Mika
Poprawiam marynarkę. Włożyłem zwykły granatowy garniak, niebieski krawat i białą koszulę. Nie bawię się w żadne czarne. Nie mam ochoty odstawać od reszty towarzystwa, czyli jednym słowem: chcę się wtopić w tłum.
Wchodzę do budynku, gdzie ma się odbyć ślub. Szukam braci, powinni gdzieś tutaj być. Odwracam głowę, Tommaso podąża za mną w bezpiecznej odległości, nie wzbudzając swoją osobą zbytniego zainteresowania. Wolę, żeby nikt nie wiedział, że mam ochronę. Nie to, że coś mi grozi, ale myślę, że gdyby rodzina Guido wiedziała, co widziałem, pewnie chciałaby mnie pozbawić głowy. Ale czekam. Jestem cierpliwy. Zemsta smakuje najlepiej na zimno.
Dostrzegam Leo. Uśmiecham się na widok brata. Jest szczęśliwy. Co prawda Mia była dla nas zaskoczeniem, ale myślę, że dla niego też. Znam go. Nigdy nie chciał się żenić, zamierzał to scedować na nas, a tutaj się okazało, że wpadł po same uszy. Lubię Mię. Mimo że to córka w sumie naszego wroga, a raczej wroga naszego braciszka, to jednak nie oceniam jej przez pryzmat rodziny.
Podchodzę do nich powoli. Widzę z odległości kilku metrów, że z kimś rozmawiają. Niestety nie za bardzo mogę dojrzeć, kim jest ich rozmówca. Im jestem bliżej, tym większy czuję ucisk w klatce piersiowej na dźwięk znajomego głosu. Mimo tego i tak podchodzę do brata i przyszłej bratowej, stając naprzeciwko ich rozmówczyni. Patrzę prosto na nią. Jej oczy się rozszerzają na chwilę, a wzrok jest skupiony na mnie, mimo że rozmawia z nimi.
- Carla - wypowiadam jej imię powoli.
- Ja... ja - Nie może wypowiedzieć ni słowa.
Widać, że jest zaskoczona moją obecnością, nie mniej niż ja jej. Nie spodziewałem się tutaj zobaczyć ducha z przeszłości. Mia coś mówi, ale cała moja uwaga jest zwrócona na Carlę. Mam ochotę skręcić kark tej kobiecie.
Dopiero teraz dociera do mnie, że to rodzina Mii.
- Carla - powtarzam, robię krok w jej kierunku, ale ona się cofa.
- Co się tutaj dzieje? - pyta moja przyszła bratowa, zasłaniając mi dostęp do swojej siostry.
- Lubię cię, Mia, ale nie wtrącaj się w coś, o czym nie masz pojęcia - ostrzegam ją łagodnie. Nie zrobię nic, bo Leo dałby mi w pysk.
- Mika - głos Carli drży - nie chciałam.
Ależ pewnie, że nie chciała.
Coś mówią między sobą, ale skupiam się tylko na słowach Carli i na tym, jak mówi, że "dawno i nieprawda". Owszem, ma rację.
Zaciskam szczęki ze złości, po czym wraz z Reno ruszam w kierunku miejsca, gdzie ma się odbyć ten ślub. Jak dla mnie, diabli nadali to wszystko.
- Nie wiedziałem, że znasz starszą Caruso - zagaduje Reno.
- Nie znam - próbuję uciąć rozmowę z braciszkiem.
- Ściemniasz jak chuj, ale niech ci będzie.
- Właśnie.
Carla
Przez całą ceremonię staram się nie odwracać głowy. Nie chcę napotkać spojrzenia Renado. Gdybym wiedziała, że Mika tutaj będzie, nie wiem, czybym przyjechała. Naprawdę nie wiem, co miałabym mu powiedzieć. Nic ode mnie nie zależało. Mogłabym postąpić inaczej? Nie sądzę. Ojciec by mi zrobił krzywdę, tak samo jak Guido. Na myśli o tym drugim w moim żołądku osadza się bryłka lodu. Na pewno jest wściekły, że mnie nie ma. Telefon wyrzuciłam na lotnisku. Niech sobie szuka wiatru w polu. Ale jest dobry. Jak będzie chciał, to mnie znajdzie. Tego się właśnie boję. Włoskie słowo jest słowem. Nie musi być pisane, ważne, że oni się dogadali, a ja guzik mogłam. Nawet nie miałam kontroli nad własnym życiem przez bardzo długi czas.
- Możesz pocałować pannę młodą - pada, a goście gwiżdżą i klaszczą.
Patrzę na młodą parę i wcale im nie zazdroszczę. Nie chcę wychodzić za mąż, nigdy. Mogę z kimś być, ale nie chcę mieć męża. Mia nie wiedziała, co się działo u nas w domu, a ja aż za dobrze. Widziałam matkę wielokrotnie we łzach, a potem biorącą kartę i idącą na zakupy. Wracała obładowana dobrami. Już wtedy zrozumiałam, że za pieniądze można kupić sobie namiastkę szczęścia. Ale upokorzenia one nie zmyją. Zresztą ludzie godzą się na tę formę upodlenia w imię zasad, bezpieczeństwa i cholera wie, czego jeszcze.
Ceremonia się kończy, a ja wiem, że będę musiała kłamać. Mia nie odpuści, a Mika... Z nim wolę już nigdy nie rozmawiać. On i tak by nie zrozumiał. Nie chcę wracać do tego, co było. To niczego nie zmieni i nie naprawi nikomu wyrządzonych krzywd.
Rozglądam się dyskretnie. Widzę siostrę, jak rusza do nowożeńców złożyć życzenia, gdy ja stoję w miejscu ale raczej ewakuuję się na bezpieczną odległość od tego całego zamieszania. Zostałam zaproszona ze względu na Mię, mimo to niekoniecznie muszę brać udział w całej szopce i przyjęciu, jeśli w ogóle jakieś jest. Dlatego bez najmniejszych oporów wychodzę i ruszam w poszukiwaniu baru.
- Zapraszam do restauracji - odzywa się jakiś facet.
- Wolę do baru - oznajmiam.
- Też tam jest, zwłaszcza dla gości weselnych.
- Ach, dziękuję.
Czyli jestem gościem weselnym. Kiwam mu głową w podzięce i ruszam we wskazanym kierunku. Znajduję w miarę odosobnione miejsce, jakim jest koniec kontuaru przy barze, gdzie siadam na wysokim barowym krześle. Poprawiam swoją długą zieloną sukienkę, żeby nie rozerwać materiału, i spoglądam na barmana.
- Tequilę poproszę.
- Już podaję.
Po chwili lądują przede mną kieliszek z alkoholem, sól i limonka. Pachnie. W sumie wiem, że będę po tym cierpieć, ale mam powody, żeby się ciut znieczulić. Sięgam po sól. Zlizuję ją z dłoni, wypijam szota i zagryzam limonką. Lekko się krzywię. Niezbyt to eleganckie, ale dzisiaj mam wszystko w dupie. Naprawdę głęboko.
- Obawiam się - pada gdzieś za mną, na co zamieram - że nie powinnaś pić.
Udaję, że nie słyszę. Pokazuję barmanowi, że chcę jeszcze raz to samo, po czym kątem oka widzę, jak Mika się do mnie dosiada. Z całych sił staram się go ignorować, ale jego unoszący się w powietrzu zapach zaczyna mnie skutecznie osaczać.
- Carla - mówi z naciskiem.
- Czego ty ode mnie chcesz? - pytam, nawet na niego nie spoglądając.
- Wyjaśnień.
- Ale po co?
- Spójrz na mnie.
- Lepiej idź do rodziny. Twoja siostra brała dzisiaj ślub, zajmij się lepiej nią.
- Ma od tego męża. A teraz spójrz na mnie - cedzi. Jego ton jest niemiły, a ja nie zamierzam spełniać jego oczekiwań. Nikogo. Już nie.
Wypijam drugiego szota, ześlizguję się z krzesła i dopiero teraz spoglądam na Renado. Zrobił się jeszcze przystojniejszy, jeśli to w ogóle możliwe.
- Kurwa, wyglądasz w tym makijażu jak lalka - cmoka, na co unoszę jedynie brew.
- Nic ci do tego, jak wyglądam. A teraz - zgarniam torebkę z blatu - żegnam.
Odchodzę w kierunku stolika, do którego woła mnie siostra. Przyspieszam kroku, gdyż czuję, jak jego wzrok wypala dziurę w moich plecach. Pewnie, gdyby mógł, zabiłby mnie. Niestety nie może. Tym się pocieszam. Poza tym na głowie i tak będę miała Albertiego. Nie uniknę konfrontacji z nim, a bardzo bym chciała, żeby to nigdy nie nastąpiło.
- Piłaś - oświadcza Mia, kiedy siadam obok niej.
- Odrobinę tequili. Jestem dorosła, siostrzyczko. - Puszczam do niej oko.
- Powiesz mi o... - Urywa, gdyż do stolika, ku mojemu niezadowoleniu, dosiada się brat Leo.
Niech to diabli!
Mika
Miałem odpuścić, ale teraz widzę, że to była dobra decyzja. Jej mina jest bezcenna. Widzę, że ma ochotę mnie zamordować, a już to jest warte znalezienia się tutaj. Nie chciałem, żeby przeszłość spotkała się z teraźniejszością, niemniej patrzenie na nią sprawia mi niewypowiedzianą satysfakcję wymieszaną z odrobiną jebanej goryczy.
Zajmuję miejsce naprzeciwko dziewczyny. Patrzę na nią bezczelnie, a ona robi wszystko, żeby na mnie nie spojrzeć. Przez chwilę ma przygarbione plecy, ale trwa to tylko moment. Widzę, jak się prostuje, a jej spojrzenie ląduje na mnie. Unosie zabawnie jedną brew i uśmiecha się, po czym sięga po właśnie podanego szampana. Ku mojemu zaskoczeniu wypija go do dna. Marszczę czoło. Czy ona ma problem z alkoholem? Najpierw dwie tequile, teraz to...
- Może powinnaś przystopować - odzywam się, czym ściągam uwagę osób siedzących przy stoliku, ale mam to w dupie.
- Może powinieneś pilnować własnego nosa, Renado - odparowuje. Słyszę w jej głosie dziwną nutę. Czyżby mną gardziła?
- Może gdybyś nie miała problemu z alkoholem, tobym nie zwracał ci uwagi - oznajmiam spokojnie, nie znając przecież prawdy.
Spogląda na mnie, odstawia kieliszek, a następnie wstaje i mierzy mnie spojrzeniem swoich niebieskich oczu. Dostrzegam w nich błyskawice, które po chwili jednak znikają.
- Może gdybyś nie był takim chujem, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Przepraszam, ale muszę zaczerpnąć świeżego powietrza - informuje zebranych.
Nie wstaję. Obserwuję ją, jak odchodzi. Mam ochotę za nią iść, ale obawiam się, że dostałabym w głowę jakimś wazonem. Jej pierwotna postawa skruszonej osoby zmieniła się na wyjątkowo hardą. Ciekawe zjawisko.
Spoglądam na braci. Leo wygląda, jakby czekał na wyjaśnienia, ale to Mia ma minę, jakby chciała ściąć mi głowę.
- Nie znacie prawdy, więc się nie wypowiadajcie.
- Więc może nam coś powiedz, a nie udajesz, że nic się nie dzieje, co? - prycha Reno.
- Akurat ty - wskazuję jego - nie masz z tym nic wspólnego.
- Ale Leo już ma?
- Bardziej jego narzeczona, ale to nie wasza sprawa, co było lub jest między Carlą a mną.
- Ty! - Mia wskazuje na mnie palcem. - Guzik mnie obchodzi, że tak myślisz. Pierwszy raz widziałam ją w takim stanie, a nie wspomnę już o tym, że ona nigdy się do nikogo tak nie odzywa. Więc zakładam, że jednak miała podstawy, żeby nazwać cię "chujem", Mika.
- Dla własnego dobra lepiej powiedz, co się dzieje, braciszku - odzywa się Leo.
Spoglądam na nich. Chyba im się coś pomyliło. Nie spowiadam się z niczego. Nie muszę. Sprawa między nami pozostanie między nami. Jednak znam te gadziny i muszę coś im dać.
- Cóż - wstaję - nie miałem tyle szczęścia, co ty, Leo - wskazuję brata - jeśli chodzi o pannę Caruso - oświadczam i odchodzę, zostawiając ich praktycznie z niczym.
Powinienem zostać, zabawić się, może zagrać w kasynie, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Nie po spotkaniu z nią. Teraz siedzi mi w głowie.
Kurwa!
Żeby o niej nie myśleć i nie być przesłuchiwanym, zmieniam lokal. Nie przepadam za ślubnymi imprezami, nawet jeśli to uroczystość naszej siostry. Myślę, że Rea i tak nie zauważy. Widziałem ją i Konstantina. Zapatrzeni w siebie niczym gołąbki, za to ja jestem głąbem do potęgi entej.
Wychodzę z budynku. Staję na chodniku i rozglądam się w poszukiwaniu lokalu, do którego mógłbym pójść. Naprzeciwko dostrzegam idealne miejsce dla mnie. Luzuję krawat, a po chwili go ściągam, chowam do kieszeni i przechodzę na drugą stronę ulicy. Przed wejściem do środka knajpy ktoś o mało na mnie nie wpada.
- Wybacz, stary - rzuca i już go nie ma.
Nie zawracam sobie głowy odpowiadaniem temu komuś, bo drzwi za mną zamykają się z wolna, a ja robię krok do przodu. Żadne kasyno, jedynie bar z masą klientów. W takim tłumie pozostanę niezauważony, nawet jeśli mam na sobie garnitur. Podchodzę do kontuaru, przy którym jest kilka wolnych miejsce. Zajmuję jedno z nich, rozsiadam się wygodnie na wysokim krześle i czekam, aż podejdzie do mnie barman.
- A już sądziłem, że zgubiłem szefa.
Tommaso. Ten wiecznie na posterunku.
- Z twoim darem śledzenia, nie ma mowy - prycham. - Napij się. Dzisiaj masz dyspensę, bo nie przewiduję kłopotów. W tym mieście jesteśmy zwykłymi turystami.
- W takim razie chętnie. Dzięki, boss.
- Nie ma za co. - Klepię go po ramieniu, kiedy dosiada się obok.
- To za co pijemy? - pyta, gdy barman podaje nam dwie whiskey.
- Za nas - odpowiadam i jednym haustem wypijam mój alkohol, po czym proszę o dolewkę.
Po kilku głębszych stopuję. Nie mam ochoty się upijać do nieprzytomności, to nie ja. Kiwam do mojego człowieka, który poprzestał na dwóch drinkach, że wychodzimy. Mam zamiar spakować się i wrócić do Jersey City. Nic mnie w Vegas nie trzyma. Złożyłem życzenia siostrze, pogroziłem Tarasowowi i moja robota na tym zakończona.
- Wracamy - informuję Tommaso.
- Hotel?
- I lotnisko. Nie ma jak w domu.
- Zgadzam się.