Działa zagrały o brzasku
Zapadał zmierzch 31 sierpnia 1939 roku. Porucznik Zbigniew Grzybowski,
dowódca wystawionej przez żołnierzy 80 pp na północ od Mławy czaty numer
jeden, dokonywał wraz z szefem kompanii przeglądu drużyn. Piechurzy,
pozbijani w gromadki dla ochrony przed chłodem, spali w pełnym
rynsztunku, okrywszy głowy kocami. Czuwali tyko dyżurni, którzy widząc
nadchodzącego dowódcę meldowali się regulaminowo.
Czata, zaciągnięta przed paroma dniami o trzy kilometry od granicy
niemieckiej, stała okrakiem na szosie prowadzącej z Mławy. Na
przecinającej drogę fałdzie zaległy w gotowości bojowej dwie drużyny, po
jednej z każdej strony. Tuż za drużyną prawoskrzydłową znajdowało się
stanowisko dowódcy czaty. Po lewej ręce żołnierze mieli zabudowania
folwarczku, za sobą mały kościółek. W drewnianej dzwonnicy obok
kościółka sypiał porucznik Grzybowski, tu również dyżurował telefonista.
W niewielkiej kotlince, jeszcze bardziej z tyłu, mieścił się patrol
sanitarny, patrol łączności i drużyna dowódcy. Tam też stała
biedka1 do karabinu maszynowego.
Niemal nad samą granicą, na lewo w skos od stanowisk pierwszej,
wystawiono czatę bojową numer dwa, a w prawo czatę numer trzy, którą
tworzył szwadron kawalerii dywizyjnej - "krakusów". Czuwała ona jednak
tylko w ciągu dnia, bo ze względu na konie kawalerzyści przed nocą
wycofywali się do kwater we wsi.
Owe trzy czaty razem wzięte - ogień ich broni miał się krzyżować -
tworzyły linię przesłaniania pułku, przed którym stanęło zadanie obrony
Mławy. Była to linia prowizoryczna. Przewidywano, że czaty stawią tu
krótkotrwały opór w celu zapewnienia dowódcy pułku pułkownikowi
Stanisławowi Fedorczykowi czasu na zorganizowanie obrony, a następnie
wycofają się na kolejną linię, położoną o dwa kilometry dalej. Główna
linia oporu ze świeżo wybudowanymi betonowymi schronami przebiegała
skrajem lasku już na przedpolach Mławy.
Upłynęło już parę dni w pełnym pogotowiu. Nocami czuwały tylko
posterunki; reszta żołnierzy, nie rozbierając się i nie zdejmując nawet
pasów z ładownicami, spała na ziemi w pobliżu okopów albo przy koniach.
Kuchnia przyjeżdżała regularnie, przywoziła gęstą grochówkę, kapuśniak,
fasolę, pęcak. Fasowano także papierosy.
Sprawdziwszy posterunki porucznik położył się na snopach w dzwonnicy.
Obudzona mucha zabrzęczała i tłukła się przez chwilę. Potem zapadła
cisza. Z głębokiego snu wyrwały Grzybowskiego jakby odgłosy burzy.
Wsłuchawszy się w nie, zrozumiał - to artyleria. Wojna się zaczęła.
Za dzwonnicą ktoś zawołał: "Alarm!". Porucznik odruchowo spojrzał na
zegarek. Było dziesięć po czwartej.
Mgła. Pośpieszny i sprawny ruch żołnierzy w zupełnej ciszy. Każdy wie,
co do niego należy.
Grzybowskiego zawołano do aparatu. Dzwonił dowódca batalionu, który
polecił z chwilą ukazania się nieprzyjaciela nawiązać z nim walkę i sygnalizować o tym przez podpalenie stogu siana. Następnie należało
zmusić Niemców do całkowitego rozwinięcia się i wycofać pluton do
następnej linii. Na koniec spytał o wiadomości. "Mgła nieco opadła -
zameldował dowódca czaty. - Przedpole widoczne".
Nad głowami strzelców pękały szrapnele, odłamki siekły powietrze.
Porucznik wskoczył do swojej wnęki - stanowiska dowodzenia.
- Obserwować przedpole! - krzyknął. - Nie
strzelać bez mojego rozkazu!
Szary brzask oświetlał niebo. W białym tumanie rzedniejącej mgły
pojawiły się ruchome kształty, podobne wędrującym krzakom. Wtedy
Grzybowski podał komendę:
- Przed nami nieprzyjaciel! Celownik 300! Ognia!
Z okopów czaty huknął pierwszy strzał, po nim zagrzechotały dalsze.
Oficer nie używał zwrotów ściśle regulaminowych. Zdawał sobie sprawę, że
po raz pierwszy wydaje rozkaz strzelania do ludzi.
- Uwaga, chłopcy! Dobrze celować. Upatrzyć
sobie którego i grzać! Strzelają tylko kabe, kaemy wyłącznie na mój
rozkaz. Póki można, nie zdradzamy źródeł ognia.
Żołnierze strzelali pracowicie, repetując broń z trzaskiem zamków.
Zapłonął stóg, palące się źdźbła frunęły i gasły w locie. W polu
rozsypała się jedna tyraliera nieprzyjacielska, potem druga. Na rozkaz
karabiny maszynowe zajazgotały natarczywym ujadaniem. Nagle ciężki
karabin maszynowy wzór 30 zamilkł. Ktoś zawołał:
- Karabinowy zabity!
W oka mgnieniu porucznik przypomniał sobie twarz i sylwetkę poległego.
Świeżo przybyły kapral rezerwy, spod Płocka. Zdyscyplinowany, wzorowy
żołnierz. Zostawił pewnie żonę i małe dzieci. Dowódca nie znał go
dobrze. Przyszło mu teraz na myśl, czy to nie pierwszy zabity w tej
wojnie...
Pora się wycofać. Czata zmusiła nieprzyjaciela do rozwinięcia szyków,
zadanie wykonano. Żołnierze zwinęli linię i odeszli. Zabity kapral
został pod dzwonnicą. Wyglądał jak porzucony płaszcz żołnierski.
Porucznika Grzybowskiego więcej nie spotkamy. Losy 20 Dywizji Piechoty,
do której należał 80 pp, poprowadziły ją innym szlakiem.
W rejonie Mławy walczyła Armia "Modlin" generała brygady Emila
Przedrzymirskiego, składająca się z 8 i 20 Dywizji Piechoty,
warszawskiej brygady obrony narodowej, mazowieckiej i nowogrodzkiej
brygady kawalerii oraz kilku samodzielnych oddziałów i pododdziałów.
W momencie wybuchu wojny Naczelne Dowództwo nie miało dość sił, aby
obsadzić wszystkie odcinki zagrożonej przez Niemców granicy. Całą
nadzieję wiązano z mającym dopiero nastąpić uderzeniem na froncie
zachodnim, ale - jak niezbicie dowiódł bieg wydarzeń - wielkie mocarstwa
nie traktowały zbyt poważnie swych sojuszniczych zobowiązań wobec
napadniętej Polski.
Tymczasem jednak Naczelne Dowództwo, nie spodziewając się szybkiego i zmasowanego uderzenia Niemców z kierunku Prus Wschodnich, powierzyło
najsłabszej liczebnie Armii "Modlin" obronę najbliżej Warszawy
położonego odcinka granicy na linii Lidzbark - Mława - Krzynowłoga.
Trzon obrony stanowiła 20 Dywizja Piechoty, rozmieszczona na umocnionych
stanowiskach w rejonie Mławy i Rzęgnowa. W pierwszej linii na lewym
skrzydle stała nowogrodzka, zaś na prawym mazowiecka brygada kawalerii.
8 Dywizja Piechoty pozostawała w odwodzie.
Już pierwszego dnia stało się jasne, że siły armii w stosunku do
przewidzianego dla niej stukilometrowego pasa obrony były
niewspółmiernie małe. Na pozycję mławską, bronioną przez 20 DP, runęło
uderzenie korpusu składającego się z dwu dywizji piechoty i części
Dywizji Pancernej "Kempf".
Główne natarcie niemieckiej piechoty, wsparte około pięćdziesięcioma
czołgami, wyszło na pozycje 20 Dywizji w południe 1 września, ale
załamało się w ogniu polskiej artylerii przeciwpancernej. Kilka wozów z czarnymi krzyżami na burtach stanęło w płomieniach, nieprzyjacielska
piechota zaległa. Kolejny atak, także wzmocniony bronią pancerną,
podobnie jak pierwszy został krwawo odparty. Przez cały dzień Niemcy
ostrzeliwali pozycję mławską silnym ogniem artyleryjskim i bombardowali
z powietrza. W pierwszym dniu wojny obie strony na odcinku Armii
"Modlin" nie zaangażowały jednak swoich sił głównych.
Nazajutrz na polskie pozycje obronne w rejonie Krzynowłogi Małej,
Rzęgnowa i Mławy ruszyło kolejne natarcie, poprzedzone silnym ogniem
artyleryjskim. Mazowiecka brygada kawalerii, zaatakowana przez Korpus
"Wodrig", z trudem powstrzymywała nacisk nieprzyjaciela w bardzo
szerokim, jak na jej możliwości, pasie opóźniania. W obliczu zagrożenia
dowódca mazowieckiej BK wycofał ją na południe. Było to równoznaczne z odsłonięciem prawego skrzydła Armii "Modlin", co z kolei zagrażało tyłom
oddziałów polskich walczących w rejonie Mławy.
W powstałą w ten sposób wyrwę napływały coraz silniejsze grupy
nieprzyjaciela, spychając coraz dalej broniącą się resztkami sił 20
Dywizję Piechoty.
W wyniku powstałej sytuacji rozkazem wydanym wieczorem 2 września
generał Przedrzymirski skierował do walki odwodową 8 Dywizję piechoty,
to jest 13, 21 i 32 pułki piechoty, 8 pułk artylerii lekkiej, 8 dywizjon
artylerii ciężkiej, 8 baterię artylerii przeciwlotniczej i kompanię
tankietek.
Żołnierze 8 Dywizji Piechoty, maszerując nocą z 2 na 3 września na
wyznaczone pozycje, napotkali wycofujące się oddziały 20 Dywizji,
rozbitków i rannych. Jednocześnie z wojskiem płynęła fala uchodźców,
alarmując, że tuż za nimi idą Niemcy. Piechurzy mijali wyładowane
dobytkiem wozy, na których kuliły się przerażone dzieci. Za wozami szło
ryczące bydło, pod nogami plątały się zbłąkane psy. Mieszkańcy
przygranicznych wsi i miasteczek uchodzili instynktownie, jakby
przeczuwając, że w tej wojnie nieprzyjaciel nie oszczędzi niczego i nikogo... Grozę potęgowały szalejące wokół pożary - widomy znak
działalności dywersantów wywodzących się spośród licznych tu kolonistów
niemieckich.
Mimo wszystko pułki 8 DP następnego dnia nie tylko wstrzymały napór
nieprzyjaciela, ale nawet na niektórych odcinkach zdołały posunąć się
naprzód, odzyskując zajęte wcześniej pozycje. 21 pułk piechoty "Dzieci
Warszawy" pułkownika St. Sosabowskiego stoczył zwycięski bój pod
Koziczynem, tracąc 79 zabitych i 129 rannych. Zajmujące na jego lewym
skrzydle pozycje 13 i 32 pułki także poczynały sobie dzielnie, gdy
nagle...
Nocą z 3 na 4 września stało się nieszczęście. Nikt dotąd nie zdołał
ustalić jego przyczyn. We Włostach, miejscu postoju dowództwa 8 Dywizji
i taborów drugiego rzutu, wybuchła panika.
"Raptem gdzieś blisko, zdawało się na samym dziedzińcu, rozległy się
strzały i wybuchy granatów oraz okrzyki. Na dziedzińcu zakotłowało się.
Zawarczały motory samochodów. Nawoływania, trzask łamanych płotów...
piekło" - mówi naoczny świadek.
Oświetloną łunami szosą Grudusk-Ciechanów pędziła kolumna nieprzytomnych
z przerażenia ludzi. Na drodze bezładnej ucieczki zostały porozbijane
wozy, rozsypana amunicja, porzucona radiostacja, ugrzęzłe w piachu
działa, błąkające się konie. Jeden tylko 21 pp, zajmujący pozycję nieco
dalej od innych jednostek, zachował całkowitą zwartość, zdołał oderwać
się od nieprzyjaciela i pomaszerował do lasów opinogórskich, a następnie
do Modlina, osłaniając odwrót innych oddziałów. Nocą z 3 na 4 września
cała dywizja, w tym także sztab, rozproszyła się. Od tej chwili 8 DP
przestała na pewien czas istnieć jako zorganizowany związek taktyczny.
Jakie były przyczyny katastrofy? Można tu wyliczyć kilka: silne
uderzenie nieprzyjaciela, nie uzgodnione współdziałanie między pułkami,
przemęczenie żołnierzy marszami i działalność niemieckich dywersantów.
Niektóre pododdziały, błądząc nocą po nieznanym terenie, otworzyły do
siebie ogień, zwiększając chaos.
Nie wszystkie jednak oddziały uległy rozkładowi: nie ma zresztą ani
jednego, który w pierwszych dniach wojny nie toczyłby walki z poświęceniem i męstwem.
Mówi kapral 13 pułku piechoty Feliks Kiela (następnie awansowany na
plutonowego), uczestnik natarcia na Grudusk w dniu 3 września.
"Miałem wrażenie, że nastąpiło coś okropnego, nikt jeszcze nie był
oswojony z wojną, nie przywykł iść naprzód pod gradem kul z broni
maszynowej, przedzierać się przez ogień zaporowy artylerii. Zachód
słońca w tym dniu wydał się niezwykły na tle otaczających pożarów. (...)
Na komendę: "Bagnet na broń - szturm!" rozlegają się okrzyki "Hura,
hura" i nikt już nie pada na ziemię, chyba ci, którym kula
nieprzyjacielska przerwała drogę do walki wręcz. Na błysk naszych
bagnetów wróg cofa się. Nasza walka w tym dniu trwała krótko. Przemożny
ogień i przeciwuderzenie wroga rozbiło nas. Ciemna noc; przez krzewy i laski, przez opuszczone wioski szły grupki żołnierzy, kierując się tam,
gdzie szli poprzednicy. Zostali tylko ci, co padli na miejscu. O świcie
w lasach pod Płońskiem zaczęły się formować kolumny, kierując się na
Zakroczym i Modlin".
Z Kielą spotkamy się jeszcze w Modlinie.
O tymże boju mówi porucznik Mieczysław Strzelecki, dowódca 11
samodzielnej kompanii ciężkich karabinów maszynowych, przydzielonej do
dyspozycji dowódcy 8 Dywizji, pułkownika dyplomowanego Teodora
Furgalskiego;
"O świcie 3 września zajęliśmy naprędce przygotowane stanowiska obronne
w rejonie Wiśniewa w pobliżu Gruduska. Tu dopiero nieotrzaskany w bojach
młody żołnierz zetknął się po raz pierwszy z działaniami wojennymi na
wielką skalę. Silny ogień artylerii, kierowany na nasze pozycje przy
pomocy balonów obserwacyjnych, bombardowanie z powietrza, ostrzeliwanie
bronią maszynową przez niemieckie samoloty, brak własnego lotnictwa i późne zajęcie stanowisk przez własną artylerię nie wróżyły niczego
dobrego. Mimo dużej przewagi ogniowej przeciwnika udało się nam utrzymać
pozycję.
Po zajęciu nowego stanowiska plutonem ckm na taczankach otrzymałem od
własnego patrolu zwiadowczego meldunek, że spoza wsi znajdującej się po
wschodniej stronie i spoza płonących stogów słychać chrzęst czołgów.
Wzmocniliśmy więc czujność w tamtym kierunku. Nic nie zapowiadało
katastrofy, która miała za chwilę nadejść. (...) wśród nocy z 3 na 4
września, rozjaśnionej łunami pożarów, od strony wsi posypały się
strzały z broni maszynowej, jednocześnie od strony północnej runęła na
mój pluton kawalkada koni i wozów taborowych, wycofująca się (...) z wrzaskiem jeźdźców i woźniców: "Ratuj się, kto w Boga wierzy, jesteśmy
okrążeni!". Próba powstrzymania popłochu niewiele pomogła. Musieliśmy i my, aby nie znaleźć się w kotle jak się później okazało, wraz z całą
dywizją wycofać się w kierunku twierdzy Modlin. Kiedy znalazłem się w Modlinie, wydało mi się, że nie orientowano się tu, co się dzieje na
pobliskiej północnej granicy".
Warunki walki w tych dniach odtwarza relacja kapitana Józefa
Baranowskiego, dowódcy 3 kompanii strzeleckiej 32 pp.
"W dniu 3 września w Leśniewie Dolnym kompania stała na zbiórce
ugrupowana plutonami przed zajęciem podstawy wyjściowej do natarcia.
Ogień nękający nieprzyjaciela już się rozpoczął. Na pytanie o ochotników
na patrol zwiadowczy wystąpili wszyscy. A było to po całonocnym, bardzo
uciążliwym marszu. O godzinie 16.50 spadła nawała ognia artylerii.
Strzelają dwa-trzy dywizjony. Padają ranni: dowódca 2 kompanii ckm
porucznik Antoni Drozdowski, dowódca 1 kompanii strzeleckiej porucznik
Czesław Gołębiowski, zabici: kapral Włodzimierz Lachowicz, strzelcy:
Stanisław Burchacki, Władysław Różański i inni. O godzinie 17.00
rozpoczyna natarcie 3 kompania, podrywając cały I batalion. Rusza
wkrótce batalion II, kierując się na Łysakowo. Niemcy otwierają ogień z broni maszynowej i moździerzy. Piechota nasza posuwa się skokami
naprzód. Do najbardziej skutecznych należą ognie moździerzy
nieprzyjacielskich oraz pojedyncze strzały strzelców wyborowych z karabinów zaopatrzonych w lunety. Kierowane są one zwłaszcza do
oficerów, obsługi broni maszynowej, gońców i sanitariuszy, niosących
pomoc rannym".
"Bardzo wyraźnie - znów mówi kapitan Baranowski - widziałem przewagę
ognia piechoty wroga nie dlatego, że był celniejszy, ale że nasycenie
pola walki jego ogniem było znacznie większe. Szczególne wrażenie, kiedy
nieprzyjaciel zaczął strzelać amunicją świetlną, pozwalającą odczuć
nasycenie pociskami pola walki. Nie była to jednak strzelanina skuteczna
i wkrótce nasz żołnierz oswoił się z pociskami świetlnymi. Po opanowaniu
terenu na północ od Koźniewa łączność drutowa z dowódcą baonu i artylerią zostaje zniszczona. Również zniszczeniu uległy oba ciężkie
karabiny maszynowe. Obsada jednego z nich poległa, drugiego - częściowo
ranna. Jest wielu rannych i zabitych. Patrol sanitarny kompanii
organizuje przejściowy punkt opatrunkowy we wsi Koski. Około godziny 20
dobiega wrzawa bitwy ze Stryjewa oraz słychać ruch pojazdów na szosie z Gruduska. Grozę walki nocnej potęguje zwiększająca się ilość pożarów od
Żeniboka do Ciechanowa. Nieprzyjaciel znajdujący się przed frontem
kompanii zapala pojedyncze zabudowania. Płoną również domy na naszym
zapleczu. To działa dywersja niemiecka. (...) wzniecane przez
dywersantów pożary orientują nieprzyjaciela w ruchach naszych wojsk.
Około godziny 23 dociera przekazany przez dowódcę baonu majora E.
Jasińskiego rozkaz odwrotu. Ubezpiecza kompania trzecia. Około godziny
1.30 przed naszym frontem zabłysły dziesiątki reflektorów niemieckich.
Nieprzyjaciel wiedział o naszym zamiarze wycofania się i oświetlał nam
drogę. Napotykamy (...) wzdłuż drogi oporządzenie żołnierskie,
rynsztunek, to, co dało się zrzucić z wozów taborowych. Nadjeżdża
adiutant dowódcy pułku kapitan A. Różecki. Oto jego relacja: "Około
godziny 22.30 Niemcy uderzyli czołgami na tyły 8 Dywizji rozbijając
tabory i zrywając łączność między dowództwem i oddziałami. To, co teraz
słychać z Żeniboka, to czołgi niemieckie. Od zachodu ostra strzelanina -
to oddziały 20 Dywizji walczą w odwrocie". 5 września o godzinie 13 do
Szałkowa-Borowego wyjechała bateria 20 pułku artylerii lekkiej i skierowała się kłusem do lasu opinogórskiego. Po kilkunastu minutach
obserwujemy nalot na wieś Unikowo. W pół godziny później żołnierze II
batalionu maszerującego na Unikowo spotkali przed wsią kłębowisko ciał
żołnierzy i koni oraz sprzętu artyleryjskiego zniszczonej baterii 20
pułku artylerii lekkiej. W lesie na południowy wschód od Unikowa -
rozbite bombami tabory, sprzęt łączności, zmiażdżone wozy. Nie ma przy
nich żywego ducha, nie można sprawdzić, do jakiej dywizji należały".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki