Samotne londyńczyki - Sam Selvon

Kup ebooka

41.00 zł

-
Proszę czekać

Jed­nego zi­mo­wego wie­czoru, gdy Lon­dyn ma­mił mgłą, która nie­spo­koj­nie przy­snęła nad mia­stem, mry­ga­jąc roz­ma­za­nymi świa­tłami, jakby to nie był Lon­dyn, tylko ja­kieś cóś na in­nej pla­ne­cie, Mo­ses Alo­etta na rogu Chep­stow Road i We­st­bo­urne Grove wska­kuje w czter­dziest­kę­szóstkę, kie­ru­nek Wa­ter­loo, ode­brać ziomka z Try­ni­dadu, który wja­dzie po­cią­giem ze­statku.

Zaj­muje miej­sce i biere bi­let od kon­duk­tora. Wyj­muje bie­luśką chustkę i smarka. Chustka czer­nieje. Prze­klęty smog. Mo­ses jest w nie­hu­mo­rze, a smog do­kłada swoje. Mu­siał wy­grze­bać się z pier­na­tów i tasz­czyć w tę nie­po­godę, żeby spo­tkać ko­goś, kogo na oczy nie wi­dział. Co go szcze­gól­nie mę­czyło przy tym: przy­jezdny był mu ani brat, ani swat albo choćby zna­jo­mek; nie wi­dział go na oczy. Tyle że na­pi­sał kum­pel z Try­ni­dadu - tam­ten już wsiadł na po­kład SS Hil­de­brand i niech Mo­ses ze­chce wyjść po niego w Lon­dy­nie na po­ciąg i po­ma­gać mu, do­póki tam­ten nie urzą­dzi się ja­koś w mie­ście. Gość na­zywa się Henry Oli­ver, ale kum­pel pi­sał Mo­se­sowi, żeby nie bał bidy, bo opi­sze Henry'emu Mo­sesa i Mo­ses musi tylko zejść na pe­ron, kiedy wja­dzie po­ciąg ze­statku, a ten cały Henry już go sam wy­pa­trzy. Tak więc Mo­ses przez pa­mięć sta­rych do­brych cza­sów sie­dzi te­raz w au­to­bu­sie, kie­ru­nek dwo­rzec Wa­ter­loo, zły na sie­bie, że ma ta­kie mięt­kie serce, że cię­giem coś dla ko­goś robi, za co jemu nikt pal­cem nie kiw­nie.

Uświa­da­mia so­bie, że le­d­wie stąp­nął we Wielką Brit­nię, a już rzeka zio­mecz­ków z In­dii Za­chod­nich rwie się do jego kan­ciapki w Wa­ter, bo taki to a taki stwier­dził, że Mo­ses to gość, do kogo warto pod­bić, bo za­wsze po­może sko­ło­wać ja­kiś po­kój i ja­kąś ro­botę.

- Rany, chyba ich po­rą­bało - żżyma się Mo­ses Har­ri­sowi, kum­plowi. - Nie znam tych ty­pów w ząb, a oni walą do mnie, jak­bym był ich ofi­ce­rem łącz­ni­ko­wym, prze­zco mu­szę sta­wać na­gło­wie, żeby im po­móc.

I ta­kie rze­czy wła­śnie się działy w cza­sie, gdy An­glicy pod­nie­śli ra­ban, że na ich wy­spę zwala się pół In­dii Za­chod­nich: przy­szły czasy, kiedy za każ­dym ro­giem na­dzie­jesz się mu­sowo na ja­kie­goś szpa­dla. Umówmy się, że nasi już są w polu wej­rze­nia w ca­lut­kim Lon­dy­nie i par­la­ment de­ba­tuje, co z tem ro­bić. Na­sza naj­droż­sza Brit­nia lubi się cer­to­lić, więc nie bę­dzie przy­krę­cać na­szym chło­pa­kom śruby ani za­ka­zy­wać wstępu do Kraju Matki, ale w ga­ze­tach co dzień krzy­czą wo­łami, a w tym kraju jak już co po­wie prasa z ra­diem, to wszy­scy w to wie­rzą jak w Ewan­ge­lię. Jak wtedy, co ga­zety na­pi­sały, że nasi z In­dii Za­chod­nich to so­bie wy­obra­żają, że w Lon­dy­nie złoto leży na ulicy, i po­tem je­den gość z Ja­majki, jak wszedł do urzędu skar­bo­wego, żeby o coś spy­tać, to urzęd­nik go wi­tał:

- Wy tam so­bie wszy­scy pew­nie wy­obra­ża­cie, że w Lon­dy­nie złoto na ulicy leży?

Brit­nią rzą­dzą prasa z ra­diem.

Tak więc Mo­ses jest w nie­wy­god­nej sy­tu­acji, bo, po praw­dzie, więk­szość ziom­ków, któ­rzy tu­taj zjeż­dżają, musi roz­pacz­li­wie kom­bi­no­wać; jak kie­dyś była ich w mie­ście czter­dziestka, góra pin­dziestka, tak tera walo hur­mowo. A kiedy chłopcy, co dłu­żej sie­dzo w Lon­dy­nie, wi­dzo, ile luda pcha się z In­dii Za­chod­nich, to czują, że w tej sy­tu­acji nie wy­pada im mó­wić nic in­nego jak tylko, że po­wrót to skoń­czona głu­pota. Więc co ma ro­bić Mo­ses, kiedy te ziomki zwa­lają mu się na próg z jed­niuśką sztuką ba­gażu w ręce i nie mają aby gdzie głowy przy­ło­żyć, aby gdzie się po­dziać?

Jed­nego dnia przy­śli całą paką.

- Skąd zna­cie moje na­zwi­sko i ad­res?

- Nooo... od ta­kiego jed­nego Jack­sona, co tu był u cie­bie ze­szłego roku.

- Mu­siało go chyba po­giąć. Wie, jak żem się tu bo­ry­kał.

- Mamy kasę - oni na to. - Chcemy tylko, że­byś nam po­móg zna­leś ja­kiś po­kój i po­wie­dział, jak sko­ło­wać ro­botę.

Mo­ses kaszle ner­wowo.

- Kasa to jesz­cze nie wszystko. Czego, u dia­bła, wła­śnie do mnie z tym przy­cho­dzi­cie.

A jed­nak po­szedł z nimi, bo pa­mię­tał, w ja­kiej był bie­dzie świeżo po przy­jeź­dzie, kiedy nie znał ni­ko­guśko i ani w ząb się na czym­kol­wiek wy­zna­wał.

Roz­sta­wiał chło­pa­ków po dziel­ni­cach.

- Na Wa­ter już jest za dużo szpa­dli. Spró­buj­cie na Cla­pham. Nie wisz, jak do­je­chać? Na sta­cji cię wy­kie­rują. A z Cla­pham da­lej na King's Cross i po­szu­kać Sam­sona z prze­cho­walni ba­gaży. Sam­son coś dla was wy­kom­bi­nuje.

Tym to spo­so­bem Mo­ses niby ja­kiś pra­cow­nik so­cjalny roz­pro­wa­dzał chło­pa­ków po Lon­dy­nie, bo wo­lał nie na­py­chać Wa­ter za bar­dzo szpa­dlami - kli­mat w dziel­nicy już i tak był do kitu. A jed­nego czy dwóch, któ­rzy mu przy­pa­dli do gu­stu, wy­kie­ro­wał tam, gdzie pa­so­wali, bo zdą­żył się już roz­pa­trzyć, gdzie ci za­trza­skną drzwi przed no­sem, że je­steś czarny, a gdzie przyj­mują szpa­dli.

I wła­śnie przez to mięt­kie serce Mo­ses ta­ra­bani się te­raz czter­dziest­ką­szóstką na dwo­rzec Wa­ter­loo po nie­ja­kie­goś Henry'ego Oli­vera. Wzdy­cha ciężko; ten prze­klęty au­to­bus wle­cze się we mgle, a wie­czór jest tak do­łu­jący, że Mo­ses naj­chęt­niej wró­ciłby pod koc.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału The Lo­nely Lon­do­ners
Co­py­ri­ght ? Es­tate of Sam Se­lvon
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich, 2022
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!
Po­sło­wie: Co­py­ri­ght ? by Su­she­ila Na­sta
Wy­da­nie pierw­sze, elek­tro­niczne
Wro­cław 2024
Se­ria Se­lvon
Re­dak­tor pro­wa­dząca: Anna Krzy­wa­nia
Re­dak­cja: Iza­bela Po­ręba
Ko­rekta: Piotr Kró­lak, Mi­chał Tru­se­wicz
Re­dak­cja tech­niczna: Re­nata Łu­ka­szew­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: Ewa Gło­wacka
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie
Przy­go­to­wa­nie wy­da­nia elek­tro­nicz­nego: eLi­tera s.c.
Nie­upo­waż­nione po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sty­wa­nie utworu sta­nowi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich.
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury
ISBN 978-83-66257-27-6
Wy­daw­nic­two Osso­li­neum
ul. Szew­ska 37
50-139 Wro­cław
wy­daw­nic­two@osso­li­neum.pl
www.wy­daw­nic­two.osso­li­neum.pl