Samotni.pl - Barbara Kosmowska

-
Proszę czekać

Pa­mięt­nik Zosi

Wciąż jesz­cze mam w gło­wie wczo­raj­szą awan­tu­rę z Jo­an­ną, a już mu­szę my­śleć o ju­trze, o Wik­to­rze i na­szym spo­tka­niu z dy­rek­to­rem. Po­win­nam być wście­kła. I na Jo­an­nę, że taka z niej cza­sa­mi ego­ist­ka. I na Wik­to­ra, bo zno­wu zro­bił wszyst­ko, abym jak po­ko­jo­wy pie­sek że­bra­ła u ma­gi­stra Ku­sty o wzglę­dy, ma­cha­jąc nie­ist­nie­ją­cym ogon­kiem. Już się wi­dzę w tej roli! Ta­niec na dwóch łap­kach, przy­mil­ne ocie­ra­nie się sło­wa­mi o dy­rek­tor­ski gniew. A po­tem ża­ło­sne cze­ka­nie na fi­nał: da nam ko­lej­ną szan­sę czy, znu­dzo­ny dłu­gą ad­o­ra­cją, rzu­ci ja­kąś kość swej dy­rek­tor­skiej nie­zgo­dy na ciąg dal­szy. Mnie po­śle na lek­cje, a Mil­no­wi­cza do dia­bła, choć prze­cież obo­je od daw­na wła­śnie tak spę­dza­my swój czas. Ja na lek­cjach, a Mil­no­wicz u dia­bła...

Szko­da, że nie cho­dzę do wróż­ki, nie sta­wiam ta­ro­ta. Nie za­glą­dam na­wet na in­ter­ne­to­wą stro­nę z ho­ro­sko­pa­mi. Może ta odro­bi­na ir­ra­cjo­nal­nej wia­ry roz­wią­za­ła­by moje kło­po­ty? Za­pew­ne ist­nie­je ja­kaś szkla­na kula, w któ­rej już daw­no prze­są­dzo­no, co się sta­nie z Wik­to­rem. Wy­star­czy­ło­by nią po­trzą­snąć, żeby te jego krzy­we ścież­ki splą­ta­ły się jesz­cze bar­dziej. A po­tem taką kulę wy­peł­nio­ną bez­na­dziej­nym ży­cio­ry­sem moż­na już bez żalu odło­żyć na za­ku­rzo­ną pół­kę z na­pi­sem: "Przy­pad­ki bez­na­dziej­ne".

Skąd tak do­brze wiem o ist­nie­niu przy­pad­ków bez­na­dziej­nych? Już wi­dzę zdu­mie­nie i prze­ra­że­nie na twa­rzach uczniów, gdy­by ja­kimś cu­dem zo­ba­czy­li moją oso­bi­stą kulę. Tę sprzed wie­lu lat, gdy wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że do­łą­czę do gro­na do­ro­słych nie­udacz­ni­ków, sa­mot­ni­ków i ko­biet z tak zwa­ną prze­szło­ścią.

A Jo­an­na? Wczo­raj wie­czo­rem tyl­ko na­po­mknę­łam, że to jej ty­dzień na my­cie ga­rów. Wy­star­czy­ło, by na­zwać mnie na­dę­tym szkol­nym re­gu­la­mi­nem z wbu­do­wa­ną funk­cją bu­dzi­ka i dzwon­ka na lek­cje. Usły­sza­łam też, że nic mi do niej, bo żad­na ze mnie mat­ka...

Ja­sne!!! Uro­dzi­łam się nud­ną, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ną pa­nią od pol­skie­go. Mam po­rzą­dek w szu­fla­dach i za­wsze wiem, co po­wie­dzieć. Re­gu­lar­nie upra­wiam jog­ging i nie kła­dę się spać w ma­ki­ja­żu. A ten bez­mier­ny smu­tek swo­jej eg­zy­sten­cji ukry­wam, si­ląc się na pseu­do­luz: nucę moc­ne ka­wał­ki "Ma­rii Awa­rii", ob­że­ram się piz­zą w łóż­ku i cza­sa­mi zda­rza mi się prze­kląć, ale chy­ba nie­zbyt for­tun­nie, bo Jo­an­na pa­trzy na mnie w ta­kich wy­pad­kach z nie­ukry­wa­nym po­li­to­wa­niem. Uwa­ża naj­wi­docz­niej, że chcę w ten spo­sób osią­gnąć ja­kiś ko­lej­ny dy­dak­tycz­ny cel. Na przy­kład uda­wać jej przy­ja­ciół­kę. Oto, jak mnie oce­nia młod­sza sio­stra, na­wet nie bę­dąc na­uczy­ciel­ką...

Tym­cza­sem z nas dwóch, to ja je­stem po przej­ściach i bu­do­wa­nie no­we­go ży­cia kosz­to­wa­ło mnie kro­cie. Nie chcę wra­cać do za­mierz­chłych cza­sów za­kom­plek­sio­nej Zosi. Cór­ki al­ko­ho­li­ka, dziew­czy­ny, któ­rą się zo­sta­wia­ło sa­mej so­bie, wa­ga­ro­wicz­ki z cza­sów ogól­nia­ka ucie­ka­ją­cej przed każ­dym nie­szczę­ściem do ze­szy­tu w krat­kę. Ile to już lat tak ucie­kam? Któ­ry to już ze­szyt w krat­kę?... Na­sza wspól­na mat­ka wy­bra­ła dla mnie złe­go ojca, po śmier­ci któ­re­go nie umia­łam pła­kać. Na szczę­ście w przy­pad­ku Jo­an­ny za­dba­ła nie­mal o ide­ał. Za­le­d­wie od­zy­ska­łam wia­rę w oj­ców, ide­ał od­szedł, a mat­ce też jak­by ode­chcia­ło się żyć... Pod­czas jej cho­ro­by mia­łam wra­że­nie, że wca­le nie wal­czy o to, żeby z nami zo­stać. Czy mam o to do niej żal? Nie wiem, ale tego nie robi się cór­kom, bo gdy na­zbyt szyb­ko zo­sta­ją same, spa­da na nie do­ro­słość zgorzk­nia­łych ko­biet, przed któ­rą tak trud­no uciec...

Krze­sło dla chu­li­ga­na

Wczo­raj, pierw­sze­go dnia zi­mo­wych fe­rii, w po­nu­rym ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra Zoś­ka wy­gło­si­ła re­fe­rat na te­mat: "Świe­tla­na przy­szłość ucznia Wik­to­ra M.".

W cza­sie gdy trwał jej pło­mien­ny mo­no­log, uczeń Wik­tor M. sie­dział pod dy­rek­tor­ski­mi drzwia­mi, ża­łu­jąc, że skó­ro­po­dob­ne obi­cie wy­tłu­mia ha­łas tyl­ko jed­no­stron­nie. Praw­do­po­dob­nie szkol­ny rwe­tes nie miał do­stę­pu do za­cnych uszu ma­gi­stra Ku­sty. Za to każ­dy de­li­kwent, cze­ka­ją­cy na wy­rok w swej spra­wie, mógł bez więk­szych trud­no­ści ło­wić dźwię­ki roz­mo­wy od­by­wa­ją­cej się za ścia­ną.

Wik­tor ża­ło­wał, że nie wziął mp3. Naj­chęt­niej za­głu­szył­by mu­zy­ką po­je­dyn­cze sło­wa i ułam­ki zdań prze­ni­ka­ją­ce przez wy­dmusz­ko­wą ta­pi­cer­kę. Nie był cie­kaw ani opi­nii Zoś­ki na swój te­mat, ani sar­ka­stycz­ne­go ko­men­ta­rza dyra.

"Krze­sło dla chu­li­ga­na", jak na­zy­wa­ła je se­kre­tar­ka, mia­ło tę wadę, że skrzy­pia­ło przy każ­dym ru­chu. - Nie sie­dzę na nim pierw­szy - uznał bez sa­tys­fak­cji.

Ścia­nę znów po­ko­ny­wał moc­ny głos Zosi: "Zdol­ny...", "duże moż­li­wo­ści...", "kon­cep­cyj­nie my­śli...", "jesz­cze nas za­dzi­wi"...

Pew­nie za­dzi­wię - od­po­wie­dział w my­ślach Zo­ś­ce - i to nie­jed­nym. Tyle że in­a­czej niż to so­bie wy­obra­ża ta miła, ale na­wie­dzo­na na­uczy­ciel­ka.

Za­mknął oczy. Po dru­giej stro­nie Zoś­ka pew­nie co chwi­lę pod­ry­wa się z fo­te­la i, jak to ona, bez prze­rwy ge­sty­ku­lu­je. Trze­ba mieć po­dziel­ną uwa­gę, żeby po­łą­czyć w ca­łość jej sło­wa i ge­sty. Na pol­skim nie miał z tym pro­ble­mu. To zna­czy wte­dy, gdy jesz­cze re­gu­lar­nie cho­dził do szko­ły...

No nie! To już prze­sa­da! - Wik­tor za­śmiał się w du­chu, sły­sząc na­wij­kę o skrzy­dłach Ika­ra. - To prze­cież było w pierw­szej kla­sie!

Pa­mię­ta, jak je ro­bił. Te skrzy­dła... Taki pro­to­typ, żeby każ­dy mógł przy­mie­rzyć i po­czuć się pta­kiem. Na­wet faj­ne mu wy­szły, zwłasz­cza na­stro­szo­ne, bia­łe pió­ra. Aż chcia­ło się je gła­skać i ma­chać nimi, co było moż­li­we dzię­ki spe­cjal­nie za­in­sta­lo­wa­nej lin­ce...

A Zoś­ka da­lej swo­je. Z po­je­dyn­czych zdań wy­ni­ka, że te­raz na ta­pe­cie jest kon­kurs szkol­nych wy­pra­co­wań. - O rany! Wstyd o tym wspo­mi­nać! O ja­kimś głu­pim, kla­so­wym kon­kur­sie! Zdo­był tyl­ko wy­róż­nie­nie... Sama mu je przy­zna­ła, więc się nie li­czy. Poza tym pi­sał o sa­mot­no­ści. Aku­rat w tej dzie­dzi­nie jest od daw­na eks­per­tem i mógł­by da­wać wy­wia­dy do ga­zet. Co tam wy­wia­dy! Film mógł­by na­krę­cić! Z sobą w roli głów­nej i je­dy­nej.

Wciąż sły­chać tyl­ko Zoś­kę. Tak się na­krę­ci­ła, że ta au­dien­cja po­trwa chy­ba do wio­sny - spe­ku­lu­je Wik­tor, sta­ra­jąc się sie­dzieć bez ru­chu. Skrzy­pie­nie krze­sła strasz­nie go iry­tu­je. - Dyro pew­nie przy­snął - uśmie­cha się do swo­jej wi­zji po­chra­pu­ją­ce­go nad pa­pie­rzy­ska­mi ma­gi­stra Ku­sty.

Jed­nak nie. Ba­ry­ton dy­rek­to­ra po­now­nie prze­bi­ja się przez wy­głu­szo­ne drzwi. To głos bu­dzą­cy lęk na­wet wśród tych, któ­rym na ni­czym nie za­le­ży. Oho! Te­raz wy­po­mi­na Zo­ś­ce, że mia­łem już swo­ją szan­sę. Może i mia­łem. Za­le­ży, jak to ro­zu­mieć... - Wik­tor przy­my­ka oczy. - Mo­głem co­dzien­nie drep­tać do szko­ły i zbie­rać czwór­ki. Ale ży­cie, pro­szę pana, nie skła­da się z do­brych stop­ni - chciał­by po­wie­dzieć dy­rek­to­ro­wi. I nie tyl­ko jemu. Naj­chęt­niej po­dzie­lił­by się tą re­flek­sją z mat­ką. Ma jej znacz­nie wię­cej do po­wie­dze­nia, tyl­ko co z tego?

Zo­sia zno­wu w na­tar­ciu: "Ma­tu­ra do­pie­ro za rok...", "po­ra­dzi so­bie...", "będę jak Cer­ber"...

Cer­ber? - Wik­tor grze­bie w pa­mię­ci. - To zno­wu mity... I jaki tam z Zoś­ki trzy­gło­wy pies! Tyl­ko to jej skam­la­nie jest ta­kie tro­chę... psie...

Po­my­ślał, że nie po­win­na się upo­ka­rzać. Ani dla nie­go, ani dla in­nych. Bo po co? Kto ją pro­sił? Poza tym on, Wik­tor, ni­cze­go jej nie obie­cy­wał. Nie mógł­by... Do­brze, że dy­rek­tor pró­bu­je swo­im ba­ry­to­nem to i owo Zo­ś­ce uświa­do­mić. Od­mie­nia jego na­zwi­sko przez wszyst­kie przy­pad­ki... I jest to chy­ba dość ostra od­mia­na. Ale czy przez wszyst­kie? - Wik­tor zno­wu kpią­co się uśmie­cha. - Są ta­kie przy­pad­ki w ży­ciu, że na­wet dyro ich nie zna... Na­uczył się tyl­ko pod­sta­wo­wych: "Z Mil­no­wi­czem trze­ba krót­ko...", "nie wie­rzę Mil­no­wi­czo­wi...", "nikt Mil­no­wi­cza już nie zmie­ni"...

Tym­cza­sem on, Mil­no­wicz, któ­re­mu gro­zi wy­da­le­nie ze szko­ły za brak obec­no­ści, brak ocen, brak uspra­wie­dli­wień oraz ty­siąc in­nych bra­ków, wca­le nie chce uda­wać ko­goś, o kim mówi Zoś­ka, a kto już daw­no nie ist­nie­je. On, "tę­pak", "du­reń", "fra­jer", "nie­wdzięcz­ny ga­moń", ma dość tych wszyst­kich ksy­wek, któ­re zbie­ra, ile­kroć wpa­da na ja­kąś lek­cję. Ma tak­że dość ca­łej swo­jej że­nu­ją­cej kla­sy: uli­za­nych la­luś, grzecz­nych sy­nal­ków, kry­ją­cych się po ką­tach wa­ze­li­no­wych cwa­niacz­ków, a przy oka­zji - nędz­ne­go współ­czu­cia Zoś­ki i li­to­ści­wych spoj­rzeń pod ad­re­sem ca­łe­go jego ma­jąt­ku: sta­rych dżin­sów i swe­tra, któ­ry do­stał od mat­ki przed jej wy­jaz­dem.

 

Mat­ka przy­nio­sła go do domu z dumą i wy­wró­ci­ła na lewą stro­nę.

- Zo­bacz, Wik­tor! Made in En­gland! To do­brze wró­ży! Ku­pi­łam oka­zyj­nie, ale ory­gi­nal­ny! Praw­dzi­wy jak mój bi­let do An­glii! Wło­żysz go, gdy bę­dziesz do mnie le­ciał, sy­nuś! Obie­caj, że wło­żysz! - pro­mie­nia­ła, a on uśmie­chał się i za­sta­na­wiał, czy lubi la­tać...

 

Za drzwia­mi uci­chło. Wy­obra­ził so­bie Zo­się, któ­ra po sto­czo­nej wal­ce za­sty­gła w bez­ru­chu. Już się nie uśmie­cha. A szko­da, bo Wik­tor lubi jej uśmiech. Na­wet w trak­cie po­waż­nych lek­cji po­tra­fi­ła na­gle, bez po­wo­du, par­sk­nąć jak mała dziew­czyn­ka. Kie­dyś mu­sia­ła być chi­chot­ką. I to cał­kiem ład­ną chi­chot­ką - po­my­ślał, tro­chę za­że­no­wa­ny ko­lej­nym prze­ja­wem sym­pa­tii do wła­snej na­uczy­ciel­ki. Pró­bo­wał za­tu­szo­wać tę ob­cia­cho­wą sła­bość ja­kąś zło­śli­wą my­ślą o Zo­ś­ce, ale żad­na nie przy­szła mu do gło­wy. Zresz­tą Zoś­ka musi te­raz wy­glą­dać przy­gnę­bia­ją­co. Jak spra­co­wa­ny wia­trak, któ­ry po­ma­chał skrzy­deł­ka­mi ra­mion i za­stygł w bez­ru­chu, gdy wresz­cie zwąt­pił w ist­nie­nie wia­tru.

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­gło­śnie. Zo­sia za­le­d­wie mu­snę­ła go wzro­kiem. - Ju­tro po­dej­mą de­cy­zję. O dwu­na­stej - po­wie­dzia­ła. Gdy­by miał li­te­rac­ko okre­ślić ton jej gło­su, na­zwał­by go ele­gią lub tre­nem. W każ­dym ra­zie czymś dra­ma­tycz­nie płacz­li­wym. Krze­sło pod Wik­to­rem też za­ję­cza­ło głu­chą skar­gą. Ucie­szył się, że może już iść.

 

A dzi­siaj, po dwu­na­stej, pa­trzy na nią zdu­mio­ny, że w cią­gu doby moż­na tak po­sza­rzeć.

- Niech się pani nie przej­mu­je - ode­zwał się pierw­szy. - Wca­le mi nie za­le­ża­ło...

- Nie mów bzdur! - Pod­nio­sła na nie­go zmę­czo­ne oczy. - Poza tym dy­rek­tor wy­ra­ził zgo­dę na jesz­cze jed­ną pró­bę. Zo­sta­jesz.

- I co? Cie­szy się pani? - za­py­tał tro­chę kpią­co, kie­ru­jąc wzrok na por­tret na­tchnio­ne­go Mic­kie­wi­cza.

- A ty? - po­wę­dro­wa­ła za jego spoj­rze­niem.

- Już mó­wi­łem.

Uciekł wzro­kiem za brud­ne szy­by w oknie, jak­by tam spo­dzie­wał się su­fle­ra.

- Nie chce mi się tego wszyst­kie­go wy­ja­śniać. Mogę spró­bo­wać, je­śli pani za­le­ży - do­dał już mniej pew­nie, wy­raź­nie prze­stra­szo­ny tą obiet­ni­cą.

Mil­cza­ła, wy­gła­dza­jąc lśnią­cą okład­kę dzien­ni­ka.

- Za­czy­na­my nowy se­mestr. Przy­go­to­wa­łam ci two­ją li­stę lek­tur.

Spoj­rzał na sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ne li­te­ry. Nikt już nie pi­sze wiecz­nym pió­rem, a ona wciąż go uży­wa. Tak jak ja - po­my­ślał, skła­da­jąc ar­kusz na pół.

- Wy­pi­sa­łam przed­mio­ty, któ­re mu­sisz za­li­czyć. Skon­tak­tuj się z na­uczy­cie­la­mi i ustal z nimi ter­mi­ny. Spo­tka­my się po fe­riach i po­sta­no­wi­my, co da­lej...

- To już pój­dę - wci­snął non­sza­lanc­ko li­stę do kie­sze­ni dżin­sów.

- To już idź - zdo­by­ła się na ni­kły uśmiech.

Przez mo­ment chciał po­wie­dzieć ja­kieś "dzię­ku­ję" albo co­kol­wiek w tym gu­ście, ale tyl­ko przez mo­ment. Gdy sta­nął na szkol­nych scho­dach, pro­wa­dzą­cych do szat­ni, ucie­szył się, że nie uległ bab­skim sen­ty­men­tom.

- Nikt ci nie obie­cy­wał, że bę­dzie ła­two - mruk­nął pod ad­re­sem Zoś­ki i zgrab­nie po­ko­nał ka­ska­dę la­stry­ko­wych stop­ni.

 

Cze­ka­li na nie­go za bra­mą. Guma, Ra­do­sny i osten­ta­cyj­nie ćmią­cy ja­kie­goś peta Wa­lec. Za­nim do nich pod­szedł, po­czuł lek­kie za­że­no­wa­nie. Moi kum­ple - po­my­ślał. - Na śmierć i ży­cie, choć ra­czej na śmierć...

- Da­waj, da­waj, ma­gi­ster! - za­chry­piał Guma i trzy pary oczu za­trzy­ma­ły się na an­giel­skim swe­trze.

- Do­bre wie­ści? Wy­le­cia­łeś? - Ra­do­sny pierw­szy przy­jaź­nie stuk­nął go w ple­cy. Za­bo­la­ło.

- Le­piej, że­byś już spa­ko­wał tor­ni­ster, bo spo­ro sprzę­tu na zby­ciu, no i trze­ba uwal­niać ludz­kość od nad­mia­ru szma­lu. Ro­bo­ta, bra­cie, cze­ka i sama do cie­bie nie przyj­dzie - Wa­lec przy­dep­tał pa­pie­ro­sa koń­cem buta, ale zro­bił to tak, jak­by znę­cał się nad nie­wi­dzial­ną dżdżow­ni­cą.

- Go­dzi­nę tu tkwi­my jak mu­chy w ku­pie! - Guma z tru­dem ode­rwał ple­cy od szkol­ne­go ogro­dze­nia. - Tyle cza­su, zio­ma­lu, to że­śmy w szko­le nie prze­sie­dzie­li wszy­scy ra­zem wzię­ci.

- Mów o so­bie! - za­strzegł Wa­lec. - Ja w jed­nej kla­sie prze­sie­dzia­łem trzy se­zo­ny. Się po­stu­dio­wa­ło! - do­koń­czył z dumą.

Wa­lec miaż­dżył każ­de­go, kto wcho­dził mu w dro­gę. A te­raz przy­glą­dał się spod opusz­czo­nych po­wiek Wik­to­ro­wi, nie­uf­ny i czuj­ny. Jak to szef...

- To co, pa­no­wie? Spa­da­my na bro­war? - Wik­tor zmu­sił się do uśmie­chu. Prze­ra­zi­ła go myśl, że w każ­dej chwi­li na wy­dep­ta­nej ścież­ce, pro­wa­dzą­cej do po­zasz­kol­nej wol­no­ści może po­ja­wić się Zoś­ka. Gdy­by go tu zo­ba­czy­ła, osa­czo­ne­go przez zwa­li­ste­go Wal­ca i dre­siar­skie­go Gumę... Gdy­by usły­sza­ła ża­ło­sne po­gwiz­dy­wa­nie Ra­do­sne­go, re­agu­ją­ce­go na każ­dą spód­ni­cę w ten sam wul­gar­ny spo­sób, do­wie­dzia­ła­by się o nim zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż­by tego chciał.

Śpiesz­nie wsiadł do za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal sta­re­go mer­ce­de­sa, któ­re­go me­try­ka świad­czy­ła o jed­nym: że Wa­lec za­czął kraść już jako ose­sek, a może na­wet w ło­nie mat­ki. Te­raz był ro­słym dwu­dzie­sto­let­nim zło­dzie­jem po­zu­ją­cym na twar­dzie­la, ale ota­czał się wy­łącz­nie dzie­cia­ka­mi: pięt­na­sto­let­nim Gumą, wy­ro­śnię­tym nad wiek, nie­roz­gar­nię­tym Ra­do­snym, no i jest jesz­cze on... Ko­lej­ne nie­peł­no­let­nie ogni­wo dziw­nej ma­chi­ny, któ­ra przy­no­sząc do­raź­ne zy­ski, co­raz bar­dziej wtła­cza­ła Wik­to­ra w stan pa­skud­ne­go za­wsty­dze­nia. Naj­gor­sze było to, że choć pro­wa­dzał się z chło­pa­ka­mi tu i tam, tak na­praw­dę nic go z nimi nie łą­czy­ło. No, może jed­no... Sta­rzy Ra­do­sne­go już pią­ty rok ob­słu­gi­wa­li szkoc­ki zmy­wak, a sam Ra­do­sny miesz­kał z ciot­ką, któ­rej zbyt czę­sto chy­ba nie wi­dy­wał. Guma o swo­ich sta­rych w ogó­le nic nie mó­wił. Miesz­kał wpraw­dzie z mat­ką, ale mat­ka wy­na­la­zła mu ja­kie­goś po­two­ra na ojca za­stęp­cze­go. W ty­dzień po tym, jak ten pierw­szy z jego oj­ców wy­je­chał na sak­sy. Po­noć oj­ciec Gumy bły­ska­wicz­nie wy­cza­ił spra­wę i wziął ostry re­wanż. Dla­te­go te­raz Guma ma za­miast daw­ne­go taty ja­kieś przy­rod­nie ro­dzeń­stwo na ho­len­der­skiej gra­ni­cy. I choć Gu­mie roz­cią­gnę­ła się ro­dzi­na jak to guma ma w zwy­cza­ju, po­żyt­ku z tego nie było. - Cza­sa­mi do­brze jest mieć tyl­ko mat­kę - uznał Wik­tor ze smut­ną sa­tys­fak­cją - o po­ło­wę pro­ble­mów mniej...

Mer­ce­des ru­szył z pi­skiem opon, a Wik­tor w ułam­ku se­kun­dy do­strzegł w bocz­nej szy­bie szczu­płą syl­wet­kę Zoś­ki, la­wi­ru­ją­cej mię­dzy ka­łu­ża­mi roz­mo­kłe­go śnie­gu. Wal­czy­ła z bło­tem, tasz­cząc tor­bę z ja­kąś ma­ku­la­tu­rą.

A może to ktoś inny? - po­my­ślał bez prze­ko­na­nia. Przy­mknął oczy. Wy­obra­ził so­bie, jak uwal­nia Zoś­kę od cię­ża­ru uczniow­skich ze­szy­tów. Ta chwi­la na­peł­ni­ła go dziw­ną tkli­wo­ścią. Na tyle miłą, że po­krę­cił prze­czą­co gło­wą, gdy Guma spon­sor­skim ge­stem pod­su­nął mu pod nos pacz­kę ta­nich pa­pie­ro­sów.

 

Wró­cił do domu przed dwu­dzie­stą dru­gą. Wpraw­dzie wy­krę­cił się od noc­nej im­pre­zy drob­nym kłam­stwem o wczo­raj­szym przedaw­ko­wa­niu, ale od kar­to­nów z kra­dzio­ny­mi ko­sme­ty­ka­mi uwol­nić się nie mógł. Cze­ka­ły w rogu ob­skur­ne­go po­ko­ju Wal­ca na jego han­dlo­wy spryt i za­rad­ność. Te­raz siat­ki wy­peł­nio­ne tref­nym to­wa­rem upy­chał w skrzy­ni na po­ściel od daw­na słu­żą­cej mu za scho­wek. Spoj­rzał na dwa apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne, zbyt dro­gie, by szyb­ko zna­leźć dla nich no­we­go wła­ści­cie­la. In­ter­ne­to­we au­kcje od­pa­da­ją, bo Wa­lec za­bra­nia ta­kich trans­ak­cji, w lom­bar­dach też nie­bez­piecz­nie... Po­zo­sta­je han­del ob­woź­ny. To obrzy­dli­we krą­że­nie i na­ma­wia­nie. Pod­ty­ka­nie, za­chwa­la­nie i strach... Gło­śno opu­ścił ma­te­rac wy­tar­tej wer­sal­ki, aż ode­zwa­ła się me­ta­licz­ną skar­gą.

- Wik­tor­ku, to ty?

Za­wsze go tak wi­ta­ła. Lek­ko schryp­nię­tym, sła­bym gło­sem, któ­ry prze­bi­jał się przez ścia­ny z co­raz więk­szym tru­dem.

- Chwi­la, bab­ciu! - rzu­cił w stro­nę odra­pa­nej ścia­ny. Ukrył twarz w dło­niach i w ulu­bio­ny spo­sób za­ko­ły­sał ca­łym cia­łem. Szyb­ko się­gnął po fir­mo­wą kurt­kę, któ­ra pa­mię­ta­ła cza­sy jego krót­kiej pra­cy na sta­cji ben­zy­no­wej. Po­śpiesz­nie na­rzu­cił ją na ra­mio­na i sta­nął w pro­gu du­że­go, na­zbyt ciem­ne­go po­ko­ju.

- Co­raz póź­niej wra­casz z tego CPN-u - po­skar­ży­ła się ci­cho. Tro­chę z oba­wą, że tą pre­ten­sją zde­ner­wu­je wnu­ka. - Bo kie­dy się po­uczysz?

Pa­trzy­ły na nie­go ufne, cie­płe oczy osa­dzo­ne w po­marsz­czo­nej twa­rzy. Na de­li­kat­ny gest bab­ci­nej ręki pod­szedł bli­żej, a ona, jak co­dzien­nie, po­gła­ska­ła go drżą­cą dło­nią po po­licz­ku. Przy­su­nął do łóż­ka krze­sło.

- Ale do­brze pła­cą - przy­po­mniał, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć do sta­rusz­ki. - Jak już cię wy­le­czy­my, zre­zy­gnu­ję z tej ro­bo­ty. - Spoj­rzał na tac­kę wy­peł­nio­ną le­kar­stwa­mi. - Po­łknę­łaś wszyst­kie?

Kiw­nę­ła we­so­ło gło­wą.

- I tę nową? Na lep­sze krą­że­nie?

- Tę nową też. Pa­mię­ta­łam! - po­chwa­li­ła się dzie­cin­nie. - Już tak bym chcia­ła wstać, po­fru­wać po kuch­ni... I pie­roż­ków na­le­pić. I fa­wor­ki zro­bić. Tak je lu­bisz, te moje fa­wor­ki...

- Nie­dłu­go na­le­pisz.

Czuł się przy niej sil­ny i mą­dry. Prze­trzą­snął kie­sze­nie dżin­sów i wy­jął zmię­tą pacz­kę owo­co­wych cu­kier­ków. Ta­nich i lep­kich, ale te lu­bi­ła naj­bar­dziej.

- Włą­czyć ci ra­dio?

Nie usły­sza­ła, za­ję­ta otwie­ra­niem to­reb­ki. Od­niósł wra­że­nie, że jest szczę­śli­wa. Ze zdzi­wie­niem po­my­ślał o zba­wien­nym wpły­wie kil­ku lan­dry­nek, któ­re mu­sia­ły mieć w so­bie ja­kąś ma­gicz­ną sło­dycz w gorz­kim ży­ciu scho­ro­wa­nej sta­rusz­ki. Nie za­py­tał o te­le­fon od mat­ki, choć ro­bił to nie­zmien­nie od trzech lat.

Dziś nie - zde­cy­do­wał, wi­dząc ją roz­pro­mie­nio­ną i spo­koj­ną przed ko­lej­ną bez­sen­ną nocą. Zresz­tą, po co py­tać? Prze­cież wia­do­mo, że nie dzwo­ni­ła. Dla­cze­go mia­ła­by to zro­bić wła­śnie dzi­siaj? W taki zwy­czaj­ny, po­nu­ry wie­czór, któ­ry wia­trem wy­czy­ścił uli­ce na­wet z osie­dlo­wych psów?

Szyb­ko za­pa­rzył her­ba­tę w bab­ci ulu­bio­nym, po­szczer­bio­nym kub­ku. Po­sta­wił na sto­li­ku za­mie­nio­nym w ap­tecz­ną ladę. Gdy za­cią­gał za­sło­ny, do­ma­ga­ją­ce się już pra­nia, pa­trzy­ła na jego zgrab­ne ru­chy.

Zła­pał ją na tym czu­łym spoj­rze­niu.

- Do­bra­noc - uśmiech­nął się z tru­dem.

- Do­bra­noc, ko­cha­nie - od­po­wie­dzia­ła. - Dzi­siaj nikt nie dzwo­nił - do­da­ła, gdy za­my­kał już drzwi.

 

Po­kój Wik­to­ra, poza wer­sal­ką peł­nią­cą rolę skryt­ki, zaj­mo­wa­ły trzy me­ble: mo­de­lar­ski dłu­gi stół, krze­sło i kan­cia­sta szaf­ka na ciu­chy, któ­rej rów­nie do­brze mo­gło­by nie być. Dwie pary dżin­sów i kil­ka T-shir­tów bez­ład­nie zwi­sa­ły z po­rę­czy krze­sła. I je­śli ich tam nie było, to znaj­do­wa­ły się albo w pral­ce, albo na Wik­to­rze. Jesz­cze nie­daw­no, gdy bab­cia z we­rwą po­ru­sza­ła się po miesz­ka­niu, za­czy­na­ła do­mo­we po­rząd­ki od lo­ko­wa­nia tego skrom­ne­go do­byt­ku w sza­fie. I choć z wiel­ką sta­ran­no­ścią wie­sza­ła i ukła­da­ła rze­czy na miej­sce, wy­cie­ra­ła ku­rze, trze­pa­ła nie­wiel­ki dy­wa­nik, od­no­si­ła wra­że­nie, że ta część miesz­ka­nia bar­dziej przy­po­mi­na lot­ni­sko niż za­dba­ny, chło­pię­cy kąt. Gdy do­cie­ra­ła do sto­łu, na któ­rym dum­nie prę­ży­ły skrzy­dła róż­nej wiel­ko­ści sa­mo­lo­ty, szmat­ka w jej dło­ni nie­ru­cho­mia­ła. Bab­cia sia­da­ła na krze­śle i z po­dzi­wem przy­glą­da­ła się mi­ster­nej ko­lek­cji wnu­ka. Pla­sti­ko­we i drew­nia­ne mo­de­le, od­po­wie­dzial­ne za wiecz­ny ba­ła­gan w po­ko­ju, wy­da­wa­ły jej się pięk­ne w swej nie­ru­cho­mej do­stoj­no­ści. Wy­glą­da­ły jak praw­dzi­we od­rzu­tow­ce, któ­re spły­nę­ły tu, na stół, z nie­ba ja­kie­goś mi­nia­tu­ro­we­go pań­stew­ka. Nie­raz wi­dzia­ła zgar­bio­ne ple­cy Wik­to­ra, cier­pli­wie po­chy­lo­ne nad ko­lej­nym mo­de­lem. Był tak za­ję­ty kle­je­niem i łą­cze­niem ma­leń­kich czą­stek, że nie sły­szał, gdy sta­wa­ła za nim, wpa­tru­jąc się w żmud­ny pro­ces na­ro­dzin no­wej ma­szy­ny.

Kie­dyś go za­py­ta­ła, skąd ta mi­łość do sa­mo­lo­tów. Wzru­szył ra­mio­na­mi, nie prze­ry­wa­jąc pra­cy. Pa­tycz­kiem cień­szym od za­pał­ki na­no­sił klej na ka­bi­nę pi­lo­ta.

- Tak się tyl­ko ba­wię - od­po­wie­dział wte­dy.

Skła­mał. To był prze­cież czas wiel­kiej wia­ry w sa­mo­lo­ty, a zwłasz­cza w ten je­den, któ­rym miał wy­star­to­wać pro­sto do an­giel­skie­go miesz­ka­nia mat­ki. Tego jej pierw­sze­go lo­kum, z praw­dzi­wym ko­min­kiem, z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na ru­chli­wą uli­cę. Całą w neo­nach, jak­by na­wet la­tem trwa­ły tam świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. A je­den z neo­nów, czer­wo­no-zie­lo­ny, przez całą noc pło­nął ko­lo­ro­wą po­świa­tą w po­ko­ju prze­zna­czo­nym dla Wik­to­ra. Nie wia­do­mo, czy rze­czy­wi­ście ten neon z po­świa­tą ist­niał na­praw­dę, ale czy to waż­ne? Faj­nie by­ło­by spać pod bia­łą po­ście­lą w czer­wo­no-zie­lo­ne smu­gi...

Włą­czył noc­ną lamp­kę. Jej mdłe świa­tło wy­do­by­ło po­ko­jo­wy roz­gar­diasz. - Do­brze, że bab­cia tu nie za­glą­da - uznał, zgar­nia­jąc z po­ście­li kil­ka mo­de­lar­skich ksią­żek. Szyb­ko zrzu­cił z sie­bie ubra­nie i nie­dba­le przy­krył się ko­cem. - żad­ne­go my­cia, roz­my­śla­nia i żad­nych pla­nów na ju­tro - po­sta­no­wił. Spod przy­mknię­tych po­wiek spoj­rzał na ulu­bio­ne­go bo­ein­ga. Na­pra­co­wał się przy nim so­lid­nie. Wy­po­sa­żył go na­wet w ste­ry, do­dał o je­den sil­nik wię­cej, aby jak naj­szyb­ciej do­trzeć na Wy­spy. Bo­eing oka­zał się ła­ska­wy dla swe­go kon­struk­to­ra. Bez po­mo­cy zdal­ne­go ste­ro­wa­nia za­to­czył po sto­le ho­no­ro­wą run­dę, mru­ga­jąc świa­teł­ka­mi.

- Ale jaz­da! - prze­ra­ził się Wik­tor. - Mu­szę być pa­skud­nie zmę­czo­ny! - Szyb­ko za­mknął oczy w oba­wie, że za chwi­lę sa­mo­lot wy­star­tu­je i na­stą­pi wiel­ka lot­ni­cza ka­ta­stro­fa.

 

Jo­an­na po dru­giej stro­nie lu­stra

Zo­fia Mio­dow­ska, wy­cho­waw­czy­ni pierw­szej li­ce­al­nej, po­lo­nist­ka i wiel­bi­ciel­ka pio­se­nek Ma­rii Pe­szek, sta­ra­ła się jak naj­do­kład­niej otrze­pać za­bło­co­ne ko­za­ki. Tor­ba z uczniow­ski­mi pra­ca­mi nie uła­twia­ła tego za­da­nia. Za­nim buty od­zy­ska­ły swój oliw­ko­wy ko­lor, pę­kła, a luź­ne kart­ki spły­nę­ły na ko­ry­tarz pa­pie­ro­wym dy­wa­nem.

- Zo­siu! Są fe­rie!

Głos pe­łen nie­za­do­wo­le­nia na­le­żał do wła­ści­ciel­ki ru­dych lo­ków i zie­lo­nych oczu, groź­nie wpa­trzo­nych w spraw­czy­nię ba­ła­ga­nu. Po chwi­li zza drzwi wy­ło­ni­ła się cała po­stać - zja­wi­sko­wo barw­na i groź­nie wy­ma­chu­ją­ca mo­pem.

- Cześć. Pa­dam z nóg - jęk­nę­ła Zo­sia, bez­rad­nie wy­pusz­cza­jąc z dło­ni pu­stą re­kla­mów­kę.

- A ja z wra­że­nia! Wła­śnie przed chwi­lą sprząt­nę­łam ko­ry­tarz, a ty go za­peł­niasz trze­ma kla­sa­mi!

- Dwie­ma - spro­sto­wa­ła Zo­sia, obej­mu­jąc sio­strę wol­nym ra­mie­niem. - Zo­bacz, co ku­pi­łam na obiad!

Zie­lo­ne oczy dały nura do pa­pie­ro­wej tor­by.

- Pe­sto? Mój ulu­bio­ny ma­ka­ron? Do­bra, jed­ną kla­sę ci wy­ba­czam, ale resz­cie po­wiedz "do zo­ba­cze­nia po fe­riach"!

Sie­dzia­ły w kuch­ni, spo­glą­da­jąc głod­nym wzro­kiem na le­ni­wie go­tu­ją­ce się spa­ghet­ti. Zo­sia lu­bi­ła te nie­licz­ne chwi­le wspól­ne­go ocze­ki­wa­nia na po­si­łek. Mia­ła tak nie­wie­le cza­su dla sio­stry.

Do­brze, że przy­najm­niej ja­da­my ra­zem w domu. W szkol­nej sto­łów­ce mi­ja­ły­by­śmy się z ta­ca­mi jak obce so­bie gło­do­mo­ry - my­śla­ła te­raz, przy­glą­da­jąc się z nie­do­wie­rza­niem Jo­an­nie. Zno­wu nie­przy­zwo­icie wy­ro­sła. Swe­te­rek sprzed kil­ku mie­się­cy bar­dziej przy­po­mi­nał kusą ka­mi­zel­kę niż ble­zer w ko­lo­ro­we pa­ski.

- Ty chy­ba ku­pu­jesz wzrost na Al­le­gro! - wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją. - Ele­ganc­kie pan­ny do­ra­sta­ją z umia­rem!

- Ciesz się, że żad­na ze mnie ele­gant­ka - Jo­an­na uśmiech­nę­ła się za­wa­diac­ko. - Kosz­to­wa­ła­bym cię for­tu­nę! A tak wy­star­czą nowe dżin­sy, ja­kaś ko­szu­la... Może też sza­lik? Naj­le­piej taki zie­lo­ny, z fio­le­to­wym ak­cen­tem... Sza­lik ci da­ru­ję! - do­da­ła szyb­ko, uprze­dza­jąc za­bój­cze spoj­rze­nie sio­stry, wal­czą­cej z ma­ka­ro­nem.

Zo­sia lubi pa­trzeć, jak Jo­an­na łap­czy­wie i z wil­czym ape­ty­tem ata­ku­je swój ta­lerz. Pod tym wzglę­dem po­zo­sta­ła tym sa­mym Asiul­kiem, któ­ry pół­to­ra roku temu wpra­wił ją w stan osłu­pie­nia.

Pa­mię­ta ten dzień. Ta sama sce­ne­ria i być może tak­że ma­ka­ron z pe­sto na obiad.

 

Czy mo­żesz, Asiul­ku, prze­stać tak mla­skać? - za­py­ta­ła ją wte­dy, prze­ra­żo­na za­nie­dba­nia­mi w ety­kie­cie młod­szej sio­stry. - Wkrót­ce prze­sta­niesz być dzie­ciu­chem...

- Wła­śnie prze­sta­łam - usły­sza­ła w od­po­wie­dzi. - Pa­mię­tasz? Po­wie­dzia­łaś, że po pierw­szej mie­siącz­ce już nig­dy mnie tak nie na­zwiesz.

Pa­trzy­ła wte­dy na młod­szą sio­strę, jak­by do­pie­ro przed chwi­lą zo­sta­ły so­bie przed­sta­wio­ne. Szu­ka­ła po­trzeb­nych słów, ja­kie­goś ge­stu, ale zni­kąd po­mo­cy. Na­prze­ciw niej sie­dział chu­der­lak twier­dzą­cy, że jest ko­bie­tą, i osten­ta­cyj­nie wy­wi­ja­ją­cy wi­del­cem.

- Mów mi po pro­stu Jo­an­no, a wszyst­ko bę­dzie okay - wi­de­lec za­stygł w bez­ru­chu.

Przy­tu­li­ła ją wte­dy z wiel­ką tkli­wo­ścią, za­sta­na­wia­jąc się, od jak daw­na jej ma­leń­ka sio­stra sama bo­ry­ka się z tą na­gle na­by­tą ko­bie­co­ścią.

A po­tem wy­ru­szy­ły na za­ku­py. Szu­ka­ły ostat­niej za­baw­ki i pierw­szych do­ro­słych maj­tek. - Ko­niecz­nie ró­żo­wych i z ko­ron­ką - za­żą­da­ła Jo­an­na. Jej wy­bór padł na plu­szo­we­go miś­ka, któ­ry do dziś peł­nił rolę po­wier­ni­ka i na­sen­nej ta­blet­ki. W dzia­le z bie­li­zną nie po­szło już tak gład­ko. Do­ro­słe majt­ki w mnie­ma­niu Jo­an­ny mu­sia­ły być chy­ba or­dy­nar­ne, bo wy­bra­ła wer­sję dość śmia­łą, z wie­czo­ro­wą ko­ron­ką i prze­zna­czo­ne bar­dziej do roz­bie­ra­nia niż ubie­ra­nia.

- Tyl­ko te - za­par­ła się wów­czas Jo­an­na, bu­dząc gro­zę wśród sprze­daw­czyń.

 

Dla­cze­go nie jesz? - W py­ta­niu Jo­an­ny cza­iła się go­to­wość na­tych­mia­sto­wej po­mo­cy sio­strze. - Je­śli wła­śnie te­raz prze­szłaś na tę swo­ją die­tę, wy­ba­wię cię z kło­po­tu. Osta­tecz­nie sio­stry mu­szą so­bie po­ma­gać - do­da­ła, ła­ko­mie śle­dząc nie­ru­cho­mą łyż­kę.

- Wy­pad z mo­je­go ta­le­rza! - groź­nie mruk­nę­ła Zo­sia. - Nie ma żad­nej die­ty, ale jest po­mysł... Co po­wiesz o ma­łym sza­leń­stwie z oka­zji pierw­sze­go dnia fe­rii? Gdy­by­śmy tak moje nad­go­dzi­ny za­mie­ni­ły na ten nie­szczę­sny sza­lik? - mru­gnę­ła zna­czą­co w stro­nę sio­stry.

- Sza­leń­stwo to moja spe­cjal­ność! - Ta­lerz bły­ska­wicz­nie wy­lą­do­wał w zle­wo­zmy­wa­ku, a chwi­lę póź­niej obec­ność Jo­an­ny pod wiel­ką woj­sko­wą kurt­ką zdra­dza­ły tyl­ko nie­sfor­ne rude loki. Resz­ta ukry­ła się w zie­lo­nych bo­jów­kach za­koń­czo­nych to­por­ny­mi bu­cio­ra­mi.

- Bra­ku­je ci tyl­ko gra­na­tu - wes­tchnę­ła Zo­sia, się­ga­jąc po swój zi­mo­wy płaszcz.

 

Wra­ca­ły, omi­ja­jąc sku­te cien­kim lo­dem ka­łu­że. Po­po­łu­dnio­wa sza­ru­ga nie psu­ła uro­ku wol­no mi­ja­ją­ce­go dnia. W sza­rym, pę­dzą­cym na oślep mie­ście Jo­an­na pro­mie­nia­ła szczę­ściem, wy­ma­chu­jąc tor­bą z no­wym swe­trem. Sza­lik we­so­ło trze­po­tał na wie­trze. Jak zwy­cię­ska fla­ga, we­tknię­ta w żoł­nier­ski mun­dur.

Ład­nie jej z tym ra­do­snym uśmie­chem - po­my­śla­ła Zo­sia.

Na mo­ment we­so­ła pa­pla­ni­na sio­stry zla­ła się z miej­ską mu­zy­ką klak­so­nów i ury­wa­nych chod­ni­ko­wych roz­mów. A jesz­cze tak nie­daw­no było in­a­czej. Zo­sia przy­my­ka oczy i po­wra­ca ob­raz sprzed dwóch lat. A na­wet cały al­bum bo­le­snych se­kwen­cji:

Bla­da twa­rzycz­ka Jo­asi nad pa­ję­czy­ną mat­czy­nych kro­pló­wek, Jo­asia bła­ga­ją­ca mat­kę drżą­cy­mi pod­ków­ka­mi o jed­no sło­wo, Jo­asi noc­ne kosz­ma­ry i bez­gło­śny płacz w usia­ną bie­dron­ka­mi po­dusz­kę, Jo­asia za­mknię­ta w ła­zien­ce na dzie­sięć mi­nut przed po­grze­bem. Ktoś się tam wła­mał, ktoś inny lek­ko ją po­pchnął ku wyj­ściu, jak szma­cia­ną lal­kę w stro­ju ga­lo­wym. A na koń­cu Jo­asia w ko­ście­le. Bia­ła bluz­ka, czar­na spód­nicz­ka. Kre­pa w ru­dych wło­sach. Za­ci­śnię­te war­gi, bia­łe piąst­ki moc­no wcze­pio­ne w ło­dy­gę ka­lii. Moż­na było tyl­ko bez­rad­nie pa­trzeć jak na skur­czo­nej bó­lem buzi doj­rze­wa pierw­sza sa­mot­ność jej sio­stry.

Zła­pa­ła z uśmie­chem dłoń Jo­an­ny.

- Gdy­by swe­trzy­sko oka­za­ło się za duże, chęt­nie je we­zmę na prze­cho­wa­nie - oznaj­mi­ła z ener­gią, kry­jąc na­głą falę wzru­sze­nia.

- Coś po­dob­ne­go! - Jo­an­na przy­sta­nę­ła z im­pe­tem. - To ja bio­rę pod opie­kę two­ją sa­ty­no­wą bluz­kę, tę z de­kol­tem po pupę!

- Moją stud­niów­ko­wą? - Zo­sia za­no­si­ła się od śmie­chu, nie ba­cząc na lu­dzi lek­ko skon­ster­no­wa­nych jej za­cho­wa­niem.

- Tę wła­śnie! Sko­ro u cie­bie w szko­le nie prze­szła cen­zu­ry, to może w mo­jej bę­dzie do­brze przy­ję­ta?

- Ra­czej wy­da­lo­na... Ra­zem z tobą!

- Wy­da­lo­na... wy­da­lo­na... - Jo­asia na­gle spo­waż­nia­ła. - Wła­śnie! Nie za­py­ta­łam o tego, jak mu tam... Wi­tol­da...

- Wik­to­ra?

- Mhm... Prze­ko­na­łaś dy­rek­cję czy od­lot?

- Prze­ko­na­łam, ale to po­czą­tek dro­gi.

- Zro­bi­łaś swo­je, te­raz jego ruch.

- Też tak my­ślę - spoj­rza­ła na sio­strę z apro­ba­tą. - Tyl­ko on nie jest ta­kim mą­dra­lą jak ty i może tego nie wie­dzieć...

 

Wie­czór prze­szedł w noc na pal­cach. Nie­po­strze­że­nie jak zło­dziej. Zo­sia do­łą­czy­ła ko­lej­ną spraw­dzo­ną pra­cę do sto­su już oce­nio­nych i ru­szy­ła do po­ko­ju sio­stry. O rany! - jęk­nę­ła - Nie­źle zaj­mu­ję się dziec­kiem!

Jo­an­na spa­ła w no­wym swe­trze, wtu­lo­na w uko­cha­ne­go miś­ka. Brzeg książ­ki od­ci­snął gru­bą kre­skę na jej po­licz­ku. Je­dan ka­peć zsu­nął się z bo­sej sto­py, a z ma­łych słu­cha­wek moc­no wcze­pio­nych w uszy do­la­ty­wa­ły dźwię­ki sza­tań­skiej mu­zy­ki.

Jak moż­na za­snąć z całą roc­ko­wą ka­pe­lą na gło­wie? - za­sta­no­wi­ło Zo­się nie po raz pierw­szy.

De­li­kat­nie odłą­czy­ła sio­strę od ry­czą­cych de­cy­be­li i lek­ko po­trzą­sa­jąc jej wą­tły­mi ra­mio­na­mi, po­cze­ka­ła na mo­ment, aż otwo­rzą się zdu­mio­ne, zie­lo­ne oczy.

- Wska­kuj w pi­ża­mę, to dam ci świę­ty spo­kój - uśmiech­nę­ła się do nie­przy­tom­ne­go spoj­rze­nia.

- Za­kaz wcho­dze­nia na mój te­ren! - mruk­nę­ła Jo­an­na, nie­dba­le zrzu­ca­jąc z sie­bie czę­ści gar­de­ro­by. Wsu­nę­ła się pod koł­drę i po­now­nie przy­kry­ła twarz miś­kiem.

Zo­sia spraw­nie zło­ży­ła na­rzu­tę. Pod­nio­sła książ­kę, któ­ra z ło­sko­tem ude­rzy­ła o par­kiet. Ali­cja w Kra­inie Cza­rów - prze­czy­ta­ła i prze­nio­sła oczy na śpią­cą już sio­strę.

Moja mała ko­bie­ta z wiel­kim mi­siem - po­my­śla­ła z czu­ło­ścią. - Sprzą­ta, go­tu­je, robi za­ku­py i ma­rzy o de­kol­tach. A wie­czo­rem ucie­ka na dru­gą stro­nę lu­stra, żeby od­na­leźć ja­kiś za­gu­bio­ny w pę­dzie ka­wa­łek sie­bie. Obie go szu­ka­my. Każ­da na wła­sną rękę i w ta­jem­ni­cy przed świa­tem.

De­li­kat­nie cmok­nę­ła po­li­czek sio­stry i wy­łą­czy­ła noc­ną lamp­kę.

 

Wiecz­ne pió­ro Zosi nie próż­no­wa­ło. Opa­tu­lo­na w koc, z du­żym ze­szy­tem na ko­la­nach, no­to­wa­ła mi­nio­ny dzień, nie dba­jąc o ko­lej­ność zda­rzeń. Naj­pierw sta­ra­ła się pi­sać o tym, co ją nur­tu­je. Po­tem o tym, co cie­szy, ale czę­sto pió­ro spon­ta­nicz­nie za­pi­sy­wa­ło jej my­śli, a te, gdy tyl­ko tra­fia­ły w rzę­dy bia­łych kra­tek, sta­wa­ły się upo­rząd­ko­wa­ne jak szkol­ny pry­mus. Żar­to­wa­ła, że ma dwa dzien­ni­ki: kla­so­wy i pry­wat­ny, któ­re­go nie za­mie­ni­ła­by na ża­den blog ani mar­twe kart­ki kom­pu­te­ra.

 

 

Pa­mięt­nik Zosi

Wik­tor wciąż jest dla mnie ta­jem­ni­cą - roz­po­czę­ła ulu­bio­nym, nie­bie­skim atra­men­tem. - To jego zwy­cię­skie imię i wiecz­ne klę­ski... Jak na iro­nię losu! Lu­bię go, choć tak bar­dzo się sta­ra wszyst­kich do sie­bie zra­zić. Po­ję­cia nie ma, że za­miast buty bije z nie­go ja­kaś de­li­kat­ność i wraż­li­wość, któ­rej nie po­wsty­dzi­ły­by się pan­ny z me­lo­dra­ma­tów. Gdy­by mnie za­py­ta­no, dla­cze­go wal­czę o ko­lej­ne­go bez­na­dziej­ne­go ucie­ki­nie­ra, od­po­wie­dzia­ła­bym, że każ­dy przed czymś ucie­ka. Wszyst­kim nie da się po­móc, a Wik­to­ro­wi, przy odro­bi­nie szczę­ścia, pew­nie tak.

Szko­da, że mil­czy, gdy py­tam go o trud­ne spra­wy. Na­tych­miast sta­je się nie­uf­ny i tro­chę bez­czel­ny. Prze­cież nie tyl­ko on na ko­goś cze­ka. Pew­nie nie wie, że ze­bra­ła­by się już spo­ra kla­sa "eu­ro­sie­rot". Z Ka­mi­lem, Kon­ra­dem i Wojt­kiem na cze­le. Mal­wi­na wpraw­dzie od­wie­dza ro­dzi­ców w Szwe­cji, ale nie wra­ca do wła­sne­go miesz­ka­nia, któ­re wy­naj­mu­ją obcy lu­dzie. W domu ciot­ki śpi z ma­ły­mi ku­zyn­ka­mi, któ­rym mat­ku­je, nic więc dziw­ne­go, że cza­su na na­ukę ma sta­now­czo za mało.

Co in­ne­go Wik­tor. Prze­cież od daw­na miesz­ka z bab­cią i przez ostat­nich kil­ka lat cał­kiem do­brze so­bie ra­dził. Żad­nych pro­ble­mów w gim­na­zjum, nie­zła śred­nia z te­stów, za­cho­wa­nie bez za­rzu­tu. Skąd więc ta na­gła zmia­na? Osten­ta­cyj­ne trzy­ma­nie się na ubo­czu kla­sy? Zni­ka­nie? A może Wik­to­ra z nami nie ma już od daw­na, tyl­ko tego wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam? Za to wi­du­ję go z ta­ki­mi ty­pa­mi, że strach po­my­śleć, do­kąd z nimi cha­dza...

Te­raz plo­ty. Geo­graf­ka. Ma­gi­ster Anna Tor­fo­wiec. Na każ­dej prze­rwie czę­stu­je mnie iro­nią. Jak­by ją no­si­ła za­miast dru­gie­go śnia­da­nia. Ma­wia o mnie "Si­łacz­ka" albo "na­sza Ma­dzia Brze­ska". Je­stem więc w jej ran­kin­gu kimś po­mię­dzy na­wie­dzo­ną ak­ty­wist­ką a wzor­cem na­iw­no­ści. Resz­ta żeń­skie­go gro­na to Lo­li­ty, pa­nie Bo­va­ry, in­fan­tyl­ne Ka­re­ni­ny, więc osta­tecz­nie nie ma o co się gnie­wać. Po­noć kie­dyś była ozdo­bą po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Przy­ja­zna i zwa­rio­wa­na. Taka do tań­ca, ró­żań­ca i kra­dzie­ży koni. Do­pie­ro kie­dy mąż zo­sta­wił ją dla by­łej uczen­ni­cy, zgorzk­nia­ła jak pio­łun. Nie zno­si bab, a przy oka­zji - in­nych zo­sta­wio­nych. Bo taki Wik­tor i Mal­wi­na, Dag­ma­ra czy wresz­cie ja też zo­sta­li­śmy "po­rzu­ce­ni" albo "roz­wie­dze­ni". I nikt z bli­skich nas o zgo­dę nie py­tał.

Wczo­raj za­dzwo­nił Krzyś. Z biu­ra po­dró­ży. Wkrót­ce wa­len­tyn­ki, więc wy­my­ślił, że mo­gli­by­śmy wy­sko­czyć na nar­ty. Sły­sza­łam w jego gło­sie tę wiel­ką proś­bę, któ­ra brzmi jak kom­ple­ment. Wes­tchnę­łam tyl­ko i prze­pro­si­łam. Jesz­cze nie tym ra­zem. Po jego ostat­niej wi­zy­cie Jo­an­na zro­bi­ła wszyst­ko, abym zro­zu­mia­ła, że czas mo­ich uczuć zo­stał za­wie­szo­ny w pra­wach ser­ca.

Przez ty­dzień mil­cza­ła.

Pa­trzy­ła na mnie jak na mor­der­czy­nię młod­szych sióstr.

Zło­śli­wie bu­dzi­ła mnie w środ­ku nocy, skar­żąc się na kosz­ma­ry.

Ca­ły­mi dnia­mi nie opusz­cza­ła swo­je­go ma­te­ra­ca.

Igno­ro­wa­ła py­ta­nia o szko­łę.

A kie­dy pró­bo­wa­łam z nią po­roz­ma­wiać i wy­ja­śnić, że mam pra­wo do uczuć, roz­pła­ka­ła się i stwier­dzi­ła, że sko­ro chcę ją zo­sta­wić dla ja­kie­goś osił­ka, ona na­tych­miast wy­jeż­dża. Wpraw­dzie nie wie do­kąd, ale co to dla mnie za róż­ni­ca...

Może nie­po­trzeb­nie się wte­dy unio­słam? Wy­pa­li­łam, że nie za­mie­rzam być całe ży­cie sama z po­wo­du jej ego­izmu i bra­ku zro­zu­mie­nia. Pró­bo­wa­ła mnie szan­ta­żo­wać, krzy­cząc, że mama z góry na nas pa­trzy. I wi­dzi tę nie­spra­wie­dli­wość, a tak­że jej, Jo­an­ny, cier­pie­nie. Mia­łam tego do­syć. "A niech pa­trzy! - od­burk­nę­łam w gnie­wie. - Niech zo­ba­czy, co na­ro­bi­ła!".

Tyle żalu nig­dy nie wi­dzia­łam w jej oczach. Zde­wa­sto­wa­łam świę­te miej­sce. Jak­bym co naj­mniej po­nisz­czy­ła kwiat­ki na ro­dzin­nym gro­bie.

Nig­dy nie wró­ci­ły­śmy do tam­tej roz­mo­wy, ale kie­dyś bę­dzie trze­ba. Na ra­zie je­stem jej dru­gim miś­kiem. Do­sta­ję swą por­cję mi­ło­ści w za­mian za mil­cze­nie i od­da­nie.

Cza­sa­mi tak trud­no być jed­no­cze­śnie star­szą sio­strą i mat­ką. Nie wiem, jak po­go­dzić na­sze wza­jem­ne ocze­ki­wa­nia, aby­śmy obie mo­gły po­czuć się szczę­śli­we.

 

Pió­ro z co­raz więk­szym tru­dem wy­le­wa­ło z sie­bie reszt­ki atra­men­tu. Wsu­nę­ła ze­szyt pod po­dusz­kę. Bę­dzie mógł z nią spać nie­przy­zwo­icie dłu­go, bo ju­tro wol­ne... Czyż­by? - uśmiech­nę­ła się na wspo­mnie­nie roz­licz­nych obo­wiąz­ków. Trze­ba zro­bić wiel­kie pra­nie, łącz­nie z fi­ran­ka­mi i po­ście­lą. Po­tem wi­zy­ta w schro­ni­sku. Jo­an­na zno­wu za­osz­czę­dzi­ła z kie­szon­ko­we­go na kar­mę dla ko­tów i psów. Jak do­ło­ży swo­ją pulę, wy­star­czy na kil­ka to­re­bek sma­ko­ły­ków. Cmen­tarz. Tam pój­dą po obie­dzie. W in­nym wy­pad­ku Jo­an­na nie tknie na­wet pe­sto. Za­wsze tak prze­ży­wa wi­zy­tę u mamy. Mil­czy, a jej uko­cha­na mp3 dziel­nie jej to­wa­rzy­szy. Zo­sia już daw­no uzna­ła, że woli sio­strza­ne kłót­nie od przy­gnę­bia­ją­cej ci­szy, któ­rej nie da się za­kłó­cić żad­nym sło­wem. A gdy­by tak po cmen­ta­rzu wy­sko­czyć na ba­sen? - za­sta­na­wia się jesz­cze, choć na samą myśl o har­cach w wo­dzie przy­gnia­ta ją nie­mal fi­zycz­ne zmę­cze­nie. - Cie­ka­we, jak mama so­bie ra­dzi­ła z tym wszyst­kim? Prze­cież mia­ła nas obie...

Wpa­da w przy­jem­ny nie­byt. Jest jesz­cze wie­le py­tań. Nie­spo­koj­nie pró­bu­ją do­bić się do jej świa­do­mo­ści, ale to in­tru­zy. Mogą stu­kać, pu­kać. Już za­mknię­te...

 

Jo­an­na lek­ko uchy­la drzwi. W po­ko­ju Zosi ciem­no. Wra­ca do sie­bie i daje nura pod biur­ko. Wy­cią­ga stam­tąd wiel­ki kar­ton, któ­ry na­zy­wa prze­cho­wal­nią. Po omac­ku roz­po­zna­je zna­jo­me kształ­ty al­bu­mów i małe pu­deł­ko, w któ­rym od lat prze­cho­wu­je li­sty mamy. Tasz­czy skar­by do łóż­ka. Do­pie­ro te­raz włą­cza małą lamp­kę i roz­kła­da cały swój kram na po­ście­li. Han­dlo­wa­ła­by wspo­mnie­nia­mi, gdy­by nie była ich ko­lek­cjo­ner­ką. Gdy­by po­tra­fi­ła się z nimi roz­stać. Bez wspo­mnień cza­sa­mi ży­ło­by się ła­twiej. Tyl­ko co wów­czas na­le­ża­ło­by wy­łącz­nie do niej?

Naj­pierw li­sty. Dziś prze­czy­ta dwa. Zna je na pa­mięć, ale gdy błą­dzi po nich ocza­mi, li­te­ry pi­sa­ne ręką mamy zu­peł­nie in­a­czej brzmią. Poza tym sta­ra pa­pe­te­ria wciąż nią pach­nie. Ulot­ną mgieł­ką la­wen­dy albo ja­kichś in­nych per­fum. Może to nuta ja­śmi­nu?

Kru­che kart­ki pod do­ty­kiem pal­ców oży­wa­ją ci­chym sze­le­stem. Pierw­szy list jest w ko­per­cie bez ad­re­su. Nig­dy nie prze­żył pocz­to­wej przy­go­dy. Nie wie, co to zna­czek i li­sto­nosz. Jo­an­na do­sta­ła go na siód­me uro­dzi­ny, gdy już po­tra­fi­ła czy­tać. Za­czy­nał się od słów: "Ko­cha­ne ma­leń­stwo, wkrót­ce przy­wi­tam Cię na świe­cie", i był pe­łen śmiesz­nych zda­rzeń z cza­su, gdy ona, Jo­an­na, ukry­wa­ła się pod mamy roz­ło­ży­stą su­kien­ką. Z tych zwie­rzeń wy­ni­ka­ło, że spe­cjal­no­ścią Jo­an­ny było ko­pa­nie mat­czy­ne­go brzu­cha i obłęd­ne krę­ce­nie się wo­kół pęp­ka. "Uro­dzę albo pił­ka­rza, albo płe­two­nur­ka" - ubo­le­wa­ła mama w li­ście, do­da­jąc, że wy­glą­da­ją ra­zem jak wiel­ka, sło­necz­na dy­nia.

Jo­an­na prze­ry­wa czy­ta­nie i jak za­wsze pró­bu­je wy­obra­zić so­bie uśmiech­nię­tą, dy­nio­wą mamę, ale jej miej­sce upar­cie zaj­mu­je ta dru­ga, z wło­sa­mi roz­rzu­co­ny­mi na po­dusz­ce, po­ru­sza­ją­ca wy­schnię­ty­mi war­ga­mi i pra­wie nie­wi­docz­na w bia­łej po­ście­li.

Szyb­ko się­ga po na­stęp­ną ko­per­tę, któ­ra ją od­na­la­zła na dru­gim koń­cu świa­ta. List po­cho­dził z cza­su, gdy przez wie­le lat miesz­ka­ła z ro­dzi­ca­mi w Sy­rii. Ile­kroć mama wy­jeż­dża­ła na dłu­żej do Pol­ski, za­wsze sta­ra­ła się na­pi­sać choć kil­ka słów. By­wa­ło, że zja­wia­ła się szyb­ciej od wła­snej ko­re­spon­den­cji, ale dla Jo­an­ny nie mia­ło to zna­cze­nia. Prze­cież w ta­kiej za­kle­jo­nej ko­per­cie znaj­do­wa­ła za­wsze czu­łość i pa­mięć. A tego nig­dy do­syć. Jaka więc róż­ni­ca, kie­dy list od­naj­dzie ad­re­sa­ta? - my­śla­ła, gdy w upa­le wi­szą­cym nad Da­masz­kiem po­chła­nia­ła opis zimy, któ­ra przy­wi­ta­ła mamę na lot­ni­sku. Za­zdro­ści­ła jej za­wiei i śnież­nych zasp. So­pli lodu po­ły­sku­ją­cych nad okna­mi. Wpraw­dzie tata obie­cy­wał, że gdy wró­cą do kra­ju, ule­pią ra­zem bał­wa­na, ku­pią łyż­wy, ale mi­ja­ły lata i je­dy­na praw­dzi­wa zima, jaką Jo­an­na za­pa­mię­ta­ła z dzie­ciń­stwa, wciąż sza­la­ła po wy­bla­kłych kart­kach li­stu od mamy.

Zre­zy­gno­wa­ła z oglą­da­nia zdjęć. Zno­wu wsta­nie z opuch­nię­ty­mi ocza­mi i Zosi bę­dzie przy­kro. Ulo­ko­wa­ła w prze­cho­wal­ni bez­cen­ne pa­miąt­ki i sta­nę­ła w oknie. Za szy­bą pró­szył śnieg, po­kry­wa­jąc bie­lą kan­cia­ste da­chy brzyd­kich do­mów. Ju­tro będą wy­glą­da­ły jak dzie­ło bo­skie­go ar­chi­tek­ta, któ­ry przez kil­ka noc­nych go­dzin na­pra­wił błę­dy miej­skiej hi­sto­rii. Ły­se­mu traw­ni­ko­wi, uda­ją­ce­mu dum­nie pu­cho­wy ko­bie­rzec, bra­ku­je tyl­ko zwa­li­ste­go bał­wa­na z wę­glo­wy­mi oczka­mi. Ta­kie­go kie­dyś obie­cy­wał jej tata. Szko­da, że nie zdą­ży­li ule­pić go ra­zem.

- Po­suń się, mi­siek - szep­nę­ła do plu­sza­ka, spon­ta­nicz­nie wtu­la­jąc bu­zię w rude fu­ter­ko ma­skot­ki.

 

An­giel­ska mgła

Nie­bo nad Lon­dy­nem za­cią­gnię­te jest chmu­ra­mi i dzi­siej­szy dzień na Wy­spach upły­nie pod zna­kiem opa­dów desz­czu ze śnie­giem. Bę­dzie zim­no i mgli­ście...

Co­raz le­piej ro­zu­miał po­go­dyn­kę z bry­tyj­skiej sta­cji ra­dio­wej. Wy­obra­żał ją so­bie jako wiot­ką blon­dyn­kę z cie­płym uśmie­chem, choć tak czę­sto zwia­sto­wa­ła an­giel­ską chla­pę i bło­to. Mimo to ćwier­ka­ła jak szczę­śli­wy ko­li­ber, któ­ry obie­cu­je raj. Wik­tor wzdry­gnął się na samą myśl o spa­ce­rze po lon­dyń­skiej uli­cy.

Cie­ka­we, czy mat­ka wciąż nosi ma­li­no­wy płaszcz? - przy­mknął oczy, aby od­two­rzyć go w pa­mię­ci. Iry­to­wał zbyt głę­bo­ką bar­wą, nad­mier­ną śmia­ło­ścią ko­lo­ru, ale był od­po­wied­ni na taką po­go­dę. We­so­ły. Gdy pięć lat temu wy­pa­trzył go z okien kuch­ni bab­ci, wie­dział, że wró­ci­ła. Że to ona za chwi­lę prze­mie­rzy róg Dłu­giej i Dą­brow­skie­go, mi­nie sta­ry za­kład fo­to­gra­ficz­ny, przej­rzy się w wy­sta­wie szkla­rza i ener­gicz­nie uru­cho­mi gong uda­ją­cy ku­kuł­kę.

Gdy tyl­ko do­tknę­ła dzwon­ka, otwo­rzył na oścież drzwi. Za­sko­czył ją. Nie była jesz­cze go­to­wa do gło­śne­go po­wi­ta­nia, tych wszyst­kich przy­tu­lań i prze­cze­sy­wa­nia pal­ca­mi jego wło­sów. Wy­da­ła mu się na­wet jak­by za­gu­bio­na. Mała dziew­czyn­ka w ob­cym mie­ście. Do­pie­ro gdy po­wie­dział "cześć", uru­cho­mił po­tok mat­czy­nych czu­ło­ści, a la­wi­na słów sku­tecz­nie za­głu­szy­ła nie­pew­ność sprzed chwi­li.

Wo­lał ją taką. Gło­śną, peł­ną obiet­nic i pla­nów. Lu­bił, gdy z oży­wie­niem za­pew­nia­ła: "za mie­siąc za­cznie­my od nowa", "już nie­dłu­go wszyst­ko się zmie­ni", "cze­ka nas mnó­stwo pra­cy"... Bab­ci miał za złe, że nie uła­twia­ła tych wi­zyt. Wpraw­dzie mó­wi­ła nie­wie­le, ale z jej słów zio­nę­ła go­rycz i nie­chęć. Le­piej, aby w ogó­le mil­cza­ła - tego pra­gnął, gdy sie­dzie­li we trój­kę przy ma­łym ku­chen­nym sto­le. Bab­cia mil­kła na do­bre, ale do­pie­ro wte­dy, gdy mama za­czy­na­ła pa­ko­wać brą­zo­wą tor­bę. Wy­star­czył ja­kiś te­le­fon od ja­kie­goś Joh­na i na­tych­miast zni­ka­ły roz­sia­ne po miesz­ka­niu fa­ta­łasz­ki, fla­ko­ni­ki z ła­zien­ki, szpil­ki z ko­ry­ta­rza. Ich miej­sce zaj­mo­wa­ły po­śpiesz­ne obiet­ni­ce: "lep­sza pra­ca", "na­resz­cie wła­sny kąt", "bę­dzie parę cen­tów na czar­ną go­dzi­nę"...

Cza­sa­mi dzwo­ni­ła. Ale w da­le­kiej An­glii jej głos na­bie­rał in­nej bar­wy. Ko­cha­ła go i tę­sk­ni­ła za kil­ka fun­tów, któ­ry­mi po­śpiesz­nie do­ła­do­wa­ła kar­tę. Po­tem jed­nak pły­nął ze słu­chaw­ki stru­myk nie­szczęść i kło­po­tów: "mu­sisz być cier­pli­wy", "jesz­cze tro­chę, sy­nuś", "oszu­ka­li mnie, pol­scy cwa­nia­cy, niech ich szlag tra­fi!"...

- Wik­tor­ku, śpisz? - usły­szał zza ścia­ny. Ze­rwał się po­śpiesz­nie, aż za­trzesz­cza­ły sprę­ży­ny sta­rej wer­sal­ki. Zu­peł­nie za­po­mniał o to­wa­rze. Tyle ro­bo­ty, a już je­de­na­sta.

- Ro­bię nam śnia­da­nie, bab­ciu - od­krzyk­nął naj­po­god­niej jak umiał i po­gwiz­du­jąc, ru­szył do kuch­ni.

 

Utkwił oczy w grze ulicz­nych świa­teł. Gdy w ostat­niej chwi­li prze­bie­gał jezd­nię, go­ni­ły go prze­kleń­stwa ru­sza­ją­cych z pra­we­go pasa kie­row­ców. Sią­pi­ło i co chwi­lę deszcz sko­śnym ba­tem ule­wy prze­ga­niał dro­bi­ny śnie­gu.

- Jak w Lon­dy­nie - mruk­nął, spraw­dza­jąc, czy ko­sme­ty­ki wy­brzu­sza­ją­ce tor­bę są wła­ści­wie za­bez­pie­czo­ne. Ru­szył w stro­nę dziel­ni­cy wil­lo­wej, gdzie o tej po­rze dnia jego klient­ki piły ma­ły­mi łycz­ka­mi kawę z por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek. Znu­dzo­ne po­ran­kiem, po­pra­wia­ją­ce poły je­dwab­nych szla­fro­ków, pod­świa­do­mie cze­ka­ły na do­mo­krąż­ców wno­szą­cych w ich ży­cie miłe za­mie­sza­nie. Nig­dy nie py­ta­ły, skąd ma taki eks­klu­zyw­ny to­war. Ele­ganc­kie ko­bie­ty nie za­da­ją nie­zręcz­nych py­tań.

Pani Alin­ka otwo­rzy­ła mu drzwi w do­sko­na­łym na­stro­ju. Pięk­na on­du­la­cja po­trze­bo­wa­ła opra­wy, więc na­tych­miast za­trzy­ma­ła po­ło­wę łupu. Na­wet nie wy­kłó­ca­ła się swo­im zwy­cza­jem o cenę. U ka­pry­śnej pani Kry­si za­stał jej dwie ko­le­żan­ki. Wzię­ły wszyst­kie per­fu­my, na­wet nie spraw­dza­jąc za­pa­chu. Po­da­ły też szyb­ciut­ko wła­sne ad­re­sy, go­to­we dwa razy w mie­sią­cu uzu­peł­niać za­pas ko­sme­ty­ków. Naj­dłu­żej po­zby­wał się "ko­lo­rów­ki" - tych wszyst­kich pa­let z mi­nia­tu­ro­wy­mi pę­dzel­ka­mi i fi­ku­śnych szmi­nek. Prze­ra­ża­ło go, że czę­sto nie wie­dział, do cze­go słu­żą dro­gie spe­cy­fi­ki, wy­sy­py­wa­ne na mar­mu­ro­we ku­chen­ne bla­ty, a ko­bie­ty na­tych­miast za­nu­rza­ły się w tych dro­bia­zgach, zna­jąc ich mar­kę, za­sto­so­wa­nie i cenę.

Za­nim wszedł do zmur­sza­łej ka­mie­ni­cy, skwa­pli­wie po­dzie­lił zy­ski. Z nie­do­wie­rza­niem prze­li­czył swo­ją pulę. Nie­źle! Wy­star­czy na in­ha­la­tor.

Nie zno­sił za­dy­mio­nej me­li­ny Wal­ca. Ni­skie miesz­ka­nie szczel­nie wy­peł­niał odór ni­ko­ty­ny i dusz­na wil­goć, a spię­trzo­ne gra­ty, tkwią­ce w pi­ra­mi­dzie bez­sen­su, zna­la­zły tu nie­mal mu­ze­al­ne wa­run­ki do ci­che­go trwa­nia. Naj­waż­niej­szym eks­po­na­tem był zde­ze­lo­wa­ny stół, brzę­czą­cy brud­nym szkłem. To przy nim doj­rze­wa­ły do kłót­ni han­dlo­we dys­ku­sje i na­stę­po­wał po­dział łu­pów. Wej­ście Wik­to­ra zdra­dzi­ła wa­la­ją­ca się po pod­ło­dze bu­tel­ka po al­ko­ho­lu, któ­rą nie­chcą­cy ru­szył koń­cem buta. Wpa­dła w wi­ru­ją­cy ta­niec, prze­ry­wa­jąc gło­śną kłót­nię.

Ra­do­sny moc­nym kop­nię­ciem pod­su­nął mu krze­sło.

- Cy­cuś-glan­cuś pew­nie opy­lił wszyst­ko - za­re­cho­tał. - Z jego gład­kim li­cem tyl­ko za­kład ko­sme­tycz­ny otwie­rać!

- Ar­chi­wal­ne da­mu­le ko­cha­ją na­sze­go ma­gi­stra! - zgo­dził się drwią­co Guma, strze­la­jąc nie­do­pał­kiem w śro­dek wiel­kiej po­piel­nicz­ki. - Z taką fa­cja­tą i bez to­wa­ru da się za­ro­bić, co nie?

Wa­lec swo­im zwy­cza­jem wy­cią­gnął rękę po zwi­tek bank­no­tów. Za­pa­dła ci­sza zmą­co­na tyl­ko sze­le­stem li­czo­nych pie­nię­dzy.

- Nie­źle - mruk­nął go­spo­darz. - Choć moż­na le­piej - do­dał szyb­ko, pod­no­sząc zmę­czo­ne oczy na Wik­to­ra. - Na co cze­kasz? Bo chy­ba nie na ka­skę? - za­śmiał się ru­basz­nie z wła­sne­go dow­ci­pu. Guma i Ra­do­sny jak na roz­kaz do­łą­czy­li do sal­wy we­so­ło­ści.

Prze­cze­kał ten kon­cert i nie pa­trząc Wal­co­wi w oczy, ode­zwał się gło­śniej, niż za­mie­rzał:

- Po­trze­bu­ję pie­nię­dzy. Nie wie­dzia­łem, że ja­kiś pie­przo­ny wo­lon­ta­riusz tu je­stem.

- Oho! - Wa­lec pod­niósł się z fo­te­la. - Pro­szę! Ma­gi­ster nam zbez­czel­niał! Po­trze­bu­jesz for­sy, to ją za­rób!

Ko­lej­na fala przy­kre­go śmie­chu za­wi­sła nad Wik­to­rem.

Co ja tu ro­bię? - za­sta­na­wiał się, pa­trząc z nie­do­wie­rza­niem na swych dziw­nych kum­pli. - Są fe­rie. Po­wi­nie­nem wy­sko­czyć do kina, pójść na ba­sen, lo­do­wi­sko... Skle­ić awio­net­kę, z któ­rą wię­cej kło­po­tu niż z bo­ein­ga­mi... A może ja­kiś wy­pad w góry? Łóż­ko w ta­nim schro­ni­sku, ła­twiej­sze szla­ki, ale ta­kie, żeby do­trzeć wy­so­ko i zo­ba­czyć ka­wa­łek zie­mi z sa­mo­lo­tu. Nig­dy nie by­łem w gó­rach...

- Sły­szysz mnie, ma­gi­ster? - Na gór­ską po­la­nę, któ­ra te­raz roz­po­ście­ra się przed Wik­to­rem, do­cie­ra głos Wal­ca. - Do­sta­niesz swo­je papu, ale naj­pierw spław apa­ra­ty! Kró­lem szmi­nek chcesz zo­stać, po­mer­dań­cu?

Czas w me­li­nie Wal­ca od­mie­rza klep­sy­dra z pu­stych bu­te­lek po pi­wie. Zbie­ra­ją się w rogu po­ko­ju jak go­spo­dy­nie do­mo­we uwię­zio­ne w dłu­giej ko­lej­ce. Wik­tor mie­rzy je wzro­kiem. Po licz­bie opróż­nio­nych fla­szek po­tra­fi bez­błęd­nie oce­nić mo­ment, w któ­rym bę­dzie mógł wyjść na wol­ność bez głu­pich ko­men­ta­rzy i po­dej­rzeń. Ra­do­sny jest już od­po­wied­nio ra­do­sny. Wła­śnie przy­snął na rogu sta­rej ka­na­py, uło­żo­ny jak nie­dba­le zwi­nię­ty na­le­śnik. Guma z co­raz więk­szym tru­dem przy­pa­la ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

- Spa­dam - za­ko­mu­ni­ko­wał Wal­co­wi, pró­bu­ją­ce­mu bez­sku­tecz­nie wy­ło­wić ja­kiś nu­mer w ko­mór­ce. Udał, że z tru­dem za­pi­na kurt­kę. Na­uczył się już, że od Wal­ca trze­ba wyjść od­po­wied­nio pi­ja­nym, na­wet je­śli się nim nie jest.

- Bierz - Wa­lec zgar­nia dwa bank­no­ty z le­żą­cej przed nim gór­ki pie­nię­dzy i prze­su­wa je w stro­nę Wik­to­ra. - Co się tak ga­pisz? To za­licz­ka. Żeby pie­przo­ny Czer­wo­ny Kap­tu­rek mógł ku­pić le­kar­stwo dla bab­ci.

Wa­lec jest za­chwy­co­ny swo­im ko­lej­nym dow­ci­pem, ale opadł z sił i za­miast do­no­śne­go śmie­chu stać go tyl­ko na gry­mas znu­że­nia.

Na dwo­rze już ciem­no, ale mroź­ne po­wie­trze dzia­ła jak orzeź­wia­ją­cy red bull. Po chwi­li szyb­kie­go mar­szu wi­dać już krań­ce po­nu­re­go osie­dla - miej­sca, gdzie umie­ra mrok a za­czy­na się mia­sto. Jesz­cze parę ulic i znaj­dzie się w krę­gu so­do­wych la­tar­ni. Oto­czą go zna­ne ka­mie­ni­ce z roz­świe­tlo­ny­mi okna­mi, przy­tul­ne wi­try­ny ma­łych re­stau­ra­cji, któ­re są jak ulicz­ne te­atrzy­ki cie­ni. Każ­dy prze­cho­dzień może przy­sta­nąć, spoj­rzeć przez szy­by na ano­ni­mo­wych ak­to­rów, gra­ją­cych przy okrą­głych sto­li­kach sztu­kę o przy­jaź­ni i bli­sko­ści.

Jak się sa­me­mu nie gra w ta­kiej sztu­ce, war­to choć­by po­pa­trzeć - my­śli Wik­tor, przy­kle­ja­jąc oczy do jed­ne­go z ka­wiar­nia­nych okien. Jest zbyt póź­no, by pod­glą­dać spek­takl uśmie­chów i nie­mych roz­mów. Za­raz za­mkną ap­te­kę, a obie­cał pani Ja­dwi­dze, tej ulu­bio­nej far­ma­ceut­ce, że dzi­siaj za­pła­ci za ostat­nie za­ku­py i być może na­bę­dzie wresz­cie in­ha­la­tor.

Z po­bli­skiej bud­ki za­pach­nia­ło ke­ba­bem. Po­my­ślał, że zjadł­by go na­wet z mi­łym Tur­kiem w środ­ku, tym, co czę­sto pyta: ceś jaki sioś? I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ob­le­wa buł­kę ket­chu­pem. Więc te­raz zjadł­by ke­bab i Tur­ka na­wet bez ket­chu­pu, ale za­miast tego na­brał głę­bo­ko po­wie­trza i bie­giem prze­ciął uli­cę.

W ap­te­ce dwie ko­lej­ki. Obie kosz­mar­nie dłu­gie. Sta­nął za mu­sku­lar­nym atle­tą, lek­ko opie­ra­jąc się o ścia­nę. Do­pie­ro te­raz do­ko­nał szyb­kie­go prze­glą­du ku­pu­ją­cych. Przed nim dwie roz­bry­ka­ne na­sto­lat­ki ze smut­ną mat­ką, obok pan w ele­ganc­kim płasz­czu. Dru­gą ko­lej­kę za­my­ka­ła... - O rany! - Nig­dy nie wi­dział tylu ru­dych lo­ków na jed­nej gło­wie! Opa­da­ły ka­ska­dą pło­mie­ni, za­trzy­mu­jąc się w oko­li­cach wą­tłych ra­mion.

Ma prze­chla­pa­ne - po­my­ślał o ob­cej dziew­czy­nie. - Z czymś ta­kim na­wet w czap­ce wszy­scy cię za­uwa­żą! No, chy­ba że la­ska trzy­ma w sza­fie czap­kę nie­wid­kę...

Na­gle po­czuł na so­bie jej uważ­ny wzrok. Szyb­ko prze­niósł spoj­rze­nie w stro­nę pani Ja­dzi po­chy­lo­nej nad re­cep­ta­mi, ale ta uciecz­ka na nie­wie­le się zda­ła. Wie­dział, że tam­ta, ruda, da­lej się w nie­go wga­pia. I robi to z wy­dę­ty­mi war­ga­mi, z ja­kąś przy­ga­ną, a na­wet pre­ten­sją, jak­by do­sko­na­le wie­dzia­ła, że przed chwi­lą po­zwo­lił so­bie ubo­le­wać nad jej fry­zu­rą.

Mam więk­sze pro­ble­my niż czyjś ba­ła­gan na gło­wie - po­my­ślał ze zło­ścią. - Prze­war­to­ścio­wa­na lala! Pew­nie tu przy­szła po ró­ża­ne my­deł­ko i wy­bie­la­ją­cą pa­stę do zę­bów!

Bez­sz­me­ro­we drzwi wpu­ści­ły do środ­ka zdy­sza­ną star­szą pa­nią. To­wa­rzy­szy­ła jej pa­nien­ka z grzecz­ną fry­zur­ką. Smu­kła jak fla­ko­nik z dro­gi­mi per­fu­ma­mi.

Ta przy­najm­niej wy­da­je się miła - uznał Wik­tor.

Sta­rusz­ka z tru­dem ła­pa­ła od­dech.

- Po­trzy­maj, ko­cha­nie, moją to­reb­kę - po­pro­si­ła zbyt gło­śno.

- Nie wrzeszcz - roz­legł się dziew­czę­cy gło­sik. - Sły­szę prze­cież! I nie sap na całą ap­te­kę jak mors.

- Mor­sy sa­pią? - zdzi­wi­ła się już ci­szej bab­cia,

pró­bu­jąc za­mie­nić roz­mo­wę w żart.

- Tłok jak na Lady Gagę! - wark­nę­ła w od­po­wie­dzi. - Przez cie­bie do Kaś­ki przyj­dę ostat­nia!

Wnucz­ka wy­raź­nie nie zna­ła się na żar­tach. Za­wzię­cie stu­ka­ła w ró­żo­wą ko­mór­kę, a jej twarz wy­krzy­wił gry­mas nie­chę­ci, któ­rym mo­gła­by ob­da­ro­wać obie ko­lej­ki.

Nie tyl­ko Wik­tor zmar­kot­niał. Za­uwa­żył ze zdzi­wie­niem, że wy­nio­sła ruda też przy­glą­da się tej od ko­mór­ki z nie­ta­jo­nym obu­rze­niem.

Współ­cze­sne ko­bie­ty... - po­my­ślał. - Jed­na awan­tur­ni­ca, dru­ga wred­na... Do­brze, że są na świe­cie nor­mal­ne pa­nie Ja­dzie - ucie­szył się na wi­dok jej twa­rzy w okien­ku.

- Dzień do­bry.

- Miło cię wi­dzieć, Wik­tor - far­ma­ceut­ka ob­da­rzy­ła go życz­li­wym uśmie­chem. - Jak bab­cia?

- Bez zmian. Ale mam pie­nią­dze... te za­le­głe - wy­krztu­sił. - I po­pro­szę in­ha­la­tor. Tań­szy - do­dał z za­że­no­wa­niem, bo dał­by gło­wę, że ruda go pod­słu­chu­je.

- Tań­sze są lep­sze. Wiem, co mó­wię.

Pu­dło z in­ha­la­to­rem uniósł na wy­so­kość twa­rzy, jak­by mia­ło się stać jego oso­bi­stą czap­ką nie­wid­ką. Od­dzie­lić go od ogon­ka ap­tecz­nej nie­do­li i uczy­nić zu­peł­nie nie­wi­dzial­nym.

Do­pie­ro na uli­cy wziął je pod pa­chę i lek­ko po­gwiz­du­jąc, ru­szył w stro­nę domu.

Na Go­łę­biej zwol­nił. Lu­bił wol­no prze­mie­rzać ostat­nie me­try dzie­lą­ce go od miesz­ka­nia, cie­ka­wy zmian, ja­kie do­ko­na­ły się w po­bli­skich skle­pach pod jego nie­obec­ność.

Pani Be­ata zno­wu za­sza­la­ła w swo­im bu­ti­ku. Wy­gar­nę­ła na wy­sta­wę same czer­wie­nie i bie­le. Za­miast ciu­chów ma fla­gę - za­chi­cho­tał. O! U szew­ca Ba­kuł­ki nowe obu­wie mę­skie. Ale dla­cze­go san­da­ły? Prze­cież zima... Wa­rzyw­niak sióstr War­mic­kich... Po­noć kie­dyś były ba­let­ni­ca­mi, a te­raz tań­cu­ją wo­kół po­mi­do­rów, bo się bar­dziej opła­ca. Mają na wy­sta­wie orze­chy la­sko­we, ale bab­cia nie lubi. Za twar­de. Sam zjadł­by na­wet skrzyn­kę, bo orze­chy pach­ną świę­ta­mi... Cie­ka­we, z cze­go żyje kra­wiec Mę­drzak... Chy­ba z upi­na­nia fi­ran, bo te jego gar­ni­tu­ry na­da­ją się tyl­ko do trum­ny. W trum­nie na­wet naj­więk­szy la­luś nie za­pro­te­stu­je, że ma na so­bie ar­cy­dzie­ło Mę­drza­ka...

Przy za­kła­dzie fo­to­gra­ficz­nym "Pro­fil. Oj­ciec i Syn" Wik­tor przy­sta­je. Nie dla­te­go, że eks­po­zy­cja zmie­nia się tu czę­sto. Prze­ciw­nie. Są zdję­cia, któ­re dłu­go zer­ka­ją w głąb uli­cy Go­łę­biej i gdy ich za­czy­na bra­ko­wać, Wik­to­ro­wi też jak­by za­czy­na bra­ko­wać sta­rych przy­ja­ciół. Po pra­wej stro­nie wi­szą tra­dy­cyj­ne por­tre­ty. Mło­de pary w czu­łych ob­ję­ciach, a na­wet całe ro­dzi­ny, z tru­dem miesz­czą­ce się na ma­leń­kich krze­słach. Ni­żej dziew­czyn­ki w bia­łych su­kien­kach. Wy­glą­da­ją jak duże, stroj­ne lal­ki, bo ich wzrok za­sty­ga pod wpły­wem fle­sza i wy­ra­ża je­dy­nie pla­sti­ko­we zdu­mie­nie. Kil­ka nie­mow­ląt, a jed­no na­wet be­czy... Nie­złe te fot­ki, ale da­le­ko im do zbio­ru po dru­giej stro­nie szy­by, tego z daw­ny­mi miesz­kań­ca­mi. Już nie cho­dzą Go­łę­bią, ale Wik­tor świet­nie ich pa­mię­ta. W koń­cu wy­cho­wał się u bab­ci z krót­ki­mi prze­rwa­mi na mat­czy­ne "to­ur­née" po Pol­sce.

Pan Bolo... Naj­praw­dziw­szy, ze szra­mą na po­licz­ku i nie­od­łącz­ną bu­tel­ką piwa... Był miły. Za­wsze czę­sto­wał Wik­to­ra cu­kier­ka­mi śmier­dzą­cy­mi ty­to­niem. Wik­tor brał, dzię­ko­wał i nie wie­dział, czy ta­kie śmier­dzą­ce moż­na jeść... A tu bab­cia Dłu­gie­go... Pani Krysz­ko. Wo­ła­ła wnu­ka na ko­la­cję, ma­cha­jąc rę­ka­mi z dru­gie­go pię­tra, bo była nie­mo­wą... Dłu­gi mógł uda­wać, że nie sły­szy, choć prze­cież wi­dział... Pan Ka­ro­lek... Ślu­sarz. W po­rząd­ku gość. Przy­cho­dził do bab­ci na­oli­wić jej drzwi i nig­dy nie chciał pie­nię­dzy. Ma­wiał: "Roz­le­czy­my się na tam­tym świe­cie, pani Ka­ro­lo­wo", a on za­sta­na­wiał się wiecz­nie, na czym po­le­ga to "roz­le­cza­nie". Miał moc­ne ręce, któ­rych Wik­tor za­wsze mu za­zdro­ścił. A tu, na dole, pan An­to­ni Haj­mer. Wła­śnie coś gra na swo­ich skrzyp­cach, z lek­ko przy­mknię­ty­mi ocza­mi. Wik­tor szcze­gól­nie lubi to zdję­cie, bo pan An­to­ni nie żyje już sie­dem lat, a jego mu­zy­ka prze­ni­ka szy­bę za­kła­du i wciąż brzmi w uszach.

Nie­złe są też pej­za­że mia­sta. Po nich naj­le­piej wi­dać, jak się zmie­ni­ła Go­łę­bia albo po­bli­ska Skar­pa. Jak wy­ład­nia­ło śród­mie­ście, a daw­na Ogro­do­wa, peł­na owo­co­wych drzew, sta­ła się jed­nym smęt­nym par­kin­giem.

Wik­tor wzdy­cha i robi zwrot na pię­cie. Te­raz dłu­gi sus przez wą­ską bra­mę. Resz­tę zdjęć obej­rzy in­nym ra­zem, a o tych, któ­re szyb­ko prze­stu­dio­wał, opo­wie bab­ci. Bab­cia uwiel­bia wszel­kie wia­do­mo­ści z wi­try­ny za­kła­du "Pro­fil. Oj­ciec i Syn".

 

 

Pa­mięt­nik Zosi

Czy ktoś poza mną też mie­wa rand­ki w bie­gu? Trzy pierw­sze spo­tka­nia z Krzysz­to­fem trud­no na­zwać in­a­czej. Do dziś nie wiem, od kie­dy za­czął bie­gać moją tra­są. Kłam­li­wie twier­dził, że to ja po­ja­wi­łam się na jego jog­gin­go­wej ścież­ce. Gru­be kłam­stwo! Po pierw­sze: nie bie­gam tak szyb­ko, by nie do­strzec przy­stoj­ne­go bru­ne­ta w zbyt du­żym dre­sie. Po dru­gie: gdy­by na­wet tak było, przy­stoj­ny bru­net miał­by zde­cy­do­wa­nie lep­szą kon­dy­cję i nie mu­sia­ła­bym uda­wać, że szwan­ku­je sznu­ro­wa­dło w mo­ich adi­da­sach, aby przyj­rzeć mu się z bli­ska.

Wte­dy, we wrze­śniu, gdy zo­ba­czy­łam go po raz pierw­szy, coś we mnie wstą­pi­ło. Naj­pierw zwol­ni­łam, ale zbli­żał się w tak śli­ma­czym tem­pie, że po­sta­no­wi­łam wy­pró­bo­wać nu­mer ze sznu­rów­ką. Moja przy­ja­ciół­ka ze stu­diów dzię­ki ta­kiej ma­ni­pu­la­cji dziś jest szczę­śli­wą mę­żat­ką. Uda­wa­łam więc ofia­rę kiep­skich bu­tów, gdy wy­ha­mo­wał tuż obok mnie. Rzu­cił wów­czas roz­czu­la­ją­ce py­ta­nie: "Czy mogę ja­koś ko­le­żan­ce po­móc?". A sa­pał tak, że z trud­no­ścią zro­zu­mia­łam, ja­kie ma in­ten­cje. Od­po­wie­dzia­łam, że oczy­wi­ście, może. Mam sznu­rów­kę wy­ma­ga­ją­cą mę­skich umie­jęt­no­ści za­wią­zy­wa­nia, więc nada­rza się oka­zja, aby przy­kląkł i ra­zem ze mną kom­bi­no­wał, co z nią zro­bić.

Skwa­pli­wie padł na ko­la­na i za­brał się do sznu­ro­wa­nia. Z taką miną, jak­by od za­wią­za­nia buta za­le­ża­ło moje ży­cie. Pró­bo­wa­łam mu wy­tłu­ma­czyć, że to tyl­ko żart i za­py­ta­łam, czy za­wsze z taką po­wa­gą trak­tu­je każ­dą ko­bie­cą proś­bę. Zmie­szał się jesz­cze bar­dziej i... na­praw­dę!... za­ru­mie­nił! Ją­ka­jąc się, wy­ja­śnił, że jako in­for­ma­tyk pro­gra­mi­sta, w do­dat­ku sys­te­mo­wy, uwa­ża, że my, ko­bie­ty też je­ste­śmy sys­te­mem. W do­dat­ku nad­zo­ru­ją­cym. W każ­dym ra­zie jego mama i sio­stry na pew­no. Więc gdy sys­tem szwan­ku­je, trze­ba go uru­cho­mić. Do­dał, że w moim przy­pad­ku uster­ka jest ba­nal­nie pro­sta i za­koń­czył wy­wód pięk­ną ko­kard­ką ze sznu­rów­ki.

Po­tem, za­wsze, gdy spo­ty­ka­li­śmy się na ścież­ce, mia­łam wra­że­nie, że przy­stoj­ny bru­net w zbyt luź­nym dre­sie zaj­mu­je się mniej bie­ga­niem ani­że­li "te­sto­wa­niem opro­gra­mo­wa­nia", że tak ujmę jego za­in­te­re­so­wa­nie moją oso­bą.

- Ależ skąd! - za­prze­czył z cha­rak­te­ry­stycz­ną za­dysz­ką, gdy mu o tym na­po­mknę­łam. - Opro­gra­mo­wa­nia te­stu­je się po to, by w mia­rę szyb­ko wy­kryć błę­dy. A ty... ty nie masz żad­nych wad! - za­jąk­nął się swo­im zwy­cza­jem i zno­wu wy­glą­dał jak stra­pio­ny li­ce­ali­sta.

 

Po­cząt­ko­wo na­wet Jo­an­na ni­cze­go nie po­dej­rze­wa­ła. Dzi­wi­ła się tyl­ko, że po­świę­cam jog­gin­go­wi wię­cej cza­su niż kon­spek­tom lek­cji z pol­skie­go.

- Roz­mi­nę­łaś się z po­wo­ła­niem - ma­wia­ła na wi­dok sto­su za­po­co­nych ko­szu­lek. - Two­ją spe­cjal­no­ścią po­win­no być ży­cie fi­zycz­ne, nie in­te­lek­tu­al­ne - mą­drzy­ła się znad ja­kiejś fi­lo­zo­ficz­nej książ­ki, któ­rą po­sta­no­wi­ła zro­zu­mieć. - Za­czy­nam się za cie­bie wsty­dzić - sar­ka­ła, wrzu­ca­jąc moje zde­ze­lo­wa­ne tramp­ki do pral­ki.

A ja śmia­łam się ra­do­śnie, li­czy­łam ro­sną­ce w moim brzu­chu mo­ty­le i by­łam zdu­mio­na, że moż­na być tak szczę­śli­wą. Sza­lo­ną i do­brą dla ca­łe­go świa­ta. A zwłasz­cza dla niej. Dla Jo­an­ny. Bo to był czas, gdy bez sło­wa pre­ten­sji zmy­wa­łam za nią sto­sy ga­rów, ro­bi­łam za­ku­py i cier­pli­wie śpie­szy­łam z po­mo­cą, gdy wpa­da­ła w ko­lej­ne ja­ski­nie swych wiel­kich tę­sk­not i ma­łych sa­mot­no­ści. Jed­no uczu­cie da­wa­ło mi siłę, aby bu­do­wać to dru­gie, sio­strza­ne. Jed­na mi­łość bu­dzi­ła tę dru­gą, trud­niej­szą...

Jaka by­łam głu­pia, my­śląc, że tak wy­glą­da praw­dzi­we ży­cie... Praw­dzi­we jest prze­cież wte­dy, gdy Jo­an­na spo­koj­nie śpi, ja nie od­bie­ram te­le­fo­nów Krzy­sia, spraw­dzam kla­sów­ki do pół­no­cy, a po­tem sia­dam przed lu­strem, któ­re mnie nie lubi, i pa­trząc so­bie w oczy, nucę Ma­rię Pe­szek:

 

Mar­z­nę bez cie­bie

Za­ma­rzam, po­wo­li się kulę...

Jak gej­sza bez ki­mo­na

Yoko Ono bez Len­no­na

Jak To­kio pod śnie­giem

Mar­z­nę bez cie­bie...