Samotnia - Charles Dickens

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

W swoim czasie pewien sędzia kanclerski był łaskaw poinformować mnie, jako jednego z grona blisko stu pięćdziesięciu osób, nie podejrzanych bynajmniej o zaburzenia umysłowe, że sąd kanclerski, przedmiot wielu uprzedzeń (w tym miejscu odniosłem wrażenie, iż sędzia spogląda ku mnie z ukosa), jest mimo wszystko bliski doskonałości. Słuszne bywały może - przyznał ów sędzia - pewne drobne zarzuty przeciwko tempu jego pracy, zawierały jednak wiele przesady wynikającej ze skąpstwa naszego społeczeństwa. Do niedawna to skąpe społeczeństwo protestowało uparcie przeciwko powiększeniu liczby sędziów kanclerskich, którą ustalił, o ile się nie mylę, Ryszard II - lecz równie dobrze mógłby ustalić każdy inny król.

Wydało mi się to żartem zbyt ponurym, by pomieścić go w treści "Samotni". W przeciwnym razie musiałbym przypisać te słowa Kenge'owi Najwymowniejszemu bądź panu Vholesowi, bowiem jeden czy drugi mógłby zapewne być autorem czegoś w podobnym sensie. W takich ustach miałbym prawo połączyć ów ponury żart z bardzo odpowiednim cytatem z Szekspirowskiego sonetu:

Natura moja nosi, widać, ślady

Mego zajęcia, jak ręce farbiarzy.

Więc się ulituj i nie skąp mi rady.

Ale uważam za wskazane, aby skąpe społeczeństwo wiedziało, co działo się i dzieje nadal w tej dziedzinie, wobec czego nadmienię, że wszystko, co na kartach tej powieści ma związek z sądem kanclerskim, jest prawdą lub mieści się w granicach prawdy. Sprawa Gridleya nie różni się zasadniczo od innej, rzeczywistej, z którą zapoznał opinię publiczną ktoś bezinteresowny, związany z wydarzeniami zawodowo, a więc dokładnie obznajmiony z potwornymi krzywdami od ich początku do końca. Obecnie toczy się w sądzie kanclerskim proces rozpoczęty przed blisko dwudziestoma laty, w którym na jednej rozprawie występuje czasami trzydziestu do czterdziestu adwokatów, a koszty już urosły do sumy siedemdziesięciu tysięcy funtów. Jest to proces familijny i, jak zapewniają wtajemniczeni, nie bliższy dziś zakończenia niż w dniu, gdy się rozpoczął. Inny szeroko znany i nie rozstrzygnięty jeszcze proces miał swój początek u schyłku minionego stulecia, a w tym przypadku koszty pochłonęły kwotę wyższą niż dwakroć siedemdziesiąt tysięcy. Gdyby kiedykolwiek były mi potrzebne inne dowody prawdopodobieństwa procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce, potrafiłbym sypać nimi jak z rękawa, ku wstydowi... skąpego społeczeństwa.

Jeszcze jedna kwestia wymaga kilku słów wyjaśnienia. Po opisanej w "Samotni" śmierci pana Krooka kwestionowano możliwość tego, co nazwałem samozapłonem. Mój dobry przyjaciel, pan Lewes (który, jak sam odkrył rychło, mylił się przypuszczając, że możliwość taką wykluczyły wszelkie autorytety), opublikował kilka dowcipnych, adresowanych do mnie listów wykazujących, iż samozapłon jest niepodobieństwem. Nie muszę chyba zapewniać, że nie mam zwyczaju wprowadzać w błąd czytelników złośliwie czy też przez niedbalstwo i że przed opisaniem zgonu pana Krooka nie żałowałem starań, by tę kwestię zbadać. Kroniki notują około trzydziestu podobnych przypadków, a ofiarą najgłośniejszego z nich była hrabina Cornelia de Bandi Cesenate. Zbadał go wnikliwie i zrelacjonował Giuseppe Bianchini, prebendariusz z Werony (znany z innych pism), a swoje sprawozdanie opublikował drukiem w Weronie w roku 1731, następnie zaś powtórnie w Rzymie. Nie nastręczające uzasadnionych wątpliwości, zaobserwowane w tym przypadku zjawiska odpowiadają ściśle zjawiskom, jakie występują w przypadku pana Krooka. Drugi równie głośny przypadek zdarzył się w Rheims, o kilka lat wcześniej, a kronikarzem jego był Le Cat, jeden z najsłynniejszych lekarzy, jakich wydała Francja. Ofiarą padła kobieta, której mąż został skazany za jej morderstwo, następnie jednak uniewinniony przez sąd wyższej instancji, gdy przewód sądowy wykazał, iż zgon nastąpił skutkiem tego, co nazywamy samozapłonem. Nie czuję potrzeby, by uzupełniać czymkolwiek te znane fakty oraz przytoczone z okazji debat nad śmiercią pana Krooka bliższe naszych czasów opinie wybitnych profesorów medycyny, francuskich, angielskich i szkockich . Poprzestanę na uwadze, iż nie odstąpię od potrzebnych mi faktów, pokąd gwałtowny samozapłon nie pochłonie świadectw, na których podstawie tworzą się zazwyczaj opinie o ludzkich sprawach.

W "Samotni" celowo dobywam często na jaw romantyczną stronę rzeczy zwyczajnych.

ROZDZIAŁ IV

FILANTROPIA PRZEZ TELESKOP

W swojej kancelarii pan Kenge poinformował nas, że mamy przenocować u pani Jellyby, a następnie zwrócił się do mnie, mówiąc, iż bez wątpienia wiem, kto to jest pani Jellyby.

- Nie wiem doprawdy, proszę pana - odrzekłam. - Może pan Carstone albo panna Clare...

Nie! I oni nie słyszeli nigdy o pani Jellyby.

- Niepodobna! - Prawnik ustawił się plecami do ognia i jął przebiegać wzrokiem pokryty kurzem dywan przed kominkiem, jak gdyby wypisano tam życiorys pani Jellyby. - Pani Jellyby to dama obdarzona niezwykłą siłą charakteru i oddana bez reszty sprawom publicznym. W rozmaitych okresach czasu poświęcała się bardzo rozmaitym takim sprawom, obecnie zaś, jeżeli nie zainteresowało już jej coś innego, jest pochłonięta Afryką jako taką, a w szczególności kultywowaniem kawy oraz tubylców i osiedlaniem na brzegach afrykańskich rzek nadwyżek naszej ludności. Pan Jarndyce, który rad pomaga wszelkim poczynaniom uchodzącym za dobre, ma, jak mi się zdaje, nad wyraz wysokie mniemanie o pani Jellyby.

Pan Kenge poprawił halsztuk i spojrzał w naszą stronę.

- A pan Jellyby, mecenasie? - odezwał się Ryszard.

- Pan Jellyby... Ha! Niepodobna chyba scharakteryzować go lepiej niż mówiąc, że jest małżonkiem pani Jellyby.

- To znaczy, okrągłe zero? - podchwycił chłopiec z wielce domyślną miną.

- Tego nie twierdzę - podjął z powagą adwokat. - O panu Jellyby nic powiedzieć nie mogę, gdyż absolutnie nic o nim nie wiem. Świadomie nie miałem nigdy przyjemności oglądać tego dżentelmena. Może to być człowiek wybitny, lecz, że się tak wyrażę, całkowicie przesłonięty bardziej błyskotliwymi cechami swojej żony.

Następnie pan Kenge począł tłumaczyć, że nocna jazda do Samotni byłaby bardzo długa i uciążliwa - zwłaszcza że w tym dniu odbyliśmy już bliższe lub dalsze podróże. A więc pan Jarndyce osobiście zaproponował nocleg u pani Jellyby, przed której domem stawi się nazajutrz rano ekwipaż, który wywiezie nas z Londynu. Później potrząsnął małym dzwonkiem i do pokoju wszedł młody człowiek. Pan Kenge zapytał go, posługując się nazwiskiem Guppy, czy kufry oraz inne bagaże panny Summerson zostały przetransportowane, jak należy. Pan Guppy odpowiedział, że tak - bagaże zostały przetransportowane, jak należy, ponadto zaś czeka powóz, który i nas może przetransportować w każdej chwili.

- A zatem nie pozostaje mi nic więcej - ciągnął adwokat i kolejno jął ściskać nam dłonie - niż wyrazić szczere ukontentowanie (uniżony sługa, panno Ado) z tak pomyślnie zakończonych spraw dnia dzisiejszego (do widzenia, panno Summerson, do widzenia) i głęboką wiarę, iż będzie to szczęśliwe rozwiązanie (miło mi, że miałem zaszczyt poznać drogiego pana) dla wszystkich stron zainteresowanych. Guppy! Dopilnuj, aby państwo dojechali tam szczęśliwie.

- Gdzie to jest "tam", panie Guppy? - zapytał Ryszard, gdy schodziliśmy po schodach.

- Niedaleko - padła odpowiedź. - Zaraz po drugiej stronie Thavies Inn. Wie pan, prawda?

- Szczerze mówiąc, nie wiem, bo dziś przyjechałem z Winchesteru i Londynu nie znam zupełnie.

- Zaraz za rogiem skręcimy w Chancery Lane, a później przez Holborn znajdziemy się na miejscu w ciągu czterech minut. Droga prosta i krótka - wyjaśnił kancelista i zaraz zwrócił się do mnie. - Co teraz powie pani na tę naszą londyńską specjalność? - zapytał najwyraźniej zadowolony z niej przez wzgląd na mnie.

- Istotnie mgła jest niezwykle gęsta - powiedziałam.

- Ale pani nie szkodzi, prawda? - ciągnął podnosząc stopień powozu. - Przeciwnie! Sądząc z pani wyglądu, musi raczej służyć pani.

Zdałam sobie sprawę, że to miał być komplement, więc bezgłośnie roześmiałam się z samej siebie i swoich rumieńców, kiedy pan Guppy zatrzasnął drzwiczki pojazdu i usadowił się na koźle, my zaś poczęliśmy gawędzić żartobliwie na temat własnych przeżyć oraz osobliwości Londynu. Za łukiem wielkiej bramy skręciliśmy ku miejscu przeznaczenia - wąskiej uliczce obudowanej wysokimi domami, która wydała mi się podłużną cysterną do przechowywania mgły. Niebawem powóz zatrzymał się pośród sporej gromadki ludzi - przeważnie dzieci - krzątających się niespokojnie przed domem, na którego drzwiach była zaśniedziała mosiężna tabliczka ozdobiona napisem: JELLYBY.

Pan Guppy odwrócił się ku nam z kozła.

- Proszę się nie obawiać - powiedział. - To jedno z małych Jellyby wetknęło głowę pomiędzy żelazne sztachety ogrodzenia i ugrzęzło.

- Biedne dziecko! - zawołałam. - Niech pan będzie łaskaw wypuścić mnie z powozu.

- Zechce pani uważać na siebie - odparł młody człowiek. - Te dzieci zawsze i nieustannie miewają różne przygody.

Zbliżywszy się do biednego malca stwierdziłam, że to najbardziej chyba brudny nieszczęśnik, jakiego zdarzyło mi się widzieć. Był rozgorączkowany, wystraszony i beczał głośno, a jego szyja tkwiła między dwoma żelaznymi prętami sztachet, które okalały wykop przed kuchnią mieszczącą się w suterenie. Mleczarz oraz sługa kościelny w najpoczciwszych zapewne zamiarach usiłowali wyciągnąć chłopczyka za nogi, ulegając zapewne złudzeniu, iż jego głowa może być elastyczna. Uspokoiwszy cokolwiek biedaka, stwierdziłam, że ma wyjątkowo dużą głowę, wywnioskowałam więc, że tam, gdzie ona przeszła, musi przejść także reszta ciała. Wobec tego napomknęłam, że najłatwiej będzie uwolnić malca popychając go do przodu. Mleczarz i sługa kościelny przyjęli moją opinię tak życzliwie, że niezwłocznie zepchnęliby chłopca do wykopu przed oknami kuchni, gdybym nie przytrzymała go za fartuszek. Ryszard i pan Guppy pobiegli tymczasem przez kuchnię do wykopu, aby pochwycić tam ofiarę, gdy zostanie wyzwolona. Ostatecznie malec wylądował bez nieszczęśliwego przypadku i natychmiast jął okładać młodego kancelistę adwokackiego używając w tym celu pałeczki do popędzania kółka.

Na razie nie pojawił się nikt z domowników, oprócz jakiejś osoby w drewnianych chodakach, która uprzednio szturchała od dołu biedne dziecko miotłą - nie wiem doprawdy, w jakim celu, i bardzo wątpię, czy ona sama wiedziała. Wywnioskowałam stąd, że pani Jellyby nie zastaliśmy w domu, a więc zdziwiłam się, gdy ta sama osoba (już bez drewnianych chodaków) spotkała nas w przedpokoju i zaprowadziwszy na piętro wkroczyła do bawialni, aby zaanonsować:

- Są te dwie panienki, psze pani!

Po drodze przez schody z trudnością ominęłyśmy po ciemku kilkoro dzieci w różnym wieku, a w chwili gdy stawałyśmy przed obliczem pani domu, jedno z maleństw stoczyło się z wielkim hałasem po kilku stopniach aż na podest, jak mi się zdawało.

Pani Jellyby przyjęła nas z idealnym spokojem, a jej twarz - w przeciwieństwie do naszych - nie wyrażała zakłopotania lub troski, gdy biedne dziecko głową liczyło schodki: siedem, jak powiedział później Ryszard, bez końcowego zderzenia z podestem. Pani Jellyby - bardzo niska i pulchna, przystojna kobietka między czterdziestką a pięćdziesiątką - miała oczy ładne, lecz zdradzające szczególny nawyk, by spoglądać gdzieś niezmiernie daleko, jak gdyby - cytuję znowu Ryszarda - nie dostrzegała rzeczy położonych bliżej niż Afryka.

- Miło mi, nad wyraz miło, że mogę przyjąć panie pod swój dach - zaczęła przyjemnym głosem. - Pan Jarndyce cieszy się moim głębokim szacunkiem, a więc nie może mi być obojętny nikt, kto stanowi przedmiot jego zainteresowania.

Podziękowałyśmy uprzejmie i zasiadły niedaleko drzwi, gdzie stała okulawiona, stara kanapa. Pani Jellyby miała bujne, ładne włosy, ale czas potrzebny na ich czesanie pochłaniały zapewne afrykańskie obowiązki. Szal, którym była niedbale okryta, został na oparciu krzesła, gdy wstała, aby nas powitać, kiedy zaś wracała, nie mogłyśmy nie zauważyć, że bluzkę ma nie dopiętą na plecach, a widoczna w szparze sznurówka gorsetu przypomina wzór, jaki tworzą zazwyczaj szczebelki drewnianej altany.

Pokój zaśmiecony szpargałami i zajęty niemal w całości przez wielki stół do pisania (również pokryty szpargałami) był, muszę przyznać, nie tylko nieporządny, lecz również wyjątkowo brudny. Stwierdziłyśmy to zmysłem wzroku w czasie, gdy zmysł słuchu informował nas, że niedaleko, najprawdopodobniej w kuchni, ktoś ucisza biedne dziecko, które dopiero co stoczyło się ze schodów. Ogień wygasł, a w palenisku kominka widać było jedynie popiół, kilka drewienek oraz pogrzebacz.

Najżywiej jednak zaciekawiła nas młoda dziewczyna - mizerna i o chorowitym wyglądzie, chociaż wcale niebrzydka - która siedząc za stołem gryzła obsadkę pióra i nie odrywała od nas wzroku. Myślę, że nikt i nigdy nie był aż tak wyplamiony atramentem. Ponadto od zmierzwionych włosów do kształtnych stóp, oszpeconych przez atłasowe podarte pantofle ze zdeptanymi obcasami, dziewczyna nie miała na sobie nic - bodajby szpilki - co byłoby w nienagannym stanie lub znajdowałoby się na właściwym miejscu.

- Zastały mnie drogie panie - mówiła pani Jellyby objaśniając dwie grube świece, które płonęły w cynowych lichtarzach i przepełniały pokój mocnym zapachem topniejącego łoju - zastały, jak zawsze, przy wytężonej pracy, liczę jednak, że zechcecie mi to wybaczyć. Afryka i związane z nią plany pochłaniają mnie obecnie bez reszty. Stwarzają konieczność obszernej korespondencji z instytucjami publicznymi oraz z prywatnymi osobami, którym leży na sercu dobro ludności całego kraju. Z zadowoleniem mogę powiedzieć, iż przedsięwzięcie to postępuje naprzód i według wszelkiego prawdopodobieństwa za rok od stu pięćdziesięciu do dwustu szczęśliwych rodzin będzie uprawiać kawę i oświecać krajowców z terytorium Borriobula-Ga, położonego na lewym brzegu rzeki Niger.

Ada nie odezwała się, lecz spojrzała na mnie, więc powiedziałam, że takie perspektywy muszą być zachęcające.

- Tak! - podjęła pani domu. - Są nader zachęcające! Sprawa wymaga ode mnie całej energii, na jaką zdobyć się potrafię, ale to nic. Rzecz w tym, by sukces uwieńczył przedsięwzięcie, a sukcesu jestem obecnie coraz bardziej pewna, niemal z dnia na dzień. Wie pani co? - zwróciła się do mnie. - Jestem, przyznać muszę, prawie zdziwiona, że pani nie pomyślała dotąd o Afryce.

Zaskoczona tak nieoczekiwanym obrotem sprawy, nie bardzo wiedziałam, jak zareagować, więc bąknęłam, że jednak klimat...

- Klimat! - podchwyciła dama. - Najcudowniejszy w świecie.

- Naprawdę, proszę pani?

- Z wszelką pewnością. Przy zachowywaniu środków ostrożności. Może pani wyjść na Holborn i nie stosując środków ostrożności zostać przejechaną. Może pani wyjść na Holborn i stosując środki ostrożności nie zostać przejechaną. To samo odnosi się do Afryki.

- Niewątpliwie - przyznałam w odniesieniu do Holborn.

- Chwilowo może zechcą panie rzucić okiem na ten okólnik... - podjęła pani Jellyby podsuwając nam jakieś papiery - ...i ten, szerzej traktujący temat. Obydwa są szeroko rozpowszechniane. Ja tymczasem doprowadzę do końca list, który właśnie dyktowałam... Moja najstarsza córka, a zarazem sekretarka.

Siedząca za stołem dziewczyna dała spokój ogryzaniu pióra i nieśmiało, a zarazem posępnie, pokwitowała prezentację ukłonem.

- Wówczas - ciągnęła pani domu z przyjemnym uśmiechem - zakończę pracę na razie, bo moja praca nie kończy się nigdy. Gdzie stanęłyśmy, Caddy?

- ...wyrazy szacunku i w związku... - wyrecytowała Caddy.

- ...w związku z listem szanownego pana w kwestii afrykańskiego przedsięwzięcia, uprzejmie komunikuję... - zaczęła dyktować pani Jellyby. - Nie, Pip! Teraz nie można! Absolutnie!

Pip (zapewne sam się tak nazwał) to, jak się okazało, biedny chłopczyna, który niedawno spadł ze schodów, a obecnie przyszedł z plastrem na czole, by zademonstrować potłuczone kolana. Budziły one współczucie, lecz nie wiedziałyśmy ani ja, ani Ada, czy bardziej z racji sińców, czy też brudu.

- Pip! Nieznośny jesteś. Idź sobie! - dodała pani domu z niezmąconym spokojem, z jakim mówiła wszystko, a spojrzenie tych swoich ładnych oczu skierowała znów ku odległej Afryce.

Następnie przystąpiła do dyktowania, ja zaś nie przerywając jej wcale zawróciłam po cichu wychodzącego z pokoju Pipa, aby wziąć go na kolana i zaopiekować się biedaczkiem. Zrobił bardzo zdziwioną minę i zdumiał się jeszcze bardziej, gdy pocałowała go Ada. Jednakże uspokoił się rychło i popłakując coraz rzadziej i ciszej ucichł wreszcie w moich objęciach i zasnął. Byłam zajęta Pipem, więc szczegóły dyktowanego listu uszły mojej uwagi, lecz odniosłam ogólne wrażenie, iż wobec Afryki - najważniejszej z najważniejszych - wszystko inne jest absolutnie bez znaczenia, i wstyd mi się zrobiło, że dotychczas tak mało myślałam o tym kontynencie.

- Szósta! - przemówiła wreszcie pani domu. - Obiad jadamy o piątej, ma się rozumieć teoretycznie, bo w praktyce siadamy do stołu o fantastycznych porach. Caddy! Pokaż pokoje pannie Clare i pannie Summerson. Zapewne panie zechcą się przebrać, a mnie wybaczą dotychczasowy strój, bo jestem zbyt zajęta, by dbać o takie sprawy. Ach! Ten uprzykrzony chłopiec! Niechże go pani gdzieś odłoży! - zwróciła się do mnie.

Poprosiłam, by wolno mi było zatrzymać Pipa, który (zgodnie z prawdą) nie sprawiał mi najmniejszego kłopotu, zaniosłam go na piętro i ułożyłam na swoim łóżku. Dostałyśmy dwa pokoje na piętrze sąsiadujące ze sobą i połączone drzwiami. Były skąpo umeblowane i wyjątkowo niechlujne, w moim oknie firankę przymocowano widelcem.

- Pewnie przydałaby się paniom gorąca woda? - zapytała panna Jellyby i na próżno jęła rozglądać się za dzbankiem, który miałby ucho.

- Gdyby to nie sprawiło kłopotu... - odrzekłyśmy zgodnie.

- Najmniejszego - podchwyciła - jeżeli naturalnie jest w domu gorąca woda.

Wieczór był bardzo zimny, a pokoje tak cuchnęły stęchlizną, że zrobiło mi się przykro, Ada zaś była bliska płaczu. Jednakże roześmiałyśmy się wkrótce i dziarsko zabrały do rozpakowywania, gdy panna Jellyby wróciła, by oznajmić, że bardzo jej przykro, ale gorącej wody nie ma, bo czajnika nie można nigdzie znaleźć, a kuchenny kocioł nie nadaje się do użytku.

Odpowiedziałyśmy, że to drobiazg bez znaczenia, i zaczęłyśmy się krzątać żywo, by jak najprędzej zejść na parter, do ognia. Wszelako wszystkie drobne dzieci zebrały się na podeście, aby podziwiać osobliwe dla nich zjawisko, to jest Pipa spoczywającego na moim łóżku. Naszą uwagę rozpraszały wciąż dziecięce nosy i palce zagrożone srogim niebezpieczeństwem. Niepodobna było zamknąć drzwi jednego ani drugiego pokoju, gdyż u moich klamka nie dała się poruszyć, u Ady zaś obracała się gładko, ale bez zamierzonego skutku. Wobec tego zaproponowałam dzieciom, by weszły i bardzo grzecznie zasiadły dokoła stołu, a ja doprowadzając garderobę do porządku opowiem bajeczkę o Czerwonym Kapturku. Tak się też stało. Dzieci słuchały cicho jak myszki, nie wyłączając Pipa, który szczęśliwie obudził się, zanim wilk wkroczył na scenę.

Wreszcie zeszłyśmy na dół po schodach, które oświetlał stojący na oknie kubek z napisem "Pamiątka z Tunbridge Wells", opatrzony knotem pływającym w oleju. W bawialni połączonej otwartymi teraz drzwiami z pokojem do pracy pani domu, młoda kobieta o twarzy opuchniętej i owiniętej flanelowym bandażem próbowała rozniecić ogień na kominku i dmuchając na żar krztusiła się okropnie. Dymił tak, że wszyscy zaczęliśmy wnet kasłać i płakać, a okna trzeba było otworzyć na pół godziny. Pani Jellyby z charakterystycznym dla niej niezmąconym spokojem poświęciła ów czas dyktowaniu listów w sprawie Afryki. Fakt, iż była tak zajęta, cieszył mnie, przyznaję, bo Ryszard opowiadał tymczasem, że ręce musiał umyć w brytfannie, a czajnik znaleziono ostatecznie na gotowalni w jego pokoju. Ubawił tym Adę i obydwoje poczęli chichotać tak, że i ja nie byłam w stanie pohamować śmiechu.

Niedługo po siódmej, kiedy wchodziliśmy do sutereny na obiad, pani Jellyby ostrzegała nas troskliwie, gdyż chodnik na schodach miał poważne braki w mocujących go prętach, ponadto zaś był tak podarty, że stanowił istną sieć pułapek. Podano smakowite dorsze, rostbef, kotlety i na deser pudding - obiad sam w sobie doskonały, gdyby potrawy były przyrządzone należycie, nie prawie surowe. Usługiwała młoda kobieta z twarzą pod flanelowym bandażem i wszystko rzucała jak popadło na stół, gdzie salaterki oraz półmiski zostawały, pokąd nie odstawiła ich na stopnie schodów. Osoba, którą pierwszy raz zobaczyłam w drewnianych chodakach (kucharka, jak należało przypuszczać), raz po raz wkraczała do jadalni i gromiła młodą kobietę z obandażowaną twarzą, co wskazywało, że między służbą panują naprężone stosunki.

Podczas obiadu, który trwał długo z racji nieprzewidzianych wydarzeń - kiedy na przykład salaterka z ziemniakami trafiła przypadkowo do skrzyni na węgiel lub rączka korkociągu oberwała się i ugodziła służącą w podbródek - pani Jellyby była, jak zazwyczaj, opanowana i zrównoważona. Opowiadała różne interesujące szczegóły o krajowcach z Borriobula-Ga i wieczorną pocztą otrzymała tak wiele listów, że Ryszard zliczył aż cztery koperty, które jednocześnie znalazły się w sosjerce. Część korespondencji pochodziła od niewieścich komitetów i te czytała nam tak, jak mogłaby odczytywać rezolucje, zapadające na rozmaitych zebraniach. Inne pisali ludzie z tych czy innych racji zainteresowani uprawą kawy oraz oświecaniem krajowców. Niektóre wymagały odpowiedzi, toteż pani domu trzykrotnie odprawiała od stołu swoją pierworodną celem ich napisania.

W tym czasie zastanawiałam się po trosze, kim może być potulny, łysawy dżentelmen w okularach, który już po uprzątnięciu ryby zajął wolne krzesło przy stole (miejsca nie były wyznaczone). Odnosiłam wrażenie, iż biernie podporządkowuje się krajowcom z Borriobula-Ga, nie zdradza jednak czynnego zainteresowania przyszłym osadnictwem. Nie odzywał się ni słowem, a zatem sam mógłby być krajowcem, gdyby nie kolor skóry. Dopiero kiedy odeszłyśmy od stołu, a on pozostał sam z Ryszardem, zaświtała mi w głowie myśl, iż najprawdopodobnie jest to pan Jellyby. Tak było istotnie! A niejaki pan Quale - młody człowiek o guzowatych skroniach i włosach sczesanych na tył głowy - który zjawił się później wieczorem i przedstawił Adzie jako filantrop, powiedział jej, że związek małżeński państwa Jellyby określa mianem unii ducha z materią.

Ów pan Quale miał wiele do powiedzenia o Afryce oraz własnym projekcie, by nauczać uprawiających kawę osadników, jak nauczać krajowców wytaczania nóg do fortepianu, co zapoczątkowałoby lokalny handel wywozowy. Ponadto rad wyciągał na słówka panią domu mówiąc na przykład: "Szanowna pani otrzymuje codziennie sto pięćdziesiąt do dwustu listów w kwestii afrykańskiej. Nie mylę się, prawda?" - albo: "O ile mnie pamięć nie zawodzi, szanowna pani wspomniała, że w swoim czasie wysłała aż pięć tysięcy okólników naraz z jednego urzędu pocztowego. Nie mylę się, prawda?" Później powtarzał nam zawsze odpowiedź pani Jellyby - zupełnie jak tłumacz. Przez cały wieczór pan Jellyby siedział w kącie z głową wspartą o ścianę, niby ktoś w stanie głębokiej depresji. Dowiedziałyśmy się później, że po obiedzie, kiedy został w jadalni sam z Ryszardem, kilka razy otwierał usta, jak gdyby zamierzał coś powiedzieć, lecz ku wielkiemu zakłopotaniu Ryszarda zamykał je nie odezwawszy się słowem.

Natomiast pani Jellyby zasiadała przez cały wieczór w wygodnym gniazdku z podartych szpargałów, piła kawę i od czasu do czasu dyktowała najstarszej córce. Prowadziła też z młodym filantropem obszerną dyskusję na temat - jeżeli dobrze zrozumiałam - czegoś, co nazywali Bractwem Przyjaciół Ludzkości, przy tej sposobności dawała wyraz licznym, najbardziej podniosłym uczuciom. Niestety, nie byłam słuchaczką tak uważną, jak mogłabym sobie życzyć, ponieważ Pip oraz jego siostrzyczki i braciszkowie gromadnie opadli w kącie bawialni Adę i mnie domagając się następnej bajki. Siedziałyśmy więc pośród dzieci i szeptem opowiadały o Kocie w butach i licho wie o czym, do czasu gdy pani Jellyby przypomniała sobie nagle o potomstwie i wyprawiła je na nocny spoczynek. Pip podniósł lament domagając się, abym ja położyła go spać, więc zaniosłam malca na piętro, gdzie młoda kobieta z twarzą pod flanelowym bandażem zaatakowała niczym smok młodocianą gromadkę i porozrzucała dzieci do łóżeczek.

Później zajęłam się jakim takim uporządkowaniem naszych pokoi i staraniami, by zmusić do palenia się oporny ogieniek, który wreszcie rozgorzał jasnym płomieniem. Po powrocie na parter odczułam, że pani Jellyby spogląda na mnie z góry i karci wzrokiem moją płochość; zrobiło mi się trochę przykro, zarazem jednak uprzytomniłam sobie, iż obejdę się łatwo bez wygórowanych ambicji.

Dochodziła północ, gdy udało nam się pójść na piętro i zostawić w bawialni matkę i córkę, z których pierwsza popijała kawę pośród swoich szpargałów, druga ogryzała z uporem obsadkę pióra.

- Cudaczny dom, prawda? - powiedziała Ada. - Dziwię się, że mój kuzyn Jarndyce przysłał nas właśnie tutaj!

- Ja też się dziwię, kochanie - odpowiedziałam. - Bardzo pragnęłabym zrozumieć to wszystko i nie potrafię.

- Co? - zapytała z tym swoim ślicznym uśmiechem.

- Wszystko, moja droga. Wszystko! Chyba to bardzo pięknie, że pan Jarndyce popiera afrykańskie przedsięwzięcie, korzystne być może dla krajowców, ale... Ale Pip i całe gospodarstwo tutaj!

Stałyśmy przed ogniem na kominku. Ada roześmiała się i zarzuciwszy mi ręce na szyję powiedziała, że jestem taka spokojna, dobra, kochana i zupełnie podbiłam jej serce.

- Dbasz o wszystko i taka jesteś pogodna, radosna! - ciągnęła. - I tyle robisz bez zamętu ani hałasu! Nawet z tego tu potrafiłabyś zrobić dom rodzinny!

Moja naiwna, kochana! Nie zdawała sobie sprawy, że wychwala tylko siebie i z niezwykłej dobroci własnego serca mnie tak wysoko ocenia.

- Wolno zadać ci jedno pytanie? - podjęłam, gdy zasiadłyśmy w pobliżu kominka.

- Jedno? Nawet pięćset.

- Wiesz, jak wiele zawdzięczam twojemu kuzynowi. Czy mogłabyś go opisać?

Odgarnęła z czoła złociste loki i spojrzała na mnie z tak osobliwymi, roześmianymi błyskami w oczach, że zdziwiło mnie nie wiem co bardziej - jej uroda czy zachowanie.

- Estero! - zawołała.

- Co takiego, kochanie?

- Chcesz, abym opisała ci mojego kuzyna?

- Tak. Przecież nigdy go nie widziałam.

- Ja też nigdy go nie widziałam.

To dopiero historia!

Rzeczywiście Ada nie widziała go nigdy. Była małym dzieckiem, gdy jej mamusia umarła, ale pamięta doskonale, iż mamusia prawie ze łzami mówiła o tym kuzynie i jego szlachetnej szczodrości, twierdząc, iż to człowiek, któremu można ufać bardziej niż komukolwiek innemu. Toteż Ada ufała mu bez granic. Przed niewieloma miesiącami kuzyn Jarndyce napisał do niej "szczery, pełen prostoty list" - jak się wyraziła. Wysunął realizowany obecnie projekt i dodał, że "taki stan rzeczy może z czasem wygoić rany zadane przez nieszczęsny proces w sądzie kanclerskim". Odpisała przyjmując propozycję z wdzięcznością. Ryszard otrzymał bardzo podobny list i odpowiedział tak samo. On przynajmniej widział tego kuzyna - widział tylko raz, w szkole w Winchester, przed pięcioma laty. Powiedział Adzie, gdy pierwszy raz zobaczyłam obydwoje przed kominkiem na tle ekranu, że to "rubaszny, czerstwy jegomość". Bardziej szczegółowego opisu Ada nie potrafiła mi podać.

To wszystko dało mi tyle do myślenia, że kiedy moja kochana zasnęła, pozostałam przed kominkiem, aby medytować i medytować o Samotni, a także o tym, jak niezmiernie odległy wydaje mi się wczorajszy ranek. Nie bardzo wiem, dokąd zawędrowały moje myśli, gdy stukanie przywołało je do rzeczywistości.

Cichutko uchyliłam drzwi i zobaczyłam pannę Jellyby, która dygocąc z chłodu stała z kieliszkiem do jaj w jednej ręce i uszkodzonym lichtarzem z nadłamaną świecą w drugiej.

- Dobranoc - bąknęła posępnie.

- Dobranoc - odpowiedziałam.

- Można wejść? - zapytała nieoczekiwanie tym samym posępnym tonem.

- Naturalnie. Tylko proszę nie obudzić panny Clare.

Nie chciała usiąść, lecz stanęła przed ogniem i jęła zanurzać umazany atramentem palec w kieliszku zawierającym ocet, aby rozmazywać atramentowe plamy na twarzy, a krzywiła się przy tym i minę miała wielce pochmurną.

- Niech licho porwie Afrykę! - odezwała się nagle i podchwyciła prędko, gdy usiłowałam zaprotestować: - Tak! Mówię serio i niech się pani ze mną nie spiera. Nienawidzę Afryki! Jest wstrętna!

Powiedziałam dziewczynie, iż żal mi jej, ponieważ jest bardzo zmęczona, a następnie dodałam musnąwszy dłonią jej czoło, że jest gorące, lecz do jutra z pewnością ochłodnie. Przez chwilę stała i sapiąc gniewnie mierzyła mnie ponurym wzrokiem. Później odstawiła kieliszek i nieco łagodniej spojrzała w stronę łóżka, na którym leżała Ada.

- Śliczna! - burknęła tym samym szorstkim tonem i nieodmiennie nachmurzona.

Z uśmiechem przyznałam jej rację.

- Sierota, co?

- Tak.

- Ale jest chyba wykształcona? Potrafi tańczyć, grać na jakimś instrumencie, śpiewać... Prawda? Myślę, że zna też francuski, geografię, astronomię, umie szyć i takie rzeczy?

- Niewątpliwie - przytaknęłam znowu.

- A ja nie umiem! Nie umiem nic, tylko pisać! Ciągle piszę i piszę pod dyktando mamy. Jak nie wstyd wam było, jej i pani, przyjść do nas dziś i zobaczyć, że ja jestem zdolna tylko do pisania! To przez złośliwość, co? A zdaje wam się, że jesteście takie udane, dobre!

Zorientowałam się, że biedula jest bliska płaczu, więc bez słowa usiadłam na krześle i objęłam ją spojrzeniem równie - mam nadzieję - życzliwym, jak moje wobec niej uczucia.

- To wstrętne! - ciągnęła. - I pani zdaje sobie z tego sprawę! Cały nasz dom jest wstrętny. I dzieci. I ja jestem wstrętna, a tatuś nieszczęśliwy... Trudno się dziwić! Priscilla pije wciąż, po całych dniach. To wstyd! A pani skłamie, jeżeli powie, że przy obiedzie nic od niej nie poczuła. Jak podawała do stołu, cuchnęło niczym w szynku. Już pani wie o tym wszystkim.

- Nic nie wiem, moja droga - wtrąciłam.

- Nieprawda! Wie pani i proszę nie mówić inaczej!

- Moja droga - zaczęłam - póki nie pozwolisz mi dojść do głosu...

- Już pani doszła! - przerwała. - Niech pani nie opowiada jakichś tam bajeczek!

- Jeżeli nie chcesz mnie wysłuchać... - spróbowałam raz jeszcze.

- Nie chcę.

- Myślę, że chcesz, bo inaczej byłabyś bardzo nierozsądna. Nie wiem, że służąca pije, bo przy stole nie podchodziła do mnie blisko. Ale nie wątpię, moja droga, że mówisz prawdę, której dowiaduję się z przykrością.

- Niech pani nie wyobraża sobie, że to pani zasługa! - burknęła.

- Masz rację - podjęłam. - Byłabym bardzo głupia, gdybym wyobrażała sobie coś podobnego.

Dziewczyna, która stała teraz przy łóżku, nachyliła się i z tą samą wciąż naburmuszoną miną pocałowała Adę. Później wycofała się po cichu, aby przystanąć obok mojego krzesła. Kilka razy westchnęła głęboko, żałośnie, więc żal mi się jej zrobiło, sądziłam jednak, że nie odzywając się postąpię najwłaściwiej.

- Chciałabym nie żyć! - wybuchnęła nieoczekiwanie. - Chciałabym, żebyśmy wszyscy pomarli! Tak byłoby najlepiej dla nas!

W tejże chwili padła obok mnie na kolana, twarz ukryła w fałdach mojej sukni i z płaczem jęła błagać o przebaczenie. Usiłowałam ją pocieszyć jakoś i podnieść z klęczek, ale opierała się rozpaczliwie wołając, że woli tak pozostać.

- Pani uczyła dziewczęta - mówiła. - Szkoda, że nie mnie, bo nauczyłabym się czegoś od pani... Jestem nieszczęśliwa... nieszczęśliwa! A panią bardzo kocham!

Nie mogłam jej nakłonić, by obok mnie usiadła, ostatecznie jednak postawiła odrapany stołeczek tam, gdzie uprzednio klęczała, i przycupnąwszy na nim ukryła znowu twarz w fałdach mojej sukni. W takiej pozie zasnęła wreszcie przemęczona i wyczerpana, a ja lekko uniosłam jej głowę, położyłam na swoich kolanach i ostrożnie otuliłam szalem nas obie. Ogień wygasł rychło i biedna Caddy drzemała tak przez całą noc przed popiołami na kominku. Ja byłam wciąż niemile przytomna i przymykając oczy próbowałam daremnie zagubić się pośród scen dnia minionego. Później, stopniowo, wszystko stawało się coraz bardziej niewyraźne, mgliste. Osoba spoczywająca z głową na moich kolanach traciła tożsamość - raz była to Ada, raz ta czy inna moja przyjaciółka z Reading, z którą rozstałam się tak niedawno i nie mogłam w to jakoś uwierzyć. Później panna Jellyby zmieniła się w zabiedzoną staruszkę z sądu, uśmiechającą się wśród niskich ukłonów, później w jakąś kobietę sprawującą rządy w Samotni. Na koniec stała się nikim i ja stałam się nikim.

Mroczny dzień walczył niemrawo z tumanami mgły, kiedy ocknęłam się i zobaczyłam utkwione w siebie oczy małego widma o brudnej twarzy. To Pip wygramolił się z łóżka, przywlókł do mnie i zziąbł tak w nocnej bieliźnie, że naprawdę dzwonił zębami.

ROZDZIAŁ II

W WIELKIM ŚWIECIE

W owo deszczowe i błotniste popołudnie ograniczymy się do pobieżnego rzutu oka w stronę wielkiego świata. Nie jest on aż tak inny niż sąd kanclerski, by nie uchodziło prześliznąć się gładko z jednego prosto w drugi. Zarówno wielki świat, jak sąd kanclerski należą do instytucji ugruntowanych przeszłością i tradycją - to jak gdyby zaspany Rip Van Winkle, co przez długie lata burzliwej pogody roił dziwaczne marzenia senne, albo śpiąca królewna, którą musi zbudzić błędny rycerz, kiedy w kuchni wszystkie zatrzymane rożny poczną obracać się w nadprzyrodzony sposób.

To niezbyt rozległy świat - drobny punkcik nawet w porównaniu z naszą ziemią, posiadającą przecież swoje granice, o czym każda książęca wysokość przekona się łatwo, jeżeli odbędzie podróż dookoła świata i wróci na to samo pogranicze pustki. Ów świat ma swoje określone miejsce, zawiera wiele dobra i są w nim liczni ludzie zacni i sprawiedliwi. Całe jego zło zasadza się na tym, że stanowi świat zbyt troskliwie i szczelnie owinięty w pakuły lub watę, wobec czego nie może słyszeć pędu większych światów ani też widzieć ich obrotów wokół słońca. Ów świat przypomina ślepy zaułek, a rozwój jego bywa niekiedy chorobliwy z racji niedostatku świeżego powietrza.

Lady Dedlock wróciła właśnie do swojego domu w stolicy, aby spędzić tam niewiele dni poprzedzających wyjazd do Paryża, gdzie jaśnie pani zamierza pozostać kilka tygodni, po których upływie dalsze jej plany są nieznane. Taką wiadomość ku pokrzepieniu paryżan zamieściła dziennikarska kronika towarzyska, która zna się na wszystkim, co tyczy wielkiego świata. Znajomość spraw tyczących innych światów byłaby, oczywiście, w złym tonie. Uprzednio lady Dedlock przebywała w rezydencji, którą w rozmowach z osobami bliskimi nazywa swoją "sadybą" w hrabstwie Lincoln. W hrabstwie Lincoln wody wystąpiły z brzegów. Łuk mostu w parku został przez nie podmyty i obalony. Okoliczna nizina przedstawia pół mili szerokie, zastałe rozlewisko rzeczne o powierzchni sieczonej nieustannie kroplami deszczu i zamiast wysp usianej tu i ówdzie melancholijnymi drzewami. "Sadyba" lady Dedlock wygląda też nader ponuro. Przez wiele dni i nocy pogoda była tak okropna, że drzewa wydają się przemiękłe do rdzenia, a przytłumionym ciosom siekiery gajowego, który podkrzesuje gałęzie, nie towarzyszą zwyczajne w podobnych przypadkach odgłosy. Zmoknięty jeleń czmyha raz po raz z rozrastających się wciąż ruchomych grzęzawisk. W wilgotnym powietrzu traci swą ostrość huk wystrzału z dubeltówki, a dym prochowy ciągnie leniwą smugą ku ukoronowanym kępami drżew pagórkom, które stanowią tło dla strug padającego wciąż deszczu. Widok z okna pokoju lady Dedlock to na przemian albo krajobraz w ołowianych tonach, albo też czerń godna tuszu. Jak dzień długi woda deszczowa przepełnia wazy zdobiące taras przed domem, nocami zaś ciężkie krople stukają nieustannie - puk, puk, puk - o bruk z szerokich płyt kamiennych, który z dawien dawna nosi nazwę Chodnik Widma. W niedzielę mały kościółek w parku jest zatęchły, drewno kazalnicy zdaje się pokrywać kroplami zimnego potu, a całe wnętrze wypełnia woń i posmak starodawnych Dedlocków spoczywających w grobach. Pewnego dnia o świcie jaśnie pani, która jest bezdzietna, spojrzała z okna swojego buduaru w stronę domku gajowego i utraciła resztki pogody ducha, gdy zobaczyła odblask ognia na drobnych szybkach, dym nad kominem oraz ścigane przez kobietę dziecko, które wybiegło w deszcz na spotkanie okutanego w połyskujący wilgocią płaszcz mężczyzny, co mijał właśnie bramę. Lady Dedlock mawiała później, iż "na śmierć się zanudziła".

A zatem jaśnie pani wyjechała ze swojej sadyby w hrabstwie Lincoln pozostawiwszy ją ulewie i wronom, i królikom, jeleniowi, kuropatwom i bażantom. Portrety zmarłych i pogrzebanych Dedlocków zdawały się zapadać smętnie w wilgotne mury, gdy ochmistrzyni wędrując z jednej starej komnaty do drugiej zamykała kolejno okiennice. Kiedy pojawią się znowu? Tego nie potrafiła jeszcze przewidzieć dziennikarska kronika towarzyska, która niby złośliwy chochlik jest wszechwiedząca w sprawach teraźniejszości i przeszłości, ale o sprawach przyszłych nic rzec nie zdoła.

Sir Leicester Dedlock to tylko baronet, ale nie ma dostojniejszego niż on baroneta. Jego ród jest równie stary, jak okoliczne wzgórza, lecz nieskończenie bardziej szacowny niż one. Baronet hołduje zasadniczemu poglądowi, że świat poradziłby sobie jakoś bez wzgórz, lecz niezawodnie zmarniałby bez Dedlocków. Sądzi także, iż przyroda to raczej niezły pomysł (być może wulgarna nieco, jeżeli nie okolona parkowym murem), lecz pomysł, którego wykonanie zależy jedynie od znamienitych rodów osiadłych na wsi. To dżentelmen o nad wyraz wrażliwym sumieniu, pełen odrazy do wszystkiego, co niskie lub podłe, gotów raczej ponieść w każdej chwili najbardziej wymyślną śmierć niż dopuścić do sytuacji, w której jego nieskazitelność mogłaby zostać zakwestionowana w najmniejszym bodaj stopniu. To człowiek honoru, uparty, godny zaufania, mężny, ulegający niezliczonym przesądom i absolutnie pozbawiony zdrowego rozsądku.

Sir Leicester jest o dobre dwadziecia lat starszy od małżonki. Na zawsze pozostawił za sobą sześćdziesiąty piąty rok życia, sześćdziesiąty szósty, może nawet sześćdziesiąty siódmy. Od czasu do czasu trafiają mu się ataki podagry, a jego chód bywa zazwyczaj dosyć sztywny. Ma przyprószone siwizną włosy oraz faworyty, a że zwykł nosić piękną koszulę z gorsem w zakładki, śnieżnobiałą kamizelkę i granatowy surdut zapięty na wszystkie błyszczące guziki, prezentuje się doskonale. Jest ceremonialny, godny i przy wszelkich okazjach niebywale uprzejmy dla jaśnie pani, której osobisty urok szacuje nader wysoko. Ta galanteria wobec lady Dedlock - nie zmieniona od czasów, gdy sir Leicester starał się o jej rękę - stanowi chyba jedyny jego romantyczny kaprys.

Baronet ożenił się naprawdę z miłości. Do dziś krążą nawet pogłoski, iż jaśnie pani nie ma żadnej rodziny, jednakże sir Leicester ma jej przecież tak wiele, że stanowczo obejdzie się bez dodatkowej. Za to jego oblubienica miała urodę, dumę, wielkie ambicje, śmiałość decyzji i rozum w ilościach zdolnych zaćmić cały legion dam najszlachetniej urodzonych. Cechy te pomnożone o bogactwo i znamienitą pozycję wyniosły ją szybko, toteż od lat lady Dedlock stanowi ośrodek zainteresowań dziennikarskiej kroniki towarzyskiej i zajmuje najwynioślejsze miejsce na wierzchołku towarzyskiego drzewa.

Każdy wie - albo przynajmniej powinien do dziś wiedzieć, bo mówi się na ten temat wystarczająco często - jak Aleksander płakał, gdy zabrakło mu świata do podbojów. Natomiast lady Dedlock dokonawszy podboju swojego świata popadła w nastrój punktu nie topliwości, lecz zamarzania. Trofea jej zwycięstw to chłodne opanowanie, niezmącony spokój, pełna zniechęcenia równowaga ducha. Jaśnie pani ma doskonałe maniery. Gdyby jutro miała być żywcem uniesiona do niebios, wstąpiłaby tam bez widocznych objawów radości.

Zachowała dotąd urodę - nie wiośnianą zapewne, ale z pewnością jeszcze nie jesienną. Jej twarz - raczej ładna niegdyś niż piękna - zyskała z biegiem lat bardziej klasyczne rysy dzięki wyrazowi, jaki daje przynależność do wielkiego świata. Sylwetkę ma wytworną i sprawia wrażenie wysokiej. Nie znaczy to, że jest wysoka, ale jak powtarza często jaśnie wielmożny Bob Stables, "wszystkie jej szczegóły są pokazane możliwie najokazalej". Ten sam wysoki autorytet twierdzi, iż lady Dedlock jest wypielęgnowana bez zarzutu, i dodaje (zwłaszcza gdy mowa o jej włosach), że "w całej stadninie nie ma kobiety tak wymuskanej zgrzebłem".

A zatem lady Dedlock wraz z wszystkimi jej doskonałościami opuściła sadybę w hrabstwie Lincoln i tropiona zawzięcie przez dziennikarską kronikę towarzyską, wróciła do swojego domu w stolicy, aby spędzić tam niewiele dni poprzedzających wyjazd do Paryża, gdzie jaśnie pani zamierza pozostać kilka tygodni, po których upływie dalsze jej plany są nieznane. I w owo posępne i błotniste popołudnie do jej domu w stolicy przybywa staromodny dżentelmen w podeszłym wieku, rzecznik stron i uprawniony do występowania przed wysokim sądem kanclerskim, a zarazem adwokat piastujący godność doradcy prawnego Dedlocków, który w swojej kancelarii przechowuje tak liczne żelazne kasety opatrzone owym nazwiskiem, jak gdyby baronet był monetą nieustannie przerzucaną kuglarskim kunsztem od jednej z owych kaset do drugiej. Lokaj w pudrowanej peruce wiedzie sędziwego dżentelmena przed oblicze jaśnie pani poprzez hall i reprezentacyjne schody, i korytarz, i liczne pokoje wielce ożywione w ciągu sezonu, ale nader ponure, gdy sezon minie - poprzez to, co w oczach przybysza wygląda na krainę z baśni, lecz dla stałego mieszkańca jest pustynią.

Dżentelmen w podeszłym wieku jest zaniedbany na pozór i ubrany skromnie, uchodzi wszakże za człowieka bardzo bogatego, który dorobił się znacznie sporządzając arystokratyczne intercyzy przedślubne oraz arystokratyczne testamenty. Spowija go skryty nimb zaufania wielkich rodów i rzeczywiście jest niemą skarbnicą tego zaufania. Bywają dostojne mauzolea tkwiące od stuleci na ustronnych parkowych polanach, pośród rozrosłych bujnie drzew i krzewów, być może jednak żadne z nich nie kryje tylu arystokratycznych tajemnic, ile ów pan Tulkinghorn obnosi w swojej piersi pośród żywych ludzi. Zalicza się on do tak zwanej starej szkoły, co oznacza zazwyczaj każdą szkołę, która od początku nie była młoda, a więc nosi zawsze krótkie spodnie związane wstążkami pod kolanem oraz pończochy lub sztylpy. Szczególna cecha jego czarnych ubiorów i czarnych pończoch polega na tym, że - jedwabne czy wełniane - nie błyszczą nigdy. Matowy, mało widoczny, niewrażliwy na jakikolwiek odblask światła jego strój jest taki właśnie jak on sam. Pan Tulkinghorn nie rozmawia nigdy, jeżeli ktoś nie zwraca się doń o poradę prawną. Czasami widuje się go, gdy milczący, lecz swobodny i nieskrępowany zajmuje skromne miejsca przy obiadowych stołach w takiej czy innej wspaniałej rezydencji wiejskiej albo zasiada niedaleko drzwi w salonach, o których dziennikarska kronika towarzyska miewa wiele do powiedzenia. Znają go tam wszyscy, a połowa Izby Lordów przystaje obok niego, by rzucić: "Witam, panie mecenasie! Jak się pan miewa?" On przyjmuje z powagą takie pozdrowienia i ukrywa je tam, gdzie spoczywa cała reszta jego wiedzy.

Sir Leicester Dedlock bawi właśnie w apartamentach jaśnie pani i rad widzi pana Tulkinghorna. Towarzyszy mecenasowi atmosfera praw nabytych z tytułu zasiedzenia miła zawsze baronetowi, który poczytuje ją za rodzaj hołdu składanego sobie. Podobny hołd widzi również w ubiorze mecenasa, a więc podoba mu się i ów ubiór. Jest poprawny, budzący szacunek, a zarazem ma w sobie coś z liberii dworaka. Przywodzi na myśl jak gdyby ochmistrza prawnych tajemnic Dedlocków czy też szafarza sprawującego pieczę nad ich prawną piwnicą.

Czy pan Tulkinghorn zdaje sobie z tego sprawę? Może tak być, może też nie być, lecz w każdym razie warto zwrócić uwagę na szczególny objaw, który daje o sobie znać we wszystkim kwestiach związanych z lady Dedlock jako osobistością przynależną do swojej kasty lub raczej jedną z grona przywódców i reprezentantów tego małego światka. Jaśnie pani uważa się za istotę nieprzeniknioną, która przebywa poza zasięgiem zwyczajnych śmiertelników, a gdy patrzy na własne odbicie w lustrzanej tafli, rzeczywiście na taką wygląda. Jednakże każda obracająca się wokół niej, najmniejsza bodaj gwiazdka - od własnej panny służącej do dyrektora Opery Włoskiej - zna na wskroś słabostki, uprzedzenia, wybryki, ambicje oraz kaprysy jaśnie pani i potrafi stosować się w życiu do proporcji jej duchowej postaci oszacowanej nie mniej dokładnie niż fizyczna przy braniu miary przez krawczynię. Jest może nowy ubiór, nowy obyczaj towarzyski, nowy śpiewak, tancerz, klejnot o nowym kształcie, nowy karzeł lub olbrzym, nowa kaplica, cokolwiek nowego, co należy wprowadzić w modę? Dziesiątki uniżonych ludzi rozmaitej profesji, których lady Dedlock nie podejrzewa o nic więcej niż płaszczenie się przed jej osobą, wiedzą doskonale, jak kierować jaśnie panią niby niemowlęciem, niańczą ustawicznie jaśnie panią i wiodą, dokąd im się spodoba, ją oraz całą trzódkę, udając przebiegle, iż z pokorą i głębokim szacunkiem podążają jej śladem. Ludzie ci potrafią wziąć na hak tylko jedną osobę, a uprowadzić całą resztę tak, jak w swoim czasie Lemuel Gulliver uprowadził wspaniałą flotę lilipuciego monarchy. "Jeżeli drogi pan chce trafić do naszych ludzi - mawiają Blaze i Sparkle, jubilerzy, obejmując pojęciem "nasi ludzie" lady Dedlock oraz całą resztę jej światka - musi drogi pan pamiętać, że to nieprzeciętna klientela. Naszych ludzi trzeba ugodzić w najsłabsze miejsce, a ich najsłabsze miejsce jest takie to a takie". "Skoro życzą sobie panowie, by ten towar poszedł - powiadają zaprzyjaźnionym fabrykantom kupcy bławatni Sheen i Gloss - muszą panowie zwrócić się do nas, bo my wiemy dokładnie, jak postępować z wielkim światem, więc potrafimy ten towar wprowadzić w modę". "Jeżeli drogi pan chce, aby ten druk trafił na stoły moich wysoko postawionych znajomych, lub aby ten karzeł czy olbrzym znalazł drogę do domów moich wysoko postawionych znajomych, albo by to widowisko zyskało poparcie moich wysoko postawionych znajomych, winien drogi pan polegać na mnie, jeśli łaska, gdyż zdążyłem przestudiować czołowe osobistości wielkiego świata i nie schlebiając sobie mogę twierdzić, że łatwo owijam je wokół małego palca" - mówi księgarz Sladdery, a że jest człowiekiem uczciwym, bynajmniej nie przesadza.

Wobec tego pan Tulkinghorn może oczywiście nie wiedzieć, co w danej chwili dzieje się w umysłach Dedlocków, lecz równie dobrze może wiedzieć dokładnie.

- Sprawa mojej małżonki znalazła się znowu przed lordem kanclerzem? Prawda, mecenasie? - mówi sir Leicester podając rękę panu Tulkinghornowi.

- Tak. Dziś była rozpatrywana raz jeszcze - odpowiada prawnik i składa dyskretny ukłon jaśnie pani, która spoczywa na sofie w pobliżu kominka i twarz przesłania wachlarzem.

- Nie warto oczywiście pytać, czy zaszło coś godnego uwagi - odzywa się lady Dedlock tonem licującym z posępnym nastrojem spowijającym jej sadybę w hrabstwie Lincoln.

- Istotnie nic, co można by nazwać czymś godnym uwagi, nie nastąpiło dzisiaj - przynaje pan Tulkinghorn.

- I nigdy nie nastąpi - dorzuca jaśnie pani.

Sir Leicester nie ma zastrzeżeń wobec nieskończenie długiego procesu przed sądem kanclerskim. Widzi w nim zjawisko powolne, kosztowne, brytyjskie, wysoce konstytucyjne. Nie ma też żywotnego interesu w owym procesie, w którym uczestnictwo stanowiło jedyny posag, jaki wniosła mu małżonka. Odczuwa nawet mętnie, że dla jego nazwiska - nazwiska Dedlock - udział w sprawie sądowej bez miejsca w jej tytule to przygoda raczej zabawna. Ponadto mniema, że sąd kanclerski - mimo niejakich opóźnień w wymiarze sprawiedliwości i drobnego zamętu, jaki nieraz powoduje - jest czymś, co wraz z różnorodnością innych "czymsiów" zostało wynalezione przez człowieczą mądrość gwoli wiecznego (w ludzkim pojęciu) ugruntowania stanu wszechrzeczy. Wobec tego wyznaje niezachwiany pogląd, że popieranie własnym autorytetem jakichkolwiek utyskiwań na sąd kanclerski mogłoby zachęcić taką czy inną osobę niskiego stanu do wszczęcia gdzieś jakiegoś buntu tak, jak postąpił ongi Wat Tyler.

- Do akt sprawy zostało włączonych parę nowych dokumentów, które są krótkie, ponieważ więc mam zwyczaj informować o wszelkich szczegółach swoich klientów, a dowiedziałem się, że łaskawa pani wyjeżdża do Paryża, pozwoliłem sobie przynieść do wglądu ich odpisy - podejmuje pan Tulkinghorn, człowiek ostrożny, który woli zawsze być zabezpieczony.

Prawdę mówiąc, sir Leicester również wybiera się do Paryża, ale dziennikarską kronikę towarzyską interesują wyłącznie poruszenia lady Dedlock.

Adwokat dobywa swoje papiery, prosi, by wolno mu było rozpostrzeć je na filigranowym stoliczku - złocistym cacku stojącym przed jaśnie panią - nakłada okulary i zaczyna czytać przy świetle ocienionej abażurem lampy.

- "Sąd Kanclerski. Proces Jarndyce przeciwko Jarndyce..."

Jaśnie pani przerywa mu niecierpliwą prośbą o pomijanie tylu ile można formalnych okropności.

Pan Tulkinghorn spogląda ku niej znad okularów i zaczyna znów czytać nieco niżej. Lady Dedlock jest roztargniona i lekceważąca, nie zaszczyca go uwagą. Sir Leicester siedzi w ogromnym fotelu przed ogniem i z przyjemnością zdaje się słuchać prawniczych powtórzeń i rozwlekłości, które uważa za część składową narodowych murów obronnych. Tak się składa, że ogień dogrzewa mocno w miejscu, które zajmuje jaśnie pani, a jej wachlarz - najpiękniejszy z pięknych - jest bezcenny co prawda, lecz mały. Zmieniając pozycję jaśnie pani obejmuje wzrokiem papiery rozpostarte na stoliczku, przygląda im się z bliska i z jeszcze bardziej bliska, następnie zaś pyta z dziwnym ożywieniem:

- Kto sporządzał te odpisy?

Adwokat urywa raptownie, zdumiony zainteresowaniem lady Dedlock oraz niezwyczajnym tonem jej głosu.

- To, jak mówicie wy, adwokaci, prawniczy charakter pisma. Prawda? - podejmuje jaśnie pani i bawiąc się wachlarzem spogląda prosto w twarz starszego pana na swój lekceważąco obojętny sposób.

- Czy ja wiem? - mówi pan Tulkinghorn i uważniej przypatruje się papierom. - Chyba niezupełnie, proszę łaskawej pani. Myślę, że prawniczy charakter pisma został ukształtowany w długi czas po wyrobieniu ręki. Czemu pani raczy pytać o to?

- Chciałam rozproszyć czymkolwiek monotonię nie do zniesienia. Słucham. Proszę czytać dalej.

Pan Tulknighorn czyta dalej. W pokoju robi się coraz goręcej, jaśnie pani przesłania twarz wachlarzem. Sir Leicester zapada w drzemkę i po chwili przebudzony gwałtownie woła:

- Co? Co pan powiada?

- Powiadam, iż obawiam się, że lady Dedlock zaniemogła - mówi adwokat, który zdążył już pośpiesznie wstać z krzesła.

- Słabo mi - szepce jaśnie pani pobielałymi wargi. - To pewno nic, lecz przypomina tchnienie śmierci. Proszę nie mówić do mnie, ale zadzwonić na służbę. Chcę do swojej sypialni.

Pan Tulkinghorn wycofuje się do sąsiedniego pokoju, słychać brzęczenie dzwonków, szuranie stóp, odgłos kroków. Wreszcie lokaj w pudrowanej peruce prosi pana mecenasa, by zechciał wrócić.

- Już jej lepiej - mówi sir Leicester i gestem ręki daje znak adwokatowi, by usiadł i tylko jemu czytał dalej. - Doprawdy, jestem przerażony. Nie zdarzyło się dotąd, by moja małżonka zemdlała. Ale, mecenasie, pogoda jest okropna, a lady Dedlock na śmierć zanudziła się w naszej sadybie w hrabstwie Lincoln.

ROZDZIAŁ I

W SĄDZIE KANCLERSKIM

Londyn. Jesienna sesja dobiega końca i lord kanclerz sprawiedliwości zasiada na sali rozpraw w Lincoln's Inn. Bezlitosna pogoda listopada. Ulice tak pełne błota, jak gdyby wody dopiero co ustąpiły z powierzchni ziemi i nie byłoby dziwne spotkanie z czterdzieści stóp długim megalozaurem, który niby słoniowata jaszczurka człapie w stronę Holborn Hill. Dym z kominów opada jak drobna, czarna mżawka przemieszana z kłakami sadzy nie mniejszymi niż dorodne płatki śniegu w żałobie - można by sobie wyobrazić - po zgonie słońca. Nie widać wśród błota psów, a konie, opryskane aż po okulary, przedstawiają się niewiele lepiej. Pośród ogólnej epidemii złego humoru i drażliwości przechodnie zderzają się parasolami i tracą równowagę u skrzyżowań ulic, gdzie od brzasku dnia (jeżeli takie dnie brzask miewają) dziesiątki tysięcy innych przechodniów ślizgały się i potykały, a placki błota, co w takich miejscach uparcie trzyma się bruku i narasta niczym odsetki składane, kładły się warstwa po warstwie.

Wszędzie mgła. Mgła w górze rzeki toczącej tam wody pośród zielonych łąk i wysepek. Mgła w dole rzeki, która omywa tam nadbrzeża portowe i przycumowane okręty, i wszelkiego rodzaju śmiecie wyrzucane przez wielkie i brudne miasto. Mgła nad bagnami Essexu i pośród pagórków Kentu. Mgła wpełza do kambuzów barek węglowych, zalega w stoczniach, czepia się olinowania żaglowców, spływa kroplami z burt kutrów i pomniejszych łodzi. Mgła snuje się przy kominkach na salach domu starców w Greenwich, mgła wypełnia gardła i nosy jego sędziwych pensjonariuszy. Mgła jest w lulce i cybuchu popołudniowej fajki krewkiego szypra, który odpoczywa w swojej ciasnej kajucie, i mgła niemiłosiernie szczypie palce rąk i nóg jego czeladników - chłopców okrętowych - marznących na pokładzie. Nieliczni ludzie na mostach rzucają spojrzenia za balustradę, na mgłę zalegającą w dole, i sami są wśród mgły, jak gdyby zawieszeni w balonie pomiędzy chmurami.

Na ulicach latarnie gazowe połyskujące tu i ówdzie przez mgłę wyglądają tak, jak mogłoby wyglądać słońce, na które patrzy z rozmiękłych pól rolnik albo jego parobek zajęty orką. Prawie wszystkie sklepy są oświetlone o dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj, a gaz zdaje się wiedzieć o tym, gdyż prezentuje się blado, jak gdyby opornie.

Chłód tego popołudnia jest najbardziej chłodny, gęsta mgła najbardziej gęsta, pełna błota ulica najbardziej błotnista tam, gdzie wznosi się rogatka Temple Bar, stara, nieustępliwa zapora i tak stosowna ozdoba progu starej nieustępliwej korporacji prawniczej osiadłej w Temple. A tuż obok tej rogatki, w Lincoln's Inn, jak gdyby w samym sercu mgły, jaśnie wielmożny lord kanclerz zasiada na sali rozpraw swojego wysokiego sądu.

Nigdy nie zdoła przyjść mgła dosyć gęsta, nigdy nie zdoła przyjść błotnista mazia wystarczająco głęboka, by wytrzymać porównanie z brodzeniem i błądzeniem po omacku, jakim w obliczu niebios i ziemi popisuje się tego dnia wysoki sąd kanclerski, ów najbardziej szkodliwy z wiekowych grzeszników.

W tego rodzaju popołudnie bardziej niż kiedykolwiek indziej jaśnie wielmożny lord kanclerz winien zasiadać tam - jak to się dzieje właśnie - z mgielną aureolą wokół głowy, oprawny w szkarłat szat i draperii swojego podium, zasłuchany w nieskończenie długie przemówienie adwokata o bardzo dużych faworytach i bardzo małym głosie, pogrążony na pozór w kontemplacji latarni na sąsiednim dachu, jakkolwiek nie widać tam obecnie nic oprócz mgły. W tego rodzaju popołudnie bardziej niż kiedykolwiek indziej parę dziesiątków członków palestry uprawnionych do występowania przed wysokim sądem kanclerskim winno brnąć niepewnie - jak to się dzieje właśnie - przez jeden z dziesięciu tysięcy etapów nie kończącego się procesu, winno podstawiać nogę jeden drugiemu na śliskiej drodze prejudykatów, brodzić po kolana w formalnościach proceduralnych, tłuc o mur słów głowami w perukach z końskiego włosia lub koziej wełny i z minami najbardziej serio rościć pretensje do słuszności, tak jak mogliby to czynić wytrawni aktorzy. W tego rodzaju popołudnie liczni rzecznicy stron procesowych (kilku z nich odziedziczyło pełnomocnictwo po ojcu, który zbił na nim majątek) - winni - jak to się dzieje właśnie - wypełniać szeregami ławy dla adwokatów - studnię, na której dnie daremnie szukałbyś prawdy - ulokowano między czerwonym stołem sekretarza a jedwabnymi togami sędziów, mając przed sobą rachunki, obciążenia wzajemne, repliki, kontrrepliki, nakazy sądowe, zeznania składane na piśmie w miejsce przysięgi, orzeczenia, postanowienia, uwagi zgłaszane do asesorów sądowych, opinie asesorów - całe góry nonsensów niepotrzebnych nikomu a kosztownych. Sala rozpraw tego sądu może tonąć w mroku rozjaśnionym tu i tam blaskiem dogorywających świec, mgła może w niej zalegać tak gęsto, jak gdyby nigdy nie zamierzała ustąpić, witraże w oknach mogą tracić barwy i nie wpuszczać światła dnia do posępnego wnętrza, a niewtajemniczonych z ulicy, co przez oszklone drzwi zaglądają tam nieśmiało, może powstrzymywać od wejścia upiorny wygląd sali oraz jednostajne mamrotanie, które sięga echami sklepienia, a dobywa się z wnęki osłonionego draperiami podium, gdzie lord kanclerz wytrwale spogląda ku latarni bez światła i mgła czepia się peruk na głowach asystujących mu sędziów! Niechaj będzie tak, bo to przecież wysoki sąd kanclerski, który ma w każdym hrabstwie swoje domy w ruinie i leżące odłogiem pola; który ma swojego nieuleczalnie chorego w każdym zakładzie dla obłąkanych, a nieboszczyka na każdym cmentarzu; który ma zrujnowanych powodów i pozwanych, co uganiając się w przydeptanym obuwiu i wytartej odzieży pożyczają i żebrzą u wszelkich możliwych znajomych i znajomych znajomych; który opływającym w dostatki daje moc i przeróżne sposoby nużenia i udręczania mających słuszność po swojej stronie; który tak wyczerpuje pieniądze, cierpliwość, odwagę, nadzieję, tak zaciemnia umysły i łamie charaktery, że pośród praktykujących tam prawników nie znajdzie się człowiek uczciwy, co nie udzieliłby (nie udziela często) przestrogi: "Lepiej znosić cierpliwie wszystkie krzywdy, jakie mogą być wam wyrządzane, niźli przyjść tutaj!"

Kto znajduje się dziś na sali rozpraw oprócz lorda kanclerza, radcy dworu występującego w rozpatrywanej sprawie, paru radców dworu, którzy nigdy nie występują w żadnej sprawie, oraz wspomnianych wyżej adwokatów wypełniających przeznaczone dla nich ławy? Poniżej sędziowskiego podium zasiada sekretarz w peruce i todze, jest też kilku woźnych, pedli, krzykaczów sądowych, czy jak się tam ich zowie. Ci wszyscy ziewają, ponieważ sprawa na wokandzie - Jarndyce przeciwko Jarndyce - była w ciągu długich lat do cna wyciskana i utraciła ostatnie drobiny tego, co może bawić lub interesować. Ilekroć się ją wywołuje, stenografowie, kronikarze sądowi, dziennikarscy reporterzy wychodzą nieodmiennie, a więc i dzisiaj ich miejsca świecą pustkami. W głębi sali obłąkana staruszka w zmiętym kapeluszu na bakier stoi na ławce, by lepiej widzieć kanclerskie sanktuarium ocienione draperiami. Ona jest zawsze na sali rozpraw od początku posiedzenia do końca, gdyż oczekuje jakiegoś niewiadomego sądu i wyroku, co rychło ma zapaść na jej korzyść. Niektórzy twierdzą, iż rzeczywiście jest czy też była stroną w jakimś procesie, ale nikt nie wie nic dokładnie, bo nikt nie troszczy się o to. Obłąkana staruszka zawsze ma przy sobie torebkę ze swoimi dokumentami, jak powiada, wypełnioną rozmaitym śmieciem, składającym się głównie z tekturowych zapałek oraz suszonej lawendy. Wynędzniały więzień doprowadzony pod strażą po raz nie wiedzieć który ma "osobiście odeprzeć ciążące na nim zarzuty", chociaż uczynić tego nigdy nie zdoła, bo, jako ostatni pozostały przy życiu wykonawca któregoś z testamentów, zaplątał się w odpowiedzialność solidarną za jakieś rachunki z opieki, o których, jak powszechnie wiadomo, nic nie mógł wiedzieć. Inny przywiedziony do ruiny powód czy pozwany przyjeżdża od czasu do czasu z Shropshire, aby zwrócić się do kanclerza w chwili zakończenia dziennej rozprawy, i podejmuje starania w tym kierunku, bo nie może pojąć, że z formalno-prawnego punktu wiczenia kanclerz nie jest świadomy jego istnienia, jakkolwiek sąd kanclerski systematycznie niszczył go przez ćwierć wieku. Ten człowiek zajmuje dogodne miejsce i ma na oku najwyższego sędziego, aby w momencie, kiedy ów powstanie, zawołać donośnie i z nutą płaczliwej skargi: "Jaśnie wielmożny lordzie!" Nieliczna grupka kancelistów adwokackich i jakichś innych młodych ludzi, którzy znają z widzenia tego powoda czy też pozwanego, ociąga się z wyjściem z sali rozpraw, w nadziei, że wyniknie coś wesołego i bodaj trochę urozmaici przygnębiającą atmosferę pogody pod psem.

Sprawa Jarndyce przeciwko Jarndyce wlecze się opornie. Ów proces - strach na wróble wśród procesów - tak powikłał się i zagmatwał z biegiem czasu, że nikt pod słońcem nie wie dziś, o co tam naprawdę chodzi. Najmniej rozumieją strony zainteresowane i, jak wiadomo, nie ma dwu związanych z sądem kanclerskim prawników, którzy potrafiliby rozmawiać przez pięć minut na ten temat i nie wyrazić kompletnie różnych zdań co do meritum sprawy. W ciągu lat niezliczone dzieci narodziły się jako strony w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce, niezliczeni młodzi zostali stronami na skutek małżeństw, niezliczeni starzy przestali być stronami na skutek zgonów. Dziesiątki osób dowiadywały się z przerażeniem, że są stronami w tej sprawie, chociaż nie miały pojęcia, jak się to stało i dlaczego. Całe rody dziedziczyły po przodkach nienawiści wynikające z procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce. Mały powód czy pozwany, któremu obiecywano konia na biegunach po zapadnięciu wyroku, dorastał, wchodził w posiadanie prawdziwego konia i żwawym truchtem odjeżdżał w zaświaty. Piękne podopieczne sądu kanclerskiego więdły kolejno, zostawały matkami i babkami, długi korowód kanclerzy przejmował akta i pozostawiał następcom, legion nazwisk przenosił się z rejestrów sądowych nie gdzie indziej niż do rejestru zgonów, na naszej ziemi zostało zapewne najwyżej troje Jarndyce'ów, od czasu gdy stary Tom Jarndyce, przywiedziony do ostatecznej rozpaczy, w łeb sobie palnął w gospodzie przy Chancery Lane - mimo to wszakże proces Jarndyce przeciwko Jarndyce wlecze się wciąż przed sądem leniwie i beznadziejnie.

Przeszedł nawet stopniowo w sferę kpiny i to zapewne jest jedyną korzyścią, jaka z niego wynikła. Uśmiercił wielu ludzi, lecz zawodowi prawniczemu dał temat do żartów. Figuruje on w sprawozdaniach wszystkich asesorów sądu kanclerskiego, wszyscy kolejni kanclerze brali w nim udział jako rzecznicy tej czy innej strony, w czasach gdy byli adwokatami upoważnionymi do występowania przed tym sądem. W doborowym gronie, przy poobiednim porto w tej lub innej korporacji prawniczej, seniorzy palestry zdobni czerwonymi nosami i dbający o wygodne obuwie opowiadali na ten temat świetne anegdotki. Aplikanci adwokaccy zwykli ostrzyć zawodowy dowcip na niezawodnym procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce. Poprzedni lord kanclerz znalazł się w kropce, kiedy bowiem znany adwokat, pan Blowers, powiedział, że to czy tamto nastąpi, jeżeli z nieba posypią się kartofle zamiast deszczu, podchwycił: "Albo, mecenasie, wybrniemy jakoś z procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce". Żart ubawił wszystkich - zwłaszcza woźnych, pedli, krzykaczy sądowych, czy jak się tam ich zowie.

Pytanie, jak wiele osób nie związanych z nim bezpośrednio proces Jarndyce przeciwko Jarndyce skalał i znieprawił dotknięciem swoich nieczystych macek, musi pozostać pytaniem bez odpowiedzi. Bezsprzecznie jednak nikt z jego racji nie odniósł korzyści moralnych - nikt, od asesora sądowego, w którego aktach ryzy dokumentów tyczących procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce butwieją wyginając się w przeróżne kształty, do skryby adwokackiego, co pracowicie kopiował dziesiątki tysięcy stron in folio opatrzonych tym nieśmiertelnym nagłówkiem. Stosowanie wybiegów, podstępów, wymyślnych chwytów, odraczanie terminów czy też rozciąganie toku sprawy praktykowane w złej wierze - wszystko to musi wywierać na charaktery ludzkie wpływy nie wiodące ku niczemu dobremu. Proces Jarndyce przeciwko Jarndyce mógł wzmagać skłonność do matactw i wykrętów nawet u chłopców na posyłki, którzy w kancelariach adwokackich wmawiali klientom - nieszczęsnym stronom w tej sprawie - że pan Chizzle, Mizzle czy jak-mu-tam jest w danym dniu wyjątkowo zajęty i aż do wieczora ma umówione spotkania. Ten lub inny kurator masy spadkowej w tym procesie mógł, rzecz jasna, dorobić się pokaźnej fortuny, zarazem jednak musiał utracić zaufanie nawet do rodzonej matki i umocnić w sobie pogardę dla rodzaju ludzkiego. Chizzle, Mizzle czy jak-mu-tam nabierał stopniowo zwyczaju udzielania sobie mglistych obietnic, że gdy wypchnie wreszcie z kancelarii akta procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce, zastanowi się nad odwlekaną stale drobną sprawą i pomyśli, co da się zrobić, by Drizzle, potraktowany tak niesprawiedliwie, otrzymał jakieś zadośćuczynienie. Daleko i szeroko ten nieszczęsny proces rozsiewał bierność i zakłamanie w najrozmaitszych ich postaciach, a nawet ci, co z najbardziej zewnętrznych kręgów zła, jakie zatacza, obserwowali jego dzieje, nieustannie napotykali pokusę, aby pozwalać płynąć wolno niedobrym nurtem i wierzyć mętnie, iż skoro świat jest podły, zapewnie nigdy nie miał i nie mógł być inny.

A zatem pośród tonących w błocie ulic i w samym sercu mgły spowijającej miasto jaśnie wielmożny lord kanclerz zasiada na sali rozpraw swojego wysokiego sądu.

- Mecenasie Tangle - odzywa się zaniepokojony cokolwiek długotrwałym popisem krasomówczym tego uczonego w prawie dżentelmena.

- Jaśnie wielmożny lordzie?

Pan Tangle wie o procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce więcej niż ktokolwiek inny. Słynie tą wiedzą. Jak powiadają, od lat szkolnych nie czytał nigdy nic prócz akt tej sprawy.

- Czy zbliża się pan do końca wywodów?

- Nie, jaśnie wielmożny lordzie. Za swój obowiązek poczytuję przedstawienie jaśnie wielmożnemu lordowi szeregu dalszych punktów.

Taka gładka odpowiedź wyślizguje się z ust uczonego w prawie dżentelmena.

- O ile mi wiadomo, jeszcze kilku szanownych członków palestry zamierza wystąpić przed sądem - mówi lord kanclerz z nikłym uśmiechem.

Osiemnastu uczonych w prawie kolegów mecenasa Tangle'a podskakuje niby osiemnaście młoteczków w fortepianie, składa osiemnaście ukłonów i opada z powrotem na osiemnaście niewidocznych miejsc.

- Rozprawę odraczam i wyznaczam jej kolejny termin od środy za dwa tygodnie - powiada lord kanclerz, gdyż w danym dniu spór toczy się jedynie o koszty, ów skromny pączek na potężnie rozrosłym drzewie procesowego meritum, a więc wcześniej czy później musi się jakoś rozstrzygnąć.

Lord kanclerz wstaje, szanowni członkowie palestry wstają, więzień zostaje śpiesznie doprowadzony przed podium, człowiek z Shropshire woła: "Jaśnie wielmożny lordzie!", woźni, pedle, krzykacze, czy jak się tam ich zowie, surowo nakazują ciszę i złym okiem spoglądają na człowieka z Shropshire.

- Odnośnie - podejmuje lord kanclerz nadal w kwestii procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce - młodej dziewczyny...

- Bardzo przepraszam, jaśnie wielmożny lordzie. To młody chłopiec - wyrywa się przedwcześnie pan Tangle.

- Odnośnie młodej dziewczyny - powtarza z mocnym naciskiem lord kanclerz - i młodego chłopca...

(Pan Tangle jest zdruzgotany)

- ... których poleciłem wezwać na dzień dzisiejszy, a którzy znajdują się obecnie w moim gabinecie, porozmawiam z nimi i postaram się zadecydować, czy wskazane będzie wydanie zezwolenia na zamieszkanie tej młodej pary u ich wuja.

- Bardzo przepraszam, jaśnie wielmożny lordzie - zabiera znów głos pan Tangle. - Ich wuj nie żyje.

Lord kanclerz spogląda przez podwójne okulary w papiery.

- U dziadka - mówi.

- Bardzo przepraszam, jaśnie wielmożny lordzie. Dziadek także nie żyje. Gwałtowna śmierć. Samobójstwo.

W tej chwili wyłania się z mgieł adwokat wyjątkowo małego wzrostu, lecz obdarzony wyjątkowo tubalnym głosem.

- Jaśnie wielmożny lord pozwoli? Ja występuję w jego imieniu. To kuzyn spokrewniony w odległym stopniu z młodymi osobami, o których mowa. Nie wiem dokładnie, w jak odległym stopniu, ale na pewno spokrewniony.

Wypowiedziawszy to grobowo grzmiącym basem, który budzi donośne echa pod sklepieniem, adwokat wyjątkowo niskiego wzrostu znika wśród mgły i nie wiadomo o nim nic więcej. Wszyscy kierują wzrok w jego stronę. Nikt dostrzec go nie może.

- Porozmawiam z tymi młodymi ludźmi - powtarza lord kanclerz - i postaram się rozstrzygnąć kwestię ich zamieszkania u kuzyna. Decyzję ogłoszę jutro przed wywołaniem pierwszej sprawy na wokandzie.

Kanclerz zaczyna składać ukłon ławom zajętym przez palestrę, gdy przed podium zostaje doprowadzony więzień. Z jego stawiennictwa nie może wyniknąć nic prócz powrotu do więzienia, więc następuje to rychło. Człowiek z Shropshire woła ponownie: "Jaśnie wielmożny lordzie!", lecz kanclerz, nieświadom formalnie jego obecności, w porę opuszcza salę rozpraw. Wychodzą również wszyscy inni. Kanceliści nabijają papierami całą baterię granatowych worków i wynoszą ją, obłąkana drobna staruszka zabiera swoje dokumenty, opustoszały sąd zostaje na klucz zamknięty. Gdyby dało się tam zamknąć wszystkie niesprawiedliwości, jakie ów sąd popełnił, a także wszystkie wyrządzone przezeń krzywdy, by następnie spalić tę całość na ogromnym stosie pogrzebowym, lepiej byłoby dla wszystkich stron zainteresowanych - nie tylko stron w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce.

ROZDZIAŁ V

PORANNA PRZYGODA

Ranek był chłodny i sądzić należało, że mgła jest nadal gęsta - piszę "sądzić należało", ponieważ oblepione brudem szyby okien zaćmiewałyby słońce nawet w środku lata - ale dobrze zdawałam sobie sprawę z niewygód pod dachem tego domu i Londyn zaciekawiał mnie w niemałej mierze, więc życzliwie przyjęłam pomysł panny Jellyby, abyśmy wybrały się na małą przechadzkę.

- Mamusia nieprędko zejdzie z piętra - powiedziała - a później tak się w kuchni zaczną grzebać, że będzie dobrze, jeżeli śniadanie podadzą za godzinę. Tatuś zjada, co się zdarzy, i wychodzi do biura. Prawdziwe śniadanie nie trafia mu się nigdy. Priscilla zostawia mu z wieczora trochę chleba i mleka, o ile naturalnie znajdzie się mleko. Czasami nie ma go wcale, czasami kot je wypija. Ale pani jest pewno zmęczona? Może wolałaby pani pójść do łóżka?

- Wcale nie czuję zmęczenia, moja droga - odpowiedziałam - i stanowczo spacer bardziej mi odpowiada.

- W takim razie pójdę ubrać się jako tako.

Ada powiedziała, że chętnie dotrzyma nam towarzystwa, i wnet zaczęła się krzątać. Pozostawał jeszcze Pip. Nie byłam w stanie zrobić dlań nic lepszego, więc zaproponowałam, że umyję go, a następnie położę do swojego łóżka. Zgodził się z najlepszą możliwie miną, lecz przez cały czas operacji gapił się na mnie tak, jak gdyby nigdy dotąd nie był równie zdumiony i nie liczył, że może spotkać go coś aż tak osobliwego. Był też zgnębiony, ale nie skarżył się i po ukończeniu przykrych zabiegów usnął smacznie. Nim wystąpiłam z taką propozycją, zastanawiałam się, czy to wypada, lecz po namyśle wysnułam wniosek, że nikt z domowników nie zauważy nawet tej zmiany.

Wkrótce rozgrzałam się i rozruszałam, gdyż po załatwieniu spraw Pipa musiałam przebrać się szybko i pomóc Adzie w tym i owym. Caddy zastałyśmy w pokoju do pracy pani Jellyby, gdzie usiłowała korzystać z ciepła przy ogieńku, który rozniecała właśnie Priscilla; zamiast pogrzebacza używała w tym celu okopconego lichtarza i na żar rzuciła świecę, by płomień rozpalił się łatwiej. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zostało minionego wieczoru, i najwyraźniej tak właśnie miało pozostać nadal. W suterenie nikt nie sprzątnął po obiedzie obrusa, na którym bez wątpienia zamierzano podać śniadanie. W całym domu poniewierały się okruszyny, rozmaite śmiecie, makulatura. Na sztachetach ogrodzenia tkwiły jakieś dzbanki i bańki na mleko, drzwi kuchni stały otworem, a przy rogu ulicy spotkałyśmy kucharkę, która ocierała usta wychodząc z pobliskiego szynku. Powiedziała, że była tam, aby sprawdzić, która godzina.

Ale przed tym spotkaniem natknęłyśmy się na Ryszarda. Tam i z powrotem tańczył wzdłuż Thavies Inn i w ten sposób rozgrzewał zziębnięte nogi. Mile zdziwił się, że wstałyśmy tak wcześnie, i wyraził chęć pójścia z nami na przechadzkę. Zaopiekował się Adą, ja zaś ruszyłam przodem z panną Jellyby, która popadła znowu w chmurny nastrój i, słowo daję, nigdy nie pomyślałabym, że mnie bardzo kocha, gdybym tego od niej nie usłyszała.

- Dokąd chciałaby pani pójść? - zapytała.

- Gdziekolwiek, moja droga - odpowiedziałam.

- Gdziekolwiek to nigdzie - burknęła i zatrzymała się jak gdyby przez przekorę.

- Cóż... Chodźmy dokądś w każdym razie - powiedziałam, a ona ruszyła z miejsca bardzo szybkim krokiem.

- Mnie tam wszystko jedno! - podjęła. - Teraz panią mam za świadka, co mówię. Mnie tam wszystko jedno, ale on może dzień po dniu przychodzić do nas z tym swoim bombiastym, błyszczącym czołem do czasu, kiedy będzie stary jak Matuzalem, a ja i tak nic mu nie będę miała do powiedzenia! Jakież fenomenalne osły robią z siebie on i mama! Osły!

- Moja droga! - obruszyłam się zgorszona epitetem oraz jadem, z jakim został rzucony. - Twoje obowiązki dziecka...

- Proszę tylko nie mówić o moich obowiązkach dziecka! - przerwała. - Gdzie szukać rodzicielskich obowiązków mamy? Pełni je chyba wobec społeczeństwa i Afryki, co? Niech społeczeństwo i Afryka odpłacają jej wywiązywaniem się z obowiązków dziecka! To ich sprawa, nie moja! Jest pani oburzona, prawda? W porządku! Ja też jestem oburzona! Obie czujemy jednako i kwita!

Szła obok mnie coraz szybciej i szybciej.

- Powtarzam - wybuchnęła znowu - on może przychodzić i przychodzić, a ja i tak nic mu nie będę miała do powiedzenia. Nie cierpię go. Nienawidzę jego i wszystkich głupstw, o których wciąż gada z mamą. Nie mogę ich słuchać. Dziwię się, że kamienie w bruku przed naszym domem wytrzymują na miejscu i znoszą te wszystkie brednie, no i całe gospodarstwo mamy!

Naturalnie nie mogłam nie zorientować się, że to pan Quale - młody człowiek, który pojawił się wczoraj po obiedzie - jest tematem przemówienia Caddy. Od dalszej niemiłej rozmowy uwolnili mnie Ada i Ryszard, gdy nadbiegli naszym śladem, by zapytać, czy urządzamy wyścigi. Caddy umilkła i raz jeszcze zapadła w posępny nastrój, ja zaś jęłam podziwiać mnogość i rozmaitość mijanych ulic, ludzi uganiających się już tłumnie na wszystkie strony, nieprzeliczone pojazdy oraz skrzętne przygotowania do dnia pracy. Wokół otwierano sklepy, zamiatano je i układano towary w oknach wystawowych. Sprzątano też ulice, a wśród zwałów śmieci myszkowały cudaczne postacie w łachmanach, poszukujące szpilek i jakichś innych rzeczy, które mogą być przydatne.

- Jak widzę, kuzyneczko - dobiegł mnie dźwięczny głos Ryszarda - za nic nie możemy oderwać się od sądu kanclerskiego. Inną drogą wróciliśmy do miejsca naszego wczorajszego spotkania i... I, na wielką pieczęć koronną! Oto nasza starowina!

Rzeczywiście! Przed nami stała ona! Tak samo uśmiechała się, dygała nisko i mówiła tym samym protekcjonalnym tonem:

- Podopieczni w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce! Jakże mi miło, doprawdy!

- Wcześnie dziś pani wstała - powiedziałam, gdy mnie złożyła ukłon.

- A tak, tak! Zwykle przechadzam się tu wcześnie z rana. Nim sąd przybędzie i rozpocznie obrady. Zbieram myśli przed poczynaniami pracowitego dnia - zamyśliła się na moment. - Tak, poczynania pracowitego dnia wymagają wielu myśli. Trudno zgłębić sprawiedliwość sądu kanclerskiego, bardzo trudno.

- Kto to, proszę pani? - zwróciła się do mnie szeptem Caddy i mocniej przycisnęła moje ramię.

Staruszka miała widać słuch doskonały, gdyż natychmiast wyręczyła mnie w odpowiedzi:

- Strona procesowa, moje dziecko! Strona w procesie, do usług szanownej pani. Szczycę się regularnym uczęszczaniem do sądu. Z dokumentami. Czy mam przyjemność z jeszcze jedną młodocianą stroną w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce? - zakończyła staruszka prostując się po szczególnie głębokim dygnięciu.

Ryszard chciał widać uprzejmością okupić nietakt dnia poprzedniego, gdyż wyjaśnił łagodnie, że panna Jellyby nie jest zaangażowana w tym procesie.

- Ha! - podchwyciła dziwna kobieta. - Więc nie oczekuje sądu, prawda? I tak będzie kiedyś stara! Ale nie aż tak stara. Nie tak, na Boga! To, proszę państwa, ogród należący do Lincoln's Inn. Nazywam go moim ogrodem. Latem stanowi zaciszne ustronie, gdzie tylko ptactwo śpiewa melodyjnie. Spędzam tu prawie całe ferie sądowe. Na kontemplacji. Letnie ferie sądowe są przerażająco długie. Prawda, proszę państwa?

Przyznaliśmy jej słuszność, na co liczyła, jak się zdawać mogło.

- Kiedy z drzew opadają liście - ciągnęła - i braknąć zaczyna kwiatów, z których można układać bukiety dla lorda kanclerza, dobiegają kresu ferie sądowe, a wspomniana w objawieniu szósta pieczęć powraca do władzy. Zechcą państwo odwiedzić mnie w moim mieszkaniu? Poczytam to za dobry omen. Dla siebie. Młodość i nadzieja, i uroda bywają tam rzadko. Od dawna, bardzo dawna nie miałam takich gości.

Ujęła mnie za rękę i pociągnęła wraz z panną Jellyby, a na Ryszarda i Adę skinęła, dając im do zrozumienia, by nam towarzyszyli. Nie miałam pojęcia, jak się wymówić, więc spojrzeniem poprosiłam o pomoc Ryszarda. Ponieważ jednak sytuacja bawiła go po trosze i po trosze zaciekawiała, a bez wątpienia nie wiedział również, jak odczepić się od starowiny i nie urazić jej przy okazji, nasza nowa znajoma prowadziła dalej mnie i pannę Jellyby, a młoda para śpieszyła posłusznie naszym śladem. Staruszka była bardzo uprzejma i łaskawa. Raz po raz zapewniała, że mieszka bardzo blisko.

Mówiła prawdę, jak okazało się rychło, gdyż po drodze ledwie zdążyliśmy pogawędzić z nią przez parę minut. Przeprowadziła nas przez ciasną furtkę i nieoczekiwanie zatrzymała się w przejściu stanowiącym zapewne część jakiegoś zaułku lub podwórza na tyłach Lincoln's Inn.

- Oto moja siedziba - powiedziała. - Zechcą państwo wejść łaskawie.

Staliśmy przed sklepikiem, nad którego drzwiami widniał napis: "KROOK - SKUP SZMAT ORAZ BUTELEK", niżej zaś i mniejszymi literami: "KROOK - SKUP UŻYWANYCH PRZYBORÓW ŻEGLARSKICH". W oknie wystawowym zobaczyłam obrazek przedstawiający czerwoną papiernię, przed którą wyładowywano z furgonu worki szmat. Opodal, w rozmaitych miejscach, widać było napisy: "Kupuje się kości", "Kupuje się naczynia kuchenne", "Kupuje się stare żelastwo", "Kupuje się makulaturę", "Kupuje się używaną garderobę damską i męską". Wyglądało na to, że kupuje się tutaj wszystko, natomiast nic nie sprzedaje. Tu i ówdzie zalegały na witrynie brudne butelki po szuwaksie, lekarstwach, wodzie sodowej, lemoniadzie, winie, marynatach oraz flaszki po atramencie. Wzmianka o tych ostatnich przypomniała mi, iż sklepik sprawiał wrażenie czegoś blisko sąsiadującego z prawem, czegoś, co pasożytuje na wydziedziczonych krewniakach palestry. Flaszek po atramencie było naprawdę dużo! Obok drzwi tkwił krzywy stosik zniszczonych starych tomów opatrzony kartą: "Książki prawnicze. Do wyboru po dziewięć pensów". Część wyżej wymienionych napisów była skreślona prawniczym charakterem pisma - jak papiery, które dnia poprzedniego widziałam w kancelarii adwokackiej lub listy do mnie nadchodzące przez czas tak długi od firmy Kenge i Carboy. Jeden - skreślony tym właśnie charakterem - nie miał nic wspólnego z interesami prowadzonymi przez sklepik, lecz informował, że odpowiedzialny mężczyzna w wieku lat czterdziestu pięciu kopiuje dokumenty i sporządza wszelkie odpisy szybko i dokładnie; zapotrzebowania adresować: Nemo - z listami pana Krooka. Na wystawie wisiało kilkanaście używanych worków marynarskich - granatowych i czerwonych - a za drzwiami, już we wnętrzu sklepiku, widać było zmięte zwoje pergaminu i wypełzłe, ozdobione oślimi uszami jakieś papiery prawnicze. Pomyślałam, iż setki zardzewiałych kluczy, wiszących pękami w charakterze starego żelastwa, musiały pasować niegdyś do licznych drzwi i skrzyń w kancelariach adwokackich. A wiązkę szmat rzuconych bez ładu i składu na jedną szalę zwisającej u belki pułapu i nie zrównoważonej wagi tworzyły chyba znoszone w swoim czasie szarfy i togi obrońców sądowych. Aby uzupełnić obraz, należało tylko wyobrazić sobie - jak Ryszard szepnął Adzie, kiedy staliśmy zaglądając do sklepiku - że oczyszczone starannie kości, których stosik piętrzył się w kącie, należały ongi do klientów.

Ranek był nadal mglisty i mroczny, a skąpe światło przesłaniał wznoszący się o dwa kroki mur Lincoln's Inn, więc nie widzielibyśmy tak wiele, gdyby po sklepiku nie spacerował stary mężczyzna w okularach i futrzanej czapce oraz z zapaloną latarką w ręce. Nas zauważył, kiedy obrócił się w stronę drzwi. Był niski, krępy, mizerny. Miał trupią cerę, a oddech dobywał się z jego ust widocznymi kłębami, jak gdyby staruch palił się od wnętrza. Twarz i szyję miał oszronione białą szczeciną i tak zniekształcone przez napęczniałe żyły oraz fałdy skóry, że od torsu w górę sprawiał wrażenie przyprószonego śniegiem sękatego pieńka.

- He... he! - odezwał się podchodząc bliżej drzwi. - Jest coś na sprzedaż?

Oczywiście cofnęliśmy się szybko i spojrzeli ku naszej przewodniczce, która tymczasem usiłowała otworzyć drzwi sieni wygrzebanym z kieszeni kluczem. Ryszard powiedział jej, że mieliśmy już przyjemność zobaczyć, gdzie mieszka, a zatem wolno nam chyba odejść, ponieważ czas nagli. Jednakże nie tak łatwo było odejść. Starowina jęła gorąco i żywo zapraszać, abyśmy bodaj raz jeden zechcieli rzucić okiem na jej apartament, a ponadto uparcie, chociaż na swój nieszkodliwy sposób ciągnęła mnie mówiąc, iż będzie to tak bardzo jej potrzebny dobry omen. Wobec tego - nie wiem, jak inni - lecz ja odczułam, że możemy jedynie ustąpić wobec nalegań. Tak czy inaczej wszyscy byliśmy trochę ciekawi, zwłaszcza gdy staruch w futrzanej czapce wystąpił również z zaprosinami.

- Tak, proszę państwa - mówił. - Naturalnie! Jej trzeba zrobić przyjemność. To zajmie ledwie minutę. Proszę, bardzo proszę. Przez sklep, jeżeli u tamtych drzwi zamek popsuty.

Wobec tego przestąpiliśmy próg sklepiku zachęcone ochoczym śmiechem Ryszarda i, oczywiście, licząc na jego opiekę.

- Mój gospodarz, Krook - przedstawiła go nam drobna starowina, zstępując godnie z własnych niebotycznych wyżyn na bardzo mierny poziom gospodarza. - Sąsiedzi nazywają go lordem kanclerzem, a ten sklepik sądem kanclerskim. To człek bardzo ekscentryczny! Dziwak, zapewniam państwa, wyjątkowy dziwak. - Kilka razy znacząco pokiwała głową i palcem postukała się w czoło, jak gdyby zalecała nam pobłażliwość dla wyjątkowego dziwaka. - Ma trochę tu, proszę państwa - dodała szeptem, który Krook posłyszał i zaśmiał się krótko.

- To prawda - powiedział świecąc nam latarką po drodze. - Ludzie nazywają mnie lordem kanclerzem, a mój sklep sądem kanclerskim. A wiedzą państwo, czemu mnie nazywają lordem kanclerzem, a mój sklep sądem kanclerskim?

- Nie mam pojęcia - odrzekł Ryszard tonem raczej obojętnym.

- Widzi pan - podjął Krook i przystanąwszy obrócił się ku nam - nazywają... Ho! To dopiero włosy! W składzie przechowuję trzy worki niewieścich włosów, ale nie ma wśród nich tak pięknych i delikatnych. Co za kolor! Co za połysk!

- Powoli, przyjacielu! - rzucił gniewnie Ryszard, bo bardzo nie podobało mu się, że staruch musnął pożółkłą dłonią jeden z loków Ady. - Można podziwiać te włosy, jak my wszyscy, ale bez zbytnich poufałości!

Krook spojrzał nań tak, że mimo woli zwróciłam na to uwagę i przez moment nie patrzałam na Adę, która zaniepokojona i w pąsach była naprawdę śliczna! Odniosłam wrażenie, iż nawet nasza obłąkana starowina obejmuje ją wzrokiem pełnym podziwu i zachwytu. Atoli moja najmilsza rozładowała napięcie, gdyż roześmiała się mówiąc, że taki szczery podziw może być dla niej tylko pochlebny, a Krook wrócił do rzeczowego tonu tak nagle, jak go uprzednio porzucił.

- Widzi pan - zaczął znowu wznosząc latarkę - mam tutaj mnóstwo rozmaitych, bardzo rozmaitych rzeczy, a sąsiedzi myślą (ale co oni tam wiedzą!), że to wszystko niszczeje i do niczego nie służy, no i dlatego ochrzcili tak mnie i mój sklep. Mam tutaj stosy starych pergaminów i najróżniejszych papierów i bardzo lubię kurz i rdzę, i pajęczyny. Dla mnie wszystko dobre, co w garść mi wpadnie i podobno (tak twierdzą sąsiedzi, ale co oni tam wiedzą!) nie potrafię rozstać się z niczym, co raz dostanę, i nie ścierpiałbym tu żadnych porządków ani napraw, zamiatania, szorowania, wyrzucania śmieci. Z tej racji otrzymałem przezwisko, o którym mowa. Ale co mi tam! Prawie co dnia chodzę oglądać mojego dostojnego i uczonego brata, gdy sąd zasiada w Lincoln's Inn. On mnie nie widzi, ale ja go widzę i nie ma między nami żadnych nieporozumień. Obydwaj grzebiemy się w gmatwaninie i zamęcie. Oo! Lady Jane!

Duży, popielaty kot skoczył mu na ramię z jakiejś pobliskiej półki i przestraszył nas wszystkich.

- Pokaż gościom, jak drapiesz! - podjął staruch. - Szarp, Lady Jane! Drzyj!

Kotka zeskoczyła z ramienia swojego pana i tygrysimi pazurami jęła drapać tobół szmat tak, że ciarki przeszły mi po grzbiecie.

- Tak obeszłaby się z każdym, kogo bym nią poszczuł - ciągnął Krook. - Ja handluję różnym towarem, także kocimi skórkami, więc ktoś sprzedał mi jej skórkę. Ładna, co? Sami państwo widzą, jaka to skórka! Ale nie kazałem jej zedrzeć z Lady Jane. Nie byłoby to w zgodzie z procedurą sądu kanclerskiego, prawda?

Rozprawiając tak przemierzył całą długość sklepiku i otwarłszy drzwi, które wiodły do sieni domu, przystanął z ręką na ich klamce. Wówczas drobna starowina zwróciła się doń łaskawie, zanim zdążyła próg przestąpić.

- Dziękuję, Krook. To starczy. Jest pan uprzejmy, ale trochę uciążliwy. Czas nagli moich młodych przyjaciół, a i ja się śpieszę, bo nie mogę spóźnić się do sądu. Moi młodzi przyjaciele to podopieczni w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce.

- Ho! Jarndyce przeciwko Jarndyce! - zawołał staruch ze zdziwieniem.

- Tak, Krook. To wielki proces - powiedziała jego lokatorka.

- Ho! - podjął tonem głębokiego zastanowienia i jak gdyby zdziwiony jeszcze bardziej. - A to dopiero!

Najwyraźniej był tak zaabsorbowany tą kwestią i przyglądał się nam wszystkim tak ciekawie, że Ryszard powiedział:

- Wygląda na to, że poświęca pan wiele uwagi sprawom, przedkładanym pańskiemu dostojnemu i uczonemu bratu, tamtemu lordowi kanclerzowi!

- Aha... - przytaknął mimochodem, - Racja! A pan szanowny nazywa się...?

- Ryszard Carstone.

- Carstone - powtórzył lord kanclerz i z powagą przystąpił do wyliczenia na palcach nazwisk. - Tak... Było takie nazwisko... I nazwisko Barbary, i Clare, i Dedlock, jak mi się zdaje.

- On wie o naszej sprawie nie mniej niż etatowy lord kanclerz! - zawołał Ryszard spoglądając ze zdumieniem na mnie i Adę.

- Właśnie! - ożywił się staruch, jak gdyby uwolniony od własnych abstrakcyjnych rozważań. - Zgadza się! Tom Jarndyce... Zechcą państwo wybaczyć, jako krewni, że nazywam go tak bez ceremonii, ale inaczej nie mówiono o nim w sądzie, a był tam znany w swoim czasie... Ho, ho! Był znany tak, jak dzisiaj ona. - Powolnym ruchem głowy wskazał swoją lokatorkę. - Tom Jarndyce często tu zaglądał. Zazwyczaj spacerował niespokojnie w tym sąsiedztwie, kiedy sprawa była na wokandzie albo miała trafić tam wkrótce. Rozmawiał z drobnymi sklepikarzami, radził im, by trzymali się z dala od sądu kanclerskiego bez względu na to, co zdarzyć się może. "Bo to tak - powiadał - jak gdyby człowieka pomalutku mleć na otręby albo piec na wolnym ogniu, zakłuwać na śmierć żądleniem przez jedną pszczołę, topić w wodzie sączącej się kropla po kropli, przywodzić po odrobinie do obłędu". Tutaj, gdzie teraz stoi ta panienka, był bliski samobójstwa, tak bliski, że bliżej nie można.

Wszyscy słuchaliśmy ze zgrozą.

- Wszedł tamtymi drzwiami... - ciągnął Krook i gestem ręki wskazywał urojoną drogę przez sklepik. - Było to w dzień, kiedy zrobił to, o czym wszyscy sąsiedzi mówili od miesięcy, że wcześniej czy później musi zdarzyć się z całą pewnością. Wszedł wtedy tamtymi drzwiami i tędy, proszę państwa, przemierzył sklep aż do ławki, która tutaj stała. Usiadł i poprosił mnie... Ma się rozumieć, byłem wtedy dużo młodszy... Poprosił, żeby mu przynieść miarkę wina. "Bo widzisz, Krook - powiedział - jestem diablo przygnębiony. Sprawa trafiła znów na wokandę i wyrok wydaje się dziś bliższy niż kiedykolwiek". Wolałem, żeby sam nie został w sklepie, więc za moją namową zgodził się pójść do najbliższego szynku, na drugą stronę mojej ulicy, to znaczy Chancery Lane. Odprowadziłem go, a gdy zajrzałem przez okno, zobaczyłem, że siedzi wygodnie i, jak mi się zdawało, bezpiecznie w fotelu przed kominkiem i ma dokoła siebie towarzystwo. Ale ledwie tutaj wróciłem, huk wystrzału rozniósł się echem po całej okolicy Lincoln's Inn. Wybiegłem przed sklep. Wybiegli też inni sąsiedzi. I przynajmniej dwadzieścia osób zawołało jednocześnie: "Tom Jarndyce!" I ja tak zawołałem.

Staruch umilkł. Bystro popatrzał na nas, później zajrzał do wnętrza swojej latarki i zgasiwszy światło, zatrzasnął ją z powrotem.

- Odgadliśmy trafnie - podjął. - Nie muszę zapewniać o tym moich dzisiejszych słuchaczy. Ho, ho! Tamtego popołudnia, kiedy sprawa Jarndyce przeciwko Jarndyce trafiła na wokandę, cała dzielnica hurmem rzuciła się do sądu. A mój dostojny i uczony brat i wszyscy inni stamtąd marudzili, jak zwyczajnie, i grzebali się w szpargałach, i próbowali udawać, że nic nie wiedzą o najnowszym fakcie w tym procesie, a jeżeli nawet usłyszeli coś przypadkiem, ich nie dotyczy to wcale.

Rumieńce Ady zniknęły, a Ryszard pobladł niemal tak samo. Nie byłam stroną w tej sprawie, lecz opowieść wywarła na mnie silne wrażenie, nie dziwiłam się zatem, że musiała wywołać wstrząs w sercach osób młodych i niedoświadczonych, którym przypadło w udziale dziedziectwo tak ponure i dla całej okolicy Linćoln's Inn obarczone wspomnieniem tragedii. Czułam się nieswojo z tej racji, a ponadto niepokoił mnie wpływ takich wspomnień na biedny, półobłąkany umysł starowiny, która nas przyprowadziła. Ale ku niemałemu mojemu zdziwieniu nasza towarzyszka nie zaszczyciła opowieści uwagą, lecz wstępując na schody przepraszała nas kilkakroć, napomykając znowu, że jej gospodarz "ma trochę tu..."

Mieszkała na najwyższym piętrze domu, w sporym pokoju z widokiem na dach sali posiedzeń sądowych w Lincoln's Inn. Musiało to stanowić główny powód, który w swoim czasie skłonił ją do wybrania tej siedziby. Nocą, jak nam powiedziała - zwłaszcza w noce księżycowe - mogła patrzeć na ów dach do woli. Pokój był czysty, lecz pusty, wyjątkowo pusty. Zauważyłam tam tylko nieliczne, najniezbędniejsze sprzęty, podobizny sędziów lub adwokatów na rycinach wyciętych ze starych książek i opłatkami przylepionych do ścian oraz kilka torebek damskich i worków do robótek ręcznych, które "zawierają dokumenty", jak poinformowała nas gospodyni. Na kominku nie było węgla ani popiołu i nie dostrzegłam nigdzie garderoby ni jakichkolwiek wiktuałów. W otwartym kredensie stało na półce parę kubków, talerzy i podobnych naczyń, wszystkie jednak były próżne. Rozglądając się wokół pomyślałam, że wymizerowanie naszej przyjaciółki budzi tu większe współczucie i wydaje się zrozumiałe bardziej niż dotychczas.

- To zaszczyt dla mnie, zaszczyt nie lada taka wizyta podopiecznych sądu w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce - rozpoczęła nader uprzejmym tonem. - I jestem bardzo wdzięczna za dobry omen. Ja żyję skromnie. Oczywiście. Moja pozycja jest skromna i ogranicza ją konieczność codziennego stawania przed sądem kanclerskim. Mieszkam w tym domu od wielu lat. Dni spędzam w sądzie, wieczory i noce tutaj. Noce są długie, ponieważ sypiam mało, a myślę bardzo dużo. To stan nieunikniony dla każdego, kto jest związany z sądem kanclerskim. Niewymownie mi przykro, że nie mogę służyć czekoladą. Oczekuję sądu. Wkrótce. Wtedy mój dom postawię na wyższej stopie. Nie wstyd mi wyznać podopiecznym w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce, ma się rozumieć w ścisłym zaufaniu, że czasami trudno mi utrzymać jako tako przyzwoity wygląd. Cierpię tu niekiedy z powodu zimna. Cierpię z przyczyn bardziej niż zimno dotkliwych. Mniejsza o to. I proszę mi wybaczyć, że poruszyłam kwestie tak błahe.

Odsunęła część story zakrywającej niskie i szerokie okno facjatkowe, aby pokazać nam kilka klatek i ptaki, w niektórych z nich uwięzione. Były tam skowronki, makolągwy, szczygły - w sumie, jak mi się zdaje, co najmniej dwadzieścia sztuk.

- Zaczęłam hodować te ptaszki - podjęła - z myślą, którą podopieczni sądu łatwo zrozumieją bez wątpienia. Postanowiłam wrócić im wolność. Wrócić w dniu, kiedy mój sąd zapadnie. Tak! I biedactwa umierają w więzieniu. Ich żywot jest krótki w porównaniu z procedurą obowiązującą w sądzie kanclerskim, a więc drobiazg opuszcza mnie kolejno, jeden komplet po drugim, jeden po drugim. Wątpię, bardzo wątpię, czy któryś z tych doczeka dnia wolności. A wszystkie są młode. To bardzo żałosna historia, prawda?

Rzucała niekiedy pytanie, lecz nigdy nie czekała na odpowiedź. Mówiła dalej, zapewne tak, jak mówić zwykła, kiedy w pokoju nie było prócz niej nikogo.

- Nic nie zostało dotąd uregulowane i wciąż przewagę ma szósta wielka pieczęć, więc miewam nieraz podejrzenia, podejrzenia bardzo serio, że pewnego dnia znajdzie mnie ktoś tutaj, taką sztywną i zimną, jak ja znajdowałam niezliczone ptaszki.

Ryszard zrozumiał pełne litości, błagalne spojrzenie Ady i niepostrzeżenie, ostrożnie położył trochę pieniędzy na półce nad kominkiem. Myśmy tymczasem postąpiły ku klatkom i zaczęły udawać, że oglądamy ptaszki.

- Nie mogę im pozwalać, by zbyt dużo śpiewały - ciągnęła drobna starowina - bo, chociaż może się to wydać śmieszne, rozpraszałaby moją uwagę myśl, że one szczebioczą, kiedy ja przebywam w sądzie i pilnie wysłuchuję prawniczych sporów. A ja muszę uważać, wciąż uważać! Kiedy indziej wymienię państwu ich imiona. Kiedy indziej, nie dziś! W ten dzień dobrego omenu niechaj śpiewają, ile tylko zechcą! Na cześć młodości. - Uśmiech i głęboki ukłon. - Nadziei. - Uśmiech i głęboki ukłon. - Urody. - Uśmiech i głęboki dyg. - Dostaną światło! Pełne światło!

Ptaszki poczęły ruszać się żywo i ćwierkać.

- Nie mogę także wpuszczać powietrza bez ograniczeń - mówiła dalej, a ja uprzytomniłam sobie, że w pokoju jest bardzo duszno. - Ponieważ kotka, którą widzieli państwo na dole, zwana Lady Jane, czyha na życie ptaszków. Przez godziny, długie godziny siaduje skulona tam, na zewnętrznym parapecie okna. Zrobiłam odkrycie - ciągnęła tajemniczym szeptem - że przyrodzone jej okrucieństwo przybiera na sile przez zazdrość, że to one odzyskają wolność, kiedy zapadnie wyrok, którego spodziewam się rychło. Ta kocica jest głupia i pełna złej woli. Czasami prawie wierzę, że to wcale nie kot, ale diabeł, który, jak powiadają, nie śpi, więc ustrzec się go strasznie trudno.

Bicie okolicznych zegarów oznajmiło, że jest pół do dziesiątej, a w kwestii skrócenia wizyty pomogło nam to bardziej, nim sami moglibyśmy pomóc sobie w sposób delikatny. Biedna starowina szybko chwyciła torebkę z dokumentami, którą uprzednio położyła na stoliku, i zapytała, czy my również wybieramy się do sądu. Odpowiedzieliśmy przecząco, dodając, że jej nie chcielibyśmy krępować w żadnym razie, wobec czego otwarła drzwi, aby z atencją sprowadzić nas po schodach.

- Po tak dobrym omenie - powiedziała - tym bardziej muszę znaleźć się na sali, zanim wkroczy lord kanclerz. Może wywołać moją sprawę jako pierwszą, prawda? Tak! Mam przeczucie, że dzisiaj moja sprawa będzie wywołana! Pierwsza!

Po drodze przystanęła na podeście, aby szeptem udzielić nam informacji, że cały dom jest pełen przeróżnych rupieci, które jej gospodarz skupuje po trochu, ale sprzedawać nic nie chce, bo, rozumieją państwo, "ma trochę tu..." Nastąpiło to na pierwszym piętrze. Uprzednio, na drugim, zatrzymała się również i bez słowa wskazała zamknięte drzwi. Na pierwszym piętrze przystąpiła do wyjaśnień szeptem:

- Prócz mnie jest tu tylko jeden lokator. Skryba adwokacki. Okoliczne dzieci powiadają, że zaprzedał się diabłu. Ale co w takim razie zrobił z pieniędzmi? Szszaa!

Widocznie zlękła się, że ów lokator posłyszał słowa wypowiedziane o piętro niżej, bo powtórzyła: "Szszaa!", a następnie podreptała przed nami - na palcach, jak gdyby podejrzewając, iż nawet odgłos kroków mógłby zdradzić treść jej słów.

Wychodziliśmy z domu tą samą drogą, którą weszliśmy uprzednio - przez sklepik. Staruch był tam zajęty sortowaniem pakietów makulatury, które jeden po drugim ładował do schowka przypominającego studnię w podłodze. Widać było, że pracuje ciężko, gdyż czoło miał zroszone potem. W palcach trzymał kawałek kredy i, po uporaniu się z każdym kolejnym pakietem, kreślił niezdarny kulfon na boazerii pokrywającej ścianę.

Ryszard i Ada, a następnie panna Jellyby z biedną starowiną minęli go bez przeszkód, lecz ja zostałam zatrzymana. Staruch dotknął mojej ręki, a gdy przystanęłam, począł kreślić na ścianie "J" - bardzo dziwnie, od końca litery do początku. Było to duże "J" nie drukowane, lecz takie, jakie mógłby wykaligrafować pisarczyk z firmy adwokackiej Kenge i Carboy.

- Potrafi pani to odczytać? - zapytał spoglądając na mnie z wielce chytrą miną.

- Naturalnie - odpowiedziałam. - Litera jest bardzo wyraźna.

- Jaka litera?

- "J".

Znów zerknął na mnie, później w stronę drzwi i zmazawszy literę "J", wyrysował na jej miejscu "a" - małe tym razem, nie duże.

- A to co będzie? - rzucił.

Odpowiedziałam i na to pytanie, on zaś zastąpił "a" małym "r", wytarł je i powtarzał czynność, rozpoczynając z reguły od dołu lub końca liter. Wreszcie złożył cały wyraz "Jarndyce" - przy czym ni razu nie widniały na ścianie dwie litery jednocześnie.

- Jak to się czyta? - zapytał znowu.

Kiedy mu odpowiedziałam, roześmiał się, a następnie tą samą metodą i równie szybko skreślił, ku mojemu zdziwieniu, "Samotnia". Ten wyraz odczytałam również, a on znów prychnął śmiechem.

- Ho, ho! - powiedział odłożywszy kredę. - Mam głowę do odrysowywania liter. Z pamięci, widzi pani, bo ani czytać, ani pisać nie umiem.

Wyglądał odrażająco, a kotka patrzała na mnie tak łakomie, jak gdybym była krewniaczką ptaszków z poddasza, więc doznałam ulgi, gdy Ryszard stanął w drzwiach i zawołał:

- Mam nadzieję, panno Estero, że nie targuje się pani o cenę swoich włosów? Proszę nie ulec pokusie! Pan Krook ma na składzie trzy pełne worki. Powinno mu to starczyć!

Nie tracąc czasu na pożegnanie Krooka znalazłam się pośród przyjaciół przed jego sklepikiem. Tam rozstaliśmy się z biedną starowiną, która pobłogosławiła nas nader ceremonialnie i odnowiła wczorajsze zapewnienie, iż swój majątek pozostawi Adzie i mnie. Nim opuściliśmy gmatwaninę zaułków, odwróciliśmy się i zobaczyli pana Krooka stojącego w drzwiach swojego sklepiku. Patrzał w naszą stronę przez okulary, a kotka, która siedziała mu na ramieniu, podniosła ogon tak, że sprawiał wrażenie wysokiej kity u futrzanej czapki.

- To się nazywa poranna przygoda w Londynie, co? - powiedział Ryszard z głębokim westchnieniem. - Ach, kuzynko, kuzynko! Jakie to przykre słowa: sąd kanclerski.

- Tak - podchwyciła Ada - dla mnie są przykre i były zawsze, jak daleko sięgnę pamięcią. Przykro mi, że muszę (bo chyba muszę) być przeciwniczką pokaźnej liczby krewnych i ludzi obcych. Przykro mi, że tamci muszą (bo chyba muszą?) być moimi przeciwnikami. Wszyscy rujnujemy się wzajemnie, chociaż nie wiemy jak ani dlaczego i wciąż, przez całe życie, toniemy w wątpliwościach i niezgodzie. Przecież słuszność musi się gdzieś znajdować, prawda? To dziwne, że przez tyle długich lat żaden uczciwy i rzeczywiście gorliwy sędzia nie potrafił jej odkryć.

- Tak, kuzynko! To bardzo dziwne - przyznał. - Bardzo dziwna wydaje mi się cała ta niecna gra w szachy. Wczoraj, kiedy patrzałem na sąd obradujący tak godnie i zdawałem sobie sprawę, że gra odbywa się fałszowanymi figurami, odczuwałem ból głowy i jednocześnie ból serca. Głowa bolała mnie od myśli, czemu dziać się tak może, jeżeli ludzie nie są szaleńcami lub łotrami. Serce bolało mnie od obaw, że w gruncie rzeczy mogą być jednymi i drugimi. Ale niech się co chce dzieje, Ado... Wolno nazywać cię tak, prawda?

- Oczywiście, Ryszardzie.

- Niech się co chce dzieje, Ado, sąd kanclerski nie wywrze zgubnego wpływu na nas! Spotkaliśmy się dzięki naszemu zacnemu kuzynowi, więc sąd kanclerski nie zdoła nas poróżnić, prawda?

Panna Jellyby ścisnęła mnie za łokieć i obdarzyła wielce wymownym spojrzeniem. Odpowiedziałam jej uśmiechem i reszta drogi do domu upłynęła nam wszystkim w przyjemnym nastroju.

W pół godziny po naszym powrocie ukazała się pani Jellyby, a w ciągu następnej godziny rozmaite składniki śniadania utorowały sobie kolejno drogę do jadalni. Nie miałam wątpliwości, że pani Jellyby położyła się spać i wstała na powszechnie przyjętą modłę, lecz sprawiała wrażenie takie, jak gdyby wcale nie zmieniła ubioru. Podczas śniadania była bardzo zajęta, gdyż pierwsza poczta przyniosła obszerną korespondencję w sprawach Borriobula-Ga, co, jak wyraziła się, zapowiadało pracowity dzień. Dzieci myszkowały po całym domu i rozmaite przypadki notowały na posiniaczonych łydkach, które można by uznać za istne kroniki katastrof. Pip przepadł na godzinę z górą i został odprowadzony do domu przez policjanta, który znalazł go na placu targowym Newgate. Przy tej okazji zdumiała nas równowaga ducha, z jaką pani Jellyby zniosła i zaginięcie dziecka, i jego powrót na łono rodziny.

Ma się rozumieć, wytrwale dyktowała już listy Caddy, a Caddy odzyskiwała szybko atramentowe plamy takie, z jakimi zastaliśmy ją dnia poprzedniego. O pierwszej zatrzymały się przed domem dwa pojazdy: otwarty powóz dla nas oraz furgonik na bagaże. Pani Jellyby sypnęła hojnie wyrazami szacunku oraz pozdrowieniami, których adresatem był jej drogi przyjaciel, pan Jarndyce. Caddy wstała od stołu, by nas odprowadzić; pocałowała mnie w przedpokoju, a następnie stała na stopniach ganku i ogryzając pióro zalewała się łzami. Pip spał na szczęście, więc uniknął goryczy rozstania i być może czegoś gorszego, bo obawiam się na serio, że na plac targowy Newgate poszedł, aby mnie szukać. Wszystkie inne dzieci zaczęły czepiać się powozu i odpadać stopniowo, a my, wyjeżdżając z Thavies Inn, z troską spoglądaliśmy ku malcom rozrzuconym na ulicznym bruku.

ROZDZIAŁ III

ROZWÓJ WYDARZEN

Mam wiele trudności z rozpoczęciem swojego wkładu do tych kart, bo wiem, że nie jestem mądra. Zawsze wiedziałam o tym. Pamiętam, że gdy byłam zupełnia mała i zostawałam sam na sam z moją lalką, mawiałam nieraz: "Słuchaj, Laluniu! Wiesz doskonale, że nie jestem mądra, więc musisz być dla mnie dobra, kochanie, i bardzo wyrozumiała". Wobec tego lalka o pięknej cerze i różanych wargach siedziała rozparta w dużym fotelu i wpatrywała się we mnie (albo raczej w nic określonego), a ja szyjąc pracowicie powierzałam jej wszelkie osobiste sekrety.

Poczciwa, stara lalka! Byłam tak nieśmiała, że prawie nigdy nie otwierałam ust - nigdy zaś serca - wobec kogokolwiek innego! Niemal ze łzami myślę teraz o niezmiernej uldze, jaką odczuwałam, gdy wróciwszy ze szkoły do domu, biegłam na piętro do swojego pokoju i mówiłam: "Najdroższa, wierna Laluniu! Wiedziałam, że będziesz czekać na mnie!" Później siadałam na podłodze, opierałam głowę o poręcz fotela lalki i opowiadałam jej wszystko, na co zwróciłam uwagę od chwili naszego rozstania. Zawsze byłam spostrzegawcza - nie bystra, nic podobnego! Ale zwracałam uwagę na wszystko, co się wokół mnie dzieje, i gorąco pragnęłam, abym mogła rozumieć to lepiej. Bo dobre rozumienie nie stanowiło nigdy mojej mocnej strony. Czasami odnosiłam wrażenie, że staję się bystrzejsza, jeżeli kocham kogoś szczerze i mocno. Ale nawet to wynikało zapewne tylko z dobrego mniemania o sobie.

Odkąd pamięcią sięgnę, wychowywała mnie chrzestna matka - niby jakąś księżniczkę z baśni, z tą chyba różnicą, że ja nie byłam piękna ani czarująca. Chrzestna matka - czy też osoba, którą znałam jako chrzestną matkę - była dobra, naprawdę bardzo dobra! Trzy razy chodziła do kościoła każdej niedzieli, we wtorki i piątki bywała tam na porannych modłach, a kazań słuchała zawsze, ilekroć je wygłaszano, nie opuszczała ich nigdy. Była też urodziwa i (jak myślałam wówczas) przypominałaby chyba anioła, gdyby uśmiechała się niekiedy; tylko że nie uśmiechała się z zasady. Zawsze miała minę pochmurną i bardzo serio. Sądziłam wtedy, iż sama jest tak niezmiernie dobra, że zło innych ludzi każe jej chmurzyć się i gniewać przez całe życie. Czułam się bardzo inna niż ona (biorąc nawet pod uwagę naturalne różnice między kobietą a dzieckiem), marna, płocha, bez wartości, nigdy więc nie potrafiłam być swobodna w obecności chrzestnej matki. Nie potrafiłam również kochać jej tak, jak życzyłabym sobie. Z prawdziwym żalem przemyśliwałam często, że jestem niegodna aż tak dobrej opiekunki, być może jednak potrafię zdobyć się kiedyś na lepsze serce. Wiele razy rozmawiałam na ten temat z moją poczciwą, starą lalką, lecz mimo wszystko nie kochałam chrzestnej matki tak, jak powinnam i jak kochałabym ją niewątpliwie, gdybym była lepszą dziewczynką.

Z tej racji stawałam się jeszcze bardziej nieśmiała i zamknięta w sobie, niż byłam z natury, i musiałam poprzestawać na Laluni jako jedynej przyjaciółce, w której towarzystwie czułam się swobodnie. No i, gdy byłam jeszcze bardzo mała, zaszło coś, co tym mocniej ugruntowało ów stan rzeczy.

Nigdy nie słyszałam, by mówiono coś o mojej mamie. Nie wspominano również o tatusiu, ale mamą interesowałam się nierównie więcej. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek nosiła żałobę. Nikt nigdy nie pokazał mi grobu mamy ani nie mówił, gdzie się ten grób znajduje. Nie nauczono mnie też modlić się za żadnych krewnych z wyjątkiem wspomnianej już chrzestnej matki. Temat, zaprzątający moje myśli, usiłowałam nieraz poruszyć z panią Rachelą, naszą jedyną służącą, gdy ta kobieta, również bardzo dobra i dla mnie surowa, zabierała świecę ułożywszy mnie do łóżka. Ale pani Rachela odpowiadała tylko: "Dobrej nocy, Estero", wychodziła z pokoju i pozostawiała mnie samą.

W szkole, do której chodziłam jako dzienna pensjonarka, uczyło się siedem dziewczynek. Mówiły o mnie "mała Estera Summerson", ale żadnej z nich nie odwiedzałam w domu. Co prawda wszystkie były starsze niż ja - znacznie starsze - lecz dzieliła nas nie tylko różnica wieku i fakt, że koleżanki przewyższały mnie bystrością i wiedziały o wiele więcej. Pamiętam doskonale, że podczas mojego pierwszego tygodnia w szkole jedna z nich zaprosiła mnie do domu, na skromne przyjęcie dla dzieci. Nie posiadałam się z radości, ale chrzestna matka podziękowała w moim imieniu oficjalnym listem i do koleżanki nie poszłam. Nigdzie nie bywałam. Nigdy.

Nadeszły moje urodziny. W szkole obchodzono wszystkie podobne okazje, ale nie moje urodziny. W domach - o czym wiedziałam z rozmów pomiędzy dziewczynkami - spotykano wesoło takie rocznice innych koleżanek, ale nie moje. W naszym domu moje urodziny bywały zawsze dniem najsmutniejszym w ciągu roku.

Jak wspomniałam już, odnosiłam czasami wrażenie, że staję się bystrzejsza (jeżeli oczywiście nie zwodzi mnie dobre mniemanie o sobie, bo mogę przecież być szalenie zarozumiała, chociaż nie zdaję sobie z tego sprawy i chyba naprawdę nie jestem), kiedy kocham kogoś szczerze i mocno. Z usposobienia jestem bardzo uczuciowa i być może dziś jeszcze odczuwałabym ból zadany mi wówczas, gdyby tak zranić można więcej razy niż jeden.

Po kolacji chrzestna matka i ja siedziałyśmy przy stole przed kominkiem. Zegar tykał, ogień huczał i od nie wiedzieć jak dawna nie było słychać żadnych innych odgłosów w pokoju i w całym domu. Tak się złożyło, że podniosłam wzrok znad szycia, lękliwie spojrzałam przez stół ku chrzestnej matce i w jej posępnej twarzy wyczytałam: "Lepiej, o wiele lepiej byłoby, mała Estero, abyś nie obchodziła urodzin, abyś wcale na ten świat nie przyszła".

Nagle zalałam się łzami i rozpoczęłam głosem przerywanym łkaniem:

- Najdroższa chrzestna matko! Proszę, błagam, powiedz, czy moja mama umarła w dniu, kiedy ja się urodziłam?

- Nie - odparła. - O nic więcej nie pytaj, moje dziecko.

- Proszę, błagam, powiedz mi coś o niej, chrzestna matko. Powiedz dziś! Zaraz! Co ja jej złego zrobiłam? Jak ją utraciłam? Czemu jestem taka różna od innych dzieci i dlaczego, kochana chrzestna matko, ma to być moja wina? Nie! Nie! Nie odchodź, proszę! Porozmawiaj ze mną.

Byłam przerażona i pełna rozpaczy, więc klęcząc przed chrzestną matką czepiałam się jej sukni.

- Pozwól mi odejść - powtarzała raz po raz, lecz nadal stała na miejscu.

Jej posępna twarz miała nade mną taką władzę, że oprzytomniałam, nim minął mój żałosny wybuch. Uniosłam drobną, rozdygotaną dłoń, by jej rękę pochwycić czy też żebrać zmiłowania tak gorąco, jak stać mnie na to było, ale pohamowałam się i dłoń złożyłam na roztrzepotanym sercu. Chrzestna matka dźwignęła mnie i zasiadłszy w fotelu ustawiła przed sobą. Jeszcze dziś widzę jej ściągnięte surowo brwi i zwrócony ku mnie palec.

- Twoja matka, Estero - odezwała się głuchym, lodowatym tonem - jest twoją hańbą, a ty byłaś jej hańbą. Wkrótce nadejdzie czas, gdy zrozumiesz to lepiej, a zarazem odczujesz tak, jak potrafi odczuwać jedynie kobieta. Ja wybaczyłam jej zło, jakie mi wyrządziła - mówiła dalej, lecz twarz jej nie złagodniała - i na ten temat nie rzeknę nic więcej, chociaż była to krzywda gorsza, niż zdołasz zrozumieć, niż zdoła zrozumieć ktokolwiek oprócz mnie, pokrzywdzonej. A ty, nieszczęsne dziecię, osierocone i okryte hańbą już przed pierwszą żałosną rocznicą urodzin, módl się dzień po dniu, by grzechy innych nie spadły na twoją głowę, jak to jest napisane w Biblii. Zapomnij o matce i pozwól, aby zapomnieli o niej wszyscy, gdyż to, biedne dziecko, będzie dla ciebie największą łaską. A teraz idź sobie!

Kiedy jednak zmrożona i pełna grozy poruszyłam się chcąc odejść, chrzestna matka zatrzymała mnie, by dodać jeszcze:

- Pokora, samozaparcie, skrzętna praca oto właściwe przysposobienie do życia, rozpoczętego w tak ponurym cieniu. Jesteś, Estero, różna od innych dzieci, ponieważ przyszłaś na świat odmiennie niż one, w niepospolitym grzechu i pod znakiem gniewu. Musisz znajdować się na uboczu.

Poszłam na piętro do swojego pokoju, gdzie dowlokłam się do łóżka. Wilgotnym od łez policzkiem przylgnęłam do policzka lalki i obejmując czule tę moją jedyną powiernicę, płaczem ukołysałam się do snu. Nie stać mnie było na zrozumienie przyczyn moich trosk, ale zdawałam sobie sprawę, że nigdy nie stanowiłam radości niczyjego serca i dla nikogo w świecie nie byłam tym, czym dla mnie jest Lalunia.

Mój Boże! Ileż czasu spędzałyśmy później razem! Jak często powtarzałam lalce historię tamtych moich urodzin i zwierzałam się jej, że zrobię, co w mojej mocy, aby okupić grzech, z jakim na świat przyszłam, oraz winę, do której poczuwałam się i nie poczuwałam zarazem. Obiecywałam, że dorastając nie pożałuję starań, aby być pracowitą, zadowoloną z życia, pełną dobroci, aby świadczyć dobre uczynki i zyskiwać bodaj trochę ludzkiej miłości, jeżeli okaże się to możliwe. Chyba nie pobłażam sobie zbytnio, kiedy wylewam łzy wspominając tamte czasy? Jestem zadowolona z życia, jestem bardzo pogodna, lecz nie potrafię nie dopuścić łez do oczu.

W porządku! Otarłam je już i mogę znów przystąpić do pisania.

Po tamtych urodzinach jeszcze mocniej odczuwałam dystans pomiędzy mną a chrzestną matką i tym wyraźniej uprzytamniałam sobie, że w jej domu zapełniam miejsce, które winno być próżne. W głębi serca odczuwałam dla niej wdzięczność, bardziej niż kiedykolwiek gorącą, ale zbliżenie się do chrzestnej matki było dla mnie coraz trudniejsze i trudniejsze. Podobne uczucia budziły we mnie koleżanki szkolne i pani Rachela, wdowa, i jej córka, która co dwa tygodnie odwiedzała bardzo dumną z niej matkę! Byłam cicha, potulna, zamknięta w sobie i starałam się skrzętnie pracować.

W pewne słoneczne popołudnie, gdy wracając ze szkoły z książkami oraz teczką na rysunki obserwowałam długi cień, co sunął u mojego boku, przyszłam do domu i, jak zwykle, usiłowałam wśliznąć się niepostrzeżenie na piętro i do mojego pokoju. Ale chrzestna matka uchyliła drzwi na parterze i zawołała mnie do saloniku, gdzie - rzecz zupełnie niezwykła! - zastałam nie tylko ją, lecz również kogoś obcego. Był to ubrany w czerń zażywny dżentelmen, wyglądający na ważną osobistość. Miał biały halsztuk, duże złote pieczątki przy dewizce zegarka, okulary w złotej oprawie i również złoty sygnet na małym palcu.

- To ona - szepnęła chrzestna matka i wnet dodała naturalnym już chłodnym i surowym głosem: - To jest Estera, proszę pana.

Nieznajomy nałożył okulary i przyjrzawszy mi się powiedział:

- Zbliż się, moje dziecko.

Podał mi rękę, poprosił, abym zdjęła kapturek, a gdy go posłuchałam, wymamrotał spoglądając wciąż na mnie:

- No tak... Aha...

Później zdjął okulary, umieścił je w czerwonym futerale, wygodniej zasiadł na fotelu i obracając futerał w palcach obydwu rąk skłonił się lekko chrzestnej matce, ta zaś powiedziała:

- Możesz już odejść do siebie, Estero.

Dygnęłam przed nieznajomym i tak się z nim rozstałam.

W jakieś dwa lata później, kiedy miałam blisko czternaście lat, przyszedł okropny wieczór, w który siedziałyśmy z chrzestną matką przed kominkiem. Ja czytałam na głos, ona słuchała. Jak zwykle zeszłam z piętra o dziewiątej, aby jej czytać Pismo święte, tym razem z Ewangelii świętego Jana, jak to przywiedziono przed Zbawiciela grzeszną niewiastę. On zasię nachylił się i jął pisać palcem na ziemi.

"Gdy tedy nie przestawali go pytać, podniósł się i rzekł im:

Kto z was bez grzechu jest, niech na nią pierwszy rzuci kamień"... Przerwałam czytanie, bo chrzestna matka wstała i ująwszy czoło w dłonie wykrzyknęła okropnym głosem zdanie z całkiem innego miejsca Księgi:

- "Czujcie tedy, by z prędka przyszedłszy nie znalazł was śpiących. A co wam mówię, wszystkim mówię: Czujcie".

Stojąc przede mną wyrecytowała te słowa i w tejże chwili upadła na podłogę. Nie musiałam wzywać pomocy, bo jej głos rozbrzmiewał w całym domu i dosięgnął również ulicy.

Położono ją do łóżka, gdzie tydzień z górą leżała prawie nie zmieniona na pozór, z tym tak dobrze mi znanym surowym wyrażem, jak gdyby wyrzeźbionym na starej twarzy o bardzo regularnych rysach. Wiele, wiele razy za dnia i nocy składałam głowę na poduszce obok jej głowy, aby lepiej mogła mój szept dosłyszeć. Wśród pocałunków dziękowałam chrzestnej matce, modliłam się za nią, prosiłam o błogosławieństwo i przebaczenie, błagałam o ostatni znak, że poznaje mnie lub słyszy. Wszystko na darmo! Jej twarz pozostawała nieruchoma. Do ostatniej chwili, a nawet później, nie złagodniał ów surowy wyraz.

Dnia następnego po pogrzebie mojej biednej, dobrej chrzestnej matki pojawił się znów dżentelmen ubrany w czerń i biały halsztuk. Wezwana przez panią Rachelę zastałam go na tym samym miejscu, jak gdyby wcale nie wyszedł z naszej bawialni.

- Moje nazwisko Kenge - rozpoczął. - Zapewne przypominasz mnie sobie, moje dziecko. Kenge i Carboy z Lincoln's Inn.

Odpowiedziałam, że widziałam go raz jeden i przypominam sobie.

- Zechciej usiąść, proszę, tutaj blisko mnie. Nie lękaj się, nie rozpaczaj, bo to nic nie pomoże. Pani Rachelo, znane są pani sprawy majątkowe panny Barbary, nie muszę zatem przypominać pani, iż środki utrzymania nieboszczki wraz z nią umarły, a ta panienka po zgonie swojej ciotki...

- Ciotki, proszę pana? - wtrąciłam.

- Nie należy obecnie utrzymywać fikcji, która utraciła rację bytu - ciągnął gładko pan Kenge. - Nieboszczka była twoją ciotką zgodnie ze stanem faktycznym, jakkolwiek nie według prawa. Nie lękaj się, proszę, nie rozpaczaj! Nie płacz i nie drżyj, moje dziecko! Sądzę, pani Rachelo, że nasza mała przyjaciółka musiała bez wątpienia słyszeć o... o Jarndyce przeciwko Jarndyce.

- Nigdy nie słyszała - wtrąciła pani Rachela.

- Czy to możliwe? - podjął pan Kenge i nałożył okulary - Czy to możliwe, by nasza młoda przyjaciółka... Nie lękaj się, proszę... Nie rozpaczaj! Nie słyszałaś nigdy o Jarndyce przeciwko Jarndyce?

Przecząco pokręciłam głową zastanawiając się, co to takiego być może.

Pan Kenge zaczął mówić dalej i bystro spoglądając na mnie znad okularów obracał futerał w palcach obydwu rąk, jak gdyby pieścił go czule.

- Nigdy nie słyszałaś o Jarndyce przeciwko Jarndyce, o jednym z największych procesów w sądzie kanclerskim? Jarndyce przeciwko Jarndyce! Przecież to sam w sobie pomnik praktyk przyjętych w sądzie kanclerskim! To proces, w którym, że się tak wyrażę, powracają ustawicznie wszelkie zastrzeżenia, wszelkie ewentualności, wszelkie mistrzowskie fikcje i formalności procedury znane i stosowane w owym sądzie! To proces, moje dziecko, który nie mógłby mieć miejsca nigdzie poza granioami naszego wielkiego i wolnego kraju! Pozwolę sobie nadmienić, pani Rachelo - ciągnął zwracając się do niej zapewne dlatego, że zauważył mój brak zainteresowania - iż suma kosztów w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce wynosi obecnie sześćdziesiąt do siedemdziesięciu tysięcy funtów! - oznajmił i wygodniej zasiadł w fotelu.

Wydawałam się sobie bardzo niemądra, ale cóż mogłam zrobić? Z tematem byłam tak nie obznajmiona, że absolutnie nic nie rozumiałam.

- I nasza młoda przyjaciółka naprawdę nigdy nie słyszała nic o tym procesie! - podjął pan Kenge. - Zdumiewające!

- Panna Barbary, proszę szanownego pana - zabrała głos pani Rachela - która obecnie znajduje się pośród serafinów...

- Nie wątpię o tym, nie wątpię - wtrącił uprzejmie dżentelmen w czerni.

- Panna Barbary życzyła sobie, aby Estera wiedziała tylko tyle, ile może jej być przydatne. Toteż zgodnie z naukami, jakie tutaj pobierała, Estera nie wie nic więcej.

- Aha... Ogólnie biorąc, to stanowisko nad wyraz właściwe. Do rzeczy jednak - zwrócił się znów w moją stronę. - Ponieważ zmarła panna Barbary, jedyna twoja krewna... zgodnie ze stanem faktycznym, muszę zaznaczyć, gdyż według prawa żadnych krewnych nie posiadasz... a naturalnym rzeczy porządkiem nie należy oczekiwać, by pani Rachela...

- W żadnym razie, na Boga! - wtrąciła żywo pani Rachela.

- Ma się rozumieć - przyznał pan Kenge i mówił dalej: - Nie należy zatem oczekiwać, by pani Rachela chciała łożyć na twoje utrzymanie... Proszę cię, nie lękaj się, nie rozpaczaj! W tej sytuacji możesz, moje dziecko, zastanowić się nad propozycją, którą mniej więcej przed dwoma laty polecono mi przedstawić pannie Barbary. Propozycja została wówczas odrzucona, lecz dano mi do zrozumienia, iż w smutnych okolicznościach, jakie obecnie nastały, można by ją z pomyślnym skutkiem wznowić. Jeżeli wyznam teraz, że w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce i w wielu innych sprawach reprezentuję człowieka o wysokich walorach moralnych, zarazem jednak nie pozbawionego pewnych dziwactw, nie narażę chyba na szwank w żadnej mierze dyskrecji zawodowej, która mnie obowiązuje. Nie narażę, prawda? - zapytał prawnik i zasiadłszy znów wygodniej w fotelu począł spoglądać ufnie na panią Rachelę i na mnie.

Zdawać się mogło, że ponad wszystko sprawia mu radość dźwięk własnego głosu. Nic dziwnego, gdyż był to głos aksamitny i pełny, glos, który niepośledniej wagi dodaje każdemu wypowiedzianemu słowu. Pan Kenge słuchał sam siebie z widocznym zadowoleniem, czasami zaś poruszeniami głowy wybijał takt własnej muzyki albo też gestem ręki zaokrąglał jej frazę. Na mnie wywierał wówczas wielkie wrażenie, chociaż nie wiedziałam jeszcze, że uformował się na wzór pewnego wielkiego lorda, swojego klienta, i że nazywa się go powszechnie: Kenge Najwymowniejszy.

- Pan Jarndyce - ciągnął - został poinformowany o... o warunkach, że się tak wyrażę, opłakanych, w jakich znalazła się nasza młoda przyjaciółka, wobec czego proponuje, iż umieści ją w pierwszorzędnym zakładzie naukowym, gdzie nasza młoda przyjaciółka będzie w stanie dopełnić edukacji, gdzie zapewniony jej zostanie należyty dobrobyt, a wszelkie wymagania będą zaspakajane w granicach rozsądku. Tam nasza młoda przyjaciółka zdoła bez wątpienia przysposobić się wyśmienicie do wypełnienia obowiązków właściwych dla sfery życia, w jakiej spodobało się... powiemy chyba Opatrzności?... obrać dla niej miejsce.

Byłam tak wzruszona zarówno treścią, jak i formą tego, co pan Kenge mówił, że chociaż próbowałam, nie mogłam nic odpowiedzieć.

- Pan Jarndyce - rozprawiał dalej - nie stawia żadnych warunków, pozwala sobie tylko wyrazić nadzieję, że nasza młoda przyjaciółka w żadnym przypadku nie opuści wspomnianego zakładu naukowego bez jego wiedzy i zgody. Oczekuje również, iż pilnie i gorliwie będzie przykładać się do zdobywania wiadomości, od których w ostatecznym rezultacie będą uzależnione jej przyszłe losy. Liczy ponadto, że nasza młoda przyjaciółka nie zboczy z drogi cnót i honoru oraz że... że... I tak dalej...

Nie mogłam dobyć z siebie głosu. Wydawało mi się to jeszcze bardziej trudne niż uprzednio.

- No i co na to nasza młoda przyjaciółka? - podjął pan Kenge. - Nie śpiesz się, nie śpiesz! Czekam odpowiedzi, ale nie przynaglam cię, moje dziecko.

Nie muszę powtarzać, co próbowała odpowiedzieć nieszczęsna adresatka takiej propozycji. Co odpowiedziała, powtórzyłabym łatwo, gdyby to na powtórzenie zasługiwało. Co czuła i czuć będzie do ostatniej godziny życia, za nic i nigdy nie zdołam przedstawić.

Spotkanie, o którym mowa, odbyło się w Windsorze, gdzie - o ile mi wiadomo - spędziłam dotychczasowe lata życia. W tydzień później odjechałam stamtąd dyliżansem do Reading, suto wyposażona we wszystko niezbędne w nowych warunkach.

Pani Rachela była za dobra, by odczuwać wzruszenie z racji rozstania ze mną, ale ja nie wyróżniałam się aż taką dobrocią, więc płakałam gorzko. Myślałam, że w ciągu wielu ubiegłych lat powinnam była zbliżyć się z nią bardziej i obudzić tyle sympatii, by pani Rachela smuciła się w godzinie mojego odjazdu. Na pożegnanie obdarzyła mnie pocałunkiem w czoło zimnym, niby kropla spadła w ten mroźny dzień z oszronionego dachu, a ja - zbolała i skruszona - tuliłam się do niej zapewniając, iż dobrze wiem, że tylko z mojej winy pani Rachela żegna mnie bez bólu.

- Nie, Estero - odpowiedziała. - To nie twoja wina, lecz twój zły los!

Dyliżans stał przed furtką u krańca naszego trawnika, bo wyszłyśmy dopiero, gdy zaturkotały koła, więc ze ściśniętym sercem zaraz rozstałam się z panią Rachelą. Odeszła, zanim moje kuferki ulokowano na dachu i zatrzaśnięto drzwi pojazdu. Pokąd widać było nasz dom, wyglądałam przez okno, by patrzeć nań przez łzy. Chrzestna matka zapisała cały swój skromny dobytek pani Racheli, więc miała odbyć się publiczna licytacja i na śnieg i szron został wywieszony z okna dywan w deseń z róż, który uważałam zawsze za najpiękniejszą rzecz na świecie. Poprzedniego dnia spowiłam moją ukochaną, starą lalkę w jej własny szal i - wstyd powiedzieć - pogrzebałam w ziemi pod drzewem, które ocieniało moje okno. Jako jedyny smutny towarzysz pozostał mi ptaszek, którego zabrałam wraz z klatką.

Kiedy dom zniknął mi z oczu, postawiłam klatkę w słomie u swoich stóp i z niskiej ławki jęłam oglądać przez okno podobne do pięknego omasztowania drzewa okryte sadzią, pola białe i gładkie pod śniegiem, co spadł minionej nocy, słońce rozgorzałe purpurą, lecz dające tak mało ciepła, lód ciemny niby metal tam, gdzie śnieg zmiotły łyżwy lub podeszwy butów. W dyliżansie był jakiś pan, który wydawał mi się bardzo gruby z racji wielu spowijających go okryć. Zajmował miejsce na przeciwległej ławce, ale był zapatrzony w drugie okno i na mnie nie zwracał uwagi.

Myślałam o zmarłej chrzestnej matce, o wieczorze, gdy czytałam jej na głos, i tym uparcie surowym, posępnym wyrazie jej twarzy, kiedy leżała w łóżku. Myślałam o nieznanym celu podróży, ludziach, jakich tam zastanę, i jak ci ludzie będą wyglądali, i co mogą mi mieć do powiedzenia. Nagle wzdrygnęłam się na dźwięk głosu we wnętrzu dyliżansu.

- Czemu, u licha, płączesz? - zapytał ów głos.

Tak się wystraszyłam, że tchu mi zabrakło, i potrafiłam zdobyć się jedynie na szept:

- Ja, proszę pana?

Nie wątpiłam naturalnie, że odezwać się musiał dżentelmen w licznych okryciach, jakkolwiek nadal wyglądał przez okno.

- Aha! Ty! - burknął i zwrócił się w moją stronę.

- Nie wiedziałam, proszę pana, że płaczę - wyjąkałam.

- Ale płączesz! - rzucił. - Spójrz!

Przysunął się do mnie z przeciwległego kąta pojazdu, ostrożnie i delikatnie otarł mi oczy szerokim futrzanym mankietem i pokazał ów mankiet, który naprawdę był wilgotny.

- I co? Teraz wiesz, że płączesz?

- Tak, proszę pana.

- A czemu? - podjął. - Nie chcesz tam jechać?

- Dokąd, proszę pana?

- Dokąd? No... Tam, dokąd się wybierasz.

- Przeciwnie, proszę pana. Jestem bardzo zadowolona.

- Mogłabyś więc mieć zadowoloną minę!

Pomyślałam, że to bardzo dziwny człowiek albo przynajmniej bardzo dziwne wydaje mi się to, co z niego widać, gdyż dżentelmen był okutany po szyję, a twarz miał prawie ukrytą pod wielką futrzaną czapą o szerokich nausznikach związanych pod brodą. Ale nie bałam się go już i - spokojna znowu - wytłumaczyłam, iż płakałam zapewne z powodu śmierci mojej chrzestnej matki i dlatego, że pani Rachela rozstawała się ze mną bez żalu.

- Niech diabli porwą panią Rachelę! Może polecieć sobie w świat na miotle w czasie huraganowej wichury! - zawołał nieznajomy.

Wtedy zaczęłam lękać się go naprawdę i przyglądać mu się ze zdumieniem. Osądziłam jednak, że ma poczciwe oczy, chociaż nadal mamrotał gniewnie i pod adresem pani Racheli rzucał wyzwiska.

Niebawem rozpiął zwierzchnie okrycie tak obszerne, że - przynajmniej moim zdaniem - mógłby omotać nim cały dyliżans, następnie zaś wcisnął rękę do wyjątkowo głębokiej kieszeni.

- Spójrz tylko! - zaczął dobywając stamtąd starannie owiniętą paczuszkę. - W tym papierze jest porcja ciasta ze śliwkami, posypanego cukrem na cal grubo, najsmaczniejszego z ciast, jakie da się kupić za pieniądze! Znajdziesz tam również klejnot pod względem rozmiarów i jakości, pasztecik pochodzący z Francji. Pasztecik z czym? Jak ci się zdaje? Z farszem z wątróbki tuczonych gęsi! Oto on! Rad popatrzę, jak będziesz to pałaszować.

- Dziękuję, proszę pana - odparłam. - Bardzo dziękuję, ale nie pogniewa się pan chyba, jeżeli odmówię. To strawa, proszę pana, dla mnie zbyt wykwintna.

Nieznajomy wyrzucił za okno ciasto oraz pasztecik i przy okazji posłużył się zwrotem zupełnie dla mnie niezrozumiałym:

- I znowu kosz!

Więcej nie odezwał się do czasu, gdy tuż przed Reading zaczął sposobić się do opuszczenia dyliżansu. Podał mi wtedy rękę i zalecił, abym była dobrą i pracowitą młodą osóbką. Muszę przyznać, że rozstanie z nim przyjęłam z ulgą. Wysiadł przy kamieniu milowym, który często mijałam później, i przez długi czas nie potrafiłam przy takich okazjach nie myśleć o zagadkowym dżentelmenie i nie żywić prawie nadziei, że mogłabym spotkać go znowu. Ale nie stało się tak i stopniowo wspomnienie wywietrzało mi z głowy.

Kiedy zatrzymał się dyliżans, przed jego oknem stanęła bardzo schludna pani.

- Panna Donny - powiedziała.

- Nie, proszę pani. Estera Summerson.

- Tak! Naturalnie! - podchwyciła żywo. - Panna Donny.

Zrozumiałam wówczas, że panna Donny przedstawia mi się w taki sposób, przeprosiłam ją więc za nieporozumienie i na jej prośbę wskazałam swoje rzeczy. Według wskazówek również bardzo schludnej służącej kuferki złożono na dachu wyjątkowo małej zielonej kolaski, a po ulokowaniu się w jej wnętrzu panny Donny, służącej i mnie konie ruszyły.

- Wszystko gotowe, Estero. Czeka na ciebie - rozpoczęła panna Donny. - A plan twoich zajęć został opracowany dokładnie tak, jak życzył sobie twój opiekun, pan Jarndyce.

- Jak życzył sobie... Kto, proszę pani?

- Twój opiekun, pan Jarndyce - powtórzyła.

Oszołomiło mnie zdumienie, a panna Donny pomyślała widać, że zasłabłam widać z powodu zimna, gdyż podała mi flakon soli trzeźwiących.

- Czy... Czy mój opiekun, pan Jarndyce, to... to pani znajomy? - zapytałam niepewnie po dobrej chwili wahania.

- Osobiście nie znam go, Estero - odrzekła - tylko za pośrednictwem londyńskiej firmy adwokackiej Kenge i Carboy. Pan Kenge to dżentelmen naprawdę na poziomie. Niebywale elokwentny! Niektóre okresy, jakimi się posługuje, są rzeczywiście wspaniałe!

Opinię taką uznałam za rzetelną prawdę, lecz zabrakło mi czasu, by podjąć temat. Nim zdążyłam przyjść do siebie, znalazłyśmy się u celu podróży, a to pomnożyło jeszcze bardziej moje onieśmielenie i niepewność. Nigdy nie zapomnę, jak osobliwe i nierealne wydawało mi się tamtego popołudnia wszystko, co napotkałam w Greenleaf - domu panny Donny!

Ale przyzwyczaiłam się rychło i tryb życia w Greenleaf wciągnął mnie tak, jak gdybym mieszkała tam od wielu lat, a wszystko dawne, co działo się w domu chrzestnej matki, było na pograniczu rojeń sennych. Trudno o coś bardziej regularnego, niezmiennego, trwałego niż ów tryb życia. Wszystko znajdowało tam miejsce w czasie, jaki obejmowała tarcza zegara. Wszystko odbywało się o wyznaczonej po temu chwili.

Było nas dwanaście pensjonarek, a zajmowały się nami dwie panny Donny - siostry bliźniaczki. Ustalono, że w przyszłości mam zostać wykwalifikowaną guwernantką, toteż stopniowo zaczynałam w Greenleaf nie tylko pobierać nauki, lecz również nauczać. Pod każdym względem traktowana byłam tak samo jak reszta szkoły, lecz od początku zaznaczała się ta różnica pomiędzy mną a innymi dziewczętami. W miarę jak umiałam więcej, uczyłam więcej i z biegiem czasu miałam coraz więcej pracy, za którą przepadałam, gdyż dzięki niej zyskiwałam miłość kochanych dziewcząt. Tak się składało, że każda nowa pensjonarka - zbita z tropu, smutna i onieśmielona - niezawodnie (sama nie wiem czemu) zaprzyjaźniała się ze mną, a więc z reguły mojej trosce i pieczy powierzano z czasem takie nowicjuszki. Podobno ja byłam miła i łagodna, lecz jestem pewna, że to one były takie! Często przypominałam sobie dobre chęci, jakie miałam w dniu tamtych moich urodzin. Postanowiłam wtedy, że będę pracowita, zadowolona z życia, pełna dobroci, że świadcząc dobro ludziom postaram się zyskiwać bodaj trochę ich miłości, jeżeli okaże się to możliwe. I szczerze mówiąc, prawie wstyd mi było, że dokonałam tak mało, a zyskałam tak wiele.

Sześć szczęśliwych lat spędziłam w Greenleaf. I, dzięki Bogu, w żaden dzień moich urodzin nie wyczytałam tam z niczyjej twarzy, że lepiej byłoby, gdybym wcale na ten świat nie przyszła. Kiedy ów dzień nadchodził, otrzymywałam moc dowodów życzliwej sympatii, które upiększały mój pokoik od Nowego Roku aż po następne Boże Narodzenie.

W ciągu tamtych lat nie wyjeżdżałam nigdy i nigdzie, nie licząc oczywiście świątecznych wizyt w najbliższym sąsiedztwie. Po pierwszych sześciu miesiącach panna Donny podszepnęła mi, iż wypadałoby napisać do pana Kenge'a list z wyrazami wdzięczności oraz zapewnieniami, że czuję się szczęśliwa. List taki, zaaprobowany przez pannę Donny, wysłałam i w odpowiedzi dostałam formalne potwierdzenie jego odbioru wraz z wiadomością, iż "treść pisma Szanownej Pani zostanie skrupulatnie zakomunikowana naszemu klientowi". Później słyszałam nieraz, jak panna Donny i jej siostra mówiły o punktualnym regulowaniu rachunków za mój pobyt i dwa razy do roku pisywałam podobne listy. Zawsze nadchodziła odwrotną pocztą identyczna odpowiedź, skreślona tym samym okrągławym charakterem pisma, a podpisana "Kenge i Carboy" innym, zapewne pana Kenge'a.

Jakie to dziwne, że muszę pisać tyle o sobie! Jak gdyby ta opowieść miała być moim życiorysem! Niebawem jednak skromna osoba autorki zblednie na bardzo odległym planie.

Sześć spokojnych lat (widzę, że drugi raz to powtarzam!) przeżyłam w Greenleaf, a w moim otoczeniu, niby w zwierciadle, mogłam oglądać do woli wszystkie kolejne etapy własnych przemian i rozwoju. Wreszcie, w pewien listopadowy ranek, dostałam list, który przytaczam pomijając jedynie datę:

Old Square, Lincoln's Inn

Panna Estera Summerson

Dot. Jarndyce przeciwko Jarndyce

Szanowna Pani!

Nasz klient, pan Jarndyce, na zasadzie orzeczenia sądu kanclerskiego w powyższej sprawie, może obecnie przyjąć do swojego domu podopieczną sądu kanclerskiego w tejże sprawie, ponieważ zaś pragnie zapewnić tejże podopiecznej towarzystwo odpowiednio dobranej osoby, polecił nam poinformować Szanowną Panią, iż będzie rad skorzystać z Jej usług w rzeczonym charakterze.

Zgodnie z tym poleceniem nabyliśmy dla Szanownej Pani miejsce w dyliżansie odjeżdżającym w najbliższy poniedziałek o ósmej rano z Reading do Piwnicy pod Białym Koniem przy Piccadilly w Londynie, gdzie nasz kancelista będzie oczekiwać, aby towarzyszyć Szanownej Pani do naszej kancelarii.

Pozwalamy sobie przekazać Szanownej Pani wyrazy głębokiego poważania

Kenge i Carboy

Do końca życia nie zapomnę poruszenia, jakie ów list wywołał w całym domu! To pięknie z ich strony, że dziewczęta pokochały mnie tak mocno! Ileż łaski okazał mi Ojciec z niebios, który nie zapomniał mnie, a moją ciężką drogę uczynił gładką. Niełatwo było mi wytrzymać to wszystko, co nie znaczy, że chciałabym, aby one mniej się martwiły. Obawiam się, że tego nie życzyłabym sobie wcale, lecz zadowolenie, żal, duma i radość, a także pokorna skrucha tak dziwnie mieszały się z sobą, że serce miałam zbolałe, jednocześnie zaś pełne podniosłego uniesienia.

List zostawiał mi ledwie pięć dni do odjazdu i każda minuta w tych pięciu dniach zawarta pomnażała dowody serdecznego przywiązania, jakie otrzymywałam nieustannie. Co działo się w moim sercu, gdy nadszedł ostatni ranek, a dziewczęta jęły mnie oprowadzać po wszystkich pokojach, abym je mogła jeszcze raz zobaczyć; kiedy niektóre mówiły: "Estero, kochanie, pożegnaj mnie tu, przy moim łóżku, gdzie pierwszy raz okazałaś mi tyle dobroci"; kiedy inne prosiły o mój podpis pod kilkoma tkliwymi słowami od Estery, wszystkie zaś obsypywały mnie pożegnalnymi upominkami, tuliły się do mnie i wołały z płaczem: "Co będzie z nami teraz, gdy zabraknie kochanej Estery?"; kiedy usiłowałam powiedzieć im, jak niezmiernie były dbałe o mnie i dobre, ile moich najlepszych uczuć zaskarbiły sobie, jak wiele czułych błogosławieństw i wdzięczności!

Co działo się w moim sercu, gdy obie panny Donny jęły żegnać mnie z nie mniejszym niż dziewczęta żalem; kiedy usłyszałam od służącej: "Niech dobry Bóg błogosławi panienkę tam, dokąd panienka odjeżdża", a brzydki i kulawy stary ogrodnik, który, jak sądziłam, wcale nie zwracał na mnie uwagi w ciągu minionych lat, podbiegł zasapany do okna dyliżansu, aby ofiarować mi bukiecik geranii mówiąc (naprawdę dziadek tak powiedział!), że byłam światłością jego oczu!

Jakże mogłam czuć się po tym wszystkim i po nieoczekiwanym widoku przed wiejską szkółką, z której wyległy biedne dzieci, aby pozdrawiać mnie wywijając chusteczkami i czapkami, a stojący opodal siwowłosy dżentelmen i jego małżonka - podobno najbardziej wyniosła para w całej okolicy - nie krępując się zgoła wykrzykiwali za mną: "Do widzenia, droga Estero! Wiele szczęścia życzymy!" Cóż dziwnego, że gdy zostałam sama w pudle dyliżansu, załamałam się kompletnie i wiele, bardzo wiele razy jęłam powtarzać, że jestem taka wdzięczna i szczęśliwa.

Rychło zreflektowałam się jednak, że nie mogę przywieźć z sobą łez, bo tam, dokąd się wybieram, wyświadczono mi zbyt wiele dobrego. Postarałam się zatem, aby mniej szlochać, i zaczęłam strofować się raz po raz: "Tak nie można, Estero! Doprawdy, płacz na nic się nie zda!" Wkrótce, lecz nie tak prędko, jak życzyłabym sobie, odzyskałam nieco pogody ducha, a gdy ochłodziłam oczy wodą lawendową, pora była wypatrywać Londynu.

Dziesięć mil przed miastem byłam przekonana, że jestem już w jego obrębie, kiedy zaś znalazłam się tam rzeczywiście, myślałam, że nigdy nie dojedziemy. Uwierzyłam naprawdę, że zbliżamy się do kresu podróży dopiero wówczas, gdy dyliżans jął podskakiwać na kamieniach bruku, ja zaś odniosłam wrażenie, że wszystkie inne pojazdy usiłują zderzać się z naszym, a ten usiłuje zderzać się z wszystkimi innymi. Ale dyliżans zatrzymał się po bardzo krótkim czasie, a z chodnika zagadnął mnie młody człowiek poplamiony cokolwiek atramentem:

- Jestem, proszę pani, z firmy Kenge i Carboy w Lincoln's Inn.

- Bardzo mi przyjemnie - odpowiedziałam.

Młody człowiek był nad wyraz uprzejmy, kiedy więc dopatrzył, jak należy, przenoszenia moich bagaży i usadowił mnie w dorożce, zapytałam śmiało, czy gdzieś niedaleko szaleje pożar? Pozwoliłam sobie na to pytanie, gdyż gęsty, brunatny dym tak przepełniał ulice, że prawie nic nie było widać.

- Nic podobnego, proszę pani - odparł - to tylko nasza londyńska specjalność.

Nie słyszałam nigdy o takiej londyńskiej specjalności, więc młody człowiek wyjaśnił:

- Mgła, proszę pani.

- Aha... Rozumiem - powiedziałam.

Jechaliśmy wolno ulicami najbrudniejszymi i najbardziej mrocznymi (przynajmniej moim zdaniem), jakie świat widział, wśród takiego zamętu i zgiełku, że podziw brał, jak ludzie mogą pozostawać tu przy zdrowych zmysłach. Nagle minąwszy wąską bramę znaleźliśmy się wśród ciszy i spokoju i przez rozległy dziedziniec dorożka podjechała do zakątka, gdzie były strome kamienne schody przypominające wejście do kościoła. Istotnie musiał być tam niegdyś cmentarz przykościelny, gdyż z okna klatki schodowej zobaczyłam po chwili jakieś stare nagrobki.

Tutaj mieściła się kancelaria firmy adwokackiej Kenge i Carboy. Młody człowiek poprowadził mnie przez kantor do gabinetu pana Kenge'a (w pokoju nie było nikogo) i uprzejmie ustawił dla mnie krzesło przed kominkiem. Później wskazał mi małe lusterko zawieszone na gwoździu po jednej stronie obudowy kominka.

- Proszę - powiedział uprzejmie - jeżeli życzy sobie pani przejrzeć się po podróży. To nieobowiązujące, naturalnie, ale ma pani stanąć przed kanclerzem.

- Przed kanclerzem? - zawołałam zdumiona.

- To czysta formalność, proszę pani - podjął. - Pan Kenge jest obecnie w sądzie. Polecił mi przekazać pani wyrazy szacunku. Zechce pani pokrzepić się trochę? - (Na małym stoliku zobaczyłam herbatniki i karafkę wina). - A może rzucić okiem na gazetę?

Z tymi słowy młody człowiek podał mi gazetę, a następnie podgarnął żar na kominku i wyszedł.

Wszystko wokół było bardzo dziwne - tym dziwniejsze, że z dnia uczyniono tu noc i wśród mroków świece jaśniały białym, chłodnym płomieniem - toteż przebiegałam wzrokiem słowa dziennika i nie rozumiejąc ich sensu raz po raz czytałam wciąż to samo. Zniechęcona tym odłożyłam gazetę, zerknęłam przelotnie w lustro, aby sprawdzić, czy mój kapelusik wygląda jak należy, a następnie jęłam rozglądać się po bardzo słabo oświetlonym pokoju. W ciemności dostrzegłam zakurzone stoły i całe stosy zapisanego papieru, i bibliotekę pełną grubych tomów o imponującym wyglądzie. Później zaczęłam medytować, medytować, medytować, a ogień na kominku płonął, płonął, płonął, świece syczały i topniały, bo nie było ich czym objaśnić, póki ten sam młody człowiek nie przyniósł wyjątkowo brudnych szczypiec do obcinania knotów. Trwało to wszystko całe dwie godziny.

Na koniec przyszedł pan Kenge. On się nie zmienił, ale dał wyraz zdziwieniu - chyba miłemu zdziwieniu - z racji zmian, jakie dostrzegł we mnie.

- Ponieważ ma pani zostać towarzyszką młodej damy, która przebywa obecnie w prywatnym gabinecie lorda kanclerza - powiedział - uznaliśmy za wskazane, aby i pani zechciała tam się stawić. Spodziewam się, że nie zbije pani z tropu osoba lorda kanclerza?

- Mam nadzieję, proszę pana - odparłam, bo nie widziałam przyczyny, dla której miałoby mi grozić zbicie z tropu.

Wobec tego pan Kenge podał mi ramię i poprowadził mnie pod kolumnadą do bocznego wejścia, znajdującego się za narożnikiem gmachu. Przemierzyliśmy korytarz i weszli do przytulnego pokoju, gdzie młoda dama i młody dżentelmen stali w bliskości kominka, na którym huczał suty ogień. Rozmawiali za sobą pochyleni nad ekranem, znajdującym się pomiędzy nimi a tym ogniem.

Obydwoje obejrzeli się, gdy weszłam, ja zaś zobaczyłam przede wszystkim wyjątkowo piękną dziewczynę rozświetloną odblaskiem płomieni. Ten przepych złocistych włosów! I cudownie błękitne, łagodne oczy! I twarz jasna, niewinna, przepełniona ufnością!

- Panno Ado - przemówił pan Kenge. - To jest panna Summerson.

Ruszyła ku mnie z życzliwym uśmiechem i ręką wyciągniętą do powitalnego uściśnienia, ale w ostatniej chwili zmieniła widać zamiar, bo ucałowała mnie serdecznie. Krótko mówiąc, miała obejście tak naturalne, pełne wdzięku, urzekające, że po paru minutach siedziałyśmy już we dwie w okiennej wnęce i spowite odblaskiem ognia gawędziły swobodnie, z radosnym ożywieniem.

Niezmierny ciężar spadł mi z serca, bo uprzytomniłam sobie rychło, że ta dziewczyna potrafi obdarzyć mnie zaufaniem i polubić. Jak to ładnie z jej strony! Ileż znajdę w tym pociechy i otuchy!

Młody dżentelmen - jak mi wyjaśniła - to jej daleki krewny, a nazywa się Ryszard Carstone. Przystojny i postawny, twarz miał inteligentną i uśmiech niezwykle ujmujący. Kiedy skinęła nań, zbliżył się i stojąc - również w odblasku ognia - przed ławą, na której siedziałyśmy obok siebie, począł rozmawiać z nami wesoło, żartobliwie, jak to beztroski młodzik. Liczył sobie wówczas co najwyżej dziewiętnaście lat, więc istotnie był bardzo młody, lecz prawie o dwa lata starszy od kuzynki. Obydwoje byli sierotami i - co zdziwiło mnie i zaciekawiło nad miarę - nigdy nie widzieli się uprzednio. To pierwsze w życiu spotkanie całej naszej trójki w miejscu tak bardzo niezwyczajnym stanowiło dobry temat, mówiliśmy więc o nim, a ogień, który przestał huczeć, mrugał do nas porozumiewawczo purpurowymi oczyma na kształt - jak wyraził się Ryszard - starego wygi z sądu kanclerskiego. Rozmowę prowadziliśmy półgłosem, ponieważ jakiś pan w ceremonialnym stroju i peruce z herbajtłem raz po raz wchodził i wychodził, ilekroć zaś odmykał drzwi, dobiegał nas przeciągły, jednostajny pomruk. Była to, jak wyjaśnił ów pan w ceremonialnym stroju i peruce, mowa wygłaszana do lorda kanclerza przez jednego z adwokatów występujących w naszej sprawie. Poinformował również pana Kenge'a, iż kanclerz będzie wolny za pięć minut, a gdy usłyszeliśmy poruszenie i odgłos licznych kroków, pan Kenge oznajmił, że rozprawa skończona i lord kanclerz wkroczył już do sąsiedniego pokoju.

W tejże chwili pan w peruce otworzył drzwi i wezwał pana Kenge'a. Wobec tego wszyscy ruszyliśmy do sąsiedniego pokoju - najpierw pan Kenge, za nim moja najmilsza (tak już do tego przywykłam, że nie jestem w stanie pisać inaczej!). Tam lord kanclerz skromnie ubrany w czerń zasiadał u stołu nie opodal kominka, a jego toga lamowana piękną złotą koronką spoczywała rzucona na drugie krzesło. Kiedy weszliśmy, zmierzył nas badawczym wzrokiem, ale ogólnie biorąc był uprzejmy i dobrotliwy.

Pan w peruce położył przed nim na stole stos papierów, a lord kanclerz wybrał jeden plik i bez słowa począł przewracać karty.

- Panna Clare? - odezwał się wreszcie. - Panna Ada Clare?

Pan Kenge dokonał formalnej prezentacji, a lord kanclerz poprosił, by Ada zechciała usiąść obok niego. Niewątpliwie podobała mu się i był nią żywo zainteresowany. To nawet ja potrafiłam dostrzec w jednej chwili. Później niemile uderzyła mnie myśl, że owo oschłe urzędowe miejsca ma zastępować dom rodzinny tak pięknej młodej istocie, a dostojny lord, mimo całej łaskawości, wydał mi się nader lichą namiastką rodzicielskiej miłości.

- Jarndyce, o którym tu mowa, to Jarndyce z Samotni? - zapytał lord kanclerz przeglądając nadal akta.

- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie, to Jarndyce z Samotni - odparł pan Kenge.

- Ponura nazwa dla domu.

- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie, ale ostatnio sam dom przestał być ponury.

- Samotnia jest położona... - zaczął kanclerz.

- W hrabstwie Hertford, jaśnie wielmożny lordzie - dopowiedział pan Kenge.

- Pan Jarndyce z Samotni jest nieżonaty?

- Tak jest, jaśnie wielmożny lordzie. Nieżonaty.

Nastąpiła pauza.

- Czy stawił się pan Ryszard Carstone? - lord kanclerz spojrzał w jego stronę.

Ryszard złożył głęboki ukłon i postąpił krok naprzód.

- Aha... - powiedział lord kanclerz i przewrócił znów parę kart.

- Jeżeli wolno mi przypomnieć jaśnie wielmożnemu lordowi - odezwał się cicho adwokat - pan Jardynce z Samotni pragnie dać odpowiednią towarzyszkę...

- Panu Ryszardowi Carstone'owi?

Wydało mi się - ale nie jestem pewna - że lord kanclerz rzucił takie słowa tym samym wciąż matowym, bezbarwnym tonem.

- ... pannie Adzie Clare - dokończył pan Kenge. - Oto rzeczona młoda dama. Panna Summerson.

Jaśnie wielmożny lord spojrzał na mnie dobrotliwie, przyjął mój głęboki ukłon i zapytał nad wyraz łaskawie:

- Jak sądzę, pokrewieństwo nie łączy panny Summerson z żadną ze stron procesowych?

- Nie, jaśnie wielmożny lordzie.

Jeszcze nie przebrzmiały te słowa, gdy pan Kenge pochylił się i zaczął szeptać. Lord kanclerz nie odrywał wzroku od papierów, lecz przeglądając je karta po karcie słuchał, gdyż kilkakrotnie przytakiwał skinieniem głowy. Na mnie spojrzał powtórnie dopiero pod koniec posłuchania.

Po chwili pan Kenge i Ryszard wycofali się w moją stronę, pod drzwi gabinetu, a moja najdroższa (tak już do tego przywykłam, że znowu nie potrafię nazwać jej inaczej!) pozostała na krześle, obok lorda kanclerza. Rozmawiał z nią poufale, dopytując, jak powiedziała mi później, czy zastanowiła się dobrze nad całym projektem oraz czy sądzi, że pod dachem pana Jarndyce z Samotni będzie szczęśliwa, a jeżeli tak, to dlaczego? Wreszcie wstał i dwornie pożegnał Adę, aby następnie wysłuchać, co ma do powiedzenia Ryszard Carstone, który stojąc, nie siedząc, odpowiadał na pytania dygnitarza. Ten rozmawiał z nim bardziej swobodnie i bezceremonialnie, jak gdyby znał - chociaż był aż lordem kanclerzem - drogę do serca pełnego temperamentu młodzika.

- A zatem polecę przygotować właściwe postanowienie - oznajmił głośno jaśnie wielmożny lord. - Jestem zdania, że pan Jarndyce z Samotni wybrał - w tym miejscu spojrzał na mnie - bardzo odpowiednią towarzyszkę dla panny Ady Clare, a cały projekt uważam za najlepszy, jaki można było obmyślić w istniejących warunkach.

Następnie odprawił nas grzecznie, a my wyszliśmy wdzięczni mu za tak wiele łaskawej i uprzejmej życzliwości, z racji której nie umniejszył bynajmniej, lecz naszym zdaniem pomnożył godność swojej wysokiej pozycji.

Kiedy znaleźliśmy się pod kolumnadą, pan Kenge zreflektował się, że musi wrócić, by zapytać jeszcze o to i owo, więc pozostawił nas we mgle, wśród której karoca oraz służba oczekiwały lorda kanclerza.

- To mamy już za sobą - powiedział Ryszard Carstone. - I co dalej, panno Estero?

- Nie wie pan? - zapytałam.

- Nie mam pojęcia.

- A ty, kochanie? - zagadnęłam Adę.

- Ja także nie wiem - odparła. - A ty?

- Nie wyobrażam sobie nawet.

Spoglądaliśmy na siebie rozbawieni, że jesteśmy jak dzieci z bajki zagubione w lesie, gdy osobliwie wyglądająca starsza kobieta, w kapeluszu na bakier i z torebką w ręku, podeszła do nas wśród uśmiechów i wielce ceremonialnych ukłonów.

- O, podopieczni w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce? - przemówiła. - Jakże mi miło, że mam zaszczyt. Jakże mi miło! To dobry omen, gdy młodość, nadzieja, uroda trafią w to miejsce i nie wiedzą, co dalej wyniknie.

- Jakaś wariatka - szepnął Ryszard nie spodziewając się, że tamta może go usłyszeć.

- Racja! Wariatka, młody panie! - podchwyciła tak żywo, że chłopiec się zawstydził. - Ja również byłam podopieczną sądu i nie wariatką - ciągnęła z uśmiechem i głębokim ukłonem po każdym krótkim zdaniu. - Miałam młodość. I nadzieję. I, śmiem sądzić, urodę. To wszystko mało znaczy. Bardzo mało. Mnie nie przydało się na nic. Nie ocaliło. Teraz mam zaszczyt uczęszczać na rozprawy. Regularnie. Z moimi dokumentami. Oczekuję sądu. Wkrótce. W dzień Sądu Ostatecznego. Odkryłam, że szósta pieczęć wspomniana w objawieniu to wielka pieczęć kanclerska. Dawno została złamana. Bardzo dawno! Zechciejcie przyjąć moje błogosławieństwo.

Ada była trochę wystraszona, więc aby udobruchać nieco starą, powiedziałam, że jesteśmy jej serdecznie wdzięczni.

- Tak... Naturalnie - odparła krygując się wdzięcznie. - Na to liczyłam. A oto Kenge Najwymowniejszy. Ze swoimi dokumentami. Jakże się miewa wasza dostojna dostojność?

- Nieźle, wcale nieźle - powiedział adwokat i ruszył w drogę powrotną do swojej kancelarii. - Nie naprzykrzałabyś się lepiej, zacna duszo.

- Skąd znowu - podchwyciła. - Ja nie naprzykrzam się nigdy. Tym dwojgu młodym mogę zapisać majątek. Naprzykrzaniem się nie można tego nazwać. Prawda? Oczekuję sądu. Wkrótce. W dzień Sądu Ostatecznego. To dobry omen dla was. Przyjmijcie, dziatki, moje błogosławieństwo.

Przystanęła u stóp schodów - szerokich, kamiennych schodów - a gdy obejrzeliśmy się z górnego ich stopnia, była na miejscu i mówiła uśmiechając się i kłaniając głęboko pomiędzy krótkimi zdaniami:

- Młodość. I nadzieja. I uroda. I sąd kanclerski. I Kenge Najwymowniejszy! Ha! Zechciejcie przyjąć moje błogosławieństwo.

ROZDZIAŁ VI

U SIEBIE W DOMU

Rozjaśniło się tymczasem i rozjaśniało coraz bardziej, kiedy jechaliśmy ku zachodowi. W rześkim powietrzu i blasku słońca coraz bardziej podziwialiśmy rozległe ulice, wspaniałe sklepy, znaczny ruch kołowy, barwne niczym kwiaty nieprzeliczone tłumy zwabione widać polepszeniem się pogody. Z wolna zachwycające centrum Londynu poczęło zostawać za nami i wokół wyrastały przedmieścia, a każde z nich - przynajmniej w moich oczach - mogłoby uchodzić za spore miasto. Wreszcie znaleźliśmy się znowu na prawdziwym wiejskim trakcie, wzdłuż którego widać było wiatraki, zabudowania gospodarskie, kamienie milowe, stogi starego siana pachnące stęchlizną, farmerskie wozy, godła przydrożnych zajazdów, a obok nich koryta do pojenia koni, dalej zaś pola, kępy drzew i żywopłoty. Olśniewał nas widok zielonej wiejskiej okolicy przed nami i pozostającej w tyle olbrzymiej metropolii! Było to wszystko takie radosne i krzepiące, że gdy mijał nas furgon ciągniony przez konie w szorach z czerwonej skóry pobrzękujących raźno dzwoneczkami, wszyscy troje mieliśmy ochotę śpiewać w takt tej melodyjnej muzyki.

- Podczas tej jazdy wciąż przypomina mi się mój imiennik Whittington - odezwał się Ryszard - a ten furgon to istna kropka nad i. Co to? Co się dzieje?

Nasz powóz pocztowy zatrzymał się raptownie. Stanął też furgon i muzyka dzwonków przycichła, zmieniła się w krótkie pobrzękiwania, gdy któryś z koni otrząsnął się albo poruszył głową.

- Nasz pocztylion ogląda się i patrzy na woźnicę furgonu - powiedział Ryszard - a ten śpieszy w naszą stronę. Co tam, dobry człowieku? - zmienił ton, kiedy woźnica stanął u drzwiczek naszego pojazdu; Ryszard przyjrzał mu się uważniej i zawołał: - Zdumiewające! On ma twoje imię i nazwisko zatknięte za wstążką kapelusza.

Były tam imiona i nazwiska nas wszystkich. Jeden z listów adresowany był do Ady, drugi do Ryszarda, a trzeci do mnie. Woźnica oddawał je nam kolejno odczytując na głos imiona i nazwiska. Na pytanie Ryszarda, kto polecił mu doręczyć tę korespondencję, odrzekł krótko:

- Mój pan, proszę wielmożnego panicza.

Później nasadził na głowę kapelusz przypominający kształtem głęboką miskę zwróconą dnem ku górze i trzasnąwszy z bicza wskrzesił muzykę dzwonków.

- Kto jest właścicielem tego furgonu? - zapytał Ryszard pocztyliona. - Pan Jarndyce?

- Tak, proszę wielmożnego pana. A furgon jedzie do Londynu - padła odpowiedź.

Otworzyliśmy listy. Były identycznej treści, którą wyrażały słowa skreślone śmiałym charakterem pisma.

Liczę, Kochanie, że spotkamy się w sposób naturalny, bez skrępowania z jednej ni drugiej strony. Proponuję zatem, aby wyglądało to jak powitanie starych przyjaciół, którzy mogą nic nie mówić o przeszłości. Tak będzie łatwiej prawdopodobnie Tobie, a mnie bez wątpienia. Moc serdeczności.

John Jarndyce

Zapewne miałam podstawę do zdziwienia mniejszą niż jedno czy drugie z moich towarzyszy, ponieważ nigdy dotąd nie nadarzyła mi się sposobność, by podziękować dobroczyńcy i opiekunowi, któremu od tak wielu lat zawdzięczałam wszystko. Nie zastanawiałam się jeszcze, jak mu dziękować, gdyż wdzięczność zbyt głęboko zapadła mi w serce. Obecnie jednak zaczynałam rozważać, jak nasze pierwsze spotkanie może obejść się bez podziękowań, i myślałam, że wyniknie sytuacja dla mnie bardzo trudna.

Po otrzymaniu listów w Ryszardzie i Adzie odżyło dawne, ogólne wrażenie, które utrwaliło się nie wiedzieć jak i czemu, iż ich kuzyn Jarndyce nie zniósłby podziękowań za żadną wyświadczoną łaskę i aby ich uniknąć wolałby raczej uciec się do najosobliwszych wybiegów albo po prostu umknąć. Ada pamiętała mętnie, iż jako małe dziecko słyszała od matki opowieść na ten temat. Pewnego razu kuzyn Jarndyce oddał pani Clare niezmiernie cenną przysługę, lecz gdy wybrała się do jego domu, aby mu wyrazić wdzięczność, zauważył ją przez okno i niezwłocznie wymknął się przez furtkę od podwórka, aby zaginąć na całe trzy miesiące. Naturalnym rzeczy porządkiem takie wspomnienia wiodły do wielu innych kwestii i przez cały dzień prawie nie rozmawialiśmy o niczym innym. Jeżeli nastręczała się jakaś dygresja, rychło wracaliśmy do zasadniczego tematu, aby debatować, jaki to będzie dom i kiedy tam dojedziemy, i czy gospodarz powita nas od razu, czy może nieco później, i co nam powie, a co my winniśmy odpowiedzieć jemu. Takie i podobne pytania roztrząsaliśmy i rozstrząsali, wracając do każdego z nich niejednokrotnie.

Drogi były uciążliwe dla koni, lecz ścieżki na poboczach przeważnie dobre. Wobec tego wysiadaliśmy i szli pieszo, ilekroć należało piąć się pod górę, a przypadło nam to do gustu tak, że nieraz przedłużaliśmy spacer po płaskim już terenie. W Barnet oczekiwały nas konie na zmianę, ponieważ jednak dopiero co dostały obrok, my z kolei musieliśmy poczekać na nie, więc odbyliśmy miły, orzeźwiający spacer wzdłuż gminnego pastwiska oraz pola dawnej bitwy, gdzie dogonił nas powóz. Tego rodzaju drobne przeszkody opóźniały podróż i w rezultacie krótki dzień dobiegł końca i zapadła długa noc, nim znaleźliśmy się w Saint Albans - mieście, w którego okolicy, jak wiadomo nam było, leżała Samotnia.

Tymczasem zdenerwowaliśmy się w najwyższym stopniu, kiedy więc ekwipaż podskakiwał na bruku starej uliczki, nawet Ryszard wyznał, że kusi go chwilami, by zawrócić z drogi. Adę i mnie troskliwie otulał pledami, ponieważ noc była przejmująco zimna, ale i tak dygotałyśmy od stóp do głów - przeważnie ze zdenerwowania. Kiedy wyjechaliśmy z miasta i wzięli ostry zakręt, Ryszard powiedział, że pocztylion, który po drodze odnosił się życzliwie do naszego niecierpliwego oczekiwania, ogląda się teraz i porozumiewawczo kiwa głową. Wówczas wstałyśmy obie (Ryszard pieczołowicie przytrzymywał Adę, by nie wypadła z powozu na jakimś wyboju) i jęłyśmy rozglądać się wśród wygwieżdżonej nocy szukając na rozległej płaszczyźnie naszego miejsca przeznaczenia. Przed nami, na stoku pagórka zamigotało światło, które woźnica wskazał zaraz batem.

- To Samotnia! - zawołał i chociaż droga wiodła pod górę, popędził konie tak, że żwir począł pryskać nad nasze głowy niczym piana spod młyńskiego koła.

Światło raz ukazywało się nam, raz niknęło do chwili, gdy skręciliśmy w obsadzoną drzewami aleję, by pokłusować w stronę, gdzie jasno teraz płonęło, jak sądzić należało, w oknie domu. Był to dom o staroświeckim wyglądzie, z trzema spiczastymi facjatkami od frontu i półkolistym podjazdem prowadzącym przed ganek. Kiedy byliśmy bliżej, zadźwięczał dzwon i przy jego głębokich tonach wtórujących odległemu naszczekiwaniu psów, w padającej z szeroko otworzonych drzwi smudze blasku wypełnionej parą unoszącą się nad grzbietami zdrożonych koni, pośród przyspieszonego bicia własnych serc wysiedliśmy z powozu zalęknieni niemało i zbici z tropu.

- Witaj, Ado, kochanie! Witam cię, droga Estero! Jakże mi miło was widzieć! Rick! Gdybym miał wolną dłoń, rad uścisnąłbym twoją!

Dżentelmen, który rzucał te słowa czystym, wesołym głosem z nutą serdecznej gościnności, jedną ręką objął wpół Adę, drugą objął wpół mnie i ucałował po ojcowsku po drodze przez hall do przytulnego, niewielkiego pokoju rozjaśnionego sutym ogniem. Tam raz jeszcze ucałował Adę i mnie, szeroko rozpostarł ręce i usadowił nas wygodnie, jedną obok drugiej, na kanapie stojącej blisko kominka. Byłam przekonana, że gdybyśmy się zachowały bardziej wylewnie, on bez wątpienia czmychnąłby w jednej chwili.

- Służę, Rick! - powiedział. - Teraz mam dłoń do dyspozycji! No i szczere słowo bywa równie dobre, jak szumna oracja. Z serca cieszę się, że was tu widzę. Jesteście u siebie w domu. Rozgośćcie się!

Ryszard uścisnął obie ręce gospodarza z intuicyjnie stosowną dozą szacunku i ciepła, a nim zdążył odłożyć płaszcz oraz kapelusz i postąpić w stronę ognia, powiedział tylko:

- Bardzo pan dla nas dobry, drogi panie! Naprawdę jesteśmy serdecznie wdzięczni - rzucił te słowa szczerym i ciepłym tonem. Ogarnął mnie niepokój, że pan Jarndyce może odwrócić się i zniknąć nagle. Nie zrobił tego!

- Jak udała się podróż? - zagadnął Adę. - Jak, kochanie, podobała ci się pani Jellyby?

Gdy Ada odpowiadała na te pytania, ja zwróciłam wzrok ku jego twarzy - nie muszę chyba mówić, jak ciekawie. Była to twarz przystojna i ruchliwa, pełna wyrazu i życia, ocieniona przez czuprynę z lekka przyprószoną siwizną. Oceniłam, że pan Jarndyce ma bliżej do sześćdziesiątki niż pięćdziesiątki, jest jednak prosty, dziarski i nie brak mu wigoru. Od momentu, gdy odezwał się do nas po raz pierwszy, jego głos kojarzył mi się z czymś, czego nie potrafiłabym bliżej określić. Atoli teraz cały sposób bycia gospodarza, a zwłaszcza figlarne, miłe błyski w jego oczach przypomniały mi raptownie współpasażera, który przed sześcioma laty w ów pamiętny dzień wraz ze mną jechał dyliżansem do Reading. Uprzytomniłam to sobie bez cienia wątpliwości i przeraziłam się bardziej niż kiedykolwiek w życiu, gdyż pan Jarndyce spojrzał najpierw na mnie, jak gdyby czytał moje myśli, następnie w stronę drzwi z miną, która zdawała się grozić, iż możemy go utracić w jednej chwili.

Ale pozostał na miejscu i mnie zapytał z kolei, jakiego jestem zdania o pani Jellyby.

- Sądzę, proszę pana - odpowiedziałam - że wiele czasu i energii poświęca Afryce.

- Hojnie i szlachetnie, co? Odpowiadasz, moja droga, jak Ada! - (nie słyszałam jej słów). - Od razu widać, że wszyscy macie o niej nietęgie wyobrażenie.

- Wydaje nam się, proszę pana - podjęłam zerkając na Adę i Ryszarda, którzy zachęcali mnie wzrokiem, by mówić dalej - że pani Jellyby być może zaniedbuje cokolwiek obowiązki domowe.

- Zawracanie głowy! - wykrzyknął pan Jarndyce, co zaniepokoiło mnie znów w znacznej mierze. - Widzicie - podjął - pragnąłbym usłyszeć, moi drodzy, co myślicie o niej naprawdę. Może posłałem was tam umyślnie, co?

- Wydaje nam się, proszę pana - odrzekłam z wahaniem - że chyba pierwsze winny być obowiązki domowe, a jeżeli ktoś nie spełnia ich, jak należy, nie powinien obarczać się innymi.

- Mali Jellyby - pośpieszył mi z pomocą Ryszard - są... Nie mogę, proszę pana, powstrzymać się od dobitnego określenia... Są w diabelnie złym stanie.

- Ona ma najlepsze intencje - podchwycił żywo pan Jarndyce. - Wiatr wschodni, co?

- Wiał z północy, kiedy przyjechaliśmy tutaj - powiedział Ryszard.

- Mój drogi! - zawołał gospodarz i zaatakował pogrzebaczem ogień na kominku. - Gotów jestem przysiąc, że albo już wieje od wschodu, albo niedługo zacznie. Przy wschodnim wietrze zawsze dokucza mi to i owo.

- Reumatyzm, proszę pana? - wtrącił Ryszard.

- Aha... Coś w tym rodzaju. Powiadasz, że mali Jell... Tak... Miałem już pewne własne podejrzenia... Powiadasz, że są w... Na Boga! Wieje od wschodu! Z pewnością!

Rzucając te nieskładne zdania pan Jarndyce kręcił się niespokojnie po pokoju. W jednej ręce trzymał pogrzebacz, drugą gładził się po głowie i był tak poczciwie i uroczo wzburzony, że chyba ujął nas za serce bardziej, niż zdołają to wyrazić słowa. Wreszcie podał jedno ramię Adzie, drugie mnie i skinąwszy na Ryszarda, by zabrał świecę, ruszył w kierunku drzwi, lecz niezwłocznie zawrócił nas znowu.

- Ha! - podjął raptownie. - Tamte dzieci... Nie mogliście jakoś... Co? A gdyby tak z nieba spadły im śliwki w cukrze albo trójkątne kawałki tortu z porzeczkami, co?

- Ależ kuzynie... - zaczęła Ada.

- W sedno trafiłaś, kochanie! - przerwał. - Kuzyn bardzo mi odpowiada! A może kuzyn John brzmiałoby jeszcze lepiej?

Ada roześmiała się i jeszcze raz zaczęła:

- Ależ kuzynie Johnie...

- Świetnie, moje dziecko! Doskonale! To zabrzmiało całkiem naturalnie. Chciałaś powiedzieć, kochanie?

- Że tamtym dzieciom poszczęściło się bardziej. Z nieba spadła im Estera.

- Aha... I co Estera zrobiła?

- Proszę posłuchać, kuzynie Johnie! - ujęła go pod ramię, a do mnie zrobiła filuterne oko, ponieważ dawałam jej znaki, aby nie mówiła dalej. - Estera od razu zaprzyjaźniła się z tamtymi dziećmi. Estera niańczyła je i układała do snu, myła i przebierała, opowiadała im bajki i kupowała drobne upominki, dzięki czemu zachowywały spokój!

Kochana Ada! Ja tylko zabrałam Pipa na spacer, kiedy został odnaleziony, i dałam mu w prezencie konika, malutkiego konika!

- No i, kuzynie Johnie - ciągnęła moja najdroższa - Estera oswoiła biedną Karolinę, najstarszą córkę domu! Oswoiła ją tak, że Caddy była uprzejma i miła nawet dla mnie! Tylko nie przecz, kochana Estero! Sama wiesz, że to szczera prawda!

Pochyliła się ku mnie i obdarzyła mnie całusem, następnie zaś przemówiła śmiało, jak gdyby rzucała wyzwanie gospodarzowi:

- Za jedno chcę i muszę podziękować ci, kuzynie Johnie! Za towarzyszkę, o którą postarałeś się dla mnie.

Byłam w strachu, że pan Jarndyce czmychnie po takiej prowokacji, ale nie stało się nic podobnego.

- Jaki mamy wiatr, Rick? - zapytał. - Coś na ten temat mówiłeś, prawda?

- Mówiłem, że wiał od północy, kiedy przyjechaliśmy tutaj - padła odpowiedź.

- Masz rację, Rick. To ja się myliłem. Wschodniego wiatru nie było! A teraz chodźmy, panienki! Pora, abyście obejrzały wasz dom!

Dom był prześliczny, jeden z takich nieregularnie zbudowanych domów, gdzie z pokoju do pokoju wchodzi się łub schodzi po stopniach, gdzie nieoczekiwanie odkrywa się jakieś izby, chociaż sądzić było można, że wszystko już zostało zwiedzone, gdzie nie brakuje uroczych korytarzy i sionek, a w najosobliwszych miejscach napotyka się bardziej staroświeckie pokoje, przypominające wiejskie izdebki z drewnianą kratą w oknach, a za oknami gęstwę krzewów wiecznie zielonych. Tak właśnie wyglądał mój pokój, od którego rozpoczęliśmy wędrówkę; miał pułap łamany, tak że nigdy potem nie zdołałam zliczyć wszystkich zakamarków, miał też stary kominek (na palenisku gorzały szczapy) obudowany białymi kafelkami, w których - w każdym z osobna - połyskiwała miniaturka jasnego ognia. Po dwu stopniach schodziło się stamtąd do czarującej bawialni z widokiem na ogród kwiatowy, która od tej chwili miała stanowić wspólną własność mojej najdroższej i moją. Dalej trzy stopnie w dół wiodły do pokoju sypialnego Ady, z którego szerokiego okna roztaczał się podobno piękny widok - podobno, gdyż na razie widziałyśmy tylko znaczny obszar ciemności pod wygwieżdżonym niebem - a w okiennej wnęce znajdowała się wyściełana kanapa tak wielka, że pośród jej sprężyn z łatwością mogłyby zaginąć trzy naraz kochane Ady. Dalej ciągnęła się niedługa galeria z drzwiami do pozostałych najlepszych pokoi (było ich tylko dwa), za nią zaś wiodące w dół do hallu schody o niskich stopniach i (biorąc pod uwagę ich nieznaczną wysokość) zadziwiająco licznych wnękach. Gdyby jednak obrać inną drogę, to znaczy z pokoju Ady wrócić do mojego, by opuścić go drzwiami, którymi weszło się uprzednio, a następnie wspiąć się po kilku krzywych stopniach stanowiących najbardziej nieoczekiwane odgałęzienie głównych schodów, łatwo byłoby zabłądzić w krętym korytarzyku, gdzie stały jakieś trójkątne stoliki, magiel oraz oryginalne indyjskie krzesło będące zarazem skrzynią, sofą i łóżkiem, które sprawiało ogólne wrażenie czegoś pośredniego między bambusowym rusztowaniem a wielką klatką i zostało przywiezione z Indii nie wiadomo przez kogo i kiedy. Z tego korytarzyka wchodziło się do pokoju Ryszarda, urządzonego niby biblioteka, salonik i sypialnia zarazem, co stwarzało jak gdyby zlepek rozmaitych pomieszczeń - wygodny w rezultacie i przytulny. Krótka sień łączyła ów pokój z innym, w którym pan Jarndyce sypiał przy oknie otwartym jak rok długi; ten był prawie pusty nie licząc łóżka bez baldachimu i wszelkich ozdób - ustawionego pośrodku dla tym lepszego przewiewu - oraz wanny z zimną kąpielą oczekującej gospodarza w ciasnej bokówce. Za następną sionką znajdowały się boczne schody, z których dobiegały odgłosy typowe dla stajennego podwórka - szorowanie zgrzebłem koni, które zapewne często ślizgały się na kamiennym bruku, gdyż ktoś wciąż nawoływał: "Nastąp się!", "Noga!", "Wstańże, bodaj cię licho!". Gdyby jednak sypialnię gospodarza opuścić innymi schodami (do każdego pokoju przylegało ich co najmniej dwoje), zeszłoby się po kilku stopniach do szerokich dwuskrzydłowych drzwi hallu i człowiek musiałby się zdziwić, że wraca tam, którędy uprzednio wyszedł.

Całe urządzenie tych wnętrz było również raczej staroświeckie niż stare i tak uroczo niejednolite, jak dom został zbudowany nieregularnie. Pokój sypialny Ady tonął w kwiatach - na tapetach i perkalach, aksamicie, szydełkowych serwetkach, brokatowym obiciu dwu sztywnych foteli z wysokimi oparciami stojących przed kominkiem w uroczystej asyście - niby dwu paziów - niskich stołeczków powleczonych tą samą materią. Nasz wspólny salonik był zielony, a ze ścian kilka dziwnych i zdziwionych ptaków gapiło się zza szyb w ramach na prawdziwego pstrąga umieszczonego w szklanej gablotce tak brunatnego i lśniącego, jak gdyby go podawano na stół w tłustym sosie, na "Śmierć kapitana Cooka" oraz chińską procedurę przyrządzania herbaty odmalowaną przez chińskich artystów. Mój pokój zdobiły owalne drzeworyty symbolizujące miesiące roku; czerwiec reprezentowały sianokosy z udziałem pań w obcisłych gorsecikach i związanych pod brodą szerokoskrzydłych pasterkach, październik - panowie w lśniących pończochach wskazujący trójgraniastymi kapeluszami strzelistą dzwonnicę kościelną. Cały dom przystrajały obficie ołówkowe podobizny rozmaitych osób tak rozproszone, że rodzonego brata mojego oficera w młodocianym wieku odkryłam w schowku na porcelanę, a w małej jadalni moją przybraną w kwiaty pannę młodą postarzałą już i w odpowiednim stopniu osiwiałą. Braki te uzupełniały cztery anioły w stylu panowania królowej Anny, które nie bez trudności dźwigały do nieba zadowolonego z siebie jegomościa strojnego w festony kwiatów, oraz pomysłowa kompozycja szydełkowej roboty przedstawiająca owoce, czajnik i cały alfabet. Ta sama osobliwa rozmaitość cechowała wszelkie sprzęty od szaf, krzeseł i stołów po portiery i kotary, szkło, a nawet poduszeczki do szpilek i flakony rozstawione na gotowalniach w sypialnych pokojach. Wszystko godziło się z wszystkim tylko dzięki idealnej czystości, śnieżnej bieli płócien, na których porozstawiano drobiazgi, oraz bogatym zasobom różanych płatków i słodko pachnącej lawendy nagromadzonym wszędzie, gdzie nastręczała się po temu okazja, w każdej szufladzie zarówno dużej, jak małej. Tak wyglądały nasze pierwsze wrażenia z Samotni, a należałoby do nich dodać rozjaśniający gwiezdną noc blask z oświetlonych okien, tu i tam przyciemniony przez zasłony, ogólną atmosferę ciepła, dobrobytu i światła, smakowite odgłosy dochodzące z odległej kuchni, gdzie przygotowywano obiad, twarz pana domu, która promieniała, gdy oglądaliśmy to wszystko, a wreszcie na dworze wiatr wystarczająco silny, by akompaniować z cicha temu, czegośmy wysłuchiwali.

- Kontent jestem, że podoba się wam tutaj - powiedział pan Jarndyce, kiedy po obejrzeniu całej jego siedziby wprowadził nas znów do bawialni Ady. - Ten dom nie ma wielkich pretensji, lecz jest wygodny, jak tuszę, i przytulny, a zyska jeszcze, gdy zamieszka w nim tyle młodości. Do obiadu została mała godzinka. Nie ma tu nikogo więcej, tylko najbardziej czarujące pod słońcem stworzenie: dziecko.

- Słyszysz, Estero? Jeszcze jedno dziecko! - zawołała Ada.

- Nie w ścisłym słowa znaczeniu ani pod względem wieku - podchwycił gospodarz. - To dojrzały mężczyzna i liczy sobie lat nie mniej niż ja. Ale mógłby uchodzić za doskonały wzór dziecka z racji prostoty, świeżości uczuć, entuzjazmu i naiwnego stosunku do spraw powszednich.

Odczuliśmy, że to musi być ktoś niezwykle interesujący.

- On zna panią Jellyby - ciągnął pan Jarndyce. - Jest muzykiem amatorem, ale mógłby być zawodowcem. Jest też malarzem amatorem, ale mógłby być zawodowcem. Ma poważne osiągnięcia i maniery nad wyraz ujmujące. Tyle że nie dopisywało mu szczęście w sprawach finansowych, zawodowych, w niektórych sprawach licznej rodziny. Ale nie przejmuje się tym. Przecież jest dzieckiem.

- Czy to znaczy, że dziecko ma własne dzieci? - zapytał Ryszard.

- O, tak! Sześcioro, może więcej. Powiedziałbym, że jest ich bliżej dziesiątki. Nigdy jednak nie opiekował się potomstwem. Nie potrafiłby! Sam potrzebuje troskliwej opieki. Przecież jest dzieckiem.

- I co? Dzieci same opiekują się sobą? - zapytał Ryszard.

- No tak... Mniej więcej - bąknął pan Jarndyce i twarz zmierzchła mu nagle. - Podobno dzieci ludzi bardzo ubogich bywają nie wychowywane, lecz hodowane jakoś. Z dziećmi Harolda Skimpole'a tak się też dzieje. Chyba wiatr znów się zmienia, hę? Już ja to czuję!

Ryszard powiedział, że dom stoi na otwartej przestrzeni, a wieczór jest zimny.

- Właśnie! - zgodził się gospodarz. - Samotnia stoi na otwartej przestrzeni, co nawet słychać w tonie wiatru. To chyba powód, hę? Rick! My idziemy w jedną stronę. Więc chodźmy.

Nasz bagaż został już dowieziony i wyładowany, jak trzeba, więc przebrałam się w ciągu niewielu minut. Później, gdy przystąpiłam do rozpakowania swojego dobytku, do pokoju weszła służąca (nie przydzielona Adzie, lecz inna, której nie widziałam dotąd), i podała mi koszyczek zawierający dwa pęki kluczy z napisami na deszczułkach.

- To, proszę panienki, dla panienki - oznajmiła.

- Dla mnie?

- Klucze zarządzającej domem, proszę panienki.

Zrobiłam wielce zdziwioną minę, więc dziewczyna podjęła również nie bez zdziwienia:

- Przykazano mi, abym klucze oddała panience, jak panienka będzie sama u siebie. Chyba nie omyliłam się, proszę panienki? Panna Summerson, prawda?

- Tak. To moje nazwisko - odpowiedziałam.

- Większy pęczek, proszę panienki, to klucze od gospodarskich schowków. Mniejszy od piwnic. Jutro z rana, kiedy panienka zechce, mam panience pokazać schowki i wszystko, co się tam trzyma.

Odpowiedziałam, że będę gotowa o pół do siódmej, a gdy pokojowa wyszła, stałam przez chwilę zapatrzona w koszyczek oraz klucze i przytłoczona ogromem obowiązków, które mi powierzono. Tak zastała mnie Ada, kiedy zaś pokazałam jej klucze i powiedziałam, co się stało, okazała tak wiele rozczulającej wiary w moje siły, że dalszy brak odwagi byłby niewdzięcznością z mojej strony i nonsensem. Oczywiście zaufanie do mnie wynikało tylko z dobrego serca kochanej Ady! Ale miło mi było, że moja najdroższa żartuje ze mnie tak poczciwie.

Kiedy zeszłyśmy na dół, przedstawiono nam pana Skimpole'a, który stał przed kominkiem i opowiadał Ryszardowi, jak bardzo lubił piłkę nożną w swoich szkolnych latach. Był to szczupły jegomość niskiego wzrostu, o cokolwiek za dużej głowie, lecz sympatycznej twarzy, przyjemnym głosie i sposobie bycia pełnym ujmującego wdzięku. A mówił swobodnie, bez przymusu i z zaraźliwą wesołością, więc słuchanie go było naprawdę przyjemne. Wyglądał młodziej niż pan Jarndyce, ponieważ był szczuplejszy, bardziej rumiany i włosy miał mniej szpakowate. Można by rzec, iż pod każdym względem sprawiał wrażenie raczej podniszczonego młodego człowieka niż dobrze zakonserwowanego mężczyzny w starszym wieku. Jego beztroska swoboda, niedbały ubiór, zwichrzona czupryna, chustka na szyję związana luźno i powiewająca tak, jak widuje się na autoportretach malarzy - wszystko to trudno było mi odłączyć od wyobrażeń o romantycznym młodzieńcu, który przeszedł jakiś jedyny w swoim rodzaju niszczący proces. Miałam wrażenie, że to ktoś, kto zestarzał się inaczej niż normalną drogą lat, trosk i doświadczeń życiowych.

Z rozmowy wywnioskowałam, że pan Skimpole studiował medycynę i jako lekarz należał w swoim czasie do dworu jednego z niemieckich udzielnych książąt. Ale, jak nam powiedział, był zawsze małym dzieckiem w dziedzinie miar i wag, a wiedział o nich tylko tyle, że budzą w nim obrzydzenie, nie potrafił zatem przyrządzać lekarstw dokładnie i w stosownych proporcjach. Ogólnie biorąc - informował nas z nie lada humorem - nigdy nie przywiązywał wagi do drobiazgów, kiedy więc trzeba było puścić krew księciu czy udzielić pomocy komuś z dworu, nie mógł zazwyczaj przyjść, bo leżał właśnie w łóżku i wertował gazety albo był zajęty kreśleniem ołówkowych szkiców.

- Księciu nie podobało się takie postępowanie, co z jego punktu widzenia było najzupełniej słuszne - mówił pan Skimpole bezstronnie i z wzruszającą szczerością - kiedy zatem kontrakt wygasł, zostałem bez pensa i mogłem żyć jedynie miłością, a więc zakochałem się, ożeniłem i z biegiem czasu otoczyłem różanymi twarzyczkami dziatwy.

Później jego dobry przyjaciel, pan Jarndyce, a także inni dobrzy przyjaciele wielekroć i w rozmaitych odstępach czasu pomagali mu w zaczynaniu życia od nowa.

- Wszystko na próżno! - ciągnął wesoło pan Skimpole. - Bo, moi mili, muszę przyznać się do dwu najstarszych na tym padole słabostek. Pierwsza to brak poczucia czasu. Druga - brak szacunku dla pieniędzy.

W rezultacie pan Skimpole nie potrafił nigdy dotrzymać terminu, nie potrafił nigdy doprowadzić do końca żadnej sprawy, nie potrafił nigdy oszacować prawdziwej wartości czegokolwiek. I tak wędrował jakoś przez życie, pokąd nie wylądował w Samotni! Zawsze bardzo lubił czytywać prasę i kreślić szkice ołówkowe. Przepadał za przyrodą. Przepadał za sztuką. Od społeczności ludzkiej wymagał jedynie, by pozostawiła go w spokoju. Czy to tak wiele? Jego potrzeby są nad wyraz skromne. Chciałby tylko mieć gazety, przyjemną konwersację, muzykę, baraninę, kawę, piękne krajobrazy, owoce w odpowiedniej porze roku, kilka arkuszy papieru rysunkowego, troszeczkę wina. Nie wymaga nic więcej! Jest dzieckiem zagubionym w labiryncie świata, lecz nie zwykł płakać z racji braku gwiazdki z nieba. Społeczności ludzkiej powiada: "Idźcie w pokoju drogami, jakie sobie obierzecie. Ubierajcie się w czerwone mundury, ubierajcie się w granatowe mundury, w biskupie szaty, zatykajcie pióra za ucho, noście rzemieślnicze fartuchy. Możecie szukać sławy, świętości, majątku, wszystkiego, co wam odpowiada! Byleście tylko pozostawiali w spokoju mnie, Harolda Skimpole'a".

Wszystko to i jeszcze znacznie więcej opowiadał nam z niebywałą swadą i pogodą, mówiąc o sobie tak, jak gdyby nie odpowiadał za własne sprawy, jak gdyby Skimpole był osobą trzecią i, rzecz oczywista, miał swoje dziwactwa, ale miał również prawa, których nie wolno lekceważyć. Był czarujący! Z początku miałam pewne kłopoty, by pogodzić to, co mówił, z tym, co sądziłam dotąd o celach i obowiązkach w życiu. Jednakże nie jestem całkiem pewna własnych sądów, więc trudność sprawiało mi tylko zrozumienie, jak i dlaczego pan Skimpole wyzbył się tych obowiązków i celów. Że jest od nich wolny, wiedziałam. Pod tym względem nie pozostawiał cienia wątpliwości.

- Ja nie pożądam niczego - rozprawiał na swój beztroski sposób. - Posiadanie jest dla mnie bez znaczenia. Weźmy na przykład ten wspaniały dom, którego właścicielem jest mój przyjaciel Jarndyce. On dom posiada, a ja odczuwam dlań wdzięczność z tej racji. Mogę dom rysować i zmieniać według własnej woli. Mogę przeobrażać go na muzykę. Kiedy tu bawię, posiadam dom w zadowalającym mnie zakresie bez kłopotów i kosztów, bez żadnej odpowiedzialności. Innymi słowy, mój burgrabia nazywa się Jarndyce i w żaden sposób nie może mnie okpiwać. Była dziś mowa o pani Jellyby. To dalekowzroczna niewiasta obdarzona niezwykłą siłą woli oraz umiejętnością wnikania w najdrobniejsze szczegóły spraw, którym poświęca się z płomiennym zapałem! Ja nie biadam dlatego, że brak mi niezwykłej siły woli oraz umiejętności wnikania w najdrobniejsze szczegóły spraw, którym nie poświęcam się z płomiennym zapałem. Mogę podziwiać panią Jellyby bez odrobiny zazdrości. Mogę sympatyzować z jej sprawami. Mogę o tych sprawach śnić i marzyć. Przy pięknej pogodzie mogę wylegiwać się na murawie, a jednocześnie żeglować z biegiem jakiejś afrykańskiej rzeki, brać w objęcia wszystkich napotykanych Murzynów i świadom niezgłębionej ciszy rysować gęstwinę zwisającej nad wodą podzwrotnikowej roślinności tak wiernie, jak gdybym był tam rzeczywiście. Nie wiem, czy z tego, co mogę i potrafię robić, wynika jakaś namacalna korzyść, ale tylko tyle mogę i potrafię robić i robię jak najstaranniej. Oby, na miłosierdzie Boże, świat, to zbiorowisko jednostek praktycznych i uzdolnionych w dziedzinie interesów, zrozumiał, że Harold Skimpole, ufne i naiwne dziecko, błaga, by zostawiono go w spokoju, by pozwolono mu podziwiać wielką rodzinę ludzką, w której każdy, według własnego upodobania, może czynić swoje, byle on, Harold Skimpole, miał prawo dosiadać własnego konika na biegunach!

Nie wątpiłam, że pan Jarndyce nie puszcza mimo uszu podobnych apostrof. Świadczyłaby o tym cała pozycja pana Skimpole'a w Samotni, gdyby nawet pan Skimpole nie mówił tak wiele.

- Jednego zazdroszczę wam, wielkoduszne istoty! - ciągnął zwracając się jak gdyby nie do nas, swoich nowych znajomych, lecz do bezosobowego audytorium. - Zazdroszczę wam mocy robienia tego, co robić możecie dla mnie. Czymś takim delektowałbym się chętnie. Wszelako nie jestem wam wdzięczny w pospolitym rozumieniu. Raczej odnoszę wrażenie, że to wy winniście mi wdzięczność, ponieważ daję wam liczne okazje radowania się wasza wielkodusznością. Tę swoją wielkoduszność kochacie i, nie wiem, co wy na to, ale ja zaryzykowałbym twierdzenie, iż na świat przyszedłem jedynie celem pomnażania sumy waszego zadowolenia z siebie. Być może narodziłem się jako wasz dobroczyńca, bo od czasu do czasu daję wam sposobność niesienia mi pomocy w przeróżnych drobnych niepowodzeniach i trudnościach. Czemu miałbym ubolewać nad moim brakiem głowy do interesów czy też nieprzywiązywaniem wagi do drobiazgów, skoro ów stan rzeczy przynosi skutki tak zbawienne? A więc, moi drodzy, nie ubolewam z tej racji!

To ostatnie przemówienie pana Skimpole'a - jak wszystkie inne żartobliwe w formie, lecz pełne treści traktowanej serio - było chyba najbardziej po myśli naszego gospodarza. Później nawiedzały mnie często wątpliwości, czy to coś rzeczywiście dziwacznego, czy też tylko mnie wydaje się dziwaczne, że pan Jarndyce, człowiek najbardziej pod słońcem wdzięczny przy lada jakiej okazji, broni się tak usilnie przed wyrazami wdzięczności innych.

Ma się rozumieć wszyscy byliśmy oczarowani, a ja poczytywałam za niewątpliwy dowód uznania dla wyjątkowych zalet towarzyskich Ady i Ryszarda fakt, że pan Skimpole, który widzi ich po raz pierwszy, jest tak absolutnie szczery, ponadto zaś usilnie stara się być przyjemnym i ciekawym współbiesiadnikiem. Z tej właśnie racji tamci dwoje (szczególnie Ryszard) byli zadowoleni i, powiedziałabym, dumni, iż szczerze i swobodnie zwierza się im ktoś tak bardzo niepospolity. Im słuchaliśmy go pilniej, tym bardziej żartobliwie i wesoło perorował pan Skimpole. A ten jego swobodny, kipiący radością sposób bycia! I szczery zapał! I prostota, z jaką szafował wokół własnymi słabostkami! Wszystko to wywoływało efekt niezawodny. Zdawać się mogło, że pan Skimpole mówi: "Widzicie, moi drodzy, ja jestem dzieckiem! W porównaniu ze mną wy możecie uchodzić za ludzi przebiegłych - (przyznaję, że dzięki niemu miałam chwilami wrażenie, iż oglądam siebie w takim właśnie świetle) - ale ja jestem wesolutki, naiwny, więc zapomnijcie o własnych przemyślnych sztuczkach i pofiglujcie ze mną!"

Ponadto pan Skimpole był nad podziw uczuciowy i subtelnie wrażliwy na wszystko, co piękne i tkliwe, więc dzięki temu tylko mógłby podbijać serca. Po obiedzie, kiedy zabierałam się do parzenia herbaty, Ada zaś muskała klawisze fortepianu i nuciła Ryszardowi melodie, o której rozmawiali poprzednio, pan Skimpole zasiadł opodal mnie na sofie i jął wychwalać Adę tak, że go prawie pokochałam.

- Jest jak poranek - zaczął. - Jej złociste włosy, lazur oczu, różane lica przywodzą na myśl brzask letniego dnia i w błąd mogłyby wprowadzać ptactwo. Niepodobna nazywać sierotą tak czarownej, młodocianej istoty, która radość niesie całemu rodzajowi ludzkiemu. Nie! To umiłowane dziecię wszechświata!

W tej chwili spostrzegłam, że tuż obok nas stoi pan Jarndyce, dłonie ma splecione za plecami, a na ustach ironiczny uśmiech.

- Wygląda na to - powiedział - że w danym przypadku wszechświat okazał się niezbyt troskliwym rodzicielem.

- Czy ja wiem? - zawołał ochoczo pan Skimpole.

- Za to ja wiem - podchwycił nasz gospodarz.

- Ha, mój drogi, ty znasz świat, który w twoim rozumieniu jest wszechświatem. Ja nie mam o nim pojęcia, więc zapewne słuszność znajduje się po twojej stronie. Gdyby jednak miała znajdować się po mojej - ciągnął zerkając w stronę pary kuzynów - na ścieżce takiego życia nie dojrzałbyś cierni ani plugawych plam rzeczywistości. Ta uścielona różami ścieżka wiodłaby przez zaciszne ustronia, gdzie nie istnieje wiosna, jesień ani zima, ale panuje wieczne lato. Przemiany, wywoływane biegiem czasu, nie znajdywałyby tam przystępu, a w pobliżu nie miałby prawa zabrzmieć nawet szeptem obrzydliwy wyraz: pieniądze.

Pan Jarndyce pogłaskał go po głowie i uśmiechnął się doń niby do prawdziwego dziecka. Później odstąpił kilka kroków i przystanąwszy na moment zwrócił wzrok w stronę pary kuzynów. Jego spojrzenie, wyrażające pełną powagę i zadumę, ale i dobrotliwą troskę, często, bardzo często zwracało moją uwagę w następnych latach i od dawna zostało wyryte głęboko w moim sercu. Ada i Ryszard byli w sąsiednim pokoju oświetlonym tylko ogniem na kominku. Ona siedziała przy fortepianie. On stał pochylony nad nią. Na ścianie łączyły się ich cienie otoczone mnogością zawiłych form, które były cieniami nieruchomych przedmiotów, lecz pozostawały w dziwacznym ruchu na skutek drgania płomieni. Ada dotykała klawiszy lekko i nuciła ledwie półgłosem, więc nie gorzej niż muzykę i śpiew słychać było wiatr ulatujący westchnieniami ku odległym wzgórzom. Cały ów obraz zdawał się wyrażać zagadkę przyszłości - zagadkę, której rozwiązanie podszeptuje cichutko chwila obecna.

Takie wrażenie odnosiłam wtedy; ale nie po to, by do niego dziś wracać, przypominam ówczesną scenę. Przede wszystkim uprzytomniłam sobie po trosze kontrast pomiędzy treścią i intencjami spojrzenia rzuconego bez słów a poprzedzającym je potokiem wymowy pana Skimpole'a. Ponadto, gdy nasz gospodarz skierował wzrok ku mnie, zrozumiałam w jednej chwili, że świadomie przekazuje mi spojrzeniem swoje nadzieje, iż kiedyś, w swoim czasie, Adę i Ryszarda może połączyć związek nierównie bliższy niż kuzynostwo.

Pan Skimpole potrafił grać na fortepianie i na wiolonczeli i był kompozytorem - raz napisał pół opery, lecz znudził się i dał spokój - a to, co skomponował, odtwarzał z nie lada znawstwem. A zatem po herbacie odbył się mały koncert dla audytorium w składzie: nasz gospodarz, ja oraz Ryszard, upojony nieco wcześniejszymi popisami Ady; mówił mi później, że ona zna chyba wszystkie pieśni, jakie powstały od stworzenia świata. Po niejakim czasie zauważyłam brak najpierw pana Skimpole'a, następnie Ryszarda, a gdy zastanawiałam się, czemu Ryszard przepadł na tak długo i utracił tak wiele, służąca - ta sama, która przyniosła mi klucze - uchyliła drzwi i zwróciła się do mnie:

- Bardzo przepraszam, proszę panienki. Czy panienka może pozwolić na minutkę?

Kiedy wyszłam do hallu i zamknęłam za sobą drzwi, dziewczyna podjęła zdyszanym szeptem:

- Proszę panienki! Pan Carstone prosi, żeby panienka przyszła na piętro, do pokoju pana Skimpole'a. Nagły przypadek.

- Nagły przypadek? - powtórzyłam zdziwiona.

- Tak, proszę panienki. Nagły. Całkiem niespodziewany.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.