Samotnia - Anna Kańtoch
37.50 zł
30.38 zł
(30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
NAGRANIE 5
Zastanawiam się, jaki był początek całej tej historii. Gdzie popełniłem błąd, jaka decyzja pchnęła mnie na ścieżkę, z której nie mogę już zawrócić. Powinienem to wiedzieć, prawda? Jestem w końcu pisarzem. Ale nie wiem. Za każdym razem, gdy o tym myślę, z jakiegoś powodu wracam do chwili, gdy Ala powiedziała, że chce się rozwieść. Tak jakby tamten moment przerwał pasmo mojego szczęścia. Bo prawda wygląda tak, że zawsze byłem szczęściarzem. Jak na pisarza kryminałów miałem aż nieprzyzwoicie pogodne dzieciństwo: żadnych traum czy ciężkich chorób, najpoważniejszym wypadkiem był ten na nartach w Białce Tatrzańskiej, kiedy złamałem nogę, która zresztą zrosła się szybko i bez problemów. Dzięki kombinacji dobrej pamięci, inteligencji i uroku osobistego łatwo przechodziłem z klasy do klasy, maturę zdałem bez stresu i zarywania nocy nad podręcznikami, równie łatwo dostałem się na studia dziennikarskie, których - w przeciwieństwie do wielu moich kolegów i koleżanek - nigdy nie musiałem łączyć z pracą. Moi rodzice nie są może milionerami, ale pieniędzy nam nie brakowało, jestem zresztą jedynakiem, nie musiałem się więc z nikim dzielić. A kiedy pod koniec studiów napisałem powieść, znalazłem wydawcę w rekordowe trzy miesiące. Rok później zająłem się na poważnie pisaniem, wziąłem ślub z dziewczyną, z którą chodziłem od czasów gimnazjum, a ona zaczęła pracę we wrocławskim banku. Okres młodzieńczej namiętności mieliśmy już za sobą, ale zawsze dobrze się rozumieliśmy. Może to właśnie był ten błąd, który zapoczątkował wszystko, nie wiem. Może ślub powinno się brać tylko z wielkiej miłości. Ja się ożeniłem, ponieważ wszyscy tego oczekiwali, a zawsze byłem w pewnym stopniu oportunistą: nie walczyłem z życiem, nie miałem wielkich planów, po prostu chwytałem okazje i pozwalałem się nieść fali, wierząc, że zaniesie mnie ona tam, gdzie powinienem się znaleźć. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nawet jeśli nie kochałem Ali wielką miłością, to zawsze uważałem ją za przyjaciółkę i - co prawdopodobnie było z mojej strony mocno egoistyczne - wierzyłem, że ona kocha mnie bardziej niż ja ją. Dlatego tamta rozmowa była dla mnie takim szokiem. To ja myślałem o rozwodzie. Niezbyt poważnie, w gruncie rzeczy były to tylko fantazje trzydziestolatka, który co prawda jest szczęśliwy, ale jednocześnie na wpół świadomie uważa, że mógłby być szczęśliwy jeszcze bardziej, że może zasłużył na więcej. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek się na to zdobył. Ala miała odwagę, której mnie brakowało.
- To nie ma sensu - zaczęła tamtego wieczoru w naszym wrocławskim mieszkaniu, po wszystkich znaczących "Musimy poważnie porozmawiać" i "Mam ci do powiedzenia coś ważnego, usiądź i posłuchaj uważnie", które powinny mnie ostrzec, ale z jakiegoś powodu zupełnie nie ostrzegły. Ucieszyłem się nawet, bo myślałem, że zaszła w ciążę. Staraliśmy się o dziecko od dwóch lat, lekarze zapewniali, że wszystko z nami w porządku i mamy po prostu czekać. Czekaliśmy więc, Ala niecierpliwie, ja z odrobiną ulgi, że to jeszcze nie teraz, lecz gdy zaprowadziła mnie do pokoju i z poważną miną posadziła w fotelu, naprawdę byłem gotów świętować wraz z nią. A ona powiedziała: "To nie ma sensu".
To.
Nasz związek. Prawie dwadzieścia lat razem wyrzuconych przez okno w jednym zdaniu.
- O czym ty mówisz? - zapytałem. Lewa noga zaczęła mi drgać, moje ciało zawsze było szybsze od mózgu. Ono już wiedziało, że stało się coś nieodwracalnego. Ja wciąż jeszcze się łudziłem, że to jakaś pomyłka, może dziwaczny żart. Czułem się, jakby ktoś włożył mi dłoń w brzuch i wyszarpnął garść wnętrzności. Jeszcze nie bolało, na razie po prostu byłem oszołomiony.
- Mówię, że nasze małżeństwo nie ma sensu - powtórzyła cierpliwie. - Było nam ze sobą dobrze, ale to już przeszłość. Naprawdę możesz powiedzieć z ręką na sercu, że wciąż mnie kochasz?
Przegapiłem szansę, żeby potwierdzić: tak, oczywiście. Gdybym wtedy się odezwał, nie wypadłoby to naturalnie. Ala parsknęła śmiechem, który bardziej przypominał płacz.
- Widzisz? Nic już nas nie łączy...
- Bzdura. A dom, nasze marzenia o trójce dzieci? Wymyśliliśmy nawet dla nich imiona, nie pamiętasz? Moja rodzina... - bełkotałem, czując, jak od dziury w brzuchu rozpełza się lodowaty lęk. Ala mówiła serio.
- Twoja rodzina nie będzie zadowolona, wiem. - Zdobyła się na coś, co od biedy można uznać za uśmiech. Moi rodzice traktowali Alę jak córkę, znali ją w końcu, odkąd była dziewczynką zbierającą figurki z jajek niespodzianek. - Zwłaszcza mama, ona jest przecież bardzo wierząca. Ale musimy to zrobić. Ja zostanę tutaj, a ty zatrzymasz Samotnię. I tak włożyłeś w nią więcej niż ja.
- Porozmawiamy o tym jutro, w porządku? Kiedy się uspokoisz.
- Jestem spokojna.
- Nieprawda. Nie myślisz jasno. Jutro...
- Nie zmienię zdania.
- Chodź tutaj. - Objąłem ją. Kiedy byliśmy młodsi, większość naszych kłótni kończyła się w łóżku. Teraz też z jakiegoś powodu ubzdurałem sobie, że jeśli namówię ją na seks, wszystko wróci do normy.
- Nie. - Próbowała się wyrwać, ale trzymałem mocno.
- Będzie dobrze - mruczałem w jej włosy, jednocześnie błądząc rękami po pośladkach. Przez krótką chwilę sądziłem, że wygrałem, będziemy się kochać, a potem nigdy już nie wspomnimy o rozwodzie, ale ona odepchnęła mnie mocno, aż uderzyłem tyłkiem o szafkę. Była prawie tak wysoka jak ja, wysportowana, prawdę powiedziawszy, chyba nawet silniejsza ode mnie.
- Powiedziałam "nie".
- Masz kogoś. - Spłynęło na mnie olśnienie. Przez ostatnie dwa tygodnie Ala była dziwnie milcząca i wycofana. Nie zwracałem na to zbytnio uwagi, sądziłem, że może ma kłopoty w pracy albo martwi ją problem z zajściem w ciążę. Teraz wszystko nabrało sensu.
Milczała odrobinę za długo, jak ja przed chwilą.
- Tak - powiedziała wreszcie. - Poznałam... pewnego mężczyznę.
- Kim on jest?
- Jakie to ma znaczenie? Proszę, możemy przecież rozstać się jak przyjaciele.
Zabolało, bo to był mój tekst. To ja, w tych nielicznych chwilach, gdy fantazjowałem o rozwodzie, zamierzałem powiedzieć coś podobnego.
Rozmawialiśmy do późna, kręcąc się w kółko jak dziecięce bączki. Ja naciskałem, miałem pretensje, momentami chyba nawet krzyczałem. Ala potrząsała uparcie głową, coraz bardziej zmęczona, ale nieustępliwa. Na zmianę miałem ochotę ją przytulić, to znów uderzyć, chwycić za włosy i szarpać, zobaczyć zdumienie i ból na jej twarzy. Przeraziły mnie te myśli. Nigdy nie uważałem się za brutala.
- Chodźmy spać - zaproponowałem, bojąc się, że zrobię coś, czego będę żałował do końca życia. - A rano...
- Rano nic się nie zmieni. Mówiłam ci.
Znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Patrzyliśmy na siebie jak dwaj bokserzy, dyszący w przeciwległych narożnikach ringu.
- Poza tym i tak teraz nie zasnę - dodała. - Nie tutaj. - Prawie usłyszałem, jak mruczy: "Nie z tobą". - Zrobimy tak: pojadę do mojej matki i zostanę u niej parę dni, a ty wyprowadzisz się do soboty.
- Dlaczego ja mam się wyprowadzić? - Wszystko buntowało się we mnie na myśl, że miałbym omawiać z nią warunki rozstania, bo to czyniło je realnym, sprowadzało rozwód z poziomu propozycji na poziom czegoś, co już właściwie zaczęło się dziać. Jeszcze przed chwilą chciałem przerwać naszą rozmowę, teraz zrobiłbym wszystko, by do niej wrócić, by znowu kręcić się w kółko, nie dochodząc do żadnych sensownych wniosków.
- Bo ja zostawiam ci Samotnię, pamiętasz?
Mimo szczerych chęci nie znalazłem na to odpowiedzi. Patrzyłem więc bezradnie, jak Ala pakuje walizkę i wychodzi. Padał deszcz, prawdziwa jesienna ulewa, choć był dopiero początek września i formalnie wciąż trwało lato. Pomyślałem, że weźmie samochód - ponieważ ja pracowałem w domu, mieliśmy tylko jeden - ale ona poszła w stronę przystanku, skąd odjeżdżały nocne autobusy. Przez moment miałem zamiar wybiec za nią i zaproponować, żeby zabrała naszego forda focusa. Przez moment szczerze wierzyłem, że jeśli to zrobię, Ala przekona się, jakiego fajnego faceta zamierza porzucić, wróci do domu i wszystko będzie jak zawsze.
Ale nie ruszyłem się z miejsca. Już wtedy w głębi duszy wiedziałem, że pewnych rzeczy nie da się naprawić.
NAGRANIE 1
Ostatnim widokiem, jaki w życiu zobaczyłem i zapamiętałem, były szarpane wiatrem gałęzie gruzłowatej wierzby, która rośnie w naszym ogrodzie, przytulona do muru pozostałego po dawnych zabudowaniach. Pod nią leżała łacha brudnego śniegu, resztki dziennego światła z mozołem przedzierały się przez ciemny wał deszczowych chmur. Chciałbym pamiętać coś innego: fioletowe od lawendy pola Prowansji, lazur włoskiego morza, twarz mojej żony - którejkolwiek z żon. Ale mam właśnie ten już nie zimowy, a jeszcze nie wiosenny krajobraz, ołowianą szarość marcowego dnia, ozłoconą odrobiną słońca w kwaśnym kolorze cytryny.
Wtedy, na samym początku miesiąca, doniesienia o covidzie wciąż były egzotyczną ciekawostką z dalekiego kraju i chyba nikt nie wierzył, że wirus dotrze w końcu i do nas. Przynajmniej nie wierzyłem w to ja. Pierwsze uderzenie pandemii przespałem w szpitalu, a gdy odzyskałem przytomność, nad moją głową krążyły strzępy rozmów podobne do zbłąkanych papierowych samolocików: zamknięte szkoły, lockdown, rosnąca liczba zachorowań, ludzie w panice wykupujący papier toaletowy.
Otumaniony lekami mózg zareagował, produkując obrazy rodem z The Walking Dead: oto budzę się po długiej chorobie w opustoszałym szpitalu, wychodzę na ulicę i staję oko w oko z hordą żądnych krwi zombie. Gdy rzucałem się na łóżku, wyślizgując się z jednego koszmaru i wślizgując w drugi, ktoś trzymał moją rękę; kobieca dłoń łagodnie, lecz stanowczo zawracała mnie w stronę realności. Nie miałem pojęcia, do kogo należy, a jednocześnie czułem, że głupio byłoby zapytać. Matka? Dziewczyna, może żona? Moja pamięć przypominała wirujący w blenderze koktajl, wspomnienia wynurzały się na powierzchnię i zaraz znikały, a ja nie potrafiłem poskładać z nich niczego sensownego. Będzie padać, mówi młodziutka blondynka, dotykając mojego ramienia; nie rozpoznaję jej twarzy, choć wiem, że powinienem. Wakacje nad morzem, dzień rozdania świadectw maturalnych, studencka impreza z mnóstwem piwa i zbyt głośną muzyką, ja na scenie, mówiący do zgromadzonej w półmroku publiczności. W pewnym momencie zdało mi się, że wreszcie wszystko sobie przypomniałem: pojechałem na ferie zimowe do Białki Tatrzańskiej i miałem wypadek na nartach, nic poważnego, po prostu przez parę tygodni będę musiał nosić gips. Ominie mnie klasówka z fizyki, pomyślałem i chciałem już przekazać tę radosną wieść siedzącej przy łóżku matce, kiedy uświadomiłem sobie, że gimnazjaliści rzadko bywają na studenckich imprezach i jeszcze rzadziej uprawiają na biurku seks z brunetkami wyglądającymi plus minus na trzydzieści lat - bo to też widziałem we wspomnieniach. Od czasu do czasu głos w ciemności zadawał mi natarczywe pytania: "Czy pan wie, jak pan się nazywa? Czy pan wie, co się stało? Co pana boli?". A ja, w zależności od bardzo wielu czynników, milczałem, bełkotałem: "Spadaj" albo starałem się odpowiadać. Miałem przy tym wrażenie, że znalazłem się nagle w sytuacji człowieka, który pozbawiony prawej ręki, lewą rzuca strzałkami do tarczy. Czasem udawało mi się trafić, częściej nie. W końcu jednak zdołałem sformułować odpowiedzi, którymi mówiący do mnie bezcielesny głos zdawał się w miarę usatysfakcjonowany.
Nazywam się Leon Cichy, niedawno skończyłem trzydzieści cztery lata. Miałem wypadek. Bolało mnie wszystko, a przede wszystkim panikowałem, bo niczego nie widziałem. Uniosłem rękę do oczu i dotknąłem czegoś, co bez zdziwienia zidentyfikowałem jako opatrunek.
- Kiedy zdejmiecie mi bandaże? - zapytałem.
Bezcielesny męski głos odparł: "Wkrótce" tonem, który niezupełnie mi się spodobał, zaś tajemnicza kobieta ścisnęła moją rękę i powiedziała: "Wszystko będzie dobrze", co spodobało mi się zdecydowanie bardziej. Mimo to musiałem spytać:
- Kim jesteś?
Zapadło milczenie i kiedy doszedłem już do wniosku, że popełniłem naprawdę poważne faux pas, kobieta odparła bez cienia urazy:
- Twoją żoną oczywiście.
- Jasne, Ala. Od Aliny, nie Alicji. - Tak bardzo chciałem się pochwalić, że wreszcie coś pamiętam, że nie jest ze mną wcale tak źle.
Usłużna pamięć podsunęła twarz ładnej brunetki - tej, którą posuwałem na biurku. Moja szkolna miłość, pierwsza poważna randka w wieku piętnastu lat, ślub zaraz po studiach, jedno mieszkanie, potem drugie, wreszcie zakup domu...
Zanim jednak poskładałem wszystko do końca, niezręczna cisza podpowiedziała mi, że tym razem naprawdę palnąłem głupstwo.
- Julia, twoja druga żona. Z Aliną rozwiodłeś się w zeszłym roku. - Nawet wtedy w jej głosie nie słychać było pretensji.
Gdy tylko wspomniała o rozwodzie, wszystko sobie przypomniałem. I wiedziałem już, kim jest Julia. Moja pamięć z każdą chwilą wydawała się działać sprawniej, niczym samochód, w którym wreszcie zaskoczył silnik, i to przyniosło mi odrobinę ulgi. Spróbowałem się uśmiechnąć.
- Julia, pewnie. Przepraszam...
- Nic się nie stało. - Chłodne usta musnęły mój policzek. - Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Wtedy jej uwierzyłem. Dopiero następnego dnia lekarz, którego nazwiska nie potrafiłem zapamiętać - Wilczek? Wilczur? Wilczyński? - po serii badań poinformował mnie profesjonalnie współczującym głosem o skali urazów, jakich w trakcie wypadku doznało moje ciało. Miałem połamaną nogę i zwichnięty staw biodrowy, przede wszystkim jednak ucierpiała głowa. Poznałem wtedy takie terminy jak złamanie kości pokrywy czaszki z obrzękiem mózgu i nieodwracalne uszkodzenie nerwu czaszkowego II, w wyniku czego straciłem wzrok. W prawym oku całkowicie, lewe wciąż reaguje na światło. Oznacza to, że siedząc w pokoju, potrafię zlokalizować okno, jeśli akurat jest słoneczny dzień, a wieczorem znaleźć zapaloną lampę. I tyle. Ludzi widzę, tylko gdy staną na bardzo jasnym tle, a i wtedy jawią mi się jako złowrogie cienie pozbawione konkretnych konturów. O czymś takim jak rysy twarzy nawet nie ma co wspominać. Kierując się wielkością tych cieni, mógłbym pewnie odróżnić pięciolatka od dorosłego człowieka, ale na tym kończą się moje umiejętności. Tamtego dnia przestałem wierzyć w to, że "wszystko się ułoży".
W to, że kobieta przedstawiająca się jako Julia naprawdę jest moją żoną, przestałem wierzyć półtora miesiąca później.