Kim pan jest, Mr Binney?
Pewnego pochmurnego październikowego ranka 1940 roku próg kabiny
Willibalda Knutsona, kapitana zacumowanego przy nabrzeżu portu w Göteborgu norweskiego frachtowca m/s "Dieto", przekroczył wysoki,
postawny mężczyzna w sile wieku.
-?Jestem George Binney, zastępca brytyjskiego attaché handlowego w Sztokholmie. Zapowiedziano panu moją wizytę.
-?Tak. Proszę siadać. -?Bladoniebieskie oczy Norwega bacznie lustrowały
sylwetkę gościa. -?Co pana sprowadza?
Przybyły nie dał bezpośredniej odpowiedzi.
-?Jak się panu tutaj wiedzie, kapitanie? -?spytał.
-?No cóż, półrocznego przymusowego postoju w obcym porcie nie będę
zaliczał do najatrakcyjniejszych okresów mojego życia. Ale urządziłem
się jakoś, sprowadziłem rodzinę...
Istotnie, przestronna kabina mało już przypominała robocze pomieszczenie
dowódcy statku. Zagracały ją głębokie, wygodne fotele i zarzucone
różnojęzycznymi, barwnie ilustrowanymi magazynami etażerki, na których
próżno by szukać jakiejś literatury fachowej. W kącie leżała porzucona
kobieca robótka.
-?A nie ciągnie pana w morze?
Twarz kapitana stężała.
-?Wybaczy pan, nie ja o tym decyduję, lecz mój armator. O ile wiem, jest
zadowolony z tego, że w kwietniu udało mi się przyprowadzić bezpiecznie
"Dieto" do neutralnego portu i zapewne nie zamierza narażać go na
przechwycenie przez Niemców. Ruch żeglugowy na wodach Bałtyku znacznie
zresztą zmalał i trudno obecnie o ładunek.
-?Toteż ja nie mam wcale na myśli Morza Bałtyckiego.
Kapitan Knutson spojrzał gościowi głęboko w oczy.
-?Kim pan właściwie jest, mister Binney? W jakim charakterze pan
przybywa?
Na to pytanie Anglik nie mógł udzielić swemu rozmówcy szczerej
odpowiedzi, gdyż zdradziłby tym przedwcześnie pewien śmiały plan
brytyjskiego Ministerstwa Zaopatrzenia oraz Urzędu Admiralicji. Sprawa
dotyczyła jednego ze starannie skrywanych "wąskich gardeł" brytyjskiego
przemysłu wojennego, a mianowicie łożysk tocznych. Już w czasach
pokojowych Wielka Brytania nie była pod tym względem samowystarczalna,
sprowadzając z zagranicy około 20 procent potrzebnych łożysk. Obecnie, w związku z dynamicznym rozwojem produkcji zbrojeniowej, zapotrzebowanie
wzrosło wielokrotnie, a wszelkie braki groziły doprowadzeniem do
sytuacji, w której setki wyprodukowanych niemałym kosztem i wysiłkiem
myśliwskich Spitfire'ów, bombowych Wellingtonów, czołgów Matilda czy
Valentine nie będą mogły opuścić hal fabrycznych z powodu braku
silników. Tak dotkliwe w okresie Bitwy o Anglię niedobory odpowiednio
wyszkolonego personelu lotniczego, które udało się przezwyciężyć między
innymi dzięki przybyciu doświadczonych polskich pilotów, mogły się teraz
przerodzić w równie groźny kryzys sprzętowy. A był to, przypomnijmy,
okres, w którym Wielka Brytania samotnie przeciwstawiała się niemieckiej
machinie wojennej.
Tradycyjnym dostawcą łożysk była Szwecja. Wyroby Svenska Kugellager
Fabriek, słynnej SKF, cieszyły się opinią najlepszych na świecie. Nie
tylko one zresztą: tamtejsze stalownie wytwarzały niektóre rodzaje
najwyższej jakości stali stopowych, których technologia nie była jeszcze
w pełni opanowana w innych krajach. Pragnąc zachować neutralność w rozgrywającym się u jej bram konflikcie, Szwecja na podstawie
przeciętnych rozmiarów eksportu w ciągu ostatnich lat przedwojennych
ustaliła dla obu walczących stron ścisłe limity dostaw.
Od samego początku działań Niemcy znaleźli się jednak w lepszej sytuacji
-?mogli bez przeszkód odbierać i wywozić przeznaczone dla nich wyroby. W 1939 roku udawało się to także i Anglikom, ale od czasu okupowania Danii
i Norwegii szlak wiodący cieśniną Skagerrak znalazł się pod niemiecką
kontrolą i stał się niedostępny dla alianckiej żeglugi. W składach i magazynach szwedzkich wytwórców zaczęły się piętrzyć masy nieodebranych
przez stronę brytyjską towarów. Rząd Jego Królewskiej Mości był ponadto
zmuszony przejąć milionowe zamówienia francuskie, aby zapobiec
skierowaniu ich np. do Niemiec, co jeszcze bardziej skomplikowało
sytuację. Szwedzcy przemysłowcy zaczęli, z początku dyskretnie i taktownie, dawać do zrozumienia, że mogą być zmuszeni do wszczęcia
starań o zmianę proporcji kwot eksportowych, na niekorzyść Wielkiej
Brytanii oczywiście. Będzie to konieczne do pozbycia się nadmiernych
zapasów i utrzymania tempa produkcji.
Rozpatrując możliwości rozwikłania tego splotu niepomyślnych
okoliczności, kierownictwo brytyjskiego Ministerstwa Zaopatrzenia
dostrzegło pewną szansę. Stwarzało ją kilkadziesiąt norweskich statków
handlowych, które w momencie niemieckiej inwazji znajdowały się na
szwedzkich wodach, bądź też zdołały się tam przedostać. Po odliczeniu
małych i powolnych jednostek pozostawało kilkanaście, przy pomocy
których można było zaryzykować wywiezienie ze Szwecji cennego ładunku.
Porozumiano się z Admiralicją, która po rozważeniu całej sprawy doszła
do wniosku, że -?mimo panowania Luftwaffe nad obszarem powietrznym Danii
i Norwegii oraz przyległymi wodami -?można zapewnić tym statkom eskortę
jednostek Royal Navy od pewnego określonego punktu naprzeciw wylotu
Skagerraku na Morze Północne.
Pozostawały jeszcze kwestie formalnoprawne. Większość statków była
własnością przedsiębiorstw żeglugowych, których zarządy pozostały w okupowanej Norwegii. Nieliczne tylko jednostki należały do właścicieli
nienarażonych na ewentualne represje. Aby ułatwić sytuację armatorów i nie zadrażniać ich stosunków z Niemcami, przebywający na emigracji rząd
króla Haakona VII wydał dekret, podporządkowujący wszystkie znajdujące
się poza granicami kraju statki norweskiej bandery utworzonej w Londynie
Norweskiej Misji Handlowo-Żeglugowej, zwanej w skrócie "Nortraship".
Postanowienie to respektowały szwedzkie władze, utrzymujące nadal
stosunki z emigracyjnym gabinetem i nieuznające marionetkowego rządu
Vidkuna Quislinga, jednak praktyczna realizacja dekretu zależała w dużej
mierze od postawy kapitanów poszczególnych jednostek. A byli wśród nich
także cisi zwolennicy ugody z Niemcami, byli ludzie pasywnie czekający
na instrukcje swych central, byli wreszcie oportuniści, którzy
zasmakowali w nieróbstwie i zamierzali pędzić wygodne życie jak długo
się da.
Ponieważ wymuszenie posłuszeństwa było raczej niemożliwe, należało
sięgnąć do dyplomatycznych metod. I wtedy właśnie przypomniano sobie
George Binneya, charakteryzującego się kilkoma cechami, które mogły
ułatwić mu to zadanie. W młodości brał udział w arktycznych wyprawach na
Spitsbergen, podczas których zżył się z norweskimi polarnikami i marynarzami, nauczył się ich języka, a także nieźle poznał ich
mentalność. W latach trzydziestych z kolei zatrudniony był w koncernie
United Steel, co dało mu doświadczenia z zakresu metalurgii. Po wybuchu
wojny został przedstawicielem Brytyjskiej Federacji Żelaza i Stali na
Skandynawię, zdążył opuścić Norwegię tuż przed jej okupowaniem i rezydował obecnie w Sztokholmie. Wydelegowany tam specjalny wysłannik
Ministerstwu Zaopatrzenia zapoznał Binneya z czekającym go zadaniem. By
ułatwić mu pracę, wcielono go oficjalnie w skład personelu ambasady,
mianując zastępcą attaché handlowego.
W ciągu kilku tygodni Binney zapoznał się z charakterystyką znajdujących
się w Szwecji norweskich statków i wytypował do swych celów pięć
szybkich jednostek o napędzie motorowym i wyporności rzędu 5 tysięcy
ton. Z początkiem października 1940 roku Anglik przystąpił do realizacji
najtrudniejszej bodaj części swego przedsięwzięcia, polegającej na
częściowym wtajemniczeniu, uzyskaniu zgody i zapewnieniu współpracy
zainteresowanych kapitanów. Trzeba było, zwłaszcza w pierwszej fazie
rozmów, postępować wyjątkowo ostrożnie, by przedwcześnie nie ujawnić
celów i zakresu planowanej akcji.
W tym też duchu przebiegała dalsza rozmowa z kapitanem Knutsonem.
Wyczuwszy jego niezbyt przychylne stanowisko, Binney nie podtrzymywał
tematu, nie zdradził swoich zamiarów i po kilku minutach zdawkowej
wymiany zdań pożegnał się i zszedł z pokładu "Dieto", by spróbować
szczęścia na innych jednostkach.
Można powiedzieć, że sprzyjało mu ono połowicznie. Zarówno dowodzący m/s
"Taurus" kapitan Glom, jak i kapitan Akjalden z "Tai Shan" po prostu
odmówili jakichkolwiek kontaktów z Anglikami, natomiast kapitanowie
Fj?rtoft i Tallaksen ze statków "Elisabeth Bakke" i "John Bakke"
ustosunkowali się raczej pozytywnie i obiecali nawet w odpowiednim
momencie zaagitować swych oficerów i resztę załogi. Również samo
nawiązanie znajomości z kilku oficerami "Taurusa" i "Tai Shan" mogło
okazać się pomocne w przyszłości.
Tymczasem, jednak nad głową Binneya zaczęły gromadzić się chmury.
Kapitan Knutson swoją lojalność w stosunku do macierzystej Aabys Rederi
Company posunął tak daleko, że wysłał do Oslo depeszę, w której
obszernie informował o wizycie tajemniczego Anglika. Niemiecka cenzura
pocztowa przekazała jej tekst do gestapo, czego wynikiem była
interwencja w norweskim poselstwie w Sztokholmie i ostrzeżenie, że każdy
statek opuszczający neutralne wody zostanie skonfiskowany, a w razie
konieczności zniszczony. Od dyrekcji Aabys Rederi Niemcy zażądali
zastosowania wszelkich środków, mogących zapobiec wykorzystaniu statków
przez Anglików. Pod ich naciskiem firma ta skierowała nawet do
szwedzkich władz pismo kwestionujące legalność powołania "Nortraship".
Na wieść o tym wszystkim Ministerstwo Zaopatrzenia nakazało Binneyowi
czasowe wstrzymanie działalności. Do podjęcia takiej decyzji przyczyniła
się także interwencja brytyjskiego posła w Sztokholmie sir Victora
Malleta, który niechętnym okiem patrzył na wprowadzanie do kierowanej
przez niego placówki ludzi spoza "branży", a ponadto zaś uważał, że
zamierzone przedsięwzięcie -?w które był wtajemniczony -?ma mało szans
powodzenia i bez względu na wynik pociągnie za sobą pogorszenie
brytyjsko-szwedzkich stosunków, i tak napiętych już po niedawnej aferze
z niszczycielami "Puke" i "Psilander". Zakupiono je we Włoszech, ale
podczas rejsu do Szwecji zostały one zatrzymane na Morzu Północnym przez
jednostki brytyjskiej floty, której dowództwo obawiało się przechwycenia
ich przez Niemców. Po ostrej interwencji dyplomatycznej okręty
ostatecznie zwolniono, ale cały incydent pozostawił niemiłe wrażenie w szwedzkiej opinii publicznej, niekorzystnie rzutując na stosunki między
obu państwami.
Jedyne ustępstwo, które udało się osiągnąć Binneyowi, polegało na
oficjalnym wynajęciu czterech statków (z "Dieto" zrezygnowano), co
umożliwiło wszczęcie przygotowań do ich załadowania. Binney
argumentował, że nawet w wypadku odwołania całej akcji opróżnienie
szwedzkich magazynów wpłynie korzystnie na przebieg realizacji
następnych dostaw dla Brytyjczyków.
Zezwolono mu także na przeprowadzenie swego rodzaju próby generalnej. Na
mały fiński tramp1 s/s "Lahti" załadowano trzysta ton stali.
Statek wypłynął z Göteborga i trzymając się szwedzkich wód
terytorialnych popłynął na północ, ku norweskiej granicy. Po zapadnięciu
ciemności jego kapitan wziął kurs na zachód. Mała prędkość nie pozwoliła
mu na opuszczenie wód Skagerraku przed świtem. Został on dostrzeżony
przez patrolujące samoloty Luftwaffe, zgodnie z otrzymanymi wytycznymi
posłusznie wykonał ich polecenia i zawinął do norweskiego portu
Kristiansand, skąd po kontroli ładunku mógł wrócić do Szwecji.
Taki przebieg wypadków ostatecznie przekonał Binneya, że prawie o połowę
szybsze jednostki jego "floty" mają duże możliwości przełamania
niemieckiej blokady. Co więcej, rejs ten potwierdził przypuszczenia, że
Skagerrak nie jest zaminowany, zaś liczne niemieckie wypowiedzi na ten
temat są jedynie chwytem propagandowym.
Ta przerwa w aktywności strony brytyjskiej nie miała zresztą trwać
długo. Już pod koniec października Binney otrzymał nowe instrukcje z Londynu. Nakazywały one jak najszybsze zakończenie przygotowań: przemysł
silnikowy coraz dotkliwiej odczuwał braki łożysk tocznych i stał w obliczu prawdziwego kryzysu o nieobliczalnych następstwach. Strona
norweska wyznaczyła do pomocy Binneyowi swego wicekonsula z Göteborga,
Freda Fuglesanga, mianując go pełnomocnym reprezentantem "Nortrashipu".
Był on szczerze oddany sprawie aliantów; jego stryjeczny brat Nils
służył w Royal Air Force (w 1944 roku miał paść ofiarą zbrodni
popełnionej na oficerach zbiegłych z obozu Stalag Luft III w Żaganiu).
Z pomocą Fuglesanga rozwiązano przede wszystkim częściowo problem
dowództwa statków. Miejsce kapitanów "Taurusa" i "Tai Shan" zajęli ich
pierwsi oficerowie: Einar Isaakson i Carl Jensen. Zmiany trzeba było
także dokonać na "Elisabeth Bakke" i "John Bakke", których dowódcy
wyraźnie stracili ochotę do udziału w całym przedsięwzięciu, nie kryjąc
się zresztą ze swymi poglądami, co groziło niepotrzebnym rozgłosem.
Energiczny Fuglesang usunął ich co prawda ze swych statków, ale niestety
nie znalazł odpowiednich zastępców.
Nie lepiej przedstawiała się sprawa z załogami. Do obsadzenia pięciu
statków -?miejsce "Dieto" miał zająć duży tankowiec m/s "Ranja" -
potrzeba było około 150 ludzi, gotowość uczestniczenia w wyprawie
wyraziła niespełna połowa tej liczby, a i z nich coraz to któryś
zgłaszał rezygnację mimo podwyższenia gaży i obietnicy wypłacenia
wysokiej gratyfikacji po zawinięciu do pierwszego brytyjskiego portu.
Podczas kolejnej rozmowy na ten temat Binney spytał Fuglesanga:
-?Nie znam dokładnie waszych przepisów, ale wydaje mi się, że nie
stawiają one żadnych ograniczeń w zatrudnianiu na norweskich statkach
cudzoziemskich marynarzy, także i w czasie wojny?
-?Nie, nic mi o tym nie wiadomo.
-?Zatem wydaje mi się, że sprawę mamy rozwiązaną.
-?Czyżby?
-?Tak, drogi Fuglesang. Nie wiem, czy zna pan historię obozu w Halsingmo?
-?Coś obiło mi się o uszy, ale szczegółów nie znam. Gdzie to jest?
-?Niedaleko portu Soderhamm, jakieś dwieście kilometrów na północ od
Sztokholmu. Powstał on po zakończeniu walk w waszym kraju, w dość
nietypowych okolicznościach. Otóż w czasie inwazji na Norwegię Niemcy
zaskoczyli w porcie Narwik cztery nasze rudowęglowce i internowali ich
załogi. Kiedy wylądował tam aliancki korpus ekspedycyjny -?pamięta pan,
same doborowe oddziały: angielska brygada gwardii, francuscy strzelcy
alpejscy, Legia Cudzoziemska i polska brygada górska -?i wyparł Niemców
z miasta, skierowali oni wszystkich jeńców, a byli to głównie marynarze
z zatopionych naszych niszczycieli "Hunter" i "Hardy", razem z internowanymi pieszym marszem ku szwedzkiej granicy. Niech mi pan
wierzy, to było istne piekło. Odległość niby nie jest wielka, raptem
trzydzieści kilometrów, ale to górzysty teren, za kołem podbiegunowym
panowała wtedy jeszcze zima, drogi były początkowo oblodzone jak
szklanka, później zaś zasypane powyżej kolan kopnym śniegiem. Na dodatek
szalała burza śnieżna i ten marsz pod niemiecką eskortą trwał przez
pełne dwie doby. Cud prawdziwy, że nikt wtedy nie zginął; skończyło się
na kilkunastu odmrożeniach. Teraz nasi marynarze mieszkają w przyzwoicie
urządzonym i zagospodarowanym obozie, mają swobodę poruszania się.
Ponieważ Szwedzi pod naciskiem Niemców zezwolili ich żołnierzom, którzy
znaleźli się w Szwecji, na powrót do Reichu, musieli więc też
odpowiednio łagodnie ustosunkować się do naszych ludzi, ale dotychczas
nie było żadnej okazji repatriowania ich do Wielkiej Brytanii. Myślę, że
jeśli damy im taką szansę, problem będziemy mieli z głowy.
-?Nie byłbym tego tak bardzo pewien -?powiedział z namysłem Fuglesang.
-?Czemu?
-?Widzi pan, gdyby to było wcześniej, zgłosiliby się pewnie wszyscy. Ale
teraz pogodzili się już ze swym losem, trochę zadomowili, część pewnie
ma w okolicy dziewczyny, inni chcieliby doczekać w spokoju końca wojny.
Nie wróżę więc panu większych sukcesów niż te, które osiągnęliśmy wśród
moich rodaków.
Słowa Norwega sprawdziły się co do joty. Kapitanowie statków, z którymi
Binney przeprowadził rozmowy na początku swojej wizyty w Halsingmo,
zgłosili cały szereg zastrzeżeń i nie dali wiążącej odpowiedzi.
Następnym ich krokiem było zwołanie zebrania, ale przybyła na nie tylko
niewielka część mieszkańców obozu. Wprawdzie sprytnie postawione na
samym początku przez Binneya pytanie: "Czy chcecie być w domu na Boże
Narodzenie?", wzbudziło zainteresowanie dalszym ciągiem jego
wystąpienia, ale konkretny rezultat był mało pocieszający -?zaledwie
kilkanaście zgłoszeń.
W Halsingmo Binney znalazł jednak nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Był
nim 64-letni, emerytowany już kapitan Andrew Henry, prawdziwy wilk
morski w dawnym stylu, który mimo zaawansowanego wieku zaraz po wybuchu
wojny zgłosił się na powrót do służby i pływał jako pierwszy oficer.
Wśród ogółu mieszkańców obozu cieszył się sympatią i autorytetem, który
zdobył wśród współtowarzyszy niedoli w ciężkich chwilach marszu z Narwiku. Po wyjeździe Binneya Andrew Henry rozwinął agitację za jego
projektem. Nie bez trudu udało mu się zjednać i namówić do udziału w przedsięwzięciu swego kapitana, Johna Nicolsona, innego oficera
posiadającego kapitańskie uprawnienia -?Williama Escudiera, jak również
wielu oficerów, inżynierów i marynarzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki