Samodzielne studia - Joelle Charbonneau

Reflow text when sidebars are open.
Dzień egzaminu.
Naciągnęłam chłodny materiał rękawa bluzki, zasłaniając pięć długich poszarpanych blizn na ramieniu, i przyjrzałam się swemu odbiciu w lustrze. Miałam na sobie niebieską tunikę, brązowe spodnie i srebrzystą bransoletę z wyrytą na niej gwiazdą. Ta gwiazda oraz cienie zmęczenia pod oczami świadczyły o tym, że jestem studentką pierwszego roku Uniwersytetu. Na twarzach moich koleżanek i kolegów widniały podobne oznaki tego, że uczyli się do późna w nocy przed dzisiejszym egzaminem. Po sześciu miesiącach uczestniczenia w zajęciach wstępnych cała nasza dwudziestka zostanie przeegzaminowana, by każdemu z nas przydzielić odpowiedni kierunek studiów - dziedzinę, której poświęcimy się przez resztę życia.
Poczułam ucisk w piersi. Dawniej zdawanie testów sprawiało mi przyjemność. Lubiłam udowadniać, że ciężko pracowałam i opanowałam zadany materiał - że jestem bystra. Teraz jednak nie wiedziałam, co jest prawdą ani jakie będą konsekwencje udzielenia błędnych odpowiedzi. Podczas gdy moi towarzysze z roku martwili się tym, jak dzisiejszy test wpłynie na tok czekających ich studiów, ja niepokoiłam się, że mogę nie dożyć jutra.
Zazwyczaj związywałam moje czarne włosy w gruby węzeł, żeby mi nie przeszkadzały, ale dziś zdecydowałam się zostawić je luźno rozpuszczone. Może zasłonią widniejące na mojej twarzy ślady wielomiesięcznych nieprzespanych nocy. Jeśli nie, być może dokonają tego zimne kompresy. Ich stosowania nauczyła mnie matka.
Na myśl o matce ogarnęła mnie bolesna tęsknota. Wprawdzie studentom Uniwersytetu formalnie nie zabraniano kontaktowania się z rodzinami, ale też nie zachęcano ich do tego. Większość z tych, których znałam, nie otrzymywała żadnych wiadomości od swoich bliskich z rodzinnych stron. Ja miałam szczęście, gdyż urzędnik z miasta Tosu zgodził się przekazywać mi okruchy wieści od moich rodziców i czterech starszych braci. Wszyscy byli zdrowi. Ojciec i najstarszy brat Zeen wytworzyli nowy nawóz sztuczny przyspieszający wzrost roślin uprawnych. Mój drugi co do starszeństwa brat Hamin zaręczył się. On i jego narzeczona mieli się pobrać na przyszłą wiosnę. Decyzja Hamina o zawarciu związku małżeńskiego skłoniła naszą matkę do poszukiwania żon dla Zeena oraz bliźniaków Harta i Wina - jednak, jak dotąd, jej starania nie zakończyły się powodzeniem.
Oprócz rodziny jeszcze jedna osoba zdołała przesłać mi wiadomość. Moja najlepsza przyjaciółka Daileen zapewniła mnie, że pilnie się uczy i jest obecnie najlepsza w klasie. Nauczycielka dała jej do zrozumienia, że w tym roku może zostać wybrana doTestów. Daileen trzymała kciuki za to, by dołączyć do mnie w Tosu. Miałam nadzieję, że jej się to nie uda. Pragnęłam, aby pozostała tam, gdzie odpowiedzi na pytania są sensowne i gdzie, jak wiedziałam, będzie bezpieczna.
Drgnęłam, usłyszawszy pukanie do drzwi.
- Cześć, Cia! Jesteś gotowa? Przecież nie chcemy się spóźnić - zawołała Stacia.
Miała rację. Spóźnieni nie zostaną dopuszczeni do egzaminu. Nie wiadomo, co by to oznaczało dla ich przyszłości, a nikt z nas nie chciał przekonać się o tym na własnej skórze.
- Będę gotowa za chwilę! - odkrzyknęłam.
Uklękłam przy nogach łóżka i wsunęłam rękę między ramę i materac. Namacałam niewielki przedmiot i westchnęłam z ulgą. Podróżny komunikator mojego brata Zeena wciąż był tam bezpiecznie ukryty, podobnie jak sekrety, które zawierał.
Przed kilkoma miesiącami odkryłam znak, który wyryłam na tym komunikatorze po to, aby pomógł mi odnaleźć znajdujące się w nim urządzenie nagrywające i zarejestrowane przezeń tajne wiadomości. Kiedy skończyłam wówczas odsłuchiwanie własnej zapomnianej relacji, rozcięłam materac i schowałam w nim komunikator. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu próbowałam udawać, że informacje zawarte w tym nagraniu nie są prawdziwe. Ostatecznie przecież czyż nie widywałam codziennie dowodów tego, że moi współtowarzysze studenci są dobrymi osobami, a profesorowie i urzędnicy Uniwersytetu trudzą się nad przygotowaniem nas do przyszłych zadań i pragną naszego sukcesu? Owszem, niektórzy z nich byli nieprzystępni, a inni aroganccy. Żaden ze studentów czy wykładowców nie był ideałem, ale kto nim jest? Bez względu na ich wady nie chciałam uwierzyć, aby którykolwiek z nich był zdolny do postępków, o jakich mówiły słowa wyszeptane przeze mnie do urządzenia nagrywającego - czasami tak niewyraźnie, że z trudem mogłam je zrozumieć.
- Cia! - Głos Stacii wyrwał mnie z tych rozmyślań. - Musimy już iść.
- Racja, przepraszam - odpowiedziałam.
Włożyłam płaszcz, zarzuciłam na ramię torbę uniwersytecką i odepchnęłam od siebie pytania dotyczące przeszłości. Będą musiały zaczekać. Chwilowo powinnam się skupić na swojej przyszłości.
Wyszłam na korytarz. Stacia na mój widok zmarszczyła brwi. Ciemnoblond włosy miała ściągnięte do tyłu w zgrabny koński ogon, przez co rysy jej twarzy wydawały się ostrzejsze niż zwykle.
- Czemu się tak guzdrałaś? - burknęła. - Zjawimy się jako ostatnie.
- I to wszystkich zaniepokoi - odparłam żartobliwie. - Będą się zastanawiać, dlaczego nie przyszłyśmy wcześniej, żeby porównać nasze notatki z innymi.
Stacia rzuciła mi przenikliwe spojrzenie i skinęła głową.
- Masz rację. Uwielbiam deprymować rywali.
Ja tego nie znoszę. Rodzice nauczyli mnie cenić nade wszystko czystą grę.
Stacia nie zauważyła mojego zakłopotania, gdy wędrowałyśmy, mijając zdrowe, gęste drzewa, bujną trawę i liczne budynki akademickie. Co nie znaczy, że gdyby zauważyła, wspomniałaby o tym choćby słowem. Stacia nie jest skora do dziewczyńskich pogaduszek czy jałowych rozmówek. Początkowo jej powściągliwość prowokowała mnie do podejmowania prób wydobycia Stacii z jej skorupy, jak czyniłam dawniej wobec mojej najlepszej przyjaciółki w Kolonii Pięciu Jezior. Teraz jednak, gdy w głowie kłębiło mi się tyle pytań, byłam wdzięczna za jej milczenie.
Pomachałam do mijanych paru starszych studentów. Zignorowali nas, jak zawsze. Po dzisiejszym dniu studenci wyższych lat przydzieleni do tego samego kierunku studiów co my obejmą role naszych opiekunów, przewodników. Do tego czasu jednak zachowują się tak, jakbyśmy nie istnieli. Większość moich towarzyszy odpłacała im tym samym, lecz ja tak nie potrafiłam. Zbyt mocno wpojono mi zasady uprzejmości.
- Ha! Powinnam się domyślić, że on będzie na nas czekał - powiedziała Stacia. Przewróciła oczami i się roześmiała. - Założyłabym się o rekompensatę wypłaconą moim rodzicom, że także podczas Testów trzymał się blisko ciebie. Szkoda, że nigdy się nie dowiem, czy wygrałabym ten zakład.
Serce mocniej mi zabiło, gdy zobaczyłam Tomasa Endressa stojącego przy frontowych drzwiach trzypiętrowego budynku z czerwonej i białej cegły - siedziby Wydziału Wstępnych Studiów. Wiatr schyłku zimy rozwiewał mu ciemne włosy. Torbę uniwersytecką miał niedbale przewieszoną przez ramię. Skierował prosto na mnie spojrzenie szarych oczu i posłał mi uśmiech wywołujący uroczy dołek w jego policzku. Pomachał do mnie i w podskokach zbiegł ze schodów. Tomas i ja znamy się niemal od urodzenia, ale w ciągu ostatnich paru miesięcy zbliżyliśmy się do siebie bardziej, niż mogłabym o tym marzyć w naszych rodzinnych stronach. W jego obecności czuję się bystrzejsza, pewniejsza siebie - lecz także przerażona tym, że wszystko, co zdaję się o nim wiedzieć i podziwiać w nim, jest nieprawdą.
Stacia znowu przewróciła oczami, gdy Tomas pocałował mnie w policzek i ujął za rękę.
- Niepokoiłem się o ciebie - oświadczył. - Test zaczyna się za dziesięć minut.
- Cia i ja nie chciałyśmy zjawić się zbyt wcześnie i tłoczyć się ze wszystkimi innymi. Jesteśmy doskonale przygotowane. Prawda, Cia? - odrzekła Stacia, po czym odrzuciła do tyłu jasny koński ogon i posłała mi jeden ze swych rzadkich uśmiechów.
- Tak - potwierdziłam z większym przekonaniem, niż w rzeczywistości czułam.
Owszem, uczyłam się pilnie do tego egzaminu, jednak wyszeptane własne słowa, które usłyszałam z podróżnego komunikatora, zasiały we mnie wątpliwość, czy kiedykolwiek zdołałabym w pełni przygotować się do tego, co mnie teraz czeka.
Nie po raz pierwszy pożałowałam, że nie ma tu mojego ojca, bym mogła z nim porozmawiać. Przed trzema dekadami studiował na Uniwersytecie. Gdy dorastałam, zadawałam mu setki pytań o jego pobyt tutaj, lecz rzadko na nie odpowiadał. W tamtym czasie sądziłam, że milczy, aby uchronić mnie i moich braci od presji pójścia w jego ślady. Obecnie jednak zastanawiałam się, czy za jego dyskrecją nie kryło się coś bardziej złowrogiego.
Był tylko jeden sposób, aby się tego dowiedzieć.
Wszyscy troje weszliśmy po schodach. Przed frontowymi drzwiami Tomas przystanął i poprosił Stacię, żeby zostawiła nas na chwilę samych. Stacia westchnęła, ostrzegła mnie, żebym się nie spóźniła, i wmaszerowała do środka. Kiedy znikła, Tomas odgarnął mi włosy z czoła i spojrzał mi w oczy.
- Czy w nocy w ogóle spałaś?
- Trochę - odpowiedziałam. W rzeczywistości we śnie dręczyły mnie koszmary, które nawet gdy się obudziłam, zdawały się czaić w pobliżu. - Nie martw się. Uczyłam się razem z tobą, a to oznacza, że potrafię odpowiedzieć na każde pytanie bez względu na to, jak bardzo jestem zmęczona.
Podczas gdy inni studenci przeznaczali wolny czas na odpoczynek lub zwiedzanie miasta Tosu, stolicy Zjednoczonej Wspólnoty, Tomas i ja spędzaliśmy każdą wolną chwilę nad książkami - pod drzewem lub w razie niepogody w bibliotece. Większość naszych towarzyszy sądziła, że my dwoje tylko udajemy wkuwanie, aby móc być ze sobą sam na sam. Nie rozumieli, jak bardzo się boję, co może się ze mną stać, jeśli nie zdam tego egzaminu.
Tomas pokrzepiająco ścisnął mi dłoń.
- Będzie łatwiej, gdy już przydzielą nam kierunek studiów. Ty niewątpliwie dostaniesz się na Wydział Inżynierii Mechanicznej.
- Obyś miał rację - odrzekłam z uśmiechem. - Wprawdzie z radością studiowałabym razem z tobą, ale na myśl o tym, że skierowano by mnie na bioinżynierię, czuję śmiertelne przerażenie.
Moi ojciec i bracia są geniuszami w dziedzinie modyfikowania roślin, aby mogły rosnąć w glebie zniszczonej podczas wojny. Rewitalizacja gruntów to ważne zadanie i szczerze je podziwiam. Nawet chętnie podjęłabym się tej pracy, gdyby nie fakt, że mimo woli uśmiercam każdą roślinę, jakiej się dotknę.
- Chodź. - Tomas musnął moje wargi lekkim pocałunkiem i pociągnął mnie w kierunku wejścia. - Pokażmy im, jak bystrzy są studenci z Pięciu Jezior.
W holu budynku Wydziału Wstępnych Studiów panował półmrok. Drogę oświetlał nam tylko promień słońca wpadający przez szklane szyby frontowych drzwi. W Tosu istnieją surowe przepisy regulujące używanie elektryczności. Chociaż produkuje się tutaj i magazynuje więcej energii elektrycznej niż w Kolonii Pięciu Jezior, władze nakłaniają do jej oszczędzania. W ciągu dnia prąd dostarcza się tylko do laboratoriów oraz sal wykładowych wymagających dodatkowego oświetlenia podczas zajęć. Jednak w nocy Uniwersytet otrzymuje o wiele większy przydział energii elektrycznej niż reszta miasta.
Z powodu dzisiejszego testu sala egzaminacyjna na pierwszym piętrze była jasno oświetlona. W blasku lamp można było z łatwością dostrzec napięcie na twarzach moich współtowarzyszy. Siadali przy czarnych biurkach i zaglądali do swoich notatek w nadziei, że zapamiętają jeszcze jeden fakt, który zadecyduje o różnicy między przyszłością, jakiej pragną, a nieznanym losem, jaki w razie oblania egzaminu mogą im wyznaczyć nasi profesorowie.
Zjawił się ostatni student. Usiadłam przy wolnym biurku z tyłu sali. Tomas zajął miejsce na prawo ode mnie. Położyłam torbę na podłodze i rozejrzałam się. Było nas dwadzieścioro. Trzynastu chłopców i siedem dziewczyn. Następna generacja przywódców Zjednoczonej Wspólnoty.
Miałam właśnie życzyć Tomasowi powodzenia, kiedy wszedł profesor Lee. Przez minionych kilka miesięcy był naszym nauczycielem historii. Większość pracowników naukowych Uniwersytetu prezentowała wobec nas poważny sposób bycia, ale profesor Lee miał przyjazne spojrzenie i serdeczny uśmiech i dlatego stał się moim ulubionym wykładowcą. Dzisiaj zamiast spłowiałej brązowej marynarki, którą zwykle nosił, włożył odświętny fioletowy kombinezon Zjednoczonej Wspólnoty. W sali zapadła cisza. Profesor Lee przeszedł wzdłuż rzędów biurek i na każdym blacie położył papierową broszurę i żółty ołówek. Przesunęłam dłonią po rysunku umieszczonym w rogu okładki broszury. Błyskawica - symbol przydzielony mi podczas Testów.
Profesor Lee polecił, abyśmy nie otwierali broszur, dopóki nie wysłuchamy dalszych instrukcji. Broszura była gruba. W Kolonii Pięciu Jezior trudniej o papier, więc używamy go oszczędnie i przestrzegamy zasady recyklingu każdej wykorzystanej kartki. Tutaj, w Tosu, wymogi nauczania są jednak ważniejsze od reglamentacji papieru.
Bawiłam się ołówkiem, turlałam go tam i z powrotem po czarnym blacie biurka. Kątem oka spostrzegłam, że Tomas przygląda mi się z zatroskaną miną. Nagle z mojej pamięci wypłynął obraz innej sali. Ośmioro studentów siedzących przy czarnych biurkach i inny urzędnik odziany w uroczysty fiolet. Jaskrawobiałe ściany zamiast szarych. Sześciu chłopców i tylko dwie dziewczyny - jedną z nich byłam ja. Tomas rzucił mi wtedy takie samo zaniepokojone spojrzenie, gdy obracałam w palcach ołówek. Na leżącej przede mną broszurze widniała identyczna błyskawica, tylko że wtedy znajdowała się w środku ośmioramiennej gwiazdy. Mój znak wewnątrz symbolu mojej grupy Testów.
Wspomnienie tamtej sali rozwiało się, gdy profesor Lee oznajmił głębokim głosem:
- Gratuluję wam ukończenia wstępnego etapu studiów, obowiązkowego dla wszystkich studentów Uniwersytetu. Dzisiejszy egzamin w połączeniu z oceną dokonaną przez waszych profesorów określi, do jakiego kierunku studiów predestynują was wasze uzdolnienia. Jutro zostanie wywieszona lista z rezultatami testu oraz kierunek studiów wyznaczony każdemu z was: edukacja, bioinżynieria, inżynieria mechaniczna, medycyna lub władza i administracja. Wszystkie te dziedziny są niezbędne do kontynuowania rewitalizacji naszej ziemi, wzbogacania technologii i poprawy warunków życia obywateli. Chociaż każde z was ma swoje nadzieje i oczekiwania, prosimy, abyście zaufali naszemu wyborowi, gdyż skierujemy was na drogę kariery zawodowej najlepiej odpowiadającej potrzebom naszego kraju. Nie próbujcie odgadywać, które pytania testu decydują o przydziale do danego kierunku studiów. Każdy student, którego wyniki egzaminu wzbudzą wątpliwości, nie zda i zostanie usunięty z grona studiujących na Uniwersytecie.
Profesor Lee powiódł wzrokiem po sali, aby się upewnić, że sens jego słów dotarł do wszystkich. W panującej ciszy słyszałam łomotanie swojego serca. Wreszcie profesor podjął:
- Odpowiadajcie na każde pytanie najlepiej, jak potraficie. Nie udzielajcie odpowiedzi wykraczającej poza jego zakres. Pragniemy nie tylko poznać rozległość waszej wiedzy, lecz także ustalić, jak dobrze rozumiecie zadawane wam pytania. Odpowiedzi wykraczające poza zakres pytań wpłyną negatywnie na wyniki waszego testu.
Przełknęłam nerwowo i zastanowiłam się, jaki to może być negatywny wpływ. Obniżenie stopnia czy coś gorszego?
- Na ukończenie tego egzaminu macie osiem godzin. Jeśli będziecie potrzebowali przerwy na posilenie się, napicie wody lub udanie do toalety, proszę, żebyście podnieśli rękę. Pracownik Uniwersytetu odprowadzi was do pokoju socjalnego. Nie wolno wam jednak opuścić budynku ani rozmawiać z kimkolwiek oprócz eskortującej was osoby. Złamanie któregoś z tych zakazów skutkuje niezdaniem egzaminu i wydaleniem z Uniwersytetu. Kiedy skończycie pisanie testu, unieście broszurę. Odbiorę ją i odprowadzę was do drzwi. Potem możecie robić, co chcecie - zakończył profesor Lee i posłał nam porozumiewawczy uśmiech.
Nacisnął guzik na ścianie za sobą. Z sufitu opuścił się niewielki ekran z wyświetlonymi na nim czerwonymi cyframi. Profesor wcisnął inny guzik i oznajmił:
- Rozpoczął się ośmiogodzinny egzamin.
Cyfry na ekranie zaczęły odliczanie, pokazując nam, ile czasu pozostało do końca testu. Rozległ się szelest papieru, gdy otwierano broszury. Ujęto w dłonie ołówki. Rozpoczął się egzamin, który wyznaczy kierunek reszty naszego życia.
Uśmiechnęłam się na widok pierwszego pytania: Co to jest twierdzenie o wartości średniej? Proszę podać formalną definicję, własne wyjaśnienie i przykład.
Rachunki. Coś, w czym jestem dobra. Szybko odpowiedziałam na pytanie, napisałam definicję twierdzenia i przykładowe równanie. Zastanowiłam się przelotnie, czy powinnam również wyjaśnić, w jaki sposób to twierdzenie stosuje się do funkcji wektorowych albo jak jest używane w integracji. Przypomniałam sobie jednak instrukcje profesora Lee. Mamy udzielić tylko takiej odpowiedzi, jakiej się od nas wymaga. Nic więcej ani nic mniej. Przez chwilę zastanawiałam się dlaczego i uznałam, iż chodzi o to, że przywódcy mają starannie dobierać słowa. Aby zapobiec konfliktom, muszą być pewni, że ludzie, którymi rządzą, dokładnie zrozumieją sens ich wypowiedzi. Ponieważ absolwenci Uniwersytetu staną przed tego rodzaju odpowiedzialnością, nic dziwnego, że profesorowie pragną sprawdzić nasze zdolności w tej dziedzinie.
Powtórnie przeczytałam pytanie. Uznałam, że moja odpowiedź jest wyczerpująca i mieści się w jego zakresie, po czym przeszłam do następnego zadania. Mój ołówek śmigał po papierze, gdy wyjaśniałam, jakie szkody w trakcie pierwszych Czterech Faz Wojny rozmaite państwa wyrządziły sobie nawzajem oraz glebie planety. Opisałam też następne Trzy Fazy Wojny, podczas których Ziemia dokonała odwetu za użyte przeciwko niej zabójcze chemikalia i inne destrukcyjne środki. Trzęsienia ziemi, sztormy, powodzie, huragany i tornada przetoczyły się przez cały glob i w kilka lat zniszczyły to, czego stworzenie zajęło ludzkości stulecia. Nad naprawieniem owych zniszczeń Zjednoczona Wspólnota trudzi się od stu lat.
Zapełniałam pismem kolejne strony. Chemia. Geografia. Fizyka. Historia. Muzyka. Sztuka. Rozumienie sensu czytanych tekstów. Biologia. Każde pytanie wprowadzało nowy przedmiot i wymagało odmiennego zestawu umiejętności. Radziłam sobie z większością pytań, ale z napięcia wstrzymałam oddech, gdy na jedno nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie byłam pewna, o co w nim chodzi ani jaka może być poprawna odpowiedź. Pominęłam je w nadziei, że zdążę do niego wrócić po ukończeniu reszty testu. Jeśli nie... Moje myśli zaczęły dryfować ku słowom nagranym na podróżnym komunikatorze. Ku żałosnemu losowi, jaki spotkał kandydatów Testów, którzy ośmielili się zgadywać i udzielili błędnej odpowiedzi.
Nie! Odepchnęłam od siebie te myśli. Zamartwianie się przeszłością w niczym mi nie pomoże. Mogę poradzić sobie jedynie z teraźniejszością.
Według wskazań zegara do końca egzaminu pozostały niespełna cztery godziny. Rozprostowałam ramiona i uświadomiłam sobie, jak bardzo cała zesztywniałam. W przerwach między napięciem i rozluźnieniem moje mięśnie zaczęły protestować bólem. Do tego dołączył swoje skargi pusty żołądek. Chociaż lęk przed oblaniem testu ponaglał mnie, by kontynuować pisanie, usłyszałam w głowie głos mojej matki mówiącej, że mózg i ciało potrzebują paliwa, aby mogły funkcjonować na najwyższych obrotach. Nie chciałam tracić czasu, jednak jeszcze gorsza byłaby utrata energii i zdolności koncentracji.
Rozejrzałam się po sali. Wszystkie biurka były zajęte. Nikt inny nie zrobił sobie przerwy. Czy opuszczenie pokoju, aby się pokrzepić, pracownicy Uniwersytetu uznają za oznakę słabości? Zlustrowałam wzrokiem pomieszczenie, wypatrując ukrytych kamer, lecz nie spostrzegłam żadnej. To nie oznacza jednak, że ich tu nie ma.
Znowu zaburczało mi w brzuchu. Czułam suchość w gardle i piekły mnie oczy. Potrzebowałam przerwy bez względu na to, jak zostanie to odebrane. Jeśli nie wykorzystam chwili na ponowne naładowanie akumulatorów, ucierpi przez to reszta moich odpowiedzi.
Przełknęłam z wysiłkiem, zamknęłam broszurę, położyłam obok niej ołówek i uniosłam rękę. Profesor Lee nie od razu to zauważył - w przeciwieństwie do kilkorga studentów. Niektórzy rzucili mi triumfalne spojrzenia, jak gdyby byli dumni z tego, że są wytrzymalsi ode mnie. Przez moment rozważyłam, czy nie opuścić ręki, ale zachęcające skinienie głową przez Tomasa sprawiło, że podniosłam ją jeszcze wyżej.
Profesor Lee w końcu to dostrzegł, uśmiechnął się i dał mi znak, że mogę wstać zza biurka. Z zesztywniałymi stawami przeszłam do drzwi z przodu sali. Na zewnątrz czekała na mnie urzędniczka Uniwersytetu ubrana w oficjalny czerwony strój. Odprowadziła mnie po schodach na dół do pomieszczenia na parterze, w którym stały stoły z jedzeniem i wodą do picia. Nałożyłam sobie na talerz kurczaka, plastry sera o ostrym zapachu oraz sałatkę z owoców, zieleniny i orzechów - potrawy, do których spożycia przed ważnymi egzaminami rodzice zawsze namawiali mnie oraz moich braci - i zaczęłam wcinać.
Przeżuwałam i przełykałam, ledwie zważając na smak tego, co zjadam. Nie miałam delektować się tym posiłkiem, tylko uzupełnić paliwo, którego musi mi wystarczyć na następne cztery godziny. Szybko skończyłam jeść, a potem skorzystałam z łazienki i spryskałam twarz wodą. Po niespełna kwadransie siedziałam już znowu za biurkiem - mając o wiele więcej energii niż wtedy, gdy je opuszczałam. Wzięłam do ręki ołówek, otworzyłam broszurę i znów zaczęłam pisać.
Odpowiadałam na pytania o kod genetyczny, ważne postacie historyczne, przełomowe odkrycia w medycynie i metody magazynowania energii słonecznej. Zapełniając kolejne strony, czułam, jak drętwieją mi palce. Dotarłam do ostatniego pytania i zamrugałam zaskoczona. Proszę, wymień kierunek, który chcesz studiować, i uzasadnij, dlaczego, według ciebie, nadajesz się najbardziej właśnie do takiej kariery zawodowej. Teraz miałam szansę przekonać pracowników Uniwersytetu o mojej pasji i zdolnościach do rozwijania technologii naszego kraju.
Odetchnęłam głęboko i zaczęłam pisać. Włożyłam w to wszystkie moje nadzieje i pragnienie rozszerzenia naszego krajowego systemu łączności, od obecnie ograniczonego użycia radiostacji pulsacyjnych do zaawansowanej sieci dostępnej dla wszystkich obywateli. Całą moją fascynację dotyczącą odkrywania nowych źródeł energii, które zapewnią nam lepsze oświetlenie i skuteczniej zasilą wszystkie inne urządzenia. Moją niezłomną wiarę w to, że potrafię wnieść twórczy wkład w technologię Zjednoczonej Wspólnoty.
Czas upływał, a ja pisałam i poprawiałam swoją odpowiedź, niepokojąc się tym, że jedno błędnie użyte słowo może niekorzystnie odmienić kierunek mojej przyszłej kariery zawodowej. Inni studenci, jeden po drugim, unosili w górę broszury, czekali, aż profesor Lee odbierze je od nich, i wychodzili z sali. Wreszcie przy biurkach siedziało nas już tylko pięcioro. Zadowolona z mojej ostatecznej odpowiedzi podniosłam wzrok na zegar. Do końca egzaminu pozostały trzy minuty.
Ze zdenerwowania zaschło mi w ustach, gdy przypomniałam sobie, że pominęłam cztery pytania, zamierzając powrócić do nich później. Zbyt długo jednak formułowałam odpowiedź na ostatnie pytanie, by wystarczyło mi czasu na te pominięte. Z szaleńczo bijącym sercem przekartkowałam broszurę, licząc, że zdołam udzielić przynajmniej jednej odpowiedzi. Ale nie zdążyłam. Wyznaczonych osiem godzin upłynęło, gdy kończyłam ponownie czytać pierwsze z opuszczonych wcześniej pytań. Polecono nam odłożyć ołówki. Minął czas testu, a ja go nie dokończyłam.
Żadne z pytań, na które nie zdążyłam odpowiedzieć, nie dotyczyło matematyki ani nauk fizycznych - przedmiotów, które uważałam za najważniejsze dla inżynierii mechanicznej. Usiłowałam się tym pocieszać, gdy oddawałam broszurę profesorowi Lee. Trudno jednak było mi zachować optymizm, skoro wiedziałam, że nie napisałam całego testu. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży.
Wyszłam z sali. Tuż za drzwiami czekał na mnie Tomas. Spojrzał mi w oczy i z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Jak ci poszło? - zapytał.
- Zostawiłam bez odpowiedzi cztery pytania. Dokończyłabym test, gdybym nie zrobiła sobie przerwy na jedzenie.
Tomas potrząsnął głową.
- Biorąc przerwę, postąpiłaś rozsądnie. Gdyby nie twój przykład, ja bym jej nie wziął. Zaczynałem tracić koncentrację, a ty przypomniałaś mi, jak ważne jest wyjście na chwilę z sali egzaminacyjnej, nabranie dystansu i oczyszczenie umysłu. Po powrocie ponownie przeczytałem swoją ostatnią odpowiedź i znalazłem w niej dwa błędy. Zawdzięczam to tobie.
Jego delikatny pocałunek był dla mnie aż nadto wystarczającą rekompensatą. Potem Tomas odsunął się i posłał mi uśmiech wywołujący uroczy dołek w policzku.
- Poza tym dzięki tobie miałem też rozrywkę. Widok min wszystkich studentów, kiedy opuszczałaś salę, był wprost nieoceniony. Nie wiedzieli, czy mają czuć podziw, czy niepokój z powodu twojej pewności siebie.
Zamrugałam zaskoczona. Pewność siebie to ostatnia rzecz, jaką czułam, wychodząc z sali egzaminacyjnej na przerwę. Słowa Tomasa sprawiły jednak, że przystanęłam, by się zastanowić. Jak bym się poczuła, gdyby ktoś inny pierwszy podniósł rękę? Gdyby wyszedł coś przekąsić, nie przejmując się upływającym czasem? Sądziłabym, że ta osoba nie martwi się ryzykiem nieukończenia egzaminu w porę. W istocie pomyślałabym, że taki ktoś nie tylko zdąży napisać test, lecz nawet dysponuje nadwyżką wolnego czasu. Słowa Tomasa przypomniały mi, że fakt uznania czegoś za prawdę nie czyni tego prawdziwym. Sposób postrzegania rzeczywistości jest niemal równie ważny jak ona sama.
Światła zaczęły przygasać, gdy Tomas i ja, trzymając się za ręce, szliśmy do jadalni. Studenci starszych lat unikali tej sali jadalnej, ponieważ każdy wydział ma własny akademik i kuchnię. Zazwyczaj jadała tutaj tylko garstka niższych rangą pracowników administracyjnych Uniwersytetu, paru wykładowców oraz ja i moi towarzysze ze wstępnych studiów. Podawano tu w zasadzie proste potrawy: kanapki, owoce, bułki, surówki. Żadnych dań wymagających skomplikowanego przygotowania czy podgrzewania. Mimo że właśnie minęliśmy kamień milowy na naszej życiowej drodze, serwowane tutaj jedzenie pozostało takie samo. Jeszcze nie świętowano tego wydarzenia - dopóki nie zostaną podane wyniki egzaminu i nie przydzieli się nam kierunków studiów.
W ciągu minionych sześciu miesięcy pobytu na Uniwersytecie zdawaliśmy wiele testów. Po każdym jadalnia rozbrzmiewała gwarem rozmów studentów, którzy porównywali swoje odpowiedzi, lamentowali z powodu udzielenia błędnych i cieszyli się z poprawnych. Dziś jednak nic takiego się nie działo. Większość moich współtowarzyszy spożywała posiłek ze wzrokiem wbitym w swoje talerze. Niektórzy w ogóle nie jedli, a tylko grzebali widelcami w potrawach, starając się wyglądać i zachowywać jak zwykle. Wszyscy czuli się wyczerpani testem i obawą o jego rezultaty.
Skubnęłam trochę chleba i owoców. Ze zdenerwowania nie mogłam przełknąć więcej niż kilka kęsów. Natomiast Tomas bez żadnych problemów zjadł wszystko z talerza. Nie musiałam go nawet pytać, jak mu poszło na egzaminie.
Odsunęłam resztę jedzenia i zagadnęłam:
- Myślisz, że podadzą wyniki z samego rana czy każą nam czekać do końca dnia?
Zanim Tomas zdążył wysunąć jakieś przypuszczenie, wysoki głos powiedział:
- To pierwsze.
Tomas zesztywniał, gdy tyczkowaty Will, nasz towarzysz ze wstępnych studiów, z uśmiechem wśliznął się na wolne krzesło obok mnie. Wzdrygnęłam się w duchu, ale na zewnątrz zachowałam opanowanie i rzekłam z uśmiechem:
- Wydajesz się tego całkiem pewny.
- Bo jestem - odparł z błyskiem w oczach. - Podsłuchałem rozmowę dwóch pracowników administracyjnych. Nie wydawali się zachwyceni tym, że przez całą noc nie zmrużą oka, aby rezultaty egzaminu były gotowe z samego rana. - Uśmiechnął się szerzej. - W istocie sprawiali wrażenie mocno zirytowanych. Nie przeszkadza im, że wymagają od nas zarywania nocy, lecz sami nie lubią tego robić. No, a jak wam dziś poszło?
Tomas wzruszył ramionami i spuścił wzrok na talerz. Z jakiegoś powodu, którego nie chciał wyjawić, nie lubił Willa. Wprawdzie nigdy nie zachowywał się wobec niego nieuprzejmie, jednak o jego stosunku do Willa świadczyły zdawkowe odpowiedzi, jakich mu udzielał, oraz spojrzenie pełne rezerwy i nieufności.
- A tobie, Cia? - zapytał Will. - Domyślam się, że wypadłaś świetnie, jak zawsze. Mam rację?
Chciałabym, żeby tak było.
- Test zawierał zbyt wiele pytań, aby dało się doskonale odpowiedzieć na wszystkie - odrzekłam.
- Ja wiem, że zawaliłem pytania z historii sztuki. Uznałem, że oni potrzebują przywódców kierujących rewitalizacją kraju. Jak miałaby w tym pomóc wiedza o jakimś wyrzeźbionym nagim facecie? Co do nagiej kobiety... - Will znowu się uśmiechnął. - Cóż, to całkiem inna sprawa.
Mimo woli się roześmiałam, a potem słuchałam jednym uchem, jak Will dowcipkuje na temat rozmaitych pytań testu i spekuluje, czy zostanie przydzielony do swojego wymarzonego kierunku studiów - edukacji.
Lubiłam jego błyskotliwe poczucie humoru. Poza tym Will bardzo kochał swoją rodzinę, a zwłaszcza brata bliźniaka Gilla, który również przybył do miasta Tosu na Testy, ale nie dostał się na Uniwersytet. Niedługo po tym, jak zostaliśmy studentami, Will pokazał mi zdjęcie siebie z bratem. Mieli identyczne twarze, na których widniały rozbawione uśmiechy, oraz wysokie, chude sylwetki i ziemistą cerę świadczącą o niedostatku zdrowej żywności w ich rodzimej kolonii. Z wyjątkiem długości włosów - Willowi sięgały do ramion, a Gill miał je krótko ostrzyżone - nie różnili się niczym, nawet wyrazem miłości i szczęścia widniejącym w ich ciemnozielonych oczach.
To właśnie tęsknota i miłość, jakie widziałam we wzroku Willa, przyciągały mnie do niego, mimo iż oskarżenia zarejestrowane na podróżnym komunikatorze ostrzegały, abym trzymała się od niego z daleka. Trudno mi było uwierzyć, że za tym przyjaznym uśmiechem czai się ktoś, kto usiłował zabić zarówno Tomasa, jak i mnie. Ale mój nagrany głos powiedział mi, że taki właśnie jest Will. I dlatego trzymałam się blisko niego. Byłam zdecydowana dowiedzieć się, czy ten głos mówił prawdę - o Willu, o Tomasie i o wszystkim innym.