ROZDZIAŁ III
ROZWÓJ WYDARZEN
Mam wiele trudności z rozpoczęciem swojego wkładu do tych kart, bo wiem, że nie jestem mądra. Zawsze wiedziałam o tym. Pamiętam, że gdy byłam zupełnia mała i zostawałam sam na sam z moją lalką, mawiałam nieraz: "Słuchaj, Laluniu! Wiesz doskonale, że nie jestem mądra, więc musisz być dla mnie dobra, kochanie, i bardzo wyrozumiała". Wobec tego lalka o pięknej cerze i różanych wargach siedziała rozparta w dużym fotelu i wpatrywała się we mnie (albo raczej w nic określonego), a ja szyjąc pracowicie powierzałam jej wszelkie osobiste sekrety.
Poczciwa, stara lalka! Byłam tak nieśmiała, że prawie nigdy nie otwierałam ust - nigdy zaś serca - wobec kogokolwiek innego! Niemal ze łzami myślę teraz o niezmiernej uldze, jaką odczuwałam, gdy wróciwszy ze szkoły do domu, biegłam na piętro do swojego pokoju i mówiłam: "Najdroższa, wierna Laluniu! Wiedziałam, że będziesz czekać na mnie!" Później siadałam na podłodze, opierałam głowę o poręcz fotela lalki i opowiadałam jej wszystko, na co zwróciłam uwagę od chwili naszego rozstania. Zawsze byłam spostrzegawcza - nie bystra, nic podobnego! Ale zwracałam uwagę na wszystko, co się wokół mnie dzieje, i gorąco pragnęłam, abym mogła rozumieć to lepiej. Bo dobre rozumienie nie stanowiło nigdy mojej mocnej strony. Czasami odnosiłam wrażenie, że staję się bystrzejsza, jeżeli kocham kogoś szczerze i mocno. Ale nawet to wynikało zapewne tylko z dobrego mniemania o sobie.
Odkąd pamięcią sięgnę, wychowywała mnie chrzestna matka - niby jakąś księżniczkę z baśni, z tą chyba różnicą, że ja nie byłam piękna ani czarująca. Chrzestna matka - czy też osoba, którą znałam jako chrzestną matkę - była dobra, naprawdę bardzo dobra! Trzy razy chodziła do kościoła każdej niedzieli, we wtorki i piątki bywała tam na porannych modłach, a kazań słuchała zawsze, ilekroć je wygłaszano, nie opuszczała ich nigdy. Była też urodziwa i (jak myślałam wówczas) przypominałaby chyba anioła, gdyby uśmiechała się niekiedy; tylko że nie uśmiechała się z zasady. Zawsze miała minę pochmurną i bardzo serio. Sądziłam wtedy, iż sama jest tak niezmiernie dobra, że zło innych ludzi każe jej chmurzyć się i gniewać przez całe życie. Czułam się bardzo inna niż ona (biorąc nawet pod uwagę naturalne różnice między kobietą a dzieckiem), marna, płocha, bez wartości, nigdy więc nie potrafiłam być swobodna w obecności chrzestnej matki. Nie potrafiłam również kochać jej tak, jak życzyłabym sobie. Z prawdziwym żalem przemyśliwałam często, że jestem niegodna aż tak dobrej opiekunki, być może jednak potrafię zdobyć się kiedyś na lepsze serce. Wiele razy rozmawiałam na ten temat z moją poczciwą, starą lalką, lecz mimo wszystko nie kochałam chrzestnej matki tak, jak powinnam i jak kochałabym ją niewątpliwie, gdybym była lepszą dziewczynką.
Z tej racji stawałam się jeszcze bardziej nieśmiała i zamknięta w sobie, niż byłam z natury, i musiałam poprzestawać na Laluni jako jedynej przyjaciółce, w której towarzystwie czułam się swobodnie. No i, gdy byłam jeszcze bardzo mała, zaszło coś, co tym mocniej ugruntowało ów stan rzeczy.
Nigdy nie słyszałam, by mówiono coś o mojej mamie. Nie wspominano również o tatusiu, ale mamą interesowałam się nierównie więcej. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek nosiła żałobę. Nikt nigdy nie pokazał mi grobu mamy ani nie mówił, gdzie się ten grób znajduje. Nie nauczono mnie też modlić się za żadnych krewnych z wyjątkiem wspomnianej już chrzestnej matki. Temat, zaprzątający moje myśli, usiłowałam nieraz poruszyć z panią Rachelą, naszą jedyną służącą, gdy ta kobieta, również bardzo dobra i dla mnie surowa, zabierała świecę ułożywszy mnie do łóżka. Ale pani Rachela odpowiadała tylko: "Dobrej nocy, Estero", wychodziła z pokoju i pozostawiała mnie samą.
W szkole, do której chodziłam jako dzienna pensjonarka, uczyło się siedem dziewczynek. Mówiły o mnie "mała Estera Summerson", ale żadnej z nich nie odwiedzałam w domu. Co prawda wszystkie były starsze niż ja - znacznie starsze - lecz dzieliła nas nie tylko różnica wieku i fakt, że koleżanki przewyższały mnie bystrością i wiedziały o wiele więcej. Pamiętam doskonale, że podczas mojego pierwszego tygodnia w szkole jedna z nich zaprosiła mnie do domu, na skromne przyjęcie dla dzieci. Nie posiadałam się z radości, ale chrzestna matka podziękowała w moim imieniu oficjalnym listem i do koleżanki nie poszłam. Nigdzie nie bywałam. Nigdy.
Nadeszły moje urodziny. W szkole obchodzono wszystkie podobne okazje, ale nie moje urodziny. W domach - o czym wiedziałam z rozmów pomiędzy dziewczynkami - spotykano wesoło takie rocznice innych koleżanek, ale nie moje. W naszym domu moje urodziny bywały zawsze dniem najsmutniejszym w ciągu roku.
Jak wspomniałam już, odnosiłam czasami wrażenie, że staję się bystrzejsza (jeżeli oczywiście nie zwodzi mnie dobre mniemanie o sobie, bo mogę przecież być szalenie zarozumiała, chociaż nie zdaję sobie z tego sprawy i chyba naprawdę nie jestem), kiedy kocham kogoś szczerze i mocno. Z usposobienia jestem bardzo uczuciowa i być może dziś jeszcze odczuwałabym ból zadany mi wówczas, gdyby tak zranić można więcej razy niż jeden.
Po kolacji chrzestna matka i ja siedziałyśmy przy stole przed kominkiem. Zegar tykał, ogień huczał i od nie wiedzieć jak dawna nie było słychać żadnych innych odgłosów w pokoju i w całym domu. Tak się złożyło, że podniosłam wzrok znad szycia, lękliwie spojrzałam przez stół ku chrzestnej matce i w jej posępnej twarzy wyczytałam: "Lepiej, o wiele lepiej byłoby, mała Estero, abyś nie obchodziła urodzin, abyś wcale na ten świat nie przyszła".
Nagle zalałam się łzami i rozpoczęłam głosem przerywanym łkaniem:
- Najdroższa chrzestna matko! Proszę, błagam, powiedz, czy moja mama umarła w dniu, kiedy ja się urodziłam?
- Nie - odparła. - O nic więcej nie pytaj, moje dziecko.
- Proszę, błagam, powiedz mi coś o niej, chrzestna matko. Powiedz dziś! Zaraz! Co ja jej złego zrobiłam? Jak ją utraciłam? Czemu jestem taka różna od innych dzieci i dlaczego, kochana chrzestna matko, ma to być moja wina? Nie! Nie! Nie odchodź, proszę! Porozmawiaj ze mną.
Byłam przerażona i pełna rozpaczy, więc klęcząc przed chrzestną matką czepiałam się jej sukni.
- Pozwól mi odejść - powtarzała raz po raz, lecz nadal stała na miejscu.
Jej posępna twarz miała nade mną taką władzę, że oprzytomniałam, nim minął mój żałosny wybuch. Uniosłam drobną, rozdygotaną dłoń, by jej rękę pochwycić czy też żebrać zmiłowania tak gorąco, jak stać mnie na to było, ale pohamowałam się i dłoń złożyłam na roztrzepotanym sercu. Chrzestna matka dźwignęła mnie i zasiadłszy w fotelu ustawiła przed sobą. Jeszcze dziś widzę jej ściągnięte surowo brwi i zwrócony ku mnie palec.
- Twoja matka, Estero - odezwała się głuchym, lodowatym tonem - jest twoją hańbą, a ty byłaś jej hańbą. Wkrótce nadejdzie czas, gdy zrozumiesz to lepiej, a zarazem odczujesz tak, jak potrafi odczuwać jedynie kobieta. Ja wybaczyłam jej zło, jakie mi wyrządziła - mówiła dalej, lecz twarz jej nie złagodniała - i na ten temat nie rzeknę nic więcej, chociaż była to krzywda gorsza, niż zdołasz zrozumieć, niż zdoła zrozumieć ktokolwiek oprócz mnie, pokrzywdzonej. A ty, nieszczęsne dziecię, osierocone i okryte hańbą już przed pierwszą żałosną rocznicą urodzin, módl się dzień po dniu, by grzechy innych nie spadły na twoją głowę, jak to jest napisane w Biblii. Zapomnij o matce i pozwól, aby zapomnieli o niej wszyscy, gdyż to, biedne dziecko, będzie dla ciebie największą łaską. A teraz idź sobie!
Kiedy jednak zmrożona i pełna grozy poruszyłam się chcąc odejść, chrzestna matka zatrzymała mnie, by dodać jeszcze:
- Pokora, samozaparcie, skrzętna praca oto właściwe przysposobienie do życia, rozpoczętego w tak ponurym cieniu. Jesteś, Estero, różna od innych dzieci, ponieważ przyszłaś na świat odmiennie niż one, w niepospolitym grzechu i pod znakiem gniewu. Musisz znajdować się na uboczu.
Poszłam na piętro do swojego pokoju, gdzie dowlokłam się do łóżka. Wilgotnym od łez policzkiem przylgnęłam do policzka lalki i obejmując czule tę moją jedyną powiernicę, płaczem ukołysałam się do snu. Nie stać mnie było na zrozumienie przyczyn moich trosk, ale zdawałam sobie sprawę, że nigdy nie stanowiłam radości niczyjego serca i dla nikogo w świecie nie byłam tym, czym dla mnie jest Lalunia.
Mój Boże! Ileż czasu spędzałyśmy później razem! Jak często powtarzałam lalce historię tamtych moich urodzin i zwierzałam się jej, że zrobię, co w mojej mocy, aby okupić grzech, z jakim na świat przyszłam, oraz winę, do której poczuwałam się i nie poczuwałam zarazem. Obiecywałam, że dorastając nie pożałuję starań, aby być pracowitą, zadowoloną z życia, pełną dobroci, aby świadczyć dobre uczynki i zyskiwać bodaj trochę ludzkiej miłości, jeżeli okaże się to możliwe. Chyba nie pobłażam sobie zbytnio, kiedy wylewam łzy wspominając tamte czasy? Jestem zadowolona z życia, jestem bardzo pogodna, lecz nie potrafię nie dopuścić łez do oczu.
W porządku! Otarłam je już i mogę znów przystąpić do pisania.
Po tamtych urodzinach jeszcze mocniej odczuwałam dystans pomiędzy mną a chrzestną matką i tym wyraźniej uprzytamniałam sobie, że w jej domu zapełniam miejsce, które winno być próżne. W głębi serca odczuwałam dla niej wdzięczność, bardziej niż kiedykolwiek gorącą, ale zbliżenie się do chrzestnej matki było dla mnie coraz trudniejsze i trudniejsze. Podobne uczucia budziły we mnie koleżanki szkolne i pani Rachela, wdowa, i jej córka, która co dwa tygodnie odwiedzała bardzo dumną z niej matkę! Byłam cicha, potulna, zamknięta w sobie i starałam się skrzętnie pracować.
W pewne słoneczne popołudnie, gdy wracając ze szkoły z książkami oraz teczką na rysunki obserwowałam długi cień, co sunął u mojego boku, przyszłam do domu i, jak zwykle, usiłowałam wśliznąć się niepostrzeżenie na piętro i do mojego pokoju. Ale chrzestna matka uchyliła drzwi na parterze i zawołała mnie do saloniku, gdzie - rzecz zupełnie niezwykła! - zastałam nie tylko ją, lecz również kogoś obcego. Był to ubrany w czerń zażywny dżentelmen, wyglądający na ważną osobistość. Miał biały halsztuk, duże złote pieczątki przy dewizce zegarka, okulary w złotej oprawie i również złoty sygnet na małym palcu.
- To ona - szepnęła chrzestna matka i wnet dodała naturalnym już chłodnym i surowym głosem: - To jest Estera, proszę pana.
Nieznajomy nałożył okulary i przyjrzawszy mi się powiedział:
- Zbliż się, moje dziecko.
Podał mi rękę, poprosił, abym zdjęła kapturek, a gdy go posłuchałam, wymamrotał spoglądając wciąż na mnie:
- No tak... Aha...
Później zdjął okulary, umieścił je w czerwonym futerale, wygodniej zasiadł na fotelu i obracając futerał w palcach obydwu rąk skłonił się lekko chrzestnej matce, ta zaś powiedziała:
- Możesz już odejść do siebie, Estero.
Dygnęłam przed nieznajomym i tak się z nim rozstałam.
W jakieś dwa lata później, kiedy miałam blisko czternaście lat, przyszedł okropny wieczór, w który siedziałyśmy z chrzestną matką przed kominkiem. Ja czytałam na głos, ona słuchała. Jak zwykle zeszłam z piętra o dziewiątej, aby jej czytać Pismo święte, tym razem z Ewangelii świętego Jana, jak to przywiedziono przed Zbawiciela grzeszną niewiastę. On zasię nachylił się i jął pisać palcem na ziemi.
"Gdy tedy nie przestawali go pytać, podniósł się i rzekł im:
Kto z was bez grzechu jest, niech na nią pierwszy rzuci kamień"...
Przerwałam czytanie, bo chrzestna matka wstała i ująwszy czoło w dłonie wykrzyknęła okropnym głosem zdanie z całkiem innego miejsca Księgi:
- "Czujcie tedy, by z prędka przyszedłszy nie znalazł was śpiących. A co wam mówię, wszystkim mówię: Czujcie".
Stojąc przede mną wyrecytowała te słowa i w tejże chwili upadła na podłogę. Nie musiałam wzywać pomocy, bo jej głos rozbrzmiewał w całym domu i dosięgnął również ulicy.
Położono ją do łóżka, gdzie tydzień z górą leżała prawie nie zmieniona na pozór, z tym tak dobrze mi znanym surowym wyrażem, jak gdyby wyrzeźbionym na starej twarzy o bardzo regularnych rysach. Wiele, wiele razy za dnia i nocy składałam głowę na poduszce obok jej głowy, aby lepiej mogła mój szept dosłyszeć. Wśród pocałunków dziękowałam chrzestnej matce, modliłam się za nią, prosiłam o błogosławieństwo i przebaczenie, błagałam o ostatni znak, że poznaje mnie lub słyszy. Wszystko na darmo! Jej twarz pozostawała nieruchoma. Do ostatniej chwili, a nawet później, nie złagodniał ów surowy wyraz.
Dnia następnego po pogrzebie mojej biednej, dobrej chrzestnej matki pojawił się znów dżentelmen ubrany w czerń i biały halsztuk. Wezwana przez panią Rachelę zastałam go na tym samym miejscu, jak gdyby wcale nie wyszedł z naszej bawialni.
- Moje nazwisko Kenge - rozpoczął. - Zapewne przypominasz mnie sobie, moje dziecko. Kenge i Carboy z Lincoln's Inn.
Odpowiedziałam, że widziałam go raz jeden i przypominam sobie.
- Zechciej usiąść, proszę, tutaj blisko mnie. Nie lękaj się, nie rozpaczaj, bo to nic nie pomoże. Pani Rachelo, znane są pani sprawy majątkowe panny Barbary, nie muszę zatem przypominać pani, iż środki utrzymania nieboszczki wraz z nią umarły, a ta panienka po zgonie swojej ciotki...
- Ciotki, proszę pana? - wtrąciłam.
- Nie należy obecnie utrzymywać fikcji, która utraciła rację bytu - ciągnął gładko pan Kenge. - Nieboszczka była twoją ciotką zgodnie ze stanem faktycznym, jakkolwiek nie według prawa. Nie lękaj się, proszę, nie rozpaczaj! Nie płacz i nie drżyj, moje dziecko! Sądzę, pani Rachelo, że nasza mała przyjaciółka musiała bez wątpienia słyszeć o... o Jarndyce przeciwko Jarndyce.
- Nigdy nie słyszała - wtrąciła pani Rachela.
- Czy to możliwe? - podjął pan Kenge i nałożył okulary - Czy to możliwe, by nasza młoda przyjaciółka... Nie lękaj się, proszę... Nie rozpaczaj! Nie słyszałaś nigdy o Jarndyce przeciwko Jarndyce?
Przecząco pokręciłam głową zastanawiając się, co to takiego być może.
Pan Kenge zaczął mówić dalej i bystro spoglądając na mnie znad okularów obracał futerał w palcach obydwu rąk, jak gdyby pieścił go czule.
- Nigdy nie słyszałaś o Jarndyce przeciwko Jarndyce, o jednym z największych procesów w sądzie kanclerskim? Jarndyce przeciwko Jarndyce! Przecież to sam w sobie pomnik praktyk przyjętych w sądzie kanclerskim! To proces, w którym, że się tak wyrażę, powracają ustawicznie wszelkie zastrzeżenia, wszelkie ewentualności, wszelkie mistrzowskie fikcje i formalności procedury znane i stosowane w owym sądzie! To proces, moje dziecko, który nie mógłby mieć miejsca nigdzie poza granioami naszego wielkiego i wolnego kraju! Pozwolę sobie nadmienić, pani Rachelo - ciągnął zwracając się do niej zapewne dlatego, że zauważył mój brak zainteresowania - iż suma kosztów w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce wynosi obecnie sześćdziesiąt do siedemdziesięciu tysięcy funtów! - oznajmił i wygodniej zasiadł w fotelu.
Wydawałam się sobie bardzo niemądra, ale cóż mogłam zrobić? Z tematem byłam tak nie obznajmiona, że absolutnie nic nie rozumiałam.
- I nasza młoda przyjaciółka naprawdę nigdy nie słyszała nic o tym procesie! - podjął pan Kenge. - Zdumiewające!
- Panna Barbary, proszę szanownego pana - zabrała głos pani Rachela - która obecnie znajduje się pośród serafinów...
- Nie wątpię o tym, nie wątpię - wtrącił uprzejmie dżentelmen w czerni.
- Panna Barbary życzyła sobie, aby Estera wiedziała tylko tyle, ile może jej być przydatne. Toteż zgodnie z naukami, jakie tutaj pobierała, Estera nie wie nic więcej.
- Aha... Ogólnie biorąc, to stanowisko nad wyraz właściwe. Do rzeczy jednak - zwrócił się znów w moją stronę. - Ponieważ zmarła panna Barbary, jedyna twoja krewna... zgodnie ze stanem faktycznym, muszę zaznaczyć, gdyż według prawa żadnych krewnych nie posiadasz... a naturalnym rzeczy porządkiem nie należy oczekiwać, by pani Rachela...
- W żadnym razie, na Boga! - wtrąciła żywo pani Rachela.
- Ma się rozumieć - przyznał pan Kenge i mówił dalej: - Nie należy zatem oczekiwać, by pani Rachela chciała łożyć na twoje utrzymanie... Proszę cię, nie lękaj się, nie rozpaczaj! W tej sytuacji możesz, moje dziecko, zastanowić się nad propozycją, którą mniej więcej przed dwoma laty polecono mi przedstawić pannie Barbary. Propozycja została wówczas odrzucona, lecz dano mi do zrozumienia, iż w smutnych okolicznościach, jakie obecnie nastały, można by ją z pomyślnym skutkiem wznowić. Jeżeli wyznam teraz, że w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce i w wielu innych sprawach reprezentuję człowieka o wysokich walorach moralnych, zarazem jednak nie pozbawionego pewnych dziwactw, nie narażę chyba na szwank w żadnej mierze dyskrecji zawodowej, która mnie obowiązuje. Nie narażę, prawda? - zapytał prawnik i zasiadłszy znów wygodniej w fotelu począł spoglądać ufnie na panią Rachelę i na mnie.
Zdawać się mogło, że ponad wszystko sprawia mu radość dźwięk własnego głosu. Nic dziwnego, gdyż był to głos aksamitny i pełny, glos, który niepośledniej wagi dodaje każdemu wypowiedzianemu słowu. Pan Kenge słuchał sam siebie z widocznym zadowoleniem, czasami zaś poruszeniami głowy wybijał takt własnej muzyki albo też gestem ręki zaokrąglał jej frazę. Na mnie wywierał wówczas wielkie wrażenie, chociaż nie wiedziałam jeszcze, że uformował się na wzór pewnego wielkiego lorda, swojego klienta, i że nazywa się go powszechnie: Kenge Najwymowniejszy.
- Pan Jarndyce - ciągnął - został poinformowany o... o warunkach, że się tak wyrażę, opłakanych, w jakich znalazła się nasza młoda przyjaciółka, wobec czego proponuje, iż umieści ją w pierwszorzędnym zakładzie naukowym, gdzie nasza młoda przyjaciółka będzie w stanie dopełnić edukacji, gdzie zapewniony jej zostanie należyty dobrobyt, a wszelkie wymagania będą zaspakajane w granicach rozsądku. Tam nasza młoda przyjaciółka zdoła bez wątpienia przysposobić się wyśmienicie do wypełnienia obowiązków właściwych dla sfery życia, w jakiej spodobało się... powiemy chyba Opatrzności?... obrać dla niej miejsce.
Byłam tak wzruszona zarówno treścią, jak i formą tego, co pan Kenge mówił, że chociaż próbowałam, nie mogłam nic odpowiedzieć.
- Pan Jarndyce - rozprawiał dalej - nie stawia żadnych warunków, pozwala sobie tylko wyrazić nadzieję, że nasza młoda przyjaciółka w żadnym przypadku nie opuści wspomnianego zakładu naukowego bez jego wiedzy i zgody. Oczekuje również, iż pilnie i gorliwie będzie przykładać się do zdobywania wiadomości, od których w ostatecznym rezultacie będą uzależnione jej przyszłe losy. Liczy ponadto, że nasza młoda przyjaciółka nie zboczy z drogi cnót i honoru oraz że... że... I tak dalej...
Nie mogłam dobyć z siebie głosu. Wydawało mi się to jeszcze bardziej trudne niż uprzednio.
- No i co na to nasza młoda przyjaciółka? - podjął pan Kenge. - Nie śpiesz się, nie śpiesz! Czekam odpowiedzi, ale nie przynaglam cię, moje dziecko.
Nie muszę powtarzać, co próbowała odpowiedzieć nieszczęsna adresatka takiej propozycji. Co odpowiedziała, powtórzyłabym łatwo, gdyby to na powtórzenie zasługiwało. Co czuła i czuć będzie do ostatniej godziny życia, za nic i nigdy nie zdołam przedstawić.
Spotkanie, o którym mowa, odbyło się w Windsorze, gdzie - o ile mi wiadomo - spędziłam dotychczasowe lata życia. W tydzień później odjechałam stamtąd dyliżansem do Reading, suto wyposażona we wszystko niezbędne w nowych warunkach.
Pani Rachela była za dobra, by odczuwać wzruszenie z racji rozstania ze mną, ale ja nie wyróżniałam się aż taką dobrocią, więc płakałam gorzko. Myślałam, że w ciągu wielu ubiegłych lat powinnam była zbliżyć się z nią bardziej i obudzić tyle sympatii, by pani Rachela smuciła się w godzinie mojego odjazdu. Na pożegnanie obdarzyła mnie pocałunkiem w czoło zimnym, niby kropla spadła w ten mroźny dzień z oszronionego dachu, a ja - zbolała i skruszona - tuliłam się do niej zapewniając, iż dobrze wiem, że tylko z mojej winy pani Rachela żegna mnie bez bólu.
- Nie, Estero - odpowiedziała. - To nie twoja wina, lecz twój zły los!
Dyliżans stał przed furtką u krańca naszego trawnika, bo wyszłyśmy dopiero, gdy zaturkotały koła, więc ze ściśniętym sercem zaraz rozstałam się z panią Rachelą. Odeszła, zanim moje kuferki ulokowano na dachu i zatrzaśnięto drzwi pojazdu. Pokąd widać było nasz dom, wyglądałam przez okno, by patrzeć nań przez łzy. Chrzestna matka zapisała cały swój skromny dobytek pani Racheli, więc miała odbyć się publiczna licytacja i na śnieg i szron został wywieszony z okna dywan w deseń z róż, który uważałam zawsze za najpiękniejszą rzecz na świecie. Poprzedniego dnia spowiłam moją ukochaną, starą lalkę w jej własny szal i - wstyd powiedzieć - pogrzebałam w ziemi pod drzewem, które ocieniało moje okno. Jako jedyny smutny towarzysz pozostał mi ptaszek, którego zabrałam wraz z klatką.
Kiedy dom zniknął mi z oczu, postawiłam klatkę w słomie u swoich stóp i z niskiej ławki jęłam oglądać przez okno podobne do pięknego omasztowania drzewa okryte sadzią, pola białe i gładkie pod śniegiem, co spadł minionej nocy, słońce rozgorzałe purpurą, lecz dające tak mało ciepła, lód ciemny niby metal tam, gdzie śnieg zmiotły łyżwy lub podeszwy butów. W dyliżansie był jakiś pan, który wydawał mi się bardzo gruby z racji wielu spowijających go okryć. Zajmował miejsce na przeciwległej ławce, ale był zapatrzony w drugie okno i na mnie nie zwracał uwagi.
Myślałam o zmarłej chrzestnej matce, o wieczorze, gdy czytałam jej na głos, i tym uparcie surowym, posępnym wyrazie jej twarzy, kiedy leżała w łóżku. Myślałam o nieznanym celu podróży, ludziach, jakich tam zastanę, i jak ci ludzie będą wyglądali, i co mogą mi mieć do powiedzenia. Nagle wzdrygnęłam się na dźwięk głosu we wnętrzu dyliżansu.
- Czemu, u licha, płączesz? - zapytał ów głos.
Tak się wystraszyłam, że tchu mi zabrakło, i potrafiłam zdobyć się jedynie na szept:
- Ja, proszę pana?
Nie wątpiłam naturalnie, że odezwać się musiał dżentelmen w licznych okryciach, jakkolwiek nadal wyglądał przez okno.
- Aha! Ty! - burknął i zwrócił się w moją stronę.
- Nie wiedziałam, proszę pana, że płaczę - wyjąkałam.
- Ale płączesz! - rzucił. - Spójrz!
Przysunął się do mnie z przeciwległego kąta pojazdu, ostrożnie i delikatnie otarł mi oczy szerokim futrzanym mankietem i pokazał ów mankiet, który naprawdę był wilgotny.
- I co? Teraz wiesz, że płączesz?
- Tak, proszę pana.
- A czemu? - podjął. - Nie chcesz tam jechać?
- Dokąd, proszę pana?
- Dokąd? No... Tam, dokąd się wybierasz.
- Przeciwnie, proszę pana. Jestem bardzo zadowolona.
- Mogłabyś więc mieć zadowoloną minę!
Pomyślałam, że to bardzo dziwny człowiek albo przynajmniej bardzo dziwne wydaje mi się to, co z niego widać, gdyż dżentelmen był okutany po szyję, a twarz miał prawie ukrytą pod wielką futrzaną czapą o szerokich nausznikach związanych pod brodą. Ale nie bałam się go już i - spokojna znowu - wytłumaczyłam, iż płakałam zapewne z powodu śmierci mojej chrzestnej matki i dlatego, że pani Rachela rozstawała się ze mną bez żalu.
- Niech diabli porwą panią Rachelę! Może polecieć sobie w świat na miotle w czasie huraganowej wichury! - zawołał nieznajomy.
Wtedy zaczęłam lękać się go naprawdę i przyglądać mu się ze zdumieniem. Osądziłam jednak, że ma poczciwe oczy, chociaż nadal mamrotał gniewnie i pod adresem pani Racheli rzucał wyzwiska.
Niebawem rozpiął zwierzchnie okrycie tak obszerne, że - przynajmniej moim zdaniem - mógłby omotać nim cały dyliżans, następnie zaś wcisnął rękę do wyjątkowo głębokiej kieszeni.
- Spójrz tylko! - zaczął dobywając stamtąd starannie owiniętą paczuszkę. - W tym papierze jest porcja ciasta ze śliwkami, posypanego cukrem na cal grubo, najsmaczniejszego z ciast, jakie da się kupić za pieniądze! Znajdziesz tam również klejnot pod względem rozmiarów i jakości, pasztecik pochodzący z Francji. Pasztecik z czym? Jak ci się zdaje? Z farszem z wątróbki tuczonych gęsi! Oto on! Rad popatrzę, jak będziesz to pałaszować.
- Dziękuję, proszę pana - odparłam. - Bardzo dziękuję, ale nie pogniewa się pan chyba, jeżeli odmówię. To strawa, proszę pana, dla mnie zbyt wykwintna.
Nieznajomy wyrzucił za okno ciasto oraz pasztecik i przy okazji posłużył się zwrotem zupełnie dla mnie niezrozumiałym:
- I znowu kosz!
Więcej nie odezwał się do czasu, gdy tuż przed Reading zaczął sposobić się do opuszczenia dyliżansu. Podał mi wtedy rękę i zalecił, abym była dobrą i pracowitą młodą osóbką. Muszę przyznać, że rozstanie z nim przyjęłam z ulgą. Wysiadł przy kamieniu milowym, który często mijałam później, i przez długi czas nie potrafiłam przy takich okazjach nie myśleć o zagadkowym dżentelmenie i nie żywić prawie nadziei, że mogłabym spotkać go znowu. Ale nie stało się tak i stopniowo wspomnienie wywietrzało mi z głowy.
Kiedy zatrzymał się dyliżans, przed jego oknem stanęła bardzo schludna pani.
- Panna Donny - powiedziała.
- Nie, proszę pani. Estera Summerson.
- Tak! Naturalnie! - podchwyciła żywo. - Panna Donny.
Zrozumiałam wówczas, że panna Donny przedstawia mi się w taki sposób, przeprosiłam ją więc za nieporozumienie i na jej prośbę wskazałam swoje rzeczy. Według wskazówek również bardzo schludnej służącej kuferki złożono na dachu wyjątkowo małej zielonej kolaski, a po ulokowaniu się w jej wnętrzu panny Donny, służącej i mnie konie ruszyły.
- Wszystko gotowe, Estero. Czeka na ciebie - rozpoczęła panna Donny. - A plan twoich zajęć został opracowany dokładnie tak, jak życzył sobie twój opiekun, pan Jarndyce.
- Jak życzył sobie... Kto, proszę pani?
- Twój opiekun, pan Jarndyce - powtórzyła.
Oszołomiło mnie zdumienie, a panna Donny pomyślała widać, że zasłabłam widać z powodu zimna, gdyż podała mi flakon soli trzeźwiących.
- Czy... Czy mój opiekun, pan Jarndyce, to... to pani znajomy? - zapytałam niepewnie po dobrej chwili wahania.
- Osobiście nie znam go, Estero - odrzekła - tylko za pośrednictwem londyńskiej firmy adwokackiej Kenge i Carboy. Pan Kenge to dżentelmen naprawdę na poziomie. Niebywale elokwentny! Niektóre okresy, jakimi się posługuje, są rzeczywiście wspaniałe!
Opinię taką uznałam za rzetelną prawdę, lecz zabrakło mi czasu, by podjąć temat. Nim zdążyłam przyjść do siebie, znalazłyśmy się u celu podróży, a to pomnożyło jeszcze bardziej moje onieśmielenie i niepewność. Nigdy nie zapomnę, jak osobliwe i nierealne wydawało mi się tamtego popołudnia wszystko, co napotkałam w Greenleaf - domu panny Donny!
Ale przyzwyczaiłam się rychło i tryb życia w Greenleaf wciągnął mnie tak, jak gdybym mieszkała tam od wielu lat, a wszystko dawne, co działo się w domu chrzestnej matki, było na pograniczu rojeń sennych. Trudno o coś bardziej regularnego, niezmiennego, trwałego niż ów tryb życia. Wszystko znajdowało tam miejsce w czasie, jaki obejmowała tarcza zegara. Wszystko odbywało się o wyznaczonej po temu chwili.
Było nas dwanaście pensjonarek, a zajmowały się nami dwie panny Donny - siostry bliźniaczki. Ustalono, że w przyszłości mam zostać wykwalifikowaną guwernantką, toteż stopniowo zaczynałam w Greenleaf nie tylko pobierać nauki, lecz również nauczać. Pod każdym względem traktowana byłam tak samo jak reszta szkoły, lecz od początku zaznaczała się ta różnica pomiędzy mną a innymi dziewczętami. W miarę jak umiałam więcej, uczyłam więcej i z biegiem czasu miałam coraz więcej pracy, za którą przepadałam, gdyż dzięki niej zyskiwałam miłość kochanych dziewcząt. Tak się składało, że każda nowa pensjonarka - zbita z tropu, smutna i onieśmielona - niezawodnie (sama nie wiem czemu) zaprzyjaźniała się ze mną, a więc z reguły mojej trosce i pieczy powierzano z czasem takie nowicjuszki. Podobno ja byłam miła i łagodna, lecz jestem pewna, że to one były takie! Często przypominałam sobie dobre chęci, jakie miałam w dniu tamtych moich urodzin. Postanowiłam wtedy, że będę pracowita, zadowolona z życia, pełna dobroci, że świadcząc dobro ludziom postaram się zyskiwać bodaj trochę ich miłości, jeżeli okaże się to możliwe. I szczerze mówiąc, prawie wstyd mi było, że dokonałam tak mało, a zyskałam tak wiele.
Sześć szczęśliwych lat spędziłam w Greenleaf. I, dzięki Bogu, w żaden dzień moich urodzin nie wyczytałam tam z niczyjej twarzy, że lepiej byłoby, gdybym wcale na ten świat nie przyszła. Kiedy ów dzień nadchodził, otrzymywałam moc dowodów życzliwej sympatii, które upiększały mój pokoik od Nowego Roku aż po następne Boże Narodzenie.
W ciągu tamtych lat nie wyjeżdżałam nigdy i nigdzie, nie licząc oczywiście świątecznych wizyt w najbliższym sąsiedztwie. Po pierwszych sześciu miesiącach panna Donny podszepnęła mi, iż wypadałoby napisać do pana Kenge'a list z wyrazami wdzięczności oraz zapewnieniami, że czuję się szczęśliwa. List taki, zaaprobowany przez pannę Donny, wysłałam i w odpowiedzi dostałam formalne potwierdzenie jego odbioru wraz z wiadomością, iż "treść pisma Szanownej Pani zostanie skrupulatnie zakomunikowana naszemu klientowi". Później słyszałam nieraz, jak panna Donny i jej siostra mówiły o punktualnym regulowaniu rachunków za mój pobyt i dwa razy do roku pisywałam podobne listy. Zawsze nadchodziła odwrotną pocztą identyczna odpowiedź, skreślona tym samym okrągławym charakterem pisma, a podpisana "Kenge i Carboy" innym, zapewne pana Kenge'a.
Jakie to dziwne, że muszę pisać tyle o sobie! Jak gdyby ta opowieść miała być moim życiorysem! Niebawem jednak skromna osoba autorki zblednie na bardzo odległym planie.
Sześć spokojnych lat (widzę, że drugi raz to powtarzam!) przeżyłam w Greenleaf, a w moim otoczeniu, niby w zwierciadle, mogłam oglądać do woli wszystkie kolejne etapy własnych przemian i rozwoju. Wreszcie, w pewien listopadowy ranek, dostałam list, który przytaczam pomijając jedynie datę:
Old Square, Lincoln's Inn
Panna Estera Summerson
Dot. Jarndyce przeciwko Jarndyce
Szanowna Pani!
Nasz klient, pan Jarndyce, na zasadzie orzeczenia sądu kanclerskiego w powyższej sprawie, może obecnie przyjąć do swojego domu podopieczną sądu kanclerskiego w tejże sprawie, ponieważ zaś pragnie zapewnić tejże podopiecznej towarzystwo odpowiednio dobranej osoby, polecił nam poinformować Szanowną Panią, iż będzie rad skorzystać z Jej usług w rzeczonym charakterze.
Zgodnie z tym poleceniem nabyliśmy dla Szanownej Pani miejsce w dyliżansie odjeżdżającym w najbliższy poniedziałek o ósmej rano z Reading do Piwnicy pod Białym Koniem przy Piccadilly w Londynie, gdzie nasz kancelista będzie oczekiwać, aby towarzyszyć Szanownej Pani do naszej kancelarii.
Pozwalamy sobie przekazać Szanownej Pani wyrazy głębokiego poważania
Kenge i Carboy
Do końca życia nie zapomnę poruszenia, jakie ów list wywołał w całym domu! To pięknie z ich strony, że dziewczęta pokochały mnie tak mocno! Ileż łaski okazał mi Ojciec z niebios, który nie zapomniał mnie, a moją ciężką drogę uczynił gładką. Niełatwo było mi wytrzymać to wszystko, co nie znaczy, że chciałabym, aby one mniej się martwiły. Obawiam się, że tego nie życzyłabym sobie wcale, lecz zadowolenie, żal, duma i radość, a także pokorna skrucha tak dziwnie mieszały się z sobą, że serce miałam zbolałe, jednocześnie zaś pełne podniosłego uniesienia.
List zostawiał mi ledwie pięć dni do odjazdu i każda minuta w tych pięciu dniach zawarta pomnażała dowody serdecznego przywiązania, jakie otrzymywałam nieustannie. Co działo się w moim sercu, gdy nadszedł ostatni ranek, a dziewczęta jęły mnie oprowadzać po wszystkich pokojach, abym je mogła jeszcze raz zobaczyć; kiedy niektóre mówiły: "Estero, kochanie, pożegnaj mnie tu, przy moim łóżku, gdzie pierwszy raz okazałaś mi tyle dobroci"; kiedy inne prosiły o mój podpis pod kilkoma tkliwymi słowami od Estery, wszystkie zaś obsypywały mnie pożegnalnymi upominkami, tuliły się do mnie i wołały z płaczem: "Co będzie z nami teraz, gdy zabraknie kochanej Estery?"; kiedy usiłowałam powiedzieć im, jak niezmiernie były dbałe o mnie i dobre, ile moich najlepszych uczuć zaskarbiły sobie, jak wiele czułych błogosławieństw i wdzięczności!
Co działo się w moim sercu, gdy obie panny Donny jęły żegnać mnie z nie mniejszym niż dziewczęta żalem; kiedy usłyszałam od służącej: "Niech dobry Bóg błogosławi panienkę tam, dokąd panienka odjeżdża", a brzydki i kulawy stary ogrodnik, który, jak sądziłam, wcale nie zwracał na mnie uwagi w ciągu minionych lat, podbiegł zasapany do okna dyliżansu, aby ofiarować mi bukiecik geranii mówiąc (naprawdę dziadek tak powiedział!), że byłam światłością jego oczu!
Jakże mogłam czuć się po tym wszystkim i po nieoczekiwanym widoku przed wiejską szkółką, z której wyległy biedne dzieci, aby pozdrawiać mnie wywijając chusteczkami i czapkami, a stojący opodal siwowłosy dżentelmen i jego małżonka - podobno najbardziej wyniosła para w całej okolicy - nie krępując się zgoła wykrzykiwali za mną: "Do widzenia, droga Estero! Wiele szczęścia życzymy!" Cóż dziwnego, że gdy zostałam sama w pudle dyliżansu, załamałam się kompletnie i wiele, bardzo wiele razy jęłam powtarzać, że jestem taka wdzięczna i szczęśliwa.
Rychło zreflektowałam się jednak, że nie mogę przywieźć z sobą łez, bo tam, dokąd się wybieram, wyświadczono mi zbyt wiele dobrego. Postarałam się zatem, aby mniej szlochać, i zaczęłam strofować się raz po raz: "Tak nie można, Estero! Doprawdy, płacz na nic się nie zda!" Wkrótce, lecz nie tak prędko, jak życzyłabym sobie, odzyskałam nieco pogody ducha, a gdy ochłodziłam oczy wodą lawendową, pora była wypatrywać Londynu.
Dziesięć mil przed miastem byłam przekonana, że jestem już w jego obrębie, kiedy zaś znalazłam się tam rzeczywiście, myślałam, że nigdy nie dojedziemy. Uwierzyłam naprawdę, że zbliżamy się do kresu podróży dopiero wówczas, gdy dyliżans jął podskakiwać na kamieniach bruku, ja zaś odniosłam wrażenie, że wszystkie inne pojazdy usiłują zderzać się z naszym, a ten usiłuje zderzać się z wszystkimi innymi. Ale dyliżans zatrzymał się po bardzo krótkim czasie, a z chodnika zagadnął mnie młody człowiek poplamiony cokolwiek atramentem:
- Jestem, proszę pani, z firmy Kenge i Carboy w Lincoln's Inn.
- Bardzo mi przyjemnie - odpowiedziałam.
Młody człowiek był nad wyraz uprzejmy, kiedy więc dopatrzył, jak należy, przenoszenia moich bagaży i usadowił mnie w dorożce, zapytałam śmiało, czy gdzieś niedaleko szaleje pożar? Pozwoliłam sobie na to pytanie, gdyż gęsty, brunatny dym tak przepełniał ulice, że prawie nic nie było widać.
- Nic podobnego, proszę pani - odparł - to tylko nasza londyńska specjalność.
Nie słyszałam nigdy o takiej londyńskiej specjalności, więc młody człowiek wyjaśnił:
- Mgła, proszę pani.
- Aha... Rozumiem - powiedziałam.
Jechaliśmy wolno ulicami najbrudniejszymi i najbardziej mrocznymi (przynajmniej moim zdaniem), jakie świat widział, wśród takiego zamętu i zgiełku, że podziw brał, jak ludzie mogą pozostawać tu przy zdrowych zmysłach. Nagle minąwszy wąską bramę znaleźliśmy się wśród ciszy i spokoju i przez rozległy dziedziniec dorożka podjechała do zakątka, gdzie były strome kamienne schody przypominające wejście do kościoła. Istotnie musiał być tam niegdyś cmentarz przykościelny, gdyż z okna klatki schodowej zobaczyłam po chwili jakieś stare nagrobki.
Tutaj mieściła się kancelaria firmy adwokackiej Kenge i Carboy. Młody człowiek poprowadził mnie przez kantor do gabinetu pana Kenge'a (w pokoju nie było nikogo) i uprzejmie ustawił dla mnie krzesło przed kominkiem. Później wskazał mi małe lusterko zawieszone na gwoździu po jednej stronie obudowy kominka.
- Proszę - powiedział uprzejmie - jeżeli życzy sobie pani przejrzeć się po podróży. To nieobowiązujące, naturalnie, ale ma pani stanąć przed kanclerzem.
- Przed kanclerzem? - zawołałam zdumiona.
- To czysta formalność, proszę pani - podjął. - Pan Kenge jest obecnie w sądzie. Polecił mi przekazać pani wyrazy szacunku. Zechce pani pokrzepić się trochę? - (Na małym stoliku zobaczyłam herbatniki i karafkę wina). - A może rzucić okiem na gazetę?
Z tymi słowy młody człowiek podał mi gazetę, a następnie podgarnął żar na kominku i wyszedł.
Wszystko wokół było bardzo dziwne - tym dziwniejsze, że z dnia uczyniono tu noc i wśród mroków świece jaśniały białym, chłodnym płomieniem - toteż przebiegałam wzrokiem słowa dziennika i nie rozumiejąc ich sensu raz po raz czytałam wciąż to samo. Zniechęcona tym odłożyłam gazetę, zerknęłam przelotnie w lustro, aby sprawdzić, czy mój kapelusik wygląda jak należy, a następnie jęłam rozglądać się po bardzo słabo oświetlonym pokoju. W ciemności dostrzegłam zakurzone stoły i całe stosy zapisanego papieru, i bibliotekę pełną grubych tomów o imponującym wyglądzie. Później zaczęłam medytować, medytować, medytować, a ogień na kominku płonął, płonął, płonął, świece syczały i topniały, bo nie było ich czym objaśnić, póki ten sam młody człowiek nie przyniósł wyjątkowo brudnych szczypiec do obcinania knotów. Trwało to wszystko całe dwie godziny.
Na koniec przyszedł pan Kenge. On się nie zmienił, ale dał wyraz zdziwieniu - chyba miłemu zdziwieniu - z racji zmian, jakie dostrzegł we mnie.
- Ponieważ ma pani zostać towarzyszką młodej damy, która przebywa obecnie w prywatnym gabinecie lorda kanclerza - powiedział - uznaliśmy za wskazane, aby i pani zechciała tam się stawić. Spodziewam się, że nie zbije pani z tropu osoba lorda kanclerza?
- Mam nadzieję, proszę pana - odparłam, bo nie widziałam przyczyny, dla której miałoby mi grozić zbicie z tropu.
Wobec tego pan Kenge podał mi ramię i poprowadził mnie pod kolumnadą do bocznego wejścia, znajdującego się za narożnikiem gmachu. Przemierzyliśmy korytarz i weszli do przytulnego pokoju, gdzie młoda dama i młody dżentelmen stali w bliskości kominka, na którym huczał suty ogień. Rozmawiali za sobą pochyleni nad ekranem, znajdującym się pomiędzy nimi a tym ogniem.
Obydwoje obejrzeli się, gdy weszłam, ja zaś zobaczyłam przede wszystkim wyjątkowo piękną dziewczynę rozświetloną odblaskiem płomieni. Ten przepych złocistych włosów! I cudownie błękitne, łagodne oczy! I twarz jasna, niewinna, przepełniona ufnością!
- Panno Ado - przemówił pan Kenge. - To jest panna Summerson.
Ruszyła ku mnie z życzliwym uśmiechem i ręką wyciągniętą do powitalnego uściśnienia, ale w ostatniej chwili zmieniła widać zamiar, bo ucałowała mnie serdecznie. Krótko mówiąc, miała obejście tak naturalne, pełne wdzięku, urzekające, że po paru minutach siedziałyśmy już we dwie w okiennej wnęce i spowite odblaskiem ognia gawędziły swobodnie, z radosnym ożywieniem.
Niezmierny ciężar spadł mi z serca, bo uprzytomniłam sobie rychło, że ta dziewczyna potrafi obdarzyć mnie zaufaniem i polubić. Jak to ładnie z jej strony! Ileż znajdę w tym pociechy i otuchy!
Młody dżentelmen - jak mi wyjaśniła - to jej daleki krewny, a nazywa się Ryszard Carstone. Przystojny i postawny, twarz miał inteligentną i uśmiech niezwykle ujmujący. Kiedy skinęła nań, zbliżył się i stojąc - również w odblasku ognia - przed ławą, na której siedziałyśmy obok siebie, począł rozmawiać z nami wesoło, żartobliwie, jak to beztroski młodzik. Liczył sobie wówczas co najwyżej dziewiętnaście lat, więc istotnie był bardzo młody, lecz prawie o dwa lata starszy od kuzynki. Obydwoje byli sierotami i - co zdziwiło mnie i zaciekawiło nad miarę - nigdy nie widzieli się uprzednio. To pierwsze w życiu spotkanie całej naszej trójki w miejscu tak bardzo niezwyczajnym stanowiło dobry temat, mówiliśmy więc o nim, a ogień, który przestał huczeć, mrugał do nas porozumiewawczo purpurowymi oczyma na kształt - jak wyraził się Ryszard - starego wygi z sądu kanclerskiego. Rozmowę prowadziliśmy półgłosem, ponieważ jakiś pan w ceremonialnym stroju i peruce z herbajtłem raz po raz wchodził i wychodził, ilekroć zaś odmykał drzwi, dobiegał nas przeciągły, jednostajny pomruk. Była to, jak wyjaśnił ów pan w ceremonialnym stroju i peruce, mowa wygłaszana do lorda kanclerza przez jednego z adwokatów występujących w naszej sprawie. Poinformował również pana Kenge'a, iż kanclerz będzie wolny za pięć minut, a gdy usłyszeliśmy poruszenie i odgłos licznych kroków, pan Kenge oznajmił, że rozprawa skończona i lord kanclerz wkroczył już do sąsiedniego pokoju.
W tejże chwili pan w peruce otworzył drzwi i wezwał pana Kenge'a. Wobec tego wszyscy ruszyliśmy do sąsiedniego pokoju - najpierw pan Kenge, za nim moja najmilsza (tak już do tego przywykłam, że nie jestem w stanie pisać inaczej!). Tam lord kanclerz skromnie ubrany w czerń zasiadał u stołu nie opodal kominka, a jego toga lamowana piękną złotą koronką spoczywała rzucona na drugie krzesło. Kiedy weszliśmy, zmierzył nas badawczym wzrokiem, ale ogólnie biorąc był uprzejmy i dobrotliwy.
Pan w peruce położył przed nim na stole stos papierów, a lord kanclerz wybrał jeden plik i bez słowa począł przewracać karty.
- Panna Clare? - odezwał się wreszcie. - Panna Ada Clare?
Pan Kenge dokonał formalnej prezentacji, a lord kanclerz poprosił, by Ada zechciała usiąść obok niego. Niewątpliwie podobała mu się i był nią żywo zainteresowany. To nawet ja potrafiłam dostrzec w jednej chwili. Później niemile uderzyła mnie myśl, że owo oschłe urzędowe miejsca ma zastępować dom rodzinny tak pięknej młodej istocie, a dostojny lord, mimo całej łaskawości, wydał mi się nader lichą namiastką rodzicielskiej miłości.
- Jarndyce, o którym tu mowa, to Jarndyce z Samotni? - zapytał lord kanclerz przeglądając nadal akta.
- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie, to Jarndyce z Samotni - odparł pan Kenge.
- Ponura nazwa dla domu.
- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie, ale ostatnio sam dom przestał być ponury.
- Samotnia jest położona... - zaczął kanclerz.
- W hrabstwie Hertford, jaśnie wielmożny lordzie - dopowiedział pan Kenge.
- Pan Jarndyce z Samotni jest nieżonaty?
- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie. Nieżonaty.
Nastąpiła pauza.
- Czy stawił się pan Ryszard Carstone? - lord kanclerz spojrzał w jego stronę.
Ryszard złożył głęboki ukłon i postąpił krok naprzód.
- Aha... - powiedział lord kanclerz i przewrócił znów parę kart.
- Jeżeli wolno mi przypomnieć jaśnie wielmożnemu lordowi - odezwał się cicho adwokat - pan Jardynce z Samotni pragnie dać odpowiednią towarzyszkę...
- Panu Ryszardowi Carstone'owi?
Wydało mi się - ale nie jestem pewna - że lord kanclerz rzucił takie słowa tym samym wciąż matowym, bezbarwnym tonem.
- ... pannie Adzie Clare - dokończył pan Kenge. - Oto rzeczona młoda dama. Panna Summerson.
Jaśnie wielmożny lord spojrzał na mnie dobrotliwie, przyjął mój głęboki ukłon i zapytał nad wyraz łaskawie:
- Jak sądzę, pokrewieństwo nie łączy panny Summerson z żadną ze stron procesowych?
- Nie, jaśnie wielmożny lordzie.
Jeszcze nie przebrzmiały te słowa, gdy pan Kenge pochylił się i zaczął szeptać. Lord kanclerz nie odrywał wzroku od papierów, lecz przeglądając je karta po karcie słuchał, gdyż kilkakrotnie przytakiwał skinieniem głowy. Na mnie spojrzał powtórnie dopiero pod koniec posłuchania.
Po chwili pan Kenge i Ryszard wycofali się w moją stronę, pod drzwi gabinetu, a moja najdroższa (tak już do tego przywykłam, że znowu nie potrafię nazwać jej inaczej!) pozostała na krześle, obok lorda kanclerza. Rozmawiał z nią poufale, dopytując, jak powiedziała mi później, czy zastanowiła się dobrze nad całym projektem oraz czy sądzi, że pod dachem pana Jarndyce z Samotni będzie szczęśliwa, a jeżeli tak, to dlaczego? Wreszcie wstał i dwornie pożegnał Adę, aby następnie wysłuchać, co ma do powiedzenia Ryszard Carstone, który stojąc, nie siedząc, odpowiadał na pytania dygnitarza. Ten rozmawiał z nim bardziej swobodnie i bezceremonialnie, jak gdyby znał - chociaż był aż lordem kanclerzem - drogę do serca pełnego temperamentu młodzika.
- A zatem polecę przygotować właściwe postanowienie - oznajmił głośno jaśnie wielmożny lord. - Jestem zdania, że pan Jarndyce z Samotni wybrał - w tym miejscu spojrzał na mnie - bardzo odpowiednią towarzyszkę dla panny Ady Clare, a cały projekt uważam za najlepszy, jaki można było obmyślić w istniejących warunkach.
Następnie odprawił nas grzecznie, a my wyszliśmy wdzięczni mu za tak wiele łaskawej i uprzejmej życzliwości, z racji której nie umniejszył bynajmniej, lecz naszym zdaniem pomnożył godność swojej wysokiej pozycji.
Kiedy znaleźliśmy się pod kolumnadą, pan Kenge zreflektował się, że musi wrócić, by zapytać jeszcze o to i owo, więc pozostawił nas we mgle, wśród której karoca oraz służba oczekiwały lorda kanclerza.
- To mamy już za sobą - powiedział Ryszard Carstone. - I co dalej, panno Estero?
- Nie wie pan? - zapytałam.
- Nie mam pojęcia.
- A ty, kochanie? - zagadnęłam Adę.
- Ja także nie wiem - odparła. - A ty?
- Nie wyobrażam sobie nawet.
Spoglądaliśmy na siebie rozbawieni, że jesteśmy jak dzieci z bajki zagubione w lesie, gdy osobliwie wyglądająca starsza kobieta, w kapeluszu na bakier i z torebką w ręku, podeszła do nas wśród uśmiechów i wielce ceremonialnych ukłonów.
- O, podopieczni w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce? - przemówiła. - Jakże mi miło, że mam zaszczyt. Jakże mi miło! To dobry omen, gdy młodość, nadzieja, uroda trafią w to miejsce i nie wiedzą, co dalej wyniknie.
- Jakaś wariatka - szepnął Ryszard nie spodziewając się, że tamta może go usłyszeć.
- Racja! Wariatka, młody panie! - podchwyciła tak żywo, że chłopiec się zawstydził. - Ja również byłam podopieczną sądu i nie wariatką - ciągnęła z uśmiechem i głębokim ukłonem po każdym krótkim zdaniu. - Miałam młodość. I nadzieję. I, śmiem sądzić, urodę. To wszystko mało znaczy. Bardzo mało. Mnie nie przydało się na nic. Nie ocaliło. Teraz mam zaszczyt uczęszczać na rozprawy. Regularnie. Z moimi dokumentami. Oczekuję sądu. Wkrótce. W dzień Sądu Ostatecznego. Odkryłam, że szósta pieczęć wspomniana w objawieniu to wielka pieczęć kanclerska. Dawno została złamana. Bardzo dawno! Zechciejcie przyjąć moje błogosławieństwo.
Ada była trochę wystraszona, więc aby udobruchać nieco starą, powiedziałam, że jesteśmy jej serdecznie wdzięczni.
- Tak... Naturalnie - odparła krygując się wdzięcznie. - Na to liczyłam. A oto Kenge Najwymowniejszy. Ze swoimi dokumentami. Jakże się miewa wasza dostojna dostojność?
- Nieźle, wcale nieźle - powiedział adwokat i ruszył w drogę powrotną do swojej kancelarii. - Nie naprzykrzałabyś się lepiej, zacna duszo.
- Skąd znowu - podchwyciła. - Ja nie naprzykrzam się nigdy. Tym dwojgu młodym mogę zapisać majątek. Naprzykrzaniem się nie można tego nazwać. Prawda? Oczekuję sądu. Wkrótce. W dzień Sądu Ostatecznego. To dobry omen dla was. Przyjmijcie, dziatki, moje błogosławieństwo.
Przystanęła u stóp schodów - szerokich, kamiennych schodów - a gdy obejrzeliśmy się z górnego ich stopnia, była na miejscu i mówiła uśmiechając się i kłaniając głęboko pomiędzy krótkimi zdaniami:
- Młodość. I nadzieja. I uroda. I sąd kanclerski. I Kenge Najwymowniejszy! Ha! Zechciejcie przyjąć moje błogosławieństwo.