Samolubny gen - Richard Dawkins

-
Proszę czekać

Wprowadzenie do wydania jubileuszowego

Niezwykłe wrażenie wywiera na mnie świadomość, że na dobre czy na złe, niemal połowę życia przeżyłem z Samolubnym genem. Przez wszystkie te lata za każdym razem, gdy ukazywała się kolejna z siedmiu moich książek, wydawcy posyłali mnie w podróż mającą na celu ich promocję. Uczestnicy spotkań reagowali na daną książkę z radującym serce autora entuzjazmem, uprzejmie bili brawo i zadawali inteligentne pytania. Następnie ustawiali się w ogonkach, by kupić... Samolubny gen i uzyskać w nim mój autograf. Możliwe, że nieco przesadzam. Niektórzy kupują moje nowe książki, a reszta - jak próbuje mnie pocieszać żona - zetknąwszy się z nowym autorem, ma naturalną potrzebę sięgnięcia po jego pierwsze dzieło, a po przeczytaniu Samolubnego genu z pewnością sięgnie do kolejnych i wreszcie do tej najnowszej i (dla jej dumnego rodzica) najukochańszej.

Bardziej by mi to przeszkadzało, gdybym mógł powiedzieć, że Samolubny gen z biegiem czasu stracił na aktualności i jest już przestarzały. Niestety (patrząc z pewnego punktu widzenia) nie mogę tak twierdzić. Pewne szczegóły się zmieniły i pojawiło się mnóstwo nowych faktów, ale z wyjątkiem, który omówię za chwilę, niewiele jest w tej książce takich stwierdzeń, które teraz powinienem odwołać lub za które chciałbym przepraszać. Arthur Cain, nieżyjący już profesor zoologii z Liverpoolu i jeden z moich ważniejszych mistrzów w Oksfordzie w latach sześćdziesiątych, określił Samolubny gen w roku 1976 jako "książkę młodego człowieka". Pisząc to, celowo cytował recenzenta książki A.J. Ayera zatytułowanej Language, Truth and Logic (Język, prawda i logika). Pochlebiało mi to porównanie, mimo iż wiedziałem, że Ayer odwołał wiele z tego, co pisał w tej książce, i nie umknęła mej uwagi sugestia Caina, że ja także, gdy nadejdzie czas, powinienem uczynić podobnie.

Niniejsze rozważania chciałbym zacząć od refleksji nad tytułem. W roku 1975 za pośrednictwem mego przyjaciela Desmonda Morrisa pokazałem nie w pełni jeszcze ukończoną książkę Tomowi Maschlerowi, guru londyńskich wydawców. Dyskutowaliśmy o niej w jego gabinecie w wydawnictwie Jonathan Cape. Książka mu się podobała, ale tytuł nie. "Samolubny" to takie "dołujące" słowo. A może by zatytułować książkę Nieśmiertelny gen? "Nieśmiertelny" to słowo "krzepiące", nieśmiertelność informacji genetycznej to centralny motyw książki, a "nieśmiertelny gen" brzmi niemal tak samo intrygująco, jak "samolubny gen" (żaden z nas chyba nie zauważył zbieżności z Samolubnym olbrzymem Oscara Wilde'a). Teraz uważam, że Maschler chyba miał rację. Wielu krytyków, szczególnie tych bardziej zażartych i z filozoficznym wykształceniem, jak się przekonałem, zwykle ocenia książki po tytułach. Niewątpliwie jest to całkiem skuteczna strategia w odniesieniu do Powiastki Beniamina Trusia czy do Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego, ale wyraźnie zdaję sobie sprawę z tego, że fraza "samolubny gen" bez ogromnego przypisu w postaci samej książki może sprawiać mylące wrażenie co do jej treści. Współcześni wydawcy, a w każdym razie amerykańscy, z pewnością nalegaliby, aby tytuł opatrzyć podtytułem.

Tytuł ten najlepiej wyjaśnić, ustalając, na co położony jest akcent. Zaakcentujmy "samolubny", a czytelnik pomyśli, że książka jest o samolubstwie, podczas gdy tak naprawdę więcej uwagi poświęcono w niej altruizmowi. Tak więc słowem, na które w tytule pada nacisk, jest "gen" - a oto dlaczego: Centralna debata toczona w łonie darwinizmu dotyczy tego, jaka to właściwie jednostka podlega doborowi: co tak naprawdę przeżywa lub nie przeżywa w konsekwencji doboru naturalnego. Ta jednostka stanie się po prostu z definicji samolubna. Możliwe, że altruizm jest faworyzowany na innych poziomach. Czy dobór naturalny dokonuje się między gatunkami? Jeśli tak, to moglibyśmy oczekiwać, że poszczególne organizmy będą się zachowywać altruistycznie "dla dobra gatunku". Mogłyby ograniczać liczbę potomstwa, aby unikać nadmiernego zagęszczenia populacji, lub mogłyby rezygnować z polowań, by zachować przyszłe zasoby dostępnych gatunkowi zwierząt stanowiących jego pokarm. Właśnie takie szerzące się powszechnie nieporozumienia dotyczące darwinizmu skłoniły mnie do napisania tej książki.

A może dobór naturalny, jak utrzymuję w tej książce, wybiera między genami? W takim przypadku nie powinno nas dziwić, gdy stwierdzimy, że jednostki zachowują się altruistycznie "dla dobra genów", na przykład chroniąc jednostki spokrewnione, które przypuszczalnie wyposażone są w takie same geny. Taki altruizm w stosunku do organizmów spokrewnionych to tylko jeden ze sposobów, w jakie samolubstwo genów może przekładać się na indywidualny altruizm. Ta książka wyjaśnia, na czym to polega i na czym polega wzajemność, inny generator altruizmu w świetle teorii Darwina. Gdybym miał ponownie napisać tę książkę jako od niedawna wyznawca zasady upośledzenia Zahaviego/Grafena (patrz s. 286), poświęciłbym nieco miejsca omówieniu idei Amotza Zahaviego, mówiącej, że altruistyczna ofiara może być sygnałem dominacji na podobieństwo darów potlaczowych1: zobacz, o ile cię przewyższam, stać mnie na to, by przekazać ci kosztowny dar!

Chciałbym powtórzyć i rozwinąć uzasadnienie zastosowania słowa "samolubny" w tytule. Istotne pytanie brzmi: który poziom w hierarchii życia okaże się w nieunikniony sposób poziomem samo­lubnym, poziomem działania doboru naturalnego? Samolubny gatunek? Samolubna grupa? Samolubny organizm? Samolubny ekosystem? Można przytaczać argumenty na poparcie każdego z tych poziomów i każdy z nich znalazł swych bezkrytycznych zwolenników, ale wszystkie są błędne. Darwinowski przekaz zawiera się w lakonicznej frazie "samolubne coś", a to "coś" z powodów, które są przedstawione w niniejszej książce, okazuje się genem. Niezależnie od tego, czy czytelnik ostatecznie przyjmie tę argumentację, takie jest uzasadnienie nadanego książce tytułu.

Mam nadzieję, że w ten sposób pozbywamy się poważniejszych nieporozumień. Kiedy się jednak teraz nad tym zastanawiam, dostrzegam własny brak konsekwencji w tej sprawie. Można go szczególnie znaleźć w rozdziale 1, a za przykład niech posłuży nam zdanie: "Próbujmy nauczać hojności i altruizmu, albowiem z urodzenia jesteśmy egoistami"2. Nie ma niczego złego w nauczaniu szczodrości czy altruizmu, ale wyrażenie "z urodzenia jesteśmy egoistami" jest mylące. Częściowo mogę to uzasadnić w ten sposób, że dopiero w roku 1978 zacząłem wyraźnie pojmować rozróżnienie między wehikułami (zwykle organizmami), a replikatorami, które w nich podróżują (w praktyce są to geny; całe zagadnienie wyjaśnione jest w rozdziale 13, który został dodany w drugim wydaniu). Proszę, zignorujcie to przytoczone bałamutne zdanie oraz jemu podobne i zastąpcie je czymś bardziej zgodnym z duchem tego paragrafu.

Biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa płynące z błędów tego rodzaju, przyznaję, że rzeczywiście tytuł może prowadzić do nieporozumień, i dlatego powinienem był, być może, zatytułować tę książkę Nieśmiertelny gen. Albo Altruistyczny wehikuł. Byłby to chyba nazbyt enigmatyczny tytuł, ale przecież rozstrzygnięto już pozorny spór między genem a organizmem jako rywalami o miano jednostki doboru naturalnego (w sporze tym nieżyjący już Ernst Mayr uczestniczył aż do końca). Są dwa rodzaje jednostek doboru naturalnego i nie ma między nimi żadnego sporu. Gen jest taką jednostką w sensie replikatora. Organizm jest jednostką w sensie wehikułu. Oba są ważne. Żadnego nie należy lekceważyć. Reprezentują dwa kompletnie odmienne rodzaje jednostek i popadniemy w ogromny zamęt, jeśli nie uznamy tego rozróżnienia.

Innym dobrym rozwiązaniem byłoby zatytułowanie książki Współdziałający gen. Wygląda to na paradoksalną sprzeczność z faktycznie wybranym tytułem, ale jedną z głównych tez tej książki jest istnienie swego rodzaju współdziałania między genami pilnującymi własnego interesu. Z całym naciskiem jednak twierdzę, że nie oznacza to, iż pewne grupy genów prosperują kosztem innych genów lub innych grup genów. Należy to raczej rozumieć w ten sposób, że każdy gen realizuje własny egoistyczny program w obecności innych genów należących do danej puli - stanowiącej zestaw kandydatów do przetasowania w akcie rozmnażania płciowego w obrębie danego gatunku. Te inne geny stanowią część środowiska, w którym żyje każdy z poszczególnych genów, tak samo jak częścią tego środowiska są pogoda, drapieżniki i ich ofiary, roślinność będąca pokarmem tych ostatnich i bakterie żyjące w glebie. Z punktu widzenia każdego z genów te inne obecne w środowisku geny to te, z którymi dzieli jeden organizm, będący ich wehikułem w podróży przez pokolenia. W perspektywie krótkofalowej oznacza to inne geny składające się na dany genom. W perspektywie długofalowej - inne geny w puli genowej dostępnej danemu gatunkowi. Dlatego też zadaniem doboru naturalnego jest przypilnowanie, by faworyzowane były określone zestawy wzajemnie kompatybilnych, czyli można niemalże powiedzieć "współpracujących", genów. W żadnym momencie ewolucja tego współpracującego genu nie narusza fundamentalnej zasady samolubności genu. Rozdział 5 wprowadza tę koncepcję, posługując się analogią do załogi wioślarskiej, a rozdział 13 ją rozwija.

Przyjmując, że naturalny dobór samolubnych genów faworyzuje także współdziałanie między genami, trzeba jednocześnie przyznać, że niektóre geny w ogóle nie kooperują i działają na niekorzyść całej reszty genomu. Niektórzy autorzy nazywają je genami wyrzutkami, inni - ultrasamolubnymi genami, jeszcze inni - po prostu samolubnymi genami - wykazując się brakiem zrozumienia subtelnej różnicy dzielącej te geny od tych kooperujących w obrębie karteli genów powodowanych własnym interesem. Przykładami takich ultrasamolubnych genów są geny presji mejotycznej, opisane na stronach 428-429, oraz pasożytniczy DNA, pierwotnie przedstawiony na stronie 96 i rozwinięty przez licznych autorów pod chwytliwą nazwą "samolubny DNA". Od czasu pierwszej publikacji tej książki regularnie pojawiały się doniesienia o odkryciu nowych i coraz dziwaczniejszych ultrasamolubnych genów.

Samolubny gen krytykowano za antropomorfizm i w tej sprawie także winien jestem czytelnikowi może nie przeprosiny, ale na pewno wyjaśnienie. Stosuję dwa poziomy personifikacji: genów i organizmów. Personifikacja genów tak naprawdę nie powinna stanowić żadnego problemu, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa, że cząstki DNA obdarzone są świadomością i osobowością, i żaden rozsądny czytelnik nie imputowałby takich urojeń autorowi. Miałem kiedyś zaszczyt słuchać wielkiego biologa molekularnego Jacques'a Monoda mówiącego o kreatywności w nauce. Nie pamiętam dosłownie, ale powiedział mniej więcej, że próbując przemyśleć zagadnienie chemiczne, zadaje sobie pytanie, co by zrobił, gdyby był elektronem. Peter Atkins, w swej wspaniałej książce Creation Revisited (Powtórka ze stworzenia), posługuje się podobną personifikacją, gdy rozważa załamanie wiązki światła przechodzącego do ośrodka o wyższym współczynniku załamania, co zmniejsza jego prędkość. Światło zachowuje się tak, jak gdyby próbowało zminimalizować czas potrzebny na pokonanie odległości do punktu końcowego. Atkins wyobraża sobie tę wiązkę jako ratownika na plaży, który biegnie co sił, by ratować tonącego. Czy powinien skierować się ku tonącemu i zmierzać do niego po linii prostej? Nie, ponieważ biegnie szybciej, niż pływa, i roztropniej byłoby zwiększyć proporcję czasu poświęconego na przemieszczanie się po lądzie. Czy powinien biec tak daleko, aż znajdzie się na plaży dokładnie naprzeciwko ratowanego nieszczęśnika, minimalizując tym samym czas potrzebny na płynięcie? Już lepiej, ale to jeszcze nie jest najlepsza strategia. Obliczenia (gdyby miał możliwość ich przeprowadzenia) ujawniłyby ratownikowi optymalny kąt pośredni, dzięki któremu uzyskałby tę idealną kombinację szybkiego biegu i nieuniknienie wolniejszego płynięcia, która w sumie dawałaby najkrótszy czas potrzebny na dotarcie do tonącego. Atkins podsumowuje:

Tak właśnie zachowuje się światło przechodzące do gęstszego ośrodka. Ale skąd światło wie, najwyraźniej z góry, która droga okaże się najkrótsza? I w ogóle, dlaczego miałoby mu na tym zależeć?

Pytania te są elementem fascynującego rozumowania inspirowanego teorią kwantową.

Personifikacja tego rodzaju nie jest tylko osobliwym środkiem dydaktycznym. Może także pomóc naukowcowi w uzyskaniu właściwej odpowiedzi w obliczu niebezpiecznych skłonności do błędu. Odnosi się do darwinowskich rozważań nad altruizmem i samolubstwem, współdziałaniem i złośliwością. Bardzo łatwo dojść do błędnych wniosków. Personifikowanie genów, jeśli się to robi z należytą starannością i ostrożnością, często okazuje się najkrótszą drogą do uratowania darwinowskiego teoretyka przed utonięciem w kałuży. Ze wszystkich sił starając się zachować ostrożność, czułem się jednocześnie zachęcany przez mistrzowskiego poprzednika, W.D. Hamiltona, jednego z czterech wymienionych w książce mistrzów. W artykule z roku 1972 (w którym zacząłem pisać Samolubny gen) Hamilton stwierdził:

Gen jest faworyzowany przez dobór naturalny, jeśli sumaryczna liczba jego replik stanowi zwiększającą się część całkowitej puli genów. Przedmiotem naszych rozważań będą geny wywierające wpływ na zachowania społeczne swych nosicieli, spróbujmy więc uczynić rozumowanie bardziej obrazowym, przypisać genom inteligencję i swego rodzaju wolność dokonywania wyborów. Wyobraźmy sobie, że gen rozważa problem zwiększenia liczby swoich replik i że może wybierać pomiędzy...

W takim właśnie duchu należy czytać tę książkę.

Personifikacja organizmu może być przyczyną większych trudności. Dzieje się tak dlatego, że organizmy w odróżnieniu od genów mają mózgi, a co za tym idzie, rzeczywiście mogą kierować się motywami samolubnymi lub altruistycznymi w czytelnym dla nas subiektywnym znaczeniu. Książka zatytułowana Samolubny lew mogłaby wprowadzać zamęt, czego unikamy w przypadku Samolubnego genu. Tak jak można postawić się w położeniu wyobrażonej wiązki światła, inteligentnie wybierającej optymalną trasę przez serię soczewek i pryzmatów, czy hipotetycznego genu wybierającego optymalną trasę przez pokolenia, tak samo można postulować, że poszczególna lwica kalkuluje optymalną strategię behawioralną, której celem ma być długofalowe przetrwanie jej genów. Pierwszym darem złożonym przez Hamiltona biologii była precyzyjna aparatura matematyczna, którą prawdziwie darwinowska jednostka, taka jak lwica, musiałaby stosować przy podejmowaniu decyzji obliczonych na maksymalizację długofalowego przetrwania swych genów. W tej książce zastosowałem nieformalne werbalne równoważniki takich obliczeń - prowadzone na dwóch poziomach.

Na stronie 245 przechodzimy szybko z jednego poziomu na drugi:

Rozważaliśmy warunki, w których matce opłaciłoby się pozwolić, by taki osobnik umarł. Intuicyjnie bylibyśmy jednak skłonni zakładać, że on sam będzie kontynuował walkę do ostatka. Teoria może jednak przewidywać inne rozwiązanie. W momencie gdy osobnik karłowaty jest mały i słaby, a tym samym spodziewany czas trwania jego życia skraca się do takiego poziomu, że jego korzyść w rezultacie inwestycji rodzicielskiej stanowi mniej niż połowę korzyści, jaką w wyniku takiej samej inwestycji odnieść mogłyby inne dzieci, powinien on dobrowolnie i ofiarnie umrzeć. Na takim obrocie sprawy jego geny skorzystają najbardziej.

Jest to przykład introspekcji na poziomie jednostki. Nie zakłada się tu, że karzeł podejmuje decyzję i wybiera to, co sprawi mu przyjemność. Zakłada się natomiast, że jednostki w darwinowskim świecie jak gdyby wykonują obliczenia, by ustalić, co byłoby najlepsze dla ich genów. Dalej w tym paragrafie jest to wyraźnie ukazane przez szybkie przejście do personifikacji na poziomie genu. Innymi słowy, gen dający ciału instrukcję:

"Jeśli jesteś o wiele mniejszy niż twoi towarzysze z miotu, zaniechaj walki o życie i umrzyj", mógłby odnieść sukces w puli genów, ponieważ ma 50 procent szans, że znajduje się w ciałach każdego z zachowanych przy życiu braci i sióstr, a jego szanse na przetrwanie w karłowatym ciele byłyby i tak bardzo niewielkie.

I dalej w tym samym paragrafie ponownie powracamy do snującego introspekcję karła:

W życiowej karierze karła powinien istnieć pewien moment przełomowy. Nim ten moment osiągnie, powinien kontynuować zmagania o przetrwanie. Minąwszy go, powinien dać za wygraną i najlepiej pozwolić się zjeść towarzyszom z miotu lub rodzicom.

Naprawdę uważam, że te dwa poziomy personifikacji nie wprowadzają zamieszania, pod warunkiem że są czytane w szerszym kontekście. Te dwa poziomy "jak gdyby kalkulacji" prowadzą do dokładnie tych samych wniosków, jeśli są poprawnie przeprowadzone: na tym właśnie polega kryterium ich poprawności. Dlatego też, gdybym miał dziś ponownie napisać tę książkę, nie usunąłbym z niej tego rodzaju personifikacji.

Przerabianie opublikowanej książki to jedno, ale sprawianie, by zapomniał o niej ktoś, kto ją przeczytał, to zupełnie inna sprawa. Jak mamy rozumieć następujący werdykt wydany przez czytelnika z Australii?

Fascynująca, ale czasem żałuję, że w ogóle ją przeczytałem... Na pewnym poziomie uczestniczę w przekazywanym przez Dawkinsa zachwycie nad działaniem tak złożonych procesów. [...] Ale jednocześnie obwiniam Samolubny gen za serię epizodów depresji, na którą cierpię od ponad dziesięciu lat. [...] Nigdy nie miałem pełnej jasności co do własnego duchowego światopoglądu, ale próbowałem znaleźć coś głębszego - próbowałem wierzyć, choć nie całkiem mi się to udawało - stwierdziłem jednak, że ta książka po prostu zmiotła wszelkie niejasne wyobrażenia, jakie miałem na ten temat, i uniemożliwiła mi dalsze ich krystalizowanie. Przed laty przeżyłem w związku z tym całkiem poważny osobisty kryzys.

Przytaczałem już wcześniej kilka podobnych reakcji czytelników.

Pewien zagraniczny wydawca mojej pierwszej książki powiedział mi, że po jej przeczytaniu nie mógł spać przez trzy noce, tak bardzo poruszyło go jej zimne i ponure przesłanie. Inni pytają mnie, jak w ogóle jestem w stanie wstawać rano z łóżka. Pewien nauczyciel z odległego kraju napisał do mnie z wyrzutem, że jedna z jego uczennic zgłosiła się doń zapłakana, ponieważ lektura mojej książki przekonała ją, iż życie jest puste i pozbawione sensu. W obawie, że owa książka może zasiać taki sam nihilistyczny pesymizm w umysłach innych dzieci, nauczyciel poprosił dziewczynę, aby nie pokazywała jej nikomu3.

Jeśli coś jest prawdziwe, to myślenie życzeniowe nie może tego anulować. Taka byłaby moja pierwsza odpowiedź. Ale jest i druga, niemal tak samo istotna. Dalej pisałem tak:

Przypuszczalnie rzeczywiście nie ma żadnego ostatecznego celu Wszechświata, ale czy ktokolwiek z nas wiąże jakiekolwiek osobiste nadzieje z owymi ostatecznymi losami kosmosu? Raczej nie; nie, jeśli choć trochę kieruje się rozsądkiem. O naszym życiu decyduje cała masa bliższych, swojskich, bardzo ludzkich ambicji i odczuć. Zarzucanie nauce, że odziera życie z urody, która nadawała mu sens, jest tak absurdalne, tak przeciwne mojemu w tej mierze odczuciu, a także przekonaniu większości innych naukowców, że niemal doprowadza mnie to do rozpaczy, o którą tak niesłusznie mnie posądzano4.

Podobną skłonność do zabijania posłańca wykazują inni krytycy, którzy sprzeciwiali się społecznym, politycznym czy ekonomicznym implikacjom Samolubnego genu, które uznawali za niepożądane. Wkrótce po tym, jak Margaret Thatcher odniosła pierwsze zwycięstwo wyborcze w roku 1979, mój przyjaciel Steven Rose pisał w "New Scientist", co następuje:

Nie wydaje mi się, by Saatchi and Saatchi zatrudnili zespół socjobiologów do pisania scenariuszy dla Thatcher ani nawet że określeni wykładowcy z Oksfordu czy z Sussex zaczynali się radować tymi praktycznymi przejawami prostych prawd o samolubnych genach, do których istnienia próbowali nas przekonać. Koincydencja modnej teorii z wydarzeniami politycznymi jest bardziej zagmatwana. Uważam jednak, że kiedy zostanie spisana historia przesunięcia ku prawicy końca lat siedemdziesiątych, odejścia od prawa i porządku do monetaryzmu i do (mniej jednogłośnie) centralizmu państwowego, wtedy zmiana na polu naukowych mód, nawet jeśli chodzi o odejście od modelu doboru grupowego do krewniaczego w teorii ewolucyjnej, zostanie uznana za część fali, która doprowadziła do władzy zwolenników polityki Thatcher i ich dziewiętnastowieczne pojęcia o niezmiennej, rywalizującej i ksenofobicznej ludzkiej naturze.

Tym "wykładowcą z Sussex" był nieżyjący już John Maynard Smith, podziwiany zarówno przez Stevena Rose'a, jak i przeze mnie. Odpowiedział w sposób sobie właściwy w liście do "New Scientist": "Co mieliśmy zrobić, podrasować równania?". Jedno z głównych przesłań Samolubnego genu (wzmocnione jeszcze w tytułowym eseju w książce Kapelan diabła) głosi, że nie powinniśmy naszych wartości wysnuwać z darwinizmu, a jeśli już, to ze znakiem przeciwnym. Nasze mózgi wyewoluowały do tego stopnia, że możemy przeciwstawić się naszym samolubnym genom. Fakt, że korzystamy ze środków antykoncepcyjnych, jest najlepszym tego dowodem. Ta sama zasada mogłaby się okazać skuteczna również i na szerszą skalę.

W odróżnieniu od wydania z roku 1989 to jubileuszowe nie zawiera żadnego nowego materiału oprócz niniejszego wprowadzenia i kilku fragmentów recenzji wybranych przez moją trzykrotną Wydawczynię i idolkę Lathę Menon5. Nikt oprócz Lathy nie mógł zastąpić Michaela Rodgersa, stosującego strategię życiową typu K, Nadzwyczajnego Wydawcę, którego niezachwiana wiara w tę książkę była dla pierwszego jej wydania jakby silnikiem rakietowym, który skierował ją na jej niebotyczną trajektorię.

W tym wydaniu wszakże powraca - i jest to dla mnie ogromna radość - pierwotne słowo wstępne pióra Roberta Triversa. W książce tej wymieniłem Billa Hamiltona jako jednego z czterech moich intelektualnych mistrzów. Kolejnym jest Bob Trivers. Jego idee dominują w znacznym stopniu w rozdziałach 9, 10 i 12 oraz w całym rozdziale 8. Jego przedmowa jest nie tylko wspaniale skomponowanym wpro­wadzeniem do książki: Trivers, co nietypowe, uczynił ją także nośnikiem do przekazania światu swej nowej błyskotliwej koncepcji - teorii ewolucji samooszukiwania się. Jestem mu ogromnie wdzięczny za to, że wyraził zgodę, by jego oryginalny wstęp uświetnił to jubileuszowe wydanie.

Richard Dawkins

Oksford, październik 2005

1 Potlacz - tradycyjna dla Indian północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej ceremonialna uczta, której towarzyszyło rytualne obdarowywanie gości prezentami o wielkiej wartości materialnej. Jej celem było utwierdzenie pozycji społecznej obdarowującego (przyp. tłum.).

2 Por. s. 38 (przyp. tłum).

3 Rozplatanie tęczy, przeł. M. Betley, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s. 9 (przyp. tłum.).

4 Ibidem, s. 9-10 (przyp. tłum.).

5 W polskim wydaniu fragmenty recenzji zostały pominięte (przyp. red.).

Przedmowa do drugiego wydania

Kilkanaście lat od wydania Samolubnego genu jego główne przesłanie stało się wiedzą podręcznikową. Jest to paradoks, choć niezamierzony. To nie była jedna z tych książek, które w momencie publikacji uznawane są za rewolucyjne, a dopiero potem stopniowo zyskują zwolenników, by w końcu zawarte w nich koncepcje zostały uznane za tak oczywiste, że wszyscy zastanawiają się, czemu spowodowały ongiś takie zamieszanie. Przeciwnie. Od samego początku recenzje tej książki były zadowalająco pozytywne, nie uważano jej też za kontrowersyjną. Musiały minąć lata, nim książka ta zyskała reputację kontrowersyjnej, i dopiero teraz powszechnie ocenia się ją jako radykalną, mimo że przedstawione tu ustalenia weszły stopniowo do powszechnego obiegu.

Teoria samolubnego genu jest teorią darwinowską, choć przedstawioną w sposób inny, niż uczynił to Darwin. Ufam jednak, że Darwin natychmiast zauważyłby trafność tego ujęcia i by się nim zachwycił. W istocie jest to logiczna kontynuacja ortodoksyjnego neodarwinizmu, tyle że przedstawionego w innej formie. Miast koncentrować się na pojedynczym organizmie, prezentuje spojrzenie na przyrodę z perspektywy genu. Jest to więc tylko inny sposób postrzegania, a nie inna teoria. Na pierwszych stronach książki Fenotyp rozszerzony wyjaśniłem to za pomocą metafory sześcianu Neckera.

Choć jest to dwuwymiarowy wzór z farby drukarskiej na papierze, odbieramy go jako przezroczysty trójwymiarowy sześcian. Wystarczy wpatrywać się w niego przez kilka sekund, a zmieni swoją orientację w przestrzeni. Po dalszych kilku sekundach wpatrywania się powróci do poprzedniej. Obydwa wyobrażenia są jednakowo zgodne z dwu­wymiarowym obrazem na siatkówce - oba są jednakowo poprawne - toteż mózg bez trudu może między nimi oscylować. Na dobór naturalny też można patrzeć na dwa sposoby, pod kątem genu albo indywidualnego osobnika. Dwa spojrzenia na tę samą prawdę - równoważne sobie, jeśli właściwie się je rozumie. Można krążyć swobodnie pomiędzy tymi dwoma podejściami, pozostając cały czas w obrębie neodarwinizmu.

Teraz jednak sądzę, że ta metafora była zbyt ostrożna. Często najważniejszym dokonaniem naukowca nie jest wysunięcie nowej teorii czy odkrycie jakichś faktów, ale znalezienie nowej perspektywy dla znanych już teorii i faktów. Model sześcianu Neckera jest więc mylący, ponieważ sugeruje, że oba sposoby widzenia są równie dobre. Metafora ta jest jednak jednocześnie w jakimś stopniu trafna: punkty widzenia, inaczej niż teorie, nie są weryfikowalne eksperymentalnie; nie możemy się odwołać do znanych nam kryteriów prawdy i fałszu. Ale zmieniając je, można w sprzyjających okolicznościach dokonać czegoś ważniejszego niż sformułowanie nowej teorii. Można dać początek całkiem nowemu klimatowi myślenia, w którym narodzi się wiele ekscytujących i dających się zweryfikować teorii, układających w logiczną całość niezrozumiałe do tej pory fakty. Metafora sześcianu Neckera całkowicie to pomija. Oddaje jedynie myśl o przeskoku w percepcji, ale nie ujawnia całej jego doniosłości. Tymczasem to, o czym mówimy, nie jest przeskokiem do równoważnego punktu widzenia, lecz wręcz przeobrażeniem.

Nie zabiegam o przypisanie mojej skromnej pracy aż takiej rangi. Tym niemniej to z tego właśnie powodu wolę nie czynić ostrych podziałów między nauką a jej "popularyzacją". Objaśnianie idei, które do tej pory ukazywały się jedynie w literaturze fachowej, jest trudną sztuką. Wymaga nowych, trafiających w sedno sformułowań i odkrywczych metafor. Jeśli zajdzie się w nowatorstwie języka i metafory dostatecznie daleko, można odnaleźć nieznany do tej pory punkt widzenia. Ten zaś, jak to przed chwilą argumentowałem, może się stać niezależnym, oryginalnym wkładem w naukę. Einstein z pewnością nie był popularyzatorem, ja jednak często miałem uczucie, że jego nośne metafory miały nie tylko służyć pomocą nam, maluczkim, lecz były czymś więcej. Czy aby nie zasilały także jego twórczego geniuszu?

Postrzeganie darwinizmu z perspektywy genu jest obecne w pismach R.A. Fishera i innych wielkich pionierów neodarwinizmu z wczesnych lat trzydziestych, ale dopiero w latach sześćdziesiątych koncepcja ta została wyrażona wprost przez W.D. Hamiltona i G.C. Williamsa. Dla mnie ich intuicja miała wartość wizjonerską. Wyrażali się jednak w sposób zbyt lakoniczny, zbyt ściszonym głosem. Całym sercem i umysłem byłem przekonany, że po rozwinięciu i rozbudowaniu teoria ta potrafiłaby zaprowadzić porządek we wszystkim, co dotyczy życia. Moim pragnieniem więc stało się napisanie książki propagującej spojrzenie na ewolucję z perspektywy genu. Postanowiłem skoncentrować się w niej na przykładach z dziedziny zachowań społecznych, by przeciwdziałać dominującemu w powszechnym odbiorze darwinizmu nieświadomemu myśleniu w kategoriach doboru grupowego. Zacząłem pisać w 1972 roku, w czasie kryzysu paliwowego, podczas którego z powodu limitowania energii musiałem przerwać prace badawcze. Niefortunnie (dla książki) przestano wyłączać prąd, kiedy napisałem zaledwie dwa rozdziały, więc odłożyłem dzieło na półkę do czasu uzyskania w 1975 roku płatnego urlopu naukowego, który pozwolił mi zawiesić prowadzenie pracy eksperymentalnej i zająć się dokończeniem książki. Tymczasem teoria została rozbudowana, zwłaszcza przez Johna Maynarda Smitha i Roberta Triversa. Z perspektywy czasu widzę, że był to jeden z tych niezwykłych okresów, gdy nowe idee dosłownie kłębią się w powietrzu. Pisząc Samolubny gen, miałem rozgorączkowany umysł i popadłem w ekscytację.

Gdy wydawnictwo Oxford University Press zwróciło się do mnie z zamówieniem drugiego wydania tej książki, nalegano, bym nie dokonywał gruntownego, strona po stronie, przeglądu i przeredagowania. Wiele książek od początku przeznaczonych jest do wielokrotnych wznowień, ale Samolubny gen do nich nie należy. Pierwsze wydanie miało walor młodzieńczości dzięki czasom, w których zostało napisane. Z zagranicy docierał wtedy powiew rewolucji, czar przedświtu Words­wortha. Żal odmieniać "dziecko" zrodzone w tamtych czasach, tuczyć je nowymi faktami, szpecić komplikacjami i zastrzeżeniami. Tak więc tekst oryginalny miał pozostać bez zmian, ze wszystkimi potknięciami i dyskryminującymi pod względem płci zaimkami osobowymi. Poprawki, odpowiedzi i uzupełnienia miały być zamieszczone w notach na końcu książki. Należało też dopisać dwie nowe części na tematy, których nowatorstwo mogłoby w swoim czasie rozbudzić nastroje rewolucyjne. Efektem były rozdziały 12 i 13. Inspirację do nich zaczerpnąłem z dwóch książek z tej samej dziedziny, które w tych latach najbardziej na mnie wpłynęły: z The Evolution of Cooperation (Ewolucja współpracy) Roberta Axelroda, ponieważ zdaje się oferować pewną nadzieję co do naszej przyszłości, oraz z własnej, Fenotyp rozszerzony, ponieważ moje życie było przez te lata przez nią zdominowane, a także dlatego że jest to przypuszczalnie najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek wyszła spod mego pióra.

Tytuł Uprzejmi finiszują pierwsi zapożyczyłem z programu Horizon, który zaprezentowałem w 1985 roku w telewizji BBC. Był to pięćdziesięciominutowy dokument, wyprodukowany przez Jeremy'ego Taylora, o zastosowaniu teorii gier do zagadnień ewolucji współdziałania u zwierząt. Zarówno ten film, jak i następny przez niego wyprodukowany - The Blind Watchmaker (Ślepy zegarmistrz) - sprawił, że nabrałem większego szacunku dla jego zawodu. Twórcy cyklu Horizon (niektóre programy można zobaczyć w Ameryce pod zmienioną nazwą Nova) stają się nierzadko znawcami w dziedzinie, nad którą właśnie pracują. Mojemu doświadczeniu bliskiej współpracy z Jeremym Taylorem i zespołem Horizon rozdział 12 zawdzięcza więcej niż tylko tytuł, i jestem im za to zobowiązany.

Ostatnio dowiedziałem się o fakcie, wobec którego trudno przejść obojętnie: oto istnieją wpływowi naukowcy mający zwyczaj dopisywania się do publikacji, w których tworzeniu nie mieli żadnego udziału. Okazuje się, że wielu profesorów domaga się podania ich nazwisk jako współautorów pracy tylko dlatego, że udostępnili przestrzeń laboratoryjną, dali pieniądze i czytając rękopis, dokonali poprawek redakcyjnych. Z tego, co wiem, uznanie, jakim darzeni są liczni naukowcy, osiągnięte zostało wyłącznie dzięki pracy ich studentów i kolegów! Trudno powiedzieć, jak walczyć z taką nieuczciwością. Być może wydawcy czasopism powinni żądać podpisanego oświadczenia na temat wkładu każdego z autorów w publikowaną pracę. Ale to tylko uwaga na marginesie. Podniosłem ten problem dla kontrastu, by pokazać sytuację wręcz przeciwną. Helena Cronin zrobiła tak wiele, by ulepszyć każdy wiersz, każde słowo, że powinna być, choć zdecydowanie odmówiła, współautorem nowo napisanych partii tej książki. Jestem jej za to głęboko wdzięczny i niepocieszony, że mogę swoje uznanie wyrazić tylko w ten sposób. Dziękuję również Markowi Ridleyowi, Marian Dawkins i Alanowi Grafenowi za rady i konstruktywną krytykę poszczególnych działów. A Thomasowi Websterowi, Hilary McGlynn i innym pracownikom wydawnictwa Oxford University Press za pogodne znoszenie moich fanaberii i ciągłego niedotrzymywania przeze mnie terminów.

Richard Dawkins

1989

Wstęp do pierwszego wydania

Około dziewięćdziesięciu dziewięciu i pół procent czasu historii ewolucyjnej człowieka to historia wspólna z szympansem, ale większość myślicieli uważa szympansa za zdeformowane i nieistotne dziwactwo, podczas gdy siebie postrzega jako krok milowy w kierunku Wszechmocnego. Ewolucjonista nie może się z tym zgodzić. Nie ma żadnej obiektywnej podstawy, która pozwalałaby wywyższać jeden gatunek ponad inny. Szympans i człowiek, jaszczurka i grzyb - wszyscy wyewoluowaliśmy w ciągu około trzech miliardów lat za sprawą procesu określanego jako dobór naturalny. W obrębie każdego z gatunków niektóre jednostki pozostawiają więcej potomstwa, które osiąga wiek dojrzały, niż inne, tak że dziedziczne cechy (geny) jednostek odnoszących większy sukces reprodukcyjny w następnym pokoleniu występują liczniej. To jest dobór naturalny: nielosowa zróżnicowana reprodukcja genów. Dobór naturalny nas stworzył i jeśli mamy pojąć własną tożsamość, musimy go zrozumieć.

Choć darwinowska teoria ewolucji za sprawą doboru naturalnego stanowi podstawę w badaniach nad zachowaniami społecznymi (zwłaszcza w połączeniu z mendlowską genetyką), jest powszechnie lekceważona. W naukach społecznych stworzono całe gałęzie przemysłu poświęconego konstrukcji predarwinowskiego i premendlowskiego ujęcia społecznego i psychologicznego świata. Nawet w dziedzinie biologii na wielką skalę zaniedbuje się lub niewłaściwie stosuje tę teorię. Niezależnie od przyczyn, które doprowadziły do tak dziwnego stanu rzeczy, pewne dane świadczą o tym, że nadchodzą zmiany. Wielkie prace Darwina i Mendla są rozwijane przez rosnące zastępy naukowców, wśród których wymienić należy R.A. Fishera, W.D. Hamiltona, G.C. Williamsa i J. Maynarda Smitha. A teraz po raz pierwszy Richard Dawkins w przystępnej i popularnej formie przedstawia tę istotną teorię społeczną opartą na doborze naturalnym.

Dawkins podejmuje jeden po drugim główne tematy tych nowych badań w dziedzinie teorii społecznej, takie jak pojęcie zachowań altruistycznych i samolubnych, genetyczna definicja interesowności, ewolucja zachowań agresywnych, teoria pokrewieństwa (w tym także relacje między rodzicem a potomstwem i ewolucja owadów społecznych), teoria proporcji między płciami, altruizm odwzajemniony, oszustwo i dobór naturalny różnic związanych z płcią. Z pewnością siebie, wynikającą z mistrzowskiego opanowania teorii leżącej u podstaw powyższych zjawisk, przedstawia nowe wyniki z podziwu godną jasnością i w znakomitym stylu. Dysponując rozległym wykształceniem biologicznym, daje czytelnikowi zasmakować w bogatej i fascynującej literaturze tej nauki. Tam, gdzie dochodzi do różnic między nim a treścią publikacji (tak jak w przypadku, gdy krytykuje moje błędy), niemal zawsze ma zupełną rację. Stara się także przedstawić logikę leżącą u podstaw jego argumentacji tak, aby czytelnik, stosując ją, mógł dalej tę argumentację rozwijać (a nawet kwestionować wnioski autora). Argumentacje Dawkinsa rozwijają się w różnych kierunkach. Na przykład: jeśli, jak twierdzi, oszustwo odgrywa fundamentalną rolę w komunikacji zwierząt, to musi istnieć silny nacisk ewolucyjny nakierowany na wykrywanie oszustwa. To z kolei powinno prowadzić do wykształcenia się swego rodzaju samooszukiwania się, ukrywającego pewne fakty i motywy poza zakresem świadomości tak, aby nie zdradzić - przez subtelne oznaki samowiedzy - że dochodzi do aktów oszustwa. Dlatego też konwencjonalny pogląd, że dobór naturalny faworyzuje kształtowanie układów nerwowych kreujących coraz dokładniejsze odzwierciedlenia świata, stanowi niezwykle naiwny sposób widzenia ewolucji umysłu.

Najnowsze postępy w rozwoju teorii społecznej były tak znaczące, że wygenerowały pewną antyrewolucyjną aktywność. Twierdzono na przykład, że są one częścią cyklicznie powracającej zmowy, mającej na celu zahamowanie rozwoju społecznego przez sugerowanie, że jest on z przyczyn genetycznych niemożliwy. Podobnie wątłe rozumowanie zostało sklecone w celu stworzenia wrażenia, że darwinowska teoria społeczna ma reakcyjne implikacje polityczne. Wszystko to jest dalekie od prawdy. Fisher i Hamilton pierwsi wyraźnie wykazali genetyczną równość płci. Teoria i dane ilościowe pochodzące z badań nad owadami społecznymi dowodzą, że nie ma wszechobowiązującej tendencji do tego, by rodzice dominowali nad potomstwem (ani też na odwrót). A pojęcia inwestycji rodzicielskiej i wyboru dokonywanego przez samice stanowią obiektywną i pozbawioną uprzedzeń podstawę rozumienia różnic związanych z płcią, co stanowi znaczny postęp w porównaniu z popularnymi wysiłkami, których celem jest wywiedzenie kobiecych praw z pozbawionego wszelkich funkcji bagna biologicznej tożsamości. Mówiąc krótko, darwinowska teoria społeczna pozwala nam dostrzec symetrię i logikę leżące u podstaw relacji społecznych, które, gdy je pełniej pojmiemy, powinny odnowić nasze polityczne rozumienie i dostarczyć nam intelektualnych podstaw do rozwijania nauki, medycyny i psychologii. Jednocześnie może nam także pozwolić zdobyć głębsze zrozumienie licznych źródeł naszych cierpień.

Robert Trivers

Harvard, lipiec 1976

Przedmowa do pierwszego wydania

Tę książkę należałoby czytać niemal tak jak powieść fantastyczno­naukową. Ma ona bowiem przemawiać do wyobraźni. Jej tematem nie są jednak naukowe fantazje, lecz sama nauka. Powiedzenie, że "prawda jest bardziej niezwykła niż fantazja", jest może banałem, ale całkowicie się z nim zgadzam. Jesteśmy oto maszynami przetrwania (survival machines) - zaprogramowanymi zawczasu robotami, których zadaniem jest ochranianie samolubnych cząsteczek, zwanych genami. Prawda ta wciąż napawa mnie zdumieniem i chyba nigdy nie przestanie, choć znana mi jest od lat. Mam jedynie nadzieję, że przynajmniej część tego zdumienia zdołam przekazać innym.

Moją książkę chciałbym zadedykować trzem czytelnikom, którzy, jak to sobie wyobrażałem, zaglądali mi podczas pisania przez ramię. Pierwszy to laik - niespecjalista. Dla niego prawie całkowicie zaniechałem stosowania terminologii naukowej, a jeśli musiałem użyć określeń specjalistycznych, to je definiowałem. Zastanawiam się nawet, czy również z czasopism fachowych nie powinno się usunąć naszego żargonu. Zakładałem, że laik nie ma wiedzy fachowej, ale nie zakładałem, że jest głupi. Stosując zbytnie uproszczenia, popularyzować naukę potrafiłby każdy. Ja jednak dołożyłem wielkich starań, by językiem niematematycznym przekazać pewne subtelne i skomplikowane myśli, nie gubiąc przy tym ich istoty. Nie wiem, jak dalece mi się to udało. Nie wiem też, jak dalece udało mi się zaspokoić inną moją ambicję: uczynić tę książkę tak atrakcyjną i interesującą, jak na to zasługuje jej temat. Zawsze uważałem, że biologia może być równie ekscytująca jak wypełniona zagadkami powieść detektywistyczna, ponieważ biologia to powieść tego właśnie rodzaju. Chciałbym wierzyć, że udało mi się zaszczepić choć odrobinę fascynacji, na jaką zasługuje ta dziedzina.

Mój drugi wyimaginowany czytelnik to specjalista. Był surowym krytykiem, ciężko wzdychającym nad niektórymi z moich analogii czy metafor. Jego ulubione powiedzonka to "z wyjątkiem", "ale z drugiej strony" i "eee". Słuchałem go pilnie i nawet całkowicie przeredagowałem dla niego jeden rozdział, ale w końcu zdecydowałem się opisać wszystko po swojemu. Specjalista z pewnością nie będzie w pełni zadowolony ze sposobu ujęcia tematu. Mam jednak nadzieję, że nawet on znajdzie tu coś nowego; może nowe spojrzenie na znane mu idee, a może impuls do własnych poszukiwań. Ale jeśli okaże się, że mierzyłem zbyt wysoko, czy mogę przynajmniej mieć nadzieję, że książka ta uprzyjemni mu podróż pociągiem?

Trzeci z moich wyimaginowanych czytelników to student, który z laika przeobraża się w eksperta. Gdyby przypadkiem nie zdecydował się jeszcze, w jakiej dziedzinie chciałby takim ekspertem zostać, mam nadzieję, że zechce zastanowić się nad tą, którą ja się zajmuję, czyli zoologią. Poza jej potencjalną "użytecznością" czy też po prostu miłością do zwierząt jest ważniejszy powód, dla którego warto tę gałąź wiedzy studiować. Jest nim fakt, że my - zwierzęta - jesteśmy najbardziej skomplikowanymi i najdoskonalej zaprojektowanymi mechanizmami, jakie można spotkać w dostępnym nam Wszechświecie. Jeśli postawi się sprawę w ten sposób, trudno wręcz pojąć, czemu w ogóle prowadzi się badania w jakichś innych jeszcze dziedzinach! Mam nadzieję, że moja książka będzie miała pewną wartość poznawczą także dla studenta, który już poświęcił się zoologii. Często bowiem jest on zmuszony przegryzać się przez te same artykuły naukowe i fachowe książki, po które i ja sięgałem podczas swoich rozważań. Jeśli trudno mu będzie strawić materiały źródłowe, może moje niematematyczne ujęcie tematu będzie mu pomocne jako wstęp i literatura uzupełniająca.

W próbie zwrócenia się do trzech kategorii czytelników tkwią oczywiste niebezpieczeństwa. I mogę tylko zapewnić, że byłem ich w pełni świadom, ale uznałem, że korzyści wynikające z podjętej próby w pełni je zrównoważą.

Jestem etologiem, toteż książka ta traktuje o zachowaniach zwierząt. Moje przywiązanie do tradycji etologicznej, w której atmosferze się rozwijałem, jest więc czymś naturalnym. Zaważyło na tym zwłaszcza dwanaście lat pracy w Oksfordzie pod kierunkiem Nika Tinbergena. Człowiek ten wywarł na mnie wielki wpływ, choć zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy. Termin "maszyna przetrwania", choć nie on go wymyślił, mógł być jego autorstwa. Ale etologię ożywił ostatnio napływ świeżych idei pochodzących ze źródeł powszechnie uważanych za niemające związku z tą dziedziną. I głównie na tych właśnie ideach oparta jest ta książka. Nazwiska ich twórców pojawiają się w odpowiednich miejscach tekstu. Najważniejsi z nich to: G.C. Williams, J. Maynard Smith, W.D. Hamilton i R.L. Trivers.

Wiele osób proponowało tytuły dla mojej książki, które z wdzięcznością wykorzystałem jako tytuły rozdziałów. John Krebs zaproponował tytuł Nieśmiertelne helisy, Desmond Morris - Maszyna genowa. Tim Clutton-Brock i niezależnie Jean Dawkins, wzorując się na neologizmach Stephena Pottera, zaproponowali Genesmanship6.

Wyimaginowani czytelnicy mogą być obiektami pobożnych życzeń i pragnień, w praktyce są jednak mniej przydatni niż prawdziwi czytelnicy i krytycy. Mam skłonność do robienia ciągłych przeróbek i trud nanoszenia na każdej stronie niezliczonych poprawek oraz poprawek do poprawek spadał na Marian Dawkins. Jej znakomita znajomość literatury naukowej i orientacja w zagadnieniach teoretycznych oraz nieustanne zachęty i moralne wsparcie były dla mnie nieocenione. Cały maszynopis książki przeczytał również John Krebs. Lepiej ode mnie zorientowany w tej dziedzinie, nieprzerwanie i z hojnością udzielał mi rad i sugestii. Glenys Thomson i Walter Bodmer uprzejmie, acz zdecydowanie skrytykowali moje ujęcie kwestii genetycznych. Obawiam się, że wersja poprawiona może nie w pełni ich zadowolić, ale mam nadzieję, że uznają ją za choć trochę lepszą. Jestem im niezmiernie wdzięczny za poświęcony mi czas i cierpliwość. John Dawkins tropił swym bystrym okiem mylącą frazeologię i udzielił znakomitych rzeczowych rad dotyczących jej ulepszenia. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego "inteligentnego laika" niż Maxwell Stamp. Jego sprawność w wychwytywaniu niedoskonałości stylistycznych pierwszej wersji maszynopisu w dużym stopniu przyczyniła się do jego ostatecznego kształtu. John Maynard Smith, Desmond Morris, Tom Maschler, Nick Blurton Jones, Sarah Kettlewell, Nick Humphrey, Tim Clutton-Brock, Louise Johnson, Christopher Graham, Geoff Parker i Robert Trivers poddali konstruktywnej krytyce poszczególne rozdziały lub w inny sposób udzielili mi kompetentnej rady. Pat Searle i Stephanie Ver­hoeven nie tylko znakomicie pisały na maszynie, ale sprawiały wrażenie, że robią to z przyjemnością, co również było dla mnie zachętą. Na końcu chciałbym podziękować Michaelowi Rodgersowi z Oxford University Press, który nie tylko zredagował moje dzieło, ale na każdym etapie jego powstawania dawał z siebie daleko więcej, niż wymagały tego obowiązki.

Richard Dawkins

1976

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

6 W polskim tłumaczeniu rozdziałowi 6 nadano tytuł Genowe mistrzostwo (przyp. tłum).