Sama - Katarzyna Nowak

-
Proszę czekać

Wstęp

Książkę tę dedy­kuję wszyst­kim skrzyw­dzo­nym, któ­rzy jesz­cze nie zna­leźli w sobie sił do walki o spra­wie­dli­wość. Dro­dzy, walcz­cie o sie­bie. To nie była wasza wina, byli­ście dziećmi, któ­rych nikt nie miał prawa krzyw­dzić.

Jestem przy­kła­dem tego, że prawda zawsze wygra. Nawet z tak potężną insty­tu­cją, jaką jest Kościół kato­licki. Cho­ciaż zro­bił wszystko, żeby mnie znisz­czyć psy­chicz­nie i zmu­sić, żebym się pod­dała, wytrwa­łam. Jako pierw­sza osoba w Pol­sce dopro­wa­dzi­łam do tego, że to on został przez sądy ska­zany na wypłatę zadość­uczy­nie­nia za krzywdy, jakie mi wyrzą­dzono, kiedy byłam dziec­kiem. Do tej pory sądy ska­zy­wały tylko spraw­ców, czyli księży, a wyroki bez­względ­nego wię­zie­nia zapa­dały bar­dzo rzadko. Po raz pierw­szy zapła­cić musiał zakon chry­stu­sow­ców jako insty­tu­cja, a nie nale­żący do niego ksiądz pedo­fil.

Wie­dzia­łam, że zmie­rze­nie się z prze­szło­ścią i tak szcze­gó­łowe jej opi­sa­nie będzie boleć, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że aż tak. Przy­wo­ły­wa­nie tych wszyst­kich strasz­nych wspo­mnień bar­dzo dużo mnie kosz­to­wało. Czu­łam, jak z każdą napi­saną stroną to wszystko, co wycier­pia­łam, znowu wraca. I mimo upływu lat, boli tak samo.

Od jakie­goś czasu pró­bo­wa­łam zmie­rzyć się z prze­szło­ścią. O moich trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach mogli­ście prze­czy­tać w mediach, frag­menty wspo­mnień publi­ko­wa­łam też na moim blogu, ale dopiero teraz spró­bo­wa­łam opi­sać także to, o czym ni­gdy wcze­śniej nie potra­fi­łam nikomu - nawet na tera­pii - opo­wie­dzieć. Nie zna­la­złam w sobie sił, by zmie­rzyć się z kosz­ma­rem, przez który prze­szłam w dzie­ciń­stwie i od któ­rego wciąż nie mogę się uwol­nić. To było dla mnie zbyt trudne. Bałam się nawet o tym myśleć. Może dla­tego, że ni­gdy nie mia­łam bez­piecz­nej prze­strzeni, w któ­rej mogła­bym to zro­bić?

Moja trauma i zespół stresu poura­zo­wego na­dal są bar­dzo silne. Do dziś zma­gam się ze skut­kami krzywdy wyrzą­dzo­nej mi przez jedy­nego czło­wieka, któ­remu wtedy odwa­ży­łam się zaufać.

Moja pamięć jest dziwna. Cza­sami bar­dzo szcze­gó­łowa do tego stop­nia, że wraca do mnie wszystko, każda godzina mojego cier­pie­nia, a nawet zapa­chy czy smaki z tam­tego czasu. A nie­kiedy mam w niej tylko straszne czarne dziury. Moż­liwe, że moja psy­chika w taki spo­sób broni się przed bólem. Moż­liwe, że wyma­za­nie tych naj­gor­szych lat mojego życia jest potrzebne, żebym w ogóle mogła żyć dalej. Moż­liwe, że kie­dyś tę pamięć stracę. Nie wiem prze­cież, jakie mogą być kolejne kon­se­kwen­cje tej krzywdy, którą wyrzą­dził mi ksiądz Roman. Moż­liwe, że poja­wią się kolejne cho­roby, które odbiorą mi moż­li­wo­ści opi­sa­nia wszyst­kiego ze szcze­gó­łami. Dla­tego zde­cy­do­wa­łam się opo­wie­dzieć moją histo­rię, dopóki jestem w sta­nie to zro­bić.

W książkę wplo­tłam frag­menty mojego bloga. Wiele wpi­sów oddaje stan, w jakim się znaj­do­wa­łam przed wie­loma mie­sią­cami, kiedy po raz pierw­szy pró­bo­wa­łam opi­sać to, przez co prze­szłam. Noto­wa­łam strzępy wspo­mnień, snów, w któ­rych wra­cały kosz­mary z prze­szło­ści i prze­my­śle­nia o tym, co działo się w cza­sie pro­cesu, a także póź­niej, kiedy po wygra­nej w sądach sta­łam się obiek­tem ata­ków. Czu­łam wtedy upo­ko­rze­nie, wście­kłość, ból, które musia­łam z sie­bie wyrzu­cić. W tej książce zapi­sa­łam całe moje życie i wymie­ni­łam wszyst­kich doro­słych, któ­rzy zawie­dli mnie naj­pierw jako dziecko, a póź­niej jako osobę doro­słą, oraz wszel­kie insty­tu­cje, które powinny chro­nić naj­słab­szych i zapo­bie­gać ich wyko­rzy­sty­wa­niu, a uda­wały, że nie widzą mojej krzywdy i przy­zwa­lały na nią. Mam nadzieję, że moja histo­ria prze­kona was rów­nież, że warto wal­czyć o spra­wie­dli­wość, nawet jeśli ta walka jest nie­równa i czę­sto ponad siły.

Dziew­czynka ze złego domu

Nie wiem, co to zna­czy nor­malne życie. Odkąd się uro­dzi­łam, moja codzien­ność była nazna­czona bólem i stra­chem. Gdy wra­cam myślami do cza­sów naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa, pierw­sze, co przy­cho­dzi mi na myśl, to strach. Miesz­ka­łam z rodzi­cami i bra­tem w bar­dzo małej wsi kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Szcze­cina. Mam czwórkę rodzeń­stwa, ale dwaj starsi bra­cia i sio­stra wypro­wa­dzili się z domu, gdy mia­łam kilka lat. Wyje­chali do innego mia­sta, zamiesz­kali w inter­na­cie. Tam się uczyli, a póź­niej zna­leźli pracę i już ni­gdy nie wró­cili do domu. Ja zosta­łam z rodzi­cami i młod­szym bra­tem. Rodzeń­stwo po wyjeź­dzie rzadko nas odwie­dzało, z rodzi­cami miało słaby kon­takt. Myślę, że wypro­wadzka była dla nich w pew­nym sen­sie ulgą. Oczy­wi­ście nie było im łatwo, bo weszli w doro­słe życie wcze­śnie, zupeł­nie sami, bez jakiej­kol­wiek pomocy ze strony rodzi­ców i to było bez wąt­pie­nia bar­dzo trudne. Jed­nak miało tę zaletę, że nie musieli już prze­by­wać w domu peł­nym awan­tur i prze­mocy. Tak, rodzice są nie­stety uza­leż­nieni od alko­holu.

Nie jest mi łatwo o nich pisać, bo cho­ciaż dziś wiem, że to przez nich mia­łam tak trudne życie, kocham ich na­dal. Kocham i nie­na­wi­dzę jed­no­cze­śnie. Nie potra­fię wyba­czyć im tego, co musia­łam wycier­pieć w domu rodzin­nym, ale rów­nież, a może przede wszyst­kim tego, że zgo­dzili się, żeby ksiądz mnie z tego domu zabrał i potem prak­tycz­nie nie inte­re­so­wali się moim losem. To, co do nich czuję, to jest miłość prze­pla­tana nie­na­wi­ścią i żalem, ale mimo wszystko na­dal w tych moich zło­żo­nych uczu­ciach prze­waża miłość. Miłość dziecka do rodzica. Jaki­kol­wiek by on był.

Z upły­wem czasu do tych uczuć doszła jesz­cze litość. Jest mi ich bar­dzo żal. Współ­czuję im, bo teraz wiem, że są cho­rzy. Piszę "cho­rzy", bo alko­ho­lizm to cho­roba. Nie­stety, moi rodzice całe życie wypie­rali swój nałóg. Zresztą do dziś to robią. Ni­gdy się nie przy­znali, że piją, a wszel­kie komen­ta­rze na ten temat odbie­rali jako atak na nich. Mam żal, że ni­gdy nie pod­jęli lecze­nia, choć ich o to wie­lo­krot­nie pro­si­łam. Wiem, że wycho­wali się w cięż­kich warun­kach, że pocho­dzą z domów peł­nych prze­mocy i są nie­udolni życiowo. Mama wcze­śnie stra­ciła rodzi­ców, została z piątką dzieci bez żad­nej pomocy. Tata miał ojca tyrana. Bab­cia sypiała na sto­jąco za szafą, cho­wa­jąc się przed dziad­kiem, który rów­nież był alko­ho­li­kiem i prze­mo­cow­cem. Bił tatę do krwi. Kie­dyś pró­bo­wał go powie­sić. Zda­rzało się, że mój tato, gdy był małym chłop­cem, musiał ucie­kać przed wła­snym ojcem z domu i spę­dzał noce pod kościel­nym murem.

Wiem, że mieli straszne dzie­ciń­stwo. Nie poj­muję jed­nak, dla­czego powie­lili te sche­maty, zamiast je odwró­cić, zapew­nić swoim dzie­ciom lep­sze życie, niż sami mieli. Nie­stety, nie zro­bili nic, by prze­rwać tę spi­ralę pijań­stwa i prze­mocy. Nie chcę ich oczer­niać, tylko poka­zać, z czym musia­łam się mie­rzyć, będąc dziec­kiem dwojga alko­ho­li­ków. U mnie nie było tak, jak cza­sem bywa w innych domach, że pije jeden rodzic, na przy­kład ojciec, i dziecko ma bez­pieczną przy­stań w mamie. Ja nie mia­łam jej w nikim.

2 lipca 2019

Jak to jest być kocha­nym?

Nie wiem, nie potra­fię tego porów­nać, bo

nie mam do czego, ni­gdy nie byłam kochana.

Nie znam miło­ści rodzi­ciel­skiej, rodzin­nej, w sumie chyba żad­nej. Nie wiem, co to jest.

Ni­gdy tego nie doświad­czy­łam, ni­gdy rodzice mnie nie przy­tu­lili, nie powie­dzieli,

że kochają. Ni­gdy nie mia­łam zapew­nio­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Jedy­nie mogę powie­dzieć, jak to wyglą­dało u moich kole­ża­nek. Zawsze im tego zazdro­ści­łam,

kiedy widzia­łam, jakie mają rela­cje z rodzi­cami, z rodzeń­stwem, jak dobrze się uczą,

że mają wszyst­kie przy­bory do szkoły,

ładne miesz­ka­nia, fajne ciu­chy, że mają

co jeść i co naj­waż­niej­sze, że rodzice je kochają, nie piją, nie biją i nie robią awan­tur.

Rodzice od zawsze uzna­wali mnie za wroga, bo cho­wa­łam im butelki z alko­ho­lem, żeby nie pili. Byłam złym dziec­kiem, które według nich prze­sa­dzało. Pili, od kiedy pamię­tam. Mieli wie­lo­dniowe ciągi i czę­sto pod wpły­wem alko­holu demo­lo­wali miesz­ka­nie. Nisz­czyli nawet ściany. Mama kie­dyś kupiła nowe meble i tata już następ­nego dnia pociął je piłą. Mama też, gdy była w ciągu, potra­fiła wyrzu­cić wszystko z domu do ogródka. Mnie szar­pała, biła, wyzy­wała od naj­gor­szych. Mówiła, że ja i brat jeste­śmy znaj­dami. Tata twier­dził, że jeste­śmy źli i nie możemy być jego dziećmi.

Pamię­tam te wszyst­kie tra­giczne noce, kiedy sie­dzia­łam ukryta pod koł­drą i trzę­słam się ze stra­chu, bo oni znów demo­lo­wali dom i się bili. To powta­rzało się przez wiele lat. Prak­tycz­nie przez wszyst­kie, które spę­dzi­łam w domu rodzin­nym. Mama wołała: "Pomocy, ratunku!", a ja nie wie­dzia­łam, co mam robić. Byłam tylko małą, prze­ra­żoną dziew­czynką. Jed­nak, mimo stra­chu, czu­łam, że muszę jakoś ją obro­nić.

Bili się zawzię­cie. Oby­dwoje czę­sto byli pocięci, podra­pani, jed­nak to tata był sil­niej­szy i to głów­nie on okrop­nie znę­cał się nad mamą. Zawsze wkra­cza­łam, pró­bo­wa­łam go odcią­gnąć, ale nie zawsze się uda­wało. Potra­fił ode­pchnąć mnie tak mocno, że bałam się podejść drugi raz. Wtedy tylko krzy­cza­łam albo wzy­wa­łam poli­cję. Tata bił mamę strasz­nie. Czę­sto leżała na pod­ło­dze cała zakrwa­wiona. Zwy­kle ona też była wtedy pijana. Kiedy miała wię­cej siły, bie­gła z nożem do taty i nie­raz go tym nożem ska­le­czyła. Raz tata pobił mamę tak, że gdy weszłam do domu, to jej nie pozna­łam, miała spuch­niętą całą twarz, pod­bite oczy, zła­many nos, trudno wtedy było powie­dzieć, że to twarz. Był to kosz­marny widok, ni­gdy go nie zapo­mnę.

Pamię­tam, jak mama pew­nej zimy po pijaku zła­mała nogę i nosiła gips, pamię­tam, jak musiała ucie­kać przed tatą z domu i cho­dziła po wsi z tym gip­sem mimo mrozu na dwo­rze.

Zda­rzało się i tak, że gdy wra­ca­łam do domu, to taty nie było, mama spała pijana w pokoju, a na pod­ło­dze mię­dzy poko­jami leżał sąsiad, pan Rafał. Nie lubi­łam go, bo gdy przy­cho­dził, to wia­domo było, że będą pić. Leżał nie­przy­tomny, a ja bałam się przejść obok niego, musia­łam wyjść z domu i cze­kać kilka godzin na placu zabaw, aż wytrzeź­wieje i sobie pój­dzie. Któ­re­goś wie­czoru ten sąsiad pił z tatą w kuchni, był bar­dzo pijany. Ja już byłam wyką­pana, mia­łam na sobie taką białą halkę. W pew­nym momen­cie sąsiad zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać, jakby miał jakieś halu­cy­na­cje, widział we mnie inną osobę, wykrzy­ki­wał coś i zaczął mnie gonić. Byłam prze­ra­żona, zaczę­łam pła­kać i ucie­kłam na podwórko, a kiedy zoba­czy­łam, że on też wyszedł, scho­wa­łam się do obórki i prze­sie­dzia­łam tam całą noc. Była wtedy mroźna zima. Potwor­nie mar­z­łam, ale bałam się wró­cić do domu. Mia­łam wtedy z sześć, naj­wy­żej osiem lat.

1 grud­nia 2019

Jeden z wielu dni...Pamię­tam, jak nad­szedł gru­dzień.

Jako dziecko bar­dzo cie­szy­łam się ze świąt. Mimo że pra­wie wszyst­kie w moim domu były pełne pła­czu i prze­mocy, bo dla rodzi­ców był to kolejny powód do napi­cia się, to jakoś w tej swo­jej dzie­cię­cej gło­wie zawsze sobie myśla­łam, że może aku­rat w te święta się nie napiją albo że przy­je­dzie ktoś z rodziny i to ich powstrzyma, więc zawsze mia­łam nadzieję, że może aku­rat te będą fajne. Takie jak u innych. Takie, jakie widzia­łam u sąsia­dów w mojej rodzin­nej miej­sco­wo­ści przez okna. Cie­płe, rodzinne. Bez krzyku. Nie­stety, zawsze oka­zy­wało się ina­czej. I albo się bałam, albo pła­ka­łam. Kiedy nad­cho­dził czas na pre­zenty, żadne mnie nie cie­szyły,

gdy widzia­łam rodzi­ców, któ­rzy się kłócą.

Mama czę­sto pod wpły­wem alko­holu chciała popeł­nić samo­bój­stwo, więc cho­wa­łam noże, leki, klu­cze od domu, żeby ni­gdzie nie wyszła i nie pró­bo­wała się powie­sić albo w jakiś inny spo­sób ode­brać sobie życia. Żyłam w cią­głym lęku, stre­sie. Kiedy zamy­ka­łam drzwi i zabie­ra­łam klucz, żeby nie wyszła z domu i nie zro­biła sobie krzywdy, cza­sem uspo­ka­jała się i zasy­piała pijana na fotelu czy w łóżku i był spo­kój. Ale czę­ściej przy­cho­dziła do pokoju, który dzie­li­łam z bra­tem, szar­pała mnie, biła, krzy­czała, że mam jej ten cho­lerny klucz oddać. Zasła­nia­łam się tylko rękoma przed jej cio­sami i bła­ga­łam, żeby mnie zosta­wiła, żeby poszła spać, że jest noc. Cza­sem się uda­wało, a cza­sem nie dałam rady jej zatrzy­mać i musia­łam oddać jej klucz.

Tata z mamą nie­na­wi­dzili się od zawsze, ale ni­gdy się nie roze­szli. Przez więk­szość życia pili osobno, ukry­wa­jąc alko­hol przed sobą nawza­jem. Tę nie­na­wiść oka­zy­wali, od kiedy pamię­tam.

Tata po alko­holu nie tylko robił się agre­sywny, ale też zacho­wy­wał się bar­dzo dziw­nie: sły­szał różne głosy, uwa­żał, że ktoś go prze­śla­duje albo pod­słu­chuje. Bałam się spać, kiedy wpa­dał w takie stany, bo potra­fił wie­lo­krot­nie w ciągu nocy wcho­dzić do mnie do pokoju i mówić różne dziwne rze­czy albo widział we mnie kogoś, kim nie byłam - na przy­kład zwra­cał się do mnie jak do poli­cjanta. Bar­dzo się wtedy bałam. Wiele lat póź­niej tera­peutka, któ­rej o tym powie­dzia­łam, stwier­dziła, że tata musi cier­pieć na schi­zo­fre­nię para­no­idalną.

Czę­sto awan­tury trwały wiele godzin. Nawet gdy pijani do nie­przy­tom­no­ści w końcu padali, ja nie mogłam usnąć. Musia­łam spać z ojcem i trzy­mać go za kie­szonkę koszuli, bo wtedy nie wsta­wał i nie bił mamy. Czę­sto całą noc grało radio, które tata włą­czał na cały regu­la­tor zawsze, gdy się upi­jał. Te noce były kosz­marne, a rano musia­łam wstać i iść do szkoły. Nie­wy­spana, czę­sto brudna, bez śnia­da­nia i nie­raz zapła­kana, bo gdy rano rodzice się budzili, od nowa zaczy­nali się kłó­cić mię­dzy sobą i krzy­czeć na nas.

W szkole ja i brat byli­śmy źle trak­to­wani przez rówie­śni­ków. Uczy­li­śmy się słabo. Tak naprawdę ni­gdy nie odra­bia­li­śmy lek­cji, bo czę­sto nie mie­li­śmy pod­ręcz­ni­ków, a w domu nie było warun­ków do nauki. Rodzice nie tylko ni­gdy nie usie­dli z nami do lek­cji, ale nawet nie zapew­nili nam miej­sca, w któ­rym mogli­by­śmy te lek­cje odra­biać. Zda­rzało się, że ledwo zda­wa­łam z klasy do klasy. Byli­śmy zanie­dbani, byli­śmy gorsi i tak nas trak­to­wano. Głów­nie drę­czono mojego młod­szego brata. Przez to, że rodzice palili papie­rosy, kole­dzy wyzy­wali go od "śmier­dzieli", bo dym wni­kał w jego ubra­nia. Mój brat był zamknięty w sobie, bar­dzo słabo się uczył. Cho­dzi­łam cza­sem do niego na prze­rwie spraw­dzić, czy wszystko u niego w porządku. Jego też musia­łam chro­nić. Któ­re­goś razu zoba­czy­łam, że kolega się nad nim znęca, cią­gnie go za kap­tur po kory­ta­rzu, a mój brat dusi się i pła­cze. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, ale rzu­ci­łam się na tego chło­paka i tak go okła­da­łam pię­ściami, że gdyby inne dzieci mnie nie odcią­gnęły, to nie wiem, jak by się to skoń­czyło. Było mi tak bar­dzo żal mojego brata, że stra­ci­łam nad sobą kon­trolę. Ale ten chło­pak już wię­cej mojego brata nie tknął.

Kiedy wra­ca­li­śmy szkol­nym auto­bu­sem do naszej wsi, liczy­łam drzewa, a z każ­dym kolej­nym coraz bar­dziej bolał mnie brzuch, bo wie­dzia­łam, że jestem coraz bli­żej domu. Bałam się, co tam zastanę, czy rodzice będą pijani, czy nie. Kiedy byli trzeźwi, ja byłam szczę­śliwa, bo wie­dzia­łam, że będę miała odro­binę spo­koju, że nie będę musiała się mar­twić. W te dni, kiedy nie pili, mogłam spo­koj­nie wyjść na podwórko albo na plac zabaw.

Kole­ża­nek nie mia­łam. Nikt nie chciał się ze mną zaprzy­jaź­nić, bo pocho­dzi­łam, z domu alko­ho­li­ków. Cała wieś znała moich rodzi­ców, więc inne dzieci albo miały zakaz zabawy z nami, albo po pro­stu same nie chciały się z nami spo­ty­kać, bo byli­śmy dla nich gorsi. Wsty­dzi­łam się zapra­szać kogo­kol­wiek do domu. Ni­gdy nie wie­dzia­łam, czy aku­rat rodzice nie będą pijani. Poza tym żyli­śmy w strasz­nej bie­dzie. Nie było łazienki, cie­płej wody, czę­sto nie mie­li­śmy co jeść. Miesz­ka­łam z bra­tem w jed­nym małym pokoju.

Byłam bar­dzo zamkniętą, wyco­faną dziew­czynką, czu­łam się gor­sza od innych, więc zawsze cho­wa­łam się po kątach i rzadko sama wycho­dzi­łam z jakąś ini­cja­tywą. Mia­łam tylko jedną kole­żankę. Przy­jeż­dżała na nie­które week­endy do dziad­ków i to z nią się kole­go­wa­łam przez kilka lat. Ona wie­działa, jak wygląda sytu­acja w moim domu. Nie zawsze to rozu­miała, bo jej rodzice nie pili i czę­sto obra­żała się na mnie, że nie chcę pójść się z nią poba­wić czy pojeź­dzić na rowe­rze, ale jakoś trwała ta nasza zna­jo­mość. Ona jedyna przy­cho­dziła cza­sem do mnie do domu.

Nie mia­łam takiego życia, jak inne dzieci. Sie­dzia­łam pra­wie całe dnie w domu, pil­nu­jąc rodzi­ców, aby się nie poza­bi­jali. Bałam się wycho­dzić, bo wie­dzia­łam, że gdy mnie nie będzie, tata zacznie bić mamę, a oprócz mnie nikt by jej nie pomógł. Mój brat też bał się tych awan­tur, ale miał chyba więk­sze zdol­no­ści do wypar­cia pro­ble­mów albo jego dzie­cięca psy­chika tak dzia­łała, że potra­fił od nich uciec. Pójść na wieś i się bawić. Ja nie umia­łam. Rodzice, kiedy mieli ciągi, potra­fili awan­turować się cza­sami kilka dni z rzędu. I w dzień, i w nocy.

Kiedy zda­rzało im się wytrzeź­wieć, oka­zy­wali się cał­kiem innymi ludźmi. Byli w sta­nie jakoś funk­cjo­no­wać. Mama nawet goto­wała obiady. Kiedy tylko się napili, wszystko dia­me­tral­nie się zmie­niało. W domu koń­czył się spo­kój.

Rodzice pili od zawsze i od zawsze mieli złe rela­cje. Cza­sem potra­fili ze sobą roz­ma­wiać, ale tylko wtedy, kiedy byli trzeźwi. Pod wpły­wem alko­holu od razu zaczy­nały się awan­tury. Przy­bie­rały różną postać, jed­nak naj­gor­sze było to, że pra­wie zawsze wtedy docho­dziło do prze­mocy. Od razu rzu­cali się sobie do gar­deł. Tata jako męż­czy­zna był sil­niej­szy, ale i mama nie pozo­sta­wała mu dłużna. Przez wszyst­kie te lata, kiedy miesz­ka­łam w domu, byłam ich ratow­ni­kiem.

23 wrze­śnia 2019

Tak, wiem, nie mia­łam rodzi­ców. Są, żyją, ale jakby ich ni­gdy nie było. W sumie ni­gdy nie było nikogo, komu mogła­bym powie­dzieć, co się dzieje. Popro­sić o pomoc. Nie miał kto za mną sta­nąć i mnie obro­nić. Takie dzieci naj­ła­twiej wybrać. Ale żeby aż takie zło spo­tkało jedną osobę, dziecko? Za co?

Rodzice byli agre­sywni nie tylko wobec sie­bie. Bili także nas. Mówili wtedy, że dosta­li­śmy z bra­tem lanie, bo sobie na to zasłu­ży­li­śmy. Jed­nak naj­wię­cej bólu zada­wali sobie wza­jem­nie. Bar­dzo się bałam tych awan­tur i tego, że coś strasz­nego im się sta­nie. Czę­sto do rodzi­ców przy­cho­dzili różni ludzie, z któ­rymi pili. Wró­ci­łam kie­dyś ze szkoły, a na pod­ło­dze w pokoju leżał zalany do nie­przy­tom­no­ści sąsiad. Bałam się przejść obok niego, więc spę­dzi­łam wiele godzin na scho­dach przed domem, cze­ka­jąc, aż on się obu­dzi. Rodzice też wtedy spali pijani.

5 listo­pada 2019

Nie­na­wi­dzę rodzi­ców za to, że zmar­no­wali mi dzie­ciń­stwo.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że musia­łam szu­kać pomocy u kogoś obcego.

Za to, że odkąd przy­szłam na świat, prze­cho­dzi­łam gehennę.

Za to, że zazna­łam zanie­dba­nia, bólu, głodu, opusz­cze­nia.

Nie­na­wi­dzę rodzi­ców za to, że mnie ni­gdy

nie kochali.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy ksiądz pierw­szy raz się dopu­ścił mole­sto­wa­nia mnie na ple­ba­nii, kiedy miał uczyć mnie mate­ma­tyki, to wró­ci­łam do domu i nie rozu­mia­łam, że to, co zro­bił, było złe. Że nie nauczyli mnie tego odróż­niać. Że ni­gdy nie powie­dzieli mi, czym jest zły dotyk.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że bałam się im cokol­wiek powie­dzieć, żeby mnie nie zbili.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że mi nie uwie­rzyli.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że mnie bili.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że sie­bie nawza­jem bili. Nie­na­wi­dzę ich za to, że się mną nie inte­re­so­wali, że mnie nie szu­kali.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że musia­łam patrzeć

na ich pijań­stwo.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że cią­gle mówili, że jestem pro­ble­mem.

Nie­na­wi­dzę ich za strach, w jakim musia­łam żyć wiele lat w domu rodzin­nym.

Nie­na­wi­dzę ich za nocne awan­tury, za krew try­ska­jącą po ścia­nach, za roz­wa­lone meble czy poła­mane drzwi.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy cho­wa­łam klucz,

żeby mama się nie powie­siła, biła mnie po twa­rzy, kiedy nie chcia­łam jej go oddać.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że zawsze z bra­tem byli­śmy pośmie­wi­skiem dla rówie­śni­ków.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że kiedy dowie­dzieli się o tym, co prze­szłam, co zro­bił mi ksiądz,

ni­gdy nie dali mi wspar­cia.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że odkąd wypro­wa­dzi­łam się z domu, ni­gdy mi nie pomo­gli. Nie zapy­tali, czy mam co jeść, za co żyć.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że ja czę­sto za ostat­nie ciężko zapra­co­wane pie­nią­dze im poma­ga­łam. Nie­na­wi­dzę ich za to, że pra­wie wszyst­kie święta były przez nich pełne pła­czu.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że tata do mnie ni­gdy nie dzwoni.

Nie­na­wi­dzę ich za to, że do dziś pod wpły­wem alko­holu obwi­niają mnie, że to moja wina, że znisz­czy­łam im życie.

Mimo wszystko ich cią­gle kocham i chcę być bli­sko nich i chcę być inna niż oni. Chcę im poka­zać, że można być dobrym czło­wie­kiem. Chcę, by ostat­nie lata swo­jego życia dobrze prze­żyli.

Ksiądz jak bóg

Moja rodzina była bar­dzo wie­rząca. Bab­cia, mama mojego taty, do dziś ma w domu ołta­rzyk, przed któ­rym się modli. Są tam obrazki z Maryją, Jezu­sem, a nawet papie­żem. Przy­znam szcze­rze, że kiedy odwie­dzam bab­cię, sia­damy w tym pokoju, w któ­rym to wszystko stoi, i nie czuję się naj­le­piej, ale rozu­miem, że tak już u niej jest. Bab­cia należy do innego poko­le­nia i mimo że ja już jestem osobą nie­wie­rzącą, to sza­nuję ją i to, w co wie­rzy. Kiedy bab­cia nie ma sił iść do kościoła, bo już jest w takim wieku i sta­nie, że wię­cej leży, niż cho­dzi, to sta­wia się jej krze­sło przed wej­ściem do domu i tak słu­cha mszy. Kościelny mur zaczyna się zale­d­wie dwa­dzie­ścia metrów od wej­ścia na jej podwó­rze. Bab­cia spę­dziła więc całe życie jakby pod tym kościo­łem.

Wszy­scy byli­śmy wycho­wy­wani w wie­rze. Życie na wsi wyglą­dało tak, że ludzie w tygo­dniu pra­co­wali na polach, a w dni świą­teczne ubie­rali się ład­nie i szli na mszę. Nie było ani jed­nego domu, z któ­rego ktoś nie cho­dził do kościoła. Nie zna­łam w tam­tym cza­sie nikogo, kto nie byłby wie­rzący. Wszy­scy, moi rodzice także, zawsze przyj­mo­wali księ­dza po kolę­dzie. Tata był jedyną znaną mi osobą, która cho­dziła do kościoła tylko na pogrzeby czy śluby. Ja, gdy byłam mała, musia­łam co nie­dzielę być na mszy, bo mama mi kazała. W domu zawsze się mówiło, że Bóg jest, a księża są rów­nie ważni jak on sam. Od naj­młod­szych lat sły­sza­łam od mamy, że jeśli coś źle zro­bię, pójdę do pie­kła, że muszę kochać i sza­no­wać Pana Boga. Nie dopusz­czała nawet myśli, że można nie pójść na pasterkę, nie prze­ła­mać się opłat­kiem albo nie poświę­cić jajek z oka­zji świąt wiel­ka­noc­nych. Ponie­waż w takiej rodzi­nie zosta­łam wycho­wana, cho­dziłam na msze i inne kościelne uro­czy­sto­ści. I wie­rzy­łam w tego Boga.

Mia­łam wtedy może z dzie­sięć lat, ale pamię­tam to jak dziś. Poszłam do kościoła, uklę­kłam i zaczę­łam się modlić. Pro­si­łam Pana Boga, żeby mój star­szy brat i jego dziew­czyna przy­je­chali do nas w odwie­dziny, bo wtedy przez kilka dni rodzice by nie pili i byłoby faj­nie. Następ­nego dnia oni rze­czy­wi­ście wpa­dli na week­end, a ja byłam bar­dzo szczę­śliwa. Połą­czy­łam to wtedy z tą moją prośbą i wie­rzy­łam, że Bóg mnie wysłu­chał...

Bierz­mo­wa­nia nie mamy ani ja, ani mój młod­szy brat. Kiedy moi rówie­śnicy przyj­mo­wali ten sakra­ment, ja byłam już osobą nie­wie­rzącą i nie chcia­łam mieć nic wspól­nego z tą insty­tu­cją. Dla­czego bierz­mo­wa­nia nie ma mój brat? Nie wiem.

Lata 2000-2005 to chyba był naj­gor­szy czas w moim rodzin­nym domu. Rodzice wtedy pili prak­tycz­nie non stop. Byłam bar­dzo nie­szczę­śli­wym dziec­kiem. I strasz­nie samot­nym. Ni­gdy nikt nie zare­ago­wał na to, co się u nas dzieje. A prze­cież ludzie nie mogli nie wie­dzieć. Musieli widzieć ojca czę­sto leżą­cego w jakichś rowach i mnie, jak jeż­dżę rowe­rem po wsi i go szu­kam. Musieli sły­szeć i widzieć alko­ho­lowe liba­cje i awan­tury. Nie tylko nasi naj­bliżsi sąsie­dzi miesz­ka­jący przez ścianę, w dru­giej połówce bliź­niaka. Każdy z naszej wsi wie­dział prze­cież, że w tym pijac­kim domu są dzieci. Ni­gdy nikt nie prze­jął się naszym losem, ni­gdy nikt nam nie pomógł.

W 2005 roku pozna­łam księ­dza Romana B. Byłam wtedy w VI kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej, mia­łam 12 lat. Tego dnia reli­gia była pierw­szą lek­cją. Oka­zało się, że będzie ją pro­wa­dził nowy ksiądz, czyli on. Sie­dzia­łam w pierw­szej ławce. To był bar­dzo ciężki dla mnie dzień, bo w domu przez całą noc cią­gnęła się awan­tura i po raz kolejny poszłam do szkoły nie­wy­spana, zmę­czona i zapła­kana. Na lek­cji byłam nie­obecna myślami, bo źle się czu­łam, chciało mi się na zmianę spać i pła­kać. Każdy pisał coś w zeszy­cie, a ja nie mia­łam na to siły, więc mój zeszyt był pusty. Kiedy lek­cja dobie­gła końca i wszy­scy zaczę­li­śmy wycho­dzić, on zawo­łał mnie do biurka i powie­dział, żebym jesz­cze chwilę została. Zestre­so­wa­łam się, bo ni­gdy wcze­śniej żaden z nauczy­cieli nie kazał mi zosta­wać na prze­rwie w kla­sie, nie inte­re­so­wał się mną. On pod­szedł do drzwi i je zamknął, bo po wyj­ściu kole­gów zostały otwarte na oścież, i zapy­tał, co się dzieje. Czy dobrze się czuję, bo on widzi, że pła­ka­łam i czy może mi jakoś pomóc. Powie­dzia­łam, że nic się nie dzieje. Mimo moich zapew­nień dopy­ty­wał, a ja odpowie­działam tylko, że źle się dzi­siaj czuję i że poza tym wszystko jest okej. Zapy­ta­łam, czy mogę już iść, a on powie­dział, że tak. I poszłam.

Przez kilka tygo­dni cią­gle pró­bo­wał ze mną poroz­ma­wiać. Obser­wo­wał mnie na kory­ta­rzu. Pod­cho­dził do mnie i pytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Tak samo było, gdy sie­dzia­łam pod klasą i cze­ka­łam na lek­cje. Gdy były jakieś imprezy szkolne, widzia­łam, że roz­gląda się, gdzie jestem. Bar­dzo mnie wku­rzało, że za mną łazi. Któ­re­goś razu powie­dział: "Mnie nie musisz się bać. Jestem księ­dzem, nie zro­bię ci krzywdy, chcę ci pomóc. Zaufaj mi". Nie chcia­łam z nim roz­ma­wiać. Nie tylko dla­tego, że go nie zna­łam, ale też bałam się go. Żaden z nauczy­cieli ani w ogóle nikt w całym moim dotych­cza­so­wym życiu nie pytał mnie, czy dzieje się coś złego, czy potrze­buję pomocy, więc była to dla mnie nowa i dziwna sytu­acja.

Za któ­rymś razem pomy­śla­łam, że może on naprawdę chce mi pomóc, że jest księ­dzem, że jest dobry. Byłam wtedy w naprawdę kiep­skim sta­nie psy­chicz­nym.

W końcu, cho­ciaż bar­dzo się bałam, że gdy komuś powiem, co się u nas dzieje, zabiorą mnie i brata do domu dziecka, opo­wie­dzia­łam mu o sobie. Że bar­dzo się boję o młod­szego brata i o rodzi­ców, że sobie coś zro­bią. Że nas biją, że jest okrop­nie, że potrze­bu­jemy ratunku. Powie­dział, że pomoże mnie i mojej rodzi­nie, że będzie lepiej. Do dziś nie mogę sobie wyba­czyć, że się otwo­rzy­łam, że mu opo­wie­dzia­łam o sobie i o moich domo­wych dra­ma­tach. Tak, wiem, skąd mogłam wie­dzieć, jaki ma plan? Skąd mogłam wie­dzieć, że tra­fię do jesz­cze więk­szego pie­kła? Ale i tak nie mogę pogo­dzić się z tym, że mu zaufa­łam. Tak, wiem - on był księ­dzem, rodzice byli wie­rzący, kazali mi cho­dzić do kościoła, zawsze powta­rzali, że ksiądz to jak Bóg...

Ale gdy­bym wtedy mu nie powie­działa, to może by mnie nie wybrał?

Opo­wie­dział tro­chę o sobie: że nie­dawno miał świę­ce­nia kapłań­skie, że został przy­dzie­lony do pracy z mło­dzieżą i że chce poma­gać dzie­cia­kom z tej para­fii. Był bar­dzo miły, cią­gle się uśmie­chał, dużo żar­to­wał. Mówi­łam mu wcze­śniej, że w domu nie mam warun­ków do odra­bia­nia lek­cji i nauki, przez co mam słabe oceny i nie wiem, czy zdam do kolej­nej klasy. Pytał, czy potrze­buję pomocy. Opo­wie­działam mu o całym swoim dzie­cię­cym dra­ma­cie. Pierw­szy raz oso­bie doro­słej. Pierw­szy raz ktoś w ogóle zwró­cił na mnie uwagę. Do tej pory nikogo nie obcho­dzi­łam. Nikt mnie nie widział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki