Samotni.pl - Barbara Kosmowska

Reflow text when sidebars are open.
Pamiętnik Zosi
Wciąż jeszcze mam w głowie wczorajszą awanturę z Joanną, a już muszę myśleć o jutrze, o Wiktorze i naszym spotkaniu z dyrektorem. Powinnam być wściekła. I na Joannę, że taka z niej czasami egoistka. I na Wiktora, bo znowu zrobił wszystko, abym jak pokojowy piesek żebrała u magistra Kusty o względy, machając nieistniejącym ogonkiem. Już się widzę w tej roli! Taniec na dwóch łapkach, przymilne ocieranie się słowami o dyrektorski gniew. A potem żałosne czekanie na finał: da nam kolejną szansę czy, znudzony długą adoracją, rzuci jakąś kość swej dyrektorskiej niezgody na ciąg dalszy. Mnie pośle na lekcje, a Milnowicza do diabła, choć przecież oboje od dawna właśnie tak spędzamy swój czas. Ja na lekcjach, a Milnowicz u diabła...
Szkoda, że nie chodzę do wróżki, nie stawiam tarota. Nie zaglądam nawet na internetową stronę z horoskopami. Może ta odrobina irracjonalnej wiary rozwiązałaby moje kłopoty? Zapewne istnieje jakaś szklana kula, w której już dawno przesądzono, co się stanie z Wiktorem. Wystarczyłoby nią potrząsnąć, żeby te jego krzywe ścieżki splątały się jeszcze bardziej. A potem taką kulę wypełnioną beznadziejnym życiorysem można już bez żalu odłożyć na zakurzoną półkę z napisem: "Przypadki beznadziejne".
Skąd tak dobrze wiem o istnieniu przypadków beznadziejnych? Już widzę zdumienie i przerażenie na twarzach uczniów, gdyby jakimś cudem zobaczyli moją osobistą kulę. Tę sprzed wielu lat, gdy wszystko wskazywało na to, że dołączę do grona dorosłych nieudaczników, samotników i kobiet z tak zwaną przeszłością.
A Joanna? Wczoraj wieczorem tylko napomknęłam, że to jej tydzień na mycie garów. Wystarczyło, by nazwać mnie nadętym szkolnym regulaminem z wbudowaną funkcją budzika i dzwonka na lekcje. Usłyszałam też, że nic mi do niej, bo żadna ze mnie matka...
Jasne!!! Urodziłam się nudną, dobrze zorganizowaną panią od polskiego. Mam porządek w szufladach i zawsze wiem, co powiedzieć. Regularnie uprawiam jogging i nie kładę się spać w makijażu. A ten bezmierny smutek swojej egzystencji ukrywam, siląc się na pseudoluz: nucę mocne kawałki "Marii Awarii", obżeram się pizzą w łóżku i czasami zdarza mi się przekląć, ale chyba niezbyt fortunnie, bo Joanna patrzy na mnie w takich wypadkach z nieukrywanym politowaniem. Uważa najwidoczniej, że chcę w ten sposób osiągnąć jakiś kolejny dydaktyczny cel. Na przykład udawać jej przyjaciółkę. Oto, jak mnie ocenia młodsza siostra, nawet nie będąc nauczycielką...
Tymczasem z nas dwóch, to ja jestem po przejściach i budowanie nowego życia kosztowało mnie krocie. Nie chcę wracać do zamierzchłych czasów zakompleksionej Zosi. Córki alkoholika, dziewczyny, którą się zostawiało samej sobie, wagarowiczki z czasów ogólniaka uciekającej przed każdym nieszczęściem do zeszytu w kratkę. Ile to już lat tak uciekam? Który to już zeszyt w kratkę?... Nasza wspólna matka wybrała dla mnie złego ojca, po śmierci którego nie umiałam płakać. Na szczęście w przypadku Joanny zadbała niemal o ideał. Zaledwie odzyskałam wiarę w ojców, ideał odszedł, a matce też jakby odechciało się żyć... Podczas jej choroby miałam wrażenie, że wcale nie walczy o to, żeby z nami zostać. Czy mam o to do niej żal? Nie wiem, ale tego nie robi się córkom, bo gdy nazbyt szybko zostają same, spada na nie dorosłość zgorzkniałych kobiet, przed którą tak trudno uciec...
Wczoraj, pierwszego dnia zimowych ferii, w ponurym gabinecie dyrektora Zośka wygłosiła referat na temat: "Świetlana przyszłość ucznia Wiktora M.".
W czasie gdy trwał jej płomienny monolog, uczeń Wiktor M. siedział pod dyrektorskimi drzwiami, żałując, że skóropodobne obicie wytłumia hałas tylko jednostronnie. Prawdopodobnie szkolny rwetes nie miał dostępu do zacnych uszu magistra Kusty. Za to każdy delikwent, czekający na wyrok w swej sprawie, mógł bez większych trudności łowić dźwięki rozmowy odbywającej się za ścianą.
Wiktor żałował, że nie wziął mp3. Najchętniej zagłuszyłby muzyką pojedyncze słowa i ułamki zdań przenikające przez wydmuszkową tapicerkę. Nie był ciekaw ani opinii Zośki na swój temat, ani sarkastycznego komentarza dyra.
"Krzesło dla chuligana", jak nazywała je sekretarka, miało tę wadę, że skrzypiało przy każdym ruchu. - Nie siedzę na nim pierwszy - uznał bez satysfakcji.
Ścianę znów pokonywał mocny głos Zosi: "Zdolny...", "duże możliwości...", "koncepcyjnie myśli...", "jeszcze nas zadziwi"...
Pewnie zadziwię - odpowiedział w myślach Zośce - i to niejednym. Tyle że inaczej niż to sobie wyobraża ta miła, ale nawiedzona nauczycielka.
Zamknął oczy. Po drugiej stronie Zośka pewnie co chwilę podrywa się z fotela i, jak to ona, bez przerwy gestykuluje. Trzeba mieć podzielną uwagę, żeby połączyć w całość jej słowa i gesty. Na polskim nie miał z tym problemu. To znaczy wtedy, gdy jeszcze regularnie chodził do szkoły...
No nie! To już przesada! - Wiktor zaśmiał się w duchu, słysząc nawijkę o skrzydłach Ikara. - To przecież było w pierwszej klasie!
Pamięta, jak je robił. Te skrzydła... Taki prototyp, żeby każdy mógł przymierzyć i poczuć się ptakiem. Nawet fajne mu wyszły, zwłaszcza nastroszone, białe pióra. Aż chciało się je głaskać i machać nimi, co było możliwe dzięki specjalnie zainstalowanej lince...
A Zośka dalej swoje. Z pojedynczych zdań wynika, że teraz na tapecie jest konkurs szkolnych wypracowań. - O rany! Wstyd o tym wspominać! O jakimś głupim, klasowym konkursie! Zdobył tylko wyróżnienie... Sama mu je przyznała, więc się nie liczy. Poza tym pisał o samotności. Akurat w tej dziedzinie jest od dawna ekspertem i mógłby dawać wywiady do gazet. Co tam wywiady! Film mógłby nakręcić! Z sobą w roli głównej i jedynej.
Wciąż słychać tylko Zośkę. Tak się nakręciła, że ta audiencja potrwa chyba do wiosny - spekuluje Wiktor, starając się siedzieć bez ruchu. Skrzypienie krzesła strasznie go irytuje. - Dyro pewnie przysnął - uśmiecha się do swojej wizji pochrapującego nad papierzyskami magistra Kusty.
Jednak nie. Baryton dyrektora ponownie przebija się przez wygłuszone drzwi. To głos budzący lęk nawet wśród tych, którym na niczym nie zależy. Oho! Teraz wypomina Zośce, że miałem już swoją szansę. Może i miałem. Zależy, jak to rozumieć... - Wiktor przymyka oczy. - Mogłem codziennie dreptać do szkoły i zbierać czwórki. Ale życie, proszę pana, nie składa się z dobrych stopni - chciałby powiedzieć dyrektorowi. I nie tylko jemu. Najchętniej podzieliłby się tą refleksją z matką. Ma jej znacznie więcej do powiedzenia, tylko co z tego?
Zosia znowu w natarciu: "Matura dopiero za rok...", "poradzi sobie...", "będę jak Cerber"...
Cerber? - Wiktor grzebie w pamięci. - To znowu mity... I jaki tam z Zośki trzygłowy pies! Tylko to jej skamlanie jest takie trochę... psie...
Pomyślał, że nie powinna się upokarzać. Ani dla niego, ani dla innych. Bo po co? Kto ją prosił? Poza tym on, Wiktor, niczego jej nie obiecywał. Nie mógłby... Dobrze, że dyrektor próbuje swoim barytonem to i owo Zośce uświadomić. Odmienia jego nazwisko przez wszystkie przypadki... I jest to chyba dość ostra odmiana. Ale czy przez wszystkie? - Wiktor znowu kpiąco się uśmiecha. - Są takie przypadki w życiu, że nawet dyro ich nie zna... Nauczył się tylko podstawowych: "Z Milnowiczem trzeba krótko...", "nie wierzę Milnowiczowi...", "nikt Milnowicza już nie zmieni"...
Tymczasem on, Milnowicz, któremu grozi wydalenie ze szkoły za brak obecności, brak ocen, brak usprawiedliwień oraz tysiąc innych braków, wcale nie chce udawać kogoś, o kim mówi Zośka, a kto już dawno nie istnieje. On, "tępak", "dureń", "frajer", "niewdzięczny gamoń", ma dość tych wszystkich ksywek, które zbiera, ilekroć wpada na jakąś lekcję. Ma także dość całej swojej żenującej klasy: ulizanych laluś, grzecznych synalków, kryjących się po kątach wazelinowych cwaniaczków, a przy okazji - nędznego współczucia Zośki i litościwych spojrzeń pod adresem całego jego majątku: starych dżinsów i swetra, który dostał od matki przed jej wyjazdem.
Matka przyniosła go do domu z dumą i wywróciła na lewą stronę.
- Zobacz, Wiktor! Made in England! To dobrze wróży! Kupiłam okazyjnie, ale oryginalny! Prawdziwy jak mój bilet do Anglii! Włożysz go, gdy będziesz do mnie leciał, synuś! Obiecaj, że włożysz! - promieniała, a on uśmiechał się i zastanawiał, czy lubi latać...
Za drzwiami ucichło. Wyobraził sobie Zosię, która po stoczonej walce zastygła w bezruchu. Już się nie uśmiecha. A szkoda, bo Wiktor lubi jej uśmiech. Nawet w trakcie poważnych lekcji potrafiła nagle, bez powodu, parsknąć jak mała dziewczynka. Kiedyś musiała być chichotką. I to całkiem ładną chichotką - pomyślał, trochę zażenowany kolejnym przejawem sympatii do własnej nauczycielki. Próbował zatuszować tę obciachową słabość jakąś złośliwą myślą o Zośce, ale żadna nie przyszła mu do głowy. Zresztą Zośka musi teraz wyglądać przygnębiająco. Jak spracowany wiatrak, który pomachał skrzydełkami ramion i zastygł w bezruchu, gdy wreszcie zwątpił w istnienie wiatru.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie. Zosia zaledwie musnęła go wzrokiem. - Jutro podejmą decyzję. O dwunastej - powiedziała. Gdyby miał literacko określić ton jej głosu, nazwałby go elegią lub trenem. W każdym razie czymś dramatycznie płaczliwym. Krzesło pod Wiktorem też zajęczało głuchą skargą. Ucieszył się, że może już iść.
A dzisiaj, po dwunastej, patrzy na nią zdumiony, że w ciągu doby można tak poszarzeć.
- Niech się pani nie przejmuje - odezwał się pierwszy. - Wcale mi nie zależało...
- Nie mów bzdur! - Podniosła na niego zmęczone oczy. - Poza tym dyrektor wyraził zgodę na jeszcze jedną próbę. Zostajesz.
- I co? Cieszy się pani? - zapytał trochę kpiąco, kierując wzrok na portret natchnionego Mickiewicza.
- A ty? - powędrowała za jego spojrzeniem.
- Już mówiłem.
Uciekł wzrokiem za brudne szyby w oknie, jakby tam spodziewał się suflera.
- Nie chce mi się tego wszystkiego wyjaśniać. Mogę spróbować, jeśli pani zależy - dodał już mniej pewnie, wyraźnie przestraszony tą obietnicą.
Milczała, wygładzając lśniącą okładkę dziennika.
- Zaczynamy nowy semestr. Przygotowałam ci twoją listę lektur.
Spojrzał na starannie wykaligrafowane litery. Nikt już nie pisze wiecznym piórem, a ona wciąż go używa. Tak jak ja - pomyślał, składając arkusz na pół.
- Wypisałam przedmioty, które musisz zaliczyć. Skontaktuj się z nauczycielami i ustal z nimi terminy. Spotkamy się po feriach i postanowimy, co dalej...
- To już pójdę - wcisnął nonszalancko listę do kieszeni dżinsów.
- To już idź - zdobyła się na nikły uśmiech.
Przez moment chciał powiedzieć jakieś "dziękuję" albo cokolwiek w tym guście, ale tylko przez moment. Gdy stanął na szkolnych schodach, prowadzących do szatni, ucieszył się, że nie uległ babskim sentymentom.
- Nikt ci nie obiecywał, że będzie łatwo - mruknął pod adresem Zośki i zgrabnie pokonał kaskadę lastrykowych stopni.
Czekali na niego za bramą. Guma, Radosny i ostentacyjnie ćmiący jakiegoś peta Walec. Zanim do nich podszedł, poczuł lekkie zażenowanie. Moi kumple - pomyślał. - Na śmierć i życie, choć raczej na śmierć...
- Dawaj, dawaj, magister! - zachrypiał Guma i trzy pary oczu zatrzymały się na angielskim swetrze.
- Dobre wieści? Wyleciałeś? - Radosny pierwszy przyjaźnie stuknął go w plecy. Zabolało.
- Lepiej, żebyś już spakował tornister, bo sporo sprzętu na zbyciu, no i trzeba uwalniać ludzkość od nadmiaru szmalu. Robota, bracie, czeka i sama do ciebie nie przyjdzie - Walec przydeptał papierosa końcem buta, ale zrobił to tak, jakby znęcał się nad niewidzialną dżdżownicą.
- Godzinę tu tkwimy jak muchy w kupie! - Guma z trudem oderwał plecy od szkolnego ogrodzenia. - Tyle czasu, ziomalu, to żeśmy w szkole nie przesiedzieli wszyscy razem wzięci.
- Mów o sobie! - zastrzegł Walec. - Ja w jednej klasie przesiedziałem trzy sezony. Się postudiowało! - dokończył z dumą.
Walec miażdżył każdego, kto wchodził mu w drogę. A teraz przyglądał się spod opuszczonych powiek Wiktorowi, nieufny i czujny. Jak to szef...
- To co, panowie? Spadamy na browar? - Wiktor zmusił się do uśmiechu. Przeraziła go myśl, że w każdej chwili na wydeptanej ścieżce, prowadzącej do pozaszkolnej wolności może pojawić się Zośka. Gdyby go tu zobaczyła, osaczonego przez zwalistego Walca i dresiarskiego Gumę... Gdyby usłyszała żałosne pogwizdywanie Radosnego, reagującego na każdą spódnicę w ten sam wulgarny sposób, dowiedziałaby się o nim zdecydowanie więcej, niżby tego chciał.
Śpiesznie wsiadł do zaparkowanego nieopodal starego mercedesa, którego metryka świadczyła o jednym: że Walec zaczął kraść już jako osesek, a może nawet w łonie matki. Teraz był rosłym dwudziestoletnim złodziejem pozującym na twardziela, ale otaczał się wyłącznie dzieciakami: piętnastoletnim Gumą, wyrośniętym nad wiek, nierozgarniętym Radosnym, no i jest jeszcze on... Kolejne niepełnoletnie ogniwo dziwnej machiny, która przynosząc doraźne zyski, coraz bardziej wtłaczała Wiktora w stan paskudnego zawstydzenia. Najgorsze było to, że choć prowadzał się z chłopakami tu i tam, tak naprawdę nic go z nimi nie łączyło. No, może jedno... Starzy Radosnego już piąty rok obsługiwali szkocki zmywak, a sam Radosny mieszkał z ciotką, której zbyt często chyba nie widywał. Guma o swoich starych w ogóle nic nie mówił. Mieszkał wprawdzie z matką, ale matka wynalazła mu jakiegoś potwora na ojca zastępczego. W tydzień po tym, jak ten pierwszy z jego ojców wyjechał na saksy. Ponoć ojciec Gumy błyskawicznie wyczaił sprawę i wziął ostry rewanż. Dlatego teraz Guma ma zamiast dawnego taty jakieś przyrodnie rodzeństwo na holenderskiej granicy. I choć Gumie rozciągnęła się rodzina jak to guma ma w zwyczaju, pożytku z tego nie było. - Czasami dobrze jest mieć tylko matkę - uznał Wiktor ze smutną satysfakcją - o połowę problemów mniej...
Mercedes ruszył z piskiem opon, a Wiktor w ułamku sekundy dostrzegł w bocznej szybie szczupłą sylwetkę Zośki, lawirującej między kałużami rozmokłego śniegu. Walczyła z błotem, taszcząc torbę z jakąś makulaturą.
A może to ktoś inny? - pomyślał bez przekonania. Przymknął oczy. Wyobraził sobie, jak uwalnia Zośkę od ciężaru uczniowskich zeszytów. Ta chwila napełniła go dziwną tkliwością. Na tyle miłą, że pokręcił przecząco głową, gdy Guma sponsorskim gestem podsunął mu pod nos paczkę tanich papierosów.
Wrócił do domu przed dwudziestą drugą. Wprawdzie wykręcił się od nocnej imprezy drobnym kłamstwem o wczorajszym przedawkowaniu, ale od kartonów z kradzionymi kosmetykami uwolnić się nie mógł. Czekały w rogu obskurnego pokoju Walca na jego handlowy spryt i zaradność. Teraz siatki wypełnione trefnym towarem upychał w skrzyni na pościel od dawna służącej mu za schowek. Spojrzał na dwa aparaty fotograficzne, zbyt drogie, by szybko znaleźć dla nich nowego właściciela. Internetowe aukcje odpadają, bo Walec zabrania takich transakcji, w lombardach też niebezpiecznie... Pozostaje handel obwoźny. To obrzydliwe krążenie i namawianie. Podtykanie, zachwalanie i strach... Głośno opuścił materac wytartej wersalki, aż odezwała się metaliczną skargą.
- Wiktorku, to ty?
Zawsze go tak witała. Lekko schrypniętym, słabym głosem, który przebijał się przez ściany z coraz większym trudem.
- Chwila, babciu! - rzucił w stronę odrapanej ściany. Ukrył twarz w dłoniach i w ulubiony sposób zakołysał całym ciałem. Szybko sięgnął po firmową kurtkę, która pamiętała czasy jego krótkiej pracy na stacji benzynowej. Pośpiesznie narzucił ją na ramiona i stanął w progu dużego, nazbyt ciemnego pokoju.
- Coraz później wracasz z tego CPN-u - poskarżyła się cicho. Trochę z obawą, że tą pretensją zdenerwuje wnuka. - Bo kiedy się pouczysz?
Patrzyły na niego ufne, ciepłe oczy osadzone w pomarszczonej twarzy. Na delikatny gest babcinej ręki podszedł bliżej, a ona, jak codziennie, pogłaskała go drżącą dłonią po policzku. Przysunął do łóżka krzesło.
- Ale dobrze płacą - przypomniał, próbując się uśmiechnąć do staruszki. - Jak już cię wyleczymy, zrezygnuję z tej roboty. - Spojrzał na tackę wypełnioną lekarstwami. - Połknęłaś wszystkie?
Kiwnęła wesoło głową.
- I tę nową? Na lepsze krążenie?
- Tę nową też. Pamiętałam! - pochwaliła się dziecinnie. - Już tak bym chciała wstać, pofruwać po kuchni... I pierożków nalepić. I faworki zrobić. Tak je lubisz, te moje faworki...
- Niedługo nalepisz.
Czuł się przy niej silny i mądry. Przetrząsnął kieszenie dżinsów i wyjął zmiętą paczkę owocowych cukierków. Tanich i lepkich, ale te lubiła najbardziej.
- Włączyć ci radio?
Nie usłyszała, zajęta otwieraniem torebki. Odniósł wrażenie, że jest szczęśliwa. Ze zdziwieniem pomyślał o zbawiennym wpływie kilku landrynek, które musiały mieć w sobie jakąś magiczną słodycz w gorzkim życiu schorowanej staruszki. Nie zapytał o telefon od matki, choć robił to niezmiennie od trzech lat.
Dziś nie - zdecydował, widząc ją rozpromienioną i spokojną przed kolejną bezsenną nocą. Zresztą, po co pytać? Przecież wiadomo, że nie dzwoniła. Dlaczego miałaby to zrobić właśnie dzisiaj? W taki zwyczajny, ponury wieczór, który wiatrem wyczyścił ulice nawet z osiedlowych psów?
Szybko zaparzył herbatę w babci ulubionym, poszczerbionym kubku. Postawił na stoliku zamienionym w apteczną ladę. Gdy zaciągał zasłony, domagające się już prania, patrzyła na jego zgrabne ruchy.
Złapał ją na tym czułym spojrzeniu.
- Dobranoc - uśmiechnął się z trudem.
- Dobranoc, kochanie - odpowiedziała. - Dzisiaj nikt nie dzwonił - dodała, gdy zamykał już drzwi.
Pokój Wiktora, poza wersalką pełniącą rolę skrytki, zajmowały trzy meble: modelarski długi stół, krzesło i kanciasta szafka na ciuchy, której równie dobrze mogłoby nie być. Dwie pary dżinsów i kilka T-shirtów bezładnie zwisały z poręczy krzesła. I jeśli ich tam nie było, to znajdowały się albo w pralce, albo na Wiktorze. Jeszcze niedawno, gdy babcia z werwą poruszała się po mieszkaniu, zaczynała domowe porządki od lokowania tego skromnego dobytku w szafie. I choć z wielką starannością wieszała i układała rzeczy na miejsce, wycierała kurze, trzepała niewielki dywanik, odnosiła wrażenie, że ta część mieszkania bardziej przypomina lotnisko niż zadbany, chłopięcy kąt. Gdy docierała do stołu, na którym dumnie prężyły skrzydła różnej wielkości samoloty, szmatka w jej dłoni nieruchomiała. Babcia siadała na krześle i z podziwem przyglądała się misternej kolekcji wnuka. Plastikowe i drewniane modele, odpowiedzialne za wieczny bałagan w pokoju, wydawały jej się piękne w swej nieruchomej dostojności. Wyglądały jak prawdziwe odrzutowce, które spłynęły tu, na stół, z nieba jakiegoś miniaturowego państewka. Nieraz widziała zgarbione plecy Wiktora, cierpliwie pochylone nad kolejnym modelem. Był tak zajęty klejeniem i łączeniem maleńkich cząstek, że nie słyszał, gdy stawała za nim, wpatrując się w żmudny proces narodzin nowej maszyny.
Kiedyś go zapytała, skąd ta miłość do samolotów. Wzruszył ramionami, nie przerywając pracy. Patyczkiem cieńszym od zapałki nanosił klej na kabinę pilota.
- Tak się tylko bawię - odpowiedział wtedy.
Skłamał. To był przecież czas wielkiej wiary w samoloty, a zwłaszcza w ten jeden, którym miał wystartować prosto do angielskiego mieszkania matki. Tego jej pierwszego lokum, z prawdziwym kominkiem, z oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę. Całą w neonach, jakby nawet latem trwały tam święta Bożego Narodzenia. A jeden z neonów, czerwono-zielony, przez całą noc płonął kolorową poświatą w pokoju przeznaczonym dla Wiktora. Nie wiadomo, czy rzeczywiście ten neon z poświatą istniał naprawdę, ale czy to ważne? Fajnie byłoby spać pod białą pościelą w czerwono-zielone smugi...
Włączył nocną lampkę. Jej mdłe światło wydobyło pokojowy rozgardiasz. - Dobrze, że babcia tu nie zagląda - uznał, zgarniając z pościeli kilka modelarskich książek. Szybko zrzucił z siebie ubranie i niedbale przykrył się kocem. - żadnego mycia, rozmyślania i żadnych planów na jutro - postanowił. Spod przymkniętych powiek spojrzał na ulubionego boeinga. Napracował się przy nim solidnie. Wyposażył go nawet w stery, dodał o jeden silnik więcej, aby jak najszybciej dotrzeć na Wyspy. Boeing okazał się łaskawy dla swego konstruktora. Bez pomocy zdalnego sterowania zatoczył po stole honorową rundę, mrugając światełkami.
- Ale jazda! - przeraził się Wiktor. - Muszę być paskudnie zmęczony! - Szybko zamknął oczy w obawie, że za chwilę samolot wystartuje i nastąpi wielka lotnicza katastrofa.
Zofia Miodowska, wychowawczyni pierwszej licealnej, polonistka i wielbicielka piosenek Marii Peszek, starała się jak najdokładniej otrzepać zabłocone kozaki. Torba z uczniowskimi pracami nie ułatwiała tego zadania. Zanim buty odzyskały swój oliwkowy kolor, pękła, a luźne kartki spłynęły na korytarz papierowym dywanem.
- Zosiu! Są ferie!
Głos pełen niezadowolenia należał do właścicielki rudych loków i zielonych oczu, groźnie wpatrzonych w sprawczynię bałaganu. Po chwili zza drzwi wyłoniła się cała postać - zjawiskowo barwna i groźnie wymachująca mopem.
- Cześć. Padam z nóg - jęknęła Zosia, bezradnie wypuszczając z dłoni pustą reklamówkę.
- A ja z wrażenia! Właśnie przed chwilą sprzątnęłam korytarz, a ty go zapełniasz trzema klasami!
- Dwiema - sprostowała Zosia, obejmując siostrę wolnym ramieniem. - Zobacz, co kupiłam na obiad!
Zielone oczy dały nura do papierowej torby.
- Pesto? Mój ulubiony makaron? Dobra, jedną klasę ci wybaczam, ale reszcie powiedz "do zobaczenia po feriach"!
Siedziały w kuchni, spoglądając głodnym wzrokiem na leniwie gotujące się spaghetti. Zosia lubiła te nieliczne chwile wspólnego oczekiwania na posiłek. Miała tak niewiele czasu dla siostry.
Dobrze, że przynajmniej jadamy razem w domu. W szkolnej stołówce mijałybyśmy się z tacami jak obce sobie głodomory - myślała teraz, przyglądając się z niedowierzaniem Joannie. Znowu nieprzyzwoicie wyrosła. Sweterek sprzed kilku miesięcy bardziej przypominał kusą kamizelkę niż blezer w kolorowe paski.
- Ty chyba kupujesz wzrost na Allegro! - westchnęła z rezygnacją. - Eleganckie panny dorastają z umiarem!
- Ciesz się, że żadna ze mnie elegantka - Joanna uśmiechnęła się zawadiacko. - Kosztowałabym cię fortunę! A tak wystarczą nowe dżinsy, jakaś koszula... Może też szalik? Najlepiej taki zielony, z fioletowym akcentem... Szalik ci daruję! - dodała szybko, uprzedzając zabójcze spojrzenie siostry, walczącej z makaronem.
Zosia lubi patrzeć, jak Joanna łapczywie i z wilczym apetytem atakuje swój talerz. Pod tym względem pozostała tym samym Asiulkiem, który półtora roku temu wprawił ją w stan osłupienia.
Pamięta ten dzień. Ta sama sceneria i być może także makaron z pesto na obiad.
Czy możesz, Asiulku, przestać tak mlaskać? - zapytała ją wtedy, przerażona zaniedbaniami w etykiecie młodszej siostry. - Wkrótce przestaniesz być dzieciuchem...
- Właśnie przestałam - usłyszała w odpowiedzi. - Pamiętasz? Powiedziałaś, że po pierwszej miesiączce już nigdy mnie tak nie nazwiesz.
Patrzyła wtedy na młodszą siostrę, jakby dopiero przed chwilą zostały sobie przedstawione. Szukała potrzebnych słów, jakiegoś gestu, ale znikąd pomocy. Naprzeciw niej siedział chuderlak twierdzący, że jest kobietą, i ostentacyjnie wywijający widelcem.
- Mów mi po prostu Joanno, a wszystko będzie okay - widelec zastygł w bezruchu.
Przytuliła ją wtedy z wielką tkliwością, zastanawiając się, od jak dawna jej maleńka siostra sama boryka się z tą nagle nabytą kobiecością.
A potem wyruszyły na zakupy. Szukały ostatniej zabawki i pierwszych dorosłych majtek. - Koniecznie różowych i z koronką - zażądała Joanna. Jej wybór padł na pluszowego miśka, który do dziś pełnił rolę powiernika i nasennej tabletki. W dziale z bielizną nie poszło już tak gładko. Dorosłe majtki w mniemaniu Joanny musiały być chyba ordynarne, bo wybrała wersję dość śmiałą, z wieczorową koronką i przeznaczone bardziej do rozbierania niż ubierania.
- Tylko te - zaparła się wówczas Joanna, budząc grozę wśród sprzedawczyń.
Dlaczego nie jesz? - W pytaniu Joanny czaiła się gotowość natychmiastowej pomocy siostrze. - Jeśli właśnie teraz przeszłaś na tę swoją dietę, wybawię cię z kłopotu. Ostatecznie siostry muszą sobie pomagać - dodała, łakomie śledząc nieruchomą łyżkę.
- Wypad z mojego talerza! - groźnie mruknęła Zosia. - Nie ma żadnej diety, ale jest pomysł... Co powiesz o małym szaleństwie z okazji pierwszego dnia ferii? Gdybyśmy tak moje nadgodziny zamieniły na ten nieszczęsny szalik? - mrugnęła znacząco w stronę siostry.
- Szaleństwo to moja specjalność! - Talerz błyskawicznie wylądował w zlewozmywaku, a chwilę później obecność Joanny pod wielką wojskową kurtką zdradzały tylko niesforne rude loki. Reszta ukryła się w zielonych bojówkach zakończonych topornymi buciorami.
- Brakuje ci tylko granatu - westchnęła Zosia, sięgając po swój zimowy płaszcz.
Wracały, omijając skute cienkim lodem kałuże. Popołudniowa szaruga nie psuła uroku wolno mijającego dnia. W szarym, pędzącym na oślep mieście Joanna promieniała szczęściem, wymachując torbą z nowym swetrem. Szalik wesoło trzepotał na wietrze. Jak zwycięska flaga, wetknięta w żołnierski mundur.
Ładnie jej z tym radosnym uśmiechem - pomyślała Zosia.
Na moment wesoła paplanina siostry zlała się z miejską muzyką klaksonów i urywanych chodnikowych rozmów. A jeszcze tak niedawno było inaczej. Zosia przymyka oczy i powraca obraz sprzed dwóch lat. A nawet cały album bolesnych sekwencji:
Blada twarzyczka Joasi nad pajęczyną matczynych kroplówek, Joasia błagająca matkę drżącymi podkówkami o jedno słowo, Joasi nocne koszmary i bezgłośny płacz w usianą biedronkami poduszkę, Joasia zamknięta w łazience na dziesięć minut przed pogrzebem. Ktoś się tam włamał, ktoś inny lekko ją popchnął ku wyjściu, jak szmacianą lalkę w stroju galowym. A na końcu Joasia w kościele. Biała bluzka, czarna spódniczka. Krepa w rudych włosach. Zaciśnięte wargi, białe piąstki mocno wczepione w łodygę kalii. Można było tylko bezradnie patrzeć jak na skurczonej bólem buzi dojrzewa pierwsza samotność jej siostry.
Złapała z uśmiechem dłoń Joanny.
- Gdyby swetrzysko okazało się za duże, chętnie je wezmę na przechowanie - oznajmiła z energią, kryjąc nagłą falę wzruszenia.
- Coś podobnego! - Joanna przystanęła z impetem. - To ja biorę pod opiekę twoją satynową bluzkę, tę z dekoltem po pupę!
- Moją studniówkową? - Zosia zanosiła się od śmiechu, nie bacząc na ludzi lekko skonsternowanych jej zachowaniem.
- Tę właśnie! Skoro u ciebie w szkole nie przeszła cenzury, to może w mojej będzie dobrze przyjęta?
- Raczej wydalona... Razem z tobą!
- Wydalona... wydalona... - Joasia nagle spoważniała. - Właśnie! Nie zapytałam o tego, jak mu tam... Witolda...
- Wiktora?
- Mhm... Przekonałaś dyrekcję czy odlot?
- Przekonałam, ale to początek drogi.
- Zrobiłaś swoje, teraz jego ruch.
- Też tak myślę - spojrzała na siostrę z aprobatą. - Tylko on nie jest takim mądralą jak ty i może tego nie wiedzieć...
Wieczór przeszedł w noc na palcach. Niepostrzeżenie jak złodziej. Zosia dołączyła kolejną sprawdzoną pracę do stosu już ocenionych i ruszyła do pokoju siostry. O rany! - jęknęła - Nieźle zajmuję się dzieckiem!
Joanna spała w nowym swetrze, wtulona w ukochanego miśka. Brzeg książki odcisnął grubą kreskę na jej policzku. Jedan kapeć zsunął się z bosej stopy, a z małych słuchawek mocno wczepionych w uszy dolatywały dźwięki szatańskiej muzyki.
Jak można zasnąć z całą rockową kapelą na głowie? - zastanowiło Zosię nie po raz pierwszy.
Delikatnie odłączyła siostrę od ryczących decybeli i lekko potrząsając jej wątłymi ramionami, poczekała na moment, aż otworzą się zdumione, zielone oczy.
- Wskakuj w piżamę, to dam ci święty spokój - uśmiechnęła się do nieprzytomnego spojrzenia.
- Zakaz wchodzenia na mój teren! - mruknęła Joanna, niedbale zrzucając z siebie części garderoby. Wsunęła się pod kołdrę i ponownie przykryła twarz miśkiem.
Zosia sprawnie złożyła narzutę. Podniosła książkę, która z łoskotem uderzyła o parkiet. Alicja w Krainie Czarów - przeczytała i przeniosła oczy na śpiącą już siostrę.
Moja mała kobieta z wielkim misiem - pomyślała z czułością. - Sprząta, gotuje, robi zakupy i marzy o dekoltach. A wieczorem ucieka na drugą stronę lustra, żeby odnaleźć jakiś zagubiony w pędzie kawałek siebie. Obie go szukamy. Każda na własną rękę i w tajemnicy przed światem.
Delikatnie cmoknęła policzek siostry i wyłączyła nocną lampkę.
Wieczne pióro Zosi nie próżnowało. Opatulona w koc, z dużym zeszytem na kolanach, notowała miniony dzień, nie dbając o kolejność zdarzeń. Najpierw starała się pisać o tym, co ją nurtuje. Potem o tym, co cieszy, ale często pióro spontanicznie zapisywało jej myśli, a te, gdy tylko trafiały w rzędy białych kratek, stawały się uporządkowane jak szkolny prymus. Żartowała, że ma dwa dzienniki: klasowy i prywatny, którego nie zamieniłaby na żaden blog ani martwe kartki komputera.
Pamiętnik Zosi
Wiktor wciąż jest dla mnie tajemnicą - rozpoczęła ulubionym, niebieskim atramentem. - To jego zwycięskie imię i wieczne klęski... Jak na ironię losu! Lubię go, choć tak bardzo się stara wszystkich do siebie zrazić. Pojęcia nie ma, że zamiast buty bije z niego jakaś delikatność i wrażliwość, której nie powstydziłyby się panny z melodramatów. Gdyby mnie zapytano, dlaczego walczę o kolejnego beznadziejnego uciekiniera, odpowiedziałabym, że każdy przed czymś ucieka. Wszystkim nie da się pomóc, a Wiktorowi, przy odrobinie szczęścia, pewnie tak.
Szkoda, że milczy, gdy pytam go o trudne sprawy. Natychmiast staje się nieufny i trochę bezczelny. Przecież nie tylko on na kogoś czeka. Pewnie nie wie, że zebrałaby się już spora klasa "eurosierot". Z Kamilem, Konradem i Wojtkiem na czele. Malwina wprawdzie odwiedza rodziców w Szwecji, ale nie wraca do własnego mieszkania, które wynajmują obcy ludzie. W domu ciotki śpi z małymi kuzynkami, którym matkuje, nic więc dziwnego, że czasu na naukę ma stanowczo za mało.
Co innego Wiktor. Przecież od dawna mieszka z babcią i przez ostatnich kilka lat całkiem dobrze sobie radził. Żadnych problemów w gimnazjum, niezła średnia z testów, zachowanie bez zarzutu. Skąd więc ta nagła zmiana? Ostentacyjne trzymanie się na uboczu klasy? Znikanie? A może Wiktora z nami nie ma już od dawna, tylko tego wcześniej nie zauważyłam? Za to widuję go z takimi typami, że strach pomyśleć, dokąd z nimi chadza...
Teraz ploty. Geografka. Magister Anna Torfowiec. Na każdej przerwie częstuje mnie ironią. Jakby ją nosiła zamiast drugiego śniadania. Mawia o mnie "Siłaczka" albo "nasza Madzia Brzeska". Jestem więc w jej rankingu kimś pomiędzy nawiedzoną aktywistką a wzorcem naiwności. Reszta żeńskiego grona to Lolity, panie Bovary, infantylne Kareniny, więc ostatecznie nie ma o co się gniewać. Ponoć kiedyś była ozdobą pokoju nauczycielskiego. Przyjazna i zwariowana. Taka do tańca, różańca i kradzieży koni. Dopiero kiedy mąż zostawił ją dla byłej uczennicy, zgorzkniała jak piołun. Nie znosi bab, a przy okazji - innych zostawionych. Bo taki Wiktor i Malwina, Dagmara czy wreszcie ja też zostaliśmy "porzuceni" albo "rozwiedzeni". I nikt z bliskich nas o zgodę nie pytał.
Wczoraj zadzwonił Krzyś. Z biura podróży. Wkrótce walentynki, więc wymyślił, że moglibyśmy wyskoczyć na narty. Słyszałam w jego głosie tę wielką prośbę, która brzmi jak komplement. Westchnęłam tylko i przeprosiłam. Jeszcze nie tym razem. Po jego ostatniej wizycie Joanna zrobiła wszystko, abym zrozumiała, że czas moich uczuć został zawieszony w prawach serca.
Przez tydzień milczała.
Patrzyła na mnie jak na morderczynię młodszych sióstr.
Złośliwie budziła mnie w środku nocy, skarżąc się na koszmary.
Całymi dniami nie opuszczała swojego materaca.
Ignorowała pytania o szkołę.
A kiedy próbowałam z nią porozmawiać i wyjaśnić, że mam prawo do uczuć, rozpłakała się i stwierdziła, że skoro chcę ją zostawić dla jakiegoś osiłka, ona natychmiast wyjeżdża. Wprawdzie nie wie dokąd, ale co to dla mnie za różnica...
Może niepotrzebnie się wtedy uniosłam? Wypaliłam, że nie zamierzam być całe życie sama z powodu jej egoizmu i braku zrozumienia. Próbowała mnie szantażować, krzycząc, że mama z góry na nas patrzy. I widzi tę niesprawiedliwość, a także jej, Joanny, cierpienie. Miałam tego dosyć. "A niech patrzy! - odburknęłam w gniewie. - Niech zobaczy, co narobiła!".
Tyle żalu nigdy nie widziałam w jej oczach. Zdewastowałam święte miejsce. Jakbym co najmniej poniszczyła kwiatki na rodzinnym grobie.
Nigdy nie wróciłyśmy do tamtej rozmowy, ale kiedyś będzie trzeba. Na razie jestem jej drugim miśkiem. Dostaję swą porcję miłości w zamian za milczenie i oddanie.
Czasami tak trudno być jednocześnie starszą siostrą i matką. Nie wiem, jak pogodzić nasze wzajemne oczekiwania, abyśmy obie mogły poczuć się szczęśliwe.
Pióro z coraz większym trudem wylewało z siebie resztki atramentu. Wsunęła zeszyt pod poduszkę. Będzie mógł z nią spać nieprzyzwoicie długo, bo jutro wolne... Czyżby? - uśmiechnęła się na wspomnienie rozlicznych obowiązków. Trzeba zrobić wielkie pranie, łącznie z firankami i pościelą. Potem wizyta w schronisku. Joanna znowu zaoszczędziła z kieszonkowego na karmę dla kotów i psów. Jak dołoży swoją pulę, wystarczy na kilka torebek smakołyków. Cmentarz. Tam pójdą po obiedzie. W innym wypadku Joanna nie tknie nawet pesto. Zawsze tak przeżywa wizytę u mamy. Milczy, a jej ukochana mp3 dzielnie jej towarzyszy. Zosia już dawno uznała, że woli siostrzane kłótnie od przygnębiającej ciszy, której nie da się zakłócić żadnym słowem. A gdyby tak po cmentarzu wyskoczyć na basen? - zastanawia się jeszcze, choć na samą myśl o harcach w wodzie przygniata ją niemal fizyczne zmęczenie. - Ciekawe, jak mama sobie radziła z tym wszystkim? Przecież miała nas obie...
Wpada w przyjemny niebyt. Jest jeszcze wiele pytań. Niespokojnie próbują dobić się do jej świadomości, ale to intruzy. Mogą stukać, pukać. Już zamknięte...
Joanna lekko uchyla drzwi. W pokoju Zosi ciemno. Wraca do siebie i daje nura pod biurko. Wyciąga stamtąd wielki karton, który nazywa przechowalnią. Po omacku rozpoznaje znajome kształty albumów i małe pudełko, w którym od lat przechowuje listy mamy. Taszczy skarby do łóżka. Dopiero teraz włącza małą lampkę i rozkłada cały swój kram na pościeli. Handlowałaby wspomnieniami, gdyby nie była ich kolekcjonerką. Gdyby potrafiła się z nimi rozstać. Bez wspomnień czasami żyłoby się łatwiej. Tylko co wówczas należałoby wyłącznie do niej?
Najpierw listy. Dziś przeczyta dwa. Zna je na pamięć, ale gdy błądzi po nich oczami, litery pisane ręką mamy zupełnie inaczej brzmią. Poza tym stara papeteria wciąż nią pachnie. Ulotną mgiełką lawendy albo jakichś innych perfum. Może to nuta jaśminu?
Kruche kartki pod dotykiem palców ożywają cichym szelestem. Pierwszy list jest w kopercie bez adresu. Nigdy nie przeżył pocztowej przygody. Nie wie, co to znaczek i listonosz. Joanna dostała go na siódme urodziny, gdy już potrafiła czytać. Zaczynał się od słów: "Kochane maleństwo, wkrótce przywitam Cię na świecie", i był pełen śmiesznych zdarzeń z czasu, gdy ona, Joanna, ukrywała się pod mamy rozłożystą sukienką. Z tych zwierzeń wynikało, że specjalnością Joanny było kopanie matczynego brzucha i obłędne kręcenie się wokół pępka. "Urodzę albo piłkarza, albo płetwonurka" - ubolewała mama w liście, dodając, że wyglądają razem jak wielka, słoneczna dynia.
Joanna przerywa czytanie i jak zawsze próbuje wyobrazić sobie uśmiechniętą, dyniową mamę, ale jej miejsce uparcie zajmuje ta druga, z włosami rozrzuconymi na poduszce, poruszająca wyschniętymi wargami i prawie niewidoczna w białej pościeli.
Szybko sięga po następną kopertę, która ją odnalazła na drugim końcu świata. List pochodził z czasu, gdy przez wiele lat mieszkała z rodzicami w Syrii. Ilekroć mama wyjeżdżała na dłużej do Polski, zawsze starała się napisać choć kilka słów. Bywało, że zjawiała się szybciej od własnej korespondencji, ale dla Joanny nie miało to znaczenia. Przecież w takiej zaklejonej kopercie znajdowała zawsze czułość i pamięć. A tego nigdy dosyć. Jaka więc różnica, kiedy list odnajdzie adresata? - myślała, gdy w upale wiszącym nad Damaszkiem pochłaniała opis zimy, która przywitała mamę na lotnisku. Zazdrościła jej zawiei i śnieżnych zasp. Sopli lodu połyskujących nad oknami. Wprawdzie tata obiecywał, że gdy wrócą do kraju, ulepią razem bałwana, kupią łyżwy, ale mijały lata i jedyna prawdziwa zima, jaką Joanna zapamiętała z dzieciństwa, wciąż szalała po wyblakłych kartkach listu od mamy.
Zrezygnowała z oglądania zdjęć. Znowu wstanie z opuchniętymi oczami i Zosi będzie przykro. Ulokowała w przechowalni bezcenne pamiątki i stanęła w oknie. Za szybą prószył śnieg, pokrywając bielą kanciaste dachy brzydkich domów. Jutro będą wyglądały jak dzieło boskiego architekta, który przez kilka nocnych godzin naprawił błędy miejskiej historii. Łysemu trawnikowi, udającemu dumnie puchowy kobierzec, brakuje tylko zwalistego bałwana z węglowymi oczkami. Takiego kiedyś obiecywał jej tata. Szkoda, że nie zdążyli ulepić go razem.
- Posuń się, misiek - szepnęła do pluszaka, spontanicznie wtulając buzię w rude futerko maskotki.
Niebo nad Londynem zaciągnięte jest chmurami i dzisiejszy dzień na Wyspach upłynie pod znakiem opadów deszczu ze śniegiem. Będzie zimno i mgliście...
Coraz lepiej rozumiał pogodynkę z brytyjskiej stacji radiowej. Wyobrażał ją sobie jako wiotką blondynkę z ciepłym uśmiechem, choć tak często zwiastowała angielską chlapę i błoto. Mimo to ćwierkała jak szczęśliwy koliber, który obiecuje raj. Wiktor wzdrygnął się na samą myśl o spacerze po londyńskiej ulicy.
Ciekawe, czy matka wciąż nosi malinowy płaszcz? - przymknął oczy, aby odtworzyć go w pamięci. Irytował zbyt głęboką barwą, nadmierną śmiałością koloru, ale był odpowiedni na taką pogodę. Wesoły. Gdy pięć lat temu wypatrzył go z okien kuchni babci, wiedział, że wróciła. Że to ona za chwilę przemierzy róg Długiej i Dąbrowskiego, minie stary zakład fotograficzny, przejrzy się w wystawie szklarza i energicznie uruchomi gong udający kukułkę.
Gdy tylko dotknęła dzwonka, otworzył na oścież drzwi. Zaskoczył ją. Nie była jeszcze gotowa do głośnego powitania, tych wszystkich przytulań i przeczesywania palcami jego włosów. Wydała mu się nawet jakby zagubiona. Mała dziewczynka w obcym mieście. Dopiero gdy powiedział "cześć", uruchomił potok matczynych czułości, a lawina słów skutecznie zagłuszyła niepewność sprzed chwili.
Wolał ją taką. Głośną, pełną obietnic i planów. Lubił, gdy z ożywieniem zapewniała: "za miesiąc zaczniemy od nowa", "już niedługo wszystko się zmieni", "czeka nas mnóstwo pracy"... Babci miał za złe, że nie ułatwiała tych wizyt. Wprawdzie mówiła niewiele, ale z jej słów zionęła gorycz i niechęć. Lepiej, aby w ogóle milczała - tego pragnął, gdy siedzieli we trójkę przy małym kuchennym stole. Babcia milkła na dobre, ale dopiero wtedy, gdy mama zaczynała pakować brązową torbę. Wystarczył jakiś telefon od jakiegoś Johna i natychmiast znikały rozsiane po mieszkaniu fatałaszki, flakoniki z łazienki, szpilki z korytarza. Ich miejsce zajmowały pośpieszne obietnice: "lepsza praca", "nareszcie własny kąt", "będzie parę centów na czarną godzinę"...
Czasami dzwoniła. Ale w dalekiej Anglii jej głos nabierał innej barwy. Kochała go i tęskniła za kilka funtów, którymi pośpiesznie doładowała kartę. Potem jednak płynął ze słuchawki strumyk nieszczęść i kłopotów: "musisz być cierpliwy", "jeszcze trochę, synuś", "oszukali mnie, polscy cwaniacy, niech ich szlag trafi!"...
- Wiktorku, śpisz? - usłyszał zza ściany. Zerwał się pośpiesznie, aż zatrzeszczały sprężyny starej wersalki. Zupełnie zapomniał o towarze. Tyle roboty, a już jedenasta.
- Robię nam śniadanie, babciu - odkrzyknął najpogodniej jak umiał i pogwizdując, ruszył do kuchni.
Utkwił oczy w grze ulicznych świateł. Gdy w ostatniej chwili przebiegał jezdnię, goniły go przekleństwa ruszających z prawego pasa kierowców. Siąpiło i co chwilę deszcz skośnym batem ulewy przeganiał drobiny śniegu.
- Jak w Londynie - mruknął, sprawdzając, czy kosmetyki wybrzuszające torbę są właściwie zabezpieczone. Ruszył w stronę dzielnicy willowej, gdzie o tej porze dnia jego klientki piły małymi łyczkami kawę z porcelanowych filiżanek. Znudzone porankiem, poprawiające poły jedwabnych szlafroków, podświadomie czekały na domokrążców wnoszących w ich życie miłe zamieszanie. Nigdy nie pytały, skąd ma taki ekskluzywny towar. Eleganckie kobiety nie zadają niezręcznych pytań.
Pani Alinka otworzyła mu drzwi w doskonałym nastroju. Piękna ondulacja potrzebowała oprawy, więc natychmiast zatrzymała połowę łupu. Nawet nie wykłócała się swoim zwyczajem o cenę. U kapryśnej pani Krysi zastał jej dwie koleżanki. Wzięły wszystkie perfumy, nawet nie sprawdzając zapachu. Podały też szybciutko własne adresy, gotowe dwa razy w miesiącu uzupełniać zapas kosmetyków. Najdłużej pozbywał się "kolorówki" - tych wszystkich palet z miniaturowymi pędzelkami i fikuśnych szminek. Przerażało go, że często nie wiedział, do czego służą drogie specyfiki, wysypywane na marmurowe kuchenne blaty, a kobiety natychmiast zanurzały się w tych drobiazgach, znając ich markę, zastosowanie i cenę.
Zanim wszedł do zmurszałej kamienicy, skwapliwie podzielił zyski. Z niedowierzaniem przeliczył swoją pulę. Nieźle! Wystarczy na inhalator.
Nie znosił zadymionej meliny Walca. Niskie mieszkanie szczelnie wypełniał odór nikotyny i duszna wilgoć, a spiętrzone graty, tkwiące w piramidzie bezsensu, znalazły tu niemal muzealne warunki do cichego trwania. Najważniejszym eksponatem był zdezelowany stół, brzęczący brudnym szkłem. To przy nim dojrzewały do kłótni handlowe dyskusje i następował podział łupów. Wejście Wiktora zdradziła walająca się po podłodze butelka po alkoholu, którą niechcący ruszył końcem buta. Wpadła w wirujący taniec, przerywając głośną kłótnię.
Radosny mocnym kopnięciem podsunął mu krzesło.
- Cycuś-glancuś pewnie opylił wszystko - zarechotał. - Z jego gładkim licem tylko zakład kosmetyczny otwierać!
- Archiwalne damule kochają naszego magistra! - zgodził się drwiąco Guma, strzelając niedopałkiem w środek wielkiej popielniczki. - Z taką facjatą i bez towaru da się zarobić, co nie?
Walec swoim zwyczajem wyciągnął rękę po zwitek banknotów. Zapadła cisza zmącona tylko szelestem liczonych pieniędzy.
- Nieźle - mruknął gospodarz. - Choć można lepiej - dodał szybko, podnosząc zmęczone oczy na Wiktora. - Na co czekasz? Bo chyba nie na kaskę? - zaśmiał się rubasznie z własnego dowcipu. Guma i Radosny jak na rozkaz dołączyli do salwy wesołości.
Przeczekał ten koncert i nie patrząc Walcowi w oczy, odezwał się głośniej, niż zamierzał:
- Potrzebuję pieniędzy. Nie wiedziałem, że jakiś pieprzony wolontariusz tu jestem.
- Oho! - Walec podniósł się z fotela. - Proszę! Magister nam zbezczelniał! Potrzebujesz forsy, to ją zarób!
Kolejna fala przykrego śmiechu zawisła nad Wiktorem.
Co ja tu robię? - zastanawiał się, patrząc z niedowierzaniem na swych dziwnych kumpli. - Są ferie. Powinienem wyskoczyć do kina, pójść na basen, lodowisko... Skleić awionetkę, z którą więcej kłopotu niż z boeingami... A może jakiś wypad w góry? Łóżko w tanim schronisku, łatwiejsze szlaki, ale takie, żeby dotrzeć wysoko i zobaczyć kawałek ziemi z samolotu. Nigdy nie byłem w górach...
- Słyszysz mnie, magister? - Na górską polanę, która teraz rozpościera się przed Wiktorem, dociera głos Walca. - Dostaniesz swoje papu, ale najpierw spław aparaty! Królem szminek chcesz zostać, pomerdańcu?
Czas w melinie Walca odmierza klepsydra z pustych butelek po piwie. Zbierają się w rogu pokoju jak gospodynie domowe uwięzione w długiej kolejce. Wiktor mierzy je wzrokiem. Po liczbie opróżnionych flaszek potrafi bezbłędnie ocenić moment, w którym będzie mógł wyjść na wolność bez głupich komentarzy i podejrzeń. Radosny jest już odpowiednio radosny. Właśnie przysnął na rogu starej kanapy, ułożony jak niedbale zwinięty naleśnik. Guma z coraz większym trudem przypala kolejnego papierosa.
- Spadam - zakomunikował Walcowi, próbującemu bezskutecznie wyłowić jakiś numer w komórce. Udał, że z trudem zapina kurtkę. Nauczył się już, że od Walca trzeba wyjść odpowiednio pijanym, nawet jeśli się nim nie jest.
- Bierz - Walec zgarnia dwa banknoty z leżącej przed nim górki pieniędzy i przesuwa je w stronę Wiktora. - Co się tak gapisz? To zaliczka. Żeby pieprzony Czerwony Kapturek mógł kupić lekarstwo dla babci.
Walec jest zachwycony swoim kolejnym dowcipem, ale opadł z sił i zamiast donośnego śmiechu stać go tylko na grymas znużenia.
Na dworze już ciemno, ale mroźne powietrze działa jak orzeźwiający red bull. Po chwili szybkiego marszu widać już krańce ponurego osiedla - miejsca, gdzie umiera mrok a zaczyna się miasto. Jeszcze parę ulic i znajdzie się w kręgu sodowych latarni. Otoczą go znane kamienice z rozświetlonymi oknami, przytulne witryny małych restauracji, które są jak uliczne teatrzyki cieni. Każdy przechodzień może przystanąć, spojrzeć przez szyby na anonimowych aktorów, grających przy okrągłych stolikach sztukę o przyjaźni i bliskości.
Jak się samemu nie gra w takiej sztuce, warto choćby popatrzeć - myśli Wiktor, przyklejając oczy do jednego z kawiarnianych okien. Jest zbyt późno, by podglądać spektakl uśmiechów i niemych rozmów. Zaraz zamkną aptekę, a obiecał pani Jadwidze, tej ulubionej farmaceutce, że dzisiaj zapłaci za ostatnie zakupy i być może nabędzie wreszcie inhalator.
Z pobliskiej budki zapachniało kebabem. Pomyślał, że zjadłby go nawet z miłym Turkiem w środku, tym, co często pyta: ceś jaki sioś? I nie czekając na odpowiedź, oblewa bułkę ketchupem. Więc teraz zjadłby kebab i Turka nawet bez ketchupu, ale zamiast tego nabrał głęboko powietrza i biegiem przeciął ulicę.
W aptece dwie kolejki. Obie koszmarnie długie. Stanął za muskularnym atletą, lekko opierając się o ścianę. Dopiero teraz dokonał szybkiego przeglądu kupujących. Przed nim dwie rozbrykane nastolatki ze smutną matką, obok pan w eleganckim płaszczu. Drugą kolejkę zamykała... - O rany! - Nigdy nie widział tylu rudych loków na jednej głowie! Opadały kaskadą płomieni, zatrzymując się w okolicach wątłych ramion.
Ma przechlapane - pomyślał o obcej dziewczynie. - Z czymś takim nawet w czapce wszyscy cię zauważą! No, chyba że laska trzyma w szafie czapkę niewidkę...
Nagle poczuł na sobie jej uważny wzrok. Szybko przeniósł spojrzenie w stronę pani Jadzi pochylonej nad receptami, ale ta ucieczka na niewiele się zdała. Wiedział, że tamta, ruda, dalej się w niego wgapia. I robi to z wydętymi wargami, z jakąś przyganą, a nawet pretensją, jakby doskonale wiedziała, że przed chwilą pozwolił sobie ubolewać nad jej fryzurą.
Mam większe problemy niż czyjś bałagan na głowie - pomyślał ze złością. - Przewartościowana lala! Pewnie tu przyszła po różane mydełko i wybielającą pastę do zębów!
Bezszmerowe drzwi wpuściły do środka zdyszaną starszą panią. Towarzyszyła jej panienka z grzeczną fryzurką. Smukła jak flakonik z drogimi perfumami.
Ta przynajmniej wydaje się miła - uznał Wiktor.
Staruszka z trudem łapała oddech.
- Potrzymaj, kochanie, moją torebkę - poprosiła zbyt głośno.
- Nie wrzeszcz - rozległ się dziewczęcy głosik. - Słyszę przecież! I nie sap na całą aptekę jak mors.
- Morsy sapią? - zdziwiła się już ciszej babcia,
próbując zamienić rozmowę w żart.
- Tłok jak na Lady Gagę! - warknęła w odpowiedzi. - Przez ciebie do Kaśki przyjdę ostatnia!
Wnuczka wyraźnie nie znała się na żartach. Zawzięcie stukała w różową komórkę, a jej twarz wykrzywił grymas niechęci, którym mogłaby obdarować obie kolejki.
Nie tylko Wiktor zmarkotniał. Zauważył ze zdziwieniem, że wyniosła ruda też przygląda się tej od komórki z nietajonym oburzeniem.
Współczesne kobiety... - pomyślał. - Jedna awanturnica, druga wredna... Dobrze, że są na świecie normalne panie Jadzie - ucieszył się na widok jej twarzy w okienku.
- Dzień dobry.
- Miło cię widzieć, Wiktor - farmaceutka obdarzyła go życzliwym uśmiechem. - Jak babcia?
- Bez zmian. Ale mam pieniądze... te zaległe - wykrztusił. - I poproszę inhalator. Tańszy - dodał z zażenowaniem, bo dałby głowę, że ruda go podsłuchuje.
- Tańsze są lepsze. Wiem, co mówię.
Pudło z inhalatorem uniósł na wysokość twarzy, jakby miało się stać jego osobistą czapką niewidką. Oddzielić go od ogonka aptecznej niedoli i uczynić zupełnie niewidzialnym.
Dopiero na ulicy wziął je pod pachę i lekko pogwizdując, ruszył w stronę domu.
Na Gołębiej zwolnił. Lubił wolno przemierzać ostatnie metry dzielące go od mieszkania, ciekawy zmian, jakie dokonały się w pobliskich sklepach pod jego nieobecność.
Pani Beata znowu zaszalała w swoim butiku. Wygarnęła na wystawę same czerwienie i biele. Zamiast ciuchów ma flagę - zachichotał. O! U szewca Bakułki nowe obuwie męskie. Ale dlaczego sandały? Przecież zima... Warzywniak sióstr Warmickich... Ponoć kiedyś były baletnicami, a teraz tańcują wokół pomidorów, bo się bardziej opłaca. Mają na wystawie orzechy laskowe, ale babcia nie lubi. Za twarde. Sam zjadłby nawet skrzynkę, bo orzechy pachną świętami... Ciekawe, z czego żyje krawiec Mędrzak... Chyba z upinania firan, bo te jego garnitury nadają się tylko do trumny. W trumnie nawet największy laluś nie zaprotestuje, że ma na sobie arcydzieło Mędrzaka...
Przy zakładzie fotograficznym "Profil. Ojciec i Syn" Wiktor przystaje. Nie dlatego, że ekspozycja zmienia się tu często. Przeciwnie. Są zdjęcia, które długo zerkają w głąb ulicy Gołębiej i gdy ich zaczyna brakować, Wiktorowi też jakby zaczyna brakować starych przyjaciół. Po prawej stronie wiszą tradycyjne portrety. Młode pary w czułych objęciach, a nawet całe rodziny, z trudem mieszczące się na maleńkich krzesłach. Niżej dziewczynki w białych sukienkach. Wyglądają jak duże, strojne lalki, bo ich wzrok zastyga pod wpływem flesza i wyraża jedynie plastikowe zdumienie. Kilka niemowląt, a jedno nawet beczy... Niezłe te fotki, ale daleko im do zbioru po drugiej stronie szyby, tego z dawnymi mieszkańcami. Już nie chodzą Gołębią, ale Wiktor świetnie ich pamięta. W końcu wychował się u babci z krótkimi przerwami na matczyne "tournée" po Polsce.
Pan Bolo... Najprawdziwszy, ze szramą na policzku i nieodłączną butelką piwa... Był miły. Zawsze częstował Wiktora cukierkami śmierdzącymi tytoniem. Wiktor brał, dziękował i nie wiedział, czy takie śmierdzące można jeść... A tu babcia Długiego... Pani Kryszko. Wołała wnuka na kolację, machając rękami z drugiego piętra, bo była niemową... Długi mógł udawać, że nie słyszy, choć przecież widział... Pan Karolek... Ślusarz. W porządku gość. Przychodził do babci naoliwić jej drzwi i nigdy nie chciał pieniędzy. Mawiał: "Rozleczymy się na tamtym świecie, pani Karolowo", a on zastanawiał się wiecznie, na czym polega to "rozleczanie". Miał mocne ręce, których Wiktor zawsze mu zazdrościł. A tu, na dole, pan Antoni Hajmer. Właśnie coś gra na swoich skrzypcach, z lekko przymkniętymi oczami. Wiktor szczególnie lubi to zdjęcie, bo pan Antoni nie żyje już siedem lat, a jego muzyka przenika szybę zakładu i wciąż brzmi w uszach.
Niezłe są też pejzaże miasta. Po nich najlepiej widać, jak się zmieniła Gołębia albo pobliska Skarpa. Jak wyładniało śródmieście, a dawna Ogrodowa, pełna owocowych drzew, stała się jednym smętnym parkingiem.
Wiktor wzdycha i robi zwrot na pięcie. Teraz długi sus przez wąską bramę. Resztę zdjęć obejrzy innym razem, a o tych, które szybko przestudiował, opowie babci. Babcia uwielbia wszelkie wiadomości z witryny zakładu "Profil. Ojciec i Syn".
Pamiętnik Zosi
Czy ktoś poza mną też miewa randki w biegu? Trzy pierwsze spotkania z Krzysztofem trudno nazwać inaczej. Do dziś nie wiem, od kiedy zaczął biegać moją trasą. Kłamliwie twierdził, że to ja pojawiłam się na jego joggingowej ścieżce. Grube kłamstwo! Po pierwsze: nie biegam tak szybko, by nie dostrzec przystojnego bruneta w zbyt dużym dresie. Po drugie: gdyby nawet tak było, przystojny brunet miałby zdecydowanie lepszą kondycję i nie musiałabym udawać, że szwankuje sznurowadło w moich adidasach, aby przyjrzeć mu się z bliska.
Wtedy, we wrześniu, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, coś we mnie wstąpiło. Najpierw zwolniłam, ale zbliżał się w tak ślimaczym tempie, że postanowiłam wypróbować numer ze sznurówką. Moja przyjaciółka ze studiów dzięki takiej manipulacji dziś jest szczęśliwą mężatką. Udawałam więc ofiarę kiepskich butów, gdy wyhamował tuż obok mnie. Rzucił wówczas rozczulające pytanie: "Czy mogę jakoś koleżance pomóc?". A sapał tak, że z trudnością zrozumiałam, jakie ma intencje. Odpowiedziałam, że oczywiście, może. Mam sznurówkę wymagającą męskich umiejętności zawiązywania, więc nadarza się okazja, aby przykląkł i razem ze mną kombinował, co z nią zrobić.
Skwapliwie padł na kolana i zabrał się do sznurowania. Z taką miną, jakby od zawiązania buta zależało moje życie. Próbowałam mu wytłumaczyć, że to tylko żart i zapytałam, czy zawsze z taką powagą traktuje każdą kobiecą prośbę. Zmieszał się jeszcze bardziej i... naprawdę!... zarumienił! Jąkając się, wyjaśnił, że jako informatyk programista, w dodatku systemowy, uważa, że my, kobiety też jesteśmy systemem. W dodatku nadzorującym. W każdym razie jego mama i siostry na pewno. Więc gdy system szwankuje, trzeba go uruchomić. Dodał, że w moim przypadku usterka jest banalnie prosta i zakończył wywód piękną kokardką ze sznurówki.
Potem, zawsze, gdy spotykaliśmy się na ścieżce, miałam wrażenie, że przystojny brunet w zbyt luźnym dresie zajmuje się mniej bieganiem aniżeli "testowaniem oprogramowania", że tak ujmę jego zainteresowanie moją osobą.
- Ależ skąd! - zaprzeczył z charakterystyczną zadyszką, gdy mu o tym napomknęłam. - Oprogramowania testuje się po to, by w miarę szybko wykryć błędy. A ty... ty nie masz żadnych wad! - zająknął się swoim zwyczajem i znowu wyglądał jak strapiony licealista.
Początkowo nawet Joanna niczego nie podejrzewała. Dziwiła się tylko, że poświęcam joggingowi więcej czasu niż konspektom lekcji z polskiego.
- Rozminęłaś się z powołaniem - mawiała na widok stosu zapoconych koszulek. - Twoją specjalnością powinno być życie fizyczne, nie intelektualne - mądrzyła się znad jakiejś filozoficznej książki, którą postanowiła zrozumieć. - Zaczynam się za ciebie wstydzić - sarkała, wrzucając moje zdezelowane trampki do pralki.
A ja śmiałam się radośnie, liczyłam rosnące w moim brzuchu motyle i byłam zdumiona, że można być tak szczęśliwą. Szaloną i dobrą dla całego świata. A zwłaszcza dla niej. Dla Joanny. Bo to był czas, gdy bez słowa pretensji zmywałam za nią stosy garów, robiłam zakupy i cierpliwie śpieszyłam z pomocą, gdy wpadała w kolejne jaskinie swych wielkich tęsknot i małych samotności. Jedno uczucie dawało mi siłę, aby budować to drugie, siostrzane. Jedna miłość budziła tę drugą, trudniejszą...
Jaka byłam głupia, myśląc, że tak wygląda prawdziwe życie... Prawdziwe jest przecież wtedy, gdy Joanna spokojnie śpi, ja nie odbieram telefonów Krzysia, sprawdzam klasówki do północy, a potem siadam przed lustrem, które mnie nie lubi, i patrząc sobie w oczy, nucę Marię Peszek:
Marznę bez ciebie
Zamarzam, powoli się kulę...
Jak gejsza bez kimona
Yoko Ono bez Lennona
Jak Tokio pod śniegiem
Marznę bez ciebie...