Sama mama. Jak przejść przez rozwód i szczęśliwie żyć dalej - Joanna Szulc

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Dla moich córek

 
 
WSTĘP

To jest książka dla kobiet, które są albo będą samotnymi mamami.

Niektóre z własnego wyboru, inne dlatego, że ktoś tak zdecydował wbrew ich woli. Związek się sypie albo już się rozsypał. A może trwa, ale jedynie "dla dobra dzieci", i wychodzi na to, że dzieciom mimo starań rodziców wcale nie wychodzi to na dobre.

Zaczęło się od tego, że się rozwiodłam.

Moje dzieci były wtedy małe, ja - pogubiona, zestresowana i nieszczęśliwa. Zbierałam doświadczenia, uczyłam się żyć samodzielnie, zajmować domem i pracować - na całkiem wysokim i absorbującym stanowisku. Wielu rzeczy musiałam się nauczyć od zera. Z wieloma sobie poradzić. Poczucie samotności dopadało mnie, gdy choremu maluchowi musiałam odessać katar z nosa i podać gorzki antybiotyk (kto próbował to robić na dwie, nie cztery ręce, ten wie, że łatwo nie jest) albo gdy jedno dziecko trzeba było odebrać z przedszkola, a z drugim iść do logopedy. Sama musiałam decydować o tym, którą szkołę i zajęcia dodatkowe wybrać dla córek, a więc sama byłam także z tą całą obawą: "A jeśli źle robię?".

Najtrudniejsze chyba jednak było to, że gdy dzieci spały w swoich łóżkach, rumiane, spokojne i szczęśliwe, opierałam się o framugę drzwi do pokoju dziecięcego i myślałam, jak dobrze byłoby móc się z kimś podzielić tym widokiem.

Bycie samą mamą to masa trudnych emocji. To trochę smutek, a trochę poczucie wolności. Trochę strach, ale też nowo zdobyta odwaga. To ogromne zmęczenie. Ale też wielka szansa.

Gdy już okrzepłam nieco w swojej samodzielności, zauważyłam, że jest wokół mnie sporo kobiet u progu podobnych życiowych zmian, jakie ja przeszłam. Niektóre pytały mnie, jak o rozwodzie rozmawiać z dziećmi. Inne - na co zwrócić uwagę przy składaniu pozwu w sądzie? Jak radzić sobie z codziennością? Czy smutek kiedyś minie?

Postanowiłam więc spisać to, co wydaje mi się ważne. Zaprosiłam do rozmów osoby, których wiedza i empatia pomagają dokonać wyboru, zachować wewnętrzną równowagę, zadbać o siebie.

Być może ty sama jesteś przed życiowymi decyzjami. A może już zapadły. Być może na razie paraliżuje cię lęk o dzieci, o siebie, o przyszłość. Płaczesz w poduszkę i czujesz się jak w potrzasku. Uznajmy więc, że tę książkę napisałam dla ciebie. Żeby pokazać ci: przeszłam tę drogę, powiem ci, jak było. Macham do ciebie z tej drugiej strony, uśmiecham się i mówię: jestem z tobą.

To może jeszcze powiem ci, czego tu nie znajdziesz.

Nikogo nie będę namawiać do rozstania z partnerem, gdy tylko pojawią się pierwsze prawdziwe kłopoty. Takie na przykład, jak u większości par pojawiają się po urodzeniu dziecka. Nie. Problemy są po to, by im stawiać czoła, by je analizować, radzić sobie z nimi, omawiać, traktować jak lekcję. Warto zrobić wszystko, by zadbać o dobrą relację z partnerem, o pełną rodzinę.

Czasem tylko w trudnych sytuacjach przekonujemy się, że człowiek, z którym mamy dzieci, dzielimy życie, jest w jakimś sensie zupełnie obcy. I że udawanie związku jest męką nie do wytrzymania.

Nie ma w tej książce o tym, jacy to faceci są okropni, a kobiety - dzielne i wspaniałe. Zdecydowanie tak nie myślę. Ludzie bywają silni i słabi, mają mniejsze i większe problemy z dostosowaniem się do wyzwań, różnych rzeczy w życiu doświadczyli. Kiedy rozglądam się wokół, widzę w ludziach dużo frustracji i zranień, a dość mało czystej złośliwości. I sądzę, że to, iż komuś rozwala się związek, wynika raczej z braku dobrych wzorców, z nieumiejętności, ze złych doświadczeń w przeszłości czy z choroby niż z tego, że ktoś jest po prostu skurczybykiem albo jędzą.

Nie chcę też stworzyć wrażenia, że mama, która sama wychowuje dzieci, ma obowiązek ze wszystkim sobie świetnie radzić, że ma wziąć na siebie w całości wychowanie dzieci i że to dla niej dopust Boży. Dzieci mają mamę i tatę, którzy powinni się dzielić obowiązkami i przyjemnościami związanymi z wychowaniem dzieci. Tylko nie zawsze tak jest w praktyce. Żeby nie było wątpliwości: uważam, że konieczna jest zmiana społeczna i przejście do takiego modelu opieki nad dzieckiem, jaki funkcjonuje na przykład w Skandynawii, gdzie partnerstwo rodziców jest faktem, a nie marzeniem. Ale póki co ta zmiana dopiero następuje. A my musimy żyć, zaspokajać swoje potrzeby, dążyć do szczęścia. Nie odłożymy naszych najlepszych lat na później. Mamy swój czas teraz. I fajnie byłoby wykorzystać go najlepiej, jak się da.

MOI ROZMÓWCY

Dorota Bzinkowska - doktor nauk medycznych, psychiatra. Pracuje z pacjentami z zaburzeniami nastroju, ma wieloletnie doświadczenie w pracy w szpitalu (Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie), jak i w warunkach ambulatoryjnych.

 

Robert Damski - prawnik, Komornik Sądowy przy Sądzie Rejonowym w Lipnie. Od lat angażuje się w działania na rzecz poprawy jakości egzekucji alimentów. Jest członkiem zespołu do spraw alimentów powołanego przez Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka.

 

Andrzej Gryglewicz - doktor psychologii, psychoterapeuta, wykładowca na Wydziale Rehabilitacji Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Jako certyfikowany terapeuta Practitioner EMDR Europe specjalizuje się w terapii traumy.

 

Jędrzej Kosewski - psycholog, terapeuta poznawczo-behawioralny. Posiada także certyfikat terapeuty i superwizora terapii schematu. Prowadzi m.in. terapię osób z zaburzeniami lękowymi, ze stanami depresyjnymi, z problemami w relacjach i po stresie traumatycznym.

 

Aleksandra Ksokowska-Robak - psycholożka, psychoterapeutka. Związana z poznańską Pracownią Humani, gdzie prowadzi terapię indywidualną i grupy terapeutyczne dla dzieci i młodzieży, terapię rodzinną oraz spotkania doradcze dla rodziców. Jest autorką artykułów dotyczących rozwoju i wychowania, poradników dla rodziców i materiałów edukacyjnych dla nauczycieli.

 

Barbara Laskowska - adwokat, wcześniej sędzia. Specjalizuje się w sprawach rodzinnych i karnych.

 

Tatiana Mindewicz-Puacz - psychoterapeutka, certyfikowany coach ICC, ekspertka od komunikacji interpersonalnej i masowej, specjalistka do spraw kampanii społecznych, mówczyni motywacyjna, trenerka biznesu i szkoleniowiec. Widzom znana jako mentorka w programie TVN Projekt Lady, czytelnikom - jako autorka książek Luz. I tak nie będę idealna oraz Miłość. I co dalej?

 

Halina Piasecka - coach ICF, trenerka, ekspertka w obszarze szczęścia w pracy, współwłaścicielka firmy szkoleniowo-doradczej Piasecka & Żylewicz.

 

Tamara Pocent - pedagog, mediatorka, biegła sądowa, coach. Prowadzi m.in. warsztaty z mediacji i rozwiązywania konfliktów dla różnych grup zawodowych, warsztaty wychowawcze dla rodziców, superwizje dla psychologów i pedagogów dziecięcych. Uczy mediacji studentów Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS.

 

Ewa Rutkowska - coach, trenerka. Specjalizuje się w rozwoju umiejętności miękkich oraz wspieraniu klientów w zmianie.

 

Joanna Salbert - psycholożka, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna. Obecnie w trakcie kursu superwizora-dydaktyka TPB. Prowadzi indywidualną terapię dzieci, młodzieży i dorosłych oraz terapię rodzinną. Pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie oraz współpracuje z Poradnią Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży w ramach Szpitala Nowowiejskiego.

 

Małgorzata Sikorska - doktor socjologii. Pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się socjologią życia rodzinnego, przemianami obyczajowości oraz przemianami współczesnego społeczeństwa polskiego.

 

Marta Sikorska - mediatorka i facylitatorka programów rozwojowych. Pracuje z wykorzystaniem metod Porozumienia bez Przemocy i narzędzi wspierania ludzi w konflikcie i procesie. W ramach warsztatów i konsultacji pracuje z klientami, jest autorką programu TAO z końmi, czyli Tysiąc Aktów Odwagi.

 

Wojciech Stefaniak - psychoterapeuta terapii schematu, superwizor-dydaktyk Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczo Behawioralnej, członek Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej oraz International Society of Schema Therapy. Wykładowca na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Tworzy warsztaty i programy szkoleniowe z zakresu psychoterapii i rozwoju osobistego.

 
RAZEM NA CAŁE ŻYCIE

Moi Rodzice poznali się ponad 55 lat temu. To był bal sylwestrowy, kostiumowy. Mój tata, wówczas student Politechniki Warszawskiej, przebrał się za roznosiciela gazet; na szyi miał tabliczkę: "Szukam żony od zaraz". Znalazł ją już na początku imprezy. Są razem do dziś.

W ich pokoleniu znam wiele małżeństw z tak długim stażem. Trzy z nich naprawdę dobre. Co sprawia, że są razem? Przecież wiem, że czasem bywało kiepsko. Wiem, że oni niespecjalnie pomagali w domu, a one miały dość ich wyjazdów w delegacje. Czy chodzi o to, że kiedyś rozwód to była ostateczność, jakaś życiowa porażka, coś, co odciskało wstydliwe piętno na czole kobiety (bo o rozwodnikach zawsze mówiło się lepiej niż o rozwódkach)? A może czasy były inne - mimo wszystko większa stabilizacja, praca, która nie rujnowała życia rodzinnego, wspólne wczasy pod gruszą i wieczory przy brydżu z przyjaciółmi? Może wojenne i powojenne pokolenia widziały taki obraz strat i zniszczeń, że za wszelką cenę chciały czegoś, co przetrwa największe burze? Może kiedyś ludzie nawzajem się bardziej szanowali? A może to wszystko tylko fasada, bujda na resorach, a pod pięknymi pozorami kryją się ciemne tajemnice?

Nie wiem.

Wiem tylko, że tamte małżeństwa były trwalsze. Co nie zawsze znaczyło: szczęśliwsze.

Tym niemniej - ogromnie cenię trwałe związki. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy po wielu spędzonych razem latach lubią trzymać się za ręce, w rozmowach sięgają do archiwum wspólnych wspomnień i korzystają z tych samych okularów do czytania. Strasznie mnie wzrusza, gdy tata w specyficzny sposób zdrabnia imię mamy ("ale Elfik...!"), a mama wierzy święcie, że tata rozwiąże każdy problem.

Bardzo im zazdroszczę.

Rozpad mojego małżeństwa to był dla nich cios, a dla mnie ból, że muszę go zadać.

Nie dało się inaczej. Naprawdę się nie dało.

Czasami ktoś mi się zwierza i trochę podpytuje, jak to jest po rozwodzie. Tak, jak pyta się wytatuowaną osobę, czy nie żałuje, że ma tatuaż; czy było warto?

To zupełnie nie tak.

Nie ma odpowiedzi na pytanie: czy na moim miejscu ciągnęłabyś ten związek? Nikt inny tego nie wie - tylko ty sama, ty sam. Na pewno warto bardzo dobrze przemyśleć decyzję, wyczerpać wszystkie możliwości: pójść na terapię własną, spróbować terapii par, zwierzyć się przyjaciołom, jeśli ma się takich przyjaciół, którzy potrafią mądrze wspierać.

Ale to są tylko lustra, w których możemy się przejrzeć. Zobaczyć w nich w miarę obiektywny obraz związku. A co jest w środku, wiemy tylko my sami.

KRYZYS W ZWIĄZKU? NORMALNA SPRAWA

W każdym związku zdarzają się kryzysy i to nie powód, by się od razu rozstawać. O tym, jak i kiedy można pracować nad relacją dwojga bliskich sobie ludzi, a kiedy lepiej byłoby się rozstać, rozmawiam z Wojciechem Stefaniakiem, filozofem, psychologiem i terapeutą par.

 
 

W dniu ślubu małżonkowie zakładają, że będą żyć długo i szczęśliwie, razem na dobre i na złe. A jednak prędzej czy później nieuchronnie pojawiają się problemy.

Związek dwojga ludzi, nawet ten oparty na silnym uczuciu i solidnych podstawach, przechodzi kryzysy. Tak po prostu jest. Kryzysy są naturalnym elementem bycia razem. Można je z grubsza podzielić na dwa rodzaje: rozwojowe i sytuacyjne. Te pierwsze wynikają z dynamiki związku i dotyczą właściwie każdej pary - w różnym stopniu i z różnym natężeniem. Wyzwalają je sytuacje, które niesie ze sobą życie w rodzinie.

 

Mówi pan "kryzysy rozwojowe" - czyli jest więcej niż jeden?

Tak. Taki typowy pierwszy kryzys, który sprawia, że partnerzy przychodzą na terapię, pojawia się około 3.-5. roku wspólnego życia. Wtedy zwykle okazuje się, że miało być tak pięknie, a wyszło... normalnie.

 

Normalnie? To się nie kojarzy z kryzysem.

Bo to wcale nie musi być duży problem. Po prostu życie w związku, jak to życie, wiąże się z różnymi trudnościami i wyzwaniami. W tym okresie zwykle pojawia się dziecko lub dzieci, a to zawsze jest duża zmiana. Problemy mogą być całkiem przyziemne: gdzie będziemy mieszkać, za ile, kto zajmie się dzieckiem, kto wróci do pracy, na co będziemy odkładać pieniądze. Okazuje się, że te rzeczy nie były dogadane na wcześniejszym etapie. Każde z małżonków mogło mieć swoje własne wyobrażenia na temat wspólnego życia i nie do końca uświadamiać sobie, że partner czy partnerka widzą te kwestie inaczej. Pojawiają się konflikty.

W tym czasie też nieco przygasa namiętność. To nie jest przyjemne, ale zupełnie naturalne. Nie można przez całe wspólne życie utrzymać jednakowo wysokiej temperatury uczuć.

 

Kiedy nadchodzi następny kryzys?

Gdy mamy w domu nastoletnie dziecko lub dzieci i pojawia się więcej konfliktów niż zwykle. Bywa nerwowo, małżonkowie mają wobec siebie oczekiwania i pretensje. Rodzina przechodzi zmiany, a partnerzy lepiej lub gorzej za nimi nadążają. Takie zachwianie równowagi jest wyzwaniem dla relacji.

Kolejny duży kryzys znany jest powszechnie jako "syndrom pustego gniazda". Moment, gdy dzieci opuszczają dom, fizycznie lub tylko mentalnie, to wielki test dla związku. Wtedy okazuje się, jak relacja partnerów jest zbudowana, na czym się opiera. Czasem okazuje się, że w tej relacji nie ma nic, gniazdo dosłownie jest puste. To są dramatyczne sytuacje - tyle lat razem i nic nas nie łączy? Pojawia się poczucie porażki, zmarnowanego czasu. Niekiedy tylko jedno z partnerów dochodzi do takiego wniosku, drugie uważa, że wszystko jest w porządku.

Często mamy dużą różnicę potrzeb bliskości w związku. Bywa tak, że osoba z mniejszą potrzebą bliskości mówi: "Jest OK, mieszkamy razem, nie wchodzimy sobie w drogę. Czego chcesz więcej?". Druga właśnie chce więcej: bliskości, więzi, dobrej wymiany emocji i wzajemnego zainteresowania, ostatecznie miłości.

 

A inne kryzysy?

Prócz tych naturalnie trudniejszych okresów wspólnego życia mogą pojawić się kryzysy sytuacyjne. Wiążą się z tym, co partnerzy robią w życiu, w swojej relacji albo co im przynosi życie. Takim kryzysem może być zdrada. Ale także kłopoty finansowe, ciężkie choroby, wypadki, choroba dziecka, poronienie, konieczność opieki nad starzejącymi się, chorymi rodzicami. To są rzeczy niezależne od tego, co dzieje się ze związkiem.

 

Zdrada jest niezależna od tego, co dzieje się w związku?!

Ze zdradą rzeczywiście sprawa jest złożona. Może być ona sposobem poradzenia sobie z kryzysem rozwojowym. Gdy między małżonkami źle się dzieje, brakuje bliskości, zrozumienia, akceptacji, jednemu z partnerów może przyjść do głowy, by szukać tego poza związkiem. To jest oczywiście kiepski pomysł - terapeuta nazwie go nieadaptacyjnym sposobem radzenia sobie z kryzysem.

Ale czasem tak bywa, że zdrada się po prostu przytrafi. Nie jest planowana. Jakiś wyjazd, za dużo alkoholu, uwiedzenie. Czy "skok w bok" się wydarzy, czy nie wydarzy, zależy w dużej mierze od osobowości partnera. Są różne typy ludzi, którzy zdradzają stałych partnerów.

 

Taki "katalog" zdradzających?

Oczywiście, w psychologii wszystko jest skatalogowane.

Są zdradzający, którzy - mówiąc potocznie - mają to w swojej naturze. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Takich mężczyzn nazywa się "seksualnymi łowcami". Oni uważają, że ich męskość zależy od tego, jak wiele mają partnerek seksualnych. W wersji kobiecej taki typ zwie się "poszukiwaczką przygód" - traktuje podboje jak sport, może trochę ekstremalny, ale właśnie dlatego ciekawy. Lubi tę ekscytację związaną z szukaniem nowych partnerów.

Ale jest też sporo typów "przypadkowo" zdradzających, którzy dali się uwieść. Ci łowcy i poszukiwaczki z kimś uprawiają seks - ich partnerzy to często tacy właśnie przypadkowi zdradzający, którzy dali się uwieść.

 

Zdrada typu "nie gniewaj się, tak wyszło".

Ciekawym typem zdradzających jest tzw. kobieta naiwna. Kobiety nie lubią tego określenia, ale taki typ występuje. Ma specyficzne cechy osobowościowe: bardzo mało refleksji na temat skutków swojego działania, a do tego pewien rodzaj bezwolności, słabości. Taka kobieta mówi: "On mi mówił, że jestem taka piękna, wspaniała - co ja mogłam zrobić? Nie mogłam mu się przecież oprzeć. To było silniejsze ode mnie".

Pani się teraz śmieje i rzeczywiście taki sposób tłumaczenia zdrady najczęściej wywołuje niedowierzanie i śmiech, bo gdy dorosła osoba mówi, że nic nie mogła poradzić na czyjeś awanse, brzmi to niedorzecznie. Ale dla takiej osoby to jest autentyczne. Ona nie rozumie, że można odmówić, nie poddać się oczekiwaniom. Takie zachowania prawie nie zdarzają się u mężczyzn, to jest kobiecy typ osoby zdradzającej.

Jest też tzw. kobieta znudzona. Ma wszystko, co można w życiu osiągnąć, i chce spróbować czegoś innego.

 

Znów kobiecy typ. Mężczyźni się nie nudzą?

Nudzą się. To prawda. Ale trochę inaczej na tę nudę reagują. Znudzona kobieta raczej pomyśli: "Chcę, żeby coś się zaczęło dziać w moim życiu uczuciowym". Znudzony mężczyzna też tak oczywiście może stwierdzić, ale nie będzie to standardowa reakcja. Raczej pomyśli: "Zróbmy coś, żeby nie było nudno". Na przykład pojedźmy na wyprawę motocyklową po Afryce. W wersji mniej ambitnej: spotkajmy się z kumplami na grillu i napijmy się piwa - to też w pewnym sensie jest lekarstwo na nudę.

 

A zdrada z miłości? Jak się ktoś po prostu zakocha.

Jedna z najtrudniejszych sytuacji w terapii i chyba najtrudniejsza dla związku, najbardziej dramatyczna. Tak, oczywiście ma pani rację, że można się zakochać. Ale to jest zwykle proces. W literaturze romantycznej pełno jest opisów miłości od pierwszego wejrzenia, ale w życiu miłość rodzi się inaczej. Żeby się tak naprawdę zakochać, potrzebny jest czas. I decyzja. Jeśli spotykam kogoś bardzo atrakcyjnego, pojawia się impuls. Ale sam impuls to nie miłość, a nawet jeszcze nie zakochanie. Za tym impulsem mogę pójść albo go zignorować. Jeśli za nim idę, to muszę mieć jakiś powód. Wyobraźmy sobie, że żonaty facet spotyka piękną kobietę i podczas spotkania świetnie im się rozmawia. Normalna sytuacja, prawda? Jeśli on potem o niej myśli, to też jeszcze nie jest nic dziwnego, tak bywa, że ludzie wywierają na sobie wrażenie. Ale jeśli on potem stara się zdobyć jej numer telefonu, dzwoni i umawia się na kolejne spotkanie, to już jest znak, że dąży do rozwinięcia tej znajomości.

W terapii na to właśnie patrzymy: co się stało, że on podjął inicjatywę, że były kolejne kroki? I tu zwykle wracamy do małżeństwa. Albo związek nie był już mocny, nie zaspokajał ważnych potrzeb, albo był w nim kiepski klimat emocjonalny. Słyszę na terapii: "Wracam do domu, a tam - beznadziejnie. Żona sfrustrowana, ciągłe pretensje, wszystko jest nie tak". Mówię tu o perspektywie męskiej, ale żony skarżą się tak samo, różni się to tylko czynnościami, które są krytykowane przez współmałżonka.

I gdy na taki klimat nałoży się poruszenie emocjonalne związane z poznaniem nowej atrakcyjnej osoby, powszechnie zwane zakochaniem, to może być tak, że przerodzi się to w silniejsze uczucie, w potrzebę bycia z nową partnerką czy partnerem.

 

Czym jest dla związku zdrada?

Gigantyczną destrukcją w relacji.

Dla osoby zdradzonej to jest cios. Począwszy od silnego uderzenia w poczucie własnej wartości i atrakcyjności, po utratę zaufania do współmałżonka. Większość zdrad jest opleciona kłamstwami. Bardzo rzadko zdarza się tak, że następnego dnia partner czy partnerka przyznaje się do zdrady; najczęściej jest to ukrywane, więc kłamstwo goni kłamstwo. Odkrycie zdrady jest zwykle ogromnym dysonansem poznawczym: "Myślałem/myślałam, że mogę ci ufać, że cię znam - a okazuje się, że to wszystko nieprawda. Jak mamy dalej razem żyć?".

 

A dla zdradzającego? Po nim chyba to wszystko też nie spływa jak woda po kaczce?

Seksualnego łowcy czy poszukiwaczki przygód - o których mówiliśmy wcześniej - zdrada nie zmieni, nie obejdzie. Oni nie mają wyrzutów sumienia, co najwyżej mogą być niezadowoleni, gdy sprawa się wyda. Wzbudzanie poczucia winy, dobijanie się o zrozumienie dla uczuć drugiej strony nie ma sensu.

Jeśli zdrada przytrafiła się przypadkiem, to już mamy inną sytuację. U zdradzającego może po fakcie pojawić się poczucie winy i przekonanie, że stało się coś bardzo złego, raniącego dla partnerki, partnera. Pod wpływem zdrady może dojść do głębokiej przemiany, do czegoś, co w psychologii nazywamy "wzrostem potraumatycznym". Trauma - taka jak choroba, wypadek albo inne trudne doświadczenie, w tym nieplanowana i niechciana zdrada - może spowodować, że człowiek przewartościowuje swoje życie, na nowo szuka w nim sensu, docenia obecność bliskich ludzi, trwałość relacji. Zaczyna się starać. Dotychczasowy związek może dzięki temu zyskać.

Oczywiście początkowo jest bardzo trudno. Kiedy na terapii mówię parze, że zdrada nie musi być wcale końcem relacji, że może być jeszcze lepiej, to jest to dla wielu niewyobrażalne.

Trauma to trauma. Szok, niedowierzanie, strach. Dopiero z biegiem czasu można wyciągnąć wnioski z tego wydarzenia i pracować nad poprawą relacji.

Najgorzej jest, jeśli mąż czy żona zakochają się w kimś innym.

 

Co wtedy?

Jak się słucha tych historii na terapii i patrzy na parę, która mówi o zdradzie i miłości pozamałżeńskiej, to widać dramat obu stron. Osoba zdradzona, która słucha tej opowieści, rozpada się na kawałki. Trzeba podczas terapii bardzo uważać, żeby się naprawdę nie rozpadła. No bo co ona słyszy? Tak naprawdę słyszy: "Już cię nie kocham. Jestem z tobą z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku, dla dzieci. A moje uczucia są gdzie indziej". Osoba, która zdradziła, z kolei zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, w jakiej jest sytuacji. Czy ma wybrać, kierując się sercem, czy poczuciem obowiązku i przyzwoitości? Żaden wybór nie jest dobry. Albo odejdę, a wtedy skazuję się na ogromne poczucie winy i niepewność, czy robię słusznie - bo nie wiem, co będzie w tej drugiej relacji. Na razie jest super, ale co się stanie, gdy zaczniemy żyć razem, borykać się z codziennością? Gdy minie ta cała ekscytacja związana z potajemnymi spotkaniami?

Z drugiej strony - co będzie, jeśli zerwę znajomość z kochanką/kochankiem, zostanę z żoną/mężem? Jestem bezradna, bezradny wobec moich uczuć. Czy dam radę żyć bez nowej miłości? A jeśli zostanę w małżeństwie, to jak będziemy razem żyć dalej?

Jeśli jedno z małżonków pozwoli sobie na związek pozamałżeński i tam ulokuje swoje uczucia, właściwie jest to sytuacja bez odwrotu. Emocje są silne, tworzy się więź z tą nową osobą. Równie silna jak ta z małżonkiem albo nawet silniejsza. Po stronie małżonka jest więcej racji pragmatycznych. Z żoną czy mężem ma się dzieci, dom, kredyt, wspólne wspomnienia, rodzinę. Ale emocje bywają silniejsze poza małżeństwem.

 

Mówi pan o sytuacji bez odwrotu. Ale jakieś wyjście z niej chyba jest? Domyślam się, że spora część pana klientów to właśnie pary po doświadczeniu zdrady. Jakoś im pan pomaga.

Tak, pomagam. Szacuję, że 70 procent przychodzących do mnie par w kryzysie kończy terapię z dobrym efektem. Zostają w związku, wzmacniają relację. Po zdradzie to też jest możliwe, nawet takiej, gdzie pojawiło się silne uczucie. Zwykle w takiej sytuacji, gdy jedno z małżonków zakocha się w kimś innym, potrzeba trochę czasu, by w ogóle ruszyć z terapią.

Kiedy rozpoczynamy terapię, umawiamy się na różne rzeczy. Jedną z zasad jest to, że małżonkowie nie będą robić nic, co szkodzi związkowi. W przypadku trwającego romansu oznacza to, że trzeba przestać kontaktować się z tą osobą, z którą zdradza żonę lub męża. No i jak się pani domyśla, u zakochanej osoby reakcja zwykle wygląda tak: "No ale jak to? Nie mogę, nie chcę, nie dam rady!".

 

Co pan wtedy mówi?

Jeśli ta osoba nie wyobraża sobie zawieszenia relacji pozamałżeńskiej, to w sumie mamy odpowiedź na pytanie o dalsze losy małżeństwa. No bo jak się nie da - to się nie da. Nie zawsze łatwą rolą terapeuty jest nazywanie tych zjawisk. Jeśli pan/pani czuje, że niemożliwe jest, by na przykład przez miesiąc nie kontaktować się z tą osobą, to najprawdopodobniej nie jest pan/pani w stanie obecnie pracować na rzecz małżeństwa.

 

Mamy zatem w związkach różne kryzysy, które mogą doprowadzić do tego, że ludzie źle się ze sobą czują, cierpią, kłócą się, są sfrustrowani. Niektórzy żyją tak latami. Inni myślą o rozstaniu albo próbują przeczekać trudny okres. Na jakim etapie partnerzy najczęściej decydują się na terapię?

Są tacy, którzy wcześnie dostrzegają, że w ich relacji coś zaczyna szwankować. W terapii, podobnie jak w medycynie, obowiązuje zasada, że lepiej jest zapobiegać poważnym kryzysom niż je leczyć. To znaczy łatwiej jest pracować na tym etapie, gdy małżonkowie czują, że coś w ich relacji się zmieniło na gorsze, i chcą się dowiedzieć co. Jeśli na terapii pojawi się para z kryzysem rozwojowym na wczesnym etapie, to stosunkowo łatwo można im pomóc w porozumieniu i pracy nad dobrą relacją. Pod warunkiem, że oboje rozumieją, że życie w związku niesie ze sobą pewne określone wymagania, że czasem bywa trudniej. Niektórzy nie radzą sobie z kryzysem, nie są w stanie zaakceptować tego, że związek jest inny, niż sobie wyobrażali. Mają w sobie silne przekonanie, że związek, który nie jest doskonały, trzeba zakończyć. Tyle że niektórzy chcą się rozstawać już przy pierwszych problemach, jakie pojawiają się w każdym małżeństwie.

Jednak większość par przychodzi na terapię w momencie, gdy to, co dzieje się między nimi, już mocno im przeszkadza. Trudno im wytrzymać atmosferę w domu, kłócą się, przestają na siebie liczyć.

 

Dlaczego czekają tak długo? To wstyd iść na terapię?

Nie, już raczej nie wstyd. Od dawna pracuję z parami i widzę zmianę - terapia coraz rzadziej jest czymś wstydliwym.

To wynika raczej z lekceważenia problemu i takiego podejścia: "Ojtam, ojtam, jeszcze nie jest tak źle". Może też trochę z braku wiedzy, który sprawia, że ludzie przegapiają pierwsze sygnały psucia się relacji.

 

A może nie chcą rozgrzebywać swoich spraw? Nie chcą się dowiedzieć o sobie czegoś trudnego, przyznać do błędów?

Na pewno to też. Trzeba coś o sobie opowiedzieć, nie wiadomo, co z tego opowiadania wyniknie, może się okaże, że coś się robi niewłaściwie. Jest lęk przed oceną.

 

Ze strony terapeuty?

I małżonka. Nie wiadomo, w jakim świetle mąż czy żona mnie przedstawi. Co tak naprawdę o mnie myśli i powie.

Czasem jest obawa, że trzeba będzie coś zmienić, a nie zawsze mamy ochotę na zmiany. W małżeństwach często pokutuje przekonanie, że ten, który powinien coś w sobie zmienić, jest jednocześnie winny trudnościom w związku.

 

Boją się stronniczości? Tego, że terapeuta będzie trzymał jedną stronę?

Tak. To zresztą może się zdarzyć, że terapeuta w pewien sposób będzie stronniczy. Oczywiście to jest błąd; jako terapeuci dużo czasu poświęcamy na naukę unikania takiej pułapki. Jest kilka czynników, które mogą mieć wpływ na to, jak oceniamy małżonków. Na przykład płeć - i to wcale nie zawsze kobieta trzyma stronę kobiety, a mężczyzna - mężczyzny. Dużo zależy od tego, jaką terapeuta ma osobowość, jakie doświadczenia za sobą. Nasza żelazna zasada brzmi: nie bierz się za terapię problemu, który masz nieprzepracowany w swoim związku. Albo miałeś. Albo mieli twoi rodzice. Albo ktoś z twoich przyjaciół i ten problem w niekontrolowany sposób rezonuje w tobie. Właśnie dlatego, że możesz być stronniczy, widzieć sprawę klientów przez pryzmat własnych przeżyć.

Czasem stronniczość terapeuty wynika z tego, że problem w związku nie układa się symetrycznie. Upraszczając: ktoś wydaje się być bardziej winien, a ktoś mniej. Jest taka pokusa, by ująć się za słabszym. To także błąd i nic dobrego dla pary z tego nie wyniknie.

Pary są zresztą czujne i zdarza się, że w czasie sesji ktoś mówi: "O, mnie się wydaje, że teraz to pan trzyma jej/jego stronę". Czasem mają rację, czasem nie.

 

Załóżmy, że pełni obaw i zmęczeni kryzysem w związku ludzie przychodzą do pana gabinetu i...?

Opowiadają o swojej sytuacji. Próbujemy zdefiniować problem. Czasem zaczyna się od bardzo ogólnego: "Nie możemy się dogadać". Rolą terapeuty jest tak poprowadzić rozmowę, by przejść do konkretów, określić, co jest sednem konfliktu.

Bywa też tak, zwłaszcza przy zdradach, że od razu pada informacja: "Właśnie się dowiedziałam, że mąż miał romans".

Zwykle diagnozowanie sytuacji zajmuje jedno-dwa spotkania. Wtedy też pytam, czy chcą pracować nad poprawą. To jest warunek podstawowy: żeby obie strony były co do tego zgodne.

 

To znaczy, żeby dalej chciały być razem? A jak nie wiedzą, czy chcą?

Takim minimum, które pozwala na terapię, jest przyznanie: "Nie wiem, czy chcę tego małżeństwa". Nie wiem - to znaczy muszę to sobie przemyśleć, przyjrzeć się uczuciom i własnemu myśleniu, nie podjęłam, nie podjąłem jeszcze decyzji.

Jeśli jest wola pracy, określamy cele terapeutyczne, to znaczy we trójkę zastanawiamy się, do czego będziemy dążyć. Zdarza się, że mąż i żona mają trochę inne cele, ale to nie jest żadną przeszkodą. Można pracować na terapii z dwiema osobami, których cele się od siebie różnią. Na przykład pani chce mieć więcej czasu dla siebie, pan chce więcej uznania dla swojego wkładu w życie rodziny. Zwykle wtedy najpierw szukamy tego, co jest u nich zbieżne, i tym zajmujemy się na początku.

Są tacy klienci, którzy przychodzą i mówią: "Jest pan naszą ostatnią deską ratunku, jak tu nam nie wyjdzie, to się będziemy rozwodzić". Wtedy staram się dopytać, o co chodzi z tą ostatnią deską. Czy o to, że właściwie to podjęli już decyzję o rozwodzie, tylko chcą się czuć w porządku ("Żeby nie było, żeśmy wszystkiego nie spróbowali, co mogło pomóc")? Jeśli tak, to sugeruję, żeby dać sobie spokój. Terapia małżeńska, która nie ma na celu pomóc związkowi, tylko dać zielone światło do rozwodu, to strata czasu i pieniędzy.

Ale może chodzi im o to, że nie mają już pomysłu, co zrobić, żeby było lepiej? Bo jeśli w tym rzecz, to spróbujmy popracować.

 

A jeśli przyszli do pana rozczarowani inną terapią, która nie wyszła?

Zdarza się tak.

Część klientów przychodzi na terapię z roszczeniowym nastawieniem. Tak, jakby mówili: "No cóż, zobaczymy, co nam masz do zaoferowania". I to do pewnego stopnia jest w porządku, taka relacja usługodawca-usługobiorca. Ale nie można terapii traktować jako wyłącznie pracy terapeuty. W trakcie terapii nie zawsze jest miło. Mógłbym oczywiście tak poprowadzić spotkania, żeby było wyłącznie przyjemnie, ale nic dobrego z tego nie wyniknie, nie spowoduje to większych zmian.

Zdarza się też tak, że para oczekuje, iż terapeuta "weźmie i naprawi" ich związek, jak mechanik naprawia popsuty samochód. To tak nie działa. Terapeuta nikogo i niczego nie naprawia. To partnerzy muszą chcieć i starać się naprawić swoje relacje.

 

Ale jednak od terapeuty dużo zależy. Szuka się kogoś kompetentnego, mądrego, pyta znajomych, czy mogą kogoś polecić.

Jasne. Przy czym uprzedzam: nie da się wybrać terapeuty na podstawie opisu na stronie internetowej czy rekomendacji znajomych. To jedynie wskazówka, ale potem trzeba pójść do tej osoby, zobaczyć, porozmawiać. Dać sobie czas - kilka spotkań. Przekonać się, czy jesteśmy w stanie się przy niej czy przy nim otworzyć. Wybór terapeuty wymaga gotowości do prób. I otwartości na to, że będzie czasem trudno, że prędzej czy później pojawią się łzy, silne emocje. Nawiasem mówiąc, jak się w ogóle nie płacze na terapii, to raczej nie idzie dobrze.

Radziłbym uważać, jeśli terapeuta sprawia, że czujemy się niezmiennie i nadmiernie komfortowo. Na terapii ma być bezpiecznie, ale niekoniecznie zawsze miło i sympatycznie. Jak się okopię w poczuciu komfortu, to się nie zmienię. A na terapię idzie się, żeby coś zmienić.

 

Czasem jedno z partnerów nie chce terapii, a drugie nalega i prosi: "Zrobię, co zechcesz, ty wybierz terapeutę, wszystko zaakceptuję". To dobrze? Tak namawiać na terapię?

Rzadko jest tak, że obie strony tak samo chcą terapii, zwykle to jednej osobie bardziej na niej zależy. W namawianiu i przekonywaniu generalnie nie ma nic złego. Ale warto przyjrzeć się argumentacji. Jeśli ktoś mówi: "Zrobię wszystko, czegokolwiek zażądasz, zaakceptuję każdego wybranego przez ciebie terapeutę, tylko zgódź się na terapię", to znaczy, że zapomniał, iż jest podmiotem, i nadmiernie, być może wręcz chorobliwie, się podporządkował drugiej osobie. To nie brzmi dobrze.

Ale jeśli - powiedzmy - żona proponuje mężowi: "Zależy mi na terapii, jeśli ty chcesz wybrać terapeutę, to zrób to i zobaczymy, jak nam się z nim pracuje" - to jest to OK.

 

Czy zdarza się, że para pracuje z dwójką terapeutów?

Tak, wtedy para terapeutów to też jest mężczyzna i kobieta, tak jak para klientów. Spotykają się we czwórkę.

Ja akurat pracuję w modelu poznawczo-behawioralnym i terapii schematu, gdzie nie ma takiego wymogu. Z klientami spotykam się sam.

Pracuję z obojgiem naraz. Chociaż zdarza się, że na wczesnym etapie, gdy dopiero diagnozujemy problemy i ustalamy tryb pracy, proponuję indywidualne spotkanie, jeśli któreś z małżonków nie chce powiedzieć czegoś przy partnerze.

 

Można tak? Zatajać coś przed mężem lub żoną, przystępując do terapii?

Ogólnie terapia ma służyć temu, by para otwarcie i szczerze mówiła o problemach, wspólnie je rozwiązywała. Ale zdarzają się różne sytuacje. Ktoś na przykład mówi: "Wolałbym nie opowiadać przy żonie o moim ojcu, który był przemocowy. Wstydzę się tego, jak byłem bity i poniżany". Dla terapeuty taka informacja jest ważna, bo wiele mówi o mężu. Ale niekoniecznie łatwo jest o tym rozmawiać przy żonie.

Bywa, że jedno z partnerów przyznaje terapeucie na przykład "Jestem chory. Nie chcę na razie o tym mówić żonie". Albo: "Narobiłam długów, boję się przyznać". Czasem to, co słyszę na indywidualnym spotkaniu, jest taką bombą z opóźnionym zapłonem - i tak to wyjdzie na terapii, nie można tego utrzymać w tajemnicy. Do zdrady, do faktu posiadania dziecka pozamałżeńskiego, do wszystkiego, co rzutuje na relację małżonków, trzeba się przyznać.

 

Co jeszcze trzeba ujawnić?

Uzależnienie. Osoba uzależniona bezwzględnie musi poddać się własnej terapii. Praca w parze, gdy uzależnienie jest ukryte albo nieleczone, nie uda się. Tu mamy twarde i sprawdzone zasady postępowania.

 

Umawia się pan z klientami na terapię i co dalej? Jak często i jak długo się spotykacie?

Dobry rytm to półtoragodzinne sesje co dwa tygodnie. Jak długo to trwa - to zależy od problemu. Są terapie półroczne, są dwuletnie. Czasem w trakcie terapii ujawniają się dodatkowe problemy i czas pracy się wydłuża.

Na początku terapii ustalamy rodzaj kontraktu, umawiamy się, jak będziemy pracować i mniej więcej kiedy zastanowimy się, co dalej - na przykład umawiamy się, że po dziesięciu spotkaniach podejmiemy decyzję, czy chcemy kontynuować pracę. Podkreślam również, że terapię można w każdej chwili przerwać. Czasem tylko jedna osoba chce przerwać, ale ponieważ do terapii, tak jak do małżeństwa, potrzebna jest dobrowolna zgoda obojga, nie można kontynuować, gdy chce tego tylko jedno z partnerów.

 

Co wtedy z tą osobą, która chce terapii? Może sama przychodzić?

To nie jest dobry pomysł, żeby spotykała się z tym samym terapeutą, do którego przychodziła w parze. Lepiej zgłosić się do innego terapeuty na indywidualną terapię.

Powiedzmy, że mąż nie chce już terapii, a żona chce. Po jakimś czasie on stwierdza, że jednak terapia jest mu potrzebna, i decyduje się wrócić. Byłoby dobrze, aby powrót na terapię był możliwy. A nie byłby możliwy, gdyby żona, pod nieobecność męża, sama opowiadała terapeucie o tym, jak ona widzi problemy związku. Zachwiałaby się równowaga. W terapii ważne jest równe dzielenie czasu i uwagi terapeuty pomiędzy dwoje partnerów.

 

Ciągle mówimy o "pracy" - ale na czym ona tak właściwie polega? Na rozmawianiu, wyjaśnianiu?

Mówiąc w uproszczeniu, na sprawdzaniu tego, co pojawia się w głowie i emocjach partnerów w konkretnych sytuacjach. To, co myślimy o sobie, o ludziach, o świecie, o życiu, pracy, dzieciach - to wszystko powoduje nasze konkretne zachowania, nasz sposób reagowania.

Przykładowa sytuacja: żona jest w domu, mąż przychodzi z pracy późno, siada i rozkłada gazetę. Oboje milczą. Nic się specjalnego nie dzieje. Dopóki któreś z nich nie zacznie myśleć o tej sytuacji. Tu się wszystko zaczyna.

Myśli u żony mogą być zupełnie neutralne, ale mogą też wyglądać tak: "Już mnie nie kocha. Nawet na mnie nie spojrzał. Nie liczę się dla niego. Nie poświęca mi czasu". W wyniku takich myśli, zależnie od temperamentu, może się pojawić złość ("Mam dość takiego traktowania") albo lęk ("Zostawi mnie", "To koniec"). Proszę zwrócić uwagę, że te myśli i wynikające z nich emocje (a potem zachowania) nie są częścią obiektywnej rzeczywistości. Obiektywna rzeczywistość wygląda tak, że facet wszedł do mieszkania, nie odzywa się i czyta.

Nad interpretacjami takich sytuacji zastanawiamy się podczas terapii. Może być tak, że myśli żony są całkiem trafne, że mąż rzeczywiście nie jest nią już zainteresowany. Ale równie dobrze to, co żona wymyśliła, może być zupełnie niezgodne z faktami. Jednak ona wierzy, że jej myśli odzwierciedlają prawdę, i działa zgodnie ze swoją interpretacją. Następne kroki będą związane nie z tym, że on czyta i się nie odzywa, tylko z tym "że jej nie kocha". Znów - zależnie od temperamentu - ona mu zrobi awanturę albo trzaśnie drzwiami, albo pójdzie płakać, albo pójdzie zdradzać...

 

Czyli "praca" to przyglądanie się myślom i emocjom, zachowaniom. Ustalanie, czy mają uzasadnienie, czy nie.

Tak. Szukamy, skąd się bierze to, jak osoba interpretuje sytuacje. Sposób myślenia ma związek z osobowością, kształtuje się przez całe życie, najsilniej w dzieciństwie. Jeśli na przykład kobieta dorastała w domu, w którym mężczyzna był nieobecny, niepewny, pojawiał się i znikał, wywołując tęsknotę, brak poczucia bezpieczeństwa - to wiadomo, że takie doświadczenie silnie wpływa u niej w przyszłości na sposób myślenia o partnerze. Gdy partner wraca do domu i zasłania się gazetą (bo na przykład miał trudny dzień w pracy albo martwi się kursem franka szwajcarskiego), to dla niej także "znika", a to wiąże się z lękiem i poczuciem odrzucenia.

 

[...]

Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt okładki: Joanna Kosk-Florczak

Opracowanie graficzne i łamanie: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadząca: Karolina Mikulicz

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2025

Copyright ? by Joanna Szulc, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2025

 

ISBN: 978-83-8380-271-8

 

Wydanie drugie

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej