Samotne serca. Jessica Shaw. Tom 4 - Lisa Gray

-
Proszę czekać

Prolog

1989

W piątek wieczorem światła w Tawernie u Mike'a były przyciemnione, a sukienki podciągnięte powyżej kolan. Większość klientów wyglądała, jakby była na randce lub próbowała wyrwać kogoś na jedną noc. Devin Palmer nie należała do żadnej z tych grup. Siedziała samotnie w loży na tyłach lokalu, czując w ciele pulsujący bas z głośników, a wzrok utkwiła w drzwiach. Z każdym ich otwarciem goście wnosili ze sobą powiew zimnego marcowego powietrza i kolejną dozę rozczarowania. Żadna z twarzy nie przypominała tej, którą Devin miała nadzieję zobaczyć. Po raz setny spojrzała na zegarek i westchnęła. Już godzina spóźnienia.

Pogódź się z tym, Devin. Wystawiła cię. Własna siostra.

Devin i Erika były ze sobą mocno związane. W dzieciństwie razem się chowały, bo dzielił je tylko trochę ponad rok. Były nie tylko siostrami, ale i najlepszymi przyjaciółkami. Jednak wszystko się zmieniło zeszłego lata, gdy Erika wyjechała na studia do Los Angeles Valley.

Dziś wieczorem miały się spotkać na drinka, pogadać i nadrobić zaległości. Umówiły się u Mike'a, bo lokal znajdował się blisko kampusu Los Angeles Valley College, gdzie Erika została z kimś po zajęciach, żeby uczyć się w tamtejszej bibliotece. Prosto stamtąd miała przyjść do baru. Devin znów rzuciła okiem na zegarek i zmarszczyła brwi. Takie spóźnienie to już przesada. Mogła się spóźnić, ale nie aż tyle.

Devin wstała i poczuła, że nogi ma jak z waty. To przez te dwa drinki "dirty Martini". Była za młoda, żeby legalnie pić alkohol, a gdy już się skusiła, to zwykle zamawiała piwo. Teraz jednak nie była w Newbury Park, tylko w Valley, a tutaj wszystkie kobiety piły alkohol. Kelnerka ledwie na nią spojrzała, nie mówiąc już o wylegitymowaniu Devin, która na wszelki wypadek miała przy sobie fałszywy dokument tożsamości. Nie wsadzą jej do puszki za bycie nieletnią.

Przecisnąwszy się między spoconymi ciałami osób tańczących na parkiecie, dotarła do automatu telefonicznego wiszącego obok toalet. Wyjęła z torebki zmięty kawałek papieru z numerem telefonu i adresem małego mieszkania, które Erika dzieliła z koleżankami - Cindy i Debbie. Wrzuciła kilka ćwierćdolarówek do automatu i wybrała numer.

- Halo?

Głos po drugiej stronie słuchawki nie należał do Eriki. Devin nie była pewna, czy to Cindy, czy Debbie. Zatkała palcem ucho, by nie słyszeć Whitney Houston.

- Tutaj Devin. Czy mogę rozmawiać z Eriką?

- Kto mówi?

- Devin! Jej siostra! - próbowała przekrzyczeć ogłuszającą muzykę.

- Aha. No tak. Słuchaj, Devin. Erika wyszła. Była z kimś umówiona.

- Wiem. Miała się spotkać ze mną w Tawernie u Mike'a. Do tej pory się nie pojawiła.

- Nie, nie. Była umówiona na randkę. No wiesz, z Toddem. Przyjechał po nią jakiś czas temu.

Devin poczuła, jak policzki jej płoną, i nie miało to nic wspólnego z wypitymi wcześniej drinkami. Oczy szczypały ją od napływających łez, gotowych zniszczyć makijaż, nad którym spędziła pół godziny. Czyżby Erika zapomniała, że dziś wieczorem miały się spotkać? A może celowo ją olała, otrzymawszy lepszą propozycję? Tak czy inaczej, zostawiła Devin samą w barze pełnym ludzi jak jakąś frajerkę.

- Hej, Devin? - zabrzmiał głos Cindy albo Debbie. - Jesteś tam?

- Eee, tak. Ja... zadzwonię do niej później - rzuciła Devin i rozłączyła się.

Miała dziś nocować u Eriki. No i co teraz zrobi? Cindy i Debbie widziała wcześniej tylko raz, gdy Erika wyprowadziła się do Van Nuys. Wróciła do stolika, zastanawiając się, co począć. Kelnerka, która przechodziła obok, zręcznym ruchem zgarnęła jej pustą szklankę na tacę.

- To samo raz jeszcze? - spytała.

Devin zawahała się przez chwilę.

- Jasne.

A czemu nie, do cholery?

Czekając na drinka, błądziła wzrokiem po lokalu, aż jej wzrok zatrzymał się na facecie, który również siedział sam. Miał urodę gwiazdora filmowego, jakieś dwadzieścia pięć lat, może nieco mniej. Popijał piwo i był tak wyluzowany, jak gdyby siedział u siebie w domu na kanapie. Z pewnością nie wyglądał na frajera, którego ktoś wystawił do wiatru. Pewnie czekał na swoją dziewczynę, piękną jak modelka. Kelnerka podała jej drinka, a Devin upiła duży łyk, przyglądając się, jak atrakcyjna blondynka ze stolika obok - rozochocona wódką i dopingiem koleżanek - efektownym krokiem podchodzi do tego gościa ze śmiałością godną statystki z teledysku Roberta Palmera, po czym przysiada się do niego, jakby wchodziła mu do łóżka. Kilka chwil później wstaje i wraca do swoich koleżanek z nieco opuszczonymi ramionami i lekko kręcąc głową.

Gość spojrzał Devin w oczy i lekko przechylił głowę, jakby studiował jakiś ciekawy eksponat muzealny. Spuściła wzrok na drinka. Pomyślała, że siedząc tam w pojedynkę, wygląda pewnie jak jakaś totalna idiotka.

Narzuciła na siebie dżinsową kurtkę, położyła na stole kilka banknotów, by pokryć rachunek, i opuściła lożę. Zaklęła pod nosem, zahaczywszy o kant drewnianego krzesła, bo rozdarła nowiutkie turkusowe rajstopy. Zimne powietrze na zewnątrz zrobiło dobrze jej rozpalonym policzkom. Musiało padać, gdy była w środku. W świetle neonu tęczowe od ropy kałuże błyszczały na asfaltowym parkingu jak drobne blizny. Nie było mowy, żeby Devin usiadła teraz za kierownicą. Ojciec wściekłby się na nią za to, że piła - a na Erikę za to, że zostawiła siostrę na pastwę losu. W samochodzie jest mapa, która pozwoli jej znaleźć drogę do mieszkania Eriki, podobno znajdującego się blisko tawerny.

Ruszyła w kierunku swojego forda pinto. Usłyszała, jak za nią drzwi do lokalu znowu się otworzyły, a dźwięk głośnej muzyki zburzył spokój nocy. Nie licząc światła neonu, na parkingu było ciemno. Warsztat samochodowy i pralnia znajdujące się po obu stronach baru były już zamknięte, a może w ogóle nieczynne. Jeden z obcasów utknął jej w dziurze, przez co potknęła się i poczuła przeszywający ból w kostce.

- Spokojnie, powoli. - Czyjeś silne ramiona uchroniły ją od upadku. - Nic ci nie jest?

To był ten przystojny gość z baru. Z bliska wydał jej się jeszcze atrakcyjniejszy. Jego oczy miały intensywny niebieski odcień płomienia gazowego.

- Eee, tak, dzięki - odpowiedziała zakłopotana Devin, próbując wyplątać się z jego uścisku.

- Podrzucić cię gdzieś? - spytał.

Devin wskazała na swoje auto.

- Przyjechałam samochodem.

Gość zmarszczył brwi.

- Myślisz, że powinnaś prowadzić?

- Pewnie. Nic mi nie jest.

- Chodzi o to, że wydajesz się lekko...

- Wstawiona?

Roześmiał się.

- Chciałem powiedzieć niestabilna, ale niech ci będzie, że wstawiona.

- Jadę na Delano Street. To niedaleko stąd, prawda?

- Prawda - odparł, unosząc brew. - Co nie znaczy, że nie zatrzyma cię po drodze jakiś glina i nie będzie bardziej zainteresowany twoim wiekiem niż tutejsza obsługa.

Wyobraziła sobie, jak samochód policyjny odwozi ją do domu. Ojciec wpadłby w szał.

- Może masz rację. Powinnam wrócić do środka i zamówić taksówkę.

- Jadę w tym samym kierunku. Mogę cię podrzucić. To żaden problem.

Devin nie była pewna, co zrobić. Prawda, pod względem urody gość mógłby rywalizować z Johnnym Deppem, ale był dla niej kimś zupełnie obcym.

- Dzięki, ale wezmę taksówkę.

Gość zmarszczył brwi jeszcze bardziej.

- Czułbym się nieswojo, zostawiając cię tutaj samą. No i po co płacić za taksówkę, skoro możesz zabrać się ze mną.

Miał rację. I tak już sporo straciła na drinki, a on wydawał się naprawdę miły. W dodatku bolała ją kostka i bardzo chciała już walnąć się na kanapę Eriki, łyknąć coś przeciwbólowego i popić sporą ilością wody z lodem.

- No dobrze... jeśli to nie kłopot.

- Żaden kłopot, naprawdę.

Podeszli do jego pikapa. Devin ostrożnie zajęła miejsce pasażera, czując pulsujący ból w kostce. W kabinie furgonetki panował porządek i było zaskakująco czysto. Żadnych opakowań po fast foodach, żadnych śmieci na konsoli. Odświeżacz powietrza wiszący na lusterku wstecznym pachniał cytrynami. Devin przypomniała sobie skręconą skórkę cytryny w koktajlach i zrobiło jej się niedobrze. Zdecydowanie za dużo dziś wypiła. Zauważyła, że gość patrzy na jej rajstopy, i z zażenowaniem przesunęła palcami po rozdartym materiale.

- Zahaczyłam o krzesło. - Zaśmiała się. - To chyba nie jest mój najszczęśliwszy dzień.

Mężczyzna zatrzasnął drzwi, automatycznie gasząc światło w kabinie, i przekręcił kluczyk w stacyjce. Radio włączyło się na cały regulator. Przekręcił gałką, ściszając je nieco.

- Facet jest niezłym dupkiem, jeśli mam być szczery - powiedział, wyjeżdżając z parkingu.

- Jaki facet?

- Ten, który cię wystawił.

- Och nie. Nie byłam na randce. Umówiłam się z siostrą. Wygląda na to, że zapomniała o naszym spotkaniu.

- Też słabo.

- No tak. Mam nadzieję, że nasze relacje się poprawią, gdy ja też pójdę na studia.

- Wybierasz się na tę samą uczelnię co siostra?

- Taki mam plan.

- A co zamierzasz studiować?

Devin się skrzywiła.

- Zarządzanie biznesem. To nie do końca mój wymarzony kierunek, ale wszyscy twierdzą, że teraz warto znać się na komputerach i w ogóle.

- To prawda. A co wolałabyś robić?

- Idealnie byłoby zostać aktorką. Wiem, wiem. Brzmi słabo, co nie? Ale zagrałam w kilku szkolnych przedstawieniach i sprawiało mi to frajdę. Fajnie być taką Winoną Ryder czy Meg Ryan i występować w świetnych filmach, pozować w pięknych sukniach na czerwonym dywanie, gdy wszyscy wokół chcą ci robić zdjęcia. Gdy cały świat zna twoje nazwisko. Chodzi mi oczywiście o zawód, nie o sławę.

W ciemnej kabinie furgonetki dostrzegła jego uśmiech.

- Jestem pewien, że drzemie w tobie prawdziwy talent. A tak w ogóle to jak się nazywasz? No wiesz, na wypadek gdybyś rzeczywiście pewnego dnia została sławna.

- Devin. Devin Palmer.

Skinął głową.

- Będę cię wypatrywał w gazetach.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Przyjemne ciepłe powietrze dmuchające przez nawiew i rytmiczny warkot silnika działały na nią uspokajająco. Devin poczuła, że zamykają jej się oczy. Broda opadła jej na klatkę piersiową. Obiecała sobie, że zdrzemnie się tylko minutkę.

Devin uniosła głowę i otworzyła oczy. Wysadzane drzewami ulice i domy zniknęły. Jechali autostradą. Nie powinni być na autostradzie. Lekki rausz natychmiast zastąpiła trzeźwa panika.

- Dlaczego jedziemy autostradą? - domagała się wyjaśnienia. - Dokąd mnie zabierasz?

- Do Chatsworth - odpowiedział spokojnie.

- Chatsworth? - rzuciła Devin z niedowierzaniem. - Moja siostra mieszka w Van Nuys, w tej samej dzielnicy co bar. Po jaką cholerę jedziemy do Chatsworth?

Spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko.

- Lubisz filmy, prawda? Pomyślałem, że pokażę ci coś fajnego.

Devin czuła, że boli ją głowa i jest jej niedobrze, i że zaraz obrzyga wnętrze tego czyściutkiego pikapa.

- Proszę, zawieź mnie do domu. Nie czuję się zbyt dobrze.

- To zajmie tylko chwilę, obiecuję. Naprawdę warto. Zobaczysz.

Kilkaset metrów dalej wrzucił kierunkowskaz i skręcił w zjazd. W radiu skończyła się lista przebojów, wybiła dwudziesta druga i podano najnowsze wiadomości. Najważniejszą informacją dnia była prośba o jakiekolwiek informacje w sprawie młodej kobiety, której ciało znaleziono cztery dni temu w Stoney Point Park. Nazywała się Mary Ellen Hardwick i była dwudziestojednoletnią studentką college'u z Canoga Park. Mężczyzna przekręcił gałkę i wyłączył radio. Po kilku zakrętach zwolnił i zatrzymał samochód przy drodze.

Devin spojrzała przez okno. Nie widziała nic oprócz niewyraźnych zarysów wzgórz, jakichś skał i gęstych zarośli. Sądząc po znakach, które mijali po drodze, byli gdzieś u podnóża gór Santa Susana.

- Wiesz, tutaj był kiedyś plan filmowy - powiedział. - Jedna z najczęściej filmowanych lokalizacji w mieście. Nie poznajesz?

Devin pokręciła głową. Poważnie? Wiózł mnie taki kawał drogi, żeby pokazać mi jakieś głupie skały?

- Kręcili tu sceny do takich klasyków jak Bengali, Mocni ludzie czy Dama na dwa tygodnie.

- Hm, nigdy o nich nie słyszałam. Przykro mi.

- Za dzieciaka w niedzielne popołudnia oglądałem z tatą stare westerny. To jedno z niewielu wspomnień, jakie mi po nim zostało.

W tym wyznaniu dało się słyszeć smutek i zrobiło jej się go żal.

- Przykro mi. Twój tata zmarł, gdy byłeś mały?

- Nie. Musiał odejść.

Devin czekała, aż rozwinie swą wypowiedź. Ponieważ milczał, powiedziała:

- Słuchaj, ja naprawdę muszę już wracać.

- Chodźmy tam, gdzie jest lepszy widok.

Zanim zdążyła zaprotestować, otworzył drzwi i wysiadł z pikapa. Wyskakując z samochodu, Devin poczuła przeszywający ból w kostce. Kuśtykając, poszła za nim w kierunku strzelistej formacji skalnej.

Wiatr rozwiewał jej włosy jak niekontrolowany ogień. Głowa pękała jej z bólu i dokuczała bardziej niż spuchnięta kostka. Miała wrażenie, że kac dopadł ją o dzień za wcześnie. Nawet w świetle palących się reflektorów nie była w stanie dostrzec niczego godnego uwagi. Jedynie pusty krajobraz ze światełkami migającymi gdzieś w oddali. To pewnie ten parking z przyczepami kempingowymi, który mijali po drodze. Oprócz pikapa na ulicy nie było żadnego samochodu. Droga była pusta i wijąc się jak czarna wstążka, znikała w ciemności.

- Ja naprawdę muszę już wracać. Erika będzie się o mnie martwić.

Mężczyzna milczał. Stał odwrócony do niej plecami, jakby wpatrywał się w nakrapiane światełkami zbocze gór. Devin usłyszała ostry trzask, a po nim kolejny.

- Słyszałeś, co powiedziałam? Mówiłam, że chcę do domu.

Odwrócił się. Miał dziwny wyraz twarzy. Zauważyła, że jego dłonie mają nienaturalnie biały kolor. Po chwili zdała sobie sprawę, że gość ma na dłoniach lateksowe rękawiczki.

- Co do...

Nieznajomy uśmiechnął się do niej.

- Ne martw się, Devin. Wkrótce cały świat pozna twoje nazwisko. Tak jak chciałaś.

1

JESSICA - OBECNIE

Jessica Shaw nadmuchała parę rękawiczek, jakby to były balony na kinder party. Szybko wsunęła dłonie w rozdęty lateks i nasunęła na nos i usta jednorazową maseczkę. Następnie opróżniła worki pełne cudzych śmieci na podłogę przed drzwiami swojego motelowego pokoju i zaczęła je dokładnie badać. Odpady należały do Martina Nelsona, pracującego zdalnie doradcy finansowego, który mieszkał w Sherman Oaks ze swoją dwudziestodwuletnią żoną.

Sześć godzin wcześniej - około trzeciej nad ranem, gdy ulica, przy której stał jego dom, była martwa jak tygodniowy trup - Jessica zamieniła dwa worki śmieci z motelu na te z kubła przed posiadłością Nelsona. Wystawione pojemniki czekały na poranny odbiór odpadów, czyli ich zawartość była legalnie dostępna dla wszystkich, w tym Jessiki. Podmianka była po to, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń, że ktoś może interesować się Martinem Nelsonem.

Nigdy nie widziała tego mężczyzny, ale po miesiącu węszenia i po trzech tygodniach zabezpieczania śmieci - taki eufemizm w żargonie prywatnych detektywów oznaczający grzebanie w cudzych odpadach - można było uznać, że wie o nim naprawdę wiele. Martin Nelson wypijał co najmniej trzy butelki dobrego chablis tygodniowo, najczęściej zamawiał jedzenie w Cheesecake Factory, brał leki obniżające poziom cholesterolu, a na lokacie miał okrągłą sumkę (jak na doradcę finansowego przystało).

Jessica wiedziała też, że ma romans z Sherry Scott, która była jedną z jego klientek. Potrzebowała jedynie dowodu. Miała nadzieję, że może tym razem w jego śmieciach natrafi na "żyłę złota". Nie zważając na dziwne spojrzenia gości motelowych, skrupulatnie badała każdą wyrzuconą rzecz. Wiekowa maszyna do lodu grzmotnęła i zabrzęczała, a letnie słońce grzało ją w plecy. Tego rodzaju robotę najgorzej się wykonuje, gdy jest ciepło. Jessica była w połowie przeglądania zawartości drugiego worka, gdy znalazła "złoty bilet", a raczej wyciąg z karty kredytowej Martina Nelsona. Rzuciwszy okiem na nazwisko właściciela konta i transakcje, już wiedziała, że dokument nie dotyczy "plastiku", którego współwłaścicielką była pani Nelson. "No ładnie, ładnie, Martin" - mruknęła pod nosem. Doradca finansowy powinien wiedzieć, że takie dokumenty wrzuca się do niszczarki, a nie do kosza na śmieci. Teraz zniszczeniu ulegną raczej eleganckie garnitury Nelsona, gdy jego żona otrzyma dowód jego niewierności. Jessica włożyła papier do czystego woreczka strunowego i zdjęła lateksowe rękawiczki. Opuściła maseczkę na brodę i wystukała esemesa do swojego partnera, Matta Connora.

Wisisz mi dziesięć dolców.

Odpisał niemal natychmiast: Nie gadaj! Co znalazłaś?

Jessica: Wyciąg z karty kredytowej. Tej, o której jego żona nie ma pojęcia. Dwa pobyty w hotelu, bielizna Victoria's Secret warta sto dolarów i kolacja w Lucques on Melrose.

Connor: Cholera! A ja naprawdę myślałem, że jego żona to paranoiczka. Dobra robota, Shaw.

Jessica: Paranoiczka? Po tym jak w ciągu ostatniego miesiąca Nelson i Scott bywali w hotelach w całym zachodnim Hollywood w odległości dwudziestu minut drogi od siebie?

Connor: Jest doradcą finansowym. Mógł być zupełnie niewinny - spotkania biznesowe w biznesowych apartamentach.

Jessica: Ta, jasne. Wygląda na to, że przeczucie mnie nie myliło. Chyba coraz lepiej idzie mi namierzanie zdradzieckich szui.

To był cios poniżej pasa i Jessica nie była zaskoczona brakiem reakcji. Gdy zaczynała pracę dla Connora, zbliżyli się do siebie, po czym odkryła, że ma narzeczoną, o czym jakoś zapomniał jej wspomnieć, gdy którejś nocy całowała go w basenie.

Jessica była już wtedy pełnoprawną, aktywną detektyw w Nowym Jorku, ale żeby dostać licencję w Kalifornii, wciąż musiała wyrabiać godziny. Dlatego zgodziła się, aczkolwiek niechętnie, dalej pracować dla MAC Investigations. Doszli do porozumienia, które pasowało im obojgu. Connor będzie działał z biura w Venice Beach i zajmie się sprawami w Westside, podczas gdy Jessica przejmie sprawy w Hollywood i okolicy. Do tej pory ten układ się sprawdzał.

Ekran jej telefonu rozświetliła kolejna wiadomość od Connora.

Wysłałem do ciebie kolejną klientkę. Christine Ryan. Była chwilę temu w agencji. Chce, żebyś namierzyła jej dawno zaginioną przyjaciółkę. Sprawa prosta i przyjemna. Będzie u ciebie w gabinecie o jedenastej.

W gabinecie. To był jeden z żarcików Connora. Jessica nie miała swojego biura. Nie miała nawet domu, choć jej wędrowny styl życia był raczej kwestią wyboru niż okoliczności.

Od jakiegoś czasu pomieszkiwała w motelu Ace Budget, którego nie należy mylić ze sławniejszym i elegantszym Ace Hotel na Broadwayu. Ale był tu mały, dobrze zaopatrzony bar, a tuż obok niedroga restauracja, gdzie podawano najlepsze cheeseburgery w okolicy. W normalnych godzinach pracy umawiała się z klientami w restauracji, a bar służył jej do spotkań po godzinach.

Jessica usłyszała za plecami czyjeś kroki na galerii, a potem chrząknięcie, typowe dla kogoś, kto w teatralny sposób chce zwrócić na siebie uwagę, a nie pozbyć się flegmy. Odwróciła się, wciąż kucając, i przysłoniła ręką oczy, oślepiana przez palące słońce. Przed nią stała starsza kobieta. Była szczupła, miała krótkie platynowe włosy, kilka tonów jaśniejsze niż tlenione, sięgające brody włosy Jessiki, a ubrana była w bluzę bez rękawów i spodnie z szerokimi nogawkami.

- Jessica Shaw? - spytała kobieta.

- Zależy, kto pyta. Jeśli masz kasę i musisz kogoś odnaleźć albo twój mąż podejrzanie się zachowuje, to jestem osobą, której szukasz. Jeśli jesteś przedstawicielem handlowym - nie jestem zainteresowana. - Spojrzała na śmieci Nelsona. - No, chyba że sprzedajesz odświeżacze powietrza.

- Gość, który pracuje w restauracji, mówił, że tutaj cię znajdę. Powiedział, że poznam cię po tym, że będziesz grzebać w śmieciach. Myślałam, że się przesłyszałam, ale jednak nie.

- Z kim mam przyjemność? - spytała Jessica, wstając.

- Christine Ryan. Twój wspólnik z agencji detektywistycznej mnie tu przysłał.

- Miałaś być za godzinę.

- Przyjechałam prosto z Venice. Nie chciałam marnować czasu.

Jessica powoli skinęła głową.

- No dobrze. Daj mi chwilę, tylko to uprzątnę i się ogarnę. Zamów sobie kawę u Dustina obok i tam na mnie poczekaj. Powiedz Woody'emu, żeby posadził cię przy moim stoliku. To nie potrwa długo.

Patrzyła, jak Christine Ryan wraca galerią i schodzi po schodach na parter, po czym ponownie włożyła rękawiczki i naciągnęła na twarz maseczkę. Wsadziła jeszcze dwa obciążające dowody do plastikowych woreczków, a resztę śmieci wrzuciła do motelowego śmietnika. Następnie poszła do swojego pokoju, by wziąć szybki prysznic i się przebrać.

Dwadzieścia minut później Jessica zastała Christine Ryan siedzącą przy stoliku na tyłach lokalu u Dustina z kubkiem kawy w rękach. Był to ulubiony stolik Jessiki, gdyż dawał sporo prywatności podczas rozmów o delikatnych sprawach, zapewniając jednocześnie najlepszy widok na restaurację, która obecnie świeciła pustkami, nie licząc dwojga turystów siedzących po przeciwnej stronie sali. Nad barem wisiały czarno-białe zdjęcia gwiazd zespołu Rat Pack. Jessica poważnie wątpiła, by ktoś taki jak Frank Sinatra i Sammy Davis Jr. bywali u Dustina, ale jeśli klienci chcieli wierzyć, że w konsumpcji towarzyszą im duchy sławnych artystów, to niech im będzie. Woody kupił ten lokal piętnaście lat temu, ale szkoda było mu kasy na wymianę czerwonego buczącego neonu i inwestowanie w zmianę wystroju wnętrza. Nie przeszkadzało mu, że nad drzwiami widnieje cudze nazwisko, a Jessice nie wadziły połatane siedzenia z jasnoniebieskiego skaju, podarte karty dań ani skrzypiące stołki barowe. Sprawiało to, że restauracja miała swego rodzaju urok, który jej pasował. Zamówiła naleśniki i zaproponowała Christine coś do jedzenia, ale ta podziękowała.

- Będziemy chciały dolewkę kawy - powiedziała Jessica Woody'emu. - To nocne zbieranie śmieci całkiem rozregulowało mój zegar biologiczny.

- Nie ma sprawy - odparł. - Zaraz podam naleśniki.

Woody był łysy jak kolano, a uśmiech miał zaraźliwy jak ziewanie. Wiedział, żeby nie gadać za dużo, gdy Jessica pracuje. Zaniósł zamówienie do kuchni. Christine zmarszczyła nos.

- Nie brzydzi cię to grzebanie w cudzych śmieciach?

Jessica wzruszyła ramionami, przełykając kawę.

- Są gorsze zawody, wierz mi. Większość z nich wykonywałam na studiach. No i teraz przynajmniej wiesz, że jestem dokładna. - Wyjęła notes i długopis z torebki, otworzyła na czystej stronie, gotowa robić notatki. - Opowiedz mi o tej przyjaciółce, którą mam odnaleźć.

- Nazywa się Veronica Lowe - rzekła Christine. - Lowe z "e" na końcu. Nie widziałam jej ponad piętnaście lat. A może nawet dwadzieścia. Jesteśmy w tym samym wieku, więc teraz będzie miała czterdzieści sześć lat.

Jessica próbowała ukryć swoje zaskoczenie. Dałaby Christine dziesięć lat więcej. Jej blada cera pokryta była zmarszczkami, a skóra na szyi pomarszczona. Miała zmęczone oczy, a pod nimi ciemne kręgi, cienie jakby od popiołu. Nawet jej perfumy były staromodne.

Jessica miała kiedyś w szkole koleżankę, której mama zawsze pachniała Chanel No. 5. Christine też ich używała albo któregoś z klasyków lubianych przez kobiety w pewnym wieku. Perfumy te nie były w guście Jessiki, choć była to miła odmiana po śmierdzących śmieciach Martina Nelsona.

- Od dziecka byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami - kontynuowała Christine. - Nawet spałyśmy w tym samym łóżku, gdy nasze mamy na zmianę się nami opiekowały. Wychowywałyśmy się na tej samej ulicy i wszystko robiłyśmy razem - razem chodziłyśmy na balet, a potem razem umawiałyśmy się na randki. Ciągle przesiadywałyśmy w domach - albo u mnie, albo u niej. Papużki nierozłączki.

Wyjęła kilka zdjęć z torebki i podała je Jessice. Były stare. Niegdyś błyszczące powierzchnie zmatowiały od palców, które przez lata ich dotykały. Na wszystkich widniały dwie małe dziewczynki. Jedna była blondynką, druga miała rude włosy. Obie chudziutkie, opalone, tak samo ubrane, uśmiechały się do zdjęcia.

Jessice podano naleśniki. Polała je sowicie syropem klonowym, podczas gdy Woody dolewał im kawy. Nadziała kawałek naleśnika na widelec, włożyła go do ust i popiła. Poczekała, aż Woody odejdzie na tyle, by ich nie słyszeć, i ponownie skierowała uwagę na Christine.

- Więc ty i Veronica w dzieciństwie byłyście nierozłączne, a potem straciłaś z nią kontakt? Dlaczego?

Christine wsypała saszetkę cukru i dwie śmietanki do kubka.

- Chyba po prostu oddaliłyśmy się od siebie. Byłyśmy już wtedy po dwudziestce i każda z nas poszła inną drogą. Nie było jakiejś wielkiej kłótni między nami, żadnego poważnego konfliktu. Nic w tym rodzaju. Były rzecz jasna kwestie, co do których się nie zgadzałyśmy, ale to żadna nowość. Pewnego dnia po prostu przestałyśmy do siebie dzwonić, i tyle.

Smutna historia, ale Jessica wiedziała, że często tak się dzieje. Sama nie utrzymywała kontaktu z nikim z czasów, gdy mieszkała jeszcze w Nowym Jorku. Nie licząc byłego szefa, Larry'ego Lutza.

Wytarła usta papierową serwetką i zamieniła widelec na długopis.

- Okej, będzie mi potrzebne wszystko, co wiesz - ostatni adres, miejsce pracy i tak dalej.

- Kiedy ostatni raz widziałam się z Veronicą, pracowała jako kelnerka. Wynajmowała mieszkanie w Micheltorena w Silver Lake. Zadzwoniłam do niej pod stary numer stacjonarny po tym, jak natknęłam się na nasze zdjęcia z dzieciństwa, przygotowując rzeczy na wyprzedaż garażową. Ktoś obcy odebrał i powiedział, że ona już tam nie mieszka. Nie podała adresu do korespondencji. Zastanawiałam się wtedy, czy to nie znak. Potem jeszcze przez kilka lat szukałam jej na Facebooku i Instagramie, ale nigdy się na nią nie natknęłam.

- A jej rodzina? Myślisz, że może mieć z nimi kontakt?

Christine pokręciła głową.

- Mama Veroniki zmarła kilka lat temu. Był nekrolog w gazecie. Ojca praktycznie nie znała. Zostawił je, gdy miała trzy czy cztery latka. W ogóle go nie pamiętam.

Jessica odłożyła długopis i spojrzała Christine w oczy.

- Zrobię co w mojej mocy, by odnaleźć Veronicę, ale chyba masz świadomość, że nie każdy chce zostać znaleziony? Niektórzy znajomi z przeszłości chcą pozostać dawnymi znajomymi.

- Jasne. Rozumiem, że Veronica może nie chcieć, bym znów była częścią jej życia. Ja tylko muszę wiedzieć, że nic jej nie jest. Że jest bezpieczna.

- Dlaczego teraz? Po co ci prywatny detektyw po tylu latach?

- Coś się wydarzyło. Coś bardzo złego. I teraz obawiam się, że nie tylko ja szukam Veroniki.

- Co się stało? Kto jeszcze próbuje ją odszukać?

Kobieta ponownie sięgnęła do torebki, tym razem po kawałek papieru. Był to artykuł z gazety, pożółkłej ze starości. Podsunęła go Jessice.

- Ktoś, kto chce ją zabić.

2

VERONICA - 1999

Veronica słuchała zapętlonej piosenki Everybody Hurts zespołu REM, gdy głośne, dwukrotne pukanie do drzwi poderwało ją z miejsca.

Był sobotni wieczór, parę minut po dwudziestej, i nie spodziewała się żadnych gości. Może jeśli zignoruje intruza, ten zrozumie aluzję i pójdzie sobie.

Rozległo się kolejne pukanie. Tym razem głośniejsze.

A może nie.

Veronica westchnęła i opuściła miejsce na kanapie, gdzie spędziła prawie dwadzieścia cztery godziny, użalając się nad sobą, słuchając smutnych kawałków i jedząc Cheetosy. Strzepnęła pomarańczowe okruszki z piżamy.

Znowu pukanie, a raczej walenie do drzwi, jakby teraz ktoś używał pięści.

- Okej, już idę - wymamrotała Veronica.

Może to Allan przyszedł płaszczyć się i błagać ją, by go przyjęła. Jeśli tak, to wystarczy jedno spojrzenie i ucieknie gdzie pieprz rośnie. Dziś rano nie chciało jej się wziąć prysznica, ubrać ani nawet umyć zębów. Przygładziła strąkowate włosy i cicho szurając puchatymi kapciami, przeszła do przedpokoju. Spojrzała przez wizjer i zobaczyła Christine stojącą na schodach. Nawet przez małą, zniekształcającą widok soczewkę Veronica potrafiła dojrzeć zniecierpliwienie na twarzy najbliższej przyjaciółki.

Była zawiedziona, że to nie Allan, a to sprawiło, że sama siebie rozczarowała. Veronica próbowała sobie wmówić, że skorzystałaby z okazji, by na niego nawrzeszczeć, zwyzywać go, a może nawet dać mu w twarz. Zrobić to wszystko, co powinna zrobić wczoraj wieczorem w restauracji. Wiedziała jednak, że to nieprawda. Wiedziała, że gdyby Allan próbował do niej wrócić, prawdopodobnie by się zgodziła. Przykleiła uśmiech do twarzy i pociągnęła za klamkę.

- No nareszcie. Już myślałam, że będę musiała wyważyć drzwi. - Na widok Veroniki w niechlujnej piżamie Christine zmarszczyła brwi. - Błagam, nie mówi mi, że od rana leżysz w łóżku.

- Eee, nie. Tak sobie siedzę i słucham muzyki.

Christine zmrużyła oczy i nadstawiła ucha w kierunku, skąd dobiegał melancholijny głos Michaela Stipe'a.

- Czy to REM? Tak jak myślałam - ty się nie relaksujesz, tylko zadręczasz. Pomyślałam, że skoro już zamierzasz użalać się nad sobą, to równie dobrze możesz to zrobić w towarzystwie.

W jednej ręce trzymała butelkę wina - sądząc po kroplach spływających po szkle, dopiero co wyjętą ze sklepowej chłodziarki - a w drugiej dwa filmy DVD z wypożyczalni Blockbuster Video. Przeciskając się obok Veroniki, weszła do mieszkania.

- Proszę, wejdź. Zapraszam - wymamrotała Veronica pod nosem, zamykając drzwi.

Poszła za Christine do salonu i wróciła na to samo wymoszczone, jeszcze ciepłe miejsce na powleczonej skajem kanapie. Słyszała grzebanie w szufladzie przy zlewozmywaku, a potem dźwięk wyciągniętego korka. Christine szczyciła się tym, że nigdy nie pije z gwinta. Uważała, że wprost z butelki pije się tylko jabole i to na studiach, choć sama nigdy nie wydała na butelkę więcej niż pięć dolców.

Christine wyłoniła się z kuchenki z pełną lampką w każdej dłoni i postawiła je na szklanym blacie metalowego stolika, tuż obok płyt DVD. Veronice nawet nie chciało się opieprzyć jej za to, że nie użyła podkładek.

- Przesuń się - rozkazała Christine i opadła ciężko na kanapę obok Veroniki. Zrzuciła buty i wsunęła stopy pod siebie. - Nie mogę uwierzyć, że Szary Allan miał czelność cię zostawić. Opowiedz mi o wszystkim, kochana.

Szary Allan - tak Christine nazywała chłopaka Veroniki - a teraz już raczej byłego chłopaka - bo, jak twierdziła, był tak samo nudny jak ten kolor. Veronica pociągnęła łyk chardonnay. Wino było smaczne i szybko zamieniło jej napięte mięśnie w ciekłą papkę. Wzięła kolejny łyk i opowiedziała Christine, co zdarzyło się poprzedniej nocy.

- Poszliśmy na kolację do Casita Del Campo. No wiesz, do tej knajpy na Hyperion Avenue. Allan powiedział, że musi ze mną coś omówić, i wydawał się bardzo zdenerwowany. Nawet nie tknął swoich tamali z wołowiną, co jest do niego niepodobne, bo co jak co, ale zjeść to on lubi. Myślałam, że chce zaproponować, byśmy ze sobą zamieszkali, skoro już chodzimy ze sobą prawie rok. No i wtedy, między daniem głównym a deserem, oznajmił mi, że nam się nie układa i że powinniśmy się rozstać.

- Wow, co za dupek. - Christine pokręciła głową i sięgnęła po swoją lampkę wina. - Czy on nie rozumie, że trafiła mu się dziewczyna spoza jego ligi? Jeśli ktoś tu mógł z kimś zerwać, to co najwyżej ty.

Veronica zaśmiała się nieśmiało.

- Tak się składa, że on to właśnie powiedział: "Tu nie chodzi o ciebie, tylko o mnie". Dasz wiarę?

Christine przewróciła oczami.

- Niestety jestem w stanie w to uwierzyć. I co ty na to?

- Odparłam, że to oczywiste, że to w nim jest problem. Dlaczego, do cholery, miałoby chodzić o mnie? W końcu to on przedwcześnie łysieje, brudne majtki pierze mu matka, a jego osobowość jest tak nudna jak te jego szare garnitury. Stąd ksywa Szary Allan.

Na twarzy Christine odmalowało się zaskoczenie, a potem podziw.

- Nie gadaj! Naprawdę tak mu przygadałaś?

- Oczywiście, że nie. - Veronice opadły ramiona. - Dopiero w taksówce, w drodze do domu, pomyślałam o tym, jak powinnam tę sytuację skomentować.

- Nienawidzę, gdy tak się dzieje. A co rzeczywiście mu powiedziałaś?

- Że powinniśmy poprosić o rachunek i zrezygnować z deseru.

- Czy przynajmniej zapłacił za kolację?

Veronica uniosła brwi.

- A jak myślisz?

Christine wydała z siebie dźwięk wyrażający dezaprobatę.

- Do portfela tego dupka trudniej się dostać niż do skarbca Fort Knox. To też powinnaś dodać do listy jego wad, które wymieniłaś w tej swojej wyimaginowanej rozmowie.

Obie wybuchnęły śmiechem i śmiały się tak długo, aż łzy zaczęły spływać im po policzkach. Po dłuższej chwili się uspokoiły.

- Dzięki, że wpadłaś i poprawiłaś mi humor, Chrissie. Bardzo tego potrzebowałam.

- Od tego ma się przyjaciół, co nie? - Christine dopiła wino i sięgnęła po płyty z filmami DVD. - A teraz zdradź mi, na co masz ochotę.

- A jaki mam wybór?

- Con Air - lot skazańców albo Oczy węża. Innymi słowy, Nicolas Cage w roli więźnia albo Nicolas Cage jako skorumpowany glina.

Veronica się skrzywiła.

- Serio?

- Prawdę mówiąc, próbowałam omijać dział z komediami romantycznymi. Uznałam, że możesz nie być w nastroju na filmy w stylu "dziewczyna poznaje chłopaka" ani na coś z Sandrą Bullock w roli głównej.

- Nie mam nic przeciwko Sandrze Bullock.

- Ale ja mam.

Veronica westchnęła.

- No to w takim razie niech będzie Con Air.

- Albo - powiedziała Christine z szelmowskim błyskiem w oku - skoro jesteś w nastroju do oglądania niebezpiecznych mężczyzn, mam inną propozycję rozrywki na dzisiejszy wieczór.

- Aha?

Christine sięgnęła do torebki i wyjęła tanio wyglądającą broszurę wydrukowaną na błyszczącym papierze. Wielkimi czarnymi literami widniał na niej napis Klub Samotnych Serc, a pod nim jaskrawoczerwone serce, na którym nie wiadomo czemu były kajdanki.

Veronica jęknęła.

- W żadnym razie nie zapiszę się do serwisu randkowego. A już na pewno nie do takiego dla zboczonych dziwaków.

- To nie serwis randkowy - zaprotestowała Christine. - To znaczy w pewnym sensie tak. Ale jest jedna wielka różnica. Wszyscy ci mężczyźni siedzą w więzieniu. Czy to nie fantastyczne?

Veronica wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.

- Czyś ty oszalała? Błagam, powiedz, że żartujesz.

- Ani trochę - odparła Christine i cisnęła broszurką w Veronicę. - Rzuć na to okiem, a ja pójdę dolać nam wina. I na miłość boską wyłącz tę dołującą muzykę i zapodaj coś weselszego, bo zaraz wbiję sobie korkociąg w serce.

Veronica wstała i zmieniła REM na No Doubt. Wróciła na kanapę i wzięła do ręki folder reklamowy, polizała palec i przerzuciła strony, które oczywiście przedstawiały fotografie skazańców. Niektóre z zeskanowanych zdjęć najwyraźniej pochodziły z czasów przed osadzeniem, podczas gdy strój i tło pozostałych wskazywały na ujęcie za kratkami. Każdy obraz miał swój numer, datę pójścia do więzienia i przewidywanego wyjścia, popełnione przestępstwo (lub przestępstwa), znak zodiaku, wiek, opis zainteresowań oraz hobby. Niektóre były zaznaczone długopisem, pewnie przez Christine, która właśnie wyszła z kuchni z butelką wina i uzupełniła kieliszki.

- Ty chyba nie planujesz na serio napisać do tych facetów? - spytała Veronica.

- Jasne, że tak. A dlaczego nie?

Veronica przeczytała na głos szczegóły jednego z zakreślonych profili.

- Clay jest spod znaku Lwa i odsiaduje wyrok od dziesięciu do dwunastu lat pozbawienia wolności za handel narkotykami. W więzieniu odnalazł Boga, odkrył jogę, a teraz chciałby związać się z kobietą o wielkim sercu.

Christine popijała chardonnay.

- Trzeba przyznać, że okres dziesięciu lat wymaga pewnego zaangażowania, na które mnie nie stać, ale on nie liczy na żaden poważny związek. Tak przynajmniej wynika z jego profilu.

- Skoro nie liczy na poważny związek, to cała reszta faktycznie jest okej.

- Z sarkazmem ci nie do twarzy, kochana. Napij się wina i posłuchaj, jak to działa.

Veronica znowu się uśmiechała.

- Dobra, no to dawaj.

- No więc, żeby zostać wpisanym do broszury, ci mężczyźni muszą wpłacić pieniądze, które podobno są przekazywane na rzecz resocjalizacji więźniów po odsiadce, ale podejrzewam, że założycielka, niejaka damulka z południa nazywająca się Bibi Durrant, też zgarnia sporą sumkę. Ci mężczyźni mogą pisać do ciebie bezpośrednio, lub - jeśli nie chcesz podawać swojego adresu domowego - za niewielką opłatą korespondować przez skrytkę pocztową Klubu Samotnych Serc, więc oni nigdy nie dowiedzą się, gdzie mieszkasz. Innymi słowy, masz gwarantowany dreszczyk i ekscytację z pisania do gościa siedzącego w więzieniu, i nie musisz się martwić, że pewnego dnia po zwolnieniu warunkowym pojawi się przed twoimi drzwiami. Są też organizowane spotkania towarzyskie, podczas których możesz spotkać inne Samotne Serca i umówić się z nimi na lunch albo na drinka oraz wymienić się radami i wskazówkami na temat tego, jak zostać żoną skazańca. Tak, niektóre w końcu wychodzą za nich za mąż!

- Czy my naprawdę jesteśmy aż tak zdesperowane, Chrissie? Wiem, że ci przystojni chłopcy w knajpach na Sunset Avenue nie są najfajniejsi, ale skazańcy?

- Chodzi o to, żeby się trochę zabawić, Vera. Co w tym złego?

- Chyba nic - odparła Veronica niepewnie.

Teraz Christine mówiła już jak nakręcona.

- Piszących zachęca się, żeby przysłali swoje zdjęcie. Ale nie z polaroidu, z jakiegoś powodu te są zakazane. - Wyjęła z torebki aparat fotograficzny jednorazowego użytku. - Miałam zaproponować, żebyśmy zrobiły sobie zdjęcia, ale...

- Ale co?

- Proszę, nie zrozum mnie źle, kochana, ale uważam, że zanim znajdziesz się w pobliżu aparatu, powinnaś wziąć prysznic i się pomalować. Nawet największy przestępca z Lompoc nie odpisałby ci, gdybyś wysłała mu zdjęcie, na którym wyglądasz tak jak teraz.

Veronica otaksowała wzrokiem przyjaciółkę. Christine miała na sobie poszerzane u dołu, opuszczone na biodra dżinsy i obcisłą, koronkową koszulkę z satyny. Usta pomalowała ciemnoczerwoną szminką i obrysowała konturówką w podobnym odcieniu. Blond włosy skręcone w luźne loki opadały jej na ramiona.

- A ja się zastanawiałam, dlaczego tak się wystroiłaś na babski wieczór w domu. Chyba rzeczywiście pójdę i...

Zamilkła na widok jednego ze zdjęć. Gość miał niewiele ponad trzydzieści lat i intensywnie niebieskie oczy, które mimo słabej jakości zeskanowanego zdjęcia zdawały się wyskakiwać ze strony.

- Co jest? O co chodzi? - Christine wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, w co Veronica się wpatruje.

- A może ten? Jest boski. Wygląda jak gwiazdor filmowy. - Veronica przysunęła broszurkę bliżej Christine i postukała palcem w zdjęcie.

Christine parsknęła.

- Travis Dean Ford? Zapomnij! To tak jakbyś wysłała maila do Matthew McConaugheya jako jego fanka i czekała, aż odpisze. Travis Dean Ford jest sławny. A raczej owiany złą sławą. Pewnie wiesz, że udusił jakieś piętnaście kobiet, prawda?

- Nie wygląda na mordercę.

- Oni nigdy tak nie wyglądają, moja droga.

Veronica nie mogła oderwać wzroku od tego zdjęcia. Travis Dean Ford. Jakiś dziwny prąd płynął przez jej żyły, odurzając bardziej niż to tanie białe wino.

- Przecież mówiłaś, Chrissie, że chodzi o zabawę? Co złego może się stać? Najwyżej mi nie odpisze.

Kiedy przyjaciółka nie odpowiedziała od razu, Veronica spojrzała na nią znad broszury. Christine miała zmarszczone czoło, a Christine niemal nigdy nie marszczyła czoła, gdyż to prowadzi do przedwczesnych zmarszczek.

- No co? - spytała Veronica.

- A może właśnie odpisze. I nie jestem pewna, czy to dobrze.

- Dlaczego?

- Pamiętam artykuł, który czytałam na jego temat zaraz po tym, jak go złapali - rzekła Christine nadzwyczaj poważnym tonem. - Wszystkie jego ofiary były szczupłe, miały długie rude włosy i jasną cerę. Jesteś w jego typie, Veronico.