Samotne oceany Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz, pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo - Paulina Reiter

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Utrzymywałam, że mamy dużą moc, historię zapomnianych i niedocenionych zwycięstw, i że choć niektóre rzeczy się pogarszają, to długofalowo - szczególnie z punktu widzenia kobiet, osoby queer czy niebiałej - w zakresie praw i ról społecznych dokonała się znacząca poprawa, i że nie znamy z góry skutków naszych działań.

 

Rebecca Solnit, "Wspomnienia z nieistnienia"[1]

 
 
 
 
Prolog
W stronę Przylądka Dobrej Nadziei, 1977 rok

Cienka lina łączy kobietę i niewielki jacht, jak pępowina. Przypięła się, bo jeśli wypadnie za burtę, nikt nie zawróci jachtu, nikt jej nie podbierze. Utonie. Jest na pokładzie sama. To niespokojne wody. Prąd Agulhas przytula się do południowego brzegu Afryki, toczy ciepłe wody Oceanu Indyjskiego na zderzenie z zimnymi wodami atlantyckimi. Ciepły wiatr znad Afryki spotyka tu zimny wiatr znad Antarktydy. Te spotkania są burzliwe, wypiętrzają kilkunastometrowe fale, zdolne pochłonąć nawet wielkie statki. Badacze nazwali te fale "monumentalnymi", mówią też o nich "anormalne".

Kobieta jest w średnim wieku, ma silną budowę ciała, skórę spaloną słońcem. Fale ciemnych, krótkich włosów związała kolorową jedwabną chustką, by nie szarpał ich wzmagający się wiatr. Rękę trzyma na rumplu, patrzy przed siebie, na czarną, wypiętrzoną chmurę i na rosnący ocean. Czyta niebo i wodę. Idzie sztorm.

Do pierwszej chmury dołączają kolejne, równie gniewne. Wiatr się wzmaga, wyje. Ocean ryczy. Robi się ciemno, choć to poranek. Spieniona fala dosięga jej twarzy, uderza w policzek. Płynąć dalej czy cofnąć się do portu w Durbanie? Powrót ją kusi, mogłaby naprawić samoster, który pozwala odejść od rumpla, zachowując kurs - by zmienić żagle, usiąść nad mapą, naładować akumulator, coś zjeść, chwilę się zdrzemnąć. Ale żal jej przebytych mil morskich, pięciu dni żeglugi. Płynie dalej ze złamanym samosterem, w sztorm. Sen i jedzenie trzeba będzie ograniczyć.

Fale łomoczą w burtę, zaglądają do kokpitu. Niektóre wsuwają się jęzorami, jakby chciały wylizać pokład. Inne włażą za kołnierz sztormiaka, ściekają zimnem po kręgosłupie. Jeszcze inne rzucają się z góry, przygniatając ją swoją siłą, przewracają. Musi stosować uniki - gdy widzi nadchodzącą pięść oceanu, kuli się w kokpicie.

Nagłe uderzenie wiatru kładzie jacht i żagle przyklejają się do wody, a w jej głowie pojawia się myśl: to koniec. Tutaj umrze.

Ale jacht się podnosi.

Sztorm rośnie. Kolejna fala wdziera się i chwyta tratwę ratunkową, wyszarpuje ją z pokładu. Linki pękają, zmęczone dłonie nie są w stanie utrzymać ciężaru. Odprowadza ją wzrokiem, patrzy, jak znika. Nie ma czasu rozpaczać, po prostu trzeba to odnotować, że nie ma już tratwy, i wrócić do steru.

Jest już noc. Pod ogromnym niebem, na granicy dwóch oceanów, na bardzo małym jachcie samotna kobieta nie czuje bólu w popękanych rękach zdrętwiałych z wysiłku, czuje tylko sól w ustach. Nie może zasnąć, nie może zasnąć, nie może zasnąć. Bo zginie.

Oczy same się zamykają.

Podróż bohatera

W 1949 amerykański mitoznawca, pisarz i myśliciel Joseph Campbell napisał książkę "Bohater o tysiącu twarzy"[2]. Porównuje w niej opowieści o wyprawie i przemianach bohatera zawarte w mitach pochodzących ze wszystkich zakątków świata i wykazuje, że to jest stale ten sam, archetypowy bohater. Nazywa to monomitem.

Campbell opisuje etapy podróży bohatera. Zastajemy go w zwykłym świecie, najczęściej w jego domu, poznajemy jego życie codzienne. Następnie odbiera on wezwanie do niezwykłego świata osobliwych mocy i wydarzeń, wezwanie do przygody. Jeśli je przyjmie, będzie musiał stawić czoła próbom. Jeśli im sprosta - pokona smoki - może sięgnąć po "wielki dar", nagrodę. Następnie wraca do zwykłego świata, do miejsca, skąd wyruszył, niosąc ze sobą dar, który ulepszy świat.

Według Campbella zadaniem prawdziwego bohatera jest zabicie potwora, jakim jest status quo, smoka starego porządku - tyrana, strażnika przeszłości.

Jednym z zarzutów podniesionych przeciw Campbellowi było to, że w opisie monomitu koncentrował się wyłącznie na opisie męskiej podróży. Bronił się: "Wszystkie wielkie mitologie i wiele opowiadań mitologicznych są opisywane z męskiego punktu widzenia. Kiedy pisałem "Bohatera o tysiącu twarzy" i chciałem wprowadzić postać kobiety, musiałem sięgnąć do bajek"[3]. Była to księżniczka, bohaterka baśni Braci Grimm "Żabi król".

Przez tysiące lat, aby zostać bohaterem, trzeba było, przede wszystkim, być mężczyzną.

Czy pani się bała?

Jest 13 lipca 2018 roku, gdy zaczyna opowiadać mi swoje życie, ma 82 lata. Jest drobna, krótkie włosy farbuje na orzechowo. Oczy - piwne. Ubiera się zawadiacko: T-shirt, kolorowa spódnica do kolan, skarpetki w paski i klapki. Spodziewałam się, że będzie w spodniach.

Siedzimy w jej salonie, w Gdańsku. Mieszka w wysokim bloku z lat 70. przy ulicy Norblina. Po prawej od wejścia meblościanka, w niej książki, wszystkie dzieła Conrada, wszystkie dzieła Lema, cała seria "Wielcy żeglarze" Wydawnictwa Morskiego, encyklopedie. Zwykły stół, krzesła - skromnie. Na ścianach przedwojenne obrazy olejne w starych, zdobionych ramach. Na kanapie siedzi duży, spłowiały, żółty miś ze szklanymi oczkami.

- Boję się, że będzie pani zawiedziona - mówi. - Wielu pani kolegów było mną bardzo rozczarowanych. Spodziewali się jakiejś bardziej romantycznej opowieści. O walce z żywiołem. A jeśli ktoś chce walczyć z oceanem, jego sprawa, niech walczy, dla mnie to głupie. To jest żywioł straszliwie obojętny i ma nas w nosie. Nie jest ani wrogi, ani przyjazny. Jest mu wszystko jedno, czy ktoś się utopi, czy nie.

- Czy pani się bała? - pytam.

- Nie.

- Wcale?

- A czego?

- Że pani umrze, utonie.

- Eeeee tam.

- A jak pani fala porwała z pokładu tratwę ratunkową?

- Przecież dawni żeglarze pływali bez tratw. Zmyło, to zmyło. Nie miałam czasu się zastanowić, bo miałam uszkodzony samoster i musiałam sterować. Byłam przekonana, że ja to potrafię zrobić. Że dam radę.

- A samotność? Doskwierała pani?

- Nie. Ja się ze sobą nie nudzę.

- Nawet wtedy, gdy przez ponad miesiąc nie miała pani łączności?

- W ciągu dnia określa się pozycję, trzeba zrobić astronawigację, wtedy nie było GPS-ów, nanosi się pozycję na mapy, ładuje akumulator, trzeba coś zjeść, sprawdzić stan techniczny jednostki. Jeśli to możliwe, należy robić to codziennie. Teraz są bardzo szczegółowe informacje pogodowe, ja tego nie miałam. Ale miałam książki i z nich wiedziałam, jakie są symptomy nadchodzącego huraganu. Wtedy używało się własnych obserwacji. Gdy nie było łączności, mogłam sobie pogadać z pluszowym misiem, którego miałam na pokładzie, chociaż on miał to w nosie, był zafoliowany w worku, żeby nie namókł, i sobie tylko jechał. Nic nie chciał robić.

- Czyli samotność nie była problemem? - drążę.

- Nie. Sama na morzu czułam się wolna. Nikt mi niczego nie mógł kazać. Za wszystko byłam odpowiedzialna ja.

- I nawet gdy pani chorowała, to nie myślała pani: co ja tu robię, chora, sama na środku oceanu?

- Nie. Wręcz przeciwnie. Wiedziałam, że jestem tu na własne życzenie. Dla mnie morze to jest zupełnie normalne środowisko, proszę pani, czuję się na morzu jak tutaj - omiata ręką salon, kanapę, stół z ciastem i kawą, obrazki w złotych ramach. - Jak w domu.

- Gdy wróciłam z rejsu - mówi zniecierpliwiona - wszyscy mnie pytali, tak jak pani, czy się bałam. A dlaczego nikt mnie nie pytał, skąd ja wiedziałam, jak to zrobić?

Rozdział pierwszy
Zwykły świat
Warszawa, 1939

- Jak się nazywasz? - pyta matka.

- Krysia Chojnowska - mówi dziecko. Nie wymawia r.

Mama uczy ją adresu zamieszkania i tego, że mama nazywa się Kazimiera Chojnowska, z domu Rulkowska, a tata Juliusz Chojnowski. Ma wiedzieć, kim jest, na wypadek gdyby gdzieś się zaplątała podczas łapanki.

Z początku wojny Krystyna pamięta syreny i przeraźliwy huk, bombardowanie Warszawy. Podczas nalotów kryją się z mamą w piwnicy. Mieszkają w kamienicy przy Siennej, blisko zakładu fryzjerskiego ojca. Pamięta męski głos z radia. "Obywatele stolicy! Przed chwilą zbrodniczy napastnik obrzucił centrum Warszawy bombami. Znów mamy ofiary wśród ludności cywilnej...". To prezydent Warszawy Stefan Starzyński, który codziennie na falach radiostacji Warszawa II dodaje otuchy mieszkańcom, potępia barbarzyństwo Niemców i domaga się ukarania zbrodniarzy mordujących ludność cywilną.

Pamięta uczucie - strach, który ściska ją w brzuchu przez wszystkie lata wojny. Że jak ojciec pójdzie do pracy, to może nigdy nie wrócić. Że jak mama wyjdzie coś kupić, to już może jej nigdy nie zobaczyć. O siebie samą się nie boi. Tylko o to, że zostanie sama.

Warszawa, 1942 rok. Krysia Chojnowska ma 6 lat, zaraz pójdzie do szkoły, trwa wojna

 

Pamięta szkło z witryn sklepowych i okien leżące na chodnikach.

Widziała egzekucje na ulicach.

Zapamiętała oczy żydowskich dzieci, przestraszone oczy.

Ale jakby miała wydobyć z pamięci pierwsze wspomnienie, to będzie takie: tata w mundurze i kwadratowej czapce. Ojciec, w rogatywce, żegna się z żoną i córką, idzie na wojnę. Jest 1939 rok. Krysia ma trzy lata. Urodziła się 15 lipca 1936 roku.

Ojciec z frontu wraca szybko, jeszcze w 1939 roku, w październiku. Jego oddział się rozpadł. Przydzielono go do korpusu sanitarnego. Najpierw zniknął oficer wraz z lekami, zaraz potem trzech sierżantów, zawodowych sanitariuszy, którzy zabrali resztę środków opatrunkowych. Nie ma leków, nie umie leczyć, jest przerażony. Postanawia wrócić do domu.

W 1940 roku, w październiku, w Warszawie powstaje getto dla ludności żydowskiej. Sienna jest na jego granicy, Chojnowski i inni właściciele sklepów oraz zakładów wysyłają list protestacyjny do komendanta Warszawy z prośbą o poniechanie pomysłu, z obawy że zmniejszą im się obroty. W odpowiedzi dowiadują się, że mogą przenieść biznes do lokali pożydowskich, co będzie dla nich z korzyścią, bo są dużo bardziej luksusowe. Chojnowski nie rozumie - jak to? Ma zająć czyjąś własność? Przecież Żydzi wrócą, a on wyjdzie na złodzieja.

Lokalu nie bierze, zakład zostaje na Siennej, klientów traci, bo ludzie boją się tam chodzić. Kamienicę, gdzie mieszkają, włączono do terenu getta, rodzina zostaje przesiedlona na Złotą 20, róg Wielkiej[4]. Kamienica jest duża, wysoka, ale mieszkanie jest marne, małe, jeden pokój z kuchnią, jest im ciasno, zwłaszcza że dołączyła babcia Maria, mama ojca, którą Niemcy wyrzucili z domu w Ciechanowie.

Matka Krystyny nie jest tym zachwycona. Drażni ją, że babka, dewotka, ciągle chce z Krystyną odmawiać różańce. Ma ich dziesięć i co chwilę wciska któryś wnuczce, każe jej klęczeć i odmawiać paciorki. To już lepiej, żeby Krysia poszła pobawić się na podwórko.

Z podwórka widać budynek Pasty, pierwszy warszawski wysokościowiec, w którym mieści się Polska Akcyjna Spółka Telegraficzna (PAST). Obok jest wysoki na sześć pięter bank - przyjmie na siebie większość pocisków z pociągu pancernego podczas powstania, osłaniając kamienicę, w której mieszają Chojnowscy. Mieszka tu tylko jedno dziecko w jej wieku, Irek, ale mama nie pozwala jej się z nim bawić. Nie odpowiada jej pijacka rodzina, z której pochodzi. Krystyna nie słucha. Szybko znajduje z nim wspólny język, mimo że zdarza się, że Irek jej przyleje. Chwilę się gniewa, ale jak Irek zapuka do drzwi i prosi: "Pani Chojnowska, pani puści Krysię na podwórko", to chętnie leci.

Kasza gryczana

W 1943 roku rodzice wysyłają ją do szkoły. Po bitwie na łuku kurskim mówi się, że wojna zaraz się skończy. A zresztą wojna wojną, a dziecko musi się uczyć, uważają rodzice. Ojciec chce, by córka poszła do najlepszej szkoły. Sam wychował się w zaborze rosyjskim, gdzie mógł się kształcić tylko jeden syn w rodzinie, drugi miał zostać na gospodarstwie. Skończył tylko kilka klas i choć zdolny z matematyki, został pomagać ojcu. Ten zachęcał go, by szkolił się u rzeźnika w oprawianiu zwierząt. Brzydziło go to i przerażało. Jak przyszło wybrać fach, poszedł na naukę do fryzjera.

- Ty nie wiesz, jaka to jest wartość móc się uczyć - mówi Krysi.

Przy zapisie do prywatnej szkoły dla panienek Krystyna przeżywa pierwsze upokorzenie w życiu. Jest świadkiem, jak dyrektorka szkoły daje ojcu do zrozumienia, że szkoła jest dla inteligencji.

- Tato, dlaczego te panie uważają, że jesteś gorszy? - pyta ojca. Zawstydziła go.

- Coś źle zrozumiałaś - mówi.

- Nie - upiera się dziecko. - One mówią, że jesteś gorszy.

Już nie chce iść do tej szkoły. Nie chce, żeby ojciec prosił te kobiety o cokolwiek. Ale nauczycielki ulegają ojcu i godzą się, by dziecko przeegzaminować. Krysia pisze dyktando bezbłędnie. Przyjmują ją. Szkoła szybko zmienia się w tajne komplety. Niemcom nie chodzi tylko o zdobycie terytorium Polski, ale o zniszczenie polskiej kultury. Za tajne nauczanie można stracić życie, w razie wykrycia więzienie lub obóz koncentracyjny grozi nie tylko nauczycielom, ale nawet właścicielom mieszkań.

W klasie Krystyny jest piętnaścioro dziewcząt. Codziennie zajęcia odbywają się w innym domu. Jeśli są u Chojnowskich, na Złotej, mama Krystyny idzie na czaty, przy bramie.

Krystyna pamięta, że nauczycielka była wymagająca i nazywała się Waksmanowa.

Co jeszcze wspomina?

Głód.

- Jeść nie bardzo było co - mówi mi. - Przydziały kartkowe były bardzo niewielkie, oczywiście jak się miało pieniądze, to wszystko można było mieć, bo szmuglowano do Warszawy jedzenie, od mleka i śmietany poczynając, a kończąc na szynkach. Ale to kosztowało. Ojciec pracował sam, nas było jeszcze trzy w domu. Na kartki dało się kupić to i owo, ale zwykle to było byle jakie jedzenie, jakaś marmolada z buraków, chleb czarny. Luksusem był rosół na obiad albo parówki.

I jeszcze jedno wspomnienie, z kwietnia 1943 roku.

- Posłuchaj Krysiu, teraz wykańczają ich, a potem wezmą się za nas - mówi wstrząśnięty ojciec. Są w drodze do zakładu fryzjerskiego i mijają mur getta żydowskiego, w którym trwa właśnie pacyfikacja powstania. Najwyraźniej uznał, że córka jest wystarczająco dorosła, by wiedzieć, co się dzieje. Ma już siedem lat. Krysia rozumie, że umrą.

1 sierpnia 1944 roku w Warszawie wybucha kolejne powstanie, tym razem po tej stronie muru, gdzie mieszkają. Każdy jego kolejny dzień to dla Krystyny dawka śmiertelnego lęku. Boi się o rodziców. Na ulicach widziała martwych ludzi.

Powstanie Warszawskie Chojnowscy przetrwają w piwnicach domu przy Złotej. Sąsiadce, na oczach Krystyny, umiera dziecko, nie ma mleka, żeby wykarmić niemowlę. Ściana między piwnicami dwóch kamienic została wyburzona, by zrobić przejście. W piwnicy obok jest tymczasowy szpital powstańczy. Na łóżkach, na podłogach leżą ranni - widok krwi, umierania to teraz jej codzienność. Co jakiś czas chodzi na granicę dwóch kamienic sprawdzić grubość muru. Jej największy lęk, to że dom się zawali.

Boi się o tatę, który chodzi z wiadrem po wodę, dwie przecznice dalej, w nocy, bo wtedy ostrzał jest mniejszy. U nich wody już nie ma, nie działa stacja uzdatniania Filtry. Gdy tata zdobędzie wodę, mama idzie na górę, do ich kuchni, gotować kaszę. Za każdym razem Krystyna umiera ze strachu. W dzień, od rana do wieczora, trwa bombardowanie. I ostrzał z pociągu pancernego.

- Mama na szczęście zgromadziła cały worek kaszy gryczanej i przez powstanie żywiliśmy się tą kaszą, na śniadanie, na obiad, na kolację. Do dziś nie mogę jej jeść - opowiada mi siedemdziesiąt lat później Krystyna. - A i to było dobrze, bo ludzie, którzy musieli opuścić swoje mieszkania, na przykład ci wypędzeni z Woli, to oni żadnego jedzenia nie mieli.

W piwnicy słucha historii tych, którym udało się uciec z rzezi na Woli. Rozstrzeliwani są wszyscy, mówią tamci - mężczyźni, kobiety, dzieci. Naziści podpalają budynki, a gdy ludzie z nich uciekają, strzelają do nich z broni maszynowej. Na ulicach leżą dziesiątki tysięcy ciał. Na początku mordy są chaotyczne, potem już systematyczne, naziści spędzają ludzi na place, pod kościół, pod fabrykę. Stosy trupów są długie na kilkadziesiąt metrów i wyższe niż dorosły człowiek. Kobiety i dziewczynki są gwałcone, następnie zabijane. Żołnierze wchodzą do szpitali i mordują pacjentów, również dzieci.

Krystyna słyszy, że najgorsi, najokrutniejsi są Ukraińcy. Ale tak warszawiacy nazywają jednostki azerskie, kozackie, tatarskie, turkmeńskie, białoruskie, najczęściej mówią tak na żołnierzy pułku szturmowego RONA - Rosyjskiej Narodowej Armii Wyzwoleńczej. I na żołnierzy pułku muzułmańskiego z brygady SS Oskara Dirlewangera, o których szepcze się z przerażeniem, że szkoda im amunicji, więc podrzynają gardła.

Krystyna pamięta chłopca, może 14 lat, jego rodzice zginęli, przyszedł do ich piwnicy straszliwie głodny, od kliku dni nic nie jadł, rzucił się na kaszę, którą dała mu jej mama. Mówił, że widział straszne bestialstwo. Na podwórku przy Marszałkowskiej leżał stos trupów z poderżniętymi gardłami, na wierzchu ciało dziewczynki. Krysia kojarzy ten adres, to podwórko, bo mieszkała tam jej koleżanka z klasy, i z opisu chłopaka poznaje, że to ona. Wielu rzeczy nie pamięta z tego czasu, pamięć zawodzi po tylu latach, ale imię i nazwisko tej dziewczynki zapamięta na całe życie. To była Lila Wróblówna.

- Proszę pani - mówi mi, głos jej drży - ja zawsze powtarzam, że ja mam życie darowane.

Już nie będziemy się bać

W strzelistym wnętrzu kościoła śmierdzi gównem, nie ma toalet, ludzie załatwiają się na posadzkę. W kościele św. Wojciecha na Woli Niemcy utworzyli obóz przejściowy dla ludności cywilnej. Czekają na wywiezienie do obozu w Pruszkowie. W czasie powstania przez ten obóz przejdzie około 90 tysięcy mieszkańców Warszawy. Niemcy wyciągają z kościoła mężczyzn, których podejrzewają o udział w powstaniu, i rozstrzeliwują na placu obok. Wybierają młode kobiety, wyprowadzają i gwałcą.

Chojnowscy spędzają tam jedną noc. Krystyna pamięta tylko, szczęśliwie, chłód kamiennej posadzki, mama podkłada jej do spania swój płaszcz.

Dulag 121 w Pruszkowie, do którego z kościoła idą pieszo 15 kilometrów, został utworzony 6 sierpnia 1944 roku na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego i funkcjonował do połowy grudnia. Zarządza nim SS Obergruppenfüher Erich von dem Bach-Zelewski, dowódca sił niemieckich wyznaczonych do stłumienia powstania. To on odpowiada za złagodzenie rozkazu Adolfa Hitlera z 1 sierpnia, nakazującego całkowitą eksterminację mieszkańców Warszawy, bez względu na wiek i płeć.

Przez Dulag 121 przejdzie około 400 tysięcy ludzi, spośród których dziesiątki tysięcy zostaną wywiezione na roboty przymusowe lub zesłane do obozów koncentracyjnych.

W Pruszkowie, w czasie selekcji, ojca Krystyny oddzielają od rodziny. Krystyna dostaje ataku histerii, że ojca zabiją, wyje jak ranne zwierzę. Matka błaga ją, by się uspokoiła. Jeśli nie przestanie ryczeć, tłumaczy córce, Niemcy je wykończą. Nie pomaga, dziecko rozpacza dwa dni, aż opadnie z sił.

Ojciec zostaje przydzielony jako przymusowy robotnik do podobozu KL Stutthof - Außenlager Pölitz bei Stettin - w fabryce wzniesionej przez IG Farben Industrie do produkcji benzyny syntetycznej z węgla, która podczas wojny trafiała do Luftwaffe, U-Bootów i okrętów nawodnych Kriegsmarine, a także czołgów i pojazdów Wehrmachtu. W Hydrierwerke Pölitz podczas 5 lat wojny pracować będzie 30 tysięcy niewolników. 13 tysięcy umrze z wycieńczenia, chorób, braku opieki lekarskiej lub zostanie zamordowanych.

Kobiety z dziećmi, niezdolne do pracy, po selekcji w Pruszkowie wysyłane są pociągami, bez jedzenia, do różnych ośrodków Generalnego Gubernatorstwa i tam pozostawiane bez środków do życia.

- Ja z mamą zostałam wywieziona otwartą węglarką. Nie pamiętam tego dobrze, bo byłam bardzo chora, z wysoką temperaturą. Padał mocny deszcz, my w tych odkrytych wagonach. Pociąg stanął w polu, ludzie zaczęli uciekać, nikt nie pilnował. Nie byłam w stanie iść, pomógł mnie wynieść jakiś młody lekarz. I tak wylądowałyśmy z mamą we wsi Złota, między Sochaczewem a Łowiczem. Wrednie tam było, bo miejscowa ludność uważała, że skoro postawiliśmy się Niemcom, to teraz mamy, co chcieliśmy. Nawet mleka nam nie chcieli sprzedać - opowiada mi Krystyna.

Litują się jednak w końcu nad nimi i dostają salę w starym sklepie wiejskim. Za całe wyposażenie jest tu lada sklepowa, na którą sołtys rzuca snopek siana. I piec typu koza. Głodują. Mama wymienia pierścionki za jedzenie. W końcu jakimś cudem, odnajduje je tam sąsiadka ze Złotej w Warszawie, Rubińska, żona woźnego, i bierze do swojego domu we Włochach. Dostawia dla nich dodatkowe łóżko, w kuchni.

17 stycznie 1945 roku jest ładny, słoneczny, mroźny dzień. Krystyna wychodzi na sanki z Tereską, córką gospodarzy. Najpierw zadanie - mają iść na pocztę i nadać pocztówkę do taty, że matka i ona żyją. Nagle na głównej ulicy słyszy łomot. Strach ją paraliżuje, wrasta w ziemię, bo widzi czołgi. A czołgów boi się strasznie, bo słyszała, co robiły podczas powstania. Ale te czołgi mają na sobie białe orły. Krystynę zalewa fala radości. Skończyła się wojna. Już nikt jej nie odbierze mamy. Sadza Tereskę na sanki i ciągnie aż do utraty tchu do domu i krzyczy: "Mamo! Mamo! Już nie musimy się bać!".

Bo się utopisz

Woda skrzy się w słońcu, migocze, kusi chłodem. Krysia stoi na brzegu jeziora, patrzy przez jego taflę na drugi brzeg. Zaschło jej w ustach, jest upał. A tam, na dworcu kolejowym, jest sklepik, a w nim lemoniada. W głowie huczy jej przestroga mamy, żeby do jeziora nie wchodziła, bo się utopi, ale pragnienie jest silniejsze - już jest w wodzie po kolana. Nic dziwnego, że matkę widok wody przeraża, skoro nie umie pływać. Ale ona przecież pływa jak ryba. Tata nauczył ją przy pomocy deski. Wskakuje do wody, pieniążek na lemoniadę chowa w kostium i przepływa jezioro. W domu będzie awantura, sąsiadka widziała ją, jak w mokrym kostiumie paradowała do sklepiku.

Mieszkają teraz z mamą w Ostródzie, nad Jeziorem Drwęckim. Zaraz po wojnie przeprowadziły się do ciotek, sióstr mamy, do Ciechanowa. Tam czekały na ojca. Wiadomo było, że jeśli przeżył, tam będzie ich szukał. Odnalazł je po trzech miesiącach. Do Warszawy nie było po co wracać, z ich domu została kupa gruzu. Budynek przetrwał powstanie, ale potem Niemcy go spalili i zburzyli. W ogóle w Warszawie nie ma nic.

Ojciec szuka mieszkania i lokalu na zakład w Olsztynie, ale nie znajduje. Za to w Ostródzie mógłby go mieć. I tak w 1945 roku przenoszą się do Ostródy. Mama nie jest zadowolona, chciała mieszkać w większym mieście. Ciotka Fema, Eufemia Gralak, żona Marcelego Nowotki, jej wujka, mówi, że załatwi mieszkanie w Warszawie. Ale mama Krystyny od komunistów nic nie chce.

Krystyna zaś jest zadowolona. Bo kilkadziesiąt metrów od domu jest jezioro.

W Ostródzie zaczyna blaknąć strach. Tu nikt nie strzela. Nikt nie zabije rodziców. Chociaż miasto jest wyniszczone - w 1945 zostało zajęte przez żołnierzy radzieckich, którzy je spalili i zdewastowali w odwecie - ludzie, którzy się tu sprowadzili, są pełni nadziei. Ojciec Krystyny dostał lokal na zakład fryzjerski i drugi, obok, na drogerię. Mama zajmuje się domem, wszystko trzeba dopiero urządzić, pierwszą noc śpią na podłodze. Mieszkają w kamienicy naprzeciw zakładu, jeden pokój z kuchnią i toaleta na klatce schodowej. I pokój piętro wyżej, ale mama uważa, że córka jest za mała, by dostać własny, więc służy za graciarnię. Mogliby mieć większe mieszkanie, kilometr od zakładu, ale matka Krystyny stanowczo odmawia. Boi się mieszkać daleko, sama całymi dniami z dzieckiem, w obcym mieście.

Krystyna z przyjaciółką prawdopodobnie w ósmej klasie podstawówki, czyli w 1951 roku

 

Od wrześniA Krystyna idzie do szkoły. Tata codziennie ją odprowadza, jest daleko od domu. Dzieci nie puszcza się samych, bo po okolicy krążą jeszcze resztki band Werwolfu, podziemnej armii hitlerowskiej. Wkrótce w centrum miasta, z inicjatywy Chojnowskiego, otworzy się druga szkoła, w budynku szkoły niemieckiej, który podczas wojny służył jako szpital. I tam Krystyna będzie już chodzić sama.

Rodzi się młodsza siostra, Ania. Różnica wieku między nimi jest duża, dziesięć lat, taki szkrab to dla Krystyny żadne towarzystwo, ale cieszy się, bo ma więcej wolności. Rodzice zajęci są małym dzieckiem. Ona już jest dorosła. Już tak za nią nie patrzą.

Gdy tylko może, idzie nad jezioro popływać i popatrzeć na żaglówki. W szkole zapisuje się do Ligi Morskiej, w 1952 roku. Pływa na D-zetach, dużych jednostkach szkoleniowych, uczy się, do czego służą kolejne żagle: benzan, fok, grot.

Jest córeczką tatusia. Mama jest spokojna, opiekuńcza i lękliwa, lubi siedzieć w domu. "Mało bezczelna" - powie o niej Krystyna. - "Skrupulatna". Krystyna przeciwnie - jest ciekawa wszystkiego, śmiała. Jest wyższa i potężniejsza niż jej koleżanki, może to dodaje jej animuszu.

Po ojcu dziedziczy dobry słuch. Tata, gdy jako młody mężczyzna przeniósł się z rodzinnego Ciechanowa do Warszawy, zapisał się na lekcje skrzypiec. Grał na nich i śpiewał Krystynie kołysanki - kuplety z teatrzyków, piosenki z filmów. Krysia najbardziej lubi, jak śpiewa "Ada, to nie wypada" o niesfornej dziewczynie. W Ostródzie Krystyna chodzi do szkoły muzycznej - podstawowej, potem średniej - do klasy fortepianu. Chce być pianistką, ale w klasie maturalnej zaczyna wątpić. Boi się, że z tego nie wyżyje, że nie będzie niezależna. A tata wpaja jej, że dziewczyna musi mieć zawód i swoje pieniądze. Przeżył dwie wojny, widział, jak kobiety, których mężowie zginęli, zostawały bezradne.

Po ojcu Krystyna dziedziczy też talenty matematyczne i fizyczne. W ogóle uczy się bardzo dobrze, ma możliwość uzyskania dyplomu przodownicy nauki i pracy społecznej. Tacy uczniowie mogą jechać bez egzaminów na studia zagraniczne. Zagraniczne, czyli do Związku Radzieckiego. Krystyna chce jechać, wyrwać się w świat. Ale ojciec staje okoniem. Mówi, że ją zrusyfikują. Mówi, że córka nie ma jeszcze 18 lat, więc on decyduje. Zamiast Krystyny jedzie jej kolega.

Krystyna zaś decyduje, że chciałaby pójść na Politechnikę Gdańską, na Wydział Budowy Okrętów. W kiosku jest pismo "Morze", widziała w nim zdjęcia statków i bardzo jej się podobały. A potem dociera do niej, że przecież takie okręty uczą budować w Gdańsku i że ona mogłaby się tego nauczyć. Mówi o tym w szkole. Dyrektorka i wychowawczyni się krzywią. - Dziewczyna na politechnikę? Kto to słyszał?

Ale ojciec ją wspiera. Inżynier budowy okrętów to porządny fach. Mama się martwi. Czy na wydziale będą marynarze? Wiadomo przecież, jak oni się prowadzą.

Egzaminy zdaje wzorowo. Przyjętych zostaje około 200 osób. W tym pięć dziewczyn.

Gdańsk

Gdy rozpoczyna studia w Gdańsku, jest 1953 rok, ma 17 lat. Jest oszołomiona. Na pierwszym wykładzie, we wrześniu, studenci ledwo mieszczą się w auli, ale profesor Janusz Staliński uprzedza: - Jest was tak dużo, żebyśmy mieli kogo wyrzucać.

I płynnie przechodzi do ogłoszenia tytułu pierwszego wykładu: "Co panna przed zamążpójściem o budowie statku wiedzieć powinna".

Budynek politechniki jest już odbudowany po wojnie, ale starsi studenci opowiadają, że w miejscu obecnego holu była dziura po bombardowaniu, w budynku był lazaret, szpital polowy. Jak przyszli studiować w 1945, to wyrzucali trupy. Jeszcze teraz studenci na górę idą skrzydłem, bo główne schody są w remoncie.

Powojenny Gdańsk to plac budowy. Politechnika nie ma żeńskiego akademika, bo dziewczyn na uczelni jest mało. Mieszkają w akademiku Akademii Medycznej przy ulicy Karola Marksa. Budowa nowego osiedla studenckiego zaczyna się od "dziewiątki", akademika na ulicy Wyspiańskiego. Gdy tylko stoi parter i pierwsze piętro, już wprowadzają się pierwsze studentki, po pięć w pokoju. Mury są jeszcze wilgotne. Gdy powstaje kolejne piętro, lokatorki rozrzedzają, jest wygodniej. Ale docelowo to ma być akademik męski - gdy rok później zostaje ukończony, studentki politechniki z różnych wydziałów zostają przeniesione do "piętnastki", która dopiero jest w budowie. Znów mieszkają po pięć. Prysznice są w podziemiach, woda ciepła dwa razy w tygodniu, jak kotłowniczy napali. Krystynę krępuje, gdy wchodzi dorzucić do pieca, gdy dziewczyny się kąpią. Ale co począć, lepsze to niż kąpać się w zimnej.

Krystyna Chojnowska, zdjęcie z czasów szkoły podstawowej, prawdopodobnie 1949 rok, Ostróda

 

Trzymają się razem, te ze starszych roczników z tymi z młodszych. Najwyżej jest Halina Rutkowska, która zostanie pierwszą absolwentką Wydziału Budowy Okrętów. Potem Jadźka Lewandowska i Danka Świerkosz, potem Basia Siwek i Danuta Kosińska. A potem już one. A one to Krystyna, Lila Stachowska, Jadwiga Igielska, Ewa Gąsek i Czesia Sokalska.

* * *

W damskiej łazience jest nerwowo. Dziewczyny obgryzają paznokcie ze strachu przed egzaminem ustnym z geometrii wykreślnej u profesora Franciszka Otto. Podobno do Otto, który zawsze jest w garniturze i wyglancowanych butach, lepiej przyjść ubranym elegancko - panowie pod krawatem, panie w sukience. Chłopcy pożyczają sobie jedną marynarkę. Krystyna ma ładną granatową sukienkę, w której zdawała maturę. Zdejmuje ją pospiesznie po egzaminie, żeby mogła założyć ją kolejna dziewczyna. Wszystkie po kolei idą w niej na egzamin. Ewce sukienka nie pomaga i Otto oblewa ją po pierwszym semestrze. Zostają cztery.

* * *

Jej mentorami są sami mężczyźni. Z kadry zapamięta najbardziej profesora Lecha Kobylińskiego, wtedy kierownika Katedry Teorii Okrętu; profesora Damazego Tilgnera od przetwórstwa spożywczego; Romana Lipowicza, wybitnego specjalistę od teorii chłodnictwa; profesora Jerzego Doerffera, kierownika Katedry i Zakładu Technologii Okrętów oraz dziekana Wydziału Budowy Okrętów; profesora Adolfa Polaka, konstruktora pierwszej polskiej maszyny parowej zainstalowanej na statku "Sołdek". A także prof. Stalińskiego od siłowni okrętowych; profesora Hilarego Sipowicza, komandora marynarki wojennej, również z Katedry Siłowni Okrętowych; profesora Jarosława Naleszkiewicza - kierownika Katedry Mechaniki Ustrojów Okrętowych.

Nie zauważa, żeby ktoś ją lekceważył czy dyskryminował ze względu na to, że jest kobietą. Funkcjonuje w męskim świecie swobodnie, męskie towarzystwo jej nie onieśmiela. Oczekuje równego traktowania, uważa, że to normalne. Skoro zdała egzamin jak wszyscy, to jest studentką.

O ile płeć nie budzi wstydu, to wiek tak. Jest najmłodsza na Wydziale Budowy Okrętów. Wojna zrujnowała ludziom życiorysy, niektórzy studenci są już po trzydziestce, mają dzieci. Uczą się, gdy te pójdą spać, i jeszcze próbują zarobić coś na boku na rodzinę. Są też studenci zagraniczni. Koreańczycy, Albańczycy i Chińczycy - ci ostatni znani z tego, że uczą się najpilniej.

Krystyna dostaje stypendium - 360 złotych miesięcznie. Z tego opłaca akademik, który kosztuje symbolicznie - 9 złotych za miesiąc, karnet na obiad w stołówce na politechnice - 90 złotych, reszta zostaje na śniadania i kolacje. Menu jest proste: pieczywo, margaryna, kawa zbożowa, twarda marmolada z buraków sprzedawana z drewnianych skrzynek w sklepiku na tyłach akademika. Czasami, bardzo rzadko, kiełbasa popularna. Gdy nie mają pieniędzy, dziewczyny kupują cebulę, smażą i jedzą samą z chlebem. Czasami któraś dostaje paczkę od rodziców - wtedy dzieli się nią ze wszystkimi koleżankami w pokoju.

Jest miejsce, gdzie można dobrze zjeść. Studentki politechniki zapraszane są na bale do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej na Oksywiu, po to by przyszli oficerowie nauczyli się dobrych manier - zachowania przy stole, jedzenia nożem i widelcem, by umieli obsłużyć panie przy stole i elegancko zaprosić do tańca, w tańcu poprowadzić, a potem odprowadzić na miejsce i stuknąć obcasami. Po studentki pod akademik przyjeżdża w piątki wieczorem autobus wojskowy, a późnym wieczorem odwozi je z powrotem.

Rozrywki dostarczają teatrzyki i kabarety studenckie, które wystawiają przedstawienia w stołówce studenckiej politechniki przy Siennickiej 4. Scenę ustawia się ze stołów, a krzesła służą widowni. To tam rodzi się, gdy Krystyna jest na drugim roku, teatrzyk Bim-Bom. Nazwa zostaje zaczerpnięta z mruczanki Kubusia Puchatka, jej autorem jest Wowo Bielecki, student Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Bim-Bom łączy studentów związanych ze Studenckim Zespołem Satyryków przy Politechnice Gdańskiej ze studentami WSSP. A potem pojawia się Teatrzyk Rąk, Kabaret To-tu, Cyrk Rodziny Afanasjeff Tralabomba. W grudniu 1955 roku powstaje Dyskusyjny Klub Filmowy Studentów i Młodej Inteligencji, działalność inauguruje pokazem "Cudu w Mediolanie" Vittorio de Sici o życiu włoskiej biedoty. Prelekcję przed filmem wygłasza Bogusław Kobiela, a dyskusję po filmie prowadzi Zbyszek Cybulski, aktorzy teatru Wybrzeże. Sala kinowa znajduje się w pałacyku przy Wałach Jagiellońskich, rok później partia, w odpowiedzi na apel studentów, przekazuje go Zrzeszeniu Studentów Polskich. Tam powstaje Klub Studentów Wybrzeża "Żak". Na dole kawiarnia, którą zarządza Studencka Spółdzielnia Pracy. Nad nią, na pierwszym piętrze kino, sala teatralna, sala konferencyjna i kanciapy w wieży. Amatorski Klub Filmowy zajmuje piwnicę. W Żaku oprócz kultowego DKF-u (w 1958 roku odbywa się tu premierowy pokaz "Popiołu i diamentu" z udziałem Andrzeja Wajdy i Zbyszka Cybulskiego) działają też Jazz Klub, Klub Tańca Towarzyskiego, Klub Dobrej Książki, Studencki Salon Wystawowy, Klub Wiedzy Politycznej. I organizowane są sylwestry. Imprezy ogłaszane są na plakatach wywieszanych w stołówce politechniki, nie da się ich przeoczyć.

Krystyna dobrze zna dziewczyny z teatrzyków Żaka, mieszkają w jednym akademiku, kumpluje się szczególnie z Olką Baraniakową z Bim-Bomu. Do kina czy do teatru chodzi często, w Żaku jest tanio. Bywa też na koncertach jazzowych w kawiarni Klubu Studentów Politechniki Gdańskiej "Kwadratowa", gdzie gra zespół Flamingo, na kornecie Jerzy Derfel.

Ale większość czasu zajmują jej studia. Wolne chwile poświęca na żeglowanie i prace klubowe, a te są czasochłonne. Wśród studentów budownictwa okrętów dobrze widziana jest przynależności do Klubu Morskiego AZS przy Politechnice Gdańskiej. Klub ma tradycje przedwojennego Akademickiego Związku Morskiego, który powstał w 1932 roku, po wojnie został reaktywowany. Wzorce pozostały przedwojenne - jeśli ktoś chce pływać, wymagane jest pełne zaangażowanie. Zimą kursy teoretyczne i obowiązkowo, w niedziele, remonty jachtów w Twierdzy Wisłoujście. Szlifowanie starej farby, czyszczenie wnętrza jachtu, malowanie. Na wiosnę, po zwodowaniu i otaklowaniu jachtów zaczyna się pływanie po Zatoce i Zalewie Wiślanym. Aby pływać po Zatoce, trzeba wyrobić klauzulę zatokową, dokument wydawany przez Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej, po uprzednim sprawdzeniu delikwenta na milicji. Do pływania w rejsy morskie, do polskich portów, potrzebna jest podobna klauzula. Do pływania do portów zagranicznych trzeba ubiegać się o paszport. Aby dostać się na rejs zagraniczny, trzeba wysłużyć wiele godzin robót remontowych.

W 1958 roku Klub zaczyna organizować obozy szkoleniowe. Instruktorami są starsi koledzy, pracownicy politechniki. Taki obóz trwa trzy tygodnie. I na pierwszy obóz jedzie Krystyna, by zdobyć patent sternika.

Pobudka jest o szóstej rano. 6:30 - gimnastyka. O siódmej apel, potem śniadanie. Od 8.30 przygotowanie jachtów do wyjścia na wodę, wyjście punkt dziewiąta. Manewrowanie do drugiej po południu. Potem obiad w Sobieszewie, do którego płyną holownikiem "Halina". Po obiedzie, od 16:00 trzy godziny pływania i powrót do portu. Atrakcją są pływania nocne.

Raz kolega z klubu, Wacek Liskiewicz, przy kotwiczeniu brudzi żagiel. Komendant każe go Krystynie wyprać. Ta się wścieka. Dlaczego ma prać żagiel za chłopaka? Z komendantem nie ma dyskusji, Wacek ma przygotować "Halinę", a Krystyna wyczyścić żagiel.

Tak się poznają.

Wacek widywał już Krystynę na politechnice, studiują na tym samym wydziale, dziewczyn jest mało, zwracają uwagę. Krystyna nie jest w jego typie, woli smuklejsze i w ogóle jest nieśmiały w stosunku do kobiet - skupiony na studiach i żeglarstwie. Krystyna go nie kojarzy, nie oglądała się za chłopakami z niższych roczników.

Wacław

Wacław jest od niej o rok młodszy, urodził się w 1937 roku, pochodzi z Wielkopolski, z Konina. Ojciec był w PPS-ie przed wojną. Związek jego rodziców to mezalians - aptekarz ożenił się z córką majstra robotnika. Matka ojca, gdy widziała synową z wózkiem, przechodziła na drugą stronę ulicy. Ale syna nie wydziedziczyła, bo dostarczał pieniądze, a ona lubiła jeździć do wód. W 1939 roku ojciec Wacława poszedł na wojnę, przekonując żonę, że za tydzień będą pili kawę w Berlinie. I znikł. Żona myślała, że umarł, ale w 1948 roku okazało się, że żyje - przedarł się do Anglii, mieszka w Londynie, gdzie został bigamistą, ożenił się z jej koleżanką. Załamana, zawsze źle traktowana przez jego rodzinę, postanowiła przenieść się z Konina do Jeleniej Góry.

Tam Wacław skończył liceum, na samych piątkach. Marzył o lotnictwie, ale krótkowzroczność uniemożliwiła mu realizację marzenia. Wybrał Politechnikę Gdańską, Wydział Budowy Okrętów i od razu na pierwszym roku przyłączył się do Akademickiego Klubu Morskiego.

Społeczne idee lewicowe są mu bliskie od liceum. Uważa, że człowiek nie powinien żyć sam, dla siebie samego, lecz powinien coś robić dla innych, współpracować, tworzyć wspólnotę. Tę wspólnotę odnajduje w klubie.

Drogi pamiętniczku

"Obawiam się, że z Wackiem jest coś nie tęgo. To znaczy nie z Wackiem, ale ze mną na jego temat. Czy aby nie zawróciłaś sobie w głowie, droga pani?" - pisze Krystyna w pamiętniku 22 października 1958 roku. "Odniosłam wrażenie, że Wacek ma mnie dość (...), a ja łapię go za uszy i ciągnę do siebie. Chłopak jest za dobrze wychowany, aby powiedzieć o tym lub dać poznać po sobie. Ale dziś wieczorem wyczułam wyraźnie, że ma mnie dość, i to na długo. I na dodatek ta cholerna Halina w niedzielę".

Halina to holownik.

"Od tej niedzieli dam spokój Wackowi. Już dość tego łapania chłopaka na łeb, na szyję. On ma najwyraźniej mnie w nosie, a ja, stara baba, latam za tym dzieciakiem jak wariat" - obiecuje sobie Krystyna. "A więc koniec. Ostatni raz zaczepiam Wacka. Nie będę się narzucać. Tylko dlaczego tak dziwnie przykro? Nawet to przestało mnie cieszyć, że jestem od wczoraj sternikiem jachtowym".

Od grudnia 1956 roku do kwietnia 1959 roku Krystyna pisze pamiętnik. W zeszycie w linie, oprawionym w zielone płócienko, prowadzi dziennik uczuć. Po długopis sięgnęła, bo jest zakochana.

Nie, nie w Wacku.

W 1956 roku, kiedy pisze pierwsze zdania, kocha się w Tadku, to kolega ze studiów, który się z nią przyjaźni, jednak podrywa inną Krystynę, studentkę chemii. Chojnowskiej to, że Tadek jest niedostępny, nie zniechęca, wręcz przeciwnie, jest dla niej wyzwaniem. Inni wpatrzeni w nią koledzy nie są tak pociągający jak ten, którego czuje, że mieć nie może. Zastawia na niego sidła. Urządza imprezę imieninową, Tadek przychodzi, tańczą i grają w brydża ze znajomymi, jest fajnie. Ale następnego dnia widzi go na plaży z tamtą i postanawia się opamiętać, skupić na egzaminie z maszyn parowych. Egzamin zdaje i aby wybić sobie Tadka z głowy, wyjeżdża na obóz żeglarski do Giżycka. Tam błyszczy, przyciąga uwagę chłopaków, którzy się za nią uganiają, co skrzętnie notuje w pamiętniku. Zdobywa przydomek "Królowa Portu".

"Ciekawy eksperyment" - pisze - "serce, które kocha, tak łatwo przyciąga inne. Już pierwszego dnia mam wielu adoratorów: nasz Andrzej, Zygmunt - młode chłopię z DZ, około dwa metry wzrostu z poczciwą gębą, Michał, student jakiejś szkoły muzycznej, jakiś plastyk i pierwszy oficer z "Hutnika" Andrzej". Szkoda, że Tadek tego nie widzi.

Obóz jest udany, koledzy mili, Krystyna odzyskuje wiarę we własną urodę, którą odtrącenie zachwiało. "Powrót z obozu na praktykę potwierdził moje doświadczenie. Tadek robił na mnie wrażenie nie większe od moich starych trampek" - zapisuje.

I już po Tadku.

Krystyna nie zapisuje w pamiętniku rzeczywistości politycznej, jedynie uczuciową. Wyjątek robi, pisząc kilka zdań o Powstaniu Węgierskim z 1956 roku, gdzie studenckie i robotnicze protesty, zainspirowane protestami polskich robotników, doprowadziły do wejścia sowieckich wojsk i krwawego stłumienia rebelii. Ginie niemal 3 tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy zostają aresztowane, setki tysięcy zbiegają za granicę. Polska prasa codziennie relacjonuje to, co dzieje się na Węgrzech, ludzie solidaryzują się, powstają akcje zbierania krwi i wysyłania do węgierskich szpitali. Koledzy Krystyny ze studiów planują jechać na Węgry i walczyć. Krystyna przeżywa tragedię węgierską i to, że Gomułka odcina się od pomocy i nieprzychylnie patrzy na solidarność z postulatami Węgrów. Sam boi się powstania i sowieckiej interwencji.

"Zburzone zostały moje wszelkie dotychczasowe pojęcia. W tej chwili nie wierzę w nic i nikomu. Może Gomułka ma dobre chęci, ale jak to będzie?" - notuje Krystyna.

W pamiętniku nie ma słowa o wiecach studentów Politechniki Gdańskiej w 1956 roku. Krystyna nie angażuje się, ale postulaty popiera. To wiece poparcia dla Władysława Gomułki. W marcu umiera I Sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Bolesław Bierut. Gomułka występuje z planem przeprowadzenia reform społecznych i szukania "polskiej drogi do socjalizmu". Jego wybór na I Sekretarza grozi jednak interwencją zbrojną ZSRR.

22 października na wiec na dziedzińcu Politechniki Gdańskiej przychodzi ponad 30 tysięcy osób. Przemawia m.in. kontradmirał Jan Wiśniewski, dowódca Marynarki Wojennej, który deklaruje lojalność w razie ataku jednostek floty wojennej ZSRR przebywających w Zatoce Gdańskiej. Protestujący domagają się zwolnienia z internowania kardynała Stefana Wyszyńskiego, likwidacji UB, zakończenia zagłuszania zagranicznych radiostacji, odwołania radzieckich oficerów wojska, ustąpienia ze stanowiska obrony narodowej marszałka Konstantego Rokossowskiego i wprowadzenia religii do szkół podstawowych.

Dzień później odbywa się kolejny wiec. Żądania rosną. Protestujący domagają się wyjaśnienia sprawy Katynia, repatriacji Polaków z ZSRR, zwrotu Wilna i Lwowa, reprezentacji Kaszubów w Sejmie i przywrócenia święta 3 Maja.

24 października delegacja protestujących studentów jedzie do Gomułki, który studzi ich zapał. Apeluje o zaprzestanie protestów.

Koreańscy studenci przestają rozmawiać z polskimi. Nie mogą pojąć, jak można się tak buntować. Ale atmosfera na uczelni się rozluźnia. Z planów lekcji znikają ekonomia polityczna i marksizm. Powstaje parlament studencki, ożywia się ZSP i wydziałowe stowarzyszenie "Korab". Członkowie klubu żeglarskiego Politechniki Gdańskiej podejmują próbę wydzielenia klubu z AZS-u, powrotu do przedwojennego statusu i nazwy AZM, ale takiego rozprężenia Zarząd Główny AZS-u nie toleruje. Udaje się przewalczyć zmianę nazwy na Akademicki Klub Morski AZS, ale nie niezależność.

Krystyna nie pisze nic w pamiętniku przez dwa lata. Aż w klubie pozna Wacława i zaczną nią targać uczucia, które trzeba będzie przelać na papier, by rozpoznać ich naturę.

"Sytuacja bez zmian, chociaż Janeczka usiłowała postawić hipotezę, że on ma również zawrócone w głowie" - pisze 9 listopada 1958 roku. "I mnie się tak przez moment wydawało na tej pijatyce z okazji mojego patentu. Umiem czytać w ludzkich oczach i wydawało mi się, że tam coś było. Ale nie mogę twierdzić z całą pewnością. Jeśli tak, to dlaczego tak się odsunął? Czy to obojętność, czy po prostu uważa, że nie ma sensu narzucać się, bo mnie na tym nie zależy?".

Pierwsza kobieta

Dziesięć! Dziewięć! Osiem! - studenci żegnają stary rok, 1958. Wszystko przed nimi. - Siedem! Sześć! Pięć! Nowe rejsy, nowe przygody. Cztery! Trzy! Dwa! Jeden! Hura! Wznoszą toast za to, co nadchodzi. Sylwester odbywa się w klubie, w małym pokoju na poddaszu, w siedzibie AZS-u. Jest alkohol, są tańce, rozmowy.

Krystyna mówi Wackowi, że jej gorąco, i chce łyknąć mroźnego powietrza. Śmieje się, patrzy mu śmiało w oczy, flirtuje.

- To Chojnowska była prowodyrką - mówi mi Wacław.

Wacek nawet nie wie, jak to się stało, że ich usta się spotykają. Pierwszy raz całuje się z dziewczyną. Wcześniej zajmował go sport, nauka. Były fantazje, marzenia o bliskości kobiety. Teraz te marzenia nabierają ciała i to jest ciało Krystyny - realne, mocne, oszałamiające. Odkrywa, że lubi się całować. I pragnie więcej.

"Co się stało temu dziwnemu chłopcu, że oszalał na ten wieczór?" - pyta Krystyna w pamiętniku. Wacław powiedział jej, że poważnie o niej myśli, to w niej budzi podejrzenie, że może myśli o małżeństwie. "Nie wypieram się, byłby cudownym mężem, ale przecież ja absolutnie nie jestem dla niego, przecież, zwłaszcza teraz, absolutnie nie mogę myśleć o mężu, rodzinie i stabilizacji".

Wystraszyła się i planuje zaproponować Wacławowi przyjaźń.

Kolejne dni, kolejne zapiski, dużo młodzieńczej egzaltacji, ciągle to rozdarcie, niepewność: czy ja go kocham, czy on mnie kocha? Im bardziej pewna jest jego uczucia, tym mniej własnego, im bardziej wątpi w miłość Wacka, tym bardziej sama kocha.

"Ach, jak chciałabym być pewna jego miłości, jak chciałabym zapanować nad sercem i duszą tego chłopca z kryształu i diamentu. Może dzięki niemu byłabym szlachetna, mniej egoistyczna, bardziej ludzka niż dotychczas" - pisze. Siebie ma za aktorkę, która odgrywa uczucia, jego za ideał.

Trzy tygodnie później ma pewność - Wacław ją kocha, i to "kocha jak wariat".

Chodzą na fajfy razem, z całą bandą, koledzy i koleżanki uznają, że jest nowa para. Spacerują razem nad morze, rozmawiają, poznają się. Na początku Krystyna drażni się z absztyfikantem, opowiada o swojej bujnej przeszłości romantycznej, potem się otwiera. Wacława pociąga jej siła charakteru, ale też delikatność, czasami zdaje mu się, że Krystyna jest jak skrzywdzone dziecko, i chce ją otoczyć opieką. Tęskni. Może ją odwiedzać w akademiku, ale tylko do 22, a i tam nie ma szans na jakąkolwiek intymność w kilkuosobowym pokoju. Czasami wymykają się oboje na noc do baraku klubowego w Pleniewie, gdzie teraz jest baza. Bosman przymyka oko. W zimnym baraku, przykryci wełnianymi kocami, znajdują ciepło, jakiego nie znali wcześniej.

Szczęście trwa jednak tylko chwilę. Krystyna jest załamana i wściekła. Od koleżanki dowiaduje się, że w klubie organizowane są zagraniczne rejsy morskie. Tymczasem ona, zakochana, zajęta studiami, ostatnio do klubu nie zaglądała, a Wacław, który jest w zarządzie klubu, nic jej o tych rejsach nie powiedział.

"Głupia! On widzi w tobie arcymiłą zabawkę, którą zapycha sobie nudne chwile. A o atrakcyjnych rejsach morskich nie wiesz nic, chociaż jesteś flamą członka Rady Klubu" - pisze w pamiętniku.

Jest naprawdę wkurzona. Co on sobie wyobraża? Że będzie się rozbijał po morzach, gdy ona będzie wzdychała z lądu? O nie, nigdy nie będzie tak żyć. Nie godzi się na życie w "charakterze miłej porcelanki".

"Myśli, że ma mnie dla siebie, że będę tęsknie wyglądała, aż on wróci z jakiegoś rejsu morskiego. (...) A tyś łudziła się, że twój "ideał" traktuje cię jak człowieka mającego te same prawa co inni ludzie" - pisze. I kwituje: "Ach jak ja go nienawidzę, jak nie cierpię. Moja nienawiść jest przeogromna i wątpię, czy będę się dalej nim tak cielęco zachwycać. (...) Nie wystarczy mi rola materaca do łóżka, chcę być kimś".

A więc Wacek jest skreślony?

"Jeszcze spróbuję zrobić awanturkę, może coś się wykluje z niego" - kończy wpis.

Ostatnie zapiski są z dnia 7 kwietnia 1959 roku.

Ma żal do klubu, rejs, w który miała płynąć, nie odbędzie się, a to jej ostatnie wakacje studenckie. "Potem trzeba będzie zająć się życiem bardziej serio" - pisze. "Może na żeglarstwo nie będzie czasu i warunków?". Nie jest pewna, jak potoczy się jej los po studiach. Czy uda jej się znaleźć pracę w Gdańsku? A jeśli nie? Będzie musiała zaczepić się w Szczecinie, Ustce lub Kołobrzegu. Martwi się o dwie sprawy. Pierwsza, to że traci kolegów z klubu. Zna ich, oni ją. A jak będzie w innych klubach? Czy komuś podczas rejsu nie przypomni się, że ona jest kobietą, i nie będzie chciał tego wykorzystać?

Drugie zmartwienie jest większe. Wacek jeszcze studiuje, zostanie w Gdańsku. "Chciałabym tu być razem z nim. Jednak bardzo go kocham. Kocham go za wszystko, za to, że jest tak dobry, tak szlachetny, tak zakochany, taki czuły. Wątpię, czy często spotyka się tak wielką i gorącą miłość, tak cudowne i całkowite oddanie" - pisze. "Najpierw trzeba zrobić dyplom, potem go zdać, potem gdzieś ulokować się i zająć robieniem stopni żeglarskich, nauką języków obcych, własnym rozwojem. I przez to wszystko czekać na niego. Może naprawdę będziemy mogli razem polecieć w ten świat?".

To ostatnie zdanie w dzienniku.

Na początku 1960 roku Wacław jedzie do Ostródy poprosić o rękę Krystyny. Rodzicom podoba się ten poważny kawaler. Gorzej wypada wizyta w Jeleniej Górze. Wacław o nic nie pyta, tylko przedstawia mamie Krystynę jako przyszłą żonę. Krystyna jest w za dużym płaszczu, matka myśli, że pośpiech stąd, że narzeczona przyjechała z brzuchem. Nie jest zadowolona, że jej jedynak, jej królewicz został tak szybko usidlony. Syn się na nią jednak nie ogląda.

Ślub biorą w 1960 roku, 7 maja, w urzędzie stanu cywilnego w Ostródzie. Kościelny dwa lata później. Krystyna nie rezygnuje z panieńskiego nazwiska, dodaje jedynie nazwisko męża. Zrezygnować z Chojnowskiej to byłby jej zdaniem błąd zawodowy, zaprzepaszczenie kariery, właśnie zrobiła pod tym nazwiskiem dyplom[5] na technologii chłodnictwa z projektem systemu obróbki i zamrażania ryb na trawlerze-przetwórni. To nowatorski projekt, bo na świecie linie automatycznej obróbki ryby mają tylko Duńczycy, a dodatkowo świat przechodzi właśnie rewolucję w chłodnictwie, zastępując solankę i amoniak freonem.

Czy to się nie rozpadnie?

Każde mieszka w swoim akademiku. Nie stać ich na pokój gdzieś w mieście. Wacław z powodu pracy w Klubie Morskim, gdzie zostaje kierownikiem małego warsztatu szkutniczego, zapuścił się w nauce, zawala egzamin z turbin u profesora Szewalskiego i idzie na urlop dziekański. Dorabia w Studenckiej Spółdzielni Pracy "Techno-Service", która nawiązała kontakty ze stoczniami i portem. Studenci mogą zarobić nawet sto złotych podczas jednej fuchy - czyszcząc zbiorniki i ładownie, gdy statek jest w porcie lub w stoczni remontowej, jako watchman - dozorujący załadunku i sprawdzający, czy poszczególne partie nie są uszkodzone, lub liczmen - upewniający się, że zadeklarowana ilość palet lub worków opuściła ładownie statku lub została do nich załadowana. Praca jest zawsze w nocy, dzięki współpracy ze studentami stocznia i port nie muszą uruchamiać drugiej zmiany i płacić nadgodzin. Wacław woli pracę w porcie, bo na statku zawsze otwarta jest pentra, rodzaj spiżarni, z dobrze zaopatrzoną lodówką, a przy liczmence często są dodatkowe korzyści, jak na przykład pęknie worek z kawą.

Krystyna ma problem. Po studiach nie może znaleźć pracy w Gdańsku, podejrzewa, że kobieta inżynier budowy okrętów to w stoczni nadal sprawa trudna do wyobrażenia. Z akademika musi się wyprowadzić, mieszkania nie mają. Dostaje propozycję ze Szczecina, z firmy okrętowej, atrakcyjną, bo z kwaterą. Tylko co z Wackiem? On musi zostać w Gdańsku, przed nim dyplom w katedrze okrętowych silników spalinowych. Wacława jej rozważania przerażają, boi się, że to, co jest między nimi - zniknie. Przez odległość, brak kontaktów bezpośrednich. Krystyna wpadnie w nowe środowisko. Odkrywa, że jest zazdrosny, boi się, że ktoś mu ją odbierze.

Niech pani zapyta kolegę

Krystyna uważa, by nie wylać kawy na biały fartuch. W Stoczni Gdańskiej o 9 rano jest przerwa na drugie śniadanie, stołówka serwuje kawę zbożową zwaną przez pracowników "szczurzanką". Stoi kocioł i chochla, kto chce, może sobie nalać. Krystyna nasłuchuje informacji z radiowęzła. Może uda się upolować bilety do teatru Wybrzeże?

Zaczyna o siódmej rano, latem o szóstej. Pracuje do 15, często bierze nadgodziny.

Jest szczęśliwa. Udało jej się znaleźć pracę w biurze konstrukcyjnym Stoczni Gdańskiej, pomógł kolega z wyższego rocznika. Jedyny problem teraz to ten, że nadal nie mają mieszkania. Dostała przydział na miejsce w pokoju robotniczym, mieszka z dwiema robotnicami ze stoczni, atmosfera między nimi jest ciężka, ona uważa, że one są prymitywne, one - że pani inżynier się wywyższa.

Krystyna w pracy, przy stole kreślarskim w biurze konstrukcyjnym Stoczni Gdańskiej, 1964 rok

 

W czasie gdy Krystyna dołącza do biura konstrukcyjnego, Stocznia Gdańska[6] jest już nowoczesnym zakładem, jedną z najprężniejszych stoczni na świecie, ma 10 pochylni, budowane są tam statki rybackie pełnomorskie i drobnicowe, a także nowatorskie w światowym okrętownictwie trawlery-przetwórnie i statki-bazy rybackie, łączące przetwórnię, chłodniowiec-zbiornikowiec oraz statek pasażerski. Od 1967 roku produkowany jest tu też prototypowy "paragrafowiec" do przewozu drobnicy, ładunków masowych i drewna, dostosowany do żeglugi po Kanale Sueskim, Panamskim i na amerykańskich Wielkich Jeziorach. Paragrafowiec powstaje na zlecenie armatora norweskiego. Sejnery tuńczykowe typu B415 - dla armatora meksykańskiego. Robią też zlecenia dla Kubańczyków. Ale większość jednostek budowana jest dla bratniego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Tu kontrakty są największe.

 

[...]

Redakcja: Ewa Wieczorek, Karolina Oponowicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Źródła zdjęć: Jan Morek/Forum (okładka); archiwum rodzinne s. 14, 23, 26, 125, 290; archi-wum Wacława Liskiewicza nieznany fotograf dla prasy gdańskiej lub ze zbiorów Stoczni Gdań-skiej s. 41; archiwum Wacława Liskiewicza z prasy szkockiej s. 55; Aleksander Jalosiński/Fo-rum s. 68; Wincenty Kościelecki z archiwum Wacława Liskiewicza s. 91; Wacław Liskiewicz s. 94, 167, 190, 207, 227; Zbigniew Kosycarz/KFP s. 98; Jan Morek/PAP s. 101, 109, 117, 229, 237; archiwum Wacława Liskiewicza nieznany fotoreporter z prasy polskiej s. 114, 242; archi-wum Wacława Liskiewicza z wywiadu dla Głosu Wybrzeża s. 125; Jan Morek/Forum s. 142, 232; Janusz Szewiński z archiwum Wacława Liskiewicza s. 168; Leszek Fidusiewicz/REPOR-TER s. 198; Stefan Kraszewski/PAP s. 241; Damazy Kwiatkowski/PAP s. 245; Wojtek Laski/East News s. 273; Andrzej Iwańczuk/REPORTER s. 280; Łukasz Głowala/KFP/REPORTER s. 283; Damian Kramski/Agencja Wyborcza.pl s. 296; Paulina Reiter s. 300; Dominik Sadowski/Agen-cja Wyborcza.pl s. 312-313; Bartosz Bańka/Agencja Wyborcza.pl reprodukcje zbiorów rodzinnych

Fotoedytor: Agnieszka Żelazko

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Mimo dołożenia najwyższej staranności Wydawnictwo Agora nie ustaliło danych osób lub podmio-tów reprezentujących prawa do niektórych zdjęć zamieszczonych w książce.

W przypadku posiadania wiedzy o nazwiskach lub adresach zamieszkania tych osób pozostajemy do dyspozycji pod adresem: Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732, Warszawa z dopiskiem "dla p. Agnieszki Żelazko" lub pod adresem poczty elektronicznej: wydawnictwoagora@agora.pl.

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? Agora SA, 2023

Copyright ? Paulina Reiter

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2023

 

ISBN: 978-83-268-4178-1

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej