Same dobre wróżby - Sasza Hady

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log,

.

w któ­rym Elizę gubi je­den uśmiech

Jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych po­wie­dzo­nek cioci Klau­dii było: "Uśmie­chaj­cie się, dziew­czyny, w tram­wa­jach, na ulicy - ni­gdy nie wia­domo, gdzie spo­tka­cie faj­nego chło­paka". W dzie­ciń­stwie brzmiało dla Elizy obie­cu­jąco, ale w wieku szes­na­stu lat pod­cho­dziła do niego bar­dziej kry­tycz­nie, bo gry­zło się z jej prze­ko­na­niami na te­mat tego, czy dziew­czyny po­winny być za­wsze uśmiech­nięte. I czy je­śli już się uśmie­chają, to ko­niecz­nie dla ko­goś. Pa­mię­tała jed­nak, żeby w miej­scach pu­blicz­nych za­cho­wy­wać w miarę przy­jemny wy­raz twa­rzy - głów­nie po to, by lu­dzie nie wie­dzieli, co tak na­prawdę o nich my­śli.

Przy­da­wało jej się to zwłasz­cza w ta­kich sy­tu­acjach jak te­raz, na wsi pod Rze­szo­wem, gdzie od­by­wał się ro­dzinny zjazd z oka­zji uro­dzin cioci Klau­dii. Eliza zwy­kle sta­rała się uni­kać po­dob­nych im­prez, ale aku­rat miała do cioci ważny in­te­res. Mu­siała przy­znać, że w tym roku nie było tak źle. Mgiełka no­stal­gii za la­tami dzie­ciń­stwa, kiedy te pach­nące ko­ni­czyną łąki wy­da­wały się nie­skoń­czone jak niebo, nie­mal rów­no­wa­żyła cringe słu­cha­nia, jak lu­dzie po sześć­dzie­siątce śpie­wają chó­ral­nie Szła dzie­weczka do la­seczka.

Uro­dziny cioci za­wsze od­by­wały się na polu kem­pin­go­wym usa­do­wio­nym po­śród ła­god­nych zie­lo­nych pa­gór­ków, które od po­łu­dnia ota­czał wy­gięty jak psi ję­zor łuk lasu. Domki let­ni­skowe były roz­miesz­czone w brzo­zo­wym za­gaj­niku do­okoła tra­wia­stej po­lanki, po­środku któ­rej nad bie­siad­nym sto­łem roz­sta­wiono duży na­miot. Obok znaj­do­wały się wspólna za­da­szona kuch­nia, miej­sce na ogni­sko i grill. Mię­dzy drze­wami ko­ły­sały się ko­lo­rowe ha­maki, a zza krza­ków prze­sła­nia­ją­cych płytki sta­wek do­cho­dził re­chot żab.

Domki były drew­niane, małe i przy­tulne, przez co Eli­zie ta im­preza ko­ja­rzyła się z uro­dzi­nami Bilba w Shire. Ciotka Klau­dia - okrą­gła i po­godna jak hob­bit - za­wsze wy­gła­szała mowy po­wi­talne, pod­czas któ­rych dzię­ko­wała za przy­by­cie po­szcze­gól­nym ga­łę­ziom ro­dziny, wy­wo­łu­jąc Pie­trasz­ków, Ciem­niew­skich, Wen­tów i Cy­ga­nia­ków, a oni en­tu­zja­stycz­nie od­krzy­ki­wali. Nie­stety na im­pre­zie była nie jedna, lecz wiele Lo­be­lii - wścib­skich, wred­nych cio­tek, które za­wsze miały taką minę, jakby chciały ko­muś zwę­dzić ukrad­kiem srebrną cu­kier­nicę po babce.

Cio­cia Klau­dia nie na­le­żała do tych mę­czą­cych osób, które na wła­snych uro­dzi­nach ani na chwilę nie usiądą, tylko bie­gają jak na­krę­cone, przy­no­sząc, wy­no­sząc, pod­grze­wa­jąc, ukła­da­jąc i tak da­lej. Eliza zna­la­zła ją w kuchni, oto­czoną wia­nusz­kiem in­nych cio­tek, bez­tro­sko plot­ku­jącą z kie­lisz­kiem wina w ręce.

- Cio­ciu, mogę cię pro­sić na mo­ment? - za­py­tała Eliza grzecz­nie, ale uprzej­mo­ścią nie­wiele da się zdzia­łać, kiedy w grę wcho­dzą za­no­szące się śmie­chem i mó­wiące jedna przez drugą star­sze pa­nie.

Eliza nie lu­biła o nic pro­sić. Nie lu­biła też prze­ry­wać do­ro­słym, bo za­zwy­czaj po chwili od­po­wia­dali kontr­ata­kiem, za­rzu­ca­jąc ją py­ta­niami o oceny w szkole, wy­bór stu­diów, chło­paka albo ko­men­tu­jąc jej wy­gląd. Eliza nie ra­dziła so­bie z tego typu roz­mo­wami. W za­sa­dzie, jako za­de­kla­ro­wana in­tro­wer­tyczka, nie była zbyt do­bra w żad­nych kon­wer­sa­cjach of­fline. Ale miała inne za­lety.

Po­de­szła do sto­lika w kuchni, wy­brała jedną z nie­otwar­tych jesz­cze bu­te­lek czer­wo­nego wina i scho­wała do kie­szeni kor­ko­ciąg. Wró­ciła do grupki cio­tek i wzięła głę­boki wdech.

- Wino się wam koń­czy! - za­wo­łała gło­śno, uno­sząc bu­telkę.

Na­tych­miast zy­skała ich uwagę i sym­pa­tię.

Jedna z cio­tek prze­jęła wino z rąk Elizy, a reszta za­częła szu­kać kor­ko­ciągu, który - no daję słowo! - jesz­cze przed chwilą le­żał koło czaj­nika. Za­dźwię­czały pu­ste kie­liszki, szur­nęła otwarta nie­cier­pli­wie szu­flada.

Tym­cza­sem Eliza wzięła cio­cię Klau­dię pod rękę i spo­koj­nie wy­pro­wa­dziła z kuchni, a po­tem wcią­gnęła za róg, tak żeby osło­nić się przed wzro­kiem osób trze­cich.

- Mo­żemy chwilkę po­roz­ma­wiać? - za­py­tała miło.

Za­wsze uwa­żała, że cio­cia Klau­dia jest bar­dzo ni­ska, i te­raz, kiedy stały bli­sko na­prze­ciwko sie­bie, po­czuła lekką iry­ta­cję, że na­dal są rów­nego wzro­stu.

- Co tam, ko­cha­nie? Może głodna je­steś? - za­py­tała cio­cia i uśmiech­nęła się, aż jej brą­zowe oczy oto­czyły wa­chla­rzyki zmarsz­czek.

To był oczy­wi­ście żart. Eliza nie by­wała głodna.

- Mam do cie­bie prośbę, z ga­tunku tych więk­szych. Pla­no­wa­łaś może w sierp­niu po­je­chać do domku w Ma­ko­wie?

- Jesz­cze nie ro­bi­łam pla­nów. - Cio­cia się za­my­śliła. - Pod ko­niec lipca le­cimy z dziew­czy­nami do Astu­rii. Tam nie jest tak go­rąco jak w Bar­ce­lo­nie czy Ma­dry­cie. W ogóle nie po­trze­bują sje­sty moim zda­niem. Ale ją mają, oczy­wi­ście. - Za­chi­cho­tała, za­do­wo­lona, że przy­ła­pała Hisz­pa­nów z pół­nocy na drob­nym prze­krę­cie.

- Su­per, cio­ciu. Ma­ków - przy­po­mniała Eliza.

- A, tak. My­ślę, że wpadnę cho­ciaż na parę dni, żeby prze­wie­trzyć w domku i spraw­dzić, czy nie za­lę­gły się my­szy albo... Ale cze­kaj, cze­kaj. - Cio­cia Klau­dia uśmiech­nęła się sze­roko. - Nie mów, że wresz­cie zde­cy­do­wa­łaś się przy­je­chać! Tyle lat już cię u mnie nie było!

- Ekhm, chcia­ła­bym przy­je­chać, ale nie sama. - Eliza po­pa­trzyła na cio­cię nie­śmiało.

- Z kimś? Z chło­pa­kiem? - ucie­szyła się. - A mama wie? - za­py­tała kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem.

- Z dwoma chło­pa­kami i jedną dziew­czyną. W sen­sie: z przy­ja­ciółmi - do­dała szybko Eliza, żeby nie za­brzmiało to jak dumna de­kla­ra­cja po­lia­mo­rii.

- Świetny po­mysł! - za­chwy­ciła się cio­cia. - Wy, dzie­ciaki, te­raz tylko przed ekra­nami sie­dzi­cie, świeże po­wie­trze wam się przyda. To kiedy chce­cie przy­je­chać?

- Pięt­na­stego sierp­nia, je­śli ci to pa­suje, cio­ciu.

- Pew­nie, pew­nie. A Ma­dzia, zna­czy ma­mu­sia, też bę­dzie?

- Nie-e. Wła­śnie o to cho­dzi, że ty by­ła­byś dla nas taką przy­zwo­itką. Bo wiesz, my się nie znamy na żywo, tylko on­line. I ro­dzice nas nie pusz­czą, je­śli nie bę­dzie ko­goś do­ro­słego i...

Cio­cia Klau­dia za­częła się śmiać.

- Ro­zu­miem, ro­zu­miem. Ko­goś do­ro­słego w licz­bie po­je­dyn­czej.

- Je­den do­ro­sły cał­ko­wi­cie wy­star­czy - zgo­dziła się Eliza. - To co my­ślisz?

- Pew­nie, przy­jeż­dżaj­cie - po­wie­działa cio­cia Klau­dia ser­decz­nie. - To ta­kie ro­man­tyczne, że się zna­cie tylko na od­le­głość. Ja i moja przy­ja­ciółka Ania pięć lat wy­mie­nia­ły­śmy ze sobą li­sty mię­dzy Gdań­skiem a Tar­no­wem, za­nim się wresz­cie spo­tka­ły­śmy. Po­zna­ły­śmy się przez ta­kie ogło­sze­nie w ga­ze­cie dla na­sto­la­tek...

Eliza znała tę hi­sto­rię, ale nie miała nic prze­ciwko wy­słu­cha­niu jej po raz ko­lejny. Mu­siała tylko pil­no­wać, żeby tę­czówki nie ucie­kły jej do tyłu, bo wła­śnie pła­wiła się w oce­anie ulgi. Mimo że prze­pa­dała za cio­cią Klau­dią, i tak stre­so­wała się przed tą roz­mową. Tak bar­dzo, bar­dzo jej za­le­żało.

- ...i każ­dego roku, żeby to uczcić, je­dziemy ra­zem na kilka dni do Pa­ryża.

- Wspa­niale, cio­ciu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki