Wierusz.
Poznałem go dzisiaj na odczycie doktora S. Mój siwowłosy nieznajomy nazywa się Wierusz - Andrzej Wierusz. Znajomość zawarliśmy w czasie dyskusji, jaka rozwinęła się po prelekcji. Temat jej poruszający zagadnienie "reinkarnacji i prawa karmy" żywo nas obu zainteresował. Zabierałem parę razy głos, polemizując z prelegentem. Wierusz mi odpowiadał, biorąc poniekąd jego stronę. Po zamknięciu pogadanki zbliżył się do mnie pierwszy i przedstawił się. Głos jego cichy, a głęboki i łagodny uśmiech, przewijający się na ustach, ilekroć mówi, działają ujmująco. Człowiek ten budzi od pierwszego słowa sympatję i zaufanie. Kto wie, czy nie będziemy przyjaciółmi.
Zaprosił mię do siebie jeszcze tegoż wieczora na "skromną kolację." Przyjąłem z miłą chęcią i byłem przyjemnie zdziwiony, gdy zamiast, jak przypuszczałem, na jakieś liche poddasze, zaprowadził mię do pięknej parterowej willi w głębi zacisznego ogrodu przy ulicy Parkowej.
W urządzeniu wnętrza uderzał na pierwszy rzut oka surowy niemal purytanizm. Wierusz zajmował właściwie tylko dwa pokoje: sypialnię, wyposażoną po spartańsku tylko w najkonieczniejsze sprzęty, i pracownię - duży, za dnia jasno oświetlony słońcem pokój z parą wielkich gotyckich okien. Pozostałe dwie ubikacje zawierały bibljotekę, która przedstawiała się imponująco. Wszystkie ściany były pokryte literalnie od posadzki po strop książkami.
Korzystając z chwilowej nieobecności gospodarza, który poszedł wydać instrukcje co do wieczerzy, przejrzałem kilka bibljotecznych kondygnacyj, orjentując się w treści po tabliczkach, przybitych na półkach.
Przeważały dzieła treści filozoficznej. Z podziwem przekonałem się, że Wierusz posiadał prace niemal wszystkich największych myślicieli od czasów najdawniejszych aż do doby współczesnej. - Niemniej bogato przedstawiał się zbiór dzieł z zakresu psychologji i nauk przyrodniczych; nie brakło też książek poświęconych dociekaniom matematycznym i astronomji. Całą niemal ścianę drugiego pokoju zajęła "Wiedza Tajemna," najcelniejsze prace okultystów wszystkich wieków i narodów.
Właśnie odczytywałem tytuł na grzbiecie książki jakiegoś hinduskiego filozofa, gdy usłyszałem za sobą głos Andrzeja:
- Teraz proszę na wieczerzę. Na to - wskazał oczyma długie, w bronzowy safjan oprawne szeregi tomów - będziemy mieli czasu dość i potem.
Wróciliśmy do pracowni, gdzie zastałem już na stole dwie dymiące filiżanki mleka, świeży, pachnący chleb i wazkę z masłem; obok, na pięknie rżniętym w kwarcu talerzu czerwieniły się jesienne jabłka i winogrona.
- Wybaczy pan brak mięsnej przekąski, lecz jestem jaroszem, a gości się dziś wieczorem nie spodziewałem.
- Mięsa na kolację nie jadam - odparłem, wychylając szklankę z mlekiem. - Czy pański wegetarjanizm jest wynikiem zasady filozoficznej, czy też wypływa z własności pańskiego organizmu?
Uśmiechnął się:
- Ciało powinno iść za duszą, a organizm kształtować się w planie zasady. Myśl stwarza ciało i jego fizyczne predyspozycje - nie odwrotnie.
Zapadło na chwilę milczenie. Chociaż żaden z nas nie starał się go przerywać, nie czułem ani śladu zakłopotania, które w podobnej sytuacji zwykle powstaje. W towarzystwie tego dziwnego człowieka byłem swobodny jak u siebie; obecność jego nie krępowała zupełnie, przeciwnie: Wierusz działał szczególnie kojąco. Tutaj, w tym cichym, dobrym domu można było wszczynać i przerywać rozmowę, kiedy się chciało. Owszem - czuło się, że chwilowa przerwa w toku słów jest nietyle wypoczynkiem ile pogłębieniem myśli.
Po pewnym czasie rzekł, patrząc mi bystro w oczy:
- Niepotrzebnie stawał pan dzisiejszego wieczora w opozycji do prelegenta; byłbym i tak dziś pana pierwszy zaczepił.
Spojrzałem nań, nie dobrze rozumiejąc.
- No tak - tłumaczył z łagodnym uśmiechem na ustach - właściwie bowiem chciał pan polemizować ze mną, nie z nim. Widząc, że poniekąd trzymam jego stronę, usiłował pan wbrew przekonaniu przeciwstawić mu się, aby mnie wyciągnąć na słowo i w ten sposób wejść ze mną w bliższą styczność.
Mimowoli zarumieniłem się. Andrzej w tajemniczy sposób odgadł intencję, którą sobie sam w ciągu dyskusji tylko bardzo niewyraźnie uświadamiałem.
- Istotnie - przyznałem, pochylając głowę - Zwrócił mi pan uwagę na rzecz, z której sobie sam nie zdawałem jasno sprawy. Pan czytał w moich myślach - dodałem po chwili z odcieniem niepokoju w głosie.
- Czasem udaje mi się pochwycić niektóre wibracje ludzkiej psyche - odpowiedział skromnie.
Podniosłem głowę i utkwiłem badawcze spojrzenie w jego twarzy:
- W takim razie pan musi mnie znać już oddawna? Spotykaliśmy się niby przypadkowo niemal codziennie już od miesiąca. Czy pan o tem nic nie wie?
- Owszem. Znam pana znacznie dawniej, niż przypuszczasz; jaźń pańska weszła w orbitę mego życia duchowego już od roku; wyczuwałem jej zbliżanie się na wiele dni przed tym momentem, w którymśmy się po raz pierwszy fizycznie spotkali.
- Czy być może? Szczególne!
- Lecz pańską fizyczną fizjognomję poznałem dopiero dzisiaj, na odczycie.
- Hm. To prawda. Ani razu przedtem nie zwrócił pan na mnie uwagi.
- Raczej o c z u - chciał pan powiedzieć - i to f i z y c z n y c h oczu, wyrażając się ściśle.
- Rzecz ciekawa. Zastanawiałem się nieraz już nad celem tych pseudoprzypadkowych spotkań i nie mogę go zrozumieć.
- Przyszłość okaże. Jestem starszy od pana, doświadczeńszy - mogę mu się na coś w życiu przydać.
- Ma pan słuszność - przyznałem z pokorą w głosie - Czuję, że mi wiele, bardzo wiele niedostaje i że tu, u pana znajdę to, czego brak w życiu odczuwam. Jakiś głos wewnętrzny mówi mi w tej chwili, że dzięki panu pozbędę się tej czczości duchowej i pustki, jaka od czasu do czasu rozwiera się przede mną w godzinie samotnych rozmyślań. Pan mi nie odmówi swej pomocy w razie potrzeby, nieprawdaż?
Położył mi łagodnie rękę na ramieniu i rzekł poprostu:
- Bądźmy przyjaciółmi, Jerzy!
Wzruszony wstałem i uścisnąłem wyciągniętą ku mnie dłoń:
- Dziękuję.
- Przypadek wogóle nie istnieje - mówił, siadając na krześle naprzeciw dużego ściennego zwierciadła - Nigdy nie można z góry wydawać sądu o bezcelowości pewnych zdarzeń. Kto wie, czy nasza znajomość nie jest potrzebną w równej mierze dla nas obu?
- Czemże ja mogę przysłużyć się panu? - zapytałem zdziwiony.
- Choćby tem, że pozwoli mi pan rozciągnąć nad sobą rodzaj duchowej opieki.
Nagle urwał, wpatrując się w lustro naprzeciw. Skierowałem oczy w tę stronę i mimowoli wydałem okrzyk zdumienia... Z ram zwierciadła wychylała się ku nam postać demonicznie pięknej, rudowłosej kobiety w czarnej dżetowej sukni i pomarańczowym szalu na głowie. Patrzyła wyzywająco, nakładając perłowo-szarą rękawiczkę...
Poznałem ją. Była to kobieta z mostu św. Florjana. Obróciłem się w przekonaniu, że ujrzę ją poza mojemi plecami w sąsiednim pokoju, lecz nie spostrzegłem nikogo: poza mną czernił się tylko pusty, zmroczony poćmą nocy czworokąt drzwi bibljotecznych... Spojrzałem powtórnie w lustro. Teraz nie było w niem już nikogo; jasna, światłem lampy gazowej przepojona gładź odbijała już tylko moją własną postać. Zwróciłem się do Wierusza:
- Widział pan?
- Widziałem.
- Czy ona jest tu może u pana, w tym domu?
- Co za przypuszczenie! Nie znam jej zupełnie. W tej chwili ujrzałem ją po raz pierwszy w życiu. Strzeż się pan tej kobiety!
Uśmiechnąłem się pobłażliwie:
- Kocham już inną; mam narzeczoną.
- Mimo wszystko miej się przed nią na baczności! To niedobra kobieta!
- Nie jest mi zupełnie obcą. Spotkałem ją już parę razy.
I opowiedziałem mu o dziwacznem zgrupowaniu ludzi na moście, nie tając obecności jego własnej osoby.
- Hm - szepnął, wysłuchawszy uważnie do końca - rzeczywiście byłem parę razy na przyczółku mostowym koło figury świętego i wyczuwałem niejasno jakieś wrogie prądy płynące niewiadomo skąd. Hm... teraz rozumiem.
- Wyłaniają się powoli tajemnicze związki.
- Niewątpliwie. Drogi nasze zaczynają krzyżować się wzajemnie coraz częściej. Jakaś wyższa moc splata coraz zwarciej dotychczas rozbieżne tory naszych losów.
- Lecz co to było? Halucynacja?
- Nie. Ona w tej chwili myślała o tobie.
- Czy to wystarcza?
- Nie u każdego. U niej widocznie tak. Stąd wnoszę, że kobieta ta musi posiadać ogromnie silną wolę.
- Więc uważasz tę wizję za rodzaj projekcji myśli?
- Nie wiem; może. Zresztą - dodał po namyśle - kto wie, czy ona rzeczywiście nie stała w owej chwili za nami?
Zadrżałem, odruchowo obracając się w stronę bibljoteki:
- Czyżby coś podobnego było możliwem?
- Dlaczegożby nie? Nasze myśli i wspomnienia lubią czasem przyoblekać się w ciało. Świat pełen jest larw i masek, zrodzonych w ten sposób. Wałęsają się te strzępy jaźni oderwane od macierzystego łożyska i straszą jak upiory czas pewien, dopóki nie rozwieją się w przestrzeni, lub nie ulegną absorpcji przez wiry silniejsze.
- Odsłaniasz przede mną nowe światy; piękne są i straszne zarazem jak marzenia obłąkańca.
Wierusz uśmiechnął się smutno:
- Niestety. Aż nazbyt często fosforyzują blaskiem próchna.
Powstał i, zbliżywszy się do pianina pod oknem, wziął parę molowych akordów.
- Przyjacielu - rzekł, nie odejmując palców od klawjatury - dziwnem zrządzeniem losu przyszedłeś dziś pod dach mój w godzinę dla mnie osobliwą. Tęsknota dni minionych spłynęła na mnie nieukojną falą i porywa z sobą w lata, co dawno już przebrzmiały. Przyrzeknij, że będziesz spokojny, cokolwiek się zdarzy.
- Przyrzekam - odpowiedziałem, przejęty do głębi tonem jego głosu - Przyrzekam, że nie ruszę się z tego miejsca.
Wtedy Andrzej uspokojony zaczął grać jakąś rozlewną jak morze, nabrzmiałą smutkiem fantazję. Wiała z niej nieutulona tęsknota wielkich przestrzeni, żal pustych, czarnych nocy, płacz doli zabłąkanej w stepie.
Grał jak pierwszorzędny artysta. Jego zwykle łagodny, smutno uśmiechnięty profil stężał nagle i zaostrzył się, śmiertelna bladość wypełzła na policzki, oddech stał się krótki, świszczący; powieki jakby znużone światłem opadły ciężko, zakrywając oczy...
Grał, nie patrząc na klawisze. Może zasnął?
Nieokreślony lęk zaczął zakradać mi się do duszy; nie mogąc dłużej patrzeć na tę śmiertelną maskę, odwróciłem się ku oknu...
Było otwarte na ogród. Na dworze szalał jesienny wicher, miotając wściekle szkieletami drzew odartych z ostatnich już liści. Od czasu do czasu przy silniejszym ataku wpadały do wnętrza całe ich przygarście i słały się zżółkłe z szelestem na posadzce...
Zasłuchany w melodję Wierusza, utkwiłem wzrok w czarny wykrój okna....
Wtem z głębi ogrodu wyszedł wysoki, biały starzec i, oparłszy się o framugę okna, przysłuchiwał się grze... Stłumiony okrzyk zamarł mi w piersi. Zimny pot sperlił mi czoło i z rozszerzonemi od przerażenia oczyma siedziałem jak przykuty do fotelu...
Po chwili widziadło, wyciągnąwszy ku Andrzejowi chudą, trzęsącą się rękę, jakby na znak pożegnania, wsiąkło w mroki ogrodu...
Wierusz, jakby nie wyczuwając tego, co się działo poza nim, grał dalej. Z pod palców jego wąskich, nerwowych wypłynęła teraz przecudna kołysanka. Cicha a rzewna, brała w macierzyńskie dłonie czyjąś maleńką duszyczkę i pieszcząc tuliła do piersi:
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.