po­ja­wiły się pierw­sze białe plamki wska­zu­jące miej­sca eks­plo­zji ognia za­po­ro­wego. Utwo­rzyły one mi­ga­jący, prze­ry­wany pas cią­gnący się przez cały kon­ty­nent, od Atlan­tyku po Pa­cy­fik. Znik­nęły w nich setki kre­sek ozna­cza­ją­cych tra­jek­to­rie lotu wro­gich ra­kiet. Te, które po­zo­stały, czer­wone, były śla­dami po mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nych po­ci­skach mkną­cych w stra­tos­fe­rze ku nie­wi­dzial­nym dla nas ce­lom na po­łu­dnio­wej pół­kuli.

Biel wy­peł­nia­jąca górną część ekranu po­woli bla­dła i zo­ba­czy­łem, że po­mimo ogrom­nych strat, ja­kie za­da­li­śmy prze­ciw­ni­kowi, część gło­wic na­dal leci w kie­runku na­szej gra­nicy. Nie był to już jed­nak rój. Atak prze­trwało za­le­d­wie parę se­tek z wielu ty­sięcy śmier­cio­no­śnych za­ba­wek, ja­kie przed chwilą wi­dzia­łem, ale na­wet tak mała ich liczba wciąż za­po­wia­dała za­gładę mi­lio­nów lu­dzi. Na­wet po wzię­ciu po­prawki, że wiele z nich mo­gło być atra­pami. Ob­li­za­łem spierzch­nięte wargi i zle­ci­łem kom­pu­te­rowi prze­li­cze­nie na­mia­rów. Na­ci­sną­łem en­ter i w tej sa­mej chwili z gło­śni­ków po­pły­nęła mu­zyka. Bal­lada di­no­zaura roc­ko­wej sceny, Bruce'a Spring­ste­ena. Born in the USA. Spoj­rza­łem zdzi­wiony na Su­san. Od­po­wie­działa mi bla­dym uśmie­chem.

- Se­at­tle. KTWA. Gwiazda Pół­nocy, moja ulu­biona sta­cja.

Przy­po­mnia­łem so­bie, że Sue po­cho­dzi z za­bi­tej de­chami dziury le­żą­cej nie­da­leko Se­at­tle. Nie sta­ra­łem się ni­gdy za­pa­mię­tać na­zwy tej na wpół in­diań­skiej wio­ski, któ­rej chyba nikt poza sa­mymi miesz­kań­cami nie po­tra­fił po­praw­nie wy­mó­wić. Ski­ną­łem głową na znak, że ro­zu­miem.

- Po­tem prze­łą­czę na Kan­sas City - szep­nęła, jakby nie chciała za­głu­szyć mu­zyki.

- Daj tro­chę gło­śniej - po­pro­si­łem, ob­ser­wu­jąc ekran.

Gło­wice po­woli zbli­żały się do li­nii ozna­cza­ją­cej gra­nicę. Za mo­ment do ak­cji włą­czą się ba­te­rie sta­rych, do­brych cu­ste­rów, na któ­rych opar­li­śmy na­sze we­wnętrzne li­nie obrony - la­se­rowe sys­temy miało tylko kilka naj­waż­niej­szych baz - ale nie wąt­pi­łem, że ta walka jest już prze­grana. In­te­li­gentne gło­wice, które prze­trwały nu­kle­arną na­wał­nicę nad Ka­nadą, spo­koj­nie po­ra­dzą so­bie z bro­nią kon­wen­cjo­nalną. Za­nim spi­ker za­czął za­po­wia­dać na­stępny utwór, na miej­scu na­pisu "Se­at­tle" po­ja­wił się biały krąg ozna­cza­jący de­to­na­cję ła­dunku i pole jego ra­że­nia.

- Se­at­tle dwie ki­lo­tony, tri­neu­trino - po­in­for­mo­wał nas uro­czy głos An­na­belle pły­nący z gło­śni­ków. Cie­kawe, co ta stara dziwka my­ślała, na­gry­wa­jąc te ko­mu­ni­katy? - "Se­at­tle" jedna me­ga­tona, nu­kle­arna.

Spoj­rza­łem zdzi­wiony na ra­dio. Po­mimo po­twier­dzo­nego ataku dwiema gło­wi­cami, po­mimo uży­cia tri­neu­trina, na­dal sły­sza­łem mu­zykę i szcze­bio­czący głos ja­kiejś na­sto­latki za­ma­wia­ją­cej utwór dla swo­jego chło­paka. Zer­k­ną­łem na Su­san tylko po to, by zo­ba­czyć, że znów sie­dzi z opusz­czoną głową.

Tym­cza­sem na ma­pie po­ja­wiało się co­raz wię­cej bia­łych plam. An­na­belle nie na­dą­żała z wy­mie­nia­niem ata­ko­wa­nych miejsc, uak­tyw­niane przez kom­pu­ter ko­mu­ni­katy na­kła­dały się na sie­bie. Z da­nych te­le­me­trycz­nych wy­ni­kało, że przez ogień za­po­rowy dru­giej fali obrony przedarło się sto czter­na­ście obiek­tów, tra­jek­to­rie wska­zy­wały na sześć­dzie­siąt trzy cele w dwu­dzie­stu sta­nach. Pięt­na­ście pro­cent z nich, może nieco wię­cej, da się jesz­cze znisz­czyć na szcze­blu lo­kal­nym. Słu­cha­jąc ra­por­tów o ko­lej­nych tra­fie­niach, za­sta­na­wia­łem się, ile miast uda nam się jesz­cze oca­lić.

Ta gra miała pro­ste za­sady: od­pa­lasz wszystko, co masz, li­cząc na to, że prze­ciw­nik nie zdoła strą­cić wy­star­cza­ją­cej liczby gło­wic, i cze­kasz na kontrę, ma­jąc na­dzieję, że uda ci się zneu­tra­li­zo­wać wię­cej nad­la­tu­ją­cych po­ci­sków.

Pro­ste, sku­teczne, bez­sen­sowne.

Re­alne, jak wi­dać.

Z jed­nym wy­jąt­kiem.

Od pół­nocy nad­cią­gało ko­lejne mro­wie bia­łych li­nii. Były jesz­cze da­leko, do­cie­rały do­piero do Cie­śniny Hud­sona, tylko kilka prze­kro­czyło żółtą li­nię gra­nicy pro­win­cji Ma­ni­toba. Pie­przone kom­pu­tery zu­peł­nie po­głu­piały, po­my­śla­łem. Druga fala?

W tej sa­mej chwili, zgod­nie ze zna­nymi mi pro­ce­du­rami, na sa­mej kra­wę­dzi mapy zro­biło się biało i na­tych­miast za­po­mnia­łem o usterce sys­temu. Ru­scy też się bro­nili. Ko­lejne mi­liony słońc roz­bły­sły nad bie­gu­nem, ale to już nie miało zna­cze­nia. Nic nie po­wstrzyma śmierci nie­sio­nej w ty­ta­no­wych stoż­kach gło­wic tri­neu­tri­no­wych, po ty­siąc­kroć sil­niej­szych niż cały mo­skiew­ski i pe­kiń­ski szmelc...

- Chi­cago jedna ki­lo­tona, tri­neu­trino, Chi­cago dwie me­ga­tony, nu­kle­arna, Chi­cago brak kla­sy­fi­ka­cji... - kom­pu­te­rowo prze­two­rzony głos An­na­belle kon­ty­nu­ował tym­cza­sem mo­no­tonną wy­li­czankę, w miarę jak gło­wice do­cie­rały do ko­lej­nych ce­lów, a mu­zyka wciąż wy­peł­niała cen­trum do­wo­dze­nia.

- Je­steś pewna, że to ta sta­cja? - za­py­ta­łem sko­ło­wany.

Sue ski­nęła głową, zresztą jakby w od­po­wie­dzi na moje py­ta­nie za­grano dżin­gla roz­gło­śni i wy­raź­nie usły­sza­łem jej na­zwę.

- Sprawdź Chi­cago - po­le­ci­łem dziew­czy­nie i za­miast ko­lej­nego na­gra­nia usły­sza­łem szumy i trza­ski.

- Mam - rzu­ciła kilka se­kund póź­niej. - CRKO!

Znisz­czone Chi­cago na­dal nada­wało. Po­mimo iż fala nu­kle­ar­nych eks­plo­zji do­tarła już do środ­ko­wych sta­nów i mi­nęła Kan­sas.

- Wiesz, co to zna­czy?! - krzyk­ną­łem do Su­san.

Po­krę­ciła wolno głową.

- Ćwi­cze­nia! To są tylko pier­do­lone ćwi­cze­nia! Nie ma żad­nej wojny! Ktoś zro­bił z nas wała.

Ro­ze­śmiała się, naj­pierw ostroż­nie, a po­tem na cały głos.

- A ja już my­śla­łam, że roz­wa­li­li­śmy ten cho­lerny świat.

- Pier­do­lone gry wo­jenne... - Roz­sia­dłem się wy­god­nie na fo­telu i pod­ło­ży­łem ręce pod głowę.

Ulżyło mi.

O kurwa, jak mi ulżyło.

Spo­glą­da­łem na ekran po­kryty bia­łymi cęt­kami aż po gra­nicę z Mek­sy­kiem, a po­tem prze­nio­słem wzrok na setki li­nii zbli­ża­ją­cych się od pół­nocy i śmiać mi się za­chciało. Do­piero te­raz za­czą­łem ko­ja­rzyć fakty, które wcze­śniej, w stre­sie, umknęły mo­jej uwa­dze. Nie było stra­tos­fe­rycz­nych gi­ga­ek­splo­zji, któ­rymi wróg po­wi­nien ośle­pić na­sze sys­temy obronne. Nie było ataku od strony mo­rza, a prze­cież okręty pod­wodne wciąż sta­no­wiły istotny ele­ment ro­syj­skich ofen­syw­nych sił ato­mo­wych. To one po­winny ude­rzyć pierw­sze, nisz­cząc na­sze sys­temy obronne i na­brzeżne mia­sta. Do­kład­nie tak, jak ro­bił to te­raz kom­pu­ter, w tej fa­zie sy­mu­la­cji. Li­nie bie­gnące ze wschodu i za­chodu były o wiele krót­sze, ale znaj­do­wały się znacz­nie bli­żej na­szych gra­nic niż nad­cią­ga­jący od pół­nocy rój, rów­nie liczny jak pierw­sza fala. Kto wy­my­ślał ta­kie ściemy? Zo­sta­li­śmy za­ata­ko­wani w peł­nej skali, od­po­wie­dzie­li­śmy to­tal­nym kontr­ata­kiem. Ko­niec, kropka. Niby skąd Ru­scy mie­liby wy­trza­snąć dru­gie tyle ra­kiet do po­wtór­nego ude­rze­nia? Te­raz nie mia­łem już żad­nych wąt­pli­wo­ści. To tylko pier­do­lony po­zo­ro­wany atak.

- De­vlin to ka­wał skur­wiela - po­wie­dzia­łem. - Je­śli nie po­stawi nam wszyst­kim ko­lejki ju­tro rano, oso­bi­ście po­wie­szę go na masz­cie fla­go­wym na jego za­je­bi­ście wy­kroch­ma­lo­nym czte­ro­gwiazd­ko­wym kra­wa­cie. Su­san, daj gło­śniej ten ka­wa­łek i zrób nową kawę.

Wy­łą­czy­łem fo­nię sys­temu - głos Ana­belle był te­raz ostat­nim, ja­kiego chcia­łem słu­chać. Wła­śnie za­po­wie­dziano te­mat prze­wodni z Syna gla­dia­tora. Mój ulu­biony, mocny, choć przy tym bal­la­dowy utwór, który od trzech ty­go­dni oku­po­wał pierw­sze miej­sca list prze­bo­jów. Sue do­piero wsta­wała, więc się­gną­łem po le­d­wie cie­płą kawę i po­cią­gną­łem spory łyk, pa­trząc od nie­chce­nia na ekran, na któ­rym ko­lejna fala ra­kiet zbli­żała się do na­szej pół­noc­nej gra­nicy, tym ra­zem nie­ata­ko­wana przez ni­kogo, bo też niby kto miałby je ata­ko­wać, skoro od­pa­li­li­śmy wszystko, co Wuj Sam trzy­mał za pa­zu­chą. Jak przed chwilą, na ma­pie znów po­ja­wiły się białe cętki eks­plo­zji, także po ka­na­dyj­skiej stro­nie. Nie wy­łą­cza­jąc stra­tos­fe­rycz­nych gi­gan­tów.

I znowu Se­at­tle, To­ronto, Bo­ston, De­troit...

Słowa re­frenu znik­nęły w sta­tycz­nym szu­mie w tym sa­mym mo­men­cie, gdy biała plama po­ja­wiła się na na­pi­sie "Chi­cago".

- Co jest...? - Te­raz ja za­krztu­si­łem się kawą.

Od­sta­wi­łem ku­bek i rzu­ci­łem się do ra­dia rów­no­cze­śnie z Sue. Za­czą­łem ner­wowo prze­łą­czać ka­nały. Se­at­tle mil­czało jak za­klęte. Nowy Jork wciąż nada­wał. Spoj­rza­łem na ekran - kil­ka­na­ście kre­sek koń­czyło się nie­da­leko czer­wo­nej kropki ozna­cza­ją­cej cen­trum mia­sta. Dwie pro­wa­dzące ze wschodu, znad Atlan­tyku, prak­tycz­nie do­tarły już do celu. Tuż przed prze­cię­ciem li­nii wy­brzeża na­gle wy­try­snęły z nich pęki od­nóg. Szlag by to! Pod­krę­ci­łem gło­śność na mak­si­mum. Re­la­cja z wczo­raj­szych roz­gry­wek NBA znik­nęła z eteru do­kład­nie w chwili, gdy na ekra­nie za­kwitł wie­lo­płat­kowy blady kwiat. Po­zo­stał je­dy­nie sta­tyczny, za­głu­sza­jący wszystko szum.

- Ro­zu­miesz coś z tego, Tom?

Nie od­po­wie­dzia­łem. Rzu­ci­łem za to okiem na prawą stronę ekranu. Da­leko nad Pa­cy­fi­kiem po­ja­wiły się pierw­sze sym­bole ozna­cza­jące ra­kiety Pań­stwa Środka.

Ktoś, gdzieś, wła­śnie w tej chwili po­sta­no­wił za­koń­czyć de­fi­ni­tyw­nie sprawę prze­lud­nie­nia, walki o pry­mat re­li­gijny, go­spo­dar­czy i mi­li­tarny. Kim był ten czło­wiek, nie wie­dzia­łem. Jedno tylko było stu­pro­cen­towo pewne: mie­li­śmy do czy­nie­nia z ku­rew­skim pod­stę­pem Ro­sjan. Mu­sia­łem przy­znać, że do­sko­nale za­grali, li­kwi­du­jąc w nie­po­jęty dla mnie spo­sób na­sze sys­temy obrony. Nie było żad­nej pierw­szej fali. Od­pa­li­li­śmy ra­kiety prze­ciw fan­to­mom wi­dzia­nym tylko przez kom­pu­tery NO­RAD-u. Zma­so­wany ogień za­po­rowy nie znisz­czył ani jed­nej z nad­la­tu­ją­cych ra­kiet, bo ich tam nie było. Co wię­cej, każdy po­stronny ob­ser­wa­tor tego kon­fliktu przy­zna, że pierwsi ude­rzy­li­śmy na prze­ciw­nika z za­sko­cze­nia.

Ale czy kto­kol­wiek prze­żyje wojnę, aby móc ze­zna­wać w tej spra­wie?

Po­waż­nie w to wąt­pi­łem.

Druga fala ro­syj­skich ra­kiet tra­fiała ze stu­pro­cen­tową sku­tecz­no­ścią. Tym ra­zem, zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­niami, także okręty pod­wodne ude­rzyły na wszyst­kie cele, od Ala­ski po Mek­syk. Nikt i nic nie mo­gło im prze­szko­dzić w do­ko­na­niu dzieła znisz­cze­nia. Wy­przty­ka­li­śmy się na­wet z cu­ste­rów. Nad­szedł dzień za­głady, już za kilka chwil na ca­łym kon­ty­nen­cie nie bę­dzie na­wet jed­nej ży­wej bak­te­rii.

Żeby tylko na kon­ty­nen­cie...

Prze­łą­czy­łem wi­dok na tryb glo­balny.

Nic. Tylko szum. Stra­ci­li­śmy wszyst­kie sa­te­lity. Spró­bo­wa­łem przejść na pa­smo awa­ryjne. Do­piero za trze­cim ra­zem udało mi się chwy­cić prze­kaz. Ob­raz był znie­kształ­cony i strasz­nie ziar­ni­sty, ale mimo to wy­raź­nie po­świad­czał, że nie­liczne urzą­dze­nia szpie­gow­skie umiesz­czone na naj­wyż­szych or­bi­tach, już w prze­strzeni ko­smicz­nej, prze­trwały tę fazę ataku. Świat był już ślepy i głu­chy, lecz my wciąż mo­gli­śmy ob­ser­wo­wać jego za­gładę.

Z tej od­le­gło­ści nie wi­dzia­łem szcze­gó­łów, jed­nakże nie były mi one do ni­czego po­trzebne. Po zmia­nie dłu­go­ści fali Eu­ropa za­świe­ciła bielą od Gi­bral­taru aż po Kau­kaz. Po­dob­nie Chiny, In­die, Bli­ski Wschód... Na­wet nie­zmie­rzona pustka Sy­be­rii znik­nęła pod dzie­siąt­kami opa­li­zu­ją­cych krę­gów. Wy­glą­dało na to, że za na­szym przy­kła­dem każde mo­car­stwo od­pa­liło wszystko, co miało na sta­nie. Jed­nego tylko nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć. Z tego, co nam przez lata wpa­jano - a czego po­twier­dze­nie wi­dzia­łem te­raz na każ­dym ekra­nie - wy­ni­kało ja­sno, że Ro­sja nie ma sys­te­mów obrony prze­ciw­ra­kie­to­wej zdol­nych po­wstrzy­mać na­sze to­talne ude­rze­nie. Wy­miana cio­sów na pełną skalę była dla niej sa­mo­bój­czym po­su­nię­ciem. Dla­czego więc za­ata­ko­wała, wie­dząc, że pod­stęp, który po­zba­wił te­ry­to­rium USA obrony, nie zdoła po­wstrzy­mać po­ci­sków ba­li­stycz­nych z gło­wi­cami mi­lion razy bar­dziej nisz­czy­ciel­skimi niż każda broń, ja­kiej kie­dy­kol­wiek prze­ciw nim użyto? Przy­kład irań­skich miast wy­ja­ło­wio­nych bły­skiem tri­neu­tri­no­wych gło­wic spra­wił, że świat stał się lep­szym miej­scem na nie­mal sześć lat. I zda­wać by się mo­gło, że wi­dząc skutki dzia­ła­nia no­wej broni, wszy­scy ato­mowi krzy­ka­cze po­cho­wali głę­boko swoje za­bawki...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

"We­te­ran pol­skiej po­sta­po­ka­lipsy po­now­nie za­biera nas w barwną, pełną przy­gód i prze­ra­ża­jącą po­dróż przez znisz­czony, opusz­czony świat. Tym ra­zem jed­nak jest to hi­sto­ria nie­zwy­kle ka­me­ralna, na­stro­jowa, a urze­ka­jące i chwi­lami po­ra­ża­jące kra­jo­brazy za­głady oglą­damy oczami awan­tur­nika, po­st­no­wo­cze­snego Odysa-bar­ba­rzyńcy, nisz­czy­ciela świa­tów, który wie­rzy, że te­raz sta­nie się no­wym Ada­mem. Po­wieść na­biera do­dat­ko­wego, głę­boko hu­ma­ni­stycz­nego wy­razu, gdy jego osta­teczną mo­ty­wa­cją stają się gniew i pra­gnie­nie od­płaty po od­kry­ciu ogromu kłam­stwa le­żą­cego u pod­staw śmierci ludz­ko­ści".

Bar­tek Bie­drzycki - au­tor Kom­pleksu 7251

""Głos sek­sow­nej ko­biety w ciele zim­nej ma­szyny" - ab­so­lutny ka­non science fic­tion, a to do­piero po­czą­tek książki. Po­każ­cie mi ko­goś, kto po czymś ta­kim byłby w sta­nie ode­rwać się od lek­tury i nie prze­czy­tać książki jed­nym tchem".

Mi­chał "Me­esh" Goł­kow­ski - au­tor cy­kli "Sta­lowe Szczury" i "Stal­ker"

"Za­po­mnij­cie o za­sa­dzie roz­po­czy­na­nia opo­wie­ści od trzę­sie­nia ziemi. Ro­bert J. Szmidt za­czyna Sa­mot­ność Anioła Za­głady znacz­nie moc­niej, a po­tem... wcale nie zwal­nia tempa.

Su­per­no­wo­cze­sny, ale kla­syczny w li­nii Har­ley-Da­vid­son, au­to­strady sto­jące otwo­rem i mia­sta zmie­nione w wiel­kie su­per­mar­kety, w któ­rych mo­żemy bu­szo­wać, nie przej­mu­jąc się kosz­tami - czy to wi­zja raju? Na pewno nie w po­wie­ści Ro­berta J. Szmidta, w któ­rej po­dróż przez od­mie­nione wojną to­talną Stany Zjed­no­czone przy­po­mina ra­czej zwie­dza­nie przed­sionka pie­kła.

Pie­kła, któ­rego nie za­lud­niają kla­syczne bandy za­bój­czych mu­tan­tów i ka­ni­bali. Nie­bez­pie­czeń­stwa i wy­zwa­nia, przed któ­rymi sta­wia bo­ha­tera Ro­bert J. Szmidt, są znacz­nie bar­dziej re­ali­styczne. I wła­śnie opar­cie się na re­ali­zmie po­wo­jen­nego świata mam za naj­więk­szą za­letę Sa­mot­no­ści Anioła Za­głady. A prze­cież nie je­dyną.

To jedna z naj­lep­szych po­wie­ści Szmidta, ja­kie czy­ta­łem".

Pa­weł Majka - au­tor po­wie­ści Dziel­nica obie­cana z Uni­wer­sum Me­tro 2033

"Ka­wał do­brej li­te­ra­tury, którą warto po­le­cić. Po­wieść (...) pio­ru­nu­jąco po­ru­sza­jąca wy­obraź­nię. Z jed­nej strony lekka, z dru­giej zaś za­pie­ra­jąca dech w pier­siach".

Trzy­na­sty Schron

"Szmidt bez wąt­pie­nia po­trafi pi­sać do­brą li­te­ra­turę. Taką, którą się bę­dzie pa­mię­tać, a w cza­sie czy­ta­nia - prze­ży­wać".

Pa­ra­doks

"W wielu mo­men­tach książka przy­wo­dziła mi na myśl pe­rełkę li­te­ra­tury ame­ry­kań­skiej - Drogę Cor­maca McCar­thy'ego. (...) Oba ty­tuły zmu­szają do po­dob­nej re­flek­sji nad tym, do­kąd zmie­rza ludz­kość".

Out­post

"Sa­mot­ność Anioła Za­głady nie jest lek­turą ła­twą i przy­jemną. Za­głada, którą opi­suje, nie ma w so­bie nic z hol­ly­wo­odz­kiej wi­do­wi­sko­wo­ści. Uka­zana jest w spo­sób okrut­nie re­ali­styczny, miej­scami gra­ni­czący z na­tu­ra­li­zmem. Ak­cja zy­skuje dy­na­mikę tylko chwi­lami, szcze­gól­nie gdy bo­ha­ter na­po­tyka na swej dro­dze nie­ocze­ki­wane prze­szkody lub... po­kusy. Po­dróż przez pustkę mar­twego świata oka­zuje się osta­tecz­nie rów­nież wy­prawą w głąb wnę­trza czło­wieka. Adam zdra­dza nam swoje naj­in­tym­niej­sze my­śli, dzieli się z nami naj­bar­dziej wsty­dli­wymi se­kre­tami, wta­jem­ni­cza we wszystko to, co zwy­kle jest ukryte przed in­nymi ludźmi. Się­ga­jąc po książkę Szmidta, każdy z nas musi być go­towy na kon­fron­ta­cję z po­dob­nymi de­mo­nami ukry­tymi we wła­snym wnę­trzu".

Łu­kasz Or­bi­tow­ski, Ga­zeta.pl

"Czy­ta­jąc Sa­mot­ność Anioła Za­głady, ła­pa­łem się na tym, że to mi się nie po­do­bało, a to bym zmie­nił na coś in­nego. Ale gdy prze­ry­wa­łem lek­turę, we łbie ko­ła­tała mi się myśl, by jak naj­szyb­ciej do niej po­wró­cić. A po skoń­cze­niu za­nu­rzyć się w re­flek­syjną za­dumę nad tym, z czym mia­łem do czy­nie­nia".

Trzy­na­sty Schron

"Lek­kie pióro au­tora, barwne, nie­zwy­kle re­ali­styczne opisy i ja­kaś ma­gia bi­jąca od tej książki spra­wiają, że czło­wiek jesz­cze bar­dziej czeka na jego ko­lejne po­zy­cje. Po­le­cam wszyst­kim bez wy­jątku. Nie­ważne, czy lu­bi­cie po­sta­po­ka­lip­tyczne kli­maty, czy też nie".

Val­ki­ria.net

"Szmidt wy­ko­nuje ka­wał do­brej ro­boty, pod­cho­dząc bar­dzo twór­czo do kla­sycz­nego te­matu, dzięki czemu do­sta­jemy jed­no­cze­śnie mocny i no­wa­tor­ski ob­raz po­sta­po­ka­lip­tycz­nego świata. (...) Robi coś cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nego, za­ska­ku­jąc zu­peł­nie od­biorcę. (...) Wszyst­kie wspo­mniane ele­menty two­rzą wspól­nie świetną po­wieść, którą ciężko jest odło­żyć przed prze­czy­ta­niem ostat­niej strony. Książka przy­kuwa uwagę nie tylko spraw­no­ścią ję­zyka - Szmid­towi udaje się nie­malże wy­kro­czyć poza ramy zwy­kłej li­te­ra­tury fan­ta­stycz­no­przy­go­do­wej, prze­my­ca­jąc wiele wnio­sków do­ty­czą­cych na­tury ludz­kiej. I to uwa­żam za naj­więk­szą war­tość i siłę Sa­mot­no­ści... W mo­ich oczach to naj­lep­sza do­tąd książka Szmidta i jedna z naj­cie­kaw­szych ze­szłego roku".

Po­lter­ge­ist