Sam na sam. Nowele i szkice - Zygmunt Niedźwiecki

Reflow text when sidebars are open.
Zadłużyński powracał wściekły i bezsilny zarazem z tej wycieczki po znajomych za pieniędzmi, których mu się nigdzie dostać nie powiodło. Oburzenie go przepełniało na cały świat posiadających, na wszystkich, mających pełne kieszenie, portmonetki, kasy, że tolerują między sobą jego niedostatek, że nie wesprą paręset reńskich, w fatalnej dlań zawsze drugiej połowie miesiąca, jego budżetu opierającego się na niedużej pensyjce. Ochłapem tym jeden z wpływowych, niegdyś, dopóki się wioski nie przehulało, zażyłych znajomych, pozbył się ciągłej żebraniny Zadłużyńskiego, wyrabiając mu swą protekcją nędzną posadkę.
Nie! Nikt się nad nim nie zlitował. Wyczerpał dawno kredyt. Nie chciano mu ani pożyczać ani nawet podpisywać weksli, nie dano się zaskoczyć nawet tymi nagłymi prośbami o pięć reńskich, o guldena, na pół dnia, na godzinę, pod pozorem zostawienia w domu pugilaresu, uciekano na ulicy z daleka na sam jego widok, jakby miał zaraźliwą chorobę...
O! Człowiek nie przestał być krwiożerczą bestią, ludożercą, jakim był niegdyś - myślał. Nie zjada on wprawdzie dzisiaj wprost, jak przed wiekami, w pieczystym czy na surowo, bliźniego swego, ale pozwala mu ginąć z głodu w swych oczach, zjadając należną mu cząstkę ogólnego dobra, rozdzielonego tak nierówno!... Socjaliści wydali się teraz Zadłużyńskiemu jedynymi apostołami raju na ziemi i przystałby do nich, pomimo swego urodzenia, natychmiast, gdyby mu tylko dali dobrą pensję, odpowiadającą jego potrzebom i gustom.
W takim nastroju zbliżał się do domu z głuchym jak oddalone grzmoty, zapowiadającym burzę, gniewem na żonę, jedyną osobę na świecie całym, obowiązaną przez sam sakrament znosić wszelkie zmiany jego humoru.
To ona była winną ich pozłacanej nędzy w mieszkaniu, za które czynsz zalegał, wśród mebli, wziętych na kredyt, w cieple pieców opalonych węglem, niezapłaconym składnikowi. Rzucał on Zadłużyńskiemu, gdy przechodził koło kramu, mimo jego książęcej postawy i głowy śmiało, dumnie, po magnacku zadartej, spojrzenia coraz bardziej złowrogie, a czapki coraz mniej uchylał. Najgroźniejszy ze wszystkich dłużników, mający pięść jak młot i zuchwałą gębę od ucha do ucha, spekulujący na groszowe zarobki nędzarz, zdolny wyprawić kompromitujący skandal o parę cetnarów węgla...
Na jakichże ludzi łasce znajdował się!...
A to było jej winą, że byli w takich opałach. Nie umiała się rządzić, nie była gospodarną, nie chciało jej się pracować. Przez jej bezrząd stracili majątek, nie przez jego karty. Zresztą powinna go była umieć pokierować. Prowadzenie się męża spoczywa w ręku żony. Powinna wreszcie była przynajmniej potem naprawić złe interesy. Powinna była wziąć się do krawieczyzny, modniarstwa, założyć mleczarnię, gotować obiady, trzymać uczniów, panienki, postarać się jednym słowem o dochody w jakiśkolwiek z tych sposobów, których kobiety mają tyle, a mężczyźni bez fachu, krępowani w dodatku wymogami urodzenia, nie posiadają żadnego. Tymczasem ona umiała tylko, jak za dobrych czasów, stroić się tuczyć, używać i robić pańskie miny. Ba! Tę sztukę i on potrafi, lecz z tego utrzymać się niepodobna. I tak się przejął potrzebą zepchnięcia na nią odpowiedzialności za wspólne lenistwo, wspólną rozrzutność i wspólny niedostatek, że w tej chwili wydała mu się uosobieniem, głównym, jedynym nieszczęściem jego życia, plagą, kulą u nogi, zawadą do zrobienia kariery. Gdyby nie ona, byłby najszczęśliwszym z ludzi...
I ta kobieta będzie miała czoło czynić mu wyrzuty, gdy go zobaczy z próżnymi rękoma. Bo nie zaniedba ona tego. Już je słyszał. Wiedział z góry, od jakich wyrazów je zacznie.
Lecz hola!... Nie radził nikomu dzisiaj ze sobą zaczynać...
W nastroju gotowości do zażartej walki wstąpił na schody domu, wysłane chodnikiem, przekroczył uchylone drzwi swego przedpokoju i naraz ujrzał sługę przyczepioną uchem do drzwi bawialni, spod których przeląkłszy się jego widokiem, uciekła do kuchni, zanim miał czas odezwać się.
Chciał w pierwszym porywie gniewu skarcić ją natychmiast za podsłuchiwanie, w chwili, kiedy żona zajętą być musiała gośćmi. Lecz na myśl, że to któryś z dłużników, podszedł do drzwi pokoju i tak jak przed chwilą sługa, przyłożył do nich ucho.
Ktoś był rzeczywiście - ale kto? Nie mógł zrazu odgadnąć. Słyszał tylko głos żony, tonący w śmiechu takim, jakim wybucha osoba, która doskonale się bawi...
Potem jednak usłyszał naraz głos gościa, głos męski dobrze sobie znany, tonem żartu, ciepła i prośby zjednywający sobie przychylność kobiety - i nagle stanął cały we krwi z oburzenia.
Zarządca domu był u nich i zachowywał się w ten sposób!... Świętoszek! Żyjący prawie wyłącznie w stosunkach z dewotkami i duchowieństwem i utrzymujący na pierwszym piętrze tegoż domu pensjonat męski, zwany "wzorowym", w którym same bogobojne rodziny szlacheckie umieszczały swe dzieci, ponieważ miał opinię jedynego zakładu, zapewniającego duszy i ciału młodzieży opiekę, na zasadach prawdziwie chrześcijańskiej obyczajności opartą. Kierownik pensjonatu, dawny znajomy Zadłużyńskich, bywał u nich często: grali we trójkę w karty, po pół centa szton, dla samej emocji i dzielili się ploteczkami, których tyle mają znajomi dewotek.
I ten stary, łysy orangutan, sznurujący usta jak zakonnica, ten obłudnik, przyklękający przed każdą figurą, obrazem i kościołem w mieście, całujący w ramiona spotykanych duchownych i wylęgający się krzyżem po kościelnych posadzkach - śmiał mu pod jego nieobecność bałamucić żonę?!... Śmiał czynić zamach na jedyną własność Zadłużyńskiego, który tym żywiej uczuwał wobec niej swe prawa wyłącznego posiadacza i pana?!...
Wyciągnął porywczo rękę ku klamce i już chciał wpaść z wybuchem furii zazdrosnego i zdradzanego męża. Wtedy nagle przypomniał sobie czynsz za mieszkanie, zalegający od roku, dzięki cierpliwości zarządcy. Jeżeli mu zrobi scenę - za dwa tygodnie wyrzucą ich na ulicę...
Nie dotknął więc klamki, tylko z tą niezwalczoną ciekawością, jakiej się doświadcza wobec każdej rzeczy tajonej, zwłaszcza gdy rzecz ta osobiście nas dotyczy, słuchał jeszcze, co mówią, co się tam dzieje, jak daleko zaszła ich sprawa... - jego sprawa... sprawa wszystkich trojga!
Nie, nie było wątpliwości.
Zarządca objawiał względem jego żony jak nąjgrzeszniejsze zachcianki, a ona, karcąc go słowami jednocześnie tonem ich i przeplatającym je śmiechem zdawała się zachęcać, jak gdyby jego śmiałe postępowanie nie sprawiało jej zbyt wielkiej przykrości.
- A to nędznicy!... - pomyślał Zadłużyński, tłumiąc, ze względów praktycznych, oburzenie i zazdrość, które go gnały tam, do nich i nie wiedząc jeszcze, czy lepiej będzie odejść zupełnie, czy przerwać to występne sam na sam prostym, obojętnym wejściem męża, który o niczym nie wie.
Postanowił oddalić się, nie czując w sobie dość siły, aby udać spokój. Wróci za chwilę, ochłonąwszy.
Już miał odstąpić ostrożnie i cicho od drzwi, poza którymi działa się jego krzywda, kiedy naraz drzwi od kuchni wpuściły nieco światła i ukazała się głowa służącej, a zobaczywszy go, w mig znikła na powrót.
Zadłużyński poczerwieniał. Przypomniał sobie, że o tym, co się tam dzieje za drzwiami, wie ktoś więcej prócz niego, wie sługa...
Zacisnął zęby z wściekłości. Czemuż nie oddalił się wcześniej, niedostrzeżony przez nią!... Teraz już nie mógł udawać, że nie wie o niczym, zmuszony był wkroczyć i zrobić skandal, którego sobie wcale nie życzył, na którym więcej straci niż zyska...
Ale nie było rady. Konieczność uczyniła go ambitnym. Nacisnął klamkę - wszedł - i przerywając zarządcy głośny pocałunek, składany na tłustym policzku żony, stanął przy drzwiach jak wryty, naprawdę wściekły wobec tego jaskrawego obrazu grzechu, który oddawał w jego ręce niewątpliwe, niedające się zaprzeczyć dowody ich winy...
Oboje, osłupiawszy, zmieszali się ogromnie jego wejściem i groźną u drzwi postawą, wykluczała ona bowiem wszelkie z ich strony kłamstwo, wszelkie wykręty.
Odsunęli się tylko od siebie w dwie przeciwne strony, niby sprężyną rzuceni, instynktownym ruchem, jakim złodziej cofa rękę od cudzej kieszeni, zbudziwszy czujność jej właściciela. Ona, zaczerwieniona, poprawiała włosy, szukając, co by uczynić, powiedzieć, zakłopotana i zła na siebie, i na nich obu. Zarządca stracił oddech, obezwładniony na kanapie przeszywającym wzrokiem Zadłużyńskiego, a na czoło wystąpiły mu kropelki potu, małe przejrzyste perełki, wyciśnięte trwogą.
Wytrzymawszy ich przez kilka sekund, długich sekund milczącej groźby, sam bardzo wzruszony majestatycznie rozkazującym gestem wskazał żonie drzwi od sypialni, mówiąc przy tym niskim, zdławionym głosem nastrojów silnie dramatycznych:
- Wyjdź.
Rzuciła na niego jedno szybkie spojrzenie bojaźni z odrobiną zdziwienia i wyszła z miną wzniosłą, sprawiając szelest sukniami, których fałdy rozniosły po pokoju zapach perfum, tak potrzebnych kobietom otyłym nie pierwszej młodości. Mąż dalej świdrował oczyma uwodziciela, przechodzącego na kanapie agonię bezgranicznego strachu na widok kija Zadłużyńskiego, kija, którego grubość i wytrzymałość w tej chwili dopiero ocenił należycie.
Na koniec zdradzony mąż odezwał się dobitnie:
- Więc to tak?!...
Zarządca wykonał ustami ruch błagania i złożył ręce jak do modlitwy.
Chciał powstać z kanapy, ale nie mógł. Brakło mu sił w nogach.
- Panie Piotrze... - zdołał wyszepnąć żałośnie, błagalnym tonem swego głosu dodając pewności Zadłużyńskiemu.
- Nic nie słucham!! - z porywczym gestem wybuchnął tenże głośniej, a postąpiwszy dwa kroki ku zarządcy, znów stanął, straszny jak sędzia i silniej, o ton wyżej, z jeszcze większą pasją powtórzył, wpijając weń gniewne i wyzywające oczy:
- Więc to tak?!... Więc pan tu po to przychodzisz?!... Pod nieobecność męża bałamucić żonę?!... Zabierać mi moje dobro? Mój spokój? Mój honor?... Kalać mi moje ognisko domowe?!... Więc za przyjaźń, życzliwość, za zaufanie i gościnność...
Tamten słuchał z pokorną i wylękłą miną, skupiając trzy czwarte swej uwagi na pięści Zadłużyńskiego, ściskającej laskę i na jej drganiach złowróżbnych, tak jak chory wszystkie swe myśli skupia na instrumentach operatora. Mąż zaś puścił folgę językowi. A język miał biegły. Było to jedyne narzędzie w ciężkiej walce o byt, którym władał wprawnie.
W wezbranych frazesach gniewu malował haniebny czyn gościa, mieszając niekiedy z oburzeniem łzawy ton skargi zranionego serca, bólu człowieka, który zawiódł się na przyjacielu, który widzi zdeptanymi najświętsze swe uczucia, któremu wydzierają to, co ma najdroższego.
Zarządcy od czasu do czasu, w pauzach namiętnej tyrady, udawało się wyjęknąć z modlitewną miną:
- Panie Piotrze!... Uspokój się pan na Boga... Zawiniłem, nie przeczę... ale to była chwila szału...
Lecz tamten, porwany własną wymową, zapalał się coraz więcej, zamiast stygnąć. Przy tym kapelusza, z którym wszedł, ani laski z rąk nie wypuszczał, jakby zamierzał osobiście odstawić lada chwilę złodzieja swej czci do kryminału. Chodził po pokoju i stawał, rzucał się i gestykulował ogniście, roztaczając na wszystkie strony pantomimę do głębi wzburzonych uczuć, w których jasnowidzeniu jak gdyby naraz dostrzegł całą ohydę i okrucieństwo życia, gotującego ludziom takie ciosy. Mówił tak, jakby rozpaczał po utracie wszystkiego, jak gdyby za chwilę szał, którym był ogarniony, miast go popchnąć do strasznych czynów ostatecznej desperacji, do popełnienia zbrodni na sobie samym lub na kimś innym. Był obrazem jednego z tych mężów, co zdradzeni nie są w stanie przeżyć swej hańby i bólu, obrazem - trochę może przeszarzonym. - Otella, pieniącego się w długim, wściekłym, tygrysim monologu przed wybuchem furii zemsty...
Na koniec zarządca zebrał się na tyle odwagi i siły, by powstać.
Podchodząc do Zadłużyńskiego ze skruszoną i serdeczną miną przyjaciela, który czuje się winnym i gotów się upokorzyć, chciał go wziąć w objęcia i szeptał:
- Ależ panie Piotrze... Zapanuj nad sobą... błagam pana... Wszyscy jesteśmy ludźmi... Można się zapomnieć...
Zadłużyński usunął się gwałtownie poza odległość czule wyciągniętych ramion zarządcy.
- Ludźmi?... Zapomnieć?!... Proszę!!... - zawołał wściekle, czerwony jak mak, z gniewu. - A gdybym i ja się także zapomniał? Co by wtenczas było?... Co by było - pytam się - gdybym...
I począł przechodzić wszystkie rodzaje zapomnienia, jakim mógłby ulec w danej sytuacji, napomykając z naciskiem o konsekwencjach popełnionej niegodziwości, grożących człowiekowi tak obowiązanemu liczyć się z opinią, jak właściciel "Wzorowego pensjonatu", zostającego pod protektoratem duchowieństwa.
Kiedy osądził na koniec, iż należycie ofiarę swą przeraził, pozwolił się owładnąć goryczy i żalił się:
- Ale to tak... Jeśli potrzebujesz ludzkiej przychylności, pomocy, nie ma przyjaciela dla ciebie na całym świecie. Niech no za to trafi się okazja wyrządzenia ci obelgi i krzywdy, przyjaciele do tego pierwsi!... Prosiłem pana w tamtym miesiącu o podpis ręczyciela - dałeś mi go pan?... Nie!... Ale bałamucić żonę pan potrafisz!... Na mnie kolej pokazać, że nie jestem takim kpem, jak się panu może zdawało albo jakiego miałeś ochotę ze mnie zrobić!
Poszedł do drzwi wejściowych, otworzył je i wyjrzał za próg, a potem wrócił, zamknąwszy na klacz.
Na zarządcy ścierpła skóra. Pomyślał, że teraz nastąpi coś strasznego.
Zadłużyński zwrócił się tymczasem pewnym krokiem do drzwi pokoju żony i postąpił tu jak z poprzednimi, przekręcając również klucz w zamku, jak gdyby dla zapewnienia sobie zupełnej swobody w działaniu.
Zarządca znalazł się teraz na tej granicy strachu, poza którą się mdleje. Przypomniała mu się jakaś tragedia zdrady małżeńskiej, wyczytana w dziennikach, gdzie mąż w podobnej sytuacji kazał swemu krzywdzicielowi wyskoczyć oknem z trzeciego piętra. Wprawdzie tu było tylko drugie i to niezbyt wyniosłe, ale zawsze skakać z tej wysokości w jego wieku... Brr! Wyobraził sobie, jak leci, odtwarzając z dziwną wyrazistością wspomnienie łechcącego uczucia, doznawanego w dzieciństwie na huśtawce.
Trzeba się ratować.
- Panie Piotrze! - zawołał rozpaczliwie, z drganiem kącików ust, jak u dziecka, które ujrzało trzcinkę. - Przecież się znamy tak dawno!... Tak pana lubię, poważam... Nigdy dotąd nie miałeś pan powodu skarżyć się na mnie... Jeden błąd powinno się wybaczyć staremu przyjacielowi... który żałuje... Ja pana przepraszam... Ja panu przyrzekam, że nigdy już więcej. Powiedz pan zresztą sam, jak mam okazać, że czuję się naprawdę ciężko winnym i jak... naprawić...
Zadłużyński, pozwalając sobie ściskać ręce tym razem, lecz z miną nieubłaganą, powtórzył patetycznie:
- Naprawić?!... O naprawieniu czegoś podobnego nie może być mowy... Takie rzeczy nie naprawiają się tak łatwo, mój panie... Ale kiedy mnie pan tak zapewniasz o swojej przyjaźni, kiedy pan tak żałujesz... Dobrze. Proszę mi tego dowieść. Jestem właśnie... w kłopotliwym położeniu... Pożycz mi pan pieniędzy...
Zarządca rzucił z ukosa pierwsze, nieco śmielsze, badawcze spojrzenie na zdradzonego męża.
- Ile?... - zapytał z trochę mniejszym strachem.
Zadłużyński szukał w myśli cyfry. Bał się powiedzieć zbyt dużą, bał się również przez podanie zbyt małej zmarnować okazję.
- Trzysta guldenów - rzekł z sercem bijącym z niepokoju, myśląc jednocześnie, że przecież to chyba nie za wiele za zamach na czyjąś cześć.
- Nie mam tyle - odrzekł zarządca. Odzyskał znaczną część swego spokoju.
- Ileż pan ma?
- Mogę mieć co najwyżej jakieś kilkadziesiąt reńskich... - odparł zwykłym, zimnym tonem proszonych o pożyczkę, a gospodarz, dla dobicia targu, odrzekł spiesznie:
- To nic, na resztę podpisze mi pan weksel. Będę oddawał rzetelnie.
- Nie mam wekslu.
- Ja go mam.
I żywo poskoczył do sąsiedniego pokoju po blankiet wekslowy. Kto tyle ich potrzebował, co on, miał zawsze jakiś w pogotowiu.
Zaledwie z nim jednak wrócił, niosąc także pióro i atrament, stanął zdziwiony. W pokoju nie było nikogo, gość - uciekł!...
Wściekłość ogarnęła Zadłużyńskiego. Sam pozwolił mu się wymknąć!...
Z tą pasją, która koniecznie szuka ofiary, pobiegł do żony i na nią zwrócił cały swój jad, którego zebrało się w nim już dzisiaj za wiele.
Lecz ona słyszała przez drzwi wszystko, o czym mówili obaj, ochłonęła przez ten czas i obecnie, czując się panią placu, przerwała mu opryskliwie:
- Nie wywieraj też na mnie swej złości, proszę cię, boś sam wszystkiemu winien.
- Sam?!... Sam?!... - syknął, siląc się na jak największą pasję, którą czuł, że słabnie wobec jej chłodu. - Ty śmiesz?... Po tym, co słyszałem przez drzwi, co zastałem, wszedłszy?!...
- Tak jest! Ty sam!... Bo trzeba było nie robić głupstw, nie wchodzić, nie wpadać, czekać końca!...
Osłupiał.
Co ona bredzi?!...
Nie mogąc jej pojąć, udał straszne oburzenie i przyskoczywszy do niej z rękoma o palcach zakrzywionych jak szpony drapieżnego ptaka, potrząsał nimi i wołał:
- Bezwstydna! Co ty pleciesz?!...
Nie przeraziła się wcale jego wrzaskiem. Zwróciła się ku niemu śmiało i rzekła mentorskim tonem:
- Trzeba mnie było zostawić z nim samą, a byłabym spokojnie doprowadziła do tego, co się tobie wcale nie udało, pomimo tej krzykliwej burdy od pół godziny...
I odwróciła się plecami.
Porzucił groźne gesty.
- Jak to?... Więc ty... dlatego samego, co ja... - bełkotał zdumiony.
- A dlaczegóż bym innego miała pozwalać na czułości tej maszkary. Przecież nie dla jego pięknych oczu, spodziewam się. Ale trzeba mi było zostawić swobodę. Już miękł... Jestem pewną, że byłby zrobił wszystko, czego bym zażądała...
- Myślisz?...
Był oszołomiony jej wyznaniem, przejęty podziwem dla jej sprytu i wstydem z powodu swego fiaska.
Tak... jej, kobiecie, byłoby się to lepiej udało. Sam wszystko popsuł, popełniając niepowetowane głupstwo.
- Ha, cóż, nie wiedziałem o tym - rzekł na pół usprawiedliwiająco, wsadzając ręce w kieszenie, opuszczając dumny swój kark z pokorą.
- Trzeba nam się było wpierw porozumieć - dodał ciszej. - W takich razach to konieczne...
Odpowiedziała śmiechem złości:
- Jak gdybym ja sama wiedziała jeszcze przed godziną, że on... że w nim... że jemu jeszcze podobne rzeczy w głowie...
I to prawda. I on również nie podejrzewał zarządcy o podobne zachcianki.
Milczał czas jakiś, przygnębiony, a potem mruknął z szczerą desperacją:
- Ha! Stało się... Jednego tylko darować sobie nie mogę... żem chociaż tych pieniędzy, które miał przy sobie, nie kazał mu dać od razu...
Bez namysłu potwierdziła:
- To było rzeczywiście najgłupsze z wszystkiego.