O tym, jak Riko stał się częścią stada
To ja. A to Riko – mój najlepszy przyjaciel.
Riko i ja wszystko robimy razem: bawimy się, chodzimy na spacery i jeździmy na wakacje. Razem też jemy chrupki i parówki, ale nie mówcie tego mojej Mamie, bo będzie zła.
Riko jest z nami prawie od zawsze. Rodzice kupili go, kiedy byłem jeszcze bardzo mały, ale dobrze pamiętam ten dzień. Na początku wszystko wyglądało, jakby to była zwykła niedziela...
– Dzień dobry, Sam, wstawaj, na stole czekają pyszności! – radośnie wołała z kuchni Mama, która grzała w garnuszku mleko na kakao.
Bardzo chciałem poleżeć jeszcze w łóżku, ale usłyszałem, jak Tata wchodzi do domu i wesołym głosem mówi:
– Były jeszcze ciepłe, kiedy je brałem. Musisz ich spróbować!
– Wiem, co to jest, wiem! – pomyślałem.
Wstałem szybko i pobiegłem do rodziców. Na stole stało już w kubkach pyszne kakao, a na talerzach leżały słodkie bułeczki. Wszystko wyglądało pysznie!
Byłoby to zwyczajne, niedzielne śniadanie, ale nagle rodzice zaczęli rozmawiać o jakimś "białasku". Nie bardzo rozumiałem, o czym mówią, ale byli tym bardzo przejęci. Mama uśmiechnęła się i powiedziała:
– Pojedźmy go zobaczyć. Nie musimy przecież decydować od razu.
– Dobrze – zgodził się Tata. – Zadzwońmy spytać, czy nie sprawimy kłopotu, jeśli przyjedziemy dzisiaj. Hodowla znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Dziadków, a skoro jesteśmy umówieni z nimi na obiad, możemy zajechać tam po drodze.
Cieszyłem się, że pojedziemy do jakiegoś "białaska", ponieważ Mama znowu się uśmiechała. Od kiedy rodzice poszli z naszym pieskiem do doktora i wrócili sami, często byli smutni. Nie rozumiałem, dlaczego się smucą, ponieważ mówili, że Morciak biega po łące i cały czas się bawi. Chyba po prostu chcieli się bawić razem z nim, ale on był gdzieś daleko.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z domu, rodzice byli zamyśleni i nic nie mówili. Próbowałem ich pytać, co to za "białasek" i dokąd jedziemy, ale oni wciąż nie do końca rozumieją moją mowę. Trochę mnie to martwi, ale wiem, że bardzo się starają.
Jechaliśmy do Dziadków nową drogą i nie wiedziałem, gdzie jesteśmy. Nagle zatrzymaliśmy się przy dużym domu, którego nie znałem.
Drzwi otworzyła nam bardzo miła pani i powiedziała:
– Zapraszam, proszę wejść. I uwaga, wypuszczam psy! Podbiegną się przywitać, ale nie bójcie się, nie zrobią wam krzywdy.
I nagle zobaczyłem kilka ogromnych, białych, puchatych psów biegnących w naszą stronę. Były śliczne! Wśród nich był jeden malutki, który nie mógł za wszystkimi nadążyć.
– A więc to ten śliczny "białasek"? – zapytała mama.
– Tak, jest tylko jeden maluszek. Już po szczepieniach, wstępnym szkoleniu z posłuszeństwa i socjalizacji. Przygotowujemy go do przekazania nowej rodzinie. Szczeniak spędza dużo czasu z dorosłymi psami, ale staramy się zapewniać mu różne towarzystwo, także małych dzieci. Chcemy, by trafił do kochającej i odpowiedzialnej rodziny. Owczarki to bardzo mądre psy, ale trzeba poświęcić im dużo czasu, szczególnie w okresie dorastania.
Pani używała trudnych słów, kiedy mówiła o "białasku", ale Mama chyba wszystko rozumiała, bo kiwała głową i się uśmiechała. Długo staliśmy przed domem i patrzyliśmy na bawiące się psy. Mama co chwilę wołała któregoś z nich, a one podbiegały i prosiły, by drapać je za uchem. Kiedy starsze psy pobiegły do ogrodu, został z nami tylko ten najmniejszy i Mama bawiła się z nim jego zabawką. Wyglądało to bardzo śmiesznie, bo wszędzie było dużo śniegu i było ślisko, więc "białaskowi" cały czas rozjeżdżały się łapy. Mama śmiała się z tego głośno i widać było, że dobrze się bawi. Tata często obejmował Mamę i jakoś tak dziwnie na nią patrzył...
Kiedy wszystkim zmarzły ręce, a mój nos zrobił się czerwony, pani zaprosiła nas do domu na herbatę i ciasteczka. Mama i pani pisały coś na kartkach i długo rozmawiały. Ja biegałem po salonie i bawiłem się z "białaskiem". To była super-zabawa. Czasem "białasek" podbiegał do mnie i lizał mnie po twarzy, wtedy Mama robiła się trochę nerwowa, ale uśmiechała się przy tym radośnie. Pomyślałem sobie wtedy, że byłoby świetnie mieć takiego psa w domu, bo z takim psem można się bawić w ganianego, rzucanie piłeczki, a jak się już zmęczy, to można razem poleżeć na dywanie. Taki pies to jest coś!
Bawiliśmy się wesoło, aż nagle Mama powiedziała:
– Dobrze, to już chyba wszystko, możemy się pakować i wracać do domu.
Było mi smutno, że już wychodzimy, bo zabawa była bardzo udana. Rozpłakałem się, bo chciałem jeszcze zostać i się bawić. Mama wzięła mnie na ręce i powiedziała:
– Samku, nie płacz, zabieramy "białaska" do domu.
– Do domu?! Hurra! – Ucieszyłem się i chciałem biec do samochodu. – Szybko, szybko do domu, jedźmy bawić się z "białaskiem"! – wołałem i klaskałem w ręce.
Tata wyjął z portfela takie karteczki, które wymienia się w sklepie na różne rzeczy. Mama mówi, że to pieniądze i można za to kupić wszystko, co jest nam potrzebne.
"Białasek" chyba był nam bardzo potrzebny, bo Tata wyjął dużo takich karteczek i dał je tej pani.
– Dziękujemy. Będziemy w kontakcie. Życzymy wszystkiego dobrego. – Mama żegnała się z panią i zapinała czerwoną obróżkę na szyi "białaska". – Do widzenia!
Kiedy odjeżdżaliśmy spod domu tej miłej pani, Tata wyglądał na zadowolonego, a Mama miała szeroki uśmiech na twarzy i łzy w oczach.
– Będziemy go nazywać Riko – powiedziała cicho, spoglądając na Tatę.
– Witaj w naszym stadzie, Riko – odpowiedział Tata i ruszyliśmy w stronę domu Babci, która czekała już na nas z obiadem.