Wprowadzenie do wydania jubileuszowego
Niezwykłe wrażenie wywiera na mnie świadomość, że na dobre czy na złe, niemal połowę życia przeżyłem z Samolubnym genem. Przez wszystkie te lata za każdym razem, gdy ukazywała się kolejna z siedmiu moich książek, wydawcy posyłali mnie w podróż mającą na celu ich promocję. Uczestnicy spotkań reagowali na daną książkę z radującym serce autora entuzjazmem, uprzejmie bili brawo i zadawali inteligentne pytania. Następnie ustawiali się w ogonkach, by kupić... Samolubny gen i uzyskać w nim mój autograf. Możliwe, że nieco przesadzam. Niektórzy kupują moje nowe książki, a reszta - jak próbuje mnie pocieszać żona - zetknąwszy się z nowym autorem, ma naturalną potrzebę sięgnięcia po jego pierwsze dzieło, a po przeczytaniu Samolubnego genu z pewnością sięgnie do kolejnych i wreszcie do tej najnowszej i (dla jej dumnego rodzica) najukochańszej.
Bardziej by mi to przeszkadzało, gdybym mógł powiedzieć, że Samolubny gen z biegiem czasu stracił na aktualności i jest już przestarzały. Niestety (patrząc z pewnego punktu widzenia) nie mogę tak twierdzić. Pewne szczegóły się zmieniły i pojawiło się mnóstwo nowych faktów, ale z wyjątkiem, który omówię za chwilę, niewiele jest w tej książce takich stwierdzeń, które teraz powinienem odwołać lub za które chciałbym przepraszać. Arthur Cain, nieżyjący już profesor zoologii z Liverpoolu i jeden z moich ważniejszych mistrzów w Oksfordzie w latach sześćdziesiątych, określił Samolubny gen w roku 1976 jako "książkę młodego człowieka". Pisząc to, celowo cytował recenzenta książki A.J. Ayera zatytułowanej Language, Truth and Logic (Język, prawda i logika). Pochlebiało mi to porównanie, mimo iż wiedziałem, że Ayer odwołał wiele z tego, co pisał w tej książce, i nie umknęła mej uwagi sugestia Caina, że ja także, gdy nadejdzie czas, powinienem uczynić podobnie.
Niniejsze rozważania chciałbym zacząć od refleksji nad tytułem. W roku 1975 za pośrednictwem mego przyjaciela Desmonda Morrisa pokazałem nie w pełni jeszcze ukończoną książkę Tomowi Maschlerowi, guru londyńskich wydawców. Dyskutowaliśmy o niej w jego gabinecie w wydawnictwie Jonathan Cape. Książka mu się podobała, ale tytuł nie. "Samolubny" to takie "dołujące" słowo. A może by zatytułować książkę Nieśmiertelny gen? "Nieśmiertelny" to słowo "krzepiące", nieśmiertelność informacji genetycznej to centralny motyw książki, a "nieśmiertelny gen" brzmi niemal tak samo intrygująco, jak "samolubny gen" (żaden z nas chyba nie zauważył zbieżności z Samolubnym olbrzymem Oscara Wilde'a). Teraz uważam, że Maschler chyba miał rację. Wielu krytyków, szczególnie tych bardziej zażartych i z filozoficznym wykształceniem, jak się przekonałem, zwykle ocenia książki po tytułach. Niewątpliwie jest to całkiem skuteczna strategia w odniesieniu do Powiastki Beniamina Trusia czy do Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego, ale wyraźnie zdaję sobie sprawę z tego, że fraza "samolubny gen" bez ogromnego przypisu w postaci samej książki może sprawiać mylące wrażenie co do jej treści. Współcześni wydawcy, a w każdym razie amerykańscy, z pewnością nalegaliby, aby tytuł opatrzyć podtytułem.
Tytuł ten najlepiej wyjaśnić, ustalając, na co położony jest akcent. Zaakcentujmy "samolubny", a czytelnik pomyśli, że książka jest o samolubstwie, podczas gdy tak naprawdę więcej uwagi poświęcono w niej altruizmowi. Tak więc słowem, na które w tytule pada nacisk, jest "gen" - a oto dlaczego: Centralna debata toczona w łonie darwinizmu dotyczy tego, jaka to właściwie jednostka podlega doborowi: co tak naprawdę przeżywa lub nie przeżywa w konsekwencji doboru naturalnego. Ta jednostka stanie się po prostu z definicji samolubna. Możliwe, że altruizm jest faworyzowany na innych poziomach. Czy dobór naturalny dokonuje się między gatunkami? Jeśli tak, to moglibyśmy oczekiwać, że poszczególne organizmy będą się zachowywać altruistycznie "dla dobra gatunku". Mogłyby ograniczać liczbę potomstwa, aby unikać nadmiernego zagęszczenia populacji, lub mogłyby rezygnować z polowań, by zachować przyszłe zasoby dostępnych gatunkowi zwierząt stanowiących jego pokarm. Właśnie takie szerzące się powszechnie nieporozumienia dotyczące darwinizmu skłoniły mnie do napisania tej książki.
A może dobór naturalny, jak utrzymuję w tej książce, wybiera między genami? W takim przypadku nie powinno nas dziwić, gdy stwierdzimy, że jednostki zachowują się altruistycznie "dla dobra genów", na przykład chroniąc jednostki spokrewnione, które przypuszczalnie wyposażone są w takie same geny. Taki altruizm w stosunku do organizmów spokrewnionych to tylko jeden ze sposobów, w jakie samolubstwo genów może przekładać się na indywidualny altruizm. Ta książka wyjaśnia, na czym to polega i na czym polega wzajemność, inny generator altruizmu w świetle teorii Darwina. Gdybym miał ponownie napisać tę książkę jako od niedawna wyznawca zasady upośledzenia Zahaviego/Grafena (patrz s. 286), poświęciłbym nieco miejsca omówieniu idei Amotza Zahaviego, mówiącej, że altruistyczna ofiara może być sygnałem dominacji na podobieństwo darów potlaczowych1: zobacz, o ile cię przewyższam, stać mnie na to, by przekazać ci kosztowny dar!
Chciałbym powtórzyć i rozwinąć uzasadnienie zastosowania słowa "samolubny" w tytule. Istotne pytanie brzmi: który poziom w hierarchii życia okaże się w nieunikniony sposób poziomem samolubnym, poziomem działania doboru naturalnego? Samolubny gatunek? Samolubna grupa? Samolubny organizm? Samolubny ekosystem? Można przytaczać argumenty na poparcie każdego z tych poziomów i każdy z nich znalazł swych bezkrytycznych zwolenników, ale wszystkie są błędne. Darwinowski przekaz zawiera się w lakonicznej frazie "samolubne coś", a to "coś" z powodów, które są przedstawione w niniejszej książce, okazuje się genem. Niezależnie od tego, czy czytelnik ostatecznie przyjmie tę argumentację, takie jest uzasadnienie nadanego książce tytułu.
Mam nadzieję, że w ten sposób pozbywamy się poważniejszych nieporozumień. Kiedy się jednak teraz nad tym zastanawiam, dostrzegam własny brak konsekwencji w tej sprawie. Można go szczególnie znaleźć w rozdziale 1, a za przykład niech posłuży nam zdanie: "Próbujmy nauczać hojności i altruizmu, albowiem z urodzenia jesteśmy egoistami"2. Nie ma niczego złego w nauczaniu szczodrości czy altruizmu, ale wyrażenie "z urodzenia jesteśmy egoistami" jest mylące. Częściowo mogę to uzasadnić w ten sposób, że dopiero w roku 1978 zacząłem wyraźnie pojmować rozróżnienie między wehikułami (zwykle organizmami), a replikatorami, które w nich podróżują (w praktyce są to geny; całe zagadnienie wyjaśnione jest w rozdziale 13, który został dodany w drugim wydaniu). Proszę, zignorujcie to przytoczone bałamutne zdanie oraz jemu podobne i zastąpcie je czymś bardziej zgodnym z duchem tego paragrafu.
Biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa płynące z błędów tego rodzaju, przyznaję, że rzeczywiście tytuł może prowadzić do nieporozumień, i dlatego powinienem był, być może, zatytułować tę książkę Nieśmiertelny gen. Albo Altruistyczny wehikuł. Byłby to chyba nazbyt enigmatyczny tytuł, ale przecież rozstrzygnięto już pozorny spór między genem a organizmem jako rywalami o miano jednostki doboru naturalnego (w sporze tym nieżyjący już Ernst Mayr uczestniczył aż do końca). Są dwa rodzaje jednostek doboru naturalnego i nie ma między nimi żadnego sporu. Gen jest taką jednostką w sensie replikatora. Organizm jest jednostką w sensie wehikułu. Oba są ważne. Żadnego nie należy lekceważyć. Reprezentują dwa kompletnie odmienne rodzaje jednostek i popadniemy w ogromny zamęt, jeśli nie uznamy tego rozróżnienia.
Innym dobrym rozwiązaniem byłoby zatytułowanie książki Współdziałający gen. Wygląda to na paradoksalną sprzeczność z faktycznie wybranym tytułem, ale jedną z głównych tez tej książki jest istnienie swego rodzaju współdziałania między genami pilnującymi własnego interesu. Z całym naciskiem jednak twierdzę, że nie oznacza to, iż pewne grupy genów prosperują kosztem innych genów lub innych grup genów. Należy to raczej rozumieć w ten sposób, że każdy gen realizuje własny egoistyczny program w obecności innych genów należących do danej puli - stanowiącej zestaw kandydatów do przetasowania w akcie rozmnażania płciowego w obrębie danego gatunku. Te inne geny stanowią część środowiska, w którym żyje każdy z poszczególnych genów, tak samo jak częścią tego środowiska są pogoda, drapieżniki i ich ofiary, roślinność będąca pokarmem tych ostatnich i bakterie żyjące w glebie. Z punktu widzenia każdego z genów te inne obecne w środowisku geny to te, z którymi dzieli jeden organizm, będący ich wehikułem w podróży przez pokolenia. W perspektywie krótkofalowej oznacza to inne geny składające się na dany genom. W perspektywie długofalowej - inne geny w puli genowej dostępnej danemu gatunkowi. Dlatego też zadaniem doboru naturalnego jest przypilnowanie, by faworyzowane były określone zestawy wzajemnie kompatybilnych, czyli można niemalże powiedzieć "współpracujących", genów. W żadnym momencie ewolucja tego współpracującego genu nie narusza fundamentalnej zasady samolubności genu. Rozdział 5 wprowadza tę koncepcję, posługując się analogią do załogi wioślarskiej, a rozdział 13 ją rozwija.
Przyjmując, że naturalny dobór samolubnych genów faworyzuje także współdziałanie między genami, trzeba jednocześnie przyznać, że niektóre geny w ogóle nie kooperują i działają na niekorzyść całej reszty genomu. Niektórzy autorzy nazywają je genami wyrzutkami, inni - ultrasamolubnymi genami, jeszcze inni - po prostu samolubnymi genami - wykazując się brakiem zrozumienia subtelnej różnicy dzielącej te geny od tych kooperujących w obrębie karteli genów powodowanych własnym interesem. Przykładami takich ultrasamolubnych genów są geny presji mejotycznej, opisane na stronach 428-429, oraz pasożytniczy DNA, pierwotnie przedstawiony na stronie 96 i rozwinięty przez licznych autorów pod chwytliwą nazwą "samolubny DNA". Od czasu pierwszej publikacji tej książki regularnie pojawiały się doniesienia o odkryciu nowych i coraz dziwaczniejszych ultrasamolubnych genów.
Samolubny gen krytykowano za antropomorfizm i w tej sprawie także winien jestem czytelnikowi może nie przeprosiny, ale na pewno wyjaśnienie. Stosuję dwa poziomy personifikacji: genów i organizmów. Personifikacja genów tak naprawdę nie powinna stanowić żadnego problemu, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa, że cząstki DNA obdarzone są świadomością i osobowością, i żaden rozsądny czytelnik nie imputowałby takich urojeń autorowi. Miałem kiedyś zaszczyt słuchać wielkiego biologa molekularnego Jacques'a Monoda mówiącego o kreatywności w nauce. Nie pamiętam dosłownie, ale powiedział mniej więcej, że próbując przemyśleć zagadnienie chemiczne, zadaje sobie pytanie, co by zrobił, gdyby był elektronem. Peter Atkins, w swej wspaniałej książce Creation Revisited (Powtórka ze stworzenia), posługuje się podobną personifikacją, gdy rozważa załamanie wiązki światła przechodzącego do ośrodka o wyższym współczynniku załamania, co zmniejsza jego prędkość. Światło zachowuje się tak, jak gdyby próbowało zminimalizować czas potrzebny na pokonanie odległości do punktu końcowego. Atkins wyobraża sobie tę wiązkę jako ratownika na plaży, który biegnie co sił, by ratować tonącego. Czy powinien skierować się ku tonącemu i zmierzać do niego po linii prostej? Nie, ponieważ biegnie szybciej, niż pływa, i roztropniej byłoby zwiększyć proporcję czasu poświęconego na przemieszczanie się po lądzie. Czy powinien biec tak daleko, aż znajdzie się na plaży dokładnie naprzeciwko ratowanego nieszczęśnika, minimalizując tym samym czas potrzebny na płynięcie? Już lepiej, ale to jeszcze nie jest najlepsza strategia. Obliczenia (gdyby miał możliwość ich przeprowadzenia) ujawniłyby ratownikowi optymalny kąt pośredni, dzięki któremu uzyskałby tę idealną kombinację szybkiego biegu i nieuniknienie wolniejszego płynięcia, która w sumie dawałaby najkrótszy czas potrzebny na dotarcie do tonącego. Atkins podsumowuje:
Tak właśnie zachowuje się światło przechodzące do gęstszego ośrodka. Ale skąd światło wie, najwyraźniej z góry, która droga okaże się najkrótsza? I w ogóle, dlaczego miałoby mu na tym zależeć?
Pytania te są elementem fascynującego rozumowania inspirowanego teorią kwantową.
Personifikacja tego rodzaju nie jest tylko osobliwym środkiem dydaktycznym. Może także pomóc naukowcowi w uzyskaniu właściwej odpowiedzi w obliczu niebezpiecznych skłonności do błędu. Odnosi się do darwinowskich rozważań nad altruizmem i samolubstwem, współdziałaniem i złośliwością. Bardzo łatwo dojść do błędnych wniosków. Personifikowanie genów, jeśli się to robi z należytą starannością i ostrożnością, często okazuje się najkrótszą drogą do uratowania darwinowskiego teoretyka przed utonięciem w kałuży. Ze wszystkich sił starając się zachować ostrożność, czułem się jednocześnie zachęcany przez mistrzowskiego poprzednika, W.D. Hamiltona, jednego z czterech wymienionych w książce mistrzów. W artykule z roku 1972 (w którym zacząłem pisać Samolubny gen) Hamilton stwierdził:
Gen jest faworyzowany przez dobór naturalny, jeśli sumaryczna liczba jego replik stanowi zwiększającą się część całkowitej puli genów. Przedmiotem naszych rozważań będą geny wywierające wpływ na zachowania społeczne swych nosicieli, spróbujmy więc uczynić rozumowanie bardziej obrazowym, przypisać genom inteligencję i swego rodzaju wolność dokonywania wyborów. Wyobraźmy sobie, że gen rozważa problem zwiększenia liczby swoich replik i że może wybierać pomiędzy...
W takim właśnie duchu należy czytać tę książkę.
Personifikacja organizmu może być przyczyną większych trudności. Dzieje się tak dlatego, że organizmy w odróżnieniu od genów mają mózgi, a co za tym idzie, rzeczywiście mogą kierować się motywami samolubnymi lub altruistycznymi w czytelnym dla nas subiektywnym znaczeniu. Książka zatytułowana Samolubny lew mogłaby wprowadzać zamęt, czego unikamy w przypadku Samolubnego genu. Tak jak można postawić się w położeniu wyobrażonej wiązki światła, inteligentnie wybierającej optymalną trasę przez serię soczewek i pryzmatów, czy hipotetycznego genu wybierającego optymalną trasę przez pokolenia, tak samo można postulować, że poszczególna lwica kalkuluje optymalną strategię behawioralną, której celem ma być długofalowe przetrwanie jej genów. Pierwszym darem złożonym przez Hamiltona biologii była precyzyjna aparatura matematyczna, którą prawdziwie darwinowska jednostka, taka jak lwica, musiałaby stosować przy podejmowaniu decyzji obliczonych na maksymalizację długofalowego przetrwania swych genów. W tej książce zastosowałem nieformalne werbalne równoważniki takich obliczeń - prowadzone na dwóch poziomach.
Na stronie 245 przechodzimy szybko z jednego poziomu na drugi:
Rozważaliśmy warunki, w których matce opłaciłoby się pozwolić, by taki osobnik umarł. Intuicyjnie bylibyśmy jednak skłonni zakładać, że on sam będzie kontynuował walkę do ostatka. Teoria może jednak przewidywać inne rozwiązanie. W momencie gdy osobnik karłowaty jest mały i słaby, a tym samym spodziewany czas trwania jego życia skraca się do takiego poziomu, że jego korzyść w rezultacie inwestycji rodzicielskiej stanowi mniej niż połowę korzyści, jaką w wyniku takiej samej inwestycji odnieść mogłyby inne dzieci, powinien on dobrowolnie i ofiarnie umrzeć. Na takim obrocie sprawy jego geny skorzystają najbardziej.
Jest to przykład introspekcji na poziomie jednostki. Nie zakłada się tu, że karzeł podejmuje decyzję i wybiera to, co sprawi mu przyjemność. Zakłada się natomiast, że jednostki w darwinowskim świecie jak gdyby wykonują obliczenia, by ustalić, co byłoby najlepsze dla ich genów. Dalej w tym paragrafie jest to wyraźnie ukazane przez szybkie przejście do personifikacji na poziomie genu. Innymi słowy, gen dający ciału instrukcję:
"Jeśli jesteś o wiele mniejszy niż twoi towarzysze z miotu, zaniechaj walki o życie i umrzyj", mógłby odnieść sukces w puli genów, ponieważ ma 50 procent szans, że znajduje się w ciałach każdego z zachowanych przy życiu braci i sióstr, a jego szanse na przetrwanie w karłowatym ciele byłyby i tak bardzo niewielkie.
I dalej w tym samym paragrafie ponownie powracamy do snującego introspekcję karła:
W życiowej karierze karła powinien istnieć pewien moment przełomowy. Nim ten moment osiągnie, powinien kontynuować zmagania o przetrwanie. Minąwszy go, powinien dać za wygraną i najlepiej pozwolić się zjeść towarzyszom z miotu lub rodzicom.
Naprawdę uważam, że te dwa poziomy personifikacji nie wprowadzają zamieszania, pod warunkiem że są czytane w szerszym kontekście. Te dwa poziomy "jak gdyby kalkulacji" prowadzą do dokładnie tych samych wniosków, jeśli są poprawnie przeprowadzone: na tym właśnie polega kryterium ich poprawności. Dlatego też, gdybym miał dziś ponownie napisać tę książkę, nie usunąłbym z niej tego rodzaju personifikacji.
Przerabianie opublikowanej książki to jedno, ale sprawianie, by zapomniał o niej ktoś, kto ją przeczytał, to zupełnie inna sprawa. Jak mamy rozumieć następujący werdykt wydany przez czytelnika z Australii?
Fascynująca, ale czasem żałuję, że w ogóle ją przeczytałem... Na pewnym poziomie uczestniczę w przekazywanym przez Dawkinsa zachwycie nad działaniem tak złożonych procesów. [...] Ale jednocześnie obwiniam Samolubny gen za serię epizodów depresji, na którą cierpię od ponad dziesięciu lat. [...] Nigdy nie miałem pełnej jasności co do własnego duchowego światopoglądu, ale próbowałem znaleźć coś głębszego - próbowałem wierzyć, choć nie całkiem mi się to udawało - stwierdziłem jednak, że ta książka po prostu zmiotła wszelkie niejasne wyobrażenia, jakie miałem na ten temat, i uniemożliwiła mi dalsze ich krystalizowanie. Przed laty przeżyłem w związku z tym całkiem poważny osobisty kryzys.
Przytaczałem już wcześniej kilka podobnych reakcji czytelników.
Pewien zagraniczny wydawca mojej pierwszej książki powiedział mi, że po jej przeczytaniu nie mógł spać przez trzy noce, tak bardzo poruszyło go jej zimne i ponure przesłanie. Inni pytają mnie, jak w ogóle jestem w stanie wstawać rano z łóżka. Pewien nauczyciel z odległego kraju napisał do mnie z wyrzutem, że jedna z jego uczennic zgłosiła się doń zapłakana, ponieważ lektura mojej książki przekonała ją, iż życie jest puste i pozbawione sensu. W obawie, że owa książka może zasiać taki sam nihilistyczny pesymizm w umysłach innych dzieci, nauczyciel poprosił dziewczynę, aby nie pokazywała jej nikomu3.
Jeśli coś jest prawdziwe, to myślenie życzeniowe nie może tego anulować. Taka byłaby moja pierwsza odpowiedź. Ale jest i druga, niemal tak samo istotna. Dalej pisałem tak:
Przypuszczalnie rzeczywiście nie ma żadnego ostatecznego celu Wszechświata, ale czy ktokolwiek z nas wiąże jakiekolwiek osobiste nadzieje z owymi ostatecznymi losami kosmosu? Raczej nie; nie, jeśli choć trochę kieruje się rozsądkiem. O naszym życiu decyduje cała masa bliższych, swojskich, bardzo ludzkich ambicji i odczuć. Zarzucanie nauce, że odziera życie z urody, która nadawała mu sens, jest tak absurdalne, tak przeciwne mojemu w tej mierze odczuciu, a także przekonaniu większości innych naukowców, że niemal doprowadza mnie to do rozpaczy, o którą tak niesłusznie mnie posądzano4.
Podobną skłonność do zabijania posłańca wykazują inni krytycy, którzy sprzeciwiali się społecznym, politycznym czy ekonomicznym implikacjom Samolubnego genu, które uznawali za niepożądane. Wkrótce po tym, jak Margaret Thatcher odniosła pierwsze zwycięstwo wyborcze w roku 1979, mój przyjaciel Steven Rose pisał w "New Scientist", co następuje:
Nie wydaje mi się, by Saatchi and Saatchi zatrudnili zespół socjobiologów do pisania scenariuszy dla Thatcher ani nawet że określeni wykładowcy z Oksfordu czy z Sussex zaczynali się radować tymi praktycznymi przejawami prostych prawd o samolubnych genach, do których istnienia próbowali nas przekonać. Koincydencja modnej teorii z wydarzeniami politycznymi jest bardziej zagmatwana. Uważam jednak, że kiedy zostanie spisana historia przesunięcia ku prawicy końca lat siedemdziesiątych, odejścia od prawa i porządku do monetaryzmu i do (mniej jednogłośnie) centralizmu państwowego, wtedy zmiana na polu naukowych mód, nawet jeśli chodzi o odejście od modelu doboru grupowego do krewniaczego w teorii ewolucyjnej, zostanie uznana za część fali, która doprowadziła do władzy zwolenników polityki Thatcher i ich dziewiętnastowieczne pojęcia o niezmiennej, rywalizującej i ksenofobicznej ludzkiej naturze.
Tym "wykładowcą z Sussex" był nieżyjący już John Maynard Smith, podziwiany zarówno przez Stevena Rose'a, jak i przeze mnie. Odpowiedział w sposób sobie właściwy w liście do "New Scientist": "Co mieliśmy zrobić, podrasować równania?". Jedno z głównych przesłań Samolubnego genu (wzmocnione jeszcze w tytułowym eseju w książce Kapelan diabła) głosi, że nie powinniśmy naszych wartości wysnuwać z darwinizmu, a jeśli już, to ze znakiem przeciwnym. Nasze mózgi wyewoluowały do tego stopnia, że możemy przeciwstawić się naszym samolubnym genom. Fakt, że korzystamy ze środków antykoncepcyjnych, jest najlepszym tego dowodem. Ta sama zasada mogłaby się okazać skuteczna również i na szerszą skalę.
W odróżnieniu od wydania z roku 1989 to jubileuszowe nie zawiera żadnego nowego materiału oprócz niniejszego wprowadzenia i kilku fragmentów recenzji wybranych przez moją trzykrotną Wydawczynię i idolkę Lathę Menon5. Nikt oprócz Lathy nie mógł zastąpić Michaela Rodgersa, stosującego strategię życiową typu K, Nadzwyczajnego Wydawcę, którego niezachwiana wiara w tę książkę była dla pierwszego jej wydania jakby silnikiem rakietowym, który skierował ją na jej niebotyczną trajektorię.
W tym wydaniu wszakże powraca - i jest to dla mnie ogromna radość - pierwotne słowo wstępne pióra Roberta Triversa. W książce tej wymieniłem Billa Hamiltona jako jednego z czterech moich intelektualnych mistrzów. Kolejnym jest Bob Trivers. Jego idee dominują w znacznym stopniu w rozdziałach 9, 10 i 12 oraz w całym rozdziale 8. Jego przedmowa jest nie tylko wspaniale skomponowanym wprowadzeniem do książki: Trivers, co nietypowe, uczynił ją także nośnikiem do przekazania światu swej nowej błyskotliwej koncepcji - teorii ewolucji samooszukiwania się. Jestem mu ogromnie wdzięczny za to, że wyraził zgodę, by jego oryginalny wstęp uświetnił to jubileuszowe wydanie.
Richard Dawkins
Oksford, październik 2005
1 Potlacz - tradycyjna dla Indian północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej ceremonialna uczta, której towarzyszyło rytualne obdarowywanie gości prezentami o wielkiej wartości materialnej. Jej celem było utwierdzenie pozycji społecznej obdarowującego (przyp. tłum.).
2 Por. s. 38 (przyp. tłum).
3 Rozplatanie tęczy, przeł. M. Betley, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s. 9 (przyp. tłum.).
4 Ibidem, s. 9-10 (przyp. tłum.).
5 W polskim wydaniu fragmenty recenzji zostały pominięte (przyp. red.).