Samoleczenie proste i skuteczne. Naukowo udowodnione sposoby bezpiecznego eliminowania schorzeń - Ulrich Strunz


Reflow text when sidebars are open.
Samouzdrowienie to żaden cud
Cud? Nie wierzę w cuda. Bo kiedy przyjrzymy się bliżej, to za każdym medycznym cudem widzimy człowieka. Zdumiewające siły samoleczenia jego ciała. I ducha. Które także każdy z nas może z siebie wykrzesać, jeśli zrobi trzy całkiem proste rzeczy:
- Zasznuruje w końcu sportowe buty i zacznie biegać. A dzięki temu przełączy geny na zdrowie.
- Uporządkuje sobie wreszcie w głowie. Skończy ze stresem, zamartwianiem się, A zamiast tego przełączy się na niezależność.
- Usunie w końcu z lodówki śmieciowe jedzenie i zastąpi bomby węglowodanowe trzema diamentami.
Tymi trzema: białkiem, witaminami i mikroelementami oraz kwasami tłuszczowymi omega-3. Pożywieniem prawidłowym genetycznie. A co się za tym kryje? Głęboki wgląd, że niezbędne substancje odżywcze leczą. Że aminokwasy, witaminy i tym podobne są bezdyskusyjnie znacznie skuteczniejsze, znacznie silniejsze niż wszystkie preparaty farmaceutyczne. Że tak właśnie jest, pokazuje przykład młodej kobiety, której lekarze dawali jeszcze trzy miesiące życia. Nie chciała się z tym pogodzić. Zamiast tego zaczęła biegać, wyeliminowała z diety cukier. Makarony. Chleb. Teraz, cztery lata później, ta krnąbrna młoda dama wciąż żyje. I wygląda na niezwykle zadowoloną.
Takie cuda są w Niemczech na porządku dziennym. Tyle że mało się o tym słyszy. Znacznie częściej pisze się o porażkach. A więc o zwykłych terapiach, które często nie pomagają. Pacjenci nie są z tego zadowoleni. Piszą sami, jak tego dokonali.
Odkąd ukazała się moja książka Ulecz siebie: naturalne mechanizmy samouzdrawiania, zalew listów, które dane mi jest codziennie czytać, jeszcze przybrał na sile. Nasuwa się zatem możliwość systematycznej analizy różnych historii samouzdrowienia. Jakie kroki doprowadziły do wyleczenia? Jakie stały za tym molekularno-medyczne zależności? A rezultat? Droga do wyleczenia obejmuje w zasadzie te same siedem kroków.
1. Powiedzenie: "Tak". Otwarcie oczu i powiedzenie "tak": "Tak, nie czuję się dobrze. Tak, teraz to zmienię".
2. Powiedzenie: "Teraz ja". Wzięcie odpowiedzialności. Za własne zdrowie. Za własne życie. Postawienie samego siebie u steru.
3. Sprowadzenie pomocy. Lekarze i członkowie rodziny są teraz ważni, podobnie jak przyjaciółki i przyjaciele, wiele osób szuka też wsparcia na poziomie metafizycznym.
4. Zmiana kursu. Obranie w życiu nowego kierunku. Szybkie i radykalne. Albo całkiem powolne. A co najważniejsze, konsekwentne.
5. Ciągłe posuwanie się naprzód. Wytrwałe pozostawanie na nowej drodze. Także wtedy, gdy zerwie się przeciwny wiatr.
6. Zdeklarowanie się. Zajęcie stanowiska. Także wtedy, gdy inni ludzie nie rozumieją nowego stylu życia, nowego nastawienia.
7. Dotarcie do celu. Pozwolenie, aby nastąpił cud wyleczenia. Częste uśmiechanie się...
Każde uzdrowienie jest samouzdrowieniem. Daj się porwać licznym zamieszczonym w tej książce historiom wyleczenia. Nie tylko inspirują one tysiące innych ludzi, ale także zachęcają mnie każdego dnia, żebym szedł do mego gabinetu lekarskiego i mówił pacjentom: "Uzdrowię cię". Dodając jednak: "Jeśli ty wniesiesz swój wkład".
Szczerze oddany
Ulrich Strunz
Przeciętnie osiemnaście razy w roku każdy Niemiec zjawia się w gabinecie lekarskim. A zatem jeden lub dwa razy w miesiącu. To rekord w porównaniu z innymi krajami uprzemysłowionymi. W większości przypadków pacjent otrzymuje potem receptę i odbiera w aptece jakiś medykament. Który czasem jest skuteczny. A często nie. Który wywiera pewne "działania niepożądane". W każdym razie w większości przypadków. Przy czym większość pospolitych chorób przechodzi sama z siebie. Organizm leczy się sam. Kiedy mu się na to pozwoli.
Ale nie oszukujmy się. W przypadku niektórych problemów nasz wspaniały organizm nie da sobie tak dobrze rady bez pomocy chirurgii i farmaceutyków. Na przykład w przypadku raka. Wrodzonej cukrzycy. Poważnych wypadków. Zawału serca. By wymienić tylko kilka. Jednak także w tego rodzaju "ciężkich" sytuacjach mogą nas zaskoczyć zachodzące w organizmie procesy zdrowienia, których medycyna akademicka właściwie nie przewiduje. Bo kość dziecka odzyskuje stabilność już po czterech dniach. Wielki guz w jamie brzusznej znika. To się zdarza.
Samoistne wyleczenie jest możliwe
Prof. dr Walter Michael Gallmeier kierował szpitalem oraz Instytutem Onkologii, Hematologii i Transplantacji Szpiku przy Klinice Norymberskiej. Intensywnie zajmował się przypadkami samoistnej remisji nowotworów. Jego napisana wspólnie z dr. Herbertem Kappaufem książka Nach der Diagnose Krebs - Leben ist eine Alternative wywołała żywy oddźwięk - Kappauf wydał następnie jeszcze jedną publikację na ten temat: Wunder sind möglich - Spontanheilung bei Krebs. Obaj spotkali się naturalne z nieprzychylnym przyjęciem. Prowadzili jednak dalsze badania, nie dając sobie zamknąć ust. Dewiza Gallmeiera brzmiała (por. Kappauf, 2014, strona 18):
"Kto nie wierzy w cuda, nie jest realistą".-- PROF. DR WALTER MICHAEL GALLMEIER --
Dla ciebie znaczy to: przestańmy mieć złe sny, dajmy raczej szansę cudowi. Stańmy się realistami! Dlatego przyjrzyjmy się teraz dokładniej temu, co kryje się za tym cudem: samowyleczeniu, samoistnej remisji, samoorganizacji.
Samowyleczenie: właściwie żaden cud
W tym, że każdego dnia organizm sam regeneruje się, odbudowuje, leczy, nie ma nic niezwykłego. Taka jest codzienność. Takie jest życie. Przeziębienie znika po kilku dniach (jeśli układ odpornościowy otrzymał odpowiednie witaminy, białka i tak dalej). Podobnie siniaki na łydce, skaleczenie na palcu, a nawet złamanie kości (jeśli organizm dysponuje właściwymi "cegiełkami" biochemicznymi).
Im bardziej uwzględniamy potrzeby własnej biologii - a więc dostatecznie długo sypiamy, zażywamy ruchu, w zrównoważony sposób zaopatrujemy się we wszystkie witalne substancje i regularnie usuwamy z głowy myślowe śmieci - tym szybsze, lepsze, trwalsze będzie samowyleczenie. Wszystko to nie ma zgoła nic wspólnego z cudami, jest to całkiem normalne. Jest to biologia. Medycyna molekularna.
Nie jest normalne, że w przypadku choroby odruchowo nie robimy najpierw tego, co jest całkiem zwyczajne: nie sypiamy zdrowo, nie jemy, nie biegamy i nie sprzątamy sobie w głowie. A zatem nie wprawiamy w ruch cudownych sił samoleczenia własnego organizmu. Za to zgłaszamy się do lekarza. Liczymy na zawikłane wyjaśnienia niezrozumiałym żargonem medycznym. Mamy nadzieję na długie recepty na pigułki. Idziemy do apteki, mocno wierząc, że poczujemy się lepiej, kiedy chemię naszego organizmu w sztuczny sposób zmienimy farmaceutykami. Chociaż podstawy nie są w porządku.
Prawdą jest przy tym, że farmaceutyki pomagają znosić bóle, łagodzą ucisk w klatce piersiowej, przywracają sen... Ale często tylko przykrywają chorobę. Tłumią ją. Wywołując niezliczone skutki uboczne. Wyzdrowienie w ten sposób jest niemożliwe. A przy tym często jest ono tak blisko. Łatwo to zrozumieć na przykładzie astmy, złamania kości, a nawet problemów psychicznych.
Astma może zniknąć
Przez wiele lat astmę mogliśmy tylko łagodzić. Nigdy wyleczyć. Zmieniło się to. Dzisiaj potrafimy wyleczyć astmę. Medycyna poczyniła postępy. W ostatnich latach stała się czymś wspaniałym. Nie tylko dla pacjentów, także dla lekarza. Nie masz pojęcia, jakie ogarnia mnie szczęście, kiedy czytam poniższe słowa:
"Od początku lutego prawie całkowicie wyeliminowałem z codziennego planu żywieniowego rafinowane węglowodany. Wywarło to ogromnie pozytywny wpływ na moje życie. Mam 46 lat, jestem ojcem. Od czwartego roku życia cierpię na astmę alergiczną, a wszystkie próby leczenia zarówno medycyny konwencjonalnej, jak i alternatywnej okazały się żałosną porażką.
Odkąd zmieniłem sposób odżywiania zgodnie z Pańskimi założeniami i co najmniej dwa razy dziennie wypijam napój z białka w proszku, moja astma zniknęła bardzo szybko i bez wielkiego krzyku. To znaczy: po ponad 40 latach nie mam żadnych dolegliwości i nie potrzebuję już żadnych leków. Zarówno w sferze sportów wytrzymałościowych, jak i codziennej sprawności otworzyły się dla mnie nowe światy".
Co się właściwie stało? W przypadku astmy układ odpornościowy nie funkcjonuje prawidłowo. Chorzy cierpią na ustawiczne zapalenie dróg oddechowych. A skąd ten stan zapalny? Przyczyną mogą być reakcje alergiczne lub infekcje. Niewykluczone, iż nadmiar węglowodanów tak zaburza przemianę materii, że przeciąża to mitochondria. A prócz tego nie mogą już być wytwarzane właściwe enzymy albo też enzymy te występują, lecz nie mogą prawidłowo zadziałać, gdyż brakuje koniecznych witamin i aminokwasów. Co ostatecznie może doprowadzić do astmy na podłożu autoimmunologicznym.
Jeśli teraz wyeliminuje się działające prozapalnie węglowodany i zapewni genom organizmu białka i witaminy, a ponadto uzupełni to codziennym programem ćwiczeń sportowych, które zaleją komórki tlenem, to może dojść do tego, że układ odpornościowy ustabilizuje się. I zniknie zapalenie dróg oddechowych. A wraz z nim astma.
Złamania zrastają się
Zdarza się to dość często. Skręcamy nogę podczas biegu i kość śródstopia ulega uszkodzeniu. I zawsze słyszy się tę samą śpiewkę; bezwarunkowo konieczna operacja. Żadnej alternatywy na widoku. Wielu lekarzy przestrzega przed ryzykiem i późniejszymi powikłaniami. Ponieważ po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, że nawet po takim wypadku organizm może sam całkowicie się wyleczyć. A więc zupełnie bez noży, skalpeli, płukania, nici chirurgicznych.
Do mojego gabinetu zgłosił się raz pacjent, który nie chciał w tym uczestniczyć. Wiele przeczytał i przemyślał, nie zważał na założenia lekarzy i dzielnie podjął próbę samoleczenia. Bardzo interesującą. Wyglądała tak:
- Kuracja uderzeniowa, witamina D 50 000 jednostek
- Dawkę witaminy D 6000 jednostek zwiększać dziennie o 12 000 jednostek
- 200 ?g witaminy K2
- 90 ?g K1
- 1000 mg witaminy C
- 100 mg cynku
- 1500 mg wapnia
Ktoś tu poważnie traktuje swoje zdrowie. Wiele przeczytał i stosuje zdobytą wiedzę w praktyce. Jego postępowanie jest ciekawe, gdyż nie poprzestaje na zwykłych suplementach diety, lecz przepisuje sobie ponadto następujące środki: dużo białka z soi, ryb, mięsa, białko w proszku, produkty bogate w kwasy tłuszczowe omega-3, a ponadto trening siłowy.
Kto po wypadku myśli najpierw o farmaceutykach i suplementach diety, często zapomina o rzeczach podstawowych. O "cegiełkach", dzięki którym organizm w ogóle zdolny jest do regeneracji. To znaczy w przypadku układu odpornościowego: o białkach i tłuszczach. A w przypadku kości: ruchu zamiast bezruchu. A także treningu siłowym, u niektórych osób nawet wtedy, gdy lekarz prowadzący nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Albo wręcz stanowczo tego zakazuje.
Oni są wszędzie: pacjenci, którzy zagrali na nosie swoim lekarzom rodzinnym. Którzy przeżyli wiele szczęśliwych lat po usłyszeniu diagnozy raka - chociaż dawano im już tylko kilka tygodni. Pacjenci, którzy śmieją się w twarz ortopedzie. Którzy na luzie przebiegają maraton - jeden po drugim, i to pomimo tego, że z ich uszkodzonym kolanem "właściwie" nic się nie da zrobić. Pacjenci, którzy zdumiewają swego psychologa. Którzy nagle stają się suwerenni - jak orzeł, ponieważ sami się uleczyli odpowiednią wodą mineralną (lit!), dużą ilością słońca (witamina D!), dodatkową porcją ulubionej muzyki (żegnaj stresie!), podczas codziennego biegu wśród zieleni (tlenowy prysznic!). Bez farmaceutyków. Całkiem prosto.
Mam to wielkie szczęście, że informują mnie oni o tym każdego dnia. W krótkich e-mailach, w długich listach. Niekiedy przysyłają zdjęcia. Fotograficzne dowody. Oto mężczyzna, który jeździł na wózku inwalidzkim, macha do nas z żaglówki: na stojąco, rozpromieniony. Oto pięćdziesięciokilkulatek uśmiecha się szeroko na plaży: w spodenkach kąpielowych, bez zwałów tłuszczu. Oto wielopokoleniowa rodzina biegnie po łące: pośrodku dziadek, który wbrew wszelkim rokowaniom pozbył się astmy i dolegliwości sercowych.
A zatem pacjenci, którzy wyzdrowieli, chociaż nikt w to nie wierzył. Poza nimi samymi i ich sojusznikami. Ponieważ poszli właściwą drogą. Swoją indywidualną drogą do wyleczenia. Ich punkty wyjścia bardzo się różniły.
Niektórzy pacjenci uważają się za tak rzadki przypadek szczególny, że praktycznie wykluczają możliwość uzdrowienia - dopóki nie zmienią swego sposobu myślenia. Inni rzeczywiście cierpią fizycznie z powodu skrzypiących stawów i zepsutych kości - a mimo to zaczynają się wreszcie ruszać. Jeszcze inni pozostają psychicznie "w podziemiu" - a potem jednak odnajdują drogę powrotną ku światłu. Wielu straciło kontrolę nad swoim życiem - a mimo to zdecydowani stają u steru.
Rzadkie przypadki szczególne
Droga do wyzdrowienia może być dość kamienista. Zwłaszcza początek bywa często trudny. Ponieważ bagatelizuje się pewne sprawy, ponieważ trwa się w zaprzeczeniu, ponieważ uznaje się za fałszywe jasno dowiedzione zależności medyczne. Często obierana droga polega na tym, że uważa się siebie za niezwykle rzadki przypadek szczególny, dla którego obowiązują zupełnie odmienne prawa natury niż dla reszty ludzkości.
Za taki przypadek szczególny uważa się także niezwykły Szwajcar Jean Nuttli. We własnym przekonaniu cierpi on na "rzadką chorobę metaboliczną". Jak twierdzi: "Kiedy zjem pizzę, a potem wypiję colę, to od razu tyję o dwa kilo". Trudno mi powiedzieć, czy on sam naprawdę w to wierzy. Nie utrzymuje w każdym razie, że przybywa mu te dwa kilogramy, już kiedy tylko zajrzy do lodówki. Bo czasem słyszy się i takie rzeczy.
Żarty na bok. Jeana Nuttli trzeba traktować serio. Jest to rzeczywiście wyjątkowa osobowość. Tylko pomyślcie: w wieku 22 lat ważył 125 kilogramów przy zawartości tkanki tłuszczowej w organizmie rzędu 45 procent. Był zatem dość pokaźnej tuszy. W tym momencie powiedział: "Tak". Muszę coś z tym zrobić. Tak dalej być nie może. Nie chcę w ten sposób dalej żyć. "Jak jesteś taki gruby, to wciąż cię zaczepiają i dokuczają!", złości się. Zaczyna pedałować na rowerze. Stacjonarnym. Najpierw godzinę dziennie, potem do ośmiu godzin. Po sześciu miesiącach waży już tylko 69 kilo przy zawartości tłuszczu zaledwie 8 procent. Był rok 1996.
W roku 2000 zajmuje trzecie miejsce na mistrzostwach Szwajcarii w jeździe na czas. W roku 2001 jest pierwszy. W 2002 bije rekord kraju w jeździe godzinnej, uzyskując wynik 47,093 kilometra. Do dzisiaj przepedałował na trenażerze rowerowym ponad 500 tysięcy kilometrów, może wykonać dziennie 2500 pompek i 2500 brzuszków, a w ciągu roku wspina się, w przeliczeniu na metry wysokości, 400 razy na Matterhorn (cytowane za: "FIT for LIFE", 2/2015, strona 54 oraz www.radsport-news.com/sport/sportnews_32845.htm).
Co się właściwie działo? Oto "przypadek szczególny" przestał coś sobie wmawiać. Zerwał z tym z żelazną konsekwencją. Postawił sobie śmiałe cele. Mam dla niego wielki szacunek.
Wszystko zepsute? Tym bardziej
Nie mniej często niż przypadki szczególne spotykam egzemplarze wybrakowane. Zgodnie z dewizą: "Wszystko zepsute, stawy, plecy... Już nic nie mogę!". Z jednej strony jest to przecież prawda. Każdy człowiek ma tu i tam jakieś drobne odchylenia od normy. Nadmiarowe żebro, płaską stopę, lekką krótkowzroczność. Może nawet wrodzoną cukrzycę.
Kwestią decydującą jest zakres tych drobnych odchyleń. Każdy ma wybór. Może siąść i płakać. Albo wstać i powiedzieć sobie: "Nieważne! Tym bardziej trzeba to zrobić!". Magiczne zdanie. Wypowiedziane przez pewnego ortopedę z Erlangen, uwolniło mnie 18 lat temu od wózka inwalidzkiego. Zgodnie z dewizą: "To bez znaczenia. Bardziej zepsuty już pan być nie może. To już lepiej, żeby pan grał w tenisa, niż przesiadywał tu bezczynnie na wózku". Całkiem nowy rodzaj medycyny. Odtąd nie dał mi o sobie zapomnieć.
Na to magiczne zdanie "Już wszystko jedno" natknąłem się na forum na stronie www.strunz.com (16.01.2014). Bardzo uradowany. Pewien sportowiec miał zniszczony staw skokowy. Zniszczony, to znaczy: cierpiał na skrajne zwyrodnienie stawu. Co się z tym robi? Usztywnia się staw z powodu bólów. Zabieg taki nazywa się artrodezą. Może to być artrodeza z zespoleniem wewnętrznym lub stabilizatorem zewnętrznym. Brzmi to bardzo źle! I jest bardzo źle. Ma to okropne następstwa. Tamten sportowiec uciekł się do całkiem innej sztuczki. Potraktował serio zdanie "Już wszystko jedno!". Pozwolę sobie przytoczyć:
"Muszę tu wyrazić moją radość. Od czasu wypadku podczas wspinaczki przed dziesięciu laty cierpię na daleko posunięte zwyrodnienie stawu skokowego (według lekarzy już kilka lat temu powinienem przejść artrodezę). Uważałem jednak, że wiem lepiej i doskonale zdawałem sobie sprawę, że regularne ćwiczenia ruchowe są absolutnie najlepsze dla mojego stawu. Ale bieganie absolutnie wykluczyłem w moim przypadku! Dotychczasowe próby kończyły się zawsze po dziesięciu minutach wyraźnym bólem.
Po tegorocznych świętach Bożego Narodzenia miałem tak silne bóle, że rano nie mogłem nawet normalnie chodzić. Wówczas pomyślałem sobie: już wszystko jedno! I zacząłem od biegania na palcach. Oszczędzę wam tu dokładnego opisu, jak to się wszystko odbywało, dość że wczoraj przebiegłem dziesięć kilometrów, a dzisiaj rano wstałem bez żadnych bólów!!! Dla mnie jest to cud".
Cud? Wcale nie. To jest tylko właściwe postępowanie. W tym przypadku: bieg na palcach. Chcę przez to powiedzieć, że wasze stawy, a przede wszystkim wasze geny nie życzą wam źle, wręcz przeciwnie: kto porusza się w sposób właściwy oraz odżywia w sposób genetycznie prawidłowy, ma spore szanse na to, że będzie zdrowy. Niezniszczalnie zdrowy. A dowody? Patrz wyżej. To niepojęte dla każdego "ortopedy rezygnacji", który woli wstawiać sztuczne stawy albo wstrzykiwać kwas hialuronowy. Wszystkie te terapie są możliwe. Tyle, że przeważnie nie pomagają. W każdym razie równie mało jak oszczędzanie stawów dzięki sofie i krzesełku schodowemu.
Koniec z postawą oszczędzania! Dzisiaj wiemy, że skrajne obciążenie nie musi nieuchronnie prowadzić do uszkodzeń więzadeł, łękotek i chrząstek w kolanie. Dowiodła tego Astrid Benöhr, która w latach 1987-2005 ukończyła liczne zawody Ironman oraz międzynarodowe ultratriathlony, a wiele z nich wygrała. Była mistrzynią świata w decatriathlonie, czyli najlepszą w świecie reprezentantką sportów ekstremalnych. Badanie metodą rezonansu magnetycznego wykazało, że w wieku 45 lat miała jeszcze sprawne kolana. Więzadła, łękotki, a zwłaszcza chrząstki były zupełnie nienaruszone. Przy czym dziesięciokrotny dystans Ironmana oznacza, że musiała w jednym kawałku (rzeczywiście: w jednym kawałku!) przepłynąć 38 km, potem przejechać na rowerze 1800 km, a następnie, żeby jej się nie nudziło, przebiec jeszcze 420 km.
Stawy nie tylko swobodnie znoszą skrajne obciążenia, ale nawet je uwielbiają. Ponieważ właśnie w stanie obciążenia dochodzi do wyleczenia. Właśnie wtedy! Błędne przekonanie, jakoby bieganie (to znaczy prawidłowe bieganie) miało uszkadzać chrząstki i więzadła, zostało ostatecznie obalone przez badania wykonane po biegu Transeurope Footrace 2009. Od Bari do Przylądka Północnego - 4487 kilometrów w 64 dni. Sportowcy przebiegali tam w ciągu dwóch miesięcy codziennie po mniej więcej 70 km. Wykonano wówczas 2637 skanów metodą rezonansu magnetycznego (NMR) (Cytowane za: "BMC Medicine", 19 lipca 2012; 10:78. doi: 10.1186/1741-7015-10-78).
A co wykazała analiza tych zdjęć? Że organizm właśnie w stanie skrajnego obciążenia naprawia uszkodzone struktury chrząstki. Widać to wyraźnie przede wszystkim w stawach kolanowych, a także skokowych. Da się to zmierzyć dzięki badaniu zawartości wody i macierzy kolagenowej w chrząstce stawów kolanowych i skokowych, a także markerów degradacji chrząstki we krwi. Ścięgna, więzadła i stawy stóp biegaczy wcale tu nie ucierpiały. Nie zauważono żadnych istotnych zmian patologicznych, jak stwierdził dr Uwe Schütz, lekarz z Ulm, który wyposażony w przenośny aparat do NMR towarzyszył 44 biegaczom podczas tego ekstremalnego biegu przez Europę. Dla ciebie znaczy to: kto siedzi, dostaje zwyrodnienia stawów. Kto biega, codziennie i długo, ma coraz zdrowszą chrząstkę ("... naprawia się"). Jak tego już dawno dowiodła niejaka Astrid Benöhr, która swobodne i bez bólu dokonała nadludzkich wręcz wyczynów w bieganiu. Teraz zostało to oficjalnie potwierdzone.
Załamany? Znajdź przyczynę!
Piekła są dwa: najpierw fizyczne. Piekło bólu. Chronicznego bólu o takiej intensywności, że nawet morfina już prawie nie pomaga. Życie staje się beznadziejne. A do tego piekło psychiczne: depresji, lęku, napadów paniki dzień i noc. Przez całe lata. Depresje (po moich operacjach) wprawdzie znam, ale zaburzenia lękowe, napady paniki...? Wyobrażam sobie, że musi to być okropne. I tym bardziej cieszę się, kiedy mogę wspierać moich pacjentów także w przypadkach takiego samouzdrawiania.
Moją własną metodą: medycyną molekularną. Pełna analiza krwi. Dwa obszerne, precyzyjne raporty. Raporty celowo nienaszpikowane niezrozumiałym specjalistycznym żargonem, jak to jest przyjęte w medycynie akademickiej, aby formułujący je lekarz wypadł szczególnie dobrze w roli eksperta.
Analiza krwi - co to jest?
Stałym elementem standardowych badań profilaktycznych jest badanie krwi. Obejmuje ono głównie oznaczenie poziomu cholesterolu całkowitego oraz glukozy. Cholesterol miałby tu wskazywać na możliwe problemy sercowo-krążeniowe. A podwyższony poziom cukru we krwi może być oznaką cukrzycy.
Pełna analiza krwi pokazuje ponadto stężenie wszystkich ważnych witamin, hormonów i aminokwasów, a także substancji mineralnych, pierwiastków śladowych i metali ciężkich. Analiza taka jest bardzo kosztowna - ale tylko ona może dostarczyć informacji o głębszych współzależnościach. Na przykład słaby napęd psychoruchowy i spadek formy nie są często objawem żadnej "depresji", tylko następstwem poważnego niedoboru witaminy D, zbyt niskiego poziomu wolnego testosteronu albo niedoboru niezbędnych aminokwasów.
Uważam raporty lekarskie skierowane bezpośrednio do pacjenta za ważne narzędzie na drodze do wyzdrowienia. Ale takie, które celowo unikają zagmatwanych sformułowań. A zamiast tego używają jasnego języka. Całkiem prostego i zrozumiałego. Przemawiają w sposób przekonujący:
"Przede wszystkim chciałbym Panu podziękować za to, że jako jedyny lekarz, podczas dziesięciu latach mojego leczenia, pokazał mi Pan czarno na białym, na czym polega mój problem. Cierpiałem na napady paniki i lęki, nocami zrywałem się ze snu, odnosząc wrażenie, że umieram. Wykańczało mnie to nerwowo. Miałem przez to problemy w pracy i w życiu prywatnym, i to całymi latami. Jak każdy chodziłem od lekarza do lekarza. Tabletki za tabletkami. Kuracja za kuracją, ale żaden nie mógł mi powiedzieć na sto procent: tu tkwi problem. Ale Pan to zrobił. Minęły dwa tygodnie. Przez ten czas nie miałem już ani jednego napadu paniki i lepiej sypiam, i to dzięki Panu. Podczas biegu medytacyjnego mam coraz więcej energii i pokonuję dłuższe dystanse. Fizycznie nie czuję się już taki wyczerpany, a rano coraz łatwiej mi się wstaje".
O co tutaj chodziło? Nie był to po prostu przypadek człowieka, który załamał się wskutek niedostatków psychicznych. To zaburzenia równowagi składu krwi dawały się we znaki jego psychice. Przy takich odchyleniach poziomu białek, przy tak rzadkich wartościach stężenia litu, żelaza, witamin B, witaminy D i magnezu psychika nie może się nie załamać. Pierwszym właściwym krokiem jest skorygowanie wyników krwi.
Przygięty? Podnieś się!
Teoretycznie rzecz biorąc, każdemu wolno w każdej chwili podnieść się i odwrócić plecami do jego ciężkiej sytuacji. Nawet teraz. Wstać z ziemi, przestać biadolić, zmienić życie. To działa. Świadczą o tym listy przychodzące codziennie do mojego gabinetu lekarskiego. Zawsze brzmią podobnie: "Wszystko robię teraz inaczej - zmieniłam sposób odżywiania, uprawiam sport... Wszystkie problemy złagodniały, stały się po prostu śmieszne. Przywrócił mi Pan moje dawne, szczęśliwe życie. A właściwie jeszcze więcej - JA powróciłam. Pełna energii, ambitna, konsekwentna w działaniu, wesoła i pewna siebie. Taka, jaką się dobrze znam. I wie Pan co: życie jest takie piękne! Cieszę się każdym dniem!".
A tak szczerze? Nie ma tego w podręcznikach medycznych. Jest tam coś o białaczce i chemioterapii. O zawale serca i operacji. Ale zupełnie nic nie ma o byciu "pełnym energii, ambitnym, konsekwentnym w działaniu, wesołym i pewnym siebie". Tego lekarz dowiaduje się dopiero od pacjentów. W swoim gabinecie.
Przy czym nie jest całkiem słuszne twierdzenie, jakoby lekarz, czyli ja, mógł "przywrócić życie". To nie doktor ratuje pacjentkę. On może ją tylko delikatnie pchnąć w takim czy innym kierunku. Pokazać wyniki badan laboratoryjnych. Raport medyczny. Całą resztę pacjentka robi sama. Sama ratuje się. To ona sama podnosi się.
Zawsze jest jakaś droga
Dla wielu jest to nowość: zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze dostępna jest pomoc. I wcale nie muszę odwoływać się tu do religii. Tajemnica kryje się w każdym. Wystarczy powiedzieć, że:
Uzdrowienie jest zawsze samouzdrowieniem.
Zasadniczo każdy to rozumie. Tylko jakże często brakuje instrukcji obsługi. Co zatem należy konkretnie zrobić w sytuacji bez wyjścia? Zdradza to w e-mailu Christian, któremu po okresie psychicznego wypalenia wpadła przypadkowo w ręce książka Warum macht die Tomate dick? "Raczej dla eksperymentu zmieniłem sposób odżywiania, nie miałem już nic do stracenia". I co się stało? Zrzucił dziesięć kilogramów w trzy tygodnie, przy niewielkim wysiłku wyniki w bieganiu znakomicie się poprawiły - nic dziwnego, skoro znacząco zmniejszył się "bagaż" na biodrach. "Uważam, że taki sukces w tak krótkim czasie to świetna sprawa!!" - pisze w owym e-mailu. Z dwoma wykrzyknikami.
Przeczytałeś? "Nie miałem już przecież nic do stracenia".
Brzmi to jak
"...już wszystko jedno, teraz zaczynam biegać". Zawsze pomaga. Ponieważ leczenie wymaga sprawnej przemiany materii. Tlenu. Słońca. Oraz pierwszego, całkiem prostego środka przeciwko stresowi.
"...już wszystko jedno, dość tego makaronu". Rezygnacja z pustych węglowodanów także zawsze pomaga. Ponieważ do uleczenia nie jest potrzebny makaron, lecz białka. Zdrowe tłuszcze. Witaminy. Minerały. Przecież sam wiesz.
"...już wszystko jedno, koniec tego biadolenia". Także zawsze pomaga. Ponieważ leczenie przebiega lepiej, kiedy jesteś w lepszym humorze. Wręcz przekornie optymistycznym. I kiedy jesteś kochany przez innych, masz silnych sojuszników.
Tak właśnie zrobiłem po moim wypadku, kiedy nawet lekarze już nie wiedzieli, co dalej począć. Uzdrowienie jest zawsze samouzdrowieniem. Jak silna jest ta moc, pokazuje się często dopiero po tym, gdy upadnie się na rowerze i połamie kości, po tym, gdy dostanie się do ręki sformułowaną czarno na białym diagnozę raka, po tym, gdy ledwo przeżyje się zawał serca.
Psycholog z Nowego Jorku George Bonnano, który badał ocalałych po ataku z 11 września, doszedł nawet do następującej konkluzji: to, że ludzie dobrze sobie radzą z kryzysami, to żaden wyjątek, to jest nawet reguła (por. Schnabel, 2015). "Człowiek to twarde zwierzę", mówi Bonnano.
Aby lepiej zrozumieć, dlaczego jesteśmy tak bardzo twardzi, jak to często widać, przyjrzyjmy się teraz dokładniej, dlaczego ciało w ogóle może - wyleczyć samo siebie.