Rozdział 1
Melania weszła do centrum handlowego dynamicznie i z uniesioną głową.
Zawsze tak akcentowała swoje pojawienie się gdziekolwiek, choć ostatnio
energii wystarczało jej już tylko na pierwsze wrażenie. Nikomu się do
tego nie przyznawała, nawet przed lustrem, wiek jednak zaczął stanowić
pewną niedogodność. Ale po co o tym mówić? Wciąż nosiła się więc prosto
i spoglądała na otoczenie z błąkającym się na wargach uśmiechem
dystyngowanej damy. Tak jak teraz.
Zderzyła się ze ścianą stanowczo zbyt głośnych świątecznych piosenek.
Kakofonia melodii dochodzących równocześnie ze sklepów i korytarzowych
głośników zgrzytała w uszach. Melania aż się wzdrygnęła i z dezaprobatą
pokręciła głową. Nie do takich dźwięków była przyzwyczajona. Świąteczne
przeboje w jej domu śpiewał Frank Sinatra i Nat King Cole, a nie... Cóż,
nie zamierzała tego nazywać.
Obojętnie zlustrowała najbliższe wystawy, obwieszone bombkami i reniferkami, w końcu zatrzymała się przed witryną sklepu dziecięcego.
Potrząsnęła głową z niedowierzaniem. Mieniło się tam i kręciło
praktycznie wszystko. Począwszy od karuzeli do wózka niemowlęcego,
obwieszonej lukrowanymi sztucznym brokatem bałwankami, aż po duży zestaw
kolejki z klocków, w której lokomotywa wypuszczała dym z komina.
Brokatowy, oczywiście. Pociąg przejeżdżał zatem przez zaspy migoczącego
w halogenowych lampach śniegu. Ciekawe, kto to sprząta, przemknęło przez
głowę Melanii. Wyobraziła sobie kłótnie sprzedawczyń. Lub zeszyt z zapisanymi dyżurami. Kto chętny do zamiatania zwałów lśniących,
uroczych drobinek, oblepiających ciało niczym strój gimnastyczki?,
pomyślała. Już widzę, jak po całym dniu przedświątecznego sklepowego
szaleństwa tym dziewczynom chce się tarzać w błyszczącym sztucznym
śniegu. Zresztą w ogóle personel sklepów jest, jak sądzę, wykończony. W końcu to Boże Narodzenie. Całe szczęście, że dziś już Wigilia i skończy
się to szaleństwo.
Kobietę zaciekawiła wystawa z wieczorowymi sukniami. Podeszła
zaintrygowana długą ciemnozieloną kreacją, z rękawami trzy czwarte i głębokim dekoltem na plecach. Idealna, pomyślała odruchowo,
wyobrażając sobie siebie przed lustrem. A potem przypomniała sobie, że
nie ma dla kogo włożyć takiej sukni. Ba! Dotarło do niej, że w tym roku
w ogóle nie ma powodu świętować. I że na własne życzenie została na cały
okołoświąteczny czas zupełnie sama. Kosztowało ją to sporo wysiłku.
Dzieci - córkę Honoratę i syna Grzegorza wraz z rodzinami - namówiła na
wyjazd do ich brata Dominika, który kilka lat wcześniej przeprowadził
się do Alzacji. Tam zajął się uprawą winogron i produkcją wina w odziedziczonej po dalekim krewnym winnicy. Wino... To był w ich rodzinie
temat ważny. Przy czym czas przeszły jest adekwatny, pomyślała
sarkastycznie. Był ważny, bardzo nawet, dla Klemensa. A dla mnie? Może
kiedyś znowu będzie. Właściwie powinien być. Pomyślę o tym później.
Przyjaciół, którzy zaprosili ją na wieczerzę wigilijną i właściwie na
całe święta, zapewniła, że wyjeżdża z kuzynką do spa. Nie było łatwo,
nie chcieli wierzyć, bo nigdy z żadną kuzynką nie utrzymywała kontaktów.
Nawet o niej nie wspominała! Musiała się postarać i udowodnić zażyłą
relację. Posłużyła się rodzinnym albumem z wypłowiałymi zdjęciami i całkiem realistyczną, choć sfałszowaną korespondencją mailową, że nie
tylko taką kuzynkę ma, ale też że utrzymuje z nią kontakt.
W to ostatnie nawet jej dzieci nie chciały uwierzyć.
- Mamo, z ciocią Henryką? Pojedziesz do spa z ciocią Henią? - Honorata,
córka Melanii, z niedowierzania zbyt głośno odłożyła sztućce, stukając o porcelanowy talerzyk.
- Ten matuzalem w spódnicy? - dołączył Grzegorz, starszy syn Melanii. -
Ona w ogóle wie, co to spa?
- Zachowuj się. - Melania surowo spojrzała na córkę. - Hałasowanie
sztućcami o zastawę stołową nie jest w dobrym tonie. A co do ciotki
Henryki... Cóż, może dotychczas jeszcze - ostatnie słowo podkreśliła -
nie była w spa, ale całkowicie przekonał ją fakt, że pojedzie tam
zupełnie za darmo.
- Pomijając aspekt finansowy... - zaczęła Honorata.
- Właściwie nie pomijając - przerwał jej Grzesiek. - Ciotka gotowa jest
wyrwać komuś wszystkie włosy z głowy, jeśli napomkniesz niechcący, że
jeden z nich może być złoty. Jej wyczynów podczas podziału majątku po
dziadkach nie da się zapomnieć. Na pewno chcesz spędzić święta właśnie z nią?
- O to samo miałam zapytać - powiedziała z wyraźną troską Honorata.
- Łączą nas młodzieńcze wspomnienia - stwierdziła spokojnie Melania. -
Wszystko to, co widzicie na tych zdjęciach, i jeszcze o wiele, wiele
więcej. Ona bawiła się z Klemensem w chowanego, zanim jeszcze go
poznałam. Potrzebuję takiej nostalgicznej podróży. A w hotelu łatwo
można się, jeśli zachodzi taka potrzeba, odizolować. Wystarczy ból głowy
i już jestem w swoim pokoju. Albo przychodzi nagła ochota, żeby
popływać, a basen zwykle niweluje możliwości niepożądanych konwersacji.
Tak, tego właśnie chcę.
Melania musiała oznajmić to kilkakrotnie, zanim rodzina w końcu
uwierzyła. Dzieci i wnuki już w drugim tygodniu grudnia wsiadły do
samochodów i wyruszyły do Alzacji z zamiarem wykorzystania wspólnego
czasu. Po raz pierwszy od kilku lat cała rodzina miała być w komplecie.
Honorata i Łukasz wraz z Olgą i Pawłem, Grzesiek i Dagmara z Wojtkiem
oraz Dominik, Sebastian i ich przysposobiona córka Amanda. Miało
zabraknąć tylko Klemensa. I nestorki rodu.
Melania musiała się też napracować, by przekonać przyjaciół, którzy
również nie byli skorzy do pozostawienia jej samej w święta.
Odetchnęła, kiedy w końcu wszyscy wokół zajęli się swoimi sprawami.
Prezentami, dekoracjami, wypiekami. Melania zadowoliła się sznurami
lampek rozwieszonymi w ogrodzie, stroikiem umieszczonym w oknie i niewielką choinką, którą rozstawił w jej części domu Grzegorz.
Pozostawiła jednak drzewko nieustrojone. Święta bez Klemensa były dla
niej po prostu nieistotne.
W odróżnieniu od własnej przestrzeni zatroszczyła się o wystrój swojej
restauracji, Mokotowskiej Prowansji. Zrobiła to z przekonania, że dla
klientów wszystko musi być dopracowane. Zdawała sobie jednak sprawę, że
to działanie zastępcze - w restauracji wszystko mogło się kręcić bez
niej. Wieloletnia załoga była świetnie wyszkolona, trzymała wysokie
standardy. Melania sama przecież o to zadbała. W chwilach przerwy, na
które jednak nie pozwalała sobie zbyt często, myślała, że przecież to i tak nie ma znaczenia. Mokotowska Prowansja będzie musiała poradzić
sobie beze mnie.
I gdy w końcu Melania osiągnęła swój cel i po trwających długie tygodnie
zabiegach została sama, pomyślała ze smutkiem, za to wbrew logice: Jak
łatwo im wszystkim było się mnie pozbyć. A teraz krążyła sama po
centrum handlowym i zastanawiała się, co zrobić z nadmiarem wolnego
czasu. Bo miała jeszcze... Tak, miała jeszcze przynajmniej dwie wolne
godziny.
Potrzebowała spokoju, na pewno. Musiała odreagować intensywne ostatnie
miesiące, a przede wszystkim przeżyć żałobę. Jej mąż Klemens zmarł
latem, całkowicie niespodziewanie. Na nic się nie skarżył, po prostu
był, żył, funkcjonował, zajmował się firmą dystrybuującą wina, a w przerwach pełnoetatowo uwielbiał swoją żonę. Choć właściwie odwrotnie.
Wielbienie Melanii było jego zajęciem podstawowym, cała reszta
dopełnieniem. A pewnego dnia upadł, zsiniał i zamknął oczy. Nie odzyskał
już przytomności. Lekarz twierdził, że serce Klemensa było w fatalnym
stanie i praktycznie nie jest możliwe, żeby nie odczuwał dolegliwości. A jednak nigdy się nie skarżył. Nie zająknął się nawet!
I jak tu wierzyć mężczyźnie? Melania miała żal do męża. Sama nie
wiedziała, czy bardziej o to, że umarł za szybko, pozostawiając ją samą,
czy też dlatego, że akurat tego działania z nią nie skonsultował. A przecież w ich domu to ona zawsze miała ostatnie słowo!
Niemniej zgon Klemensa uświadomił jej, że ona sama też nie jest
nieśmiertelna. I że są sprawy, które musi załatwić, nie czekając na
jutro, na ten odpowiedni dzień, który może wcale nie nadejść. Wierzyła,
że na świecie powinien panować porządek. I sprawiedliwość. I właśnie
ona, Melania, ten ład zaprowadzi, przynajmniej w interesującym ją
zakresie. Dokładnie tak postanowiła.
Przeszła dalej, kolejne witryny zupełnie jej nie zainteresowały. Ciuchy,
ciuchy, buty, herbaty. Buty. Buty. I jeszcze raz buty... Jedne nawet
przyciągnęły jej uwagę, nie zdążyła im się jednak przyjrzeć, bo nagle
poczuła gwałtowne szarpnięcie i zupełnie nie wiedząc jak, znalazła się
na ziemi.
- Przepraszam, przepraszam! - usłyszała damski głos, ale stukot obcasów
wyraźnie świadczył o tym, że kobieta się nie zatrzymała. Melania aż się
zatrzęsła z oburzenia. I wstydu. Leżeć na ziemi w centrum handlowym! Też
coś!
Na szczęście znalazła się jakaś dobra dusza, a właściwie silna męska
ręka, która pomogła jej wstać.
- Nic pani nie jest?
Oczywiście, że jej było! I to całkiem sporo. Przede wszystkim potężny
uszczerbek poniosła jej duma. Bolało kolano, na którym z całą pewnością
już następnego dnia rozłoży się siniak we wszystkich kolorach fioletu i zieleni. No i - co poczuła w tej chwili chyba najdotkliwiej - ucierpiał
obcas jej prawego buta.
- Nie, dziękuję - odpowiedziała jednak ze słabym uśmiechem. - Chyba po
prostu usiądę na chwilę przy stoliku. Może wypiję kawę, o, tutaj. -
Wskazała witrynę niewielkiej kawiarni.
Mężczyzna podprowadził ją do stolika, potem odszedł do swoich spraw.
Na co mi przyszło, pomyślała Melania, układając usta w skrzywienie
pełne dezaprobaty. Zamiast raczyć się dobrą kawą we własnej
restauracji, napiję się lury w jakiejś dziurze. Świat się kończy! A właściwie już się skończył. Przynajmniej dla Klemensa, czyli też dla
mnie w pewnym sensie.
Potem jednak, gdy pochyliła się nad filiżanką pełną naparu, pomyślała,
że istnieje, niewielka wprawdzie, ale jednak, szansa na całkiem niezły
kawowy napar. A w każdym razie nie tak ohydny, jak się spodziewałam,
podsumowała w myślach.
- Przepraszam, przepraszam! - usłyszała znowu damski głos. Kobieta
mówiła zdecydowanie zbyt głośno. Absorbowała sobą zbyt wiele osób.
Melania przybrała zatem jak najsurowszy wyraz twarzy, w zamyśle
odstręczający, kobieta jednak dopadła stolika i opadła na krzesło
naprzeciwko Melanii.
- Ja panią bardzo przepraszam. - Przybyła nie dała Melanii dojść do
słowa. - Ja wiem, jak to wyglądało. Przeokropnie. Ale wiem też, że ktoś
pani pomógł, a ja musiałam gonić moją czteroletnią córkę. To jest po
prostu niebywałe. Ona potrafi rozpłynąć się w powietrzu. Nie mogłam jej
stracić z oczu nawet na chwilę, bo potem zostałoby mi już tylko wzywanie
policji. Mała jest tak szybka, że mam nadzieję kiedyś zarabiać na jej
wynikach sprinterskich. Teraz oddałam ją już ojcu, niech on poćwiczy
trochę kondycję. I wyskakuje z kasy, w końcu święta, a dla młodej nie ma
zbyt dużej ilości zabawek. Potem pójdą sobie na zaplecze, bo mąż pracuje
tu jako kierownik ochrony. W tym roku mała zażyczyła sobie święta u tatusia w pracy. Oczywiście stawiam tę kawę, i może jeszcze jakieś
ciasteczko. Na przeprosiny, takie z całego serca. Zje pani coś
słodkiego, prawda? Proszę zrobić mi ten zaszczyt i zjeść ze mną deser,
bardzo panią proszę. A w ogóle to nic pani nie jest? Bo nie zapytałam z wrażenia. Mam nadzieję, że wszystko w porządku?
Melania potrząsnęła głową, lekko oszołomiona.
- Za deser dziękuję i nie wiem, czy mi coś jest - odpowiedziała. - Chyba
nie. Kolano mnie boli. I obcas się chwieje.
- Kolano? Czy wezwać pogotowie? Ja znam dobrego, bardzo dobrego
ortopedę, to mój wujek, zaraz do niego zadzwonię. Zawiozę panią do
lekarza. Trzeba się przebadać, koniecznie...
- Nic mi nie jest - stwierdziła Melania stanowczo. Od pytlowania młodej
kobiety zaczynała ją boleć głowa.
- To dobrze, ale pani jest w szoku. Posiedźmy jeszcze chwilę. Ja zamówię
ten deser i wtedy pani zdecyduje, dobrze? A w ogóle to ja jestem
Krystyna. Krysia.
Po czym wstała i podeszła do lady, zanim starsza pani zdążyła jakkolwiek
zareagować. Melania miała nieodparte wrażenie, że jej szybko mówiąca
towarzyszka podeszła od niewłaściwej strony, omijając niewielką kolejkę.
Nikt jej jednak nie zwrócił uwagi. Może była tak przekonująca, a może
potrafiła zagadać każdego. Niemniej już po czterech minutach wróciła do
stolika z dwoma talerzykami.
- Podobno beza jest tutaj doskonała. Nie wiem, nigdy nie jadłam, choć
bywam tu czasami, ale staram się ograniczać słodycze. Jednak dzisiaj to
jest chyba szczególny dzień. Muszę go osłodzić, nigdy jeszcze nikogo nie
potrąciłam w taki sposób. Ja panią naprawdę bardzo przepraszam! Wybaczy
mi pani? - Gadała cały czas i ten moment, w którym w końcu zamilkła,
Melania przyjęła z ulgą. Kiwnęła też głową na zgodę, na co dziewczyna
zareagowała z zachwytem i pytlowała dalej.
- To cudownie. Wspaniale po prostu, dziękuję pani za wyrozumiałość. I oczywiście idziemy kupić nowe buty. Nie może pani chodzić na
niestabilnym obcasie, to wykluczone. Oczywiście ja płacę. Tu jest dobry
sklep, tam, po drugiej stronie. Lubi pani tę markę? Bo ja ich cenię,
dosyć dobre obuwie, więc jeśli to pani nie przeszkadza, to tam właśnie
kupimy nowe czółenka dla pani...
- Ale może najpierw zjedzmy tę bezę - jęknęła Melania, przerywając w końcu słowotok kobiety.
Do niedawna, podobnie jak jej rozmówczyni, ograniczała kalorie. Po co
jednak miała to robić? Dla kogo miałaby dbać o figurę?
Szybko mówiąca kiwnęła głową i po chwili jęknęła z rozkoszą:
- Ambrozja. Właściwie dlaczego ja unikam słodyczy?
- Dokładnie to samo pytanie przed chwilą sobie zadałam. Bo faktycznie,
dobra ta beza - odpowiedziała Melania. - A ta marka może być. - Wskazała
na sklep po drugiej stronie alejki.
Dziewczyna jednak miała przymknięte oczy i nie odpowiedziała. Melania
zatem też skupiła się na deserze.
Słowotok powrócił po oczyszczeniu talerzyka i trwał nieprzerwanie aż do
momentu, w którym podniosły się i przeszły do sklepu obuwniczego.
Melania oglądała wystawione pantofle ze zmarszczonym czołem. W końcu
wskazała parę ciemnoszarych czółenek na pięciocentymetrowym obcasie i poprosiła sprzedawczynię o odpowiedni rozmiar.
- Nie chciałabym być namolna, ale one są za tanie - stwierdziła
Krystyna.
- Rzeczywiście, są na przecenie, ale fason jest niewłaściwy. Wolę rzeczy
klasyczne, niekoniecznie modne. A te właśnie takie są. Odpowiadają mi.
Sięgnęła po przyniesioną właśnie parę butów, przymierzyła je i przeszła
kilka kroków.
- Tak - powiedziała. - Bierzemy.
- Cóż za szybka decyzja - skwitowała ucieszona Krystyna.
- A te stare proszę wyrzucić - zadysponowała Melania.
- A może jednak... do naprawy? Przeze mnie pozbywa się pani być może
ulubionej pary butów...
- Zapewniam panią, pani Krystyno, że gdybym chciała, to nie zmusiłaby
mnie pani do ich wyrzucenia. Mam zasadę, że jeśli kupuję coś nowego,
pozbywam się jakiejś starej rzeczy. Nadmiar garderoby nie skłania do
elegancji. Donaszamy stare ubrania zamiast czerpać radość z tego, co
właśnie sobie sprawiliśmy. Poza tym wszelkie przeładowanie zaśmieca.
Przestrzeń i nasze głowy. Zatem stara para zostaje w sklepie. Z przeznaczeniem na śmieci.
- Gdyby jednak pani czegoś potrzebowała... nie wiem... ortopeda,
cokolwiek, to tu jest mój numer telefonu. - Krystyna wręczyła Melanii
kawałek kartki z zapisanym rzędem cyfr.
- Wspaniale. Proszę zapisać także mój numer. Tak na wszelki wypadek. A teraz... Cóż, mam jednak pewną prośbę.
- Wszystko, co sobie pani życzy.
- Wszystkiego nie potrzebuję, ale...
Rozmawiały kilka minut. Krystyna okazała zdumienie, jednak kiwnęła głową
i stwierdziła na koniec:
- Oczywiście, jak obiecałam. A teraz pomogę pani przejść...
- Nowe buty są superwygodne - stanowczo zaprotestowała Melania. - A ja
potrafię sama iść. Słyszałam też, że dzwonił pani mąż, czas chyba
przejąć córkę.
- Były mąż. - Kobieta machnęła ręką.
- A to szkoda. - Melania się zafrasowała.
- Dlaczego? Nie ten, to inny.
- Dla dziecka nie. Dla niej ważny jest tata, a ten może być tylko jeden.
Ja z moim mężem byłam ponad czterdzieści lat. Byliśmy tacy szczęśliwi...
- Czterdzieści lat? Podziwiam! - stwierdziła Krystyna.
- Niech pani już biegnie.
- Właśnie, właśnie. To do zobaczenia, na pewno zadzwonię! I wszystko
będzie, jak sobie pani życzy - zapewniła, biegnąc już w stronę sklepu z zabawkami. Chyba. W każdym razie w którąś stronę.
- Mówiąc to, nie miałam na myśli dosłownego rozumienia słowa "biec" -
mruknęła do siebie Melania.
Przeszła koło sklepu, w którym zwykle robiła zakupy. To był ekskluzywny
butik, w którym rachunek regulowała przelewem, nigdy nie pytając o ceny
poszczególnych produktów. I zawsze dostawała towar unikatowy, najwyższej
jakości i idealnie dostosowany do potrzeb. Ten salon zawsze miło jej się
kojarzył. Dzisiaj jednak odwróciła od niego wzrok. Niczego nie
potrzebuję, pomyślała, po czym spojrzała na swoje stopy. Nie
potrzebuję, ale mam nowe buty. Może i tak trzeba. W nowych butach dobrze
wchodzi się w nowe życie. Widocznie tak miało być.
Przeszła ostrożnie jeszcze jeden korytarz, tym razem posuwając się
blisko ściany. Tak na wszelki wypadek. Nowe buty były wygodne, chociaż
starym też nic nie brakowało, a jednak wylądowała na podłodze, z zadartą
nieelegancko spódnicą. Ostrożność zatem nie zawadzi.
Po drodze uśmiechnęła się, a nawet machnęła delikatnie dłonią
mundurowemu. Ochrona centrum handlowego nosiła uniformy do złudzenia
przypominające służbowe ubiory policjantów. A tego akurat ochroniarza
Melania znała.
Nie miała już jednak czasu na rozmowy. Zresztą okoliczności nie
sprzyjały. Melania doszła na sam skraj korytarza, w którym dźwięki kolęd
zdawały się przytłumione. Spojrzała na neon i uśmiechnęła się szeroko.
NAIL & BEAUTY SPA - przeczytała.
- Przecież mówiłam, że spędzę święta w spa, prawda? - wymruczała do
siebie i przekroczyła próg salonu.
Rozdział 2
- Dzień dobry, pani Melanio! - Jak zawsze, powitano ją niemal w ukłonach
już od samego progu.
- Dziękuję, że zechciała mnie pani jeszcze przyjąć, Konstancjo.
- Dla pani zawsze znajdę miejsce. Zresztą przed świętami nawał pracy
jest oczywisty. Ale za pół godziny zamykają centrum, zostaniemy już
tylko my, będzie więcej spokoju. A tutaj, u pani, już kończymy. -
Popatrzyła na paznokcie obsługiwanej właśnie klientki.
- Jeszcze bałwanki - dopomniała się Magdalena. - Musi być świątecznie.
- Oczywiście - zgodziła się Konstancja. - Dlatego jeszcze kwadransik,
pani Melanio. Może ciut więcej.
- Przyszłam za wcześnie - odpowiedziała uspokajająco starsza pani. -
Odrobinę się denerwowałam, bo przecież dzisiaj zamyka pani o czternastej.
- Teoretycznie za pół godziny. - Konstancja uśmiechnęła się delikatnie.
- Ale proszę się nie przejmować. Dzisiaj jest wyjątkowy dzień.
Świąteczny. Dzisiaj pracuję dłużej.
- Pani Konstancja to zawsze taka uprzejma - zagadnęła Magdalena. - Nawet
jeśli przyszło jej pracować w Wigilię. Dziękujemy.
Kosmetyczka machnęła ręką.
- W domu wszystko przygotowane, tylko odgrzać, nie ma o czym mówić.
Melania siadła na krześle z cichym stęknięciem i pomacała swoje kolano.
Zaczynało puchnąć.
- Coś się stało? - zainteresowała się manikiurzystka.
- Przewróciłam się. - Starsza pani pokręciła głową jakby z niedowierzaniem. Myśl o zadartej kiecce była dla niej nie do zniesienia.
- W naszym wieku to się może zdarzyć - rzuciła ze śmiechem klientka od
bałwanków, skądinąd znana Melanii.
- W naszym wieku? - Seniorka natychmiast zesztywniała. Wyprostowała
plecy i surowo spojrzała na Magdalenę. - Wiek nie ma tu nic do rzeczy.
Ktoś mnie potrącił.
- No to współczuję bardzo. - Konstancja postanowiła się wtrącić. Znała
ten ton Melanii, nie wróżył niczego dobrego. A po co jej konflikty w salonie? I to tuż przed świętami?
- Ludzie to teraz prą przed siebie, nikogo nie widząc. Tylko własny
czubek nosa się dla nich liczy. - Magdalena nie wyczuła sytuacji. - Żeby
w centrum handlowym przewrócić starszą panią!
- Słucham? - odparła Melania lodowato.
- Oj tam, przestań. Nie róbmy z siebie młódek. Swoje na karku już mamy,
a że tego nie widać? Ty wyglądasz pięknie i ja wyglądam pięknie, ale że
strzyka w kolanie i plecach, to nie zaprzeczysz.
Melania nabrała głośno powietrza.
- Jesteś niemożliwa, Magdaleno. Młoda matka biegła za swoją czterolatką.
Przepraszała mnie, wypiłyśmy razem kawę, a nawet kupiła mi nowe buty.
- Nowe buty? - Magda spojrzała na stopy Melanii. - Nie widać, żeby
różniły się czymś od tych, które nosisz zwykle, chociaż ty zmieniasz
obuwie tak często, że nie sposób nadążyć. Ale dlaczego kazałaś sobie
kupić buty?
- Niczego nie kazałam. - Melania się zirytowała. - Po prostu obcas się
poluzował przy upadku.
- To nieźle musiałaś grzmotnąć. - Magdalena się zaśmiała, a Melania
pokręciła głową.
- Twój język, doprawdy, pozostawia wiele do życzenia - odparła.
- Mój język idealnie, jak sądzę, oddaje grozę sytuacji. Starsza pani
wali się na posadzkę w ruchliwym centrum handlowym, łamiąc obcas i gruchocząc kolano. Powinni wezwać pogotowie.
- Dajże spokój. - Nagabywana zacisnęła wargi.
- To może chociaż coś zimnego przyłożymy, co? Pani Melanio?
- Może to niezły pomysł...
- Mam mrożoną włoszczyznę na zupę. Taką, co to wie pani, wrzucamy do
kubka, dodajemy wody, a po dwóch minutach w mikrofali jest gotowa
namiastka obiadu. Doskonałe rozwiązanie, kiedy pracy jest tak strasznie
dużo, jak teraz.
- Cóż, skoro nie ma nic innego... - Melania czuła się skrępowana.
Mrożonka na kolanie? Rzecz kompletnie bez gustu. W dodatku będzie
musiała unieść skraj spódnicy, a podczas upadku jej rajstopy, delikatnie
rzecz ujmując, ucierpiały. Na szczęście ich cielisty kolor trochę
kamuflował dziurę i sieć długich oczek. Melanii jednak wystarczyła
świadomość, że tam jest. Co by Klemens pomyślał, przeleciało jej przez
głowę. Jego żona w podartych rajstopach wystawia spuchnięte kolano na
widok publiczny. Powinnam pójść do domu, przebrać się i przybyć tu kiedy
indziej. Albo zamówić usługę w domu. Tyle że to niemożliwe przed
świętami. A nieważne, gdzie i z kim będę je spędzać - nie chcę paznokci
z odrostami!
Więc Melania przyjęła podsunięte drugie krzesło, położyła na nim nogę,
zadarła spódnicę, ze wstrętem patrząc na jeszcze niedawno bardzo
eleganckie, cieliste rajstopy 60 DEN, i położyła na kolanie mrożonkę.
Odczuwała dyskomfort na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim mentalny,
poza tym te warzywa były naprawdę lodowate! Dzięki temu jednak kolano
dość szybko przestało boleć, więc zdecydowała się pozostać w tej pozycji
przez jakiś czas.
- Jak sobie radzisz? - zapytała Magda, przyglądając się tej karkołomnej
pozycji.
- Jak na razie, średnio mi wygodnie - odpowiedziała Melania.
- Nie pytam cię o posadowienie półdupków na krześle, tylko o twoje
życie.
- Rozumiem, że jest to twoja pełna wrażliwości forma wyrażenia
kondolencji - stwierdziła Melania kwaśno.
- Nic podobnego. Wyrazy współczucia składałam ci na pogrzebie Klemensa,
a teraz czas się wziąć do życia. Masz dzieci, wnuki, restaurację.
- Jesteś jak pistolet skałkowy Rumcajsa. - Wdowa złożyła usta w ciup. -
Walisz przed siebie, a celność masz rozległą, trafiasz we wszystko w promieniu stu metrów. Informuję cię zatem, że radzę sobie całkiem
dobrze. Nawet zupełnie, nadspodziewanie i całkowicie, wręcz wyśmienicie.
- Jak ktoś tyle razy zaprzecza, to... - Magdalena uśmiechnęła się
współczująco.
- Gdyby na ciebie ktoś wpadł z ogromnym impetem, też by cię powaliło na
ziemię. Dwudziestolatek by leżał pokotem. Nie wypominaj mi zatem wieku.
A co do pozostałych spraw... Restauracja ma się świetnie. Zapraszam,
wpadnij, skosztuj, mamy tradycyjnie przygotowane B?che de Noël. I makowiec. Jak również wiele innych świątecznych pyszności, na miejscu i na wynos. Jutro wprawdzie mamy zamknięte... Ale mogę z tobą pojechać.
Otworzę i dla ciebie znajdę coś pysznego. Poza tym obejrzysz ekspozycję
szopek, w tym roku poprzestawiałam je trochę. Ta największa stoi w przedsionku. Do pozostałych dokupiłam tylko trochę figurek. Niemniej...
- Och, jestem pewna, że ekspozycja jest zniewalająca. Jak zawsze w Mokotowskiej Prowansji. Te wszystkie kryształowe kieliszki, wypolerowane
sztućce, obrusy z jedwabnej bawełny, stylizowane na ludowo, w kratkę.
Nie o to pytałam. Ja ty się miewasz?
- Cóż, po śmierci Klemensa doszło mi trochę obowiązków. Musiałam inaczej
rozdzielić pracę, no i kompletnie przeorganizować kontrolę piwniczki z winami. Całe szczęście wina mamy własne, z winnicy Dominika, problem
dostaw więc się nie pojawił. Niemniej...
- Czy ty siebie słyszysz? - weszła jej w słowo Magdalena.
- Klemens zadbał o wina zarówno w restauracji, jak i w domu. - Melania
nie dała sobie przerwać. - Wiesz, że mamy specjalną lodówkę i szafkę na
wina? W domu? To niesamowite, jak potrafi smakować dobre wino. Lecz
wracając do meritum, sprawy zawodowe są jak najbardziej pod kontrolą. W najlepszym porządku, na nieustającej krzywej rosnącej. Jeśli zaś pytasz
o moje osobiste samopoczucie, to zapewniam cię, że nie uważam, iż jest
to miejsce i czas właściwy do takich prywatnych wynurzeń. Mogę jedynie
dodać, że moje dzieci także mają się świetnie. Jak zauważyłaś, mam
dzieci i wnuki, one zajmują sporą część mojej uwagi. Żyję w otoczeniu
kochającej rodziny i mam się świetnie.
- Atak zwykle oznacza obronę... - mruknęła Magdalena.
- Czy tak może być? - Konstancja zdecydowała się w końcu wkroczyć
pomiędzy dwie harpie.
- Piękne - zachwyciła się Magda.
- Bałwanki? - ironicznie zapytała Melania.
- Jeszcze tutaj dokończę. Dosłownie moment - powiedziała Konstancja.
- Elementy świąteczne to nie tylko prowansalskie szopki - skwitowała
chłodno Magda.
- Ja też poproszę bałwanki - oznajmiła pogodnie Melania. - Robi je pani
fenomenalnie. Jest pani artystką. Tylko takie elegantsze, bez brokatu -
zwróciła się do Konstancji.
Manikiurzystka aż pokraśniała z dumy.
- Nie jesteśmy same, prawda? - Melania zadała w końcu pytanie, które
cały czas uwierało ją delikatnie w dumę. Szczególnie tę wystawioną na
widok publiczny w puchnącym kolanie.
- Skąd! - Konstancja się zaśmiała. - Pracownica za przepierzeniem robi
brwi, a za drugim kolega kończy farbowanie, zostało mu jeszcze
strzyżenie. Wszystkie chcemy być piękne na święta.
- Naturalnie. Chyba już dość tego lodu - uznała Melania, zdejmując z kolana worek mrożonki. Zastygła jednak w pół gestu, odwracając twarz do
wejścia. W centrum handlowym pogasły światła.
I nie byłoby w tym nic dziwnego, było już przecież po czternastej. O tej
godzinie centrum handlowe planowo miało zostać zamknięte, o czym zresztą
kilkakrotnie przypominano przez głośniki. Faktycznie, nic dziwnego...
gdyby raptownie nie opadła także krata zamykająca tę część korytarza.
- Co jest? - Zdziwiona Konstancja podeszła do kraty i dotknęła jej
palcem z niedowierzaniem. - Ta krata nigdy nie opada.
Rozdział 3
- Co tak jebło? O, pardon. Nie wiedziałem, że jeszcze masz klientki.
Choć właściwie to całkiem oczywiste. Ja też przecież pracuję, wszyscy
harujemy, jak to przed świętami. Co zatem, tak, hm, huknęło? - Ireneusz
wygłosił swoje przemówienie na jednym wdechu, wychodząc zza
przepierzenia oddzielającego część fryzjerską od reszty salonu.
- Potrafi pan skupić na sobie uwagę - mruknęła Melania.
- A jak. - Irek wykonał dłońmi taniec wokół własnego torsu, ostatecznie
umieszczając dłonie z rozcapierzonymi palcami na klatce piersiowej.
- Krata opadła - stwierdziła Konstancja, wciąż wpatrując się w zaciemniony korytarz.
- Przecież nigdy nie opada - zdziwił się młody fryzjer.
- No właśnie. - Manikiurzystka w końcu skupiła wzrok na współpracowniku.
- Dokończ lepiej klientkę, kratę pewnie zaraz nam otworzą.
Ireneusz odwrócił się z teatralnym prychnięciem i schował za
przepierzeniem. Chłopak potrafił robić wrażenie. Melania widziała go już
wielokrotnie, była przecież stałą klientką salonu. Irek obsesyjnie dbał
o włosy, przy czym jego troska przybierała dość oryginalne formy.
Obecnie miał na głowie postawiony na sztywno pomarańczowy czub, włosy
odrastające nad uszami ufarbowano na kolor zielony. Melania widziała już
chłopaka w wersji z głową ogoloną bądź z powycinanymi w krótkiej
szczecinie skomplikowanymi wzorami, a także z niedługimi, całkowicie
białymi lokami. Bała się pomyśleć w jego obecności o fiolecie. Był bez
wątpienia oryginałem, którego nie dawało się przegapić. I może o to
właśnie chodziło?
- Czy coś tutaj się wydarzyło? - Zza lekkich, przesuwnych drzwi wyszła
Franciszka. Kiwnęła grzecznie głową Melanii, po czym utkwiła wzrok w Konstancji.
- Zjechała krata. Tak, wiem, że nigdy nie opada, może coś się zepsuło.
Nie wiem, dlaczego teraz nas tu zamknięto.
- Zamknięto? Czy nas tutaj zamknięto? - Zza kosmetyczki wyszła Eleonora
ubrana w fuksjowy kombinezon w rozmiarze XXS. Figurę miała, owszem,
całkiem do tego uprawniającą, Melania jednak uważała, że w pewnym wieku
po prostu nie należy eksponować ciała. Oczywiście, na głos nigdy by tego
nie powiedziała, przecież oficjalnie "pewien wiek" wyrugowała ze swojego
słownika. A może po prostu zazdrościła Eleonorze odwagi.
Szczególnie że kombinezon zestawiony z czarnymi lakierowanymi kozaczkami
i srebrnym bobem na głowie Eleonory wyglądał naprawdę nieźle. Tylko te
ciemne brwi, właściwie jedna. Druga dopiero miała być zrobiona. Może ta
asymetria sprawiła, że po twarzach kobiet w salonie przemknęło ledwie
dostrzegalne skrzywienie?
A może to rzęsy. Melania nie była w stanie zrozumieć, jak można sobie
przyklejać takie wycieraczki do twarzy.
- Chwilowo jesteśmy odizolowani - stwierdziła pogodnie Magdalena. - Ale
to przecież nic strasznego. Zaraz przyjdzie ochrona i nas uwolni.
- Nie lubię być uwalniana - stwierdziła Eleonora. - To znaczy nie lubię
musieć być uwalniana. Zdecydowanie wolę brak krat wokół siebie.
- I za chwilę ten stan zostanie przywrócony - uspokajała Konstancja. -
Ale pięknie pani wygląda.
- Prawda? - Ela się ucieszyła. - Franka ma złote ręce. Robi
najpiękniejsze brwi w całym mazowieckim. Ale nie są za szerokie, co? - Z niepokojem przystawiła twarz do lustra i oglądała się z namaszczeniem.
- Skądże znowu! - oburzyła się Konstancja. - Są idealne! Tylko jeszcze
tam, na prawym oku, chyba nie skończyłyście, co? - Mówiąc to, Konstancja
wykonała głową jednoznaczny gest w stronę Franciszki.
Ta błyskawicznie się zreflektowała.
- A, drugie oko nam jeszcze zostało. Ale to już szybciutko będzie. Pani
Eleonoro, na chwilę zapraszam jeszcze na leżankę... - Franka chwyciła
klientkę za łokieć i stanowczym ruchem poprowadziła ją do sąsiedniego
pomieszczenia.
- Najpiękniejsze brwi w całym mazowieckim? - zapytała kwaśno Melania.
- Też zwróciłam na to uwagę. Jeszcze dwa miesiące temu nie chciała nawet
słyszeć, żeby położyć się u tej dziewczyny - skwitowała Magda.
- Ty ją znasz? - Melania wyraziła zdziwienie.
- Franciszkę czy starą-róż-baby Eleonorę?
- Frankę ja też znam. Tę drugą.
- Znam, nie znam. - Magdalena wzruszyła ramionami. - W salonie
kosmetycznym nawet jak kogoś nie znasz, to i tak wiesz, kto zacz.
- Bo mój salon integruje - wtrąciła Konstancja.
- Rozumiem. - Melania próbowała zachować się powściągliwie, nie udało
jej się jednak ukryć ironii w głosie.
- Franciszka przyszła do nas dwa miesiące temu ledwie po kursie -
wtrąciła Konstancja. - I w ciągu dosłownie kilku dni zyskała uznanie
klientek. To aż niesłychane, żeby w takim tempie! - Pokręciła głową.
- Zdolna widocznie - skomentowała Magda.
- Pani Melania ją polecała. Nie wierzyłam, że da radę dziewczyna.
- Melania? Ty poleciłaś kosmetyczkę? - Magda nie kryła zdumienia.
Wyraziła je całą sobą, unosząc brwi, ręce, a nawet podnosząc się
minimalnie z krzesła. Pytanie zadała też zadziwiająco głośno.
- Dziewczyna kiedyś pracowała u mnie jako kelnerka - wyniośle
odpowiedziała Melania. - Ale ma kłopoty z kręgosłupem. Musiała się
przebranżowić.
- Coś nieprawdopodobnego - zakpiła Magda. - Królowa prowansalskiego lodu
ma serce!
- Chyba się na mnie dzisiaj uwzięłaś.
- Skądże. Gdzieżbym śmiała. Po prostu...
- Gotowe - przerwała Magdzie Konstancja. - Proszę ocenić.
- Piękne. - Magdalena westchnęła z zachwytem.
- Tak. Pozwolę sobie przypomnieć, że życzyłabym sobie podobne - dodała
Melania, zerkając z boku.
- Ty mówiłaś poważnie? Naprawdę chcesz podobne? Świat się kończy. Nigdy
nie słyszałam, byś chciała cokolwiek po kimś powielać.
- Bo i nie zamierzam. Powiedziałam podobne, nie takie same. U mnie na
obu rękach będą bałwanki. Ty masz na lewej gwiazdkę. Poza tym bałwanek
ma być bez brokatu i na czerwonym paznokciu, a wszystkie pozostałe będą
białe.
- Uf, co za ulga. Czyli nie będzie tak jak u mnie! Wyzywająca czerwień
na wszystkich dziesięciu palcach! - Magda ostentacyjnie wywróciła
oczami.
- Czerwień jest klasyczna i elegancka - odparowała Melania. - Jednak nie
musi towarzyszyć mi wszędzie. Przesiądź się, moja kolej.
- A może jednak by tak sprawdzić, co z tą kratą? - Magdalena zerknęła w stronę opustoszałego korytarza.
- Zaraz zadzwonię do ochrony - stwierdziła Konstancja. - Chciałam tylko
skończyć pani malunki.
Właścicielka salonu skończyła uprzątanie stanowiska i przeszła na
zaplecze.
- Nic się nie zmieniłaś - powiedziała Magdalena. - Kąśliwa jak zawsze.
- Mistrzyni i tak nie dorównam. Wciąż mnie w tym wyprzedzasz o lata
świetlne.
- Nie będziemy się biły o palmę pierwszeństwa. Jak zamierzasz spędzić
święta?
- Dzisiaj odpoczywam w najlepszym towarzystwie. - Melania uśmiechnęła
się szeroko. - Własnym.
- Sama sobie ofiarujesz najlepsze prezenty - dodała Magdalena
rozbawiona.
- Dokładnie. A jutro zapewne wybiorę się do Barbary i Arkadiusza -
skłamała Melania.
- Stara gwardia - rzuciła z westchnieniem Magda.
- Od lat spędzamy razem pierwszy dzień świąt. Choć wcale nie wiem, czy w tym roku jestem najlepszym kompanem do wspólnego spędzania czasu. Chyba
nawet wolałabym posiedzieć sama. Od śmierci Klemensa ciągle jestem w ruchu. Sprawy restauracji pochłonęły moją uwagę, poza tym u dzieci,
właściwie u wnuków, ciągle coś się dzieje. Mam wrażenie, że córka szybko
opłakała śmierć ojca, Grzegorz jednak... Cóż, dla niego żałoba była
najtrudniejsza. Nawet, szczerze mówiąc, byłam zdumiona, jak bardzo ją
przeżywał. I dlatego chyba Wojtek też potrzebuje więcej uwagi.
- Wojtek to syn Grześka?
Melania kiwnęła głową.
- Siedemnastoletni. W tym wieku każda sprawa jest na śmierć i życie.
Chyba nie znałam Klemensa od tej strony. Okazało się, że miał z wnukiem
całkiem wiele wspólnego. Spodziewałam się raczej, że Olga, córka
Honoraty, będzie bardziej tęsknić za dziadkiem, a tutaj zaskoczenie.
- Może po prostu kobiety w waszej rodzinie są silniejsze - zakpiła
Magda.
Melania odruchowo chwyciła jeden z leżących na stoliku próbników
kolorów.
- Ładne te nowe odcienie - powiedziała w zamyśleniu.
- W ogóle dużo nowości jest dobrych i fajnych - zripostowała Magdalena.
- Chcesz powiedzieć, że tylko my zostałyśmy wciąż stare?
- Jakie? Nie dalej niż dwadzieścia minut temu twierdziłaś, że nie znasz
takich słów.
- Precyzyjnie rzecz ujmując, chodziło o to, że wiek nie ma wpływu na
przewracanie się w zatłoczonym centrum handlowym. Niemniej dobrze
wyczułaś sarkazm. Nie jesteśmy, oczywiście, stare. Doświadczone, owszem,
ale nie zdążyłyśmy jeszcze zjeść wszystkich rozumów. Moją młodość i ciekawość świata widać chociażby w tym, jak potrafię zachwycać się
nowymi lakierami do paznokci.
- Zachwycać się? Czy ty sama siebie słyszysz? Młodość uzależniasz od
koloru mazidełka? Nie poznaję cię.
Melania spojrzała na koleżankę pytająco.
- Powiedziałaś, że, cytuję, "ładne te nowe odcienie" - ironizowała
Magdalena. - Gdzie tutaj zachwyt? To emocja powściągnięta niczym
kołowrotek odłożony na półkę.
- Kołowrotek?
- Taki od wędki. Jak leży, znaczy żyłkę ma zwiniętą. Czyli nie jest
rozrzutny.
- Dalekie skojarzenia. W dodatku wędkarskie. Czy kiedykolwiek miałaś
wędkę w rękach? - Melania nie ukrywała zdziwienia.
- Żartujesz? - prychnęła urażona Magda. - Mogłabym zniszczyć paznokcie.
Coś długo nie ma tej Konstancji.
Zamilkły, wpatrując się w harmonijkowe drzwiczki prowadzące na zaplecze
salonu. Tam zniknęła Konstancja. I tam panowała teraz kompletna cisza,
chociaż...
- Konstancja miała dzwonić do ochrony, prawda? - upewniła się Magdalena.
- Tak twierdziła.
- Ale byłoby ją słychać. To tylko cienkie pleksi.
- A jest zupełnie cicho. - Melania też wyraziła niepokój.
- Może tam zajrzymy?
- A tak wypada? Komuś wchodzić w jego prywatną przestrzeń?
- Prywatną? - Magda pokręciła głową. - Mówiąc szczerze, chciałabym już
stąd wyjść. Paznokcie ma zrobione, a potrzebuję, cóż, ustronnego
miejsca. - Magdalena od dłużej chwili trochę wierciła się na krześle.
Nie musiały jednak wchodzić na zaplecze. Konstancja pojawiła się w odsuniętych drzwiczkach z wyrazem dezorientacji na twarzy. Trzymała w ręku smartfon i spoglądała na niego niepewnie.
- Czy coś pani dolega? - zaniepokoiła się Melania.
- Ja... - zaczęła Konstancja.
- Jest pani przeokropnie blada.
- Dodzwoniła się pani? Co się stało? - Do pytań dołączyła Magdalena.
- Telefon ochrony nie odpowiada. Najpierw długo czekałam, sygnał był
taki normalny, a potem zamilkł. Za drugim razem tak samo. Nikt nie
odebrał. Jakby tam nikogo nie było. - Kosmetyczka pomachała trzymanym w ręku telefonem i popatrzyła na dwie klientki dość nieprzytomnym
wzrokiem. - Komórka nie działa.
- Tak się zdarza. Może się rozładowała? - zastanowiła się na głos
Melania.
W tym czasie Magdalena już wyciągała ze swojej eleganckiej torebki
telefon.
- Mój też nie ma zasięgu - stwierdziła po chwili skonsternowana.
- Ja zawsze stąd normalnie wykonuję połączenia i je odbieram. - Melania
westchnęła i sięgnęła po swoją markową torebkę. Wcześniej pamiętała, by
ustawić ją tak, by dyskretne logo zostało dostrzeżone przez Magdalenę.
Nigdy, przenigdy, nie kupiłaby torebki z wielkim logotypem żadnej marki.
Co nie znaczy, że nie ceniła luksusowej galanterii.
Wyciągnęła telefon i popatrzyła na niego dokładnie tak samo
nierozumiejącym wzrokiem, jak chwilę wcześniej na swoje aparaty
Konstancja i Magdalena.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki