Samotne miłości - Eshkol Nevo

Reflow text when sidebars are open.
Można by się spodziewać, że taka historia będzie powtarzana z ust do ust, relacjonowana szeptem na klatkach schodowych albo w sypialniach z najdrobniejszymi szczegółami, przez wszystkie pokolenia, lecz o dziwo, zaraz po incydencie, choć miał on świadków, prawdziwych świadków naocznych, nikt o nim nie rozprawiał, ani po hebrajsku, ani po rosyjsku, ani po amerykańsku, jakby ludzie postanowili, że całą sprawę powinny przysypać drobiny czasu, sekundy usypujące się w minuty, jak płatki śniegu. Bo przecież i tak nikt by nie uwierzył.
Ale mogłoby się zdarzyć, przypuśćmy, że kiedyś o północy ktoś ustawiłby drabinę, opartą o zachodnią ścianę budynku ratusza, i wspiął się lekko, zwinnie po szczeblach, a jego ręka bez wahania popchnęłaby właściwe okno - nie trzeba nawet tłuc szyby, Reuwen z archiwum zostawia okno odrobinę uchylone, żeby wpuścić powiew wiatru - następnie od razu mógłby nacisnąć przełącznik światła i odszukać w dolnym rzędzie, na najniższej półce, skoroszyt zatytułowany Datki w latach 1993-1994, odrobinę wystrzępiony na brzegach, a w nim, niemal nie kartkując zawartości, odnalazłby z łatwością oficjalny list od nadawcy: Jeremiaha Mendelstruma z Hillborn, New Jersey, zaadresowany do Burmistrza.
List ten, należy ostrzec, choć oficjalny, wcale nie jest krótki. Najwyraźniej bowiem Jeremiah Mendelstrum uległ temu, co spotyka niekiedy osoby biorące pióro do ręki: to ono ich prowadzi. A może przyczyniła się do tego samotność, praprzyczyna wszystkich przyczyn. I tak, choć pierwotnym zamiarem pana Mendelstruma było przedstawienie krótkiej, rzeczowej propozycji, na dwóch pierwszych stronicach zaskakująco szeroko rozpisuje się on na temat niedawno zmarłej pani Mendelstrum, a linie, które kreśli, nie są krótkie i odmierzone, lecz długie i wijące się jak tęsknota, nie zadowala się też wyświechtanymi określeniami - sprawiedliwa, uosobienie wszelkich cnót i tym podobne - lecz stawia na progu serc czytelników maleńkie dzbanuszki, zawierające cząstki wspólnego życia pary małżeńskiej: pełne skrępowania pierwsze spotkanie na obrzezaniu u Frishbergów, to, jak oddaliła się nieco, nie mogąc patrzeć na sam moment operacji, a on obejrzał się za nią, nie mogąc na nią nie patrzeć. Poza tym: wspólny wieczorny spacer rok później, od West Village do rzeki Hudson, gdy zwierzała mu się z marzeń, mówiąc: musisz wiedzieć, że nie jestem jedną z tych dziewczyn, które spacerują z ukochanym nad Hudsonem i zwierzają mu się z marzeń tylko po to, by dwa miesiące później zajść w ciążę i zrezygnować ze wszystkiego, a on powiedział: God forbid, nic podobnego, ale w głębi serca czuł dumę, bo wtedy po raz pierwszy na swój sposób powiedziała mu, że go kocha. W ciągu czterdziestu kolejnych lat deklarowała miłość do niego zaledwie kilka razy, ale zawsze robiła to z pełnym przekonaniem, jak w modlitwie, a pomiędzy tymi chwilami zostawiała go spragnionego kolejnego razu. Teraz, gdy odeszła, on odkrywa ku swemu wielkiemu żalowi, że nie ma już na co czekać. Owszem, niekiedy udaje mu się zobaczyć ją wyglądającą z oczu synów, a jedna z wnuczek, córeczka starszego syna, ma dokładnie taki sam uśmiech i tak samo unosi brwi ze zdumieniem, ale Ameryka to nie Izrael, you must understand, amerykańskie rodziny to odłamki glinianego naczynia, a nie kawałki puzzli, i między kolacją w Rosz ha-Szana a wieczorem sederowym nie udaje mu się znaleźć celu, kolejne dni kleją się do siebie, nawet pieniądze, przy których gromadzeniu harował od rana do wieczora tyle lat, nawet one już go nie motywują, i właśnie przez to wpadł na pewien pomysł: uwieczni imię ukochanej żony, finansując budowę nowej mykwy w Mieście Cadyków, do którego przyjazd planowali razem zaledwie poprzedniego lata. Kupili już bilety na samolot i Szczegółowy przewodnik po grobach świętych cadyków, w angielskim tłumaczeniu naturalnie, lecz pewnej niedzieli, gdy przeglądał weekendowe wydania gazet, usłyszał nagle głuchy dźwięk od strony sypialni, jak odgłos uderzenia pięścią w worek.
Nie chce rozwodzić się nad tamtą chwilą. Nie może. Chyba nigdy nie będzie mógł. Zamiast tego postanawia przejść do sedna. Jak wspominał, jego zamiarem jest sfinansowanie nowej mykwy w mieście, z pokryciem wszelkich związanych z tym kosztów, i ma tylko jeden warunek, choć nie do końca jest to warunek, lecz raczej nadzieja pełgająca w nim jak płomień świeczki zapalonej ku czyjejś pamięci, by ten budynek, w którym obok wejścia znajdzie się tabliczka z imieniem jego żony, był gotów do przyszłego lata, gdy zamierza odwiedzić Ziemię Świętą. Jeśli Bóg pozwoli.
Od dnia, w którym nakrył głowę jarmułką i przyjechał do Miasta Cadyków, Mosze Ben Cuk usiłował postrzegać siebie jako człowieka narodzonego na nowo, który z bezpiecznego dystansu obserwuje dawne namiętności. Co prawda, wbrew wszelkim staraniom przetrwało w nim kilka skłonności z czasów, gdy był kibucnikiem o złamanym sercu, a potem oficerem wywiadu w Tajnej Jednostce, o której Wiedzą Wszyscy - nadal kolekcjonował mapy i plany, nucił bezgłośnie pod nosem piosenki Szaloma Chanocha, wypalał po obiedzie jednego papierosa marki Noblesse i odpędzał ręką zapach Ajelet, ilekroć dolatywał do jego nozdrzy.
Ta woń nie przypominała w ogóle cynamonu, ulubionego zapachu Ajelet. Ani żadnego konkretnego szamponu. To był po prostu jej własny zapach. I zawsze, chociaż wiedział, że to wykluczone, że nie ma takiej możliwości, gdy wyczuwał ten zapach przy półce z nabiałem w supermarkecie, obok huśtawek na placu zabaw, albo - szatańskim zrządzeniem - w synagodze, dłoń odpędzała go energicznie, ale oczy zaczynały się rozglądać: może mimo wszystko...
Tamtego ranka przyniósł go ze sobą podmuch zimowego wiatru, który wdarł się do wnętrza samochodu. Mosze natychmiast zamknął okno, ale to tylko pogorszyło sytuację. Teraz jest uwięziony z tym zapachem, zmuszony do obcowania z nim. Dlatego otwiera z powrotem okno i usiłuje odgonić zapach ręką, patrzy w boczne lusterko i w wewnętrzne lusterko, a potem znowu w boczne, chociaż tak naprawdę nie ma żadnej możliwości, to nie może być, jest stracony, jeśliby ona wróciła - na koniec przenosi wzrok na drogę i dodaje gazu. Najlepiej, żeby wreszcie dojechał do pracy. Jak najprędzej. Tam będzie mógł schować się za cudzymi problemami.
Jako osobisty asystent burmistrza do wszelkich zadań, Ben Cuk ma do dyspozycji przestronny gabinet, którego ściany ozdobił licznymi mapami: popularnymi, jak "mapa synagog" czy "mapa uczelni talmudycznych", ekscytującymi, jak "mapa rocznego poparcia", i całkiem niepotrzebnymi, które powstały z samego zamiłowania do kreślenia map, jak "mapa występowania modeli subaru według roczników" lub "mapa miejskich dziwaków".
Na cotygodniowe posiedzenia rady miasta przychodzi pierwszy, rozwiesza zawczasu mapy i przezrocza, by mógł się odwoływać do nich podczas narady - "przypadkiem miałem je pod ręką" - i tak samo robi na naradzie w sprawie listu od owdowiałego filantropa, Jeremiaha Mendelstruma.
- Sytuacja przedstawia się następująco - mówiąc to, Ben Cuk zrywa się z miejsca i stuka cienkim długim wskaźnikiem w arbitralnie wybrany punkt, znajdujący się mniej więcej pośrodku "mapy miejskich mykw". Obecni podskakują na krzesłach, zaskoczeni siłą uderzenia. Ben Cuk to muskularny mężczyzna, ludzka kapsuła, w której tłoczą się pod ciśnieniem liczne sprzeczne impulsy. Mięśnie ramion prężą się w rękawach koszuli i ludzie całkiem niesłusznie zakładają, że Ben Cuk ćwiczy z ciężarkami. Ma przenikliwe, głębokie spojrzenie. W jego oczach tli się jakiś nigdy niegasnący płomień. Policzki zawsze pokrywa cień zarostu. Nie przez zaniedbanie, broń Boże, lecz dlatego, że włoski wyrastają z powrotem dosłownie w kilka sekund po tym, jak kończy się golić.
Niestety, Ben Cuk, który w dalszym ciągu wędruje wskaźnikiem po mapie, stwierdza, że mimo najlepszych chęci udzielenia twierdzącej odpowiedzi na prośbę milionera w mieście nie ma miejsca na jeszcze jedną mykwę. Liczba mykw przypadających na metr kwadratowy jest tu najwyższa na Bliskim Wschodzie. To samo tyczy się liczby mykw na głowę.
- Nie rozumiem, jak to "nie ma miejsca"? - odzywa się burmistrz tonem, jaki zawsze przybiera na zebraniach: szyderczym, pełnym wyrzutu, z lekkim odcieniem agresji (Awraham Danino ma także całkiem inny ton, który zachowuje na spotkania prywatne: ojcowski, łagodny, z wyraźnym odcieniem zaufania. I choć Ben Cuk pracuje z nim już od blisko dwóch lat, nie przyzwyczaił się jeszcze do tych gwałtownych zmian). - Jeśli nie ma miejsca - Danino uderza teraz lekko dłonią w stół - to je zrobimy. Jak się to mówi: dla chcącego nic trudnego.
- Nawet jeśli zrobimy miejsce, panie burmistrzu, jest jeszcze jeden problem, z którym będziemy musieli się uporać - mówi Ben Cuk i nakłada na mapę następne przezrocze. - Jak widzicie tutaj - znowu dotyka mapy wskaźnikiem - obecnie - z naciskiem na "obecnie" - zachowana jest delikatna równowaga między różnymi nurtami religijnymi, gdy chodzi o liczbę mykw przynależących do poszczególnych nurtów. Każda dodatkowa mykwa w mieście naruszy tę równowagę. Co więcej, może ją całkowicie zburzyć.
Członkowie rady, której skład również ustalono zgodnie z tą samą uświęconą zasadą równowagi między rozmaitymi nurtami, kiwają głowami. W rzeczy samej, twardy orzech do zgryzienia.
- Co w takim razie proponujesz? - pyta Danino, wbijając w niego spojrzenie zielonych lśniących oczu. (Nikt nie spodziewa się tak lśniących oczu u burmistrza miasta. Ben Cuk widział wielokrotnie, jak smutek wyzierający ze spojrzenia Danina wytrąca ludzi z równowagi. Szczególnie, gdy spotykają go po raz pierwszy). - Nie, naprawdę - odzywa się ostrzej - chcę wiedzieć, co zamierzasz. Mamy powiedzieć temu całemu Mendelstrumowi, że nie chcemy jego pieniędzy? Niech je sobie zabierze i da innemu miastu?
- W gruncie rzeczy, jeśli spojrzeć na mapę... - zaczyna mówić Ben Cuk, zamierzając umieścić na niej kolejne przezrocze.
- Zostaw te mapy w spokoju! - wykrzykuje burmistrz i wpycha rękę głęboko w spodnie (podczas gdy większość ludzi wpycha za spodnie kciuk z pozostawieniem reszty dłoni na zewnątrz, Awraham Danino zwykł wkładać do środka cztery palce, aż niemal, albo wręcz dosłownie, dotykają genitaliów, zostawiając na zewnątrz sam kciuk). - Przedstaw mi jakieś rozwiązania! - Podnosi głos, zwracając się do swego asystenta, i nerwowo uderza kciukiem po sprzączce paska. - Rozwiązania!
Kiedy ktoś na niego krzyczy, Ben Cuk niemieje. Staje się z powrotem małym chłopcem, nowym przybyszem w kibucu. Takim, któremu mówią "no skacz, skacz wreszcie" na wycieczce do wodospadu w Nachal Jehudija. Takim, którego nigdy nie wybierają do drużyny koszykówki, chociaż nie jest aż tak beznadziejny. Takim, który podczas pierwszych nocnych podchodów wpada do dołu na szambo i wstydzi się zawołać o pomoc, bo wie, co powiedzą. Takim, co woli milczeć, bo nawet jego świetne pomysły są przyjmowane z drwiną...
- Chwileczkę, za pozwoleniem, a co z tym pustym terenem? - zabiera nagle głos przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, skromny i poważny młody człowiek, który dwa lata wcześniej został tu oddelegowany ze Świętego Miasta, by naprawić sytuację po tym, jak w radzie miejskiej wykryto nieprawidłowości finansowe.
- Gdzie? - Ben Cuk stuka w mapę wskaźnikiem. - Tu? Tu? Tu?
Przedstawiciel Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zrywa się, podchodzi do mapy i kładzie palec na ziemi niczyjej, terenie położonym między miastem a jednostką wojskową. Rzeczywiście, nic tam nie ma. To teren pozbawiony mykw. Całkowicie.
- Słowo daję. - Ben Cuk opiera wskaźnik o ścianę. - Chce pan zbudować mykwę na Syberii?
Wszyscy rechoczą. Oprócz burmistrza, który wyciąga rękę zza paska, uderza mocno w stół i mówi:
- To właśnie zrobimy z donacją pana Mendelstruma. Wybudujemy pierwszą historyczną mykwę na Sy... Na osiedlu Źródło Dumy. Popłyną wody ze źródeł. I przyjdzie do Syjonu wybawiciel.
- Ale... - oponuje zdumiony Ben Cuk - po co im mykwa? Tamci nawet nie... Nie wiadomo, czy na pewno są żydami.
- Ben Cuk. - Burmistrz uśmiecha się uśmiechem człowieka, który znalazł rozwiązanie. - Któż lepiej od ciebie może wiedzieć, że nigdy nie jest za późno na nawrócenie. Przejedź się tam jutro i znajdź odpowiednią lokalizację.
- Ale, Awrahamie, to znaczy panie burmistrzu, tamtejsze mieszkanki są już starszymi kobietami i dawno przekroczyły wiek, w którym...
- To niech zbudują też część dla mężczyzn. Mam nadzieję, że ta mykwa powstanie do lata. Dokładnie tak, jak chce ten żyd.
Dwa lata wcześniej, w dniu przybycia do miasta nowych imigrantów, lekcje w szkołach zakończono już o jedenastej. Uczniowie czwórkami pomaszerowali na główną ulicę, trzymając w rękach kartoniki, na których widniały wypisane flamastrami hasła: "Wypuść mój lud", "Let my people go", a także, po prostu: "Witajcie". Wielu bezrobotnych zrobiło sobie przerwę w dniu bezrobocia i dołączyło do historycznego powitania, niosąc z dumą zdjęcia więźniów Syjonu; prędko zjawili się handlarze z gorącą kukurydzą i zimnymi napojami, którzy w dolnej części wózków poupychali także malutkie buteleczki taniej wódki, w razie gdyby pogłoski o imigrantach się potwierdziły. Pięć minut przed oficjalnym terminem z ogromnych głośników, ustawionych wcześniej na kilku balkonach, buchnęły tony Hawa nagila, a grupa miejscowych emerytów w mundurach Armii Czerwonej, które urząd miasta specjalnie dla nich wypożyczył z magazynu kostiumów teatralnych, zmierzała powolnym i szacownym marszowym krokiem do pierwszego rzędu. Zdumiony tłum rozstąpił się, by ich przepuścić, burmistrz zaś, który dyrygował całym przedsięwzięciem, z wielką satysfakcją ocenił swoje dzieło, a później popatrzył w stronę zakrętu, by sprawdzić, czy na horyzoncie widać już autobusy.
Awraham Danino długie miesiące pielgrzymował do Świętego Miasta, domagając się, by władze zgodziły się przysłać mu trochę "tamtych". Wszystkie okoliczne miasta otrzymały już swój przydział i wszędzie, dokąd przybywali, nowi imigranci spotykali się z chłodnym przyjęciem, które prędko zamieniało się w szczery podziw, gdy okazywało się, że przywożą ze sobą wszechstronne wykształcenie, palącą ambicję, jasnowłose kobiety i dodatki do budżetu. Danino wciąż był zmuszony obserwować tęsknie, jak autobusy wyruszające z ośrodków dla imigrantów zmierzają do innych miast, nie do jego. Wciąż od nowa prosił i przedkładał, że właśnie u niego... ze względu na klimat... będą czuli się odpowiednio. I że właśnie on... to znaczy jego miasto potrzebuje świeżej krwi bardziej niż wszystkie inne. Zastrzyku energii. Pozytywnej migracji, w pełnym znaczeniu tego słowa.
Jednak jego prośby wciąż pozostawały bez echa. Aż nieoczekiwanie z tą samą arbitralnością, z jaką wyjaśniano mu przez cały czas, że nic z tego nie będzie, z wysokości rozległ się boski głos, który zawyrokował: zgoda. Autobusy z nowymi imigrantami przyjadą do miasta za kilka miesięcy. Dokładną datę pozna w późniejszym terminie.
Burmistrz był zdeterminowany, by nie przepuścić tej niepowtarzalnej okazji. Oczyma wyobraźni widział ją: Marinę, Olgę, Irenę - nie zdecydował jeszcze, jakie imię będzie nosić - jak wysiada z autobusu ostatnia, jej obfity biust stanowi zapowiedź reszty ciała, i w przeciwieństwie do par małżeńskich, które wysiądą przed nią, idzie całkiem sama, dźwigając ciężką walizę. Jej mąż wolał pozostać w Rosji. Albo - jeszcze lepiej - zamarzł na śmierć w gułagu w okresie reżimu komunistycznego. Marina-Olga-Irena nie jest już dziewczynką, ma mocne nogi, silne ramiona i wyzywające, a jednocześnie błagalne spojrzenie.
W duchu doskonale wiedział, że to nie wypada. Że to nie do przyjęcia. Burmistrz przecież powinien widzieć oczyma duszy kwitnące zakłady przemysłowe, nowe inwestycje i boom budowlany, lecz wszystko, co zdołał sobie wyobrazić, to jak podchodzi do Mariny, gdy tylko zejdzie ze stopni autobusu, jak patrzy jej głęboko w oczy, ściska jej miękką dłoń i mówi: dzień dobry, witam w Mieście Cadyków, jestem Awraham Danino, burmistrz, do usług; natychmiast potem proponuje pomoc przy niesieniu walizki, a ona odmawia energicznym potrząśnięciem głowy, ale mówi po hebrajsku z ciężkim, gęstym, drażniącym akcentem: nie wiedziałam, że są tacy dżentelmeni - z akcentem na pierwszą sylabę - w Izraelu.
A co jeśli, nie daj Boże, zgodzi się, by poniósł jej walizkę? Ta możliwość spędzała mu sen z powiek. Po dwóch kadencjach obfitujących w burekas i rogalech nie był pewien, czy uda mu się daleko zajść z ciężką imigrancką walizą w ręku, dlatego natychmiast zaczął dbać o poprawę kondycji. Co wieczór maszerował wysadzaną topolami ścieżką z osiedla Źródło Dumy, gdzie wszystkie piękne domy stały całkiem puste, w kierunku Tajnej Jednostki, o której Wiedzą Wszyscy - i z powrotem. Za pierwszym razem tak się zadyszał, że musiał w połowie drogi wezwać kierowcę. Potem kupił sportowe buty i dres z paskami po bokach, polecił wydziałowi budownictwa wylać zaniedbaną ścieżkę asfaltem, by łatwiej się nią chodziło, i nakazał, by Ben Cuk mu towarzyszył.
Wie, że pod czyimś okiem człowiek bardziej się stara.
Podczas jednego z takich spacerów po raz pierwszy zdradza osobistemu asystentowi koleje swego życia.
- Kiedy uciekaliśmy do Izraela - wskazuje palcem na wschód - zeszliśmy nocą z tamtych gór. Ja i mój brat Nissim. Dygotaliśmy z zimna. I ze strachu. Gdyby nas złapali, zabiliby nas. Albo wsadzili do więzienia w Damaszku. A to jest straszniejsze od śmierci, wierz mi. Była zima, jak teraz. I zaczął padać śnieg. Co parę kroków jeden z nas ślizgał się na mokrych kamieniach, a drugi pomagał mu wstać. Granicę przekroczyliśmy dopiero o świcie. Wzeszło słońce, przestał padać śnieg. Padliśmy na pokaleczone kolana i ucałowaliśmy wilgotną ziemię. Także dziś, gdy ci o tym mówię, czuję na ustach smak tej ziemi. Ile mogliśmy mieć lat? Byliśmy jeszcze dziećmi. Ja miałem trzynaście lat, Nissim jedenaście. Ojca nie było. Zostawił nas. Wrócił do Maroka, gdy byliśmy mali. Ty jesteś mężczyzną w naszym domu, tak zawsze mówiła mi matka. Również tamtej nocy, zanim wyruszyliśmy w drogę, położyła mi rękę na czole i powiedziała: ty jesteś starszy, odpowiadasz za to, by twojemu bratu nie spadł włos z głowy. Później, w Izraelu, rozdzielono nas. Nissima wysłano do ośrodka przejściowego. Mnie posłano do kibucu, bo dostrzeżono we mnie potencjał. Byłem chłopcem z zewnątrz. Dokładnie tak jak ty, ja ibni. Jak myślisz, dlaczego przyjąłem cię do pracy? Uwierz mi, byli kandydaci z lepszymi referencjami. Ale powiedziałem sobie: pomogę temu chłopcu. Bo mnie nikt nie pomagał. Do wszystkiego doszedłem sam. Tymi dziesięcioma palcami. Kiedy więc czasem złoszczę się na ciebie, to dlatego, że chcę cię wzmocnić, rozumiesz? Brak mi tchu. Wracajmy.
Codziennie, postanowił Danino, będą maszerować o jedno drzewo topoli dalej, aż dotrą do lasku rosnącego naprzeciw Niekiedy Białej Góry. I rzeczywiście, po każdym takim marszu jego mięśnie napinały się, pierś wydymała, a fantazja o Marinie nabierała coraz żywszych kolorów. Pomoże jej odnaleźć się w mieście. Przez kilka miesięcy będą wiedli sekretny romans. Ciała wynagrodzą im przepaść kulturową, pieszczota za pieszczotą. Nie będzie musiał opowiadać jej o Malcu, wykluczone. Ona zrozumie wszystko sama, bez słów, i roztopi jego smutek. A on wyprowadzi się ze swego ponurego domu i zamieszka z nią. Przecież nie jest za późno, by zacząć od nowa. Jeszcze nie jest za późno.
- Decyduje pierwsze wrażenie! - powtarzał bez ustanku Ben Cukowi. - Musimy ukryć niedostatki i uwypuklić zalety. A najważniejsze: dać przyjezdnym poczucie domu. Czego przede wszystkim pragnie imigrant po jeździe przez te wertepy? Stołeczka, by oprzeć na nim stopy. Ciepłej kąpieli, by ukoić ból w krzyżu. I poduszki, by położyć na niej głowę.
Stosunkowo łatwo udało mu się przekonać zdesperowanego dewelopera osiedla Źródło Dumy, by wydzierżawił domy. Małe ładne domki, zbudowane "w wysokim standardzie, przy wykorzystaniu pełnego wachlarza technologii", jak głosiły broszury reklamowe, stały ciche i puste, i nikt nie garnął się, by w nich zamieszkać, a wszystko to za sprawą cudownego objawienia, o którym informował mieszkaniec miasta, niejaki Jirmijahu Icchaki, w publicznych ogłoszeniach na plakatach rozklejonych w mieście:
Ja, Jirmijahu Icchaki, zamieszkały na osiedlu D w Mieście Cadyków, z łaski Najwyższego oglądałem cuda i jak mi nakazano, niosę mieszkańcom tego miasta posłanie od świątobliwego Nataniela Hanachby, które zostało mi objawione we śnie tej nocy. Ów święty mąż był odziany na biało, a oblicze jego jaśniało jak u anioła. Oto zaś przemówił do mnie w te słowa: zły czyn dokonuje się w miejscu zwanym Źródło Dumy. Zapytałem go, cóż się tam dzieje i dlaczego nie zyskuje to przyzwolenia w jego oczach? Ujął mnie za rękę i powiódł wśród gór i ścieżek, aż doszliśmy do domów nowego osiedla, tam wskazał na ziemię pod swymi stopami, a ona stała się przejrzysta niczym szklana tafla, w dole zaś ukazała się trumna, na którą ów pobożny mąż wskazał, i wyrzekł słowa: oto przeszkoda. Jam jest Nataniel Hanachba, jestem człowiekiem pogrzebanym tutaj i na mym grobie nie zostaną wybudowane domy, gdyż nie godzi się to w oczach Najwyższego. Zapytałem: cóż mam uczynić, panie? Odrzekł: musisz przestrzec mieszkańców i starszyznę miasta, by nie kierowali swych kroków w to miejsce, gdyż grzech będzie leżeć u ich wrót i czyhać na nich, a klątwa będzie unosić się nad nimi.
Na nic zdały się oświadczenia dewelopera, poparte oficjalną dokumentacją, że teren, na którym zbudowano osiedle, został dokładnie przeszukany przed rozpoczęciem prac, by upewnić się, że nie ma tam żadnych grobów i że podczas robót nie odkryto ani jednej trumny. Na nic zdało się również oficjalne ogłoszenie Komisji Opieki nad Starożytnymi Grobami, że podczas przeprowadzonych badań historycznych nie znaleziono żadnej wzmianki o mędrcu zwanym Nataniel Hanachba, aczkolwiek, dodano (zastrzeżenie, które przesądziło o losie tej wypowiedzi), być może przydomek "Hanachba", "ukryty", świadczy o wielkiej skromności cadyka, jak było to w przypadku Chanana Hanachby, wnuka Choniego Ha-Meagela, którego określano tak ze względu na wyjątkową pokorę, nie można zatem całkowicie wykluczyć możliwości, że "Nataniel Hanachba" był do tego stopnia pokorny, iż zadbał o zatarcie wszelkich śladów swej działalności. Na nic zdał się nawet artykuł dziennikarza śledczego w lokalnej gazecie, który ujawniał, że Jirmijahu Icchaki zwrócił się do dewelopera osiedla z prośbą o umożliwienie mu kupna domu po wyjątkowo niskiej cenie i dopiero po otrzymaniu odpowiedzi odmownej rozpowszechnił opis swojej wizji.
Mieszkańcy miasta odnosili się z respektem do tego rodzaju objawień. Przez lata jego długich dziejów występowały one z częstotliwością trzęsień ziemi i stanowiły nieodłączny element lokalnego dziedzictwa. Co więcej: także wątpiący w czystość intencji Jirmijahu Icchakiego wzdrygali się przed kupnem domu, którego mogliby nie móc sprzedać w przyszłości, gdyby klątwa miała faktycznie się spełnić.
To wszystko doprowadzało Awrahama Danino do furii. W niezbyt odległej przeszłości także on dał się wciągnąć w orbitę kultu kwitnącego wokół grobów cadyków. Zapalał świeczki. Zawiązywał szmatki i foliowe torebki. Wypowiadał prośby. Przede wszystkim prosił, by wyższe światy spełniły jedną osobistą prośbę jego i jego żony. Ale potem stało się to, co się stało z Malcem, a Danino uznał, że ma osobiste powody do wojny ze wszystkimi zmarłymi cadykami. Cierpliwie czekał na okazję, by wyrównać rachunki.
Po tym, jak na początku kadencji otrzymał błogosławieństwo od rabinów - którzy skrycie odnosili się z rezerwą do kultu powoli narastającego wokół domu Jirmijahu Icchakiego: sprzedaży buteleczek z tekstem błogosławieństwa, poduszek z nadrukowanym zdjęciem - Danino zwrócił się do przygnębionego dewelopera i gdy ten udzielił zgody, wyznaczył specjalny budżet na przygotowanie domów do przyjęcia nowych mieszkańców. U mnie, mawiał z dumą, imigranci nie będą koczowali miesiącami w ośrodkach przejściowych. Wysiądą z autobusów i z miejsca dostaną klucze do nowych domów.
Ale autobusy się spóźniały. Od pierwotnego terminu minęły już trzy godziny, a na horyzoncie wciąż nie było widać śladu pojazdów. Uczniowie dawno odłożyli na bok powitalne tabliczki i zajęli się sztubackimi przepychankami, emeryci przebrani za żołnierzy Armii Czerwonej zdjęli mundury i wrócili do domu spokojnej starości, by zdążyć na popołudniową drzemkę. Przekupnie obniżyli ceny, ale nawet na cztery kukurydze za dziesiątaka nie było chętnych, i jak zwykle w chwilach rozprzężenia i nudy natychmiast zaczęły krążyć pogłoski: mówiono, że ci bardziej pobożni spośród imigrantów zażądali, by kierowca zatrzymywał się przy rozsianych po drodze grobach cadyków, a ich przybycie opóźnia się coraz bardziej, bo każdy pragnie osobiście pokłonić się na świętym grobie. Opowiadano o fatalnym wypadku, w następstwie którego autokary stoczyły się do koryta potoku Achzaw. Przypuszczano z pokorą, że w ostatniej chwili, na widok skromnych domów i starego centrum handlowego, imigranci zażądali, by zawieźć ich do miasta, w którym znajduje się centrum handlowe z prawdziwego zdarzenia.
O dziesiątej wieczorem, dziesięć godzin po ustalonym terminie, na stromym podjeździe ukazał się pojedynczy autobus. Główna ulica była całkowicie wyludniona, jeśli nie liczyć dwóch mężczyzn o pożółkłych twarzach, w marynarkach, które wymięły się już w południe. Dość silny chłodny wiatr podwijał brzegi powitalnych transparentów, porzuconych w zapomnieniu na skraju drogi, i porywał tony muzyki, wciąż unoszące się w powietrzu. Burmistrz i Ben Cuk z niejakim wahaniem podeszli do skraju zatoki przy jezdni. Danino czuł pulsowanie tętna w skroniach, w ramionach i w jednym zaskakującym punkcie w krzyżu. Nie miał pojęcia, że można odczuwać bicie serca w takim miejscu. Wyjął prawą rękę zza paska i niecierpliwie, ze lśniącymi oczami, czekał na dźwięk zwiastujący otwarcie drzwi.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji