Salomon - kot, który leczył dusze - Sheila Jeffries

-
Proszę czekać

1. W poszukiwaniu Ellen

Usiadłem na środku drogi, żeby pomyśleć, dlaczego opuściłem dom tego letniego poranka.

Byłem tylko małym czarnym kociakiem, ośmiotygodniowym, ale musiałem podjąć trudną decyzję. Czy pozostać w swoim wygodnym domu i wieść nudne, przewidywalne życie, czy wyruszyć w długą podróż, by odnaleźć osobę, którą kochałem najbardziej na całym świecie? Miała na imię Ellen, a ja byłem jej kotem w innym życiu, kiedy była jeszcze dzieckiem. To ona nadała mi imię Salomon, a ja zostałem jej najlepszym przyjacielem. Chciałem ją znowu odnaleźć.

Nagle z naprzeciwka, prosto na mnie, wyjechała ciężarówka. Ziemia pod moimi łapkami zaczęła drżeć. Czułem, jak wibruje wzdłuż mojego ogonka i porusza meszkiem wewnątrz uszu.

Ciężarówka była coraz bliżej. Dwoje płonących oczu, czoło ze szkła i nazwa wytłoczona na brodzie: "Scania". Miała olbrzymie koła i ryczała jak pięćdziesiąt lwów.

Zahipnotyzowany gapiłem się w jej ślepia przekonany, że jeśli zachowam się jak asertywny tygrys, ciężarówka zatrzyma się i pozwoli mi dokończyć mycie łapek.

Mój anioł zwykle na mnie nie krzyczał, teraz jednak krzyknął:

- Uciekaj, Salomonie. Uciekaj!

Wystartowałem tak szybko, że zostawiłem ślady pazurków na żwirze. Kiedy szybowałem w stronę żywopłotu, ciężarówka minęła mnie w tumanie pyłu. Przyhamowała z sykiem, zatrzymała się i wreszcie ucichła. Ze środka wyszedł jakiś mężczyzna i znikł w pobliskim budynku.

Jako wyjątkowo wścibski kociak podpełzłem do nieruchomej teraz ciężarówki, żeby bliżej jej się przyjrzeć. Usiadłem na drodze i patrzyłem na nią. Niebo pociemniało, a na moje futerko spadły pierwsze lodowe grudki gradu. Pod ciężarówką mogłem się przed nim schronić. Koła były gorące, więc usiadłem przy jednym z nich, patrząc, jak grad odbija się od brezentu. Już długo byłem poza domem i czułem, że potrzebuję drzemki.

Wpełzłem do dziury na przodzie ciężarówki. W środku było ciepło jak w tosterze. Zapach oleju, gorąco i rytmiczny stukot gradu zaczęły mnie usypiać. Zwinąłem się na małej półeczce blisko silnika, nakryłem czubek nosa ogonem i odpłynąłem w sen.

Kilka godzin później ze snu wyrwał mnie nagle ogłuszający hałas. Silnik ruszył i wszystkie kości podskoczyły we mnie w górę i w dół. Przerażony zerwałem się do ucieczki, ale zobaczyłem tylko fragment rozpędzonej mokrej jezdni. Wspiąłem się wyżej, na zatłuszczony występ, brudząc sobie cuchnącą cieczą białe koniuszki łapek. Przez szparę w metalu widziałem teraz uciekające w tył pola i mosty.

Przycupnąłem tam, usiłując skontaktować się z moim aniołem. Ale powiedział tylko:

- Twoja podróż się rozpoczęła, Salomonie.

Zrozumiałem.

I przypomniałem sobie, jak jeszcze przed swoimi narodzinami zgodziłem się wyruszyć w tę niebezpieczną drogę, aby odnaleźć Ellen.

Wszystko to zaczęło się, kiedy byłem świetlistym kotem, zamieszkującym świat duchów między jednym a drugim życiem.

W świecie duchów my, koty, jesteśmy świetlistymi kotami i żyjemy tak, jak na ziemi byłoby to zupełnie niemożliwe. Jesteśmy niewidzialne dla ludzkich oczu. Nie ma tam żadnego miauczenia ani prychania, ale mruczymy, owszem, i komunikujemy się za pomocą telepatii. Mieszka tam wiele innych stworzeń, świetliste psy i świetliste konie, a nawet świetliste świnki morskie. Są też świetliści ludzie. Nikt się nie kłóci. Nie ma zanieczyszczeń środowiska, nie ma chorób, nie ma wojen.

Mama Ellen zmarła, kiedy Ellen była bardzo młoda, i teraz mieszkała ze mną w świecie duchów. Wiedziała, jak bardzo Ellen za nią tęskni, i to ona wpadła na pomysł, żeby mnie do niej wysłać.

- Chciałabym wysłać do Ellen kota - powiedziała. - Wyjątkowego kota, który by ją kochał i wspierał. Przyda jej się taki kot przy tym jej mężu.

Odpowiedziałem natychmiast.

- Ja pójdę.

Mama Ellen wzięła mnie na kolana, gdzie dużo mruczałem, i razem wysłaliśmy ten pomysł dalej, w światło. Potem czekaliśmy na przybycie anioła.

W świecie duchów mieszkają tysiące aniołów przeróżnych rodzajów. Niektóre są potężnymi, lśniącymi wojownikami światła. Inne zmieniają barwy jak hologramy. Moje ulubione to anioły ukojenia, które przypominają ludzi i noszą miękkie, szumiące szaty. Ich blask jest tak jasny, że są prawie niewidzialne.

Anioł, który do nas przybył, przedstawił się jako Anioł Srebrnych Gwiazd. Nigdy go wcześniej nie widziałem, ale jak tylko jego migotliwa szata musnęła moje futerko, poczułem się kimś wyjątkowym.

- Będę twoim aniołem w tym wcieleniu, Salomonie - powiedział. - To będzie trudne zadanie, ale będę ci towarzyszył i pomagał ci dokonywać wyborów. Będziesz, oczywiście, popełniał błędy, ale to część twojej nauki, a ja i wtedy będę przy tobie. Moje światło jest tak jasne, że na ziemi staję się prawie niewidzialny, ale jeśli będziesz pamiętał, żeby rozglądać się za iskierkami, wszędzie gdzie to możliwe, zobaczysz mnie, zwłaszcza jeśli wpatrzysz się uważnie w odbijające się w wodzie promienie słońca.

- Zapamiętam to sobie - odparłem, mając nadzieję, że naprawdę to zapamiętam.

- Czasami będziesz smutny, zagubiony albo głodny - ciągnął anioł, strząsając na mnie gwiezdny pył. - Wtedy może się zdarzyć, że o mnie zapomnisz, ale ja będę przy tobie, a od czasu do czasu przybędą także inne anioły, by wspomóc ludzi w twoim życiu. Nie oczekuj jednak, że będzie łatwo.

Nie wydawało mi się to wszystko specjalnie trudne, bo już kochałem Ellen. Byłem podekscytowany na myśl o tym, że znowu znajdę się na ziemi. Będzie mnóstwo puszek z Kitekat, przytulne miejsca przy kominkach, no i te wszystkie myszy. Nie mogłem się doczekać.

- Będziesz musiał urodzić się jako kociak, jak zawsze - wyjaśnił Anioł Srebrnych Gwiazd. - Pomogę ci, ale ty sam też musisz sobie pomóc. Nie chodzi tylko o Ellen. Ty też musisz się jeszcze uczyć.

- Chciałbym być dumnym kocurem - powiedziałem - który groźnie mruczy. Czarnym i lśniącym, z białymi łapkami i białą piersią. I proszę, wyślij mnie pod właściwy adres, dobrze? Ostatnim razem wylądowałem w schronisku dla bezdomnych zwierząt, zanim Ellen mnie odnalazła.

- Tym razem to ty będziesz musiał ją odnaleźć - oznajmił anioł. - Musisz nauczyć się korzystać ze swojego zmysłu psi.

- Zmysłu psi? - zapytałem.

- Ludzie nazywają to Sat Nav - powiedział z uśmiechem anioł. - Jesteś pewny, że chcesz się tego podjąć, Salomonie?

Nostalgicznie rozejrzałem się po swoim pięknym domu w świecie duchów. Uwielbiałem być świetlistym kotem. Tutaj wystarczyło być. Nikt nie wyrzucał cię na deszcz ani nie posypywał proszkiem na pchły.

Potem przypomniałem sobie dom Ellen, z oknami pełnymi słońca. Była tam moja ulubiona poduszka, z aksamitu w kolorze bursztynu. I schody, na których najbardziej lubiłem się bawić. Była tam też przytulna kuchnia i drzewo wiśniowe w ogrodzie.

Byłem kotem Ellen, kiedy była dzieckiem, a ona kochała mnie bardziej niż kogokolwiek innego w życiu. Nie chciała kłaść się spać, jeśli nie mruczałem tuż przy niej na łóżku, a kiedy mama Ellen gasiła światło i schodziła na dół, Ellen zawsze znowu włączała lampę i bawiła się ze mną. Kiedy zabawa już nas znużyła, Ellen pokazywała mi swój sekretny pamiętnik i czytała mi go. Miała piękny, melodyjny głos, ale tylko ja miałem okazję go słuchać, bo Ellen niewiele rozmawiała z ludźmi. Nie chciała też odrabiać lekcji ani sprzątać swojego pokoju. Chciała tylko tańczyć i grać na pianinie.

Moim najpiękniejszymi wspomnieniami o Ellen są chwile, w których dzieliła się ze mną swoim muzycznym darem. Wczesnym rankiem siadywała przy pianinie, na aksamitnym stołku, a była taka mała, że stopami nie sięgała podłogi.

- Chodź, Salomonie - mawiała i uśmiechała się, kiedy wskakiwałem na pianino i kładłem się na jego lśniącej powierzchni. Lubiłem tam siedzieć i widzieć światło w jej oczach, kiedy grała, lubiłem patrzeć, jak wstępuje w nią życie. Grała i grała, jej małe rączki tańczyły po klawiszach, jasne włosy podrygiwały. Muzyka wibrowała w moim ciele, wzdłuż kręgosłupa aż po końce wąsów. W takich chwilach zawsze krążyły wokół nas migotliwe anioły.

Mama Ellen wchodziła do pokoju ze szkolną torbą Ellen i jej płaszczem przewieszonym przez ramię.

- Czas do szkoły.

- Nie chcę tam iść, mamusiu.

- Idziesz.

- Ale chcę jeszcze dokończyć tę melodię, mamusiu. Skomponowałam ją sama i Salomonowi bardzo się podoba.

- Ellen, czas do szkoły!

Musiałem bezradnie patrzeć, jak światło znika z Ellen. Jej mała buzia kurczyła się i bladła, a oczy chmurniały, kiedy zamykała wieko pianina.

- Posłuchaj mnie, Salomonie - odezwał się mój anioł, więc znowu skupiłem na nim uwagę.

- Ellen jest już dorosła. Nie jest dzieckiem, które zapamiętałeś.

- W czym problem? - spytałem.

- Muszę cię ostrzec - Ellen jest w takim stanie, że może nie umieć zaopiekować się tobą jak należy - powiedział anioł. - Ma małego synka, który dopiero uczy się chodzić, i męża, który na nią krzyczy. I wszyscy mają poważne problemy.

- Chcę tam iść - powtórzyłem stanowczo.

Anioł zawahał się, jakby chciał powiedzieć mi coś jeszcze.

- No i - wyszeptał - jest jeszcze Jessica.

- Jessica?

Mój anioł milczał, patrząc na mnie z miłością srebrzystymi oczami.

- Jestem pewna, że Salomon sobie poradzi - powiedziała mama Ellen. - To kot uzdrowiciel. Jest też odważny i trochę bezczelny. Wszystko będzie dobrze.

Kiedy nadszedł czas moich narodzin, zobaczyłem, jak mój anioł rozsypuje się w kalejdoskop drobnych iskierek. Srebrne gwiazdy spowiła mgła i nagle poczułem, jak lecę w przestrzeń. Światło zaskrzyło jak ogień, kiedy przedarłem się przez wielką złotą sieć, która oddziela świat duchów od ziemi. Była to cudowna jazda.

A potem wszystko się zmieniło.

Nie byłem już świetlistym kotem. Musiałem się wcisnąć w kociaka wielkości kiełbaski, który właśnie przyszedł na świat. Potrafiłem tylko skręcać się i piszczeć. Moje oczy nie chciały się otworzyć. Łapy nie chciały chodzić. Nie widziałem nawet, jakiego koloru mam futerko. Było to koszmarne. Dlaczego się na to zgodziłem? Nie byłem teraz nawet normalnym kotem. Byłem kiełbaską.

Ale nie byłem sam. Leżała nas tam cała czwórka, mrucząca miarowo i jedwabista. Moc kociej matki ogarnęła całe moje jestestwo, kiedy zaczęła mnie wylizywać i karmić swoim mlekiem.

Dziewięć dni później otworzyłem oczy i zobaczyłem brzeg koszyka przy ciepłym piecu. Zobaczyłem też swoje łapki, były lśniące i czarne, z białymi paluszkami, tak jak sobie tego życzyłem. Wokół poruszały się duże stopy, dwie w pantoflach i dwie w wysokich butach, dłonie pochylały się nad nami i głaskały nasze małe główki. Nie była to Ellen, ale ciągle wierzyłem, że ona w końcu przyjdzie i mnie wybierze.

Wczesne dzieciństwo było szczęśliwe. Od samego początku podnoszone mnie i przytulano do szerokich piersi, z sercami bijącymi tak wolno, jakby ci ludzie mieli umrzeć między uderzeniami.

- Tego wezmą ostatniego, tego małego czarnego z białymi łapkami. Najpierw zawsze wybierają te najładniejsze.

- Tak, on jest najsłabszy w miocie. Taki malutki.

Najsłabszy w miocie? Ja?! To nie mogła być prawda.

Wkrótce wszyscy zmieniliśmy się w normalne małe koty, skaczące jak piłki tenisowe, wspinające się po zasłonach i włażące pod pokrycia krzeseł, przy wtórze śmiechu patrzących na nas ludzi. Ale ja nie mogłem się doczekać, kiedy urosnę i dostanę się do Ellen.

- On ma takie tęskne spojrzenie, ten mały czarny.

Moją obsesją stało się wyglądanie przez okno w oczekiwaniu, aż na drodze pojawi się Ellen. Ludzie zaczęli przychodzić wybierać kocięta. Za każdym razem moje wąsy stawały na baczność.

- Schowaj się! - powiedział mój anioł ostro pewnego popołudnia. Przemówił do mnie pierwszy raz, odkąd się urodziłem, więc zareagowałem natychmiast. Przez dziurę w tkaninie wskoczyłem w zakurzone bebechy fotela i słuchałem przybyszów.

- Bardzo chciałabym czarnego.

To nie był głos Ellen.

- Mamy tu gdzieś takiego.

- Zobacz pod fotelem.

Odsunęli fotel, w którym dobrze się ukryłem, ale mnie nie znaleźli.

W końcu goście wzięli oba pozostałe kociaki, więc kiedy wylazłem z kryjówki, nie miałem się z kim bawić. Miałem osiem tygodni i chciałem szybko urosnąć.

Ellen nie przychodziła. Mijały dni i tygodnie, a jej ciągle nie było.

Przestałem jeść. Jedzenie nie interesowało kota z misją. Przesiadywałem stale na oknie, czekając na Ellen.

- On jest chyba chory.

- Zabierz go do weterynarza.

Zabrali i wtedy miałem pierwszy kontakt z nosidłem dla kotów, koszmarną klatką, która skrzypiała i podrygiwała przy każdym ruchu. Jako mądry kot siedziałem w niej spokojnie, wiedząc, że próby ucieczki byłyby tylko niepotrzebną stratą energii.

Weterynarz trzymał mnie mocno za kark i przesuwał palcami po moim ciele. Ściskał mi łapki, a potem ogon na całej długości. Potem siłą otworzył mi pyszczek, żeby zajrzeć do środka. Zauważyłem, że jego palce miały zapach przypominający podłogę w kuchni. Postawił mnie na zimnym stole i powiedział coś bardzo obraźliwego dla dumnego kota takiego jak ja.

- Oczywiście był najsłabszy w miocie.

- Ale jest bardzo kochany. Ma naprawdę niezwykłą osobowość. Jeśli nikt go nie weźmie, zatrzymamy go u nas.

Moja kocia matka zmusiła mnie do jedzenia, ale ja ciągle czekałem na Ellen. Najbardziej lubiłem spędzać czas, badając ogród i szukając wysoko położonych miejsc, z których mogłem jej wypatrywać.

Teraz, kiedy miałem ciało, trudniej było mi widzieć mojego anioła. Żeby zobaczyć go na ziemi, musiałem się skoncentrować i nie zwracać uwagi na nic innego, ale nawet wtedy, niestety, widziałem go jak przez mgłę.

- Nie ma sensu tylko czekać, Salomonie - powiedział. - Użyj swojego zmysłu psi.

Letni poranek był chmurny i mroczny. Zamknąłem oczy i użyłem tego, co mój anioł nazywał zmysłem psi. Miejsce, w którym przebywała Ellen, natychmiast stało się dla mnie oczywiste. Znajdowała się na południe stąd, a ja ze zdumiewającą łatwością wyczułem właściwy kierunek. Wyczucie odległości zabrało mi więcej czasu. Przeraziło mnie, że dom Ellen jest setki kilometrów stąd. Spojrzałem na swoje delikatne, biało zakończone łapki i poruszyłem długimi wąsami. Sto kilometrów to wyzwanie dla najsłabszego z miotu. Wspomnienie tych słów wzbudziło we mnie dość gniewu, bym przeszedł do akcji. Nie oglądając się za siebie, podreptałem w dół drogi, na południe.

I tak właśnie wylądowałem w końcu koło silnika ciężarówki.

Przez wiele godzin nic nie jadłem. Zbyt wystraszony, by spać, ze wszystkich sił starałem się utrzymać na wibrującej półeczce. Alternatywą był upadek na uciekający asfalt albo dostanie się w tryby silnika. Od jego wyziewów i hałasu dostałem okropnego bólu głowy. Miałem wrażenie, że moja czaszka jest jak skorupka od jajka. Było mi zimno i byłem głodny.

Syczące koła pryskały do środka brudną wodą, więc wkrótce byłem cały mokry i nastroszony. Ellen mnie nie zechce, pomyślałem z rozpaczą. Nie wyglądałem zbyt atrakcyjnie.

Było już ciemno, kiedy poczułem, że ciężarówka zwalnia. Wyczerpany tkwiłem teraz bezwładnie rozciągnięty na półeczce, wydany na pastwę wyboistej drogi. Kiedy ciężarówka wreszcie się zatrzymała, leżałem już tylko, upajając się ciszą i bezruchem. Wszystko mnie bolało.

Wywlokłem się na zewnątrz. Łapy się pode mną uginały i ciągle padało. Ciężarówka zaparkowała przed supermarketem, ale w pobliżu stały domy. Wciągnąłem powietrze i poczułem rozkoszny zapach pieczonego ciasta. Mój zmysł psi powiedział mi, że ten zapach dolatuje z kuchni Ellen.

Drepcząc od ogródka do ogródka, wędrowałem ulicą, aż w końcu dotarłem do żelaznej furtki w gęstym żywopłocie. Czułem wróble, które kryły się tam, wtulone w siebie. Szczęściarze. Spały sobie, podczas gdy ja, pokryty olejem i drżący, byłem bezdomny. Deszcz lał teraz jak z cebra, tworząc kałuże na drodze. Moje małe łapki były zupełnie przemoczone i lodowato zimne. Błyskawice i dudniące grzmoty przerażały mnie, więc podpełzłem bliżej żywopłotu. Wiedziałem, że mimo deszczu muszę przedostać się na środek trawnika, żeby zwrócić na siebie uwagę Ellen, i w końcu stanąłem twarzą w twarz z czterema oknami i dużymi brązowymi drzwiami domu.

- Musisz miauczeć tak głośno, jak tylko potrafisz. Teraz - powiedział anioł.

Tak zrobiłem. Czułem się mały, brudny i bezradny, więc dźwięki, które zacząłem wydawać, były naprawdę żałosne. Niewiarygodne, że mały kociak potrafi narobić takiego hałasu. Mój głos niósł się po całej dzielnicy, więc wkrótce nade mną otworzyło się okno i ukazała się w nim twarz. To była ona. Moja ukochana Ellen.

- Co tu się dzieje, na litość boską? - Ellen wychyliła się i zobaczyła mnie. Bardzo zawstydzony swoim wyglądem podniosłem do góry ogon, co jest kocim odpowiednikiem uśmiechu.

- Och, tam jest mały kotek! Schodzę na dół.

Ellen podniosła mnie i przytuliła do serca. Czułem jego kojący rytm przez futerko, a ona najwyraźniej czuła rytm mojego, bo powiedziała:

- Twoje małe serduszko tam szybko bije! Skąd się tu wziąłeś?

Zwróciłem na nią swoje zielone oczy i spojrzałem w jej - w mroku tego letniego wieczoru były ciemnoniebieskie, jakby przydymione. Ciągle miała długie włosy barwy jęczmienia, dokładnie takie, jak zapamiętałem. Musnąłem je łapką, zaintrygowany tym, że stały się takie puszyste i falujące. Jej oczy lśniły miłością, ale policzki były zapadnięte, a ręce, które mnie głaskały, wydawały się inne, nerwowe i szybkie, nie zatrzymywały się ani na chwilę. Uzdrawiające światło, które lśniło kiedyś wokół nich, przygasło. Ellen wydawała się zestresowana, jakby nie miała czasu korzystać ze swojego daru uzdrawiania. Wiedziałem, że zbiera się na burzę, burzę wewnątrz Ellen. Miała kłopoty. A ja byłem tu, żeby jej pomóc.

Od tej chwili moim zadaniem było chronić Ellen i trwać przy niej na dobre i na złe. Teraz dostałem pierwszą szansę, by spróbować ukoić trochę jej ból, więc bardzo powoli odwróciłem głowę w bok, żebyśmy mogli dotknąć się nosami.

- Och, jaki ty jesteś słodki!

W tym momencie powstała między nami więź. Kiedy zegar wybił północ, deszcz zaczął padać długimi srebrnymi strugami. Później wiele razy Ellen opowiadała, jak znalazła mnie pewnej burzliwej nocy w środku lata.

- A cóż to za ofiara losu!

Powiedział to mężczyzna. Emanował rozgoryczeniem, pokrytym twardą skorupą dobrego humoru. Nie dałem się na to nabrać.

- Z Joem też musisz się zaprzyjaźnić - powiedział anioł.

Zawahałem się, wystraszony wielkim różowym nosem na twarzy Joego. A jeśli kichnie? Ale zdobyłem się na jeszcze jedno zetknięcie nosów i spojrzenie w oczy. Naprawdę lubił koty i głaskał mnie delikatnie. Ale nie czułem się dobrze przy tych płonących oczach. Były zdecydowanie zbyt wesołe. Wesołe, ale nie było w nich uśmiechu.

- Jest cały brudny!

Ellen szybko postawiła mnie na ziemi. Na jej jasnoniebieskiej podkoszulce były plamy smaru z ciężarówki. Wkroczyłem do kuchni, zostawiając za sobą ciemne ślady łap, z uniesionym wysoko, zakręconym na końcu ogonem.

- Jaki ma cienki ogon!

- Strasznie wygląda, biedactwo. - Ellen była bliska łez, kiedy zdała sobie sprawę z tego, w jakim jestem stanie. - Niech najpierw coś zje. Potem zrobię mu ciepłą kąpiel i wysuszę go.

Joe jęknął.

- Znowu to samo. Domyślam się, że teraz będziesz się z nim cackała do rana. Wezmę sobie piwo i wracam do łóżka.

Otworzył lodówkę i wyjął z niej czarno-złotą puszkę. Zamiauczałem, licząc, że to mleko dla mnie. Wtedy powiedział coś alarmującego.

- Nie pozwól, żeby Jessica go zobaczyła. Zje go na śniadanie.

Kim, zastanawiałem się, jest Jessica? Psem? Złym sąsiadem? Innym kotem?

Ogarnęło mnie zimne uczucie zdrady. W kuchni stała miska z napisem "Kicia" i resztkami jedzenia. Opadłem na podłogę, czując, jak moje serce bije na biało-niebieskich kaflach. Bolały mnie kości, a mokre futerko wydawało się bardzo ciężkie. Na języku czułem palący smak oleju. Miałem ochotę się poddać.

Przebyłem całą tę drogę, a Ellen już ma kota!

Inny kot dostał się tu pierwszy!

2. Inny kot był tu pierwszy

Po okropnej kąpieli, dużej misce mleka i dobrze przespanej nocy poczułem się znacznie lepiej. Zwłaszcza że obudziłem się na aksamitnej poduszce w kolorze bursztynu.

- Koty zawsze lubiły tę poduszkę - powiedziała Ellen, kładąc mnie na niej w nocy, kiedy już osuszyła mnie puszystym ręcznikiem. - Należała do mojej mamy. Śpij teraz, mały kotku, a rano dowiemy się, do kogo należysz.

Ale najpierw poznałem Jessicę.

Jessica była najbardziej nieznośnym kotem, jakiego kiedykolwiek poznałem. Miała czarno-białe futerko, lśniące i jedwabiste, oraz różowe poduszeczki łapek, którymi lubiła się popisywać, udając, że się myje. Ale kiedy spojrzałem w jej wyzywające złociste oczy, zakochałem się w niej natychmiast. Onieśmielała mnie trochę i budziła moją zazdrość; czułem, że jest silna i twarda, ale była też piękna, i chciałem się z nią zaprzyjaźnić. Widziałem, że za tą pewną siebie fasadą kryje się czarująca mała kotka, która pragnie miłości. Mój umysł już snuł plany, jak się do niej zbliżyć. Chciałem zwinąć się w kłębek obok niej w jej koszyku i czuć jej smukłe ciało obok mojego. Ale byłem ciągle jeszcze kociakiem i teraz przede wszystkim chciałem, żeby pozwoliła mi się ze sobą bawić. Wiedziałem, że ciężko będzie dać się jej rozstawiać po kątach, ale dajcie mi sześć miesięcy, a to ja zostanę tu szefem i - mam nadzieję - jej kochankiem.

- Ty wstrętny kocie. Wynocha!

Co za szok. Czy to naprawdę słodki głos Ellen tak okropnie krzyczy? Na mnie? Kociaki potrafią ruszać się szybciej nawet niż dorosłe koty, więc teraz wystrzeliłem prosto pod pianino, choć byłem właśnie w połowie ziewnięcia.

Schowałem się pod pianinem, obserwując zamieszanie. Ellen wyrzuciła Jessicę za drzwi i sprzątnęła martwego ptaka, którego kotka przywlokła przez otwór w drzwiach. Już nie raz tak robiła. Jessica zachowywała się oburzająco. Darła dywany, niszczyła meble i bawiła się jedzeniem, zwłaszcza kradzionym. Wyrzucona na dwór władczo waliła łapami w okno i wpatrywała się ze złością w szybę tak długo, aż ją wpuszczono. Najgorsze, że podrapała kiedyś małego synka Ellen, Johna, który zaczął płakać, a Ellen się zdenerwowała. A zdenerwowanie Ellen zdenerwowało Joego.

Tego pierwszego ranka byłem czysty i pełen optymizmu. To był mój dawny dom, w którym dzieliłem z Ellen dzieciństwo. Marzyłem, żeby znowu zobaczyć schody, i czekałem, aż Ellen otworzy drzwi do holu. Ludzi przekonuje się do otwarcia drzwi, siedząc w eleganckiej pozie blisko drzwi, unosząc lekko głowę. Potem wystarczy już tylko wpatrywać się w klamkę i w końcu zrozumieją przesłanie. To telepatia na poziomie podstawowym.

- Chciałbyś obejrzeć dom.

Joe otworzył mi drzwi. Wyraźnie lubił koty.

Wejście do holu zaparło mi dech w piersi. Pamiętałem, jak świetnie bawiliśmy się kiedyś w tym pięknym domu. Ciągle były tu te schody, naprawdę fantastyczne. Dla kociaka urodzonego w parterowym domu schody były najwyższym stopniem wtajemniczenia, jeśli chodzi o domowe zabawy, i polem walki o dominację. Najlepsze miejsce znajdowało się na podeście w połowie ich wysokości, tam gdzie stopnie skręcały w lewo. Można było tam wyglądać przez okno, zażywać kąpieli słonecznych i zwracać na siebie uwagę każdego, kto wchodził na górę albo schodził na dół. Nos powiedział mi jednak, że miejsce to zajęła już Jessica, a ja sam zobaczyłem wkrótce, jak bezczelnie się tam rozsiadła, sięgając pazurkami każdego, kto przechodząc obok, śmiał jej nie zauważyć.

Na początku nie chciała dzielić ze mną schodów, ale oczywiście musiała się popisać i strzelała w górę jak rakieta. Tam lubiła czekać, rozpłaszczona na podłodze, a potem skakać na mnie niespodziewanie, co było przerażające. Ale adrenalina uzależnia. Kiedy już na dobre się tam zadomowiłem, zaczęliśmy spędzać z Jessicą dzikie wieczory: biegaliśmy w górę i w dół schodów, kładąc uszy po sobie, wyciągając ogony w górę i drapiąc podłogę rozpędzonymi pazurami.

- Mamusiu, patrz! - pisnął John, kiedy zaczęliśmy się gonić po schodach i wkrótce cała trójka śmiała się z nas, aż cały dom wypełnił się latającymi kotami i śmiechem.

Szczęście rozjaśniło cały dom jak gwiazdy i aż do chwili, kiedy wreszcie wszyscy zasnęliśmy, ściany drżały z radości.

- To tylko lodówka - powiedziała Jessica, ale ja wiedziałem swoje. Jessica była już dorosłym, odłączonym od duchowego świata kotem. Miała nieufne wąsy. Ja byłem ciągle bardzo młody i ciągle odbierałem na duchowej fali. Szczęście zdecydowanie było chmurą rozśpiewanych gwiazd, energią, którą można wytwarzać.

Byłem zachwycony swoim nowym domem, ale też naturalnie zazdrosny o Jessicę. Dzień i noc jakiś głos w mojej głowie powtarzał mi, że to ja jestem kotem Ellen. Nie ona. To wszystko jest nie tak. Jako wytrawny kot starałem się zachować zimną krew, ale to bolało.

Patrzenie na Jessicę na kolanach Ellen było dla mnie niemal nie do zniesienia. Pewnego dnia, kiedy Jessica zwinęła się tam w kłębek, usiadłem przed Ellen na podłodze i wpatrywałem się w nią, zazdrosny i samotny. Jej oczy zalśniły w zamyśleniu, a potem sięgnęła ręką w dół, podniosła mnie i posadziła sobie na ramieniu.

- Mały zazdrosny kotek? - zagruchała. - Nie ma potrzeby, kochanie. Zakochałem się w tobie beznadziejnie i mam nadzieję, że już z nami zostaniesz.

Usłyszałem prychnięcie Jessiki, ale Ellen tylko pogłaskała ją i robiła to tak długo, aż kotka ucichła.

- Jesteś prześliczny - wyszeptała Ellen, patrząc na mnie. - I wyglądasz zupełnie jak kot, którego miałam, kiedy byłam dzieckiem. Nic się nie martw, mój mały skarbie. Mam zamiar się tobą zaopiekować, a miłości starczy dla was obojga: i dla ciebie, i dla Jessiki.

Po tym poczułem się znacznie lepiej. Zamruczałem i wsunąłem pyszczek w miękki, połyskliwy szal, który miała na szyi.

Koniec wersji demonstracyjnej.