Przemek
- ...najpierw musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, kim tak naprawdę jest femme fatale. To kobieta demon, żądna krwi chimera, jak ukazywali ją Nietzsche, Schopenhauer czy ten nieszczęsny mizogin, Weininger? - Przemek zatrzymał się i uśmiechnął delikatnie na myśl o austriackim filozofie. Wspomnienie czytania we fragmentach jego Płci i charakteru na studiach polonistycznych do dzisiaj wywoływało w nim uczucie zniechęcenia i znudzenia. Facet nienawidził kobiet równie mocno, jak swojego żydowskiego pochodzenia. Nic dziwnego, że biedny Otto zastrzelił się, mając zaledwie dwadzieścia trzy lata. Co ciekawe, samobójstwo postanowił popełnić w domu, w którym mieszkał kiedyś Beethoven, a którego muzykę bardzo sobie cenił. - Proszę nie zapominać, że mizoginizm ukazał zupełnie nowe oblicze kobiecości, wskutek czego modernistyczni pisarze i poeci zaczęli zwracać większą uwagę na ciemną stronę natury niewieściej. - Przemek odwrócił się do tablicy i zapisał coś na niej mazakiem. - Une grande amoureuse fatale[1] - odczytał wyrażenie swoim nienagannym francuskim - stanowiła przedmiot żywych dyskusji jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. No dobrze... - Przemek powiódł wzrokiem po studentkach pierwszego roku filologii polskiej.
Z każdym kolejnym rocznikiem działo się coraz gorzej. W czasach, gdy on studiował, nie wszystkim udawało się dostać na polonistykę, za to wystarczyło niewiele, by zostać skreślonym po pierwszej sesji egzaminacyjnej. Kiedy zaczynał studia, było ich na roku prawie sto osiemdziesięcioro. Po pierwszym semestrze pozostało nieco ponad sto osób. Doskonale pamiętał swoich surowych profesorów, którzy onieśmielali go samymi tylko nazwiskami. Dziś z wieloma z nich pozostawał w koleżeńskich relacjach. Już na początku studiów wiedział, że nie zamierza uczyć polskiego w szkole, ale wykładać na uniwersytecie, badać literaturę, odkrywać w niej to, co inni przeoczyli, podróżować po Polsce albo i całym świecie ze swoimi referatami, pisać prace oraz artykuły, a przede wszystkim zdobywać kolejne stanowiska i tytuły naukowe.
Większość z jego zamierzeń rozbiła się o twardą i bolesną rzeczywistość, jednak cieszył się z tego, co udało mu się do tej pory osiągnąć. Miał czterdzieści dwa lata, na koncie doktorat i habilitację, a od roku mógł się pochwalić stanowiskiem profesora uczelni. Wielu z jego rówieśników nadal biedziło się nad wiecznie rozgrzebaną pracą doktorską, tymczasem on dawno miał to za sobą i celował najwyżej, po tytuł profesora belwederskiego. Wiedział, że przy połączeniu ambicji, determinacji, samodyscypliny oraz, rzecz jasna, odpowiednich znajomości, zdobędzie go jeszcze przed pięćdziesiątką.
Przemysław Brzozowski był pewnym siebie, charyzmatycznym mężczyzną o niezaprzeczalnym uroku osobistym, który często wykorzystywał do własnych celów. Szczupły, przystojny, lekko siwiejący, co jedynie dodawało mu seksapilu, magnetyzował swoimi niebieskimi oczami nie tylko z natury nieprzychylne panie z dziekanatu, ale także wykładowczynie i studentki. Z tymi ostatnimi rzecz jasna uważał, by nie zostać wplątanym w jakieś nieprzyjemne afery. Wystarczało mu, że miał niemal stuprocentową frekwencję na wykładach i konwersatoriach, a rozanielone dziewczyny wpatrywały się w niego z uwielbieniem, spijając z jego ust każde słowo. W takich chwilach czuł, że jest we właściwym miejscu i naprawdę kocha to, co robi.
W bieżącym roku akademickim na pierwszym roku filologii polskiej studiowało zaledwie piętnaście osób i były to same kobiety. Przemek nie narzekał, poprzedni rok był jeszcze gorszy, bo liczył tylko dziesięcioro studentów. Mimo że na początku lista obejmowała prawie pięćdziesiąt nazwisk, dzięki czemu mogli w ogóle uruchomić kierunek, przetrwała tylko ta dziesiątka. Pozostali chętni gdzieś się rozpłynęli, podobnie jak w tym roku akademickim. Z czasem przywyknął do tego, że polonistyka umiera śmiercią naturalną, czego pokłosiem była, malejąca z roku na rok, liczba chętnych do studiowania ojczystego języka. Nie dziwił się młodym ludziom, po filologii polskiej nie było większych perspektyw na znalezienie dobrej pracy, ba, jakiejkolwiek pracy. Mało który z jego byłych studentów pracował w zawodzie. Kiedy Przemek opuszczał mury uczelni po obronie swojej pracy magisterskiej, świat stał przed nim otworem. Tym właściwym, dającym realne szanse na rozwijanie się i zarabianie przy tym w miarę przyzwoitych pieniędzy. Mógł ubiegać się o etat w szkole, ale bez wahania wybrał pracę na uczelni. Mimo że polonistykę co roku kończyło wielu studentów, każdy z nich potrafił znaleźć dla siebie wygodne miejsce w świecie. Dziś filologię polską studiowali jedynie desperaci albo pasjonaci. Kto żyw, wybierał inny kierunek, ale według Przemka i tak wszyscy byli na przegranej pozycji. Niż demograficzny spowodował, że nawet największe uczelnie zostały zmuszone do obniżenia swoich kryteriów. Uniwersytet, na którym wykładał Brzozowski, przyjmował właściwie każdego kandydata, patrząc przez palce na jego świadectwo maturalne. W konsekwencji Przemek dowiadywał się na egzaminach czy ćwiczeniach, że Mickiewicz miał na imię Juliusz, a Słowacki napisał Dziady. Dwadzieścia lat temu taki osobnik zostałby relegowany z uczelni po pierwszym semestrze albo i wcześniej, dzisiaj z powodzeniem przechodził na kolejny rok, by finalnie zapłacić komuś za napisanie pracy licencjackiej i łaskawie ją obronić.
Początkowo Przemek stanowczo sprzeciwiał się takiemu postępowaniu, ale po kilku rozmowach z dziekanem zrozumiał, że jeśli będą wybrzydzali, sami niedługo zostaną bez pracy. Miał świadomość, że stąpa po kruchym lodzie, że przyszłość polonistyki stoi pod dużym znakiem zapytania i niewykluczone, że za kilka lat przyjdzie mu zmienić profesję. Nauczył się, trochę ironią, trochę żartem, radzić sobie z tępymi studentami, a po pewnym czasie przestał zwracać uwagę na wygłaszane przez nich herezje. W głębi ducha ubolewał nad tym, jak niewiele dziś znaczyło studiowanie, nad nonszalanckim i pozbawionym kultury zachowaniem tych przerośniętych licealistów, którzy myślą, że nie widzi, jak przeglądają ukradkiem media społecznościowe na swoich wypasionych smartfonach. Gdzie przepadły te czasy, kiedy bycie studentem stanowiło powód do dumy, gdy nie było to dostępne dla wszystkich, a przez to stawało się elitarne, gdy ślęczało się nad książkami, robiło odręczne notatki, a potem wkuwało je na blachę, by z trudem zdobyć czwórkę na egzaminie? O tempora, o mores![2], chciałoby się zakrzyknąć. Niestety, etos prawdziwego żaka oraz wysoki poziom uczelni przegrały z koniecznością przetrwania tych ostatnich. Zamiast słów Cycerona Przemkowi bardziej pasowało do tej sytuacji powiedzenie: "Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Owszem, serce mu krwawiło, gdy patrzył na kolejne roczniki przyszłych polonistów, jednak zgodnie z poleceniem dziekana nie wolno mu było ich zbytnio przemęczać, by przypadkiem się nie zniechęcili i nie wybrali innej uczelni. Student oznaczał pieniądze, prestiż uniwersytetu nie był już tym samym najważniejszym punktem na liście priorytetów.
Przemek z ogromną ulgą stwierdził, że studentki pierwszego roku filologii polskiej, z którymi w drugim semestrze miał zajęcia z motywów literackich, wydają się całkiem bystre. Skoro przeszły pierwszą, najtrudniejszą sesję egzaminacyjną i nadal tu były, oznaczało to, że albo im naprawdę zależało, albo pytania na egzaminach były dziecinnie łatwe.
- Drogie panie, jakie femme fatale znacie? Oczywiście mam na myśli bohaterki literatury polskiej i światowej... - Przemek uśmiechnął się zawadiacko i przesunął wzrokiem po nieco spłoszonych studentkach. Nie miał zupełnie pamięci do twarzy i imion, rzadko zapamiętywał studentów, nawet tych gorliwych. Kiedy wygłaszał wykłady, rzadko na nich spoglądał, zresztą większość i tak notowała, pochylona nad swoimi zeszytami. Podczas konwersatoriów musiał jednak nawiązywać kontakt wzrokowy, by zmusić, często opornych, żaków do konwersacji. Nie inaczej było i tym razem. Zadane przez niego pytanie zawisło w próżni, a grupa dziewcząt jak na komendę wlepiła wzrok w swoje notatki. Przemek przerabiał to tysiące razy, sam robił podobnie na zajęciach z najsurowszymi wykładowcami. Spoglądał na studentki z lekko kpiącym wyrazem twarzy, gdy nagle jego spojrzenie zatrzymało się na jednej z nich. Długie, gęste, brązoworude włosy i staranny makijaż z doskonałą jaskółką na powiekach niemal od razu skojarzyły mu się z biblijną Salome. Dziewczyna, w przeciwieństwie do koleżanek, wpatrywała się w niego bez skrępowania, a jej pełne wargi pokryte krwistoczerwoną szminką poruszały się nieznacznie. Przemek domyślił się, że studentka żuje dyskretnie gumę, za co kiedyś zwyczajnie wyrzuciłby ją z zajęć. Kiedyś. Dzisiaj mógł co najwyżej zwrócić jej delikatnie uwagę.
- Może pani. - Wskazał na Salome, spodziewając się, że wywołana do odpowiedzi, szybko straci rezon. - Jak ma pani na imię?
- Sandra - odpowiedziała pewnym siebie głosem. Nadal nie spuszczała spojrzenia z Brzozowskiego, którego zaczynało to powoli irytować. Kolejna różnica, jaką dostrzegał w zachowaniu dzisiejszych studentów i tych z jego czasów. Na myśl o tym, że miałby wgapiać się bezczelnie w któregoś ze swoich wymagających profesorów, prawie się wzdrygnął.
Ile ta ślicznotka ma lat?, zastanawiał się w duchu. Jakieś dwadzieścia, skoro to drugi semestr pierwszego roku. Jeszcze całe życie przed nią. Aż dziw, że taka atrakcyjna dziewczyna wybrała akurat filologię polską.
- Słucham, pani Sandro. - Przemek skrzyżował ręce na piersiach. Ciekawe, czy jest równie bystra, co ładna, zakpił w myślach. Zaraz się o tym przekonamy.
Sandra poprawiła włosy, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
Czy to właśnie ten moment, ten uśmiech, ten gest zadecydowały o tym, co wkrótce miało nastąpić? Przemek poczuł, jak nagle robi mu się gorąco. Jeszcze chwilę temu dziewczyna wydawała mu się po prostu ładna, ale kiedy się uśmiechnęła... Coś w nim drgnęło, coś, czego dawno już nie czuł, co zdawało się na zawsze zniknąć wraz z młodością, z pierwszym zakochaniem, miłosną fascynacją czy nawet pierwszym razem. Przemek omal nie parsknął śmiechem. Uspokój się, stary durniu, skarcił w myślach sam siebie. To tylko kolejna studentka, mało to miałeś na zajęciach seksownych dzierlatek, które robiły do ciebie maślane oczy? Za piątkę z egzaminu zgodziłyby się na wszystko, nieraz ci to sugerowały.
Tylko że Sandra wcale nie posyłała mu pełnych uwielbienia spojrzeń. Jej wzrok zdawał się go... oceniać, jak potencjalnego partnera, czy raczej... kochanka. Dziewczyna bezczelnie lustrowała go wzrokiem, jakby się zastanawiała, czy jest dobry w łóżku.
- Myślę, że najsłynniejszymi femme fatale w literaturze były: Jagna z Chłopów, Markiza de Merteuil z Niebezpiecznych związków, Izabela Łęcka z Lalki, Świtezianka z ballady Mickiewicza czy choćby Laura z Przedwiośnia. Ciekawa wydaje się również postać Salome... - Urwała i spojrzała na Brzozowskiego, jakby oczekując na jego werdykt.
Przemek wciągnął gwałtownie powietrze, czując, że fala gorąca zaczyna przenikać całe jego ciało. Sam nie rozumiał tego, co się z nim dzieje, ale... doznawał niemal erotycznej przyjemności z patrzenia i słuchania tej pięknej dziewczyny. W dodatku podała całkiem ciekawe przykłady literackich femme fatale. Przygotowała się do zajęć czy po prostu dużo czytała?
- Bardzo dobrze, pani Sandro. Rozumiem, że czytała pani wiersz Kasprowicza o Salome? A może dramat Wilde'a? - Spojrzał na studentkę z wyczekiwaniem.
Sandra znowu posłała mu ten na wpół niewinny, na wpół kusicielski uśmiech, który ponownie wywołał w Przemku drżenie. Do cholery, jeszcze trochę, a dostanę erekcji, zbeształ się w myślach. Miał ochotę zakończyć zajęcia wcześniej, gdyż zwyczajnie obawiał się, że jego ciało zaczyna niebezpiecznie reagować na obecność rudawej studentki. Nie potrafił nad tym zapanować, mimo że próbował ostudzić się upiorną wizją tego, że stoi przed piętnastoma studentkami w garniturowych spodniach, które opinają się charakterystycznie na jego nabrzmiałej męskości. Po czymś takim jak nic wylądowałby na dywaniku u dziekana i pożegnałby się z pracą na uniwersytecie, na zawsze naznaczony łatką zboczeńca albo erotomana.
- Nie, panie profesorze. - Sandra odrzuciła na plecy swoje piękne włosy, a Przemek poczuł, że przechodzą go ciarki. - Oglądałam operę Straussa.
Wykładowca popatrzył na dziewczynę z niekłamanym podziwem. Naprawdę mu imponowała i nie widziałby w tym nic złego, gdyby przyjmował jej słowa na zimno. Nie była pierwszą i ostatnią atrakcyjną studentką, jaką spotkał na swojej zawodowej drodze. Nigdy jednak nie pozwolił sobie nawet na niewinny flirt czy jakąkolwiek dwuznaczność. Po pierwsze, kochał swoją żonę, Dorotę, po drugie, nie zaryzykowałby świetnie rozwijającej się kariery akademickiej dla jakiejś młodej siksy. Owszem, pokusy istniały, jednak on potrafił je skutecznie zwalczać. Dlaczego więc tym razem czuł, że traci nad sobą panowanie? Gdzie się podziały jego pewność siebie i charyzma?
Przemek chrząknął i spojrzał na zegarek.
- Niestety, miłe panie, musimy dziś skończyć nasze zajęcia wcześniej. Zapomniałem o tym powiedzieć na początku, ale mam ważne spotkanie. Widzimy się za tydzień, dalej będziemy rozmawiali o motywie femme fatale. Proszę, by panie się przygotowały i zanotowały sobie wasze ulubione postaci z literatury, które uważacie za kobiety fatalne. Dziękuję, to już wszystko na dziś.
Miał wrażenie, że w oczach Salome, jak nieświadomie zaczął nazywać w myślach Sandrę, dostrzegł rozczarowanie. Dziewczyno, robię to dla twojego i mojego dobra, pomyślał, siadając za biurkiem. Obserwował w milczeniu, jak studentki zabierają swoje rzeczy i z nosami w telefonach opuszczają salę, mamrocząc pod nosem niewyraźne "do widzenia". Sandra wyszła jako ostatnia. Przemek nie mógł się powstrzymać, by nie odprowadzić jej wzrokiem. Miała oczywiście nienaganną figurę i zgrabny, ponętny tyłek, który chętnie by...
- Jezu, co się ze mną dzieje - szepnął sam do siebie, gdy jako jedyny został w sali. - Człowieku, masz żonę i jesteś na prostej drodze do profesury. Młodych dup ci się zachciało, serio? Dopadł cię kryzys wieku średniego? - parsknął śmiechem i zerknął w dół. Czekał, aż ustąpi bolesna erekcja, która niemal rozrywała materiał jego spodni. Przemek z zażenowaniem musiał przyznać, że ostatnio czuł coś podobnego w dniu, gdy pierwszy raz poszedł do łóżka z Dorotą. To było dobre czternaście lat temu. Ich kolejne zbliżenia, owszem, były ekscytujące, ale nigdy więcej nie doświadczył takiej ekstazy jak podczas ich pierwszego razu. Aż do dzisiaj.