Samotne kobiety - Victor Lavalle

Kup ebooka

40.00 zł
33.56 zł (30,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

1

Ist­nieją na tym świe­cie dwa rodzaje ludzi: ci, któ­rzy żyją okryci wsty­dem, i ci, któ­rzy ze wstydu umie­rają. We wto­rek Ade­la­ide Henry zali­czy­łaby sie­bie do tych pierw­szych, ale w środę nie była już tego taka pewna. Jeśli usi­ło­wała żyć, to dla­czego na swo­jej rodzin­nej far­mie cho­dziła po domu z wiel­kim sło­jem ben­zyny i roz­le­wała ją na pod­łogę w kuchni, na stół w jadalni, oble­wała nią kanapę w pokoju? A gdy opróż­niła cały pierw­szy słój, dla­czego wró­ciła do kuchni po kolejny, a potem weszła po scho­dach na pię­tro, wsłu­chu­jąc się w chlu­sta­nie ben­zyny roz­le­wa­nej na każdy sto­pień scho­dów? Zamie­rzała wtedy żyć czy pró­bo­wała umrzeć?

W 1915 roku w kali­for­nij­skiej doli­nie Lucerne z uprawy ziemi żyło dwa­dzie­ścia sie­dem czar­nych rodzin. Ade­la­ide i jej rodzice byli jedną z nich. Następ­nego dnia tych rodzin miało być tylko dwa­dzie­ścia sześć.

Ade­la­ide dotarła do pię­tra. Już pra­wie nie czuła odoru ben­zyny. Jej dło­nie pokryte były świe­żymi ranami, ale nie odczu­wała bólu. Na pię­trze znaj­do­wały się dwie sypial­nie: jej i rodzi­ców.

Ojca i matkę Ade­la­ide zwa­biła na zachód obiet­nica ziemi w tej doli­nie. Rząd fede­ralny zachę­cał Ame­ry­ka­nów do przej­mo­wa­nia ziem upraw­nych w Kali­for­nii. Popu­la­cja rdzen­nych miesz­kań­ców była już zdzie­siąt­ko­wana, wyru­go­wana z tych tere­nów. Nad­szedł czas, by zacząć je roz­da­wać. Zapro­sze­nie od rządu było jed­nym z nie­wielu, jakie Stany Zjed­no­czone wysto­so­wały rów­nież do swo­ich murzyń­skich oby­wa­teli, a po 1866 roku Towa­rzy­stwo Afry­kań­skie nawo­ły­wało do "kolo­ni­zo­wa­nia" połu­dnio­wej Kali­for­nii. Rodzina Hen­rych była jedną z kil­ku­set, które się tu prze­nio­sły. W Arkan­sas nie dano by im żad­nej szansy, to na pewno. Rząd fede­ralny nazy­wał to "zasie­dla­niem".

Gle­nville i Ele­anor Henry ucie­kli do Kali­for­nii i upra­wiali lucernę oraz trawę, które sprze­da­wali wła­ści­cie­lom bydła. Gle­nville uważ­nie czy­tał dzieła Luthera Bur­banka i w 1908 roku zaczął hodo­wać śliwki japoń­skie. Dla Ade­la­ide miały smak cukru i samo­za­par­cia. Ade­la­ide pra­co­wała u boku ojca w sadach i na polach, odkąd skoń­czyła dwa­na­ście lat, a w kuchni i w obo­rze haro­wała razem z matką nawet dłu­żej. Trzy­dzie­ści jeden lat życia na tej far­mie. Trzy­dzie­ści jeden.

A teraz miała to wszystko spa­lić.

- Pro­szę pani?

Ade­la­ide zasko­czył głos woź­nicy.

- Na miłość boską, co tak cuch­nie?

Woź­nica stał w drzwiach wej­ścio­wych, od wnę­trza oddzie­lały go drzwiczki z siatką i nic wię­cej. Ade­la­ide stała na pię­trze, na progu sypialni rodzi­ców. W poło­wie pełny słój zachy­bo­tał w jej dło­niach. Odwró­ciła się i zawo­łała ku scho­dom.

- Panie Cole, będę na dole za pięć minut!

Nie widziała go, ale sły­szała. Sar­ka­nie sta­rego czar­nego czło­wieka, ledwo sły­szalne, ale mimo to gło­śne jak grzmot burzy. Przy­po­mi­nało jej ojca.

- Tak pani mówiła pięć minut temu!

Ade­la­ide usły­szała skrzy­pie­nie zawia­sów drzwi­czek z siatką. W wyobraźni mignął jej taki obraz: pan Cole pod­cho­dzi do stóp scho­dów, a ona wylewa resztkę ben­zyny pro­sto na jego głowę. Potem sięga do kie­szeni po zapałki. Zapala jedną i upusz­cza na pana Cole'a. A potem - zapłon.

Ale nie chciała go zabić, star­szego czło­wieka, zawo­łała więc:

- Zała­do­wał już pan mój kufer na wóz?

Cisza. Cisza.

Potem słaby odgłos pusz­cza­nych wolno drzwi­czek z siatką. Woź­nica nie wszedł za próg. Zawo­łał do niej ponow­nie z werandy.

- Pró­bo­wa­łem! - odkrzyk­nął. - Ale ten kloc waży, cho­lera, wię­cej niż mój koń. Co pani napchała do środka?

Moje całe życie, pomy­ślała. Wszystko, co jesz­cze coś zna­czy.

Spoj­rzała na drzwi sypialni rodzi­ców, a potem odkrzyk­nęła jesz­cze raz:

- Pięć minut, pro­szę pana. Zała­du­jemy kufer wspól­nymi siłami!

Kolejne sark­nię­cie, ale nie prze­klął jej, nie usły­szała też tur­kotu kół odjeż­dża­ją­cej fur­manki. Dla czło­wieka w rodzaju pana Cole'a była to odpo­wiedź naj­bliż­sza stwier­dze­niu "w porządku", nie mogła liczyć na wię­cej.

Naprawdę zdo­by­łaby się na to, żeby go pod­pa­lić? Nie znała odpo­wie­dzi. Ale ludzie w akcie despe­ra­cji potra­fią robić zdu­mie­wa­jące rze­czy.

Ade­la­ide Henry prze­krę­ciła gałkę drzwi do sypialni rodzi­ców, weszła do środka, zamknęła drzwi za sobą i w mil­cze­niu sta­nęła w ciem­nym pokoju. Cięż­kie kotary były szczel­nie zacią­gnięte. Sama je zacią­gnęła o świ­cie. Po tym, jak przy­tasz­czyła do sypialni ciała Gle­nville'a i Ele­anor i zło­żyła je na łóżku.

Leżeli teraz razem w swoim mał­żeń­skim łożu. W tym samym, w któ­rym poczęli Ade­la­ide. Byli już tylko kształ­tami, bo przy­kryła ciała prze­ście­ra­dłem. Nasią­kło ich krwią. Widać było czer­wone zarysy ich syl­we­tek.

Pode­szła do łóżka od strony ojca. Płótno przy­lgnęło do jego skóry, do zakrze­płej krwi. Wcze­śniej zakryła prze­ście­ra­dłem rów­nież jego głowę. Nie chciała patrzeć na to, co z niego zostało. Polała trupa ben­zyną, od czoła po stopy.

Teraz obe­szła łóżko i sta­nęła po stro­nie matki.

Wcze­śniej nacią­gnęła prze­ście­ra­dło na Ele­anor tylko do wyso­ko­ści pod­bródka, ukry­wa­jąc pod płót­nem rany zadane na szyi. Nie potra­fiła się zmu­sić do przy­kry­cia prze­ście­ra­dłem całej matki. Dziwna sen­ty­men­tal­ność, bo prze­cież na ciele Ele­anor było wiele innych ran. Ade­la­ide prze­chy­liła słój nad głową matki, ale odkryła, że nie potrafi wylać na nią resz­tek ben­zyny. Trzy­mała naczy­nie nad Ele­anor i wpa­try­wała się w jej otwarte, puste oczy.

Nie umiała się do tego zmu­sić. Posta­wiła słój i kuc­nęła przy łóżku. Wyszep­tała mar­twej Ele­anor na ucho:

- Trzy­ma­łaś zbyt wiele w sekre­cie. Popatrz tylko, jaką cenę zapła­ci­łaś.

Potem wstała i się­gnęła do kie­szeni. Na pudełku zapa­łek wid­niał sym­bol Towa­rzy­stwa Afry­kań­skiego, syl­wetka czar­nego czło­wieka pro­wa­dzą­cego pług. Potarła zapałkę i patrzyła, jak pło­nie. Rzu­ciła ją na łóżko, pło­nące dre­wienko upa­dło na jej ojca.

Ade­la­ide szybko się odwró­ciła, żeby nie patrzeć, jak ciała stają w pło­mie­niach, ale wszystko sły­szała - jakby cały pokój wziął głę­boki oddech. Chwilę póź­niej poczuła falę gorąca na gło­wie i szyi, ale kiedy wyszła z pokoju, pło­mie­nie cią­gle lizały jej skórę. Wtedy zdała sobie sprawę, że to nie ogień ją trawi, a poczu­cie winy.

Na pode­ście scho­dów prawe kolano ugięło się pod nią i nie­mal się prze­wró­ciła. Klę­czała z dło­nią na porę­czy. Zro­biła, co zamie­rzała. Za tymi drzwiami pło­nęli jej rodzice. Może powinna z nimi zostać? Roz­wa­żała to. Dość ben­zyny roz­lało się na jej dło­nie, na sukienkę, wystar­czyłby uła­mek chwili, by zajęła się ogniem. Powinna wró­cić do sypialni, klęk­nąć w nogach łóżka i dać się ogar­nąć pło­mie­niom. Prze­rwać linię rodu. Na to zasłu­gi­wała. Jaką trzeba być córką, żeby dopu­ścić się tego wszyst­kiego, co robiła przez ostat­nie dwa­dzie­ścia cztery godziny? Podłą i straszną.

Po chwili Ade­la­ide pod­nio­sła się z kolan, ale z tru­dem zda­wała sobie z tego sprawę. Zupeł­nie jakby jej ciało życzyło sobie, by prze­żyła, choć jej dusza pra­gnęła cze­goś innego. Wstała i zro­biła krok naprzód. Potem następny. Wyglą­dało na to, że miała jed­nak stąd wyje­chać. Kto tak posta­no­wił? - zasta­na­wiała się, nawet kiedy już trzy­mała się porę­czy i scho­dziła po scho­dach.

- No, jest pani wresz­cie - przy­wi­tał ją pan Cole, kiedy wyszła przez drzwiczki z siatką. Spoj­rzał na dom. Widział już dym? Sły­szał, jak w sypialni na pię­trze pękają z trza­skiem ściany?

Jego odkryty wóz stał przy weran­dzie. Zaprzę­gnięty do niego koń był pra­wie tak samo nie­do­ży­wiony jak woź­nica. Ade­la­ide była od pana Cole'a o sześć cali wyż­sza i o czter­dzie­ści fun­tów cięż­sza. Nic dziw­nego, że nie dał rady zała­do­wać kufra.

Skrzy­nia podróżna Sewarda miała z obu stron uchwyty. Ade­la­ide ujęła ją z jed­nego boku, a pan Cole z dru­giego. Ugięła kolana i pode­rwała cię­żar. Pan Cole ciężko stęk­nął z wysiłku.

- Szybko - powie­dział. Cho­ciaż to ona dźwi­gała wię­cej, z lubo­ścią wyda­wał pole­ce­nia.

Ade­la­ide szarp­nęła kufer w stronę wozu, a z kufrem pocią­gnęła pana Cole'a.

Dotarli do celu i ostat­nim wysił­kiem zała­do­wali skrzy­nię na nie­wielką pakę. Wóz osiadł kilka cali i każde z czte­rech drew­nia­nych kół stęk­nęło. Koń pana Cole'a prze­szedł krok do przodu, jakby pró­bo­wał uciec przed cię­ża­rem. Kiedy pan Cole i Ade­la­ide się wypro­sto­wali, obojgu bra­ko­wało tchu.

Ade­la­ide wspięła się na wóz. Jedy­nym, co zabie­rała - oprócz kufra - była jej torba podróżna. Stała już zapa­ko­wana tuż przy drzwiach przed pro­giem. Pan Cole usiadł obok Ade­la­ide na sprę­ży­no­wym sie­dzi­sku.

Spoj­rzał w stronę domu.

- A gdzie pani krewni? - zapy­tał.

- Moi rodzice - powie­działa cicho.

- Nie wyszli pani poże­gnać?

Ade­la­ide rów­nież spoj­rzała na dom. Sypial­nie znaj­do­wały się z tyłu. Nawet jeśli wydo­by­wał się z nich dym, praw­do­po­dob­nie jesz­cze przez jakiś czas nie będzie go widać od frontu. Może miała jesz­cze parę minut, zanim pożar sta­nie się widoczny.

- Odpo­czy­wają - odparła.

Pan Cole nie zada­wał już wię­cej pytań. Ujął lejce i cmok­nął dwa razy, a jego biedny koń naprę­żał się i naprę­żał, aż w końcu wóz ruszył.

Opusz­cza­jąc Kali­for­nię, Ade­la­ide miała sto pięć­dzie­siąt cztery dolary, dużą sumę pie­nię­dzy, a jed­nak nie­wy­star­cza­jącą, aby zacząć życie zupeł­nie od nowa. Ale to było wszystko, co miała. Te pie­nią­dze, torbę podróżną i kufer.

Farma się spali. Sąsie­dzi - naj­bliż­sze gospo­dar­stwo leżało bli­sko milę dalej - w końcu zauważą. Prze­szu­kają zglisz­cza i znajdą w środku tylko dwa ciała. Będą zacho­dzić w głowę, gdzie się podziała córka Gle­nville'a i Ele­anor.

We wto­rek Ade­la­ide Henry była far­merką.

W środę była zbie­giem.

2

- Znam was.

Ade­la­ide i pan Cole jechali wozem już godzinę, zanim się w końcu ode­zwał. Były to pierw­sze słowa, jakie padły mię­dzy nimi, odkąd dom i farma Ade­la­ide znik­nęły za zakrę­tem drogi. Nie prze­szka­dzało jej to mil­cze­nie.

- Dzi­wacy - cią­gnął pan Cole. - Tak ludzie mówią o Hen­rych.

Koń pana Cole'a przy­wykł już do cią­gnię­tego cię­żaru. Nie polu­bił go, ale przy­wykł. Paka wozu nie była duża, co ozna­czało, że kufer nie mógł się po niej zbyt mocno prze­su­wać, nawet kiedy droga wio­dła pod górę albo w dół. Drobna ulga dla konia. Ade­la­ide zasta­na­wiało jej wła­sne współ­czu­cie dla tego zwie­rzę­cia, pod­czas gdy dla sie­bie samej miała go tak nie­wiele.

- O, tak - cią­gnął pan Cole, czu­jąc się nieco pew­niej. Zer­k­nął na Ade­la­ide. - I to nie tylko w oko­licy. Znają was w Vic­to­rville i w Allen­sworth.

Wyna­jęła tego czło­wieka, żeby zawiózł ją do portu Los Ange­les. Dwa­dzie­ścia cztery mile na połu­dnie. A tam miała zamiar wsiąść na sta­tek. Zga­dy­wała, że cze­kało ich jesz­cze pięć godzin podróży. Pięć godzin takiego cze­goś. Ode­zwała się ze znu­że­nia, bo na pewno nie z cie­ka­wo­ści.

- A co oni tam wie­dzą? - zapy­tała obo­jęt­nie.

Pan Cole uśmiech­nął się sze­roko i zaczął wymie­niać:

- Trzy­ma­cie się swo­jej farmy. Nie odwie­dza­cie innych. W kościele nie odzy­wa­cie się ani sło­wem.

- Co nie­dzielę przy­wo­zimy śliwki - zauwa­żyła Ade­la­ide.

Pan Cole wydął usta, ale osta­tecz­nie kiw­nął głową.

- Tak, to wam przy­znam.

Ade­la­ide pomy­ślała, że ojcu byłoby miło. Widać było, że pan Cole nie należy do ludzi, któ­rzy bez­in­te­re­sow­nie wyra­żają uzna­nie dla innych.

Spoj­rzała na swoje ręce. Ska­le­cze­nia bie­gły przez wnę­trza dłoni i więk­szość pal­ców. Nie­które roz­cię­cia były cał­kiem głę­bo­kie. Prze­stały już krwa­wić, ale ich nie oban­da­żo­wała. Jej dło­nie musiały wyglą­dać upior­nie. Odwró­ciła je wnę­trzem do dołu, kiedy zorien­to­wała się, że pan Cole na nią zerka. Miną całe dni, nim rany się zagoją. Oczy­wi­ście dosko­nale wie­działa, skąd się wzięły, ale każde nacię­cie albo zadra­pa­nie od razu wyma­zy­wała z pamięci. Wie­działa, że jadła wczo­raj kola­cję i że o świ­cie wstało słońce. Czas pomię­dzy jed­nym a dru­gim gdzieś znik­nął. Jakby zma­te­ria­li­zo­wała się w kuchni z pora­nio­nymi dłońmi, a na kuchen­nym bla­cie stały już dwa słoje z ben­zyną. Nawet nie pamię­tała, kiedy je napeł­niała.

Spa­li­łam dowody.

Ade­la­ide dosłow­nie zakryła usta dło­nią. Przez chwilę myślała, że powie­działa te słowa na głos. Ale nie, nie powie­działa, bo pan Cole na­dal sie­dział obok i roz­pra­wiał o jej rodzi­nie i o repu­ta­cji Hen­rych w doli­nie Lucerne. Jego wargi się poru­szały - bez wąt­pie­nia wła­śnie śmiało obra­żał jej rodzi­ców - ale ona go nie sły­szała. Sły­szała tylko sie­bie. Aby wszelki język wyznał1.

Nie ode­rwała dłoni od ust, bo nie była pewna, co może się z nich wydo­stać. Słowa czy ostatni posi­łek, który zale­gał w żołądku?

- Nie­do­brze pani? - zapy­tał pan Cole.

Kiw­nęła głową i spoj­rzała na niego, słabo uśmie­cha­jąc się przez zaci­śnięte wargi.

- Cóż, jeśli coś podej­dzie do gar­dła - powie­dział, wbi­ja­jąc wzrok w dal - pro­szę wymio­to­wać na zewnątrz, nad drzwicz­kami. Dbam o czy­stość wozu.

***

Prze­by­cie dwu­dzie­stu czte­rech mil zajęło pół dnia. Pół dnia z panem Cole'em. Wyobraź­cie sobie tę mono­to­nię. A potem pomnóż­cie przez dwa. Zabawne, co się zaczyna dziać, kiedy męż­czy­zna myśli, że ma towa­rzy­stwo kobiety tylko dla sie­bie. Może odsło­nić przed nią swoją twarz, którą by ukry­wał, gdyby miał za świadka choć jedną inną osobę. Przez męż­czy­znę prze­ma­wia wtedy jego sekretne Ja.

Mimo że Ade­la­ide nale­żała do rodziny żyją­cej we względ­nej samot­no­ści, jeź­dziła prze­cież czę­sto do Vic­to­rville i Allen­sworth, ze śliw­kami na sprze­daż. Na tar­gach i w dro­dze spo­ty­kała wielu męż­czyzn. Jakimi oni sło­wami się do niej zwra­cali! Odkąd zaczęła jeź­dzić sama, nie powta­rzała tych słów rodzi­com. Słowa męż­czyzn stały się wtedy jakby worecz­kiem z kamie­niami, który musiała nosić w dłoni. Kło­po­tem. Zawra­ca­niem głowy. Utrud­niały nie­zbędne zaję­cia, te małe i te duże. Obie­rała dłuż­sze trasy tylko po to, żeby uni­kać pew­nych dróg. A teraz pan Cole przez więk­szość podróży wie­szał psy na jej rodzi­nie, i to w dodatku zupeł­nie bez­kar­nie, bo kto miałby go zawsty­dzić?

Z upły­wem czasu Ade­la­ide zaczęła się zasta­na­wiać, jakie to byłoby uczu­cie, gdyby sta­ru­cha wal­nąć w głowę worecz­kiem z kamie­niami. W czwar­tej godzi­nie jazdy zaczęła dla zabi­cia czasu wyobra­żać sobie, na jakie spo­soby mogłaby gbura zamor­do­wać. Na przy­kład teraz, jedno mocne pchnię­cie, a spadłby z wozu i skrę­cił kark. Przy­glą­dała mu się i uśmie­chała do swo­ich myśli.

Ale wtedy pan Cole spoj­rzał jej pro­sto w oczy i zapy­tał:

- Co się pani tak uśmie­cha?

I wizja pry­sła.

Ade­la­ide już drugi raz roz­my­ślała, jak by go tu zabić. Nie­któ­rzy surowo osą­dzi­liby ją za takie myśli. Ale dla niej mogli spie­przać.

Wóz jechał dalej.

Tuż pod samym Los Ange­les wyni­kło pewne nie­po­ro­zu­mie­nie. Oka­zało się, że port Los Ange­les znaj­duje się w mie­ście zwa­nym San Pedro. Pan Cole dowie­dział się tego, gdy po dro­dze kupo­wał obrok dla konia. Odparł: "No, na nie­złego dur­nia wysze­dłem".

Gdyby drzwi do składu z paszą nie były otwarte, Ade­la­ide nie pod­słu­cha­łaby, że doszło do pomyłki. Pan Cole wsiadł do wozu i uda­wał, że nie popeł­nił żad­nego błędu. Jak widać, nie każdy język wyzna.

Pan Cole pół godziny wra­cał tą samą drogą, a nie­długo potem odna­lazł wła­ściwą trasę. Ade­la­ide nic nie powie­działa. Dla niej naj­waż­niej­sze było, żeby dotrzeć do portu. Musiała wsiąść na sta­tek i teraz oba­wiała się, że nie zdąży.

Kiedy w końcu doje­chali do San Pedro, w mie­ście nagle jakby się skur­czyli. Oboje czuli się malutcy. Na Beacon Street minęli gmach Banku San Pedro, któ­rego wieża zega­rowa miała wyso­kość trzech pię­ter. Rzu­cała cień w poprzek ulicy. Może się to wydać nie­mą­dre, ale kiedy prze­jeż­dżali przez ten cień, Ade­la­ide zadrżała. Nawet pan Cole prze­stał pero­ro­wać. Ade­la­ide widziała już wcze­śniej wiele ogrom­nych silo­sów na zboże, ale ni­gdy zegara tej wiel­ko­ści.

Przez całe mia­sto bie­gły kable, które dopro­wa­dzały prąd. Z tur­ko­tem kół przez skrzy­żo­wa­nie prze­jeż­dżał tram­waj, wio­ząc dwa­dzie­ścia pięć osób, a może nawet wię­cej. Ade­la­ide i pan Cole przy­glą­dali się z wozu, jak tram­waj gło­śno ich mija. Kil­koro pasa­że­rów patrzyło na Ade­la­ide tak, jakby była prze­zro­czy­sta. Nie znali jej. Nie znali jej rodziny. Była obca. Nie­któ­rym taka myśl może wydać się straszna, ale w tam­tej chwili Ade­la­ide Henry po raz pierw­szy zdała sobie sprawę, że ucieczka jest moż­liwa. A gdyby daro­wała sobie resztę podróży i osie­dliła się tutaj?

Ale sześć godzin od doliny Lucerne to zbyt mały dystans. Poza tym pan Cole, gada­tliwy sta­ruch, wie­działby, gdzie zamiesz­kała. Taki czło­wiek jak on delek­to­wał się plot­kami, podob­nie jak inni delek­to­wali się sma­kiem śli­wek jej ojca. Gdy tram­waj już prze­je­chał, pan Cole spoj­rzał na nią.

- Jedziemy dalej? - zapy­tał.

Dla niego dolina Lucerne była przy­ja­zna i gościnna. Czy ona sama kie­dy­kol­wiek tak myślała?

- Już nie­da­leko. - Ade­la­ide wska­zała ręką naprzód. - Jedźmy.

Pan Cole uważ­nie wpa­try­wał się w jej twarz, jakby chciał coś zapa­mię­tać.

Cmok­nął na konia, który par­sk­nął i prze­szedł dwa kroki do przodu.

Koła wozu zaskrzy­piały. Kufer prze­su­nął się tyle, ile mógł na nie­wiel­kiej pace za sie­dzi­skiem. Ade­la­ide się­gnęła do tyłu i poło­żyła dłoń na skrzyni, jakby oba­wiała się, że bagaż zesko­czy i uciek­nie. Jakby jej dotyk mógł go uspo­koić.

3

Port Los Ange­les był jed­nym wiel­kim hała­śli­wym bez­ła­dem, choć inni nazy­wali to postę­pem.

W por­cie prze­mysł rósł w oczach. Parowce i frach­towce stały zacu­mo­wane tak bli­sko sie­bie, że można by prze­sko­czyć z pokładu na pokład bez obawy, że się wpad­nie do wody. Parowce wypusz­czały kłęby dymu, podob­nie jak loko­mo­tywy pocią­gów. Tory kole­jowe okrą­żały doki, two­rząc wokół nich jakby żela­zne obrę­cze kaj­dan.

Gdy tylko przy­byli, Ade­la­ide poczuła na skó­rze cienką war­stwę sadzy. Miała wra­że­nie, jakby całe życie nie oddy­chała wyłącz­nie czy­stym powie­trzem odlud­nej doliny Lucerne - dokąd już miała ni­gdy nie wró­cić.

Wóz pana Cole'a nie był jedy­nym kon­nym pojaz­dem w por­cie, ale z pew­no­ścią pan Cole pro­wa­dził swój naj­ostroż­niej. Wokół nich krę­ciły się inne wozy i śpie­szyli prze­chod­nie. Cię­ża­rówki parowe gro­ziły, że ich z impe­tem prze­jadą.

Aby dostać się do kas, musieli prze­je­chać przez dwie linie torów kole­jo­wych, a pan Cole gło­śno się modlił, kiedy koła pod­ska­ki­wały na szy­nach. Ade­la­ide popro­siła go, żeby zacze­kał, gdy ona pój­dzie do kasy bile­to­wej. Jak powie­działa, będzie potem potrze­bo­wała jego pomocy, żeby zawiózł ją na nabrzeże pod sta­tek, skąd miała dostać się na pokład. Pan Cole zażą­dał, żeby zapła­ciła mu, zanim zsią­dzie z wozu. Ura­ziło ją to - naprawdę myślał, że zostawi swój kufer i uciek­nie? - ale nie powie­działa ani słowa, tylko wrę­czyła mu zapłatę. Pięć dola­rów.

Kupiła bilet do Seat­tle na pokła­dzie parowca "Queen". Osiem dola­rów i trzy­dzie­ści pięć cen­tów w jedną stronę, co pokry­wało opłatę za kuszetkę i posi­łek. Sta­tek odpły­wał z nabrzeża dzie­wią­tego o godzi­nie czwar­tej. Ponie­waż pan Cole wcze­śniej pomy­lił drogę, przy­je­chali do portu zale­d­wie dwa­dzie­ścia minut przed cza­sem.

Kiedy wyszła z kasy, zoba­czyła, że pan Cole zrzuca jej kufer z wozu. Ponie­waż nie miał siły go wycią­gnąć, chwy­cił jeden uchwyt i stur­lał skrzy­nię z paki na zie­mię. Skrzy­nia upa­dła dnem do góry z takim hukiem, że rumor sły­chać było nawet przez gwizdy prze­jeż­dża­ją­cych w pobliżu pocią­gów.

- Panie Cole! - krzyk­nęła, bie­gnąc ku niemu.

Teraz już mogłaby go zabić. Bez żad­nej ben­zyny, bez meta­fo­rycz­nego worka kamieni, po pro­stu gołymi rękami. Udu­si­łaby ste­try­cza­łego skur­wiela na oczach wszyst­kich. A niech­by nawet poszła za kraty, byleby mogła z zado­wo­le­niem patrzeć, jak ten Judasz wydaje ostat­nie tchnie­nie. Już ona by...

Ale zanim dobie­gła do kufra, woź­nica odje­chał. Z wozem lżej­szym o Ade­la­ide i jej bagaż cha­beta wyrwała do przodu jak strzała. Pan Cole nie obej­rzał się ani razu, nawet po to, by trium­fo­wać. Po pro­stu zosta­wił ją z cięż­kim w cho­lerę kufrem.

Fala wście­kło­ści i szoku napły­nęła i opa­dła. Dopiero potem Ade­la­ide przy­szło na myśl, żeby spraw­dzić, czy kufer nie pękł przy upadku. Sama skrzy­nia była nie­na­ru­szona. Obej­rzała też mosiężną klamrę zamka. Trzy­mała się. Ade­la­ide zaparła się o naj­wy­żej poło­żoną kra­wędź kufra i naj­ostroż­niej, jak tylko się dało, obró­ciła go wła­ściwą stroną do góry, tak że znowu sta­nął pła­sko na swo­jej pod­sta­wie.

Poszu­kała nabrzeża dzie­wią­tego, znaj­du­ją­cego się - na szczę­ście - zale­d­wie dwa­dzie­ścia jar­dów dalej. Dostrze­gła kon­tro­lera por­to­wego, który spraw­dzał nazwi­ska dwójki pasa­że­rów z listy, a potem zapro­sił ich gestem, by weszli po ram­pie na pokład. Kon­tro­ler zauwa­żył ją i zanim odwró­cił wzrok, Ade­la­ide do niego poma­chała.

Zmarsz­czył brwi. Co mu chciała powie­dzieć?

Trzy­ma­jąc wysoko bilet, wska­zała sta­tek. On pole­cił jej gestem, by pode­szła. Prze­cież nie pod­pro­wa­dzi statku do niej. Ade­la­ide poka­zała ręką kufer i teraz chyba zro­zu­miał, ale tylko wzru­szył ramio­nami, wska­zał miej­sce obok sie­bie, odwró­cił wzrok. I tyle.

Ty i twój kufer musi­cie zja­wić się tutaj.

A teraz miała już tylko kwa­drans.

Naj­wy­raź­niej szar­manc­ko­ści nie można zwy­czaj­nie ocze­ki­wać. Szar­manc­kość jest darem, któ­rego ani jeden męż­czy­zna nie miał jej do zaofia­ro­wa­nia, była więc zmu­szona sama mozol­nie prze­cią­gnąć kufer te dwa­dzie­ścia jar­dów, aż do stóp kon­tro­lera. A kiedy już sta­nęła przed nim zasa­pana, z czo­łem swę­dzą­cym od potu, kon­tro­ler rzu­cił tylko:

- Pra­wie się pani spóź­niła.

I nie powie­dział nic wię­cej.

Potem, gdy spraw­dził jej bilet, przy­wo­łał gestem ste­warda, który pole­cił swoim ludziom wnieść bagaż Ade­la­ide na pokład. Zeszło dwóch tra­ga­rzy, ale nawet wspól­nymi siłami nie dali rady kufra podźwi­gnąć. Musieli zawo­łać trze­ciego. Ade­la­ide słu­chała, jak stę­kają, patrzyła, jak z drże­niem mię­śni powoli dźwi­gają skrzy­nię po ram­pie, i spra­wiało jej to pewną przy­jem­ność. W poło­wie drogi zatrzy­mali się i spoj­rzeli na nią, jakby zacho­dzili w głowę, jakim cudem ona sama zdo­łała ruszyć ten kufer z miej­sca o wię­cej niż cal.

Z despe­ra­cji, to pro­ste. I dzięki temu, że całe życie haro­wała na far­mie.

Weszła na pokład parowca "Queen", pra­gnąc tylko scho­wać się na swo­jej kuszetce i nie wysta­wiać głowy aż do Seat­tle. Ale już na statku ste­ward oznaj­mił jej, że sprze­dano za dużo bile­tów. Dla­tego będzie miała co prawda zapew­nione posiłki, ale nie ma już wol­nych kabin ani miejsc do spa­nia. Całą podróż będzie musiała spę­dzić na głów­nym pokła­dzie.

Ste­ward powie­dział to tak swo­bod­nie, że pew­nie wła­śnie jego ton roz­zło­ścił ją naj­bar­dziej. Cho­ciaż nie, zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej roz­gnie­wało ją, że zapła­ciła za kajutę, któ­rej osta­tecz­nie nie dostała. Ale trudno jej było prze­łknąć rów­nież ten obo­jętny spo­sób, w jaki ste­ward jej to zako­mu­ni­ko­wał, tonem nawet nie prze­pra­sza­ją­cym. Ale co mogła zro­bić? Już pod­no­szono kotwicę, mor­ska woda pie­niła się przy tym jak szam­pan z otwar­tej butelki.

Pasa­że­ro­wie zebrali się przy bur­tach, by patrzeć, jak paro­wiec odbija od nabrzeża. Ade­la­ide pode­szła wraz z innymi, nie zna­jąc nikogo i nie patrząc nikomu w oczy. Była chyba jedyną Murzynką na tym statku. A z pew­no­ścią jedyną wśród pasa­że­rów. Dostrze­gła dwóch męż­czyzn sto­ją­cych obok sie­bie przy relingu, zaję­tych roz­mową. Nie byli biali. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała Japoń­czy­ków. Nie­mniej poczuła zazdrość, że mieli sie­bie nawza­jem.

Zna­la­zła leżak i z torby podróż­nej wyjęła książkę. Loka­torkę Wild­fell Hall Anne Brontë. Czy­tała ją już tyle razy, że okładka nie­mal się roz­pa­dła. Ta książka i kilka innych, które spa­ko­wała, miały być jej jedy­nymi towa­rzysz­kami.

Gdy sta­tek wypły­nął na otwarte wody, nie poczuła się spo­koj­niej ani bez­piecz­niej. Cze­kała ją znacz­nie dłuż­sza podróż, zanim będzie mogła naprawdę znik­nąć.

4

"Kobieta to wół robo­czy". Tak powta­rzała jej matka. Wła­ści­wie to mogły być pierw­sze słowa, jakie Ele­anor Henry kie­dy­kol­wiek skie­ro­wała do córki. A jeśli nie, to na pewno były jed­nymi z naj­czę­ściej przez matkę wypo­wia­da­nych.

"Kobieta to wół robo­czy".

Tak wła­śnie Ele­anor wyja­śniała powsze­dni znój życia - wsta­wa­nie z Gle­nville'em przed świ­tem, harówkę w domu, kiedy on obsie­wał albo orał zie­mię. Prace w polu, gdy zacho­dziła potrzeba, robotę do późna w nocy, żeby przy­go­to­wać wszystko na kolejny dzień mozol­nej pracy, nawet kiedy Gle­nville już padł do łóżka. Ele­anor chciała przy­go­to­wać córkę, wypra­co­wać w niej wytrzy­ma­łość i pokorę.

"Moje cię­żary staną się two­imi. Jestem wołem robo­czym i ty też będziesz wołem".

Ade­la­ide była sumienną córką - jaki miała wybór? - ale to wszystko wyczer­py­wało czło­wieka. Nagrodą za poświę­ce­nia były po pro­stu kolejne poświę­ce­nia.

Nie powinno więc aż tak dzi­wić, że odkąd tylko Ade­la­ide była dość duża, aby rozu­mieć, że ist­nieje wielki świat, do któ­rego można uciec, bar­dzo chciała się wyrwać. Zawsze miała szcze­gólny sen­ty­ment do Mon­tany. Na przy­kład obie obcho­dziły uro­dziny tego samego dnia, ósmego listo­pada. Cho­ciaż Ade­la­ide uro­dziła się w 1883 roku, więc tak naprawdę była sześć lat star­sza niż Mon­tana. Matkę bar­dzo ten fakt roz­ba­wił.

Na dźwięk głosu matki Ade­la­ide pod­nio­sła się wypro­sto­wana na leżaku. Pły­nęli przez otwarty ocean, ale miała wra­że­nie, że Ele­anor sie­dzi tuż obok i szep­cze jej do ucha.

Ile czasu minęło? Słońce już nie­mal zacho­dziło.

Teraz Ade­la­ide znowu to sły­szała: chlu­sta­nie ben­zyny wyle­wa­nej na drew­nianą pod­łogę farmy; szept płynu wsią­ka­ją­cego w prze­ście­ra­dło, któ­rym przy­kryty był ojciec. Widziała oczy matki wbite w sufit, gar­dło matki roze­rwane, by nie mogła już wię­cej powie­dzieć ani słowa.

"Kobieta to wół robo­czy".

Ade­la­ide wyszep­tała pod nosem te cztery słowa, jakby mat­czyna man­tra mogła jej teraz pomóc roz­wiać wspo­mnie­nie krwa­wej jatki w Kali­for­nii.

Wół umie kopać w tył i w bok.

Ade­la­ide pod­nio­sła się z leżaka, spa­ko­wała torbę podróżną i zeszła scho­dami pod pokład, do wewnętrz­nej czę­ści statku. Zbli­żała się pora kola­cji, ale na razie nie była głodna. Jakim sło­wem okre­ślić, jak się czuła? Porzu­cona? Nie, to nie mia­łoby sensu, bo prze­cież to ona sama ucie­kła.

Pozo­sta­wiona sama sobie. Zapo­mniana.

Osa­mot­niona.

Tak.

Ade­la­ide ruszyła labi­ryn­tem kory­ta­rzy pod pokła­dem aż do miej­sca, gdzie stał jej kufer. Pano­wał tu mrok. Szła wzdłuż rzę­dów bagaży i towa­rów, szu­ka­jąc jedy­nej rze­czy, która nale­żała do niej: skrzyni Sewarda. Stało tu dużo innych kufrów, ale swój roz­po­znała po wiel­kiej mosięż­nej klam­rze zamka, i może po zapa­chu. Pach­niał doliną Lucerne. Przy­naj­mniej tak jej się wyda­wało. Klamrę zamka otwie­rał tylko jeden klu­czyk, nosiła go na sznurku zawie­szo­nym na szyi.

Ade­la­ide zamie­rzała pły­nąć stat­kiem aż do Seat­tle. Tam chciała wsiąść w pociąg na wschód, do Mon­tany. Miała przed sobą jesz­cze długą drogę. Usia­dła w ciem­no­ści przy swoim kufrze. Opie­rała się o niego ple­cami i to poczu­cie dotyku było naj­bliż­szą namiastką czu­łych objęć, jaka miała być jej dana.

Gdyby jakiś czło­nek załogi zszedł teraz na dół, zoba­czyłby dziwny obraz: Murzynkę sie­dzącą w ciem­no­ści. Już samo to było, ow­szem, nie­zwy­czajne, ale gdyby stał bez ruchu i uspo­koił oddech, mógłby zauwa­żyć coś jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłego: sie­dząca w mroku Murzynka, z policz­kiem przy­ci­śnię­tym do kufra, chyba się modliła. Albo coś szep­tała.

5

Zale­d­wie dwa lata wcze­śniej, w 1913 roku, kobieta nazwi­skiem Mat­tie T. Cra­mer zyskała roz­głos, kiedy jej list wydru­ko­wano w "Biu­le­ty­nie" Wiel­kiej Kolei Pół­noc­nej. Wyzna­nia miesz­kanki Mon­tany opu­bli­ko­wano pod tytu­łem: "Suk­ces "samot­nej" kobiety". Ade­la­ide miała egzem­plarz tego pisma. Gdy wró­ciła do domu, jak małe dziecko skrzęt­nie scho­wała go pod mate­ra­cem.

W swoim liście Cra­mer opi­sy­wała, jak ze swoim małym syn­kiem wyje­chała z Iowa City w sta­nie Iowa i prze­pro­wa­dziła się do Mon­tany, w oko­lice mia­sta Malta, dokąd przy­była czwar­tego maja 1908 roku. Mat­tie zde­cy­do­wała się na ten krok, ponie­waż rząd fede­ralny roz­da­wał pod zasie­dle­nie działki o powierzchni trzy­stu dwu­dzie­stu akrów i wyma­gał tylko, by "osoba" - słowo bar­dzo ogólne, co było tutaj klu­czowe - miesz­kała na obra­nej działce przez okres trzech lat, upra­wiała zie­mię i zbie­rała plony. Jeśli przez trzy lata "osoba" speł­niała te warunki, po upły­wie tego czasu zie­mia prze­cho­dziła na jej wła­sność. Pomyślne zakoń­cze­nie tego pro­cesu nazy­wano "wyka­za­niem się".

Mat­tie T. Cra­mer przy­była do Malty wła­śnie z takim zamia­rem.

Gdy wyjeż­dżała, miała przy duszy nie­całe sto dola­rów. Ale do czasu publi­ka­cji jej listu w roku 1913 Mat­tie zdą­żyła już zbu­do­wać na swo­jej pose­sji pię­trowy drew­niany dom. A także - jak pisała - "posta­wi­łam oborę, kur­nik, wyko­pa­łam stud­nię, ogro­dzi­łam całą zie­mię i obsia­łam 21 akrów. Oprócz tego naby­łam w mie­ście dwie działki budow­lane i posta­wi­łam mniej­szy pię­cio­po­ko­jowy domek, który wynaj­muję. Według mnie w Ame­ryce ist­nieją nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści".

Sta­tek wpły­wał do Seat­tle, a Ade­la­ide, sku­lona pod pokła­dem, powta­rzała w ciem­no­ści dwa ostat­nie słowa.

- Nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści.

Spę­dziła w Seat­tle trzy dni i trzy noce, tyle czasu zajęło jej wyszu­ka­nie agenta nie­ru­cho­mo­ści, który zapro­po­no­wałby korzystną cenę za jakąś opusz­czoną zie­mię.

Do ściany w jego kan­ce­la­rii była przy­pięta mapa Mon­tany. A obok niej - mapy Wyoming i Dakoty Pół­noc­nej. Każde rosz­cze­nie do tytułu wła­sno­ści, które repre­zen­to­wał, zazna­czał na mapie gwoź­dziem. Było ich czter­dzie­ści dzie­więć, roz­rzu­co­nych po trzech sta­nach.

Mat­tie Cra­mer wybrała Mon­tanę, zatem Ade­la­ide rów­nież.

- Ten - powie­działa, wska­zu­jąc rejon bli­sko gra­nicy z Kanadą. Tylko jeden gwóźdź, daleko od reszty.

- Dosyć pusto, nic tam nie ma - zauwa­żył agent.

- Nie prze­szka­dza mi to - odparła Ade­la­ide.

- Jest tam chyba w oko­licy jakieś mia­sto. Big Sandy. Ale to mała mie­ścina, nawet jak na Mon­tanę.

Myślał, że takie słowa ją prze­rażą, ale Ade­la­ide nie dała się wystra­szyć.

- Nikt pani nie przyj­dzie na ratu­nek, jeśli wpad­nie pani w kło­poty. - Powie­dział to z takim naci­skiem, że pomy­ślała, że może się o nią oba­wia.

- I jeśli tam pani umrze, zanim się zdąży wyka­zać - dodał - działka wraca do mnie.

Ade­la­ide kiw­nęła głową i uśmiech­nęła się na te słowa. Dla niego to był tylko inte­res, nie miała z tym pro­blemu. Dotknęła jesz­cze raz samot­nego gwoź­dzia.

- Ten.

Agent teatral­nym gestem wyjął z szu­flady biurka mło­tek z niklo­wa­nym obu­chem i rączką pocią­gniętą czarną bejcą. Pozwo­lił, żeby sama wycią­gnęła gwóźdź z mapy. Użyła do tego takiej siły, że wycią­gnięty gwóźdź przy­po­mi­nał haczyk na ryby. Agent upu­ścił go na jej dłoń.

- Poprzedni osad­nik posta­wił na pose­sji skromną chatę i wyko­pał dzia­ła­jącą stud­nię - poin­for­mo­wał ją. - To będzie panią kosz­to­wało sto dola­rów, płatne teraz. Kwota wydaje się duża, ale zapew­niam, że to spore uła­twie­nie. Nie będzie się pani musiała mar­twić o posta­wie­nie domu ani o wodę pitną.

Mówił prawdę? A jeśli na miej­scu okaże się, że chatę już roze­brano? Albo że jakieś dzi­kie stwo­rze­nie urzą­dziło sobie w niej lego­wi­sko? Przez chwilę czuła silną potrzebę zasię­gnię­cia w tej spra­wie rady u matki.

Co by jej pora­dziła Ele­onor?

Już teraz nic.

Ade­la­ide zapła­ciła agen­towi nie­ru­cho­mo­ści sto dola­rów. W zamian podał jej numer rosz­cze­nia i współ­rzędne działki. Wpi­sał jej imię i nazwi­sko na kontr­ak­cie i dopiero kiedy zoba­czyła je napi­sane czar­nym atra­men­tem, uświa­do­miła sobie, że popeł­niła pierw­szy błąd. Mogła podać mu dowolne nazwi­sko. Czemu posta­no­wiła być uczciwa? Tak już została wycho­wana. Zamiast jed­nak roz­wo­dzić się nad swoim potknię­ciem, opu­ściła biuro agenta i zajęła się naj­bar­dziej palącą potrzebą: kup­nem biletu na pociąg do Mon­tany.

Gdy już umie­ściła skrzy­nię Sewarda w wago­nie baga­żo­wym, wsia­dła do pociągu jadą­cego na wschód w kie­runku Big Sandy. Kiedy pociąg w kłę­bach pary wyto­czył się ze sta­cji King Street, ow­szem, poczuła smu­tek, nie­po­kój i prze­raź­liwą nie­pew­ność, ale czy to grzech, że jed­no­cze­śnie nie­cier­pli­wie wycze­ki­wała życia w tym nowym miej­scu? Że czuła eks­cy­ta­cję?

Jak będzie odbie­rać to mia­sto? I jak ją tam przyjmą?

"Nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści", powtó­rzyła w duchu.

6

Fred Harn­den zja­wił się wcze­śniej, żeby przy­wi­tać nad­jeż­dża­jący pociąg. Pra­co­wał dla "Bear Paw Moun­ta­ineer", miej­sco­wej gazety czy­ta­nej w Big Sandy i oko­li­cach. Wycho­dze­nie na pociąg nale­żało do jego obo­wiąz­ków, ale on sam odczu­wał to jako coś głęb­szego, jako powo­ła­nie. Uwa­żał się za amba­sa­dora. To jego twarz, twarz czło­wieka stąd, wielu nowych przy­by­szy miało zoba­czyć jako pierw­szą. Nie miał znie­wa­la­ją­cego uśmie­chu i dobrze o tym wie­dział, ale przy spo­tka­niach z ludźmi zdo­by­wał ich sym­pa­tię zapa­łem i werwą.

Nie był jedy­nym, który cze­kał na pociąg przy­jeż­dża­jący o trze­ciej z Seat­tle. Razem z nim na skład Wiel­kiej Kolei Pół­noc­nej ocze­ki­wało kil­ka­na­ście innych osób. Ale więk­szość z nich wyszła ode­brać ze sta­cji krew­nych albo przy­wi­tać nowego pra­cow­nika w imie­niu firmy. Fred czuł, że ma szczyt­niej­szy cel. I wycho­dził na sta­cję codzien­nie, z note­sem i ołów­kiem w pra­wej kie­szeni płasz­cza. Tylko jedna inna osoba przy­cho­dziła na przy­jazd pociągu rów­nie czę­sto.

Dzi­siaj pociąg miał około dwóch godzin opóź­nie­nia, ale nikogo to nie zaska­ki­wało. Po pocią­gach można się było spo­dzie­wać tylko dwóch rze­czy: że będą gło­śne i że się spóź­nią. Ludzie lubili zga­dy­wać ewen­tu­alne przy­czyny opóź­nie­nia. Była to gra, którą miej­scowi zabi­jali czas ocze­ki­wa­nia.

Raz pewien pociąg był opóź­niony o pięć godzin, bo stado upar­tych owiec nie chciało zejść z torów. Pro­blem mogły sta­no­wić rów­nież anty­lopy2, cho­ciaż one były bar­dziej pło­chliwe.

- A pan co obsta­wia?

Freda Harn­dena zasko­czył ten głos. Myślał, że nikt go nie widzi, i z lubo­ścią obser­wo­wał pozo­sta­łych. Kiedy zata­piał się w myślach, łatwo zapo­mi­nał, że on rów­nież ma ciało i zaj­muje prze­strzeń. Odwró­cił się i zoba­czył, że stoi koło niego jedna z jego ulu­bio­nych miesz­ka­nek mia­sta.

- Pani Reed - przy­wi­tał ją cie­pło, jakby witał się z uko­chaną ciotką.

Pani Jer­rine Reed, żona Jacka Reeda, cho­ciaż sama ni­gdy by się tak nie przed­sta­wiła. Prze­wod­ni­cząca miej­sco­wej kapi­tuły Pra­co­wi­tych Psz­czó­łek oraz Sto­wa­rzy­sze­nia Sufra­ży­stek Big Sandy - takie obec­nie spra­wo­wała funk­cje.

Czu­bek jej głowy się­gał Fre­dowi do ramie­nia, a Fred nie był czło­wie­kiem góru­ją­cym wzro­stem nad innymi. Pani Reed w kla­pie płasz­cza nosiła wpiętą nie­bie­ską przy­pinkę z droz­dem, na szczę­ście i dobry humor, a czarne nakry­cie głowy miała takie samo, jakie nosiła Mary Pick­ford. Była drugą naj­le­piej ubraną kobietą w mie­ście.

- Owce - odparł Fred. - Sta­wiam na owce.

Pani Reed szturch­nęła go kar­cąco w ramię.

- Żad­nych wia­ry­god­nych przy­pusz­czeń, pro­szę. To zbyt nudne. Przyj­muję tylko te naj­mniej praw­do­po­dobne.

- W takim razie - odparł Fred, prze­chy­la­jąc głowę, jakby z nieba spa­dały pomy­sły, a on chciał spraw­nie schwy­tać lep­szy - Idaho wypo­wie­działo Mon­ta­nie wojnę. A pociąg zatrzy­mano jako łup wojenny.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy pani Reed i Fred zorien­to­wał się, że popeł­nił błąd.

- Idaho przy­znało kobie­tom prawo głosu już w 1896 roku, sza­nowny panie. Osiem­na­ście lat wcze­śniej, niż uznali to za sto­sowne oby­wa­tele Mon­tany. Nie pozwolę na żarty z tego wspa­nia­łego stanu.

Fred wbił wzrok w buty. O pani Reed warto było wie­dzieć jesz­cze jedno: ona i jej mąż byli naj­bo­gat­szymi miesz­kań­cami Big Sandy. Co roku prze­ka­zy­wali dota­cje na "Bear Paw Moun­ta­ineer" i wypra­wiali przy­ję­cia dla wydawcy pisma. Kiedy Fred przy­jął pracę w gaze­cie, kupili mu maszynę do pisa­nia marki Oli­ver Batwing, któ­rej uży­wał do dzi­siaj.

- Nie mia­łem na myśli... - zaczął, pod­no­sząc wzrok na przy­pinkę z droz­dem.

- Och, pro­szę spoj­rzeć - powie­działa, zanim zdo­łał wybą­kać dal­szy ciąg prze­pro­sin. - Jedzie pociąg.

Fred spoj­rzał na nią, a ona wydęła usta. "Patrz tam, nie na mnie", zabawna mina. Wtedy prze­niósł wzrok na pociąg i natych­miast poczuł się lepiej. Pociąg wje­chał na sta­cję o pią­tej.

Sto­jąca tuż obok pani Reed rów­nież cie­szyła się z przy­jazdu. To ona była tą drugą osobą, która wycho­dziła na sta­cję kole­jową każ­dego dnia, gdy przy­jeż­dżał pociąg. O ile Fred Harn­den czuł się jak amba­sa­dor Big Sandy, panią Reed można było bez prze­sady nazwać miej­scową kró­lową.

Gdy wagony zwal­niały, a w końcu cał­kiem się zatrzy­mały, Fred ukła­dał w myślach treść arty­kułu, który napi­sze do jutrzej­szego wyda­nia gazety:

"J. P. Smith z Fla­xton w Dako­cie Pół­noc­nej aktu­al­nie odwie­dza Freda Cur­tisa spod Vir­gelle, a przy oka­zji pomaga mu w napra­wie jego sil­nika ben­zy­no­wego.

L. R. McKen­zie, daw­niej chło­pak z Big Sandy, a obec­nie miesz­ka­niec Havre, przy­je­chał w sobotę z krótką wizytą - w prze­rwie mię­dzy kolej­nymi podró­żami - w spra­wie zwią­za­nej z budową nowego ele­wa­tora Clack".

Fred Harn­den co tydzień zapi­sy­wał dwa­dzie­ścia czy trzy­dzie­ści takich nowin do gazety - witał przy­jezd­nych, tych nowo przy­by­łych i tych, któ­rzy powra­cali do mia­sta, i noto­wał uzy­skane od nich infor­ma­cje. Dla czy­tel­ni­ków "Moun­ta­ine­era" było to rów­nie wia­ry­godne źró­dło wia­do­mo­ści jak oso­bi­ste odwie­dziny u sąsia­dów.

Kiedy tra­ga­rze poma­gali pasa­że­rom wysiąść z pociągu, Fred wyjął swój notes i ołó­wek.

- Zabie­ram się do pracy - oznaj­mił pani Reed i pod­szedł dwa kroki ku wysia­da­ją­cym pasa­że­rom, ale potem z powro­tem odwró­cił się do niej.

Z namasz­cze­niem prze­rzu­cał karty notesu i teatral­nie ujął ołó­wek pal­cami.

- Zdaję sobie sprawę, sza­nowna pani, że zawsze wita pani nowo przy­by­łych, lecz mimo to zapy­tam: czy dzi­siaj ma pani nadzieję powi­tać kogoś szcze­gól­nego?

- Nie kogoś, Fred. Coś - odparła pani Reed. - Przy­je­chały organy.

- Do opery?

- Do opery - potwier­dziła pani Reed.

Fred zano­to­wał to, czu­jąc zupeł­nie nowy rodzaj eks­cy­ta­cji. Organy do opery.

Pani Reed dała mu znak, aby szedł już do pasa­że­rów wysia­da­ją­cych na peron. Chciała go odpra­wić czy był prze­wraż­li­wiony? Pew­nie jedno i dru­gie. Tak czy owak nic nie mógł na to pora­dzić. Ruszył do pociągu.

Natych­miast poznał dwoje miesz­kań­ców Big Sandy, powra­ca­ją­cych do mia­sta: Bern­harta Sonk­sona i jego matkę. Chło­piec zła­mał rękę przy upadku z dachu i teraz z dumą pre­zen­to­wał ramię usztyw­nione gip­sem mode­lar­skim. Po co wcho­dził na dach? - zapy­tał Harn­den, a chło­piec popa­trzył na niego z zasko­cze­niem, wręcz z odrazą. Jakby Harn­den był mało roz­gar­nięty, skoro nie wie, że zada­niem każ­dego chłopca jest zdo­by­cie dostępu do dachów.

Harn­den prze­pro­wa­dzał wywiady z przy­by­łymi do mia­sta przez kolejną godzinę. W pew­nym momen­cie napo­tkał wysoką Murzynkę, która zapy­tała go, gdzie może nająć wóz. Harn­den śpie­szył się, by zdą­żyć poroz­ma­wiać jesz­cze z trzema miesz­kań­cami Big Sandy, któ­rzy także przy­je­chali tym pocią­giem. Zwró­cił się do tej wyso­kiej murzyń­skiej kobiety i szybko wska­zał w stronę mia­sta. Nie przy­szło mu do głowy zapy­tać, jak się nazywa. Uznał, że to pew­nie słu­żąca, która przy­je­chała do pracy u jed­nej z miej­sco­wych rodzin.

Witaj w Mon­ta­nie, Ade­la­ide.

7

Big Sandy.

Około pię­ciu­set miesz­kań­ców. Połowa z nich miesz­kała w samym mie­ście, a druga połowa za mia­stem, na rów­ni­nach, na poła­ciach ziemi, którą mieli nadzieję osta­tecz­nie zasie­dlić. Ale nawet tych pię­ciu­set dalece prze­wyż­szało liczbę miesz­kań­ców, do któ­rej Ade­la­ide przy­wy­kła w doli­nie Lucerne. We względ­nym sąsiedz­twie jej rodzin­nej farmy miesz­kało pięć rodzin. Po zli­cze­niu wszyst­kich dzieci i ich rodzi­ców wycho­dziło około czter­dzie­stu osób. Już wię­cej było bydła i trzody niż ludzi, i to dzie­się­cio­krot­nie. Stąd nawet przy licz­bie miesz­kań­ców Big Sandy Ade­la­ide czuła się mała, podob­nie jak w San Pedro, nie mówiąc już o krót­kim poby­cie w Seat­tle.

Kiedy jed­nak szła ze sta­cji kole­jo­wej w stronę Main Street, która była tak naprawdę jedyną ulicą w mie­ście, wyda­wało się, że pra­wie nie ma tam żad­nego mia­sta. I to nie była wina tego miej­sca. To przez niebo. Naj­więk­szy hotel, jedyny hotel, Greg­son Springs - który w oczach Ade­la­ide był wręcz pała­cem - nie­mal nic nie zna­czył na linii hory­zontu. Pięć­dzie­siąt mil na wschód wzno­siły się góry Bear Paw, ale stąd spra­wiały wra­że­nie zale­d­wie małych pagór­ków. Pła­ski bez­kres Mon­tany zdu­miał Ade­la­ide i zachwy­cił ją już w pociągu, kiedy przy­glą­dała się przez szybę oko­li­com. Ale teraz, kiedy miała przed sobą całe mia­sto, poczuła maje­stat tej pła­skiej ziemi. Może wła­śnie tak czuł się Moj­żesz, kiedy roz­stą­piło się przed nim Morze Czer­wone, a on kro­czył środ­kiem mię­dzy dwiema ścia­nami wody. Ujrzał Boga.

Wła­śnie dla­tego szybko zapo­mniała urazę, jaką zosta­wiła w niej krótka roz­mowa z tym nie­wy­so­kim bia­łym czło­wie­kiem, któ­rego minęła na pero­nie. Widziała, jak trak­to­wał każ­dego zagad­nię­tego pasa­żera. Wymie­niali kilka słów, potem wyj­mo­wał zeszy­cik i zapi­sy­wał słowa roz­mówcy, a następ­nie pod­cho­dził do kolej­nej osoby. Ale każdy, z kim roz­ma­wiał, odcho­dził od niego z miłym poczu­ciem, szedł wyraź­nie innym kro­kiem. Dla­tego kiedy pode­szła do tego czło­wieka i zapy­tała, gdzie może zna­leźć wozaka, spo­dzie­wała się, że zapyta: "A pani skąd do nas przy­je­chała?". Ale nie zapy­tał. Wska­zał tylko ręką i pośpiesz­nie odszedł, żeby przy­po­chle­biać się swoją aten­cją komuś innemu.

Naj­dziw­niej­sze, że Ade­la­ide Henry przy­je­chała w te strony w nadziei, że znik­nie. Nie chciała być odna­le­ziona, chciała się ukryć, gdyby więc ten czło­wiek zapy­tał, jak się nazywa, co wtedy? Może by skła­mała, choć ni­gdy nie była w tym dobra. A może popeł­ni­łaby błąd, podała praw­dziwe nazwi­sko i powie­działa, skąd pocho­dzi? A wtedy musia­łaby znowu ucie­kać, na pół­noc do Kanady albo gdzieś indziej. Tylko że Kanada nie pozwa­lała samot­nym kobie­tom na posia­da­nie ziemi, a już na pewno nie Murzyn­kom, więc co by jej z tego przy­szło? Cho­dzi jed­nak po pro­stu o to, że ten biały nie­wy­soki męż­czy­zna ją zlek­ce­wa­żył. Co prawda to było naj­lep­sze, co się mogło stać, ale jed­no­cze­śnie raniło jej uczu­cia.

Szła więc teraz ku mia­stu, zasta­na­wia­jąc się, czy wszy­scy woź­nice byli tacy sami. Gdyby miała spo­tkać kolejną wer­sję pana Cole'a - wścib­skiego i wstręt­nego - musia­łaby się uzbroić w cier­pli­wość na cały następny odci­nek drogi. Przy­go­to­wać na te wszyst­kie pyta­nia i na raniące słowa.

Ale stało się ina­czej. Jesz­cze zanim porząd­nie zabrała się do szu­ka­nia wozaka, poczuła, że ktoś cią­gnie ją za płaszcz. Uśmie­chała się do niej drobna kobieta. Miała przy­pinkę z droz­dem i kape­lusz, który chyba miał być sty­lowy, cho­ciaż Ade­la­ide ni­gdy nie miała oka do takich spraw.

- Tak, pro­szę pani? - zapy­tała Ade­la­ide.

Kobieta nie puściła jej płasz­cza. Zupeł­nie jakby chciała powstrzy­mać ją od wej­ścia do mia­sta. Zabro­nić jej wstępu. Jesz­cze jedna prze­szkoda w podróży, która i tak była już ich pełna. Ale wtedy kobieta się do niej ode­zwała.

- Szuka pani woź­nicy? - zapy­tała.

Ade­la­ide przy­glą­dała się jej z rezerwą.

- Pro­szę mi wyba­czyć - dodała kobieta. - Nazy­wam się Jer­rine Reed. Witamy w Big Sandy.

Trudno prze­ce­nić wagę tych słów dla Ade­la­ide Henry. Nie­zna­joma uro­sła w jej oczach pro­por­cjo­nal­nie do szczo­dro­ści jej serca, Ade­la­ide miała wręcz wra­że­nie, że kobieta dorów­nuje jej wzro­stem.

- Niech pani zapyta o pana Olsena - pora­dziła nie­zna­joma. - To jedyny uczciwy prze­woź­nik w naszym mie­ście. - Rozej­rzała się w prawo i w lewo z kon­spi­ra­cyj­nym uśmie­chem. - Tylko pro­szę nie mówić innym woź­ni­com, że tak powie­dzia­łam.

I odda­liła się w stronę pociągu. Potem sta­nęła na pero­nie, jakby na coś cze­ka­jąc, a Ade­la­ide nie odry­wała od niej wzroku. Pani Reed unio­sła ręce i - jakby na ten znak - sze­ściu męż­czyzn z wiel­kim wysił­kiem wynio­sło na peron ogromny przed­miot ukryty w skrzyni. Pani Reed wska­zała skrzy­nię i zacze­kała, aż jeden z ludzi pobie­gnie po łom, a kiedy wró­cił, pole­ciła mu pod­wa­żyć wieko. Każdy pasa­żer, każdy miesz­ka­niec, nawet zwie­rzęta - wszy­scy zamarli w bez­ru­chu i przy­glą­dali się w sku­pie­niu pani Reed.

Boki skrzyni ode­rwano, a wtedy tylna ścianka sama odpa­dła i oto na pero­nie sta­nął model 190 Wur­lit­zera. Organy teatralne zbu­do­wane przez Rudolph Wur­lit­zer Com­pany z North Tona­wanda w sta­nie Nowy Jork, a następ­nie prze­wie­zione pocią­giem aż do Mon­tany. Sze­ro­kie na pięt­na­ście stóp, głę­bo­kie na czter­na­ście. Pięć­set osiem­dzie­siąt cztery pisz­czałki upo­rząd­ko­wane w ośmiu rzę­dach. Nie­mal czte­ry­sta fun­tów wagi. Dwie kolejne więk­sze skrzy­nie na­dal stały w wago­nie towa­ro­wym, znaj­do­wały się w nich pisz­czałki i trak­tura orga­nów. Pani Reed miała na pero­nie doko­nać prze­glądu każ­dego ele­mentu, co miało zająć wiele godzin, ale lepiej zro­bić to tutaj, niż kazać to wszystko wieźć do opery i dopiero potem odkryć jakieś uszko­dze­nia. Pani Reed pode­szła do orga­nów i poło­żyła dłoń na jed­nej z kla­wia­tur instru­mentu. Pod tym bez­kre­snym nie­bem spra­wiało to wra­że­nie, jakby zamie­rzała zagrać melo­die dla Boga. Potem kla­snęła i dała znak robot­ni­kom, by brali się do pracy.

Ade­la­ide w końcu odwró­ciła wzrok od tego wido­wi­ska z panią Reed w roli głów­nej i zagłę­biła się w mia­sto, które leżało zale­d­wie dzie­sięć jar­dów od peronu kole­jo­wego. Krę­ciło się tam kilku prze­woź­ni­ków przed swo­imi wozami, każdy zara­biał na życie, wożąc nowych, peł­nych nadziei osad­ni­ków do ich sie­dlisk. Ale Ade­la­ide już powie­dziano, kogo kon­kret­nie ma odszu­kać - pana Olsena. Cho­dziła od woź­nicy do woź­nicy, aż w końcu go zna­la­zła.

To był dopiero wielki jego­mość. A jeśli Ade­la­ide Henry tak pomy­ślała, to już coś zna­czyło, bo przy jej potęż­nej postu­rze kar­lała więk­szość kobiet i męż­czyzn. Gdy miała go teraz przed sobą, wyda­wał się wielki jak te góry Bear Paw w oddali. Tylko że on miał cie­pły uśmiech. A wie­cie, kto jesz­cze miał ładny uśmiech? Jej ojciec, Gle­nville. Cho­ciaż kilka zębów miał uła­ma­nych, poka­zy­wał je każ­dej napo­tka­nej oso­bie. Bez skrę­po­wa­nia. Być może wła­śnie uśmiech był naj­lep­szym, co miał do zaofe­ro­wa­nia, oprócz tych śli­wek japoń­skich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki