Rozdział pierwszy
1
Istnieją na tym świecie dwa rodzaje ludzi: ci, którzy żyją okryci
wstydem, i ci, którzy ze wstydu umierają. We wtorek Adelaide Henry
zaliczyłaby siebie do tych pierwszych, ale w środę nie była już tego
taka pewna. Jeśli usiłowała żyć, to dlaczego na swojej rodzinnej farmie
chodziła po domu z wielkim słojem benzyny i rozlewała ją na podłogę w kuchni, na stół w jadalni, oblewała nią kanapę w pokoju? A gdy opróżniła
cały pierwszy słój, dlaczego wróciła do kuchni po kolejny, a potem
weszła po schodach na piętro, wsłuchując się w chlustanie benzyny
rozlewanej na każdy stopień schodów? Zamierzała wtedy żyć czy próbowała
umrzeć?
W 1915 roku w kalifornijskiej dolinie Lucerne z uprawy ziemi żyło
dwadzieścia siedem czarnych rodzin. Adelaide i jej rodzice byli jedną z nich. Następnego dnia tych rodzin miało być tylko dwadzieścia sześć.
Adelaide dotarła do piętra. Już prawie nie czuła odoru benzyny. Jej
dłonie pokryte były świeżymi ranami, ale nie odczuwała bólu. Na piętrze
znajdowały się dwie sypialnie: jej i rodziców.
Ojca i matkę Adelaide zwabiła na zachód obietnica ziemi w tej dolinie.
Rząd federalny zachęcał Amerykanów do przejmowania ziem uprawnych w Kalifornii. Populacja rdzennych mieszkańców była już zdziesiątkowana,
wyrugowana z tych terenów. Nadszedł czas, by zacząć je rozdawać.
Zaproszenie od rządu było jednym z niewielu, jakie Stany Zjednoczone
wystosowały również do swoich murzyńskich obywateli, a po 1866 roku
Towarzystwo Afrykańskie nawoływało do "kolonizowania" południowej
Kalifornii. Rodzina Henrych była jedną z kilkuset, które się tu
przeniosły. W Arkansas nie dano by im żadnej szansy, to na pewno. Rząd
federalny nazywał to "zasiedlaniem".
Glenville i Eleanor Henry uciekli do Kalifornii i uprawiali lucernę oraz
trawę, które sprzedawali właścicielom bydła. Glenville uważnie czytał
dzieła Luthera Burbanka i w 1908 roku zaczął hodować śliwki japońskie.
Dla Adelaide miały smak cukru i samozaparcia. Adelaide pracowała u boku
ojca w sadach i na polach, odkąd skończyła dwanaście lat, a w kuchni i w oborze harowała razem z matką nawet dłużej. Trzydzieści jeden lat życia
na tej farmie. Trzydzieści jeden.
A teraz miała to wszystko spalić.
- Proszę pani?
Adelaide zaskoczył głos woźnicy.
- Na miłość boską, co tak cuchnie?
Woźnica stał w drzwiach wejściowych, od wnętrza oddzielały go drzwiczki
z siatką i nic więcej. Adelaide stała na piętrze, na progu sypialni
rodziców. W połowie pełny słój zachybotał w jej dłoniach. Odwróciła się
i zawołała ku schodom.
- Panie Cole, będę na dole za pięć minut!
Nie widziała go, ale słyszała. Sarkanie starego czarnego człowieka,
ledwo słyszalne, ale mimo to głośne jak grzmot burzy. Przypominało jej
ojca.
- Tak pani mówiła pięć minut temu!
Adelaide usłyszała skrzypienie zawiasów drzwiczek z siatką. W wyobraźni
mignął jej taki obraz: pan Cole podchodzi do stóp schodów, a ona wylewa
resztkę benzyny prosto na jego głowę. Potem sięga do kieszeni po
zapałki. Zapala jedną i upuszcza na pana Cole'a. A potem - zapłon.
Ale nie chciała go zabić, starszego człowieka, zawołała więc:
- Załadował już pan mój kufer na wóz?
Cisza. Cisza.
Potem słaby odgłos puszczanych wolno drzwiczek z siatką. Woźnica nie
wszedł za próg. Zawołał do niej ponownie z werandy.
- Próbowałem! - odkrzyknął. - Ale ten kloc waży, cholera, więcej niż mój
koń. Co pani napchała do środka?
Moje całe życie, pomyślała. Wszystko, co jeszcze coś znaczy.
Spojrzała na drzwi sypialni rodziców, a potem odkrzyknęła jeszcze raz:
- Pięć minut, proszę pana. Załadujemy kufer wspólnymi siłami!
Kolejne sarknięcie, ale nie przeklął jej, nie usłyszała też turkotu kół
odjeżdżającej furmanki. Dla człowieka w rodzaju pana Cole'a była to
odpowiedź najbliższa stwierdzeniu "w porządku", nie mogła liczyć na
więcej.
Naprawdę zdobyłaby się na to, żeby go podpalić? Nie znała odpowiedzi.
Ale ludzie w akcie desperacji potrafią robić zdumiewające rzeczy.
Adelaide Henry przekręciła gałkę drzwi do sypialni rodziców, weszła do
środka, zamknęła drzwi za sobą i w milczeniu stanęła w ciemnym pokoju.
Ciężkie kotary były szczelnie zaciągnięte. Sama je zaciągnęła o świcie.
Po tym, jak przytaszczyła do sypialni ciała Glenville'a i Eleanor i złożyła je na łóżku.
Leżeli teraz razem w swoim małżeńskim łożu. W tym samym, w którym
poczęli Adelaide. Byli już tylko kształtami, bo przykryła ciała
prześcieradłem. Nasiąkło ich krwią. Widać było czerwone zarysy ich
sylwetek.
Podeszła do łóżka od strony ojca. Płótno przylgnęło do jego skóry, do
zakrzepłej krwi. Wcześniej zakryła prześcieradłem również jego głowę.
Nie chciała patrzeć na to, co z niego zostało. Polała trupa benzyną, od
czoła po stopy.
Teraz obeszła łóżko i stanęła po stronie matki.
Wcześniej naciągnęła prześcieradło na Eleanor tylko do wysokości
podbródka, ukrywając pod płótnem rany zadane na szyi. Nie potrafiła się
zmusić do przykrycia prześcieradłem całej matki. Dziwna sentymentalność,
bo przecież na ciele Eleanor było wiele innych ran. Adelaide przechyliła
słój nad głową matki, ale odkryła, że nie potrafi wylać na nią resztek
benzyny. Trzymała naczynie nad Eleanor i wpatrywała się w jej otwarte,
puste oczy.
Nie umiała się do tego zmusić. Postawiła słój i kucnęła przy łóżku.
Wyszeptała martwej Eleanor na ucho:
- Trzymałaś zbyt wiele w sekrecie. Popatrz tylko, jaką cenę zapłaciłaś.
Potem wstała i sięgnęła do kieszeni. Na pudełku zapałek widniał symbol
Towarzystwa Afrykańskiego, sylwetka czarnego człowieka prowadzącego
pług. Potarła zapałkę i patrzyła, jak płonie. Rzuciła ją na łóżko,
płonące drewienko upadło na jej ojca.
Adelaide szybko się odwróciła, żeby nie patrzeć, jak ciała stają w płomieniach, ale wszystko słyszała - jakby cały pokój wziął głęboki
oddech. Chwilę później poczuła falę gorąca na głowie i szyi, ale kiedy
wyszła z pokoju, płomienie ciągle lizały jej skórę. Wtedy zdała sobie
sprawę, że to nie ogień ją trawi, a poczucie winy.
Na podeście schodów prawe kolano ugięło się pod nią i niemal się
przewróciła. Klęczała z dłonią na poręczy. Zrobiła, co zamierzała. Za
tymi drzwiami płonęli jej rodzice. Może powinna z nimi zostać? Rozważała
to. Dość benzyny rozlało się na jej dłonie, na sukienkę, wystarczyłby
ułamek chwili, by zajęła się ogniem. Powinna wrócić do sypialni, klęknąć
w nogach łóżka i dać się ogarnąć płomieniom. Przerwać linię rodu. Na to
zasługiwała. Jaką trzeba być córką, żeby dopuścić się tego wszystkiego,
co robiła przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny? Podłą i straszną.
Po chwili Adelaide podniosła się z kolan, ale z trudem zdawała sobie z tego sprawę. Zupełnie jakby jej ciało życzyło sobie, by przeżyła, choć
jej dusza pragnęła czegoś innego. Wstała i zrobiła krok naprzód. Potem
następny. Wyglądało na to, że miała jednak stąd wyjechać. Kto tak
postanowił? - zastanawiała się, nawet kiedy już trzymała się poręczy i schodziła po schodach.
- No, jest pani wreszcie - przywitał ją pan Cole, kiedy wyszła przez
drzwiczki z siatką. Spojrzał na dom. Widział już dym? Słyszał, jak w sypialni na piętrze pękają z trzaskiem ściany?
Jego odkryty wóz stał przy werandzie. Zaprzęgnięty do niego koń był
prawie tak samo niedożywiony jak woźnica. Adelaide była od pana Cole'a o sześć cali wyższa i o czterdzieści funtów cięższa. Nic dziwnego, że nie
dał rady załadować kufra.
Skrzynia podróżna Sewarda miała z obu stron uchwyty. Adelaide ujęła ją z jednego boku, a pan Cole z drugiego. Ugięła kolana i poderwała ciężar.
Pan Cole ciężko stęknął z wysiłku.
- Szybko - powiedział. Chociaż to ona dźwigała więcej, z lubością
wydawał polecenia.
Adelaide szarpnęła kufer w stronę wozu, a z kufrem pociągnęła pana
Cole'a.
Dotarli do celu i ostatnim wysiłkiem załadowali skrzynię na niewielką
pakę. Wóz osiadł kilka cali i każde z czterech drewnianych kół stęknęło.
Koń pana Cole'a przeszedł krok do przodu, jakby próbował uciec przed
ciężarem. Kiedy pan Cole i Adelaide się wyprostowali, obojgu brakowało
tchu.
Adelaide wspięła się na wóz. Jedynym, co zabierała - oprócz kufra - była
jej torba podróżna. Stała już zapakowana tuż przy drzwiach przed
progiem. Pan Cole usiadł obok Adelaide na sprężynowym siedzisku.
Spojrzał w stronę domu.
- A gdzie pani krewni? - zapytał.
- Moi rodzice - powiedziała cicho.
- Nie wyszli pani pożegnać?
Adelaide również spojrzała na dom. Sypialnie znajdowały się z tyłu.
Nawet jeśli wydobywał się z nich dym, prawdopodobnie jeszcze przez jakiś
czas nie będzie go widać od frontu. Może miała jeszcze parę minut, zanim
pożar stanie się widoczny.
- Odpoczywają - odparła.
Pan Cole nie zadawał już więcej pytań. Ujął lejce i cmoknął dwa razy, a jego biedny koń naprężał się i naprężał, aż w końcu wóz ruszył.
Opuszczając Kalifornię, Adelaide miała sto pięćdziesiąt cztery dolary,
dużą sumę pieniędzy, a jednak niewystarczającą, aby zacząć życie
zupełnie od nowa. Ale to było wszystko, co miała. Te pieniądze, torbę
podróżną i kufer.
Farma się spali. Sąsiedzi - najbliższe gospodarstwo leżało blisko milę
dalej - w końcu zauważą. Przeszukają zgliszcza i znajdą w środku tylko
dwa ciała. Będą zachodzić w głowę, gdzie się podziała córka Glenville'a i Eleanor.
We wtorek Adelaide Henry była farmerką.
W środę była zbiegiem.
2
- Znam was.
Adelaide i pan Cole jechali wozem już godzinę, zanim się w końcu
odezwał. Były to pierwsze słowa, jakie padły między nimi, odkąd dom i farma Adelaide zniknęły za zakrętem drogi. Nie przeszkadzało jej to
milczenie.
- Dziwacy - ciągnął pan Cole. - Tak ludzie mówią o Henrych.
Koń pana Cole'a przywykł już do ciągniętego ciężaru. Nie polubił go, ale
przywykł. Paka wozu nie była duża, co oznaczało, że kufer nie mógł się
po niej zbyt mocno przesuwać, nawet kiedy droga wiodła pod górę albo w dół. Drobna ulga dla konia. Adelaide zastanawiało jej własne współczucie
dla tego zwierzęcia, podczas gdy dla siebie samej miała go tak niewiele.
- O, tak - ciągnął pan Cole, czując się nieco pewniej. Zerknął na
Adelaide. - I to nie tylko w okolicy. Znają was w Victorville i w Allensworth.
Wynajęła tego człowieka, żeby zawiózł ją do portu Los Angeles.
Dwadzieścia cztery mile na południe. A tam miała zamiar wsiąść na
statek. Zgadywała, że czekało ich jeszcze pięć godzin podróży. Pięć
godzin takiego czegoś. Odezwała się ze znużenia, bo na pewno nie z ciekawości.
- A co oni tam wiedzą? - zapytała obojętnie.
Pan Cole uśmiechnął się szeroko i zaczął wymieniać:
- Trzymacie się swojej farmy. Nie odwiedzacie innych. W kościele nie
odzywacie się ani słowem.
- Co niedzielę przywozimy śliwki - zauważyła Adelaide.
Pan Cole wydął usta, ale ostatecznie kiwnął głową.
- Tak, to wam przyznam.
Adelaide pomyślała, że ojcu byłoby miło. Widać było, że pan Cole nie
należy do ludzi, którzy bezinteresownie wyrażają uznanie dla innych.
Spojrzała na swoje ręce. Skaleczenia biegły przez wnętrza dłoni i większość palców. Niektóre rozcięcia były całkiem głębokie. Przestały
już krwawić, ale ich nie obandażowała. Jej dłonie musiały wyglądać
upiornie. Odwróciła je wnętrzem do dołu, kiedy zorientowała się, że pan
Cole na nią zerka. Miną całe dni, nim rany się zagoją. Oczywiście
doskonale wiedziała, skąd się wzięły, ale każde nacięcie albo zadrapanie
od razu wymazywała z pamięci. Wiedziała, że jadła wczoraj kolację i że o świcie wstało słońce. Czas pomiędzy jednym a drugim gdzieś zniknął.
Jakby zmaterializowała się w kuchni z poranionymi dłońmi, a na kuchennym
blacie stały już dwa słoje z benzyną. Nawet nie pamiętała, kiedy je
napełniała.
Spaliłam dowody.
Adelaide dosłownie zakryła usta dłonią. Przez chwilę myślała, że
powiedziała te słowa na głos. Ale nie, nie powiedziała, bo pan Cole
nadal siedział obok i rozprawiał o jej rodzinie i o reputacji Henrych w dolinie Lucerne. Jego wargi się poruszały - bez wątpienia właśnie śmiało
obrażał jej rodziców - ale ona go nie słyszała. Słyszała tylko siebie.
Aby wszelki język wyznał1.
Nie oderwała dłoni od ust, bo nie była pewna, co może się z nich
wydostać. Słowa czy ostatni posiłek, który zalegał w żołądku?
- Niedobrze pani? - zapytał pan Cole.
Kiwnęła głową i spojrzała na niego, słabo uśmiechając się przez
zaciśnięte wargi.
- Cóż, jeśli coś podejdzie do gardła - powiedział, wbijając wzrok w dal
- proszę wymiotować na zewnątrz, nad drzwiczkami. Dbam o czystość wozu.
***
Przebycie dwudziestu czterech mil zajęło pół dnia. Pół dnia z panem
Cole'em. Wyobraźcie sobie tę monotonię. A potem pomnóżcie przez dwa.
Zabawne, co się zaczyna dziać, kiedy mężczyzna myśli, że ma towarzystwo
kobiety tylko dla siebie. Może odsłonić przed nią swoją twarz, którą by
ukrywał, gdyby miał za świadka choć jedną inną osobę. Przez mężczyznę
przemawia wtedy jego sekretne Ja.
Mimo że Adelaide należała do rodziny żyjącej we względnej samotności,
jeździła przecież często do Victorville i Allensworth, ze śliwkami na
sprzedaż. Na targach i w drodze spotykała wielu mężczyzn. Jakimi oni
słowami się do niej zwracali! Odkąd zaczęła jeździć sama, nie powtarzała
tych słów rodzicom. Słowa mężczyzn stały się wtedy jakby woreczkiem z kamieniami, który musiała nosić w dłoni. Kłopotem. Zawracaniem głowy.
Utrudniały niezbędne zajęcia, te małe i te duże. Obierała dłuższe trasy
tylko po to, żeby unikać pewnych dróg. A teraz pan Cole przez większość
podróży wieszał psy na jej rodzinie, i to w dodatku zupełnie bezkarnie,
bo kto miałby go zawstydzić?
Z upływem czasu Adelaide zaczęła się zastanawiać, jakie to byłoby
uczucie, gdyby starucha walnąć w głowę woreczkiem z kamieniami. W czwartej godzinie jazdy zaczęła dla zabicia czasu wyobrażać sobie, na
jakie sposoby mogłaby gbura zamordować. Na przykład teraz, jedno mocne
pchnięcie, a spadłby z wozu i skręcił kark. Przyglądała mu się i uśmiechała do swoich myśli.
Ale wtedy pan Cole spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
- Co się pani tak uśmiecha?
I wizja prysła.
Adelaide już drugi raz rozmyślała, jak by go tu zabić. Niektórzy surowo
osądziliby ją za takie myśli. Ale dla niej mogli spieprzać.
Wóz jechał dalej.
Tuż pod samym Los Angeles wynikło pewne nieporozumienie. Okazało się, że
port Los Angeles znajduje się w mieście zwanym San Pedro. Pan Cole
dowiedział się tego, gdy po drodze kupował obrok dla konia. Odparł: "No,
na niezłego durnia wyszedłem".
Gdyby drzwi do składu z paszą nie były otwarte, Adelaide nie
podsłuchałaby, że doszło do pomyłki. Pan Cole wsiadł do wozu i udawał,
że nie popełnił żadnego błędu. Jak widać, nie każdy język wyzna.
Pan Cole pół godziny wracał tą samą drogą, a niedługo potem odnalazł
właściwą trasę. Adelaide nic nie powiedziała. Dla niej najważniejsze
było, żeby dotrzeć do portu. Musiała wsiąść na statek i teraz obawiała
się, że nie zdąży.
Kiedy w końcu dojechali do San Pedro, w mieście nagle jakby się
skurczyli. Oboje czuli się malutcy. Na Beacon Street minęli gmach Banku
San Pedro, którego wieża zegarowa miała wysokość trzech pięter. Rzucała
cień w poprzek ulicy. Może się to wydać niemądre, ale kiedy przejeżdżali
przez ten cień, Adelaide zadrżała. Nawet pan Cole przestał perorować.
Adelaide widziała już wcześniej wiele ogromnych silosów na zboże, ale
nigdy zegara tej wielkości.
Przez całe miasto biegły kable, które doprowadzały prąd. Z turkotem kół
przez skrzyżowanie przejeżdżał tramwaj, wioząc dwadzieścia pięć osób, a może nawet więcej. Adelaide i pan Cole przyglądali się z wozu, jak
tramwaj głośno ich mija. Kilkoro pasażerów patrzyło na Adelaide tak,
jakby była przezroczysta. Nie znali jej. Nie znali jej rodziny. Była
obca. Niektórym taka myśl może wydać się straszna, ale w tamtej chwili
Adelaide Henry po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że ucieczka jest
możliwa. A gdyby darowała sobie resztę podróży i osiedliła się tutaj?
Ale sześć godzin od doliny Lucerne to zbyt mały dystans. Poza tym pan
Cole, gadatliwy staruch, wiedziałby, gdzie zamieszkała. Taki człowiek
jak on delektował się plotkami, podobnie jak inni delektowali się
smakiem śliwek jej ojca. Gdy tramwaj już przejechał, pan Cole spojrzał
na nią.
- Jedziemy dalej? - zapytał.
Dla niego dolina Lucerne była przyjazna i gościnna. Czy ona sama
kiedykolwiek tak myślała?
- Już niedaleko. - Adelaide wskazała ręką naprzód. - Jedźmy.
Pan Cole uważnie wpatrywał się w jej twarz, jakby chciał coś zapamiętać.
Cmoknął na konia, który parsknął i przeszedł dwa kroki do przodu.
Koła wozu zaskrzypiały. Kufer przesunął się tyle, ile mógł na
niewielkiej pace za siedziskiem. Adelaide sięgnęła do tyłu i położyła
dłoń na skrzyni, jakby obawiała się, że bagaż zeskoczy i ucieknie. Jakby
jej dotyk mógł go uspokoić.
3
Port Los Angeles był jednym wielkim hałaśliwym bezładem, choć inni
nazywali to postępem.
W porcie przemysł rósł w oczach. Parowce i frachtowce stały zacumowane
tak blisko siebie, że można by przeskoczyć z pokładu na pokład bez
obawy, że się wpadnie do wody. Parowce wypuszczały kłęby dymu, podobnie
jak lokomotywy pociągów. Tory kolejowe okrążały doki, tworząc wokół nich
jakby żelazne obręcze kajdan.
Gdy tylko przybyli, Adelaide poczuła na skórze cienką warstwę sadzy.
Miała wrażenie, jakby całe życie nie oddychała wyłącznie czystym
powietrzem odludnej doliny Lucerne - dokąd już miała nigdy nie wrócić.
Wóz pana Cole'a nie był jedynym konnym pojazdem w porcie, ale z pewnością pan Cole prowadził swój najostrożniej. Wokół nich kręciły się
inne wozy i śpieszyli przechodnie. Ciężarówki parowe groziły, że ich z impetem przejadą.
Aby dostać się do kas, musieli przejechać przez dwie linie torów
kolejowych, a pan Cole głośno się modlił, kiedy koła podskakiwały na
szynach. Adelaide poprosiła go, żeby zaczekał, gdy ona pójdzie do kasy
biletowej. Jak powiedziała, będzie potem potrzebowała jego pomocy, żeby
zawiózł ją na nabrzeże pod statek, skąd miała dostać się na pokład. Pan
Cole zażądał, żeby zapłaciła mu, zanim zsiądzie z wozu. Uraziło ją to -
naprawdę myślał, że zostawi swój kufer i ucieknie? - ale nie powiedziała
ani słowa, tylko wręczyła mu zapłatę. Pięć dolarów.
Kupiła bilet do Seattle na pokładzie parowca "Queen". Osiem dolarów i trzydzieści pięć centów w jedną stronę, co pokrywało opłatę za kuszetkę
i posiłek. Statek odpływał z nabrzeża dziewiątego o godzinie czwartej.
Ponieważ pan Cole wcześniej pomylił drogę, przyjechali do portu zaledwie
dwadzieścia minut przed czasem.
Kiedy wyszła z kasy, zobaczyła, że pan Cole zrzuca jej kufer z wozu.
Ponieważ nie miał siły go wyciągnąć, chwycił jeden uchwyt i sturlał
skrzynię z paki na ziemię. Skrzynia upadła dnem do góry z takim hukiem,
że rumor słychać było nawet przez gwizdy przejeżdżających w pobliżu
pociągów.
- Panie Cole! - krzyknęła, biegnąc ku niemu.
Teraz już mogłaby go zabić. Bez żadnej benzyny, bez metaforycznego worka
kamieni, po prostu gołymi rękami. Udusiłaby stetryczałego skurwiela na
oczach wszystkich. A niechby nawet poszła za kraty, byleby mogła z zadowoleniem patrzeć, jak ten Judasz wydaje ostatnie tchnienie. Już ona
by...
Ale zanim dobiegła do kufra, woźnica odjechał. Z wozem lżejszym o Adelaide i jej bagaż chabeta wyrwała do przodu jak strzała. Pan Cole nie
obejrzał się ani razu, nawet po to, by triumfować. Po prostu zostawił ją
z ciężkim w cholerę kufrem.
Fala wściekłości i szoku napłynęła i opadła. Dopiero potem Adelaide
przyszło na myśl, żeby sprawdzić, czy kufer nie pękł przy upadku. Sama
skrzynia była nienaruszona. Obejrzała też mosiężną klamrę zamka.
Trzymała się. Adelaide zaparła się o najwyżej położoną krawędź kufra i najostrożniej, jak tylko się dało, obróciła go właściwą stroną do góry,
tak że znowu stanął płasko na swojej podstawie.
Poszukała nabrzeża dziewiątego, znajdującego się - na szczęście -
zaledwie dwadzieścia jardów dalej. Dostrzegła kontrolera portowego,
który sprawdzał nazwiska dwójki pasażerów z listy, a potem zaprosił ich
gestem, by weszli po rampie na pokład. Kontroler zauważył ją i zanim
odwrócił wzrok, Adelaide do niego pomachała.
Zmarszczył brwi. Co mu chciała powiedzieć?
Trzymając wysoko bilet, wskazała statek. On polecił jej gestem, by
podeszła. Przecież nie podprowadzi statku do niej. Adelaide pokazała
ręką kufer i teraz chyba zrozumiał, ale tylko wzruszył ramionami,
wskazał miejsce obok siebie, odwrócił wzrok. I tyle.
Ty i twój kufer musicie zjawić się tutaj.
A teraz miała już tylko kwadrans.
Najwyraźniej szarmanckości nie można zwyczajnie oczekiwać. Szarmanckość
jest darem, którego ani jeden mężczyzna nie miał jej do zaofiarowania,
była więc zmuszona sama mozolnie przeciągnąć kufer te dwadzieścia
jardów, aż do stóp kontrolera. A kiedy już stanęła przed nim zasapana, z czołem swędzącym od potu, kontroler rzucił tylko:
- Prawie się pani spóźniła.
I nie powiedział nic więcej.
Potem, gdy sprawdził jej bilet, przywołał gestem stewarda, który polecił
swoim ludziom wnieść bagaż Adelaide na pokład. Zeszło dwóch tragarzy,
ale nawet wspólnymi siłami nie dali rady kufra podźwignąć. Musieli
zawołać trzeciego. Adelaide słuchała, jak stękają, patrzyła, jak z drżeniem mięśni powoli dźwigają skrzynię po rampie, i sprawiało jej to
pewną przyjemność. W połowie drogi zatrzymali się i spojrzeli na nią,
jakby zachodzili w głowę, jakim cudem ona sama zdołała ruszyć ten kufer
z miejsca o więcej niż cal.
Z desperacji, to proste. I dzięki temu, że całe życie harowała na
farmie.
Weszła na pokład parowca "Queen", pragnąc tylko schować się na swojej
kuszetce i nie wystawiać głowy aż do Seattle. Ale już na statku steward
oznajmił jej, że sprzedano za dużo biletów. Dlatego będzie miała co
prawda zapewnione posiłki, ale nie ma już wolnych kabin ani miejsc do
spania. Całą podróż będzie musiała spędzić na głównym pokładzie.
Steward powiedział to tak swobodnie, że pewnie właśnie jego ton
rozzłościł ją najbardziej. Chociaż nie, zdecydowanie najbardziej
rozgniewało ją, że zapłaciła za kajutę, której ostatecznie nie dostała.
Ale trudno jej było przełknąć również ten obojętny sposób, w jaki
steward jej to zakomunikował, tonem nawet nie przepraszającym. Ale co
mogła zrobić? Już podnoszono kotwicę, morska woda pieniła się przy tym
jak szampan z otwartej butelki.
Pasażerowie zebrali się przy burtach, by patrzeć, jak parowiec odbija od
nabrzeża. Adelaide podeszła wraz z innymi, nie znając nikogo i nie
patrząc nikomu w oczy. Była chyba jedyną Murzynką na tym statku. A z pewnością jedyną wśród pasażerów. Dostrzegła dwóch mężczyzn stojących
obok siebie przy relingu, zajętych rozmową. Nie byli biali. Nigdy
wcześniej nie widziała Japończyków. Niemniej poczuła zazdrość, że mieli
siebie nawzajem.
Znalazła leżak i z torby podróżnej wyjęła książkę. Lokatorkę Wildfell
Hall Anne Brontë. Czytała ją już tyle razy, że okładka niemal się
rozpadła. Ta książka i kilka innych, które spakowała, miały być jej
jedynymi towarzyszkami.
Gdy statek wypłynął na otwarte wody, nie poczuła się spokojniej ani
bezpieczniej. Czekała ją znacznie dłuższa podróż, zanim będzie mogła
naprawdę zniknąć.
4
"Kobieta to wół roboczy". Tak powtarzała jej matka. Właściwie to mogły
być pierwsze słowa, jakie Eleanor Henry kiedykolwiek skierowała do
córki. A jeśli nie, to na pewno były jednymi z najczęściej przez matkę
wypowiadanych.
"Kobieta to wół roboczy".
Tak właśnie Eleanor wyjaśniała powszedni znój życia - wstawanie z Glenville'em przed świtem, harówkę w domu, kiedy on obsiewał albo orał
ziemię. Prace w polu, gdy zachodziła potrzeba, robotę do późna w nocy,
żeby przygotować wszystko na kolejny dzień mozolnej pracy, nawet kiedy
Glenville już padł do łóżka. Eleanor chciała przygotować córkę,
wypracować w niej wytrzymałość i pokorę.
"Moje ciężary staną się twoimi. Jestem wołem roboczym i ty też będziesz
wołem".
Adelaide była sumienną córką - jaki miała wybór? - ale to wszystko
wyczerpywało człowieka. Nagrodą za poświęcenia były po prostu kolejne
poświęcenia.
Nie powinno więc aż tak dziwić, że odkąd tylko Adelaide była dość duża,
aby rozumieć, że istnieje wielki świat, do którego można uciec, bardzo
chciała się wyrwać. Zawsze miała szczególny sentyment do Montany. Na
przykład obie obchodziły urodziny tego samego dnia, ósmego listopada.
Chociaż Adelaide urodziła się w 1883 roku, więc tak naprawdę była sześć
lat starsza niż Montana. Matkę bardzo ten fakt rozbawił.
Na dźwięk głosu matki Adelaide podniosła się wyprostowana na leżaku.
Płynęli przez otwarty ocean, ale miała wrażenie, że Eleanor siedzi tuż
obok i szepcze jej do ucha.
Ile czasu minęło? Słońce już niemal zachodziło.
Teraz Adelaide znowu to słyszała: chlustanie benzyny wylewanej na
drewnianą podłogę farmy; szept płynu wsiąkającego w prześcieradło,
którym przykryty był ojciec. Widziała oczy matki wbite w sufit, gardło
matki rozerwane, by nie mogła już więcej powiedzieć ani słowa.
"Kobieta to wół roboczy".
Adelaide wyszeptała pod nosem te cztery słowa, jakby matczyna mantra
mogła jej teraz pomóc rozwiać wspomnienie krwawej jatki w Kalifornii.
Wół umie kopać w tył i w bok.
Adelaide podniosła się z leżaka, spakowała torbę podróżną i zeszła
schodami pod pokład, do wewnętrznej części statku. Zbliżała się pora
kolacji, ale na razie nie była głodna. Jakim słowem określić, jak się
czuła? Porzucona? Nie, to nie miałoby sensu, bo przecież to ona sama
uciekła.
Pozostawiona sama sobie. Zapomniana.
Osamotniona.
Tak.
Adelaide ruszyła labiryntem korytarzy pod pokładem aż do miejsca, gdzie
stał jej kufer. Panował tu mrok. Szła wzdłuż rzędów bagaży i towarów,
szukając jedynej rzeczy, która należała do niej: skrzyni Sewarda. Stało
tu dużo innych kufrów, ale swój rozpoznała po wielkiej mosiężnej klamrze
zamka, i może po zapachu. Pachniał doliną Lucerne. Przynajmniej tak jej
się wydawało. Klamrę zamka otwierał tylko jeden kluczyk, nosiła go na
sznurku zawieszonym na szyi.
Adelaide zamierzała płynąć statkiem aż do Seattle. Tam chciała wsiąść w pociąg na wschód, do Montany. Miała przed sobą jeszcze długą drogę.
Usiadła w ciemności przy swoim kufrze. Opierała się o niego plecami i to
poczucie dotyku było najbliższą namiastką czułych objęć, jaka miała być
jej dana.
Gdyby jakiś członek załogi zszedł teraz na dół, zobaczyłby dziwny obraz:
Murzynkę siedzącą w ciemności. Już samo to było, owszem, niezwyczajne,
ale gdyby stał bez ruchu i uspokoił oddech, mógłby zauważyć coś jeszcze
bardziej niezwykłego: siedząca w mroku Murzynka, z policzkiem
przyciśniętym do kufra, chyba się modliła. Albo coś szeptała.
5
Zaledwie dwa lata wcześniej, w 1913 roku, kobieta nazwiskiem Mattie T.
Cramer zyskała rozgłos, kiedy jej list wydrukowano w "Biuletynie"
Wielkiej Kolei Północnej. Wyznania mieszkanki Montany opublikowano pod
tytułem: "Sukces "samotnej" kobiety". Adelaide miała egzemplarz tego
pisma. Gdy wróciła do domu, jak małe dziecko skrzętnie schowała go pod
materacem.
W swoim liście Cramer opisywała, jak ze swoim małym synkiem wyjechała z Iowa City w stanie Iowa i przeprowadziła się do Montany, w okolice
miasta Malta, dokąd przybyła czwartego maja 1908 roku. Mattie
zdecydowała się na ten krok, ponieważ rząd federalny rozdawał pod
zasiedlenie działki o powierzchni trzystu dwudziestu akrów i wymagał
tylko, by "osoba" - słowo bardzo ogólne, co było tutaj kluczowe -
mieszkała na obranej działce przez okres trzech lat, uprawiała ziemię i zbierała plony. Jeśli przez trzy lata "osoba" spełniała te warunki, po
upływie tego czasu ziemia przechodziła na jej własność. Pomyślne
zakończenie tego procesu nazywano "wykazaniem się".
Mattie T. Cramer przybyła do Malty właśnie z takim zamiarem.
Gdy wyjeżdżała, miała przy duszy niecałe sto dolarów. Ale do czasu
publikacji jej listu w roku 1913 Mattie zdążyła już zbudować na swojej
posesji piętrowy drewniany dom. A także - jak pisała - "postawiłam
oborę, kurnik, wykopałam studnię, ogrodziłam całą ziemię i obsiałam 21
akrów. Oprócz tego nabyłam w mieście dwie działki budowlane i postawiłam
mniejszy pięciopokojowy domek, który wynajmuję. Według mnie w Ameryce
istnieją nieograniczone możliwości".
Statek wpływał do Seattle, a Adelaide, skulona pod pokładem, powtarzała
w ciemności dwa ostatnie słowa.
- Nieograniczone możliwości. Nieograniczone możliwości.
Spędziła w Seattle trzy dni i trzy noce, tyle czasu zajęło jej
wyszukanie agenta nieruchomości, który zaproponowałby korzystną cenę za
jakąś opuszczoną ziemię.
Do ściany w jego kancelarii była przypięta mapa Montany. A obok niej -
mapy Wyoming i Dakoty Północnej. Każde roszczenie do tytułu własności,
które reprezentował, zaznaczał na mapie gwoździem. Było ich czterdzieści
dziewięć, rozrzuconych po trzech stanach.
Mattie Cramer wybrała Montanę, zatem Adelaide również.
- Ten - powiedziała, wskazując rejon blisko granicy z Kanadą. Tylko
jeden gwóźdź, daleko od reszty.
- Dosyć pusto, nic tam nie ma - zauważył agent.
- Nie przeszkadza mi to - odparła Adelaide.
- Jest tam chyba w okolicy jakieś miasto. Big Sandy. Ale to mała
mieścina, nawet jak na Montanę.
Myślał, że takie słowa ją przerażą, ale Adelaide nie dała się
wystraszyć.
- Nikt pani nie przyjdzie na ratunek, jeśli wpadnie pani w kłopoty. -
Powiedział to z takim naciskiem, że pomyślała, że może się o nią obawia.
- I jeśli tam pani umrze, zanim się zdąży wykazać - dodał - działka
wraca do mnie.
Adelaide kiwnęła głową i uśmiechnęła się na te słowa. Dla niego to był
tylko interes, nie miała z tym problemu. Dotknęła jeszcze raz samotnego
gwoździa.
- Ten.
Agent teatralnym gestem wyjął z szuflady biurka młotek z niklowanym
obuchem i rączką pociągniętą czarną bejcą. Pozwolił, żeby sama
wyciągnęła gwóźdź z mapy. Użyła do tego takiej siły, że wyciągnięty
gwóźdź przypominał haczyk na ryby. Agent upuścił go na jej dłoń.
- Poprzedni osadnik postawił na posesji skromną chatę i wykopał
działającą studnię - poinformował ją. - To będzie panią kosztowało sto
dolarów, płatne teraz. Kwota wydaje się duża, ale zapewniam, że to spore
ułatwienie. Nie będzie się pani musiała martwić o postawienie domu ani o wodę pitną.
Mówił prawdę? A jeśli na miejscu okaże się, że chatę już rozebrano? Albo
że jakieś dzikie stworzenie urządziło sobie w niej legowisko? Przez
chwilę czuła silną potrzebę zasięgnięcia w tej sprawie rady u matki.
Co by jej poradziła Eleonor?
Już teraz nic.
Adelaide zapłaciła agentowi nieruchomości sto dolarów. W zamian podał
jej numer roszczenia i współrzędne działki. Wpisał jej imię i nazwisko
na kontrakcie i dopiero kiedy zobaczyła je napisane czarnym atramentem,
uświadomiła sobie, że popełniła pierwszy błąd. Mogła podać mu dowolne
nazwisko. Czemu postanowiła być uczciwa? Tak już została wychowana.
Zamiast jednak rozwodzić się nad swoim potknięciem, opuściła biuro
agenta i zajęła się najbardziej palącą potrzebą: kupnem biletu na pociąg
do Montany.
Gdy już umieściła skrzynię Sewarda w wagonie bagażowym, wsiadła do
pociągu jadącego na wschód w kierunku Big Sandy. Kiedy pociąg w kłębach
pary wytoczył się ze stacji King Street, owszem, poczuła smutek,
niepokój i przeraźliwą niepewność, ale czy to grzech, że jednocześnie
niecierpliwie wyczekiwała życia w tym nowym miejscu? Że czuła
ekscytację?
Jak będzie odbierać to miasto? I jak ją tam przyjmą?
"Nieograniczone możliwości", powtórzyła w duchu.
6
Fred Harnden zjawił się wcześniej, żeby przywitać nadjeżdżający pociąg.
Pracował dla "Bear Paw Mountaineer", miejscowej gazety czytanej w Big
Sandy i okolicach. Wychodzenie na pociąg należało do jego obowiązków,
ale on sam odczuwał to jako coś głębszego, jako powołanie. Uważał się za
ambasadora. To jego twarz, twarz człowieka stąd, wielu nowych przybyszy
miało zobaczyć jako pierwszą. Nie miał zniewalającego uśmiechu i dobrze
o tym wiedział, ale przy spotkaniach z ludźmi zdobywał ich sympatię
zapałem i werwą.
Nie był jedynym, który czekał na pociąg przyjeżdżający o trzeciej z Seattle. Razem z nim na skład Wielkiej Kolei Północnej oczekiwało
kilkanaście innych osób. Ale większość z nich wyszła odebrać ze stacji
krewnych albo przywitać nowego pracownika w imieniu firmy. Fred czuł, że
ma szczytniejszy cel. I wychodził na stację codziennie, z notesem i ołówkiem w prawej kieszeni płaszcza. Tylko jedna inna osoba przychodziła
na przyjazd pociągu równie często.
Dzisiaj pociąg miał około dwóch godzin opóźnienia, ale nikogo to nie
zaskakiwało. Po pociągach można się było spodziewać tylko dwóch rzeczy:
że będą głośne i że się spóźnią. Ludzie lubili zgadywać ewentualne
przyczyny opóźnienia. Była to gra, którą miejscowi zabijali czas
oczekiwania.
Raz pewien pociąg był opóźniony o pięć godzin, bo stado upartych owiec
nie chciało zejść z torów. Problem mogły stanowić również
antylopy2, chociaż one były bardziej płochliwe.
- A pan co obstawia?
Freda Harndena zaskoczył ten głos. Myślał, że nikt go nie widzi, i z lubością obserwował pozostałych. Kiedy zatapiał się w myślach, łatwo
zapominał, że on również ma ciało i zajmuje przestrzeń. Odwrócił się i zobaczył, że stoi koło niego jedna z jego ulubionych mieszkanek miasta.
- Pani Reed - przywitał ją ciepło, jakby witał się z ukochaną ciotką.
Pani Jerrine Reed, żona Jacka Reeda, chociaż sama nigdy by się tak nie
przedstawiła. Przewodnicząca miejscowej kapituły Pracowitych Pszczółek
oraz Stowarzyszenia Sufrażystek Big Sandy - takie obecnie sprawowała
funkcje.
Czubek jej głowy sięgał Fredowi do ramienia, a Fred nie był człowiekiem
górującym wzrostem nad innymi. Pani Reed w klapie płaszcza nosiła wpiętą
niebieską przypinkę z drozdem, na szczęście i dobry humor, a czarne
nakrycie głowy miała takie samo, jakie nosiła Mary Pickford. Była drugą
najlepiej ubraną kobietą w mieście.
- Owce - odparł Fred. - Stawiam na owce.
Pani Reed szturchnęła go karcąco w ramię.
- Żadnych wiarygodnych przypuszczeń, proszę. To zbyt nudne. Przyjmuję
tylko te najmniej prawdopodobne.
- W takim razie - odparł Fred, przechylając głowę, jakby z nieba spadały
pomysły, a on chciał sprawnie schwytać lepszy - Idaho wypowiedziało
Montanie wojnę. A pociąg zatrzymano jako łup wojenny.
Uśmiech zniknął z twarzy pani Reed i Fred zorientował się, że popełnił
błąd.
- Idaho przyznało kobietom prawo głosu już w 1896 roku, szanowny panie.
Osiemnaście lat wcześniej, niż uznali to za stosowne obywatele Montany.
Nie pozwolę na żarty z tego wspaniałego stanu.
Fred wbił wzrok w buty. O pani Reed warto było wiedzieć jeszcze jedno:
ona i jej mąż byli najbogatszymi mieszkańcami Big Sandy. Co roku
przekazywali dotacje na "Bear Paw Mountaineer" i wyprawiali przyjęcia
dla wydawcy pisma. Kiedy Fred przyjął pracę w gazecie, kupili mu maszynę
do pisania marki Oliver Batwing, której używał do dzisiaj.
- Nie miałem na myśli... - zaczął, podnosząc wzrok na przypinkę z drozdem.
- Och, proszę spojrzeć - powiedziała, zanim zdołał wybąkać dalszy ciąg
przeprosin. - Jedzie pociąg.
Fred spojrzał na nią, a ona wydęła usta. "Patrz tam, nie na mnie",
zabawna mina. Wtedy przeniósł wzrok na pociąg i natychmiast poczuł się
lepiej. Pociąg wjechał na stację o piątej.
Stojąca tuż obok pani Reed również cieszyła się z przyjazdu. To ona była
tą drugą osobą, która wychodziła na stację kolejową każdego dnia, gdy
przyjeżdżał pociąg. O ile Fred Harnden czuł się jak ambasador Big Sandy,
panią Reed można było bez przesady nazwać miejscową królową.
Gdy wagony zwalniały, a w końcu całkiem się zatrzymały, Fred układał w myślach treść artykułu, który napisze do jutrzejszego wydania gazety:
"J. P. Smith z Flaxton w Dakocie Północnej aktualnie odwiedza Freda
Curtisa spod Virgelle, a przy okazji pomaga mu w naprawie jego silnika
benzynowego.
L. R. McKenzie, dawniej chłopak z Big Sandy, a obecnie mieszkaniec
Havre, przyjechał w sobotę z krótką wizytą - w przerwie między kolejnymi
podróżami - w sprawie związanej z budową nowego elewatora Clack".
Fred Harnden co tydzień zapisywał dwadzieścia czy trzydzieści takich
nowin do gazety - witał przyjezdnych, tych nowo przybyłych i tych,
którzy powracali do miasta, i notował uzyskane od nich informacje. Dla
czytelników "Mountaineera" było to równie wiarygodne źródło wiadomości
jak osobiste odwiedziny u sąsiadów.
Kiedy tragarze pomagali pasażerom wysiąść z pociągu, Fred wyjął swój
notes i ołówek.
- Zabieram się do pracy - oznajmił pani Reed i podszedł dwa kroki ku
wysiadającym pasażerom, ale potem z powrotem odwrócił się do niej.
Z namaszczeniem przerzucał karty notesu i teatralnie ujął ołówek
palcami.
- Zdaję sobie sprawę, szanowna pani, że zawsze wita pani nowo
przybyłych, lecz mimo to zapytam: czy dzisiaj ma pani nadzieję powitać
kogoś szczególnego?
- Nie kogoś, Fred. Coś - odparła pani Reed. - Przyjechały organy.
- Do opery?
- Do opery - potwierdziła pani Reed.
Fred zanotował to, czując zupełnie nowy rodzaj ekscytacji. Organy do
opery.
Pani Reed dała mu znak, aby szedł już do pasażerów wysiadających na
peron. Chciała go odprawić czy był przewrażliwiony? Pewnie jedno i drugie. Tak czy owak nic nie mógł na to poradzić. Ruszył do pociągu.
Natychmiast poznał dwoje mieszkańców Big Sandy, powracających do miasta:
Bernharta Sonksona i jego matkę. Chłopiec złamał rękę przy upadku z dachu i teraz z dumą prezentował ramię usztywnione gipsem modelarskim.
Po co wchodził na dach? - zapytał Harnden, a chłopiec popatrzył na niego
z zaskoczeniem, wręcz z odrazą. Jakby Harnden był mało rozgarnięty,
skoro nie wie, że zadaniem każdego chłopca jest zdobycie dostępu do
dachów.
Harnden przeprowadzał wywiady z przybyłymi do miasta przez kolejną
godzinę. W pewnym momencie napotkał wysoką Murzynkę, która zapytała go,
gdzie może nająć wóz. Harnden śpieszył się, by zdążyć porozmawiać
jeszcze z trzema mieszkańcami Big Sandy, którzy także przyjechali tym
pociągiem. Zwrócił się do tej wysokiej murzyńskiej kobiety i szybko
wskazał w stronę miasta. Nie przyszło mu do głowy zapytać, jak się
nazywa. Uznał, że to pewnie służąca, która przyjechała do pracy u jednej
z miejscowych rodzin.
Witaj w Montanie, Adelaide.
7
Big Sandy.
Około pięciuset mieszkańców. Połowa z nich mieszkała w samym mieście, a druga połowa za miastem, na równinach, na połaciach ziemi, którą mieli
nadzieję ostatecznie zasiedlić. Ale nawet tych pięciuset dalece
przewyższało liczbę mieszkańców, do której Adelaide przywykła w dolinie
Lucerne. We względnym sąsiedztwie jej rodzinnej farmy mieszkało pięć
rodzin. Po zliczeniu wszystkich dzieci i ich rodziców wychodziło około
czterdziestu osób. Już więcej było bydła i trzody niż ludzi, i to
dziesięciokrotnie. Stąd nawet przy liczbie mieszkańców Big Sandy
Adelaide czuła się mała, podobnie jak w San Pedro, nie mówiąc już o krótkim pobycie w Seattle.
Kiedy jednak szła ze stacji kolejowej w stronę Main Street, która była
tak naprawdę jedyną ulicą w mieście, wydawało się, że prawie nie ma tam
żadnego miasta. I to nie była wina tego miejsca. To przez niebo.
Największy hotel, jedyny hotel, Gregson Springs - który w oczach
Adelaide był wręcz pałacem - niemal nic nie znaczył na linii horyzontu.
Pięćdziesiąt mil na wschód wznosiły się góry Bear Paw, ale stąd
sprawiały wrażenie zaledwie małych pagórków. Płaski bezkres Montany
zdumiał Adelaide i zachwycił ją już w pociągu, kiedy przyglądała się
przez szybę okolicom. Ale teraz, kiedy miała przed sobą całe miasto,
poczuła majestat tej płaskiej ziemi. Może właśnie tak czuł się Mojżesz,
kiedy rozstąpiło się przed nim Morze Czerwone, a on kroczył środkiem
między dwiema ścianami wody. Ujrzał Boga.
Właśnie dlatego szybko zapomniała urazę, jaką zostawiła w niej krótka
rozmowa z tym niewysokim białym człowiekiem, którego minęła na peronie.
Widziała, jak traktował każdego zagadniętego pasażera. Wymieniali kilka
słów, potem wyjmował zeszycik i zapisywał słowa rozmówcy, a następnie
podchodził do kolejnej osoby. Ale każdy, z kim rozmawiał, odchodził od
niego z miłym poczuciem, szedł wyraźnie innym krokiem. Dlatego kiedy
podeszła do tego człowieka i zapytała, gdzie może znaleźć wozaka,
spodziewała się, że zapyta: "A pani skąd do nas przyjechała?". Ale nie
zapytał. Wskazał tylko ręką i pośpiesznie odszedł, żeby przypochlebiać
się swoją atencją komuś innemu.
Najdziwniejsze, że Adelaide Henry przyjechała w te strony w nadziei, że
zniknie. Nie chciała być odnaleziona, chciała się ukryć, gdyby więc ten
człowiek zapytał, jak się nazywa, co wtedy? Może by skłamała, choć nigdy
nie była w tym dobra. A może popełniłaby błąd, podała prawdziwe nazwisko
i powiedziała, skąd pochodzi? A wtedy musiałaby znowu uciekać, na północ
do Kanady albo gdzieś indziej. Tylko że Kanada nie pozwalała samotnym
kobietom na posiadanie ziemi, a już na pewno nie Murzynkom, więc co by
jej z tego przyszło? Chodzi jednak po prostu o to, że ten biały
niewysoki mężczyzna ją zlekceważył. Co prawda to było najlepsze, co się
mogło stać, ale jednocześnie raniło jej uczucia.
Szła więc teraz ku miastu, zastanawiając się, czy wszyscy woźnice byli
tacy sami. Gdyby miała spotkać kolejną wersję pana Cole'a - wścibskiego
i wstrętnego - musiałaby się uzbroić w cierpliwość na cały następny
odcinek drogi. Przygotować na te wszystkie pytania i na raniące słowa.
Ale stało się inaczej. Jeszcze zanim porządnie zabrała się do szukania
wozaka, poczuła, że ktoś ciągnie ją za płaszcz. Uśmiechała się do niej
drobna kobieta. Miała przypinkę z drozdem i kapelusz, który chyba miał
być stylowy, chociaż Adelaide nigdy nie miała oka do takich spraw.
- Tak, proszę pani? - zapytała Adelaide.
Kobieta nie puściła jej płaszcza. Zupełnie jakby chciała powstrzymać ją
od wejścia do miasta. Zabronić jej wstępu. Jeszcze jedna przeszkoda w podróży, która i tak była już ich pełna. Ale wtedy kobieta się do niej
odezwała.
- Szuka pani woźnicy? - zapytała.
Adelaide przyglądała się jej z rezerwą.
- Proszę mi wybaczyć - dodała kobieta. - Nazywam się Jerrine Reed.
Witamy w Big Sandy.
Trudno przecenić wagę tych słów dla Adelaide Henry. Nieznajoma urosła w jej oczach proporcjonalnie do szczodrości jej serca, Adelaide miała
wręcz wrażenie, że kobieta dorównuje jej wzrostem.
- Niech pani zapyta o pana Olsena - poradziła nieznajoma. - To jedyny
uczciwy przewoźnik w naszym mieście. - Rozejrzała się w prawo i w lewo z konspiracyjnym uśmiechem. - Tylko proszę nie mówić innym woźnicom, że
tak powiedziałam.
I oddaliła się w stronę pociągu. Potem stanęła na peronie, jakby na coś
czekając, a Adelaide nie odrywała od niej wzroku. Pani Reed uniosła ręce
i - jakby na ten znak - sześciu mężczyzn z wielkim wysiłkiem wyniosło na
peron ogromny przedmiot ukryty w skrzyni. Pani Reed wskazała skrzynię i zaczekała, aż jeden z ludzi pobiegnie po łom, a kiedy wrócił, poleciła
mu podważyć wieko. Każdy pasażer, każdy mieszkaniec, nawet zwierzęta -
wszyscy zamarli w bezruchu i przyglądali się w skupieniu pani Reed.
Boki skrzyni oderwano, a wtedy tylna ścianka sama odpadła i oto na
peronie stanął model 190 Wurlitzera. Organy teatralne zbudowane przez
Rudolph Wurlitzer Company z North Tonawanda w stanie Nowy Jork, a następnie przewiezione pociągiem aż do Montany. Szerokie na piętnaście
stóp, głębokie na czternaście. Pięćset osiemdziesiąt cztery piszczałki
uporządkowane w ośmiu rzędach. Niemal czterysta funtów wagi. Dwie
kolejne większe skrzynie nadal stały w wagonie towarowym, znajdowały się
w nich piszczałki i traktura organów. Pani Reed miała na peronie dokonać
przeglądu każdego elementu, co miało zająć wiele godzin, ale lepiej
zrobić to tutaj, niż kazać to wszystko wieźć do opery i dopiero potem
odkryć jakieś uszkodzenia. Pani Reed podeszła do organów i położyła dłoń
na jednej z klawiatur instrumentu. Pod tym bezkresnym niebem sprawiało
to wrażenie, jakby zamierzała zagrać melodie dla Boga. Potem klasnęła i dała znak robotnikom, by brali się do pracy.
Adelaide w końcu odwróciła wzrok od tego widowiska z panią Reed w roli
głównej i zagłębiła się w miasto, które leżało zaledwie dziesięć jardów
od peronu kolejowego. Kręciło się tam kilku przewoźników przed swoimi
wozami, każdy zarabiał na życie, wożąc nowych, pełnych nadziei osadników
do ich siedlisk. Ale Adelaide już powiedziano, kogo konkretnie ma
odszukać - pana Olsena. Chodziła od woźnicy do woźnicy, aż w końcu go
znalazła.
To był dopiero wielki jegomość. A jeśli Adelaide Henry tak pomyślała, to
już coś znaczyło, bo przy jej potężnej posturze karlała większość kobiet
i mężczyzn. Gdy miała go teraz przed sobą, wydawał się wielki jak te
góry Bear Paw w oddali. Tylko że on miał ciepły uśmiech. A wiecie, kto
jeszcze miał ładny uśmiech? Jej ojciec, Glenville. Chociaż kilka zębów
miał ułamanych, pokazywał je każdej napotkanej osobie. Bez skrępowania.
Być może właśnie uśmiech był najlepszym, co miał do zaoferowania, oprócz
tych śliwek japońskich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki