Saga związanych dusz (#2). Smoczy książę. Tom 2. Saga związanych dusz - Taran Matharu

Kup ebooka

59.90 zł
48.52 zł (47,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Głowa Jaia pulsowała ostro za każdym razem, kiedy masywne kopyta khiro waliły o ziemię. Szorstki worek obcierał mu skórę, ale ledwie to zauważał, był bowiem zbyt zajęty trzymaniem się sztywnego futra zwierzęcia, żeby za wszelką cenę nie spaść w długą trawę.

Wyczuwał obok siebie Zimę; naprężała liny, którymi przywiązano ją do boku bestii. Myślami dodawał otuchy przerażonej smoczycy, ale na niewiele się to zdało. Nie pomagało również to, że jednocześnie ona wyczuwała jego strach.

Khiro zaczął zwalniać, wielkie mięśnie zadrżały, a tętent kopyt powoli umilkł. Zwierzę dyszało ciężko, akcentując ciszę, która zapadła.

Atmosfera wokół Jaia i Zimy zgęstniała, jakby na sygnał pokrzykujących. Posługiwali się mową stepu z akcentem tak ciężkim, że Jai - ze swoją dziecinną znajomością języka - nie potrafił rozróżnić nawet pojedynczych słów.

Mocne dłonie złapały chłopaka i ściągnęły z grzbietu khiro. Potknął się zdezorientowany i dał się pociągnąć po ziemi. Tchnienie wiatru ustało dokładnie w tym samym momencie, kiedy jego stopy znalazły oparcie. Ktoś zerwał mu worek z głowy, a od nagłego uderzenia światła i powietrza zabrakło mu tchu. Mrugając, by osłonić oczy przed blaskiem ognia, Jai spróbował się rozejrzeć, ale wtedy ktoś pchnął go na kolana.

Namiot wykonano z futer i bambusowych tyk, a cała konstrukcja była wielkości stajni mogącej pomieścić trzy konie. Unoszący się w powietrzu zapach skór i dymu mieszał się ze słabą wonią ziół. Pośrodku namiotu tliło się ognisko, a rzucane przez nie cienie tańczyły na ścianach.

Kiedy wzrok chłopaka przywykł do nowego otoczenia, uklęknęła przed nim kobieta, która wbiła w Jaia spojrzenie jastrzębich oczu. Pochodziła z Ludu Stepu i bez wątpienia była wysokiego stanu. Pieczołowicie zaplecione warkoczyki we włosach, przyozdobione kośćmi, zębami i drogocennymi kamieniami świadczyły o pozycji - jeśli to, co Jaiowi udało się zauważyć przez tę krótką chwilę, zanim włożyli mu worek na głowę, było prawdą. Nawet bez tych symboli od nieznajomej biła pewność siebie charakterystyczna dla przywódczyni; patrzyła przenikliwie i z wyrachowaniem.

Zebrawszy się na odwagę, Jai otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale uciszył go szybko wymierzony policzek. Kobieta popchnęła głowę chłopaka w dół i obejrzała jego skalp, jakby oglądała jakieś bydło. Jaiowi zawirowało przed oczami od uderzenia, ale wytrzymał spojrzenie kobiety - nie zamierzał pozwolić, by zawładnął nim strach.

Uśmiechnęła się, widząc ten akt buntu. Zmrużyła oczy, jakby coś zauważyła, zakląskała językiem bodaj z dezaprobatą, obejrzała jeszcze paznokcie chłopaka i rozchyliła mu usta, by przyjrzeć się zębom; powąchała nawet kosmyk włosów, jakby potrafiła wyczytać z niego jakąś tajną informację. Upokorzenie rozogniło Jaia, ale miał na tyle rozumu, by się nie opierać - nie chciał znowu dostać w twarz. Zamiast tego sięgnął do wnętrza, dotknął więzi łączącej go z Zimą, by czerpać z niej pocieszenie.

Kobieta cofnęła się, usiadła, westchnęła i zaklaskała w dłonie. Przygryzła wargę, przyglądając się z politowaniem Jaiowi, jakby miała coś powiedzieć. Potem pokręciła głową, odwróciła się i wypadła z namiotu przez przesłonięte zasłoną wejście.

Jai wziął głęboki oddech. Potem kolejny i kolejny, próbując uspokoić walące serce. Nie wiedział, gdzie się znalazł. Ani nawet kto go pojmał. Ale żył... A wnosząc po siniakach, które zostały mu na żebrach po podróży, był daleko od Magnusa i jego ziomków.

Nie miał jednak pojęcia, czy Erice i Huddytom dopisało tyle samo szczęścia.

Jakkolwiek by nie patrzeć, jego misja zakończyła się sukcesem. W końcu trafił do swoich. Ale to nie byli j e g o ludzie. To nie byli Kidarowie.

Dopiero bowiem gdy rozejrzał się uważnie, zrozumiał, że nie obcował z wielkim plemieniem stepu. W dzieciństwie Balbir opowiadała mu o ich plemieniu oraz o świecie, który porzucili. Wiedział, że obraz, który stworzył sobie w głowie, unoszony dziecięcą dumą, musiał być znacznie bardziej okazały niż w rzeczywistości. Ale te klepiska i postrzępione derki w niczym nie przypominały bogatych gobelinów, dywanów ani wyszywanych poduszek, które niegdyś opisywała Balbir.

Pociągnął nosem, a od zapachu gotowanej w pobliżu strawy zaburczało mu w brzuchu. Dobiegł go szczęk naczyń, śmiech kobiet oraz dzieci. Został zabrany w samo serce ich obozu. Nie... Ich wioski. Wioski, która przemieszczała się wraz z całym plemieniem, jak u wszystkich Stepowców.

Świszczący oddech z kąta sprawił, że Jai gwałtownie odwrócił głowę. Omal nie upadł - zapomniał bowiem, że ma związane nogi. Z narożnika namiotu przyglądał mu się stary mężczyzna z owadzimi oczami, który drżał, okryty futrem khiro. Stara kobieta za pomocą drewnianej łyżki karmiła go rzadkim mlekiem z glinianej miski.

Plemię było małe, do tego biedne. A więc zachowali Jaia przy życiu nie bez powodu.

Starsza dwójka zignorowała go, jakby widok poobijanego, krwawiącego jeńca nie był dla nich niczym nowym. Domyślał się, że w istocie tak mogło być, jeśli wierzyć opowieściom Balbir. Nikt nie toczył więcej wojen niż Lud Stepu. Nikt też nie brał więcej jeńców. Połowę niewolnych w Cesarstwie Feniksa stanowili pokonani jeńcy ze stepu.

Usłyszawszy zbliżające się kroki, Jai szybko spuścił wzrok i wrócił do poprzedniej pozycji. Jeśli chciał mieć szanse na ucieczkę... lepiej, żeby wydawał się posłuszny.

Do namiotu, popchnięty niewidoczną ręką, wpadł drobny człowiek. Zaraz za nim wszedł kolejny, krzyczący mu nad głową. Tym razem był to mężczyzna, choć wyraźnie podobny do tamtej kobiety. Te same jastrzębie oczy oraz zakrzywiony nos, zapewne rodzinny.

Prawdopodobnie jej brat albo kuzyn. Z pewnością zajmował podobną pozycję, sądząc po drogich futrach i ozdobach; w jego uśmiechu jednak, kiedy popatrzył na Jaia, kryło się okrucieństwo - coś, czego nie było w spojrzeniu kobiety.

Stepowiec klepnął niższego chłopaka w ramię i zmusił go, by ukląkł przed Jaiem. Młodzik drżał i wzdrygnął się, kiedy jego pan wskazał palcem na Jaia.

- Jestem Feng - wymamrotał, patrząc uparcie w ziemię. - Podobno mówisz wysokocesarskim. To prawda?

Jai nie odpowiedział, ale tylko dlatego, że zszokowała go płynność, z jaką tamten posługiwał się znanym mu językiem. Drugi z mężczyzn zjeżył się na milczenie Jaia.

- Odpowiadaj albo Zayn się wścieknie - syknął Feng.

- Prawda - wykrztusił Jai.

Zayn nieoczekiwanie uderzył Fenga w plecy i roześmiał się z satysfakcją. I wtedy - równie nagle, jak wybuchnął śmiechem - skrzywił się i złapał młodego za kark.

Następnie przemówił, wypluwając z siebie słowa w gardłowych sekwencjach. Nawet na moment nie oderwał wzroku od twarzy Jaia.

Feng przetłumaczył, a jego płaczliwy głos marnie oddawał jad w tonie Zayna.

- Komu to ukradłeś... ty... mieszańcu?

Zayn wyciągnął coś srebrnego spod futra, którym był okryty, i rzucił to na ziemię. Obojczyk Jaia. Kiedy chłopak spojrzał na fragment zbroi, Zayn złapał go za twarz w żelaznym uścisku i zbliżył ją do swojej.

- Gadaj, robaku.

Jai uniósł wargę i splunął w bok, choć po prawdzie w ustach zaschło mu tak bardzo, że wyszedł z tego jedynie symboliczny gest. Mężczyzna się wyszczerzył... po czym spoliczkował Jaia tak mocno, że chłopakowi aż odskoczyła głowa.

To był cios duszozwiązanego, w dodatku potężnego. Otumaniony siłą uderzenia Jai miał wrażenie, że świat się zakołysał; przed oczami mignęło mu zakrzywione ostrze, którym Zayn pomachał przed twarzą jeńca niczym zabawką gaworzącego dziecka.

- Nie słuchasz - przetłumaczył Feng, a Zayn wysyczał kolejne słowa. - Czyli nie potrzebujesz uszu.

Jai jęknął i poczuł, jak zimne ostrze dotyka jego policzka, a potem przesuwa się w kierunku skroni.

Cień zasłonił wejście do namiotu i dobiegł ich czyjś głos. Mamrocząc coś z niezadowoleniem, Zayn zabrał nóż i wymaszerował na zewnątrz. Rozległy się podniesione głosy, a po chwili dało się usłyszeć dźwięk uderzenia.

Dopiero kiedy ktoś zaklął i coś twardo łupnęło, wejście pociemniało jeszcze bardziej. Do środka weszła pierwsza kobieta. Kiedy uśmiechnęła się do Jaia, krew zaplamiła jej wargi i zęby.

Feng przetłumaczył słowa nieznajomej:

- Jestem Sindri, chan plemienia Valorów. Przepraszam za zachowanie mojego brata, Zayna. Potrafi być... impulsywny. - Ton Sindri, nawet kiedy posługiwała się szorstką mową stepu, był niemal łagodny, co kłóciło się z przemocą, do której przed momentem doszło. - Jak trafiłeś na nasze ziemie?

Jai się zawahał, rozważając możliwości. Postanowił mówić prawdę, przynajmniej do pewnego stopnia.

- Moja matka nie pochodziła ze stepu, ale moim ojcem był Rohan, chan Kidarów. Dorastałem jako zakładnik na cesarskim dworze. Dwóch moich braci zostało fałszywie oskarżonych o zdradę i straconych przez cesarza Tytusa, ale ja uciekłem. Przebyłem imperium w poszukiwaniu mojego plemienia.

Sindri słuchała uważnie z zamyślonym wyrazem twarzy.

- Nieszczególnie znam się na... politykowaniu większych plemion - przyznała po chwili. Tłumaczący jej wypowiedź Feng zająknął się, szukając odpowiednich słów. - Ale dobrze znamy tego Rohana, o którym mówisz.

Sindri wyciągnęła ostrze z pochwy przy boku, a Jai się wzdrygnął. Podniosła wolną dłoń w geście pokoju i rozcięła więzy dwoma zwinnymi ruchami sztyletu. Wyprostowała się i odwróciła do wyjścia z namiotu.

Kiedy się odezwała, Jai wsłuchał się w słowa Fenga.

- Możesz poruszać się swobodnie wśród nas, ale twoja bestia pozostanie w zamknięciu, dopóki nie postanowię, co z tobą zrobić. Wiedz jedno, Jaiu z Kidarów, o ile faktycznie nim jesteś: jeśli czegoś spróbujesz, stracisz nie tylko ucho.

Rozdział 2

Niedługo po wyjściu Sindri Jai uświadomił sobie, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze wraz ze strachem, nad którym ledwo zdołał zapanować.

Klęczący obok niego Feng się poruszył, wciąż trzymając opuszczoną głowę.

- Już w porządku - szepnął Jai. - Poszła sobie.

Feng zerknął na starców za nimi i pokręcił głową, przyciskając chudy palec do ust.

Dopiero teraz, kiedy nieco uniósł twarz, Jai mógł lepiej się mu przyjrzeć.

Feng wyglądał na starszego od Jaia, miał pewnie około dwudziestu lat, może trochę mniej, może trochę więcej; ciemne, inteligentne oczy wyrażały niewypowiedziany smutek. Nad górną wargą na wąskiej twarzy sypał mu się wąs. Włosy - w przeciwieństwie do warkoczy i ozdób noszonych przez Zayna i Sindri - zebrał w prosty, krótki kucyk. Rysy twarzy odróżniały go od pozostałych Stepowców, co świadczyło o mieszanym pochodzeniu. Coś w obliczu chłopaka kojarzyło się Jaiowi z dyplomatami z Cesarstwa Feniksa i kupcami, którzy z rzadka przybywali do pałacu Leonida po długiej podróży z dalekiego wschodu.

Jai przyglądał się przez chwilę Fengowi, zastanawiając się, co się czai za tym pełnym rezerwy spojrzeniem. Musiał zachować ostrożność, jeśli chciał zdobyć jego zaufanie, a może nawet uzyskać pomoc. Ewidentnie chłopak był tu równie niemile widziany co on sam.

- Dziękuję za tłumaczenie - odezwał się miękko Jai. - Bardzo dobrze mówisz w wysokocesarskim. Gdzie się go nauczyłeś?

Feng znów nic nie odpowiedział - zamiast tego wstał i ruszył w stronę światła wpadającego przez wejście. Jai poszedł za nim, rozcierając nadgarstki i obolałe żebra. Już dawno skończyła mu się mana, a nie miał kiedy duszooddychać, żeby się uzdrowić. Dość szybko zdał sobie sprawę, że bycie przypiętym do góry nogami do grzbietu khiro nie sprzyja duszooddychaniu.

Na zewnątrz tętniło codzienne życie plemienia nomadów. Mężczyźni i kobiety krzątali się przy ogniskach, gdzie przygotowywali posiłki z użyciem noży i garnków, podczas gdy dzieci bawiły się, biegając między namiotami; ich śmiech rozbrzmiewał głośno w ostatnich ciepłych promieniach słońca. Z dala od tego centrum wszelkich aktywności, na skraju obozu trzymali się starsi, których obecność w niepokojący sposób kontrastowała z rodzinną atmosferą. Niektórzy zebrali się w kręgach, gdzie grali w hacele i obstawiali zakłady, zaś inni siedzieli zapatrzeni w dal i popijali z rogów. Wszyscy bez skrępowania nosili broń.

Jednak najbardziej fascynujące okazały się khiroi, które pasły się z zadowoleniem w pobliżu. Ich potężne, kudłate cielska poruszały się z zaskakującą gracją, a powykrzywiane rogi na łbach przypominały maszty całej floty okrętów. Jaiowi ulżyło, gdy zobaczył między nimi Navi - mniejsza sylwetka pokryta bliznami i szare futro z łatwością odróżniały ją od ciężkich bestii. Nieopodal zebrała się starsza młodzież z wioski - stała na straży, nie odrywając wzroku od horyzontu.

Owa różnorodność kontrastowała ze sterylnymi korytarzami cesarskiego pałacu. Mimo strachu kłębiącego się w żołądku Jai doszedł do wniosku, że cała ta sceneria w dziwny sposób działa na niego pokrzepiająco.

Feng poprowadził chłopaka do cichego miejsca na skraju obozu, gdzie mogli porozmawiać bez ryzyka bycia podsłuchanym. Wyszedłszy poza krąg namiotów, Jai aż przystanął, by przez moment napawać się widokiem.

Morze zieleni - falujące pod dotykiem wiatru - ciągnęło się od horyzontu do horyzontu, zarumienione od pierwszych promieni zachodzącego słońca.

Feng pociągnął Jaia za rękaw, zmuszając go, by usiadł w trawie. Oglądając się za siebie, odpowiedział wreszcie na wcześniejsze pytanie.

- Podobnie jak twój ojciec, mój też pochodził ze stepu - mówił głosem delikatnym i dobiegającym z oddali jak wyblakłe wspomnienie. - Ale matka była handlarką z dalekiego wschodu. To ona nauczyła moją siostrę i mnie twojego języka, podobnie jak swojego własnego. To chyba dlatego zostałem wybrany dla ciebie jako... niańka.

Jai usłyszał w tych słowach gorycz, mimo że młodzieniec próbował ukryć czający się w oczach ból. Wyglądało na to, że podobnie jak Jai Feng tkwił uwięziony między dwoma światami i nigdy w pełni nie należał do żadnego z nich.

- Zapuściliśmy się na step, żeby handlować z ludem ojca i uniknąć sabińskich poborców podatków. Ojciec i matka przypłacili to życiem. Mnie i siostrę sprzedawano od plemienia do plemienia, aż ostatecznie trzy lata temu wylądowaliśmy u Sindri. Okazałem się na tyle użyteczny, że już mnie nie sprzedała, choć często mają w zwyczaju to robić.

Jai się wzdrygnął; historia kładła się cieniem na spokojnym krajobrazie, który miał przed oczami. Wszystko zaczynało się układać w całość. Jai z zakładnika Sabinów stał się... zakładnikiem własnych pobratymców.

- A twoja siostra? - Jai ledwo ośmielił się spytać.

- Nadal tu jest... Na razie.

Feng nie spojrzał mu w oczy, mnąc w palcach źdźbło trawy.

- Przykro mi - powiedział Jai. Szczerość przyszła niewymuszenie. - Wiem, jak to jest, kiedy człowiek czuje się obcy.

Feng napotkał spojrzenie Jaia i przez moment wydawało się, że dzielący ich mur pęka. Ale młodzieniec równie szybko przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy i odwrócił wzrok.

- Powinniśmy znaleźć ci coś do jedzenia - rzucił ostro, wstał i otrzepał strój z ziemi. - Chodź, oprowadzę cię po obozie.

Jaiowi trudno było się skupić, bo cały czas wyczuwał Zimę, nadal szarpiącą się z więzami. Wiedziała, że Jaia zostały przecięte, ale nie uspokoiło jej to - zamiast tego zaczęła panikować, że zostanie gdzieś zabrany. Jai był świadom, że smoczyca nie spocznie, dopóki go nie zobaczy, ale wiedział też, że nie powinien kusić losu, próbując ją odnaleźć.

Miał tylko chwilę, żeby zamknąć oczy i wejść w półtrans, dzięki któremu wyraźniej usłyszał Zimę.

Jai! Jai!

Jego imię, jego zapach, sama jego dusza. Domagała się tego. A mimo to nie mógł skłamać, by uspokoić jej bijące gwałtownie serce, a co dopiero swoje własne. Zamiast tego więc odnalazł głęboko w sobie promyk nadziei i ofiarował go Zimie niczym balsam; krzyk w jego głowie umilkł, pozostały jedynie łagodne obawy.

- Szybciej, zanim zajdzie słońce! - Głos Fenga wybudził go z wycieczki w głąb siebie.

Kiedy szli przez obóz, Jai chłonął każdy detal, starając się zapamiętać rozkład obiektów oraz rutynę członków plemienia.

Obozowisko ożywiała harmonijna mieszanka funkcjonalności, chaosu i piękna; farbowane roślinami namioty w barwach lilii oraz indygo ustawiono równo wokół centralnego placu. Ten zdawał się służyć za miejsce plemiennych spotkań, bo Jai widział tam ludzi zbierających się na wspólny posiłek, opowiadających sobie historie i śmiejących się razem.

Najbardziej zainteresował go symbol namalowany na każdym namiocie, a nawet wyszywany na strojach członków plemienia: skrzyżowane łodygi kwitnącego łubinu. To wyjaśniało wszechobecność koloru fioletowego.

Powietrze wypełniał bogaty aromat przypraw i ziół, którego Jai doświadczał do tej pory jedynie podczas najbardziej wystawnych uczt w pałacu cesarskim. Nęcąca woń uderzała do głowy mieszanką zapachów. Niektórych nut nie potrafił rozpoznać, ale wiedział, że nie występowały w sabińskiej kuchni, do której przywykł.

Pomimo ciekawości Jai uważał, by nie gapić się na otaczających go ludzi, nawet jeśli oni nie podzielali jego zahamowań. Chichoczące dzieci wskazywały na jego włosy - o wiele krótsze od długich warkoczy każdego mężczyzny i każdej kobiety z plemienia, włącznie z najmłodszymi. Kiedy się do nich uśmiechał, dzieciaki z piskiem chowały się za matczynymi spódnicami.

Feng zajął miejsce przy centralnym ognisku, a Jai z zainteresowaniem przyjął fakt, że jeniec bez problemu otrzymał miskę parującego gulaszu. Feng podał porcję Jaiowi, a następnie wziął kolejną dla siebie. Przynajmniej wyglądało na to, że więźniowie byli tu dobrze traktowani. Jak dotąd Sindri dotrzymała słowa.

Jai nieśmiało spróbował posiłku; zaskoczyła go złożoność smaku. Potrawa - bogata w przyprawy, zioła i wiele innych dodatków - nie przypominała niczego, co w życiu jadł. Ledwie jednak jęknął z rozkoszy, usta zaczęły go palić.

Chwilę potem łapał powietrze niczym wyrzucona na brzeg ryba - i to ku uciesze obserwujących.

Jai wyzywająco uniósł brodę, nabrał kolejną porcję... I zaraz się zakrztusił, kiedy fala gorąca uderzyła go po raz wtóry. Towarzyszył temu kolejny wybuch powszechnej wesołości, a jeden z zebranych śmiał się tak bardzo, że aż zgiął się wpół.

- Masz - powiedział Feng, podając Jaiowi róg. - Rozgryzłeś jedno chili. Powinieneś zostawić je w misce.

- To ty... mi... je dałeś... - wymamrotał Jai.

Feng wzruszył ramionami i skinął w kierunku rogu.

Jai wychylił go gwałtownie... I się zakrztusił. To nie była woda, lecz słodkie, tłuste i cierpkie mleko, w którym pływały miękkie grudki klejące się do języka i ust.

- Ciekawy smak? - zapytał Feng i wyszczerzył się, kiedy Jai ze skwaszoną miną oddał mu róg. - Warto było, co?

Jai miał ochotę zaprzeczyć, ale ogień w ustach zgasł. W dodatku złapał się na tym, że kilka sekund później sam z siebie sięgnął po napój. Feng skinął z aprobatą i Jai wziął kolejny łyk.

- Fermentowane mleko khiroi - wyjaśnił Feng. - Paliwo Sythian, jak mawiają niektórzy. Większość nazywa to khymis. Ale nie pij za dużo, jest mocne.

Jai uniósł brew, a następnie wziął kolejny łyk. Potem włożył sobie do ust kolejną porcję gulaszu, uważając na to, co je. O dziwo... zadziałało.

Przetrwał posiłek, balansując między gorącem a chłodem, aż napełnił żołądek, a w głowie przyjemnie mu zaszumiało. Uczucie było jednak ulotne, ponieważ ciało duszozwiązanego trawiło alkohol szybciej, niż by sobie tego życzył.

Odrobina otępienia na pewno by teraz nie zaszkodziła.

Choć Jai napełnił brzuch, dręczył go niepokój. Kątem oka dostrzegł Zayna, człowieka, który przyglądał mu się ponuro w otoczeniu mężczyzn z krzaczastymi brwiami. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, a Zayn pokręcił głową - jego twarz wyrażała mieszaninę pogardy oraz lekceważenia.

Sindri może i powitała Jaia, ale jej bratu wyraźnie nie podobał się fakt, że chłopak siedzi razem z nimi.

Ani to, że nadal ma uszy.

Rozdział 3

Zayn i jego ludzie zebrali się wokół dziwnego wgłębienia w ziemi, niedaleko głównego ogniska, gdzie trawa została ubita. Wokół krawędzi czegoś, co przypominało okrąg, źdźbła pozwiązywano w kępy kawałkami materiału ufarbowanego na czerwono, tworząc prowizoryczną granicę.

Jai obserwował, jak Zayn droczy się z jedną z kobiet, przy czym agresja w nietypowy sposób mieszała się z zabawą. Kobieta wyglądała na zrezygnowaną, ale ostatecznie po krótkiej wymianie zdań, której Jai nie dosłyszał, dała się pochlebstwami namówić na wejście do kręgu.

Przez cały ten czas Zayn jedynie sporadycznie spuszczał Jaia z oka. Było jasne, że chłopak miał zobaczyć to, co zaraz się szykowało. Zafrapowany, przyglądał się nadchodzącej konfrontacji z poczuciem narastającego niepokoju.

Zayn i jego rywalka stanęli naprzeciwko siebie, mierząc się groźnymi spojrzeniami. Gdy tylko para weszła na ring, tłum ich otoczył; część mężczyzn i kobiet obstawiała zakłady, pozostali po prostu przyglądali się wszystkiemu z ciekawością.

Rozpoczęli bez żadnego wstępu - Jaiowi wydawało się, że po prostu skoczyli na siebie z wyciągniętymi rękami w poszukiwaniu chwytu. Ruchy Zayna były płynne i precyzyjne, oceniał każdy manewr ostrożnie i sprawnie wywinął się niższej kobiecie. W nieoczekiwanym, dzikim szarpnięciu rzucił przeciwniczkę na ziemię. Kobieta upadła z miażdżącym, głuchym hukiem.

Kiedy powalona rywalka z trudem łapała powietrze, Zayn stanął nad nią triumfalnie. Rozejrzał się po tłumie, szukając wzrokiem Jaia. W jego oczach czaiła się mroczna obietnica.

- Zayn jest jednym z niewielu duszozwiązanych wojowników - szepnął Feng, kiedy Jai oderwał wzrok od wciąż wpatrzonego w niego Stepowca. - A to druga wojowniczka.

- Co to było? - zapytał Jai. - Uprawiają zapasy, tak jak Sabinowie w Ludi?

Feng przez chwilę przyglądał się Jaiowi.

- Naprawdę nie wiesz? Może f a k t y c z n i e jesteś tym, za kogo się podajesz.

Jai wzruszył ramionami; nie podobało mu się, że był takim ignorantem w kwestiach dotyczących własnych ziomków.

- To sztuka walki Ludu Stepu - wyjaśnił Feng. - Talvir. Starożytna technika, zapomniana przez wielu, zwłaszcza od czasu podpisania traktatu. Ale niektórzy wciąż ją uprawiają.

Jai bez słowa pokiwał głową, odtwarzając walkę w pamięci. Dostrzegał w niej brutalną, płynną skuteczność. Fascynowała go.

- Przeważnie wykorzystuje się w niej falx - tłumaczył dalej Feng, najwyraźniej zdziwiony milczeniem Jaia. - Co ciekawe, rzadko na grzbiecie khiro, choć i tak też można. W tej kwestii tradycja ustępuje praktyce.

Jai rozumiał już, dlaczego Zayn budził strach i jednocześnie cieszył się takim poważaniem wśród członków plemienia; jego pozycję w hierarchii odzwierciedlała biegłość w talvirze.

- Falx to zakrzywiony miecz długi - ciągnął Feng cicho. - W rękach utalentowanego adepta talviru to przerażająca broń. A gdy chwyci zań ktoś taki jak Zayn... Cóż, nie chciałbym być jego wrogiem.

- Wiem, co to falx - warknął Jai, może nieco zbyt ostro.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się wstydził, że tak mało wiedział o własnych pobratymcach - aż do tej chwili. Patrzył, jak kolejna para weszła na ring. Tym razem byli to dwaj mężczyźni uzbrojeni w bambusowe tyki. Ich ruchy były eleganckie, wykonywali uniki i lawirowali do wtóru szczęku drewna. Pragnienie, by samemu opanować sztukę talviru, okazało się dla Jaia równie naturalne co chęć nauczenia się języka Stepowców lub przytulenie Zimy.

- Zastanawiam się, czy mój ojciec walczył w ten sposób - rzucił głośno Jai.

Teraz to Feng wzruszył ramionami.

- Nikt nie wie nawet, czy był duszozwiązanym. Legenda głosi, że tak.

Jai przygryzł wargę, rozważając te słowa.

Myśl, że jego ojciec zaliczał się do duszozwiązanych, wydawała się Jaiowi oczywista, choć nawet Balbir, zapytana, nigdy wprost nie potwierdziła tego ani temu nie zaprzeczyła. Dopiero teraz chłopak uświadomił sobie, że to dlatego, że skrycie sama była związaną.

W rzeczywistości Balbir zawsze powtarzała, że mało kto dobrze znał ojca Jaia, włącznie z nią samą. To jego legendarny status pozwolił mu zjednoczyć plemiona, i tę aurę tajemniczości ojciec pielęgnował. Cóż, wielu Sabinów nadal wierzyło, że był mierzącym siedem stóp gigantem pożerającym niemowlęta na śniadanie.

Kolejny raz Jai przeklął tych, którzy go schwytali, i żałował, że nie może odnaleźć własnego plemienia. Tam przynajmniej otrzymałby odpowiedzi, których szukał. Nie mówiąc o tym, co należało mu się z racji urodzenia.

Uwagę Jaia przykuła imponująca sylwetka Sindri, przepychającej się między widzami. Trzymała długi róg khiro, który w jej rękach przypominał pałkę; Jai poczuł przypływ strachu, dopóki nie zobaczył, że kobieta unosi róg do ust.

Rozległ się głęboki dźwięk - tak niski i donośny, że Jai poczuł go w piersi - który uciszył Stepowców. Nagłe milczenie sprawiało upiorne wrażenie; jedynie cichy szelest traw niósł się na wietrze.

Członkowie plemienia bez słowa zbliżyli się do ogniska. Nawet Zayn powitał nadejście Sindri jedynie krzywym spojrzeniem. Feng chwycił Jaia za nadgarstek i odciągnął go, podczas gdy mężczyźni i kobiety przysiadali na piętach. Wkrótce we dwóch znaleźli się daleko z tyłu - byli zbyt nisko w łańcuchu pokarmowym, jak się domyślił Jai, by móc zostać bliżej.

Sindri ruszyła w stronę centralnego ogniska, kroczyła stanowczo i z rozmysłem. Jednocześnie uniosła róg niczym trofeum i poczekała, aż wszyscy zajmą miejsca.

Feng pochylił się w oczekiwaniu na słowa Sindri, które mógłby przetłumaczyć Jaiowi na ucho.

- Bracia! - zawołała Sindri. - Zwołuję Wielką Radę, żebyśmy mogli zdecydować, co zrobić z tym obcym, tym samozwańczym synem Rohana.

Cisza.

- Kidarowie się spaśli - warknęła kobieta. - Ostatnie lata spędzili jako handlarze, kupujący Splamionych od Feniksjan i sprzedający niewolnych Sabinom.

Słowo "niewolny" wypluła, jakby się nim brzydziła. Jai nic z tego nie rozumiał. Czy on też nie stał się ich jeńcem, którego chcieli sprzedać temu, kto więcej zaoferuje? I kim byli ci "Splamieni"? Słowo brzmiało znajomo, jak obelga, której dawno temu używali jego bracia. Ale wspomnienie już się zatarło, a Feng był zbyt zajęty tłumaczeniem, by Jai prosił go o wyjaśnienia.

- Wygnali nas z Wysokich Rad. Nie chcą z nami handlować, zatrzymują najlepsze wierzchowce dla siebie. Ale teraz... W końcu mamy coś, czego chcą. Teraz to my trzymamy ich za jaja.

Zebrani wydali pomruk aprobaty.

Zayn wstał z pochyloną głową i wyciągniętymi rękami. Sindri zawahała się niemal niezauważalnie, ale oddała mu róg.

- Widziałem chłopaka - odezwał się mężczyzna głosem cichym i groźnym. - Przyjrzałem mu się dobrze. - Obrócił się i wskazał palcem Jaia. - To złodziej i kłamca!

Jai chciał zaprotestować, ale nie mógł wykrztusić słowa; głos uwiązł mu w gardle. I dobrze się stało.

- Może i jest jakimś chuderlawym mieszańcem z pałacu - warknął Zayn, wychodząc na środek - ale żaden z niego syn Rohana. Ręce miękkie jak u mleczarki. Nie ma warkocza, w języku ojca nie wyduka nawet słowa. Ha, nie byłbym zaskoczony, gdyby nie przeszedł jeszcze Rytu. Ukradł ten artefakt... on... on...

Zaynowi zabrakło tchu. Jego palec drżał w powietrzu, dzięki czemu Feng zyskał czas, by nadrobić tłumaczenie.

Sindri wyciągnęła rękę, a Zayn burknął i upuścił róg na dłoń siostry.

- A jednak - podjęła Sindri z nutą zniecierpliwienia w głosie - czy nie tego spodziewalibyśmy się po księciu, który jako zakładnik dorastał w bogatych pałacach naszych wrogów? Czyż nie związał się ze s m o k i e m? Jakiż to sługa zdołałby ukraść pancerz Rohana z prywatnej komnaty Leonida? I co za sługa miałby t o?

Jai poczuł krew napływającą mu do twarzy, kiedy Sindri zamachała zniszczonym rękopisem, najwyraźniej wykradzionym z sakwy, której jeszcze mu nie oddano.

- Spisane ręką Leonida - oznajmiła Sindri. - Splamione jego własną krwią. Kronika wojen cesarza z naszym ludem.

Zayn wyrwał jej róg; twarz pociemniała mu ze złości.

- Nie wie nic o naszych tradycjach ani trudach. - Ton Zayna ociekał pogardą, a co najgorsze Jai nie potrafił znaleźć nic na swoją obronę. - Jest gorszy niż Sabinowie. To zdrajca własnej krwi. Nie zasługuje, by żyć.

Feng tłumaczył drżącym głosem, a Jai skulił się pod ciężarem oskarżeń. Z jednej strony jak niby Zayn mógł to dostrzec po kilku chwilach spędzonych w towarzystwie chłopaka? Z drugiej zaś...

Może miał rację. Może Jai zbyt długo przebywał z Sabinami, żeby upomnieć się o swoje dziedzictwo.

Plemię zamruczało z aprobatą - jakby zgadzało się z ostatnią myślą - a na chłopaka skierowały się podejrzliwe spojrzenia. Czuł, że go osądzają, dlatego spuścił wzrok.

Sindri uniosła rękę, by zapadła cisza, i odebrała róg.

- Musimy zachować ostrożność, moi bracia - powiedziała. - Podstęp to kapryśna sprawa. Załóżmy na chwilę, że mój brat ma rację - ciągnęła, a Zayn zmarszczył brwi; wyglądał niemal na zaskoczonego. - Oszust czy nie, zdrajca czy nie. Nieważne, czy m y wierzymy, że jest synem Rohana. Ważne, że K i d a r o w i e w to uwierzą.

Odgarnęła włosy i gestem nakazała Jaiowi wstać.

Nie chciał tego robić, ale Feng szturchnął go mocno w tym samym momencie, kiedy Zayn wykonał niemal niezauważalny ruch w stronę Jaia, dając mu do zrozumienia, że wstanie - w ten czy inny sposób.

Jai się podniósł.

Sindri podjęła:

- Zaginiony książę wart jest dużo więcej niż sługa i złodziej. To od nas zależy, czy stanie się księciem. Musi poznać nasze zwyczaje. A my w tym czasie... ruszymy na wschód. Na poszukiwanie Kidarów.

I choć zaledwie przed momentem Jai nie pragnął niczego innego, dopadł go strach; serce zaś zrobiło się ciężkie niczym zapadająca szybko noc.

Rozdział 4

Ocknął się na dźwięk rogu. Przez chwilę leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Nasłuchiwał dźwięków otoczenia, aż rozbudziło go czyjeś szturchnięcie.

Mężczyźni i kobiety przeciągali się wokół, praktycznie nie zwracając na niego uwagi, zajęci rozmową. Tylko młoda kobieta, która go obudziła, posłała mu przelotny, lekki uśmiech, zanim uciekła z namiotu. Jai rozpoznał w niej tę drugą duszozwiązaną, z którą Zayn walczył wczoraj w kręgu.

Noc nie należała do najwygodniejszych, gdyż spędził ją w tym samym namiocie, do którego trafił rano. Okazało się, że to miejsce przeznaczone dla starszych oraz zniedołężniałych - wątpliwe więzienie, gdyby Jai zechciał uciec. Po prawdzie jednak chłopak był wykończony. Ledwie wyciszył umysł, by duszooddychać, a już obudził go poranny róg.

Zresztą nawet gdyby duszooddychał przez całą noc, a potem nadarzyłaby się okazja do ucieczki, nie zaszedłby daleko. Nie mógł odejść bez uwolnienia Zimy.

Smoczycę trzymano w innym namiocie, przykutą łańcuchem do pala. Tyle zdołała mu przekazać. Od wywyższenia chłopak lepiej ją rozumiał. Potrafiła układać zamysł może nie w słowa, lecz... w znaczenia. Odkąd uciekli Sabinom, nie miał zbyt wielu okazji, by lepiej poznać ich odnowioną więź.

Teraz poszukał bestii umysłem i odkrył, że śpi. Pozwolił jej odpoczywać i postanowił dołączyć do starszych wychodzących z namiotu.

Jai przetarł oczy, przyzwyczajając je do szarego światła świtu. W obozie wrzało jak w ulu; wojownicy ostrzyli broń, inni siodłali khiroi, a namiot za plecami chłopaka zaczął upadać już w chwili, gdy Jai go opuszczał.

Fascynujący był to widok - wioska znikała na jego oczach, zwijana w ciężkie pakunki, którymi obwieszano wielkie bestie niczym juczne woły. W ciągu kilku minut po wiosce została jedynie zadeptana trawa. Jai dostrzegł, że zielone źdźbła już kiełkowały tam, gdzie dopiero co odsłonięto czarną ziemię. Wkrótce będzie tak, jakby nigdy ich tu nie było.

Jeśli Jai wyobrażał sobie, że pojadą na wschód na grzbietach khiroi, to się mylił. Większość zwierząt dźwigała futra, sieci, kosze i resztę dobytku. Pozostałe zaprzęgnięto do bambusowych sań - przeważnie najstarsze lub najmłodsze okazy.

Kilkoro Stepowców jednak dosiadło khiroi. Na czele pochodu Zayn siedział na grzbiecie największego samca, którego róg wystawał dumnie ponad pozostałe. Ku swojemu przerażeniu Jai zobaczył Zimę przykutą do siodła mężczyzny; wciąż wyglądała na zaspaną.

Gdy zwróciła szafirowe oczy w jego stronę, otworzyła je szybko i wydała z siebie pisk. Martwił się o nią, ale szybkim impulsem miłości przesłanym poprzez więź smoczyca dała mu znać, że cieszy ją pobyt na świeżym powietrzu i widok chłopaka. Obiecał sobie, że wkrótce weźmie ją w ramiona, ale nie śmiał się do niej zbliżyć, kiedy Sindri wydawała polecenia mężczyznom i kobietom szykującym się w pośpiechu.

Piesi zebrali się przy kilku ogniskach, gdzie dzieci rozdawały parujące pierogi owinięte w woskowate liście. Jai przyjął jeden i spróbował pożywnego nadzienia - od ostrego mięsa i nowej mieszanki przypraw zapiekł go język i momentalnie zrobiło mu się gorąco.

- Chodź - powiedział Feng.

Jai odwrócił się i zobaczył młodzieńca kucającego za nim z ciężkim pakunkiem na ramionach. W oddali khiroi już ruszały, a Stepowcy podążali za nimi ścieżką po wydeptanej trawie, która w innym razie sięgałaby im do pasa.

Wspólnie przedzierali się przez zielony bezmiar, krocząc za wojownikami tworzącymi straż przednią.

Jai i Feng szli przez jakiś czas w milczeniu; tego pierwszego zaskoczyła panująca na stepie cisza. Spokój świtu zakłócało jedynie szuranie stóp oraz ciężkie kroki khiroi. Nigdzie nie słychać było ani śpiewu ptaków, ani cykania owadów. Jakby cały świat wstrzymał oddech, czekając, aż słońce wzejdzie nad horyzont.

Zanim jakikolwiek Valor się odezwał, dobiegły ich pomruki zabawy rozpoczętej przez znudzone dzieci. Jai dobrze czuł się w ciszy. Zatrzymał się tylko raz, by pomóc starszej kobiecie, która z trudem kroczyła za nim. Zabrał od niej duży kosz i wziął go pod pachę.

Potem jednak przypomniał sobie coś, co zeszłego wieczoru nie dawało mu spokoju.

- Feng, nie zdążyłem zapytać... na zgromadzeniu... kim są Splamieni? - spytał. - Nie wiedziałem, o kogo wczoraj chodziło Sindri.

Feng zerknął na Jaia, a w jego oczach odbił się ciężar tego pytania. Odpowiedział po cichu, choć pozostali i tak wymijali ich już szerokim łukiem, maszerując w wysokiej trawie.

- Splamieni - zaczął Feng - to kasta Ludu Stepu zepchnięta na margines całej społeczności. Po prawdzie jednak niemal trzecia część tych, którzy nazywają tę ziemię domem, to właśnie Splamieni. Przyszli na świat w wyklętych rodach albo tak zwykło się przyjmować. Nie wolno im dołączać do innych plemion ani brać ślubu z osobami spoza własnej kasty. Odmawia im się dostępu do hodowli khiroi, przez co zmuszeni są oswajać dzikie sztuki i zakładać nowe rodowody.

Jai powoli zaczynał rozumieć. Nic dziwnego, że był tak cenny dla tego plemienia, skoro mogło ono wymusić wymianę na Kidarach. Zwłaszcza jeśli miało to oznaczać nowe khiroi, hodowane od pokoleń przez dawne Wielkie Plemiona.

- Czy wszyscy Valorowie są Splamieni?

Feng skinął głową.

- Dlaczego są wyklęci? - dopytywał chłopak.

- Niektórzy twierdzą, że znają prawdę dotyczącą wyklęcia, ale nic, co słyszałem, nie jest warte powtarzania. Pierwotne wykroczenie zostało już dawno zapomniane, jednak kara pozostaje w mocy. Strach i przesądy zmuszają ich do dźwigania brzemienia grzechu, którego nigdy nie poznali.

Jai z rozczarowaniem pokręcił głową. Zawsze wyobrażał sobie Lud Stepu jako społeczeństwo będące ponad uprzedzeniami typowymi dla Sabinów. A mimo to jedni wcale nie różnili się od drugich.

- Jeśli sami są tak napiętnowani, jak mogą traktować cię w taki sposób? Jak mogą brać innych w niewolę?

Feng przystanął, marszcząc brwi.

- A jak mnie traktują? - zapytał. - Mam takie same prawa co każdy członek plemienia. Po prostu nie wolno mi go opuścić... No chyba że zdołam wykupić sobie wolność.

Teraz to Jai się zmieszał.

- Ale Zayn...

- Zayn dręczy wszystkich - prychnął Feng. - Ale zwłaszcza mnie. Dla pozostałych jestem po prostu kolejnym współplemieńcem. Nawet jeśli nie dostrzegają wartości mojej pracy tak jak Sindri.

- Jesteś... niewolnikiem, który jest im równy?

Feng ruszył dalej, kręcąc głową.

- Nie jestem niewolnym ani zakładnikiem, jak ty niegdyś. Plemiona stepu walczą ze sobą tak często, że normalnym jest branie mężczyzn w niewolę... Jeśli nie całych wiosek. Widzisz tu jakieś więzienie? - Feng obrócił się powoli z wyciągniętymi rękami. - To stepowy zwyczaj. Gdy ponosisz klęskę, stajesz się własnym wrogiem. Tak mówi ich bogini Matka, tak zawsze było. Plemiona łączą się i rozpadają nieustannie, tak samo jak wieje wiatr. Ha, co mniej rozważni pośród Valorów obawiają się, że Zayn odejdzie i założy własne plemię, przy czym zabierze wszystkich, którzy chcieliby za nim podążyć, jak mógłby zrobić każdy władca. Ale plemię jest za małe na taką schizmę.

- A co, jeśli jeniec chce odejść? - zapytał Jai.

Feng wzruszył ramionami.

- Wtedy musi zasłużyć na wolność lub ją sobie kupić. Podobnie jak każdy Stepowiec, który chce opuścić swoje plemię.

- O? - Jai uniósł brew.

- Podczas Rytu każdy mężczyzna i każda kobieta ze stepu muszą złożyć przywódcy plemienia przysięgę wierności, którą zerwać może jedynie krew, khiroi lub złoto. I to przywódca ustala cenę.

Cała ta kwestia fascynowała Jaia. Czy to oznaczało, że mógł wykupić wolność?

- A Ryt? - dopytał chłopak. - Sindri też o tym wspominała.

Słowo brzmiało znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć, co Balbir mówiła mu na ten temat. Był jeszcze dzieckiem, kiedy go od niej zabrano.

Kiedy Feng posłał mu litościwe spojrzenie, wstyd z poprzedniego dnia raz jeszcze uderzył Jaia prosto w żołądek. "Tak niewiele wiem o tym, kim naprawdę jestem". Ale w głosie tłumacza nie dało się słyszeć pogardy.

- To rytuał inicjacji, który mężczyźni i kobiety przechodzą, zanim wybiorą sobie plemię. To dlatego tak wielu młodych opuszcza własne plemiona i przemierza step przed osiągnięciem dorosłości. Muszą wrócić z podarunkiem dla chana plemienia, do którego chcieliby dołączyć, i w tamtym miejscu złożyć przysięgę krwi. Mogą zrobić to sami lub z innymi nieinicjowanymi, a dar musi być wynikiem walki. Niektórzy nigdy nie wracają, bo inicjują się w innym plemieniu. Jednakże Splamieni trzymają się ze Splamionymi, a niesplamieni ze swoimi. Tak było i jest.

Jai chciał zapytać o coś jeszcze, ale krzyk z czoła pochodu sprawił, że Feng ruszył biegiem przed siebie. Ta sama dziewczyna, która obudziła Jaia, wołała do nich, bo zostali daleko w tyle za resztą.

- Chyba ją zrozumiałem - stwierdził Jai, kiedy już dogonił Fenga. - Osłuchuję się z akcentem. Coś o utykaniu?

Feng się wyszczerzył i skinął głową.

- Brawo! Przypominasz sobie. Ze mną było tak samo zaraz na początku, kiedy tu trafiłem. Chodź, możemy poćwiczyć w trakcie marszu.

Jai się uśmiechnął, mimo że Feng obejrzał się niespokojnie przez ramię. Wyglądało na to, że jego umysł duszozwiązanego przyswajał język szybciej niż w dzieciństwie.

- Ale wiesz, ma rację - stwierdził Feng. - Nie powinniśmy zostawać w tyle.

- Jak to?

- Niejednego marudera dopadł już tygrys szablozębny.

Rozdział 5

Gdy poranek przeszedł w południe, Jai poczuł bolesne ukłucie w sercu, słysząc chichotanie dzieci Valorów, które patrzyły na niego i Fenga. Nie mógł opędzić się od powracających wspomnień - niektóre były dobre, inne pełne goryczy. Przyszło mu na myśl, że sam nie miał w dzieciństwie zbyt wielu powodów do radości.

Tylko jedna dziewczynka o cerze bledszej niż pozostałe trzymała się na dystans. Siostra Fenga, Sum.

Rodzeństwu nie wolno było ze sobą rozmawiać, a przynajmniej tak twierdził Feng. Z rozkazu Zayna. Nieważne, jak bardzo Feng się upierał, że nie jest więźniem, podobnie jak Jai pozostawał zakładnikiem, bo przy plemieniu trzymała go jego siostra. Jaiowi przyszło nawet do głowy, że jeśli Sum traktowano jako łańcuch Fenga, Zima mogła być tym samym dla niego.

Pomachał więc do Sum, ale Feng złapał go za rękę i pokręcił głową. Jai ugryzł się w język i o nią nie zapytał, ale ucieszył się, kiedy zobaczył, jak dziewczynka uśmiecha się podczas zabawy w trawie, chyba ze swoimi przyjaciółmi.

Kolejna salwa dziecięcego śmiechu przypomniała mu, jak on i jego bracia rozmawiali między sobą w języku ojca, podczas gdy Balbir oprowadzała ich po pałacowych ogrodach. Było to jedno z niewielu szczęśliwych wspomnień, które miał - nie trwało to jednak długo, bo Sabinowie szybko położyli kres takim wycieczkom.

Z tego też powodu Jai nigdy nie władał ojczystą mową tak biegle jak jego bracia, zwłaszcza odkąd ich rozdzielono. Ostatecznie nie miał z kim ćwiczyć. Jednak teraz, w towarzystwie Fenga oraz Ludu Stepu, czuł, jak utracone słowa budzą się w umyśle.

Nawet teraz skupiał się na melodii oraz intonacji pojedynczych głosów, ucząc się subtelnego rytmu ich mowy. Ćwiczył pod nosem, a sylaby smakowały wspomnieniami. Feng, niezwykle cierpliwy, poprawiał wymowę towarzysza i dopingował go, lekko się z nim drażniąc.

Dziwnie było się uczyć z gaworzenia maluchów, ale mało kto chciał otwarcie rozmawiać w obecności Jaia. Chłopak starał się pamiętać, że nie powinien czuć się tym dotknięty. W najlepszym razie uważano go za dziwadło.

Choć ciągnęła się za nimi bruzda stratowanej trawy, Stepowcy co i rusz schodzili z ubitej ścieżki, by zwinnie zbierać drobne bulwy, zioła, torebki nasienne i zboża, które wyrastały tu i ówdzie. Nie mógł się nadziwić, jak ich wprawione oczy potrafiły dostrzec subtelne różnice w kołyszącym się zielonym pledzie. Stanowili jedność ze swoją krainą.

Jai przypomniał sobie, jak głęboko Erica kochała swój lud - doświadczył części jej wspomnień po tym, jak spożył kamień duszy jej smoka. Powoli zaczynał to rozumieć.

Na myśl o Erice poczuł, jakby ktoś przekręcił mu wbity w serce nóż; zmusił się, by odepchnąć od siebie te myśli. W tym momencie nie mógł nic dla niej zrobić, jedynie żywić nadzieję.

Feng dokładał wszelkich starań, by nauczyć Jaia nowych słów, skoro ten poznał już dziecięce obelgi, które słyszał na okrągło. Nowy towarzysz chętnie dzielił się wiedzą; nawet kiedy się schylał, by zerwać zioła, wyjaśniał zastosowanie każdego znaleziska. Wtrącał pojęcia z mowy stepu, gdy tylko miał okazję. Jai słuchał uważnie, będąc pod wrażeniem głębi, z jaką towarzysz rozumiał ziemię oraz jej dary. No ale tak, Feng również był w połowie Stepowcem, podobnie jak on. I znał swoich rodziców, podczas gdy Jai... nie.

Jeden ze Stepowców zaczął nucić cichą melodię. Stopniowo dołączali do niego inni, a ich głosy przeplatały się ze sobą, tworząc zapadającą w pamięć harmonię. Jai nadstawił uszu, próbował wychwycić znajome słowa, rozpoznawał pojedyncze zwroty. Śpiewali o rozległym stepie, miłości do ojczystej ziemi i bogini Matki, która nad nimi czuwała.

Marszowa pieśń oczarowała chłopaka, urzekła go rytmiczną intonacją otaczających głosów. Czasem pozostawał po niej jedynie szept, a melodię podtrzymywał jeden głos, by za chwilę wybrzmieć głośniej, kiedy włączali się inni, a powietrze rozbrzmiewało chórem, który odbijał się echem w samej duszy stepu.

Jeśli sądzić po pąkach przebijających się spośród traw, nastała wiosna, a popołudniowe słońce było na tyle ciepłe, że Jai miał ochotę zdjąć okrycie. Zrobiło tak kilkoro członków plemienia, a ich skromność okrywały jedynie koraliki i warkocze. Jednak gdy tylko chłopak dotknął palcami skrawka tuniki, powstrzymało go sabińskie wychowanie.

Kiedy we dwóch z Fengiem się schylili, by lepiej przyjrzeć się bulwie leżącej pośród zadeptanej trawy, przesunął się nad nimi cień dużego khiro, przynosząc chwilową ulgę od skwaru.

Ta była jednak ulotna, bo Jai spostrzegł Zayna mierzącego go z góry groźnym spojrzeniem. Mężczyzna prychnął i się odwrócił, ale wcześniej jego wierzchowiec kopnął w kierunku Jaia stertę odchodów khiro.

Chłopaka kompletnie to nie ruszyło, albowiem Zima popędziła ku niemu, dzwoniąc łańcuchem - w końcu jej pan ją zobaczył.

Złapawszy ją w ramiona, Jai poczuł na skórze ciepło opalizujących łusek. Przycisnął smoczycę mocno do siebie. Na jedną krótką chwilę świat wokół nich zniknął, zostawiając ich samych, związanych miłością wymykającą się wszelkiej mowie.

I nagle czar prysł. Zayn pociągnął gwałtownie za łańcuch na szyi Zimy, wyrywając ją z ramion Jaia. Smoczyca się zadławiła, nie mogąc złapać powietrza, a w jej oczach pojawiły się strach i dezorientacja. Wbiła szpony w ziemię, rozrywała ją, aż upadła, ciągnięta po trawie niczym kawałek padliny.

Jai poczuł, że furia wykrzywia mu twarz.

- Draniu! - zawył na Zayna.

Wojownik się obrócił; dłoń oparł na rękojeści miecza, a w oczach błysnęło mu ponure wyzwanie. Choć nie odezwał się słowem, powietrze między nimi zaiskrzyło od niewypowiedzianej groźby przemocy.

Gniew Jaia groził wybuchem, ale widok Sindri przyglądającej się całemu zajściu zmusił go, by ugryźć się w język. W zamian odwrócił się plecami i splunął na trawę.

Teraz to Zayn się odezwał i warknął przekleństwo. Jai zdążył je już poznać.

- Mieszaniec!

Chłopak zignorował mężczyznę, ale pozostali Valorowie przyglądali mu się, aż Sindri ostrym tonem rozkazała wszystkim ruszyć dalej. Jai spróbował pomyśleć o Zimie, biorąc głęboki oddech. Skąd miał niby wiedzieć, czy Zayn nie zrobi jej tego, czego nie mógł zrobić jemu samemu?

Feng unikał spojrzenia Jaia, kiedy ten się z nim zrównał, ale wymamrotał pod nosem:

- Mądrze zrobisz, unikając gniewu Zayna. Jeśli Kidarowie cię nie zechcą, Valorowie mogą poszukać innego kupca, o ile nie będą mieli z ciebie pożytku. Takiego, który może nie być tak przyjazny. Albo życzeniu Zayna stanie się zadość i cię zabije.

Jai wzruszył ramionami na tę groźbę, bo wciąż tliła się w nim wściekłość, gdy wpatrywał się w plecy odjeżdżającego mężczyzny. Dopiero wtedy zauważył coś szczególnego.

Zayn nie trzymał wodzy. Mimo to khiro zdawał się poruszać samodzielnie, wymijając innych jadących w awangardzie wojowników, kiedy Zayn rozmawiał z towarzyszami.

Oczywiście. Zayn był związany z bestią - po co mu wodze? Jai przyjrzał się uważniej zwierzęciu.

Zastanawiał się, dlaczego khiro wojownika przewyższał rozmiarami pozostałe; ciężką sylwetkę porastało ciemne, splątane futro. Kopyta wielkości talerzy bez trudu utrzymywały wagę giganta, a ślimakowate uszy strzygły to w jedną, to w drugą stronę. Sama obecność bestii zdawała się budzić respekt, jakby uosobienie siły natury domagało się uznania.

- Dlaczego jest taki wielki? - zapytał Jai, próbując oderwać myśli od planowania kary, jaką wymierzy Zaynowi.

Zanim odpowiedział, Feng zerknął na wierzchowca wojownika.

- To alkhara, największy spośród khiroi... Coś jak lew stojący na czele stada lub alfa wśród wilkorów. Są większe, ciemniejsze i mają srebrne pasemko na ogonie. Alkhara to najsilniejszy i najbardziej dominujący przedstawiciel swego gatunku. Każde dzikie stado ma jednego. W przeciwieństwie do wielu plemion.

Jai spojrzał ponownie na imponującą bestię. Nic dziwnego, że ojciec wybrał alkharę jako sigil swojego plemienia. Przypomniał sobie teraz, jak Balbir użyła tego słowa co Feng. Ale już dawno zapomniał kiedy i dlaczego.

- A jak Zayn wszedł w posiadanie takiej bestii?

- Większość alkhar pośród naszych plemion rodzi się i dorasta oswojonych. Nasz lud je hoduje, żeby duszozwiązały się z wybranym wojownikiem, którego siła i mądrość są powszechnie szanowane. Ale czasem młody wojownik, taki jak Zayn, próbuje poskromić dzikiego alkharę w trakcie inicjacji, żeby się z nim związać.

- Czyli to na tym polega Ryt? - zapytał Jai.

- Nie zawsze, ale u niektórych jest to ujarzmienie bestii i podarowanie jej plemieniu. Zwierzę i tak zwykle do nich wraca. Większość tych, którzy podążają tą drogą, szuka łani khiro, bo te zwykle są mniejsze i bardziej uległe. Wojownik chcący się czymś wsławić może spróbować z bykiem. A Zayn... był najodważniejszy ze wszystkich. Schwytał alkharę i przyprowadził ją Valorom.

- Nie należał do tego plemienia? - zdziwił się Jai.

Feng pokręcił głową.

- Zayn i Sindri są sierotami. Przed laty założyli plemię, po czym zostali podbici przez Valorów. Sindri poślubiła poprzedniego przywódcę, a kiedy umarł, zajęła jego miejsce. I tak rządzi.

Jai zdał sobie z czegoś sprawę.

- Jak w takim razie mogą trzymać cię z dala od siostry? - zapytał. - Kto jak kto, ale oni powinni to rozumieć.

Feng spuścił wzrok.

- Traktują ją dobrze. Ale jestem dla nich zbyt cenny, więc trzymają mnie krótko. Bez mojej pomocy nie mogliby handlować z tyloma plemionami co teraz. Ani sprzedawać towarów kupcom z Cesarstwa Feniksa.

Jai wbijał wzrok w plecy oddalającego się Zayna, czując ponownie wzbierający w nim gniew. Feng dał mu kuksańca.

- Nawet o tym nie myśl - syknął. - Mało kto dysponuje taką mocą jak wojownik związany z alkharą. Nawet książę związany ze smokiem, tak jak ty.

W to akurat Jai nie wątpił. Wynikało z tego jedno - jeśli Zima nie nauczy się latać i nie urośnie trzy razy większa... nie miał szans na ucieczkę. W innym wypadku Feng już by to zrobił.

Jedyną nadzieją Jaia było odsprzedanie go plemieniu Kidara. Musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, by tak się stało.

- Od teraz będziemy rozmawiać jedynie w języku mego ojca - oznajmił Jai. - Muszę się go nauczyć, Feng.

- A więc będę cię uczył - odpowiedział tamten w mowie Ludu Stepu.

Rozdział 6

Przez resztę drogi pieśń wędrowała razem z nimi niczym kolejny towarzysz podróży. Zdawała się pobudzać Lud Stepu, dodawać mu energii na długie godziny. Nawet kiedy cichła, wciąż unosiła się w powietrzu.

Jai całym sobą pragnął zaśpiewać refren. Zamiast tego uczył się słów na pamięć, nucąc je pod nosem, a idący obok Feng go poprawiał.

Ostatnie godziny dnia spędził na rozmowach z tłumaczem, w tym czasie próbował poprawić swoją łamaną znajomość mowy stepu lub sithosi, jak zwali ten język Stepowcy.

Było to jednak trudniejsze od składania na wpół zapamiętanych słówek. Jai musiał oduczyć się większości tego, co uważał za oczywistość. Przecież nawet gdy myślał o własnym ludzie, używał tego właśnie określenia: Lud Stepu. Błąd.

Albowiem tworzyli oni Sythię. Byli dziećmi bogini Matki.

Z czasem zdał sobie sprawę, że sithosi to bogaty i poetycki język, pełen niuansów i subtelności, które stanowiły dla chłopaka wyzwanie. Docenił głębię więzi jego ludu z ziemią oraz to, ilu słów używali do opisania trawy, jej wysokości i stanów.

Feng opowiedział mu też o Matce, boskiej istocie, która troszczyła się o całą Sythię i ją chroniła. To ona była życiodajną siłą żywiącą rozległy step i lud, który zwał ową krainę domem. Według starożytnej opowieści przekazywanej z pokolenia na pokolenie Sythianie zrodzeni zostali z oddechu bogini i ulepieni z ziemi, po której stąpała. Ta starożytna więź ukształtowała ich nabożny szacunek do tych terenów.

Niemal z rozczarowaniem przyjął fakt, że słońce chowało się już za horyzontem, a Sindri zarządziła nocleg. Ku zaskoczeniu Jaia, pomimo długiego dnia w podróży Valorowie poruszali się z niesłabnącą energią. Wioska zdawała się sama wyrastać z ziemi, a wyćwiczone dłonie sprawnie rozkładały namioty. Najdziwniejsze było jednak to, że wszystko wydawało się chłopakowi osobliwie znajome.

Jai zorientował się, że stoi w samym środku wioski. Namioty wzniesiono względem siebie dokładnie tak samo jak o świcie, jakby osada w nietkniętym stanie została przeniesiona przez kawał stepu. Jedyny dowód ich podróży stanowiła ciągnąca się za nimi długa bruzda w trawie i zapach świeżo zdeptanych źdźbeł. Dużo bardziej chłopaka zainteresowała jednak inna wisząca w powietrzu woń, obietnica pożywnego posiłku, która ściągnęła go do serca wioski.

Krajobraz skąpany był w blasku zmierzchu, dzięki któremu cały obóz nabierał kojących, ciepłych barw.

Feng zaprowadził Jaia do ogniska, gdzie z bulgocącego kotła unosiła się para; aromat zawartości sprawiał, że aż ślinka sama ciekła. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety pochylali się i siekali, przekrawali oraz obierali owoce podróży, po czym wrzucali je do gulaszu pod czujnym okiem mądrej matrony; pomocnicy wykonywali każde polecenie wydane ruchem sękatych dłoni.

Dzień jeźdźców jednak jeszcze się nie skończył. Gdy piesi zajęli się obozem, wojownicy Zayna otaczali go szerokim łukiem, umiejętnie zaganiając pozbawione ładunku khiroi. Jai doszedł do wniosku, że trawę wokół wioski celowo tratowano, żeby uniemożliwić drapieżnikom, złodziejom lub obcym niepostrzeżone zbliżenie się do jej mieszkańców.

Niezłomni jeźdźcy kontynuowali patrol wzdłuż granic obozu, wypatrując daleko na horyzoncie jakichkolwiek sylwetek w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Rozległy step stanowił sanktuarium dla tych, którzy znali jego sekrety. Jednakże bez khiro, na którego grzbiecie można było się poruszać w tym bezkresnym morzu traw, nawet ktoś, kto tu dorastał, byłby równie bezradny co rozbitek na tratwie, pragnący dopłynąć gdziekolwiek w bezwietrzny dzień.

Jai zaczął się martwić o los Eriki i Huddytów. Bez wierzchowców będą zmuszeni karczować trawę tymi kilkoma toporami, które im zostały.

Khiroi naprawdę były najcenniejszą własnością Sythian i pełniły funkcję pojazdów, którymi przemierzano ten zielony bezmiar. Nawet teraz, kiedy pozwolono im odpocząć i się paść, zwierzętami zajmowały się dzieci i młodzież Valorów. Poprawiali warkocze w ogonach, czesali gęste futra kościanymi grzebieniami, przy czym nieustannie je sprawdzali, drapali i dotykali. Khiroi mruczały nisko z zadowoleniem, z uczuciem trącając nosami młodych opiekunów.

Jai trzymał się na skraju zgromadzenia, niepewny, czy byłby mile widziany przez młodszych Valorów. Navi skubała trawę w pobliżu; z tego, co widział, musiała być głodna.

Feng, zauważywszy wahanie towarzysza, skinął głową na zachętę. Jai podszedł więc do boku Navi, a na jego widok dzieciaki rozpierzchły się na wszystkie strony. Przejechał dłonią po szpakowatym futrze, dotykał palcami blizn, pamiątek po okrutnej przeszłości. Mięśnie zwierzęcia zadrżały pod dotykiem. Jednak gdy Navi łypnęła na chłopaka podkrążonym okiem, westchnęła głęboko z ulgą, jakby poznała, że to on, i się o niego oparła.

Przywarł do niej blisko i przytulił, wdychając wilgotną zwierzęcą woń. Żałował, że Zima nie może dołączyć do uścisku, ale wyczuwał, że znów została zakuta w namiocie Zayna. Pozostawała na krawędzi jego świadomości, dodając mu otuchy. Próbowała ukryć towarzyszący jej strach. Ale między nimi nie było już żadnych tajemnic, nawet jeśli starała się je zachować.

Dręczyły ją bowiem te same troski. Też się zastanawiała, co stało się z Ericą i Huddytami. Czy uciekli Magnusowi i jego najeźdźczemu legionowi? Czy zgubili się w morzu traw? Czy może wpadli w niewolę, tak jak Jai, i czekali na kupca, który zapłaci najwyższą cenę?

- Jai - odezwał się głos z akcentem.

Odwrócił się i zauważył Sindri, przyglądającą mu się z grzbietu swojego wierzchowca.

- Księżyc w pełni - powiedziała. - To dobry wieczór na przejażdżkę. Wsiadaj, synu Rohana. Przekonajmy się, jak daleko padło jabłko od jabłoni.

Rozdział 7

Jai przyglądał się Navi, której masztalerz poprawiał siodło, ale łania zdawała się bardziej zainteresowana skubaniem trawy niż świeżą skórą, którą ktoś właśnie włożył jej na grzbiet. Pomimo braku pochodni księżyc w pełni zapewniał Jaiowi wystarczająco dużo światła, by dostrzegł, że wokół zgromadziła się widownia złożona z dzieci i młodzieży Valorów. Dzięki słuchowi duszozwiązanego słyszał zawierane szeptem zakłady.

Masztalerz, wyczuwszy niepewność Jaia, mrugnął do niego i uklęknął, podstawiając mu złączone dłonie jako prowizoryczne strzemię. Jai się zawahał, po czym skorzystał z pomocy i dźwignął się na grzbiet Navi, mamrocząc podziękowania.

Navi zadrżała, a nogi ugięły jej się pod nieoczekiwanym ciężarem. Jai wstrzymał oddech. Ale drżenie przeszło w trzęsienie, zaś prychnięcia łani wyrażały wzburzenie; zwracała łeb to w stronę widowni, to Jaia.

Jednym płynnym ruchem Navi poderwała się do góry, kopiąc mocno przednimi nogami. Jai zamachał rękami i poleciał do tyłu, zanim się zorientował, że nie ma się czego złapać.

Lądowanie okazało się zadziwiająco miękkie. Dopiero kiedy śmiech zgromadzonych rozbrzmiał dłużej i głośniej, niż powinien, do chłopaka dotarło, że leży na stosie świeżego gnoju. Zazgrzytał zębami i starł łajno ze spodni. Jego duma ucierpiała mocniej niż on sam.

Podszedł do Navi raz jeszcze i przejechał ręką po boku khiro, wyczuwając blizny. Ufała mu, wiedział o tym; wystarczyło jej o tym przypomnieć.

Pamiętał, w jaki sposób Arjun przed laty uspokoił kulawego konia. Obydwaj byli jeszcze dziećmi. Jai przycisnął czoło do nosa Navi, oddychał jej oddechem, a ona jego; złapali wspólny rytm. Wyczuł przyspieszony puls zwierzęcia. Poczekał, aż zwolni.

Podniósł nogę i wskoczył na grzbiet Navi na tyle zwinnie, na ile potrafił. Wierzgnęła znowu, ale tym razem Jai był gotowy; przeniósł ciężar ciała do tyłu i złapał za gęste futro na jej szyi. Zarżała w akcie protestu, ale Jai ją uspokoił - nachylił się, by szepnąć jej coś na ucho.

Drżenie powoli ustąpiło; zrobiła pierwszy, ostrożny krok do przodu. Następnie kolejny i kolejny, jakby sprawdzała ich nową relację.

Na dźwięk tętentu kolejnego khiro Jai się odwrócił, akurat by zobaczyć, jak Sindri klepie Navi w zad. Samica pomknęła przez długą trawę, a świat rozmył się chłopakowi przed oczami. Serce pęczniało mu z radości, kiedy galopowali daleko; wiatr rozwiewał włosy, a nozdrza wypełniał zapach ziemi oraz zieleni.

Sindri jechała obok Jaia, jej śmiech niósł się w powietrzu, a długie czarne kosmyki płynęły za nią niczym ciemny proporzec.

Chłopak miał wrażenie, że zanim się zatrzymali, minęły wieki, jednak kiedy się odwrócił, nadal widział w oddali migocące płomienie obozu i nitki dymu na oświetlonym przez księżyc niebie.

Pomimo zwiększonej siły Jai zorientował się, że dyszy - nie tyle ze zmęczenia, co z euforii. Sindri zachichotała, a jej oczy zalśniły figlarnie.

- Spokojnie - doradziła, wskazując na dłonie Jaia zaciśnięte do białości na karku Navi. - Chyba że chcesz, żeby do reszty wyłysiała.

Jai odetchnął i puścił chwyt, po czym poklepał Navi po szyi; khiro parsknęła i schowała łeb w trawie, sapiąc z zadowoleniem. Sindri przyglądała jej się przez chwilę z łagodnym wyrazem twarzy.

- Tęskniła za tym miejscem - powiedziała. - Khiroi należą do bezkresu stepu. To cud, że taka stara matrona jak ona jeszcze daje radę. Ma serce. Poszczęściło ci się, że na nią trafiłeś. - Pociągnęła nosem i pochyliła się, by przejechać palcami po bliznach szpecących grzbiet Navi. - Musiałam się upewnić - wyjaśniła Sindri. - Żaden khiro, którego tak potraktowano, nie pozwoliłby się dosiąść swojemu prześladowcy. Ani nawet obcemu. Musiałeś do niej dotrzeć.

- Mogłaś po prostu zapytać - odparł Jai.

- Tak - przyznała Sindri, patrząc na niego badawczo. - Zaczynam to dostrzegać.

Odwzajemnił spojrzenie, próbując zachować spokój. Sindri skinęła po chwili, najwyraźniej usatysfakcjonowana tym, co dostrzegła. Sięgnęła pod siodło i rzuciła Jaiowi znajomy tobołek - jego torbę.

Chłopak odpiął ją z uśmiechem i z ulgą przyjął fakt, że kieł szablozębnego wciąż tam jest. Jednakże obojczyk ojca, dziennik Leonida i jego miecz zniknęły. Podniósł wzrok na Sindri, która uniosła dłonie w geście obronnym.

- Jako królowa Valorów mam prawo dzielić między nas wszelkie zdobycze - powiedziała. - Jeśli zostaniesz sprzedany, zwrócę ci je, albo raczej tym, którym cię sprzedam. Ale nie wcześniej.

Jai zacisnął zęby, sfrustrowany, że odebrano mu niemal cały dobytek. Skinął jednak głową. Jaki niby miał wybór?

- Feng nauczył mnie wielu rzeczy - zaczęła kobieta i wyciągnęła cienki dziennik Leonida spomiędzy futer. - Nawet pisma naszych wrogów. Biedny chłopak nie spał pół nocy, bo pomagał mi przeczytać tyle, ile zdołałam. - Popatrzyła na zapiski, jakby nie mogła się czemuś nadziwić. - To coś... - podjęła. - To albo dzieło genialnego fałszerza, albo artefakt o najwyższej wartości. To... - Urwała i schowała rękopis. - Wierzę ci, Jai - wyznała cicho, a w jej głosie brzmiało przekonanie. - Ale jestem jedną z niewielu. Mój brat... to twardy człowiek, którego zahartowały trudy naszego życia, zanim przejęłam tutaj władzę. Byliśmy jedynie Splamionymi sierotami, trzymali się od nas z dala nawet ci, którzy mogli okazać nam łaskę. Pamiętam czasy, kiedy żywiliśmy się trawą, żeby tylko napełnić żołądki. Żerowaliśmy na padlinie, wypatrywaliśmy myszołowów krążących w poszukiwaniu pożywienia. To dzięki niemu żyję. Pod bliznami, które nosi, kryje się lojalne serce. Tak jak u Navi.

Jai musiał słabo ukryć niedowierzanie, bo Sindri uśmiechnęła się znacząco.

- Posłuchaj, Jai. Zayn to groźny przeciwnik, ale jeszcze lepszy przyjaciel. Ze swoją potęgą i oddanymi wojownikami w zaledwie chwilę mógłby pozbawić mnie władzy. Zamiast tego jeździ dzień i noc i broni nas przed wilkorami. Nie oceniaj ludzi jedynie po ich najgorszych cechach.

Jai nie miał zbyt wiele do dodania. Zayn był dla niego tylko dręczycielem.

Zamiast tego spojrzał w dal. Uniósł brwi, kiedy dostrzegł światła migające na horyzoncie.

- Też je widzisz? - zapytała Sindri. - Zayn podążał za ich zapachem od kilku dni.

- Czy to Kidarowie?

Sindri wzruszyła ramionami.

- Ktokolwiek to jest, dogonimy ich za kilka dni. Poślę Fenga na pertraktacje, żeby się dowiedział, kim są, i zapytał, czy Kidarowie zapuszczali się w te strony. Inaczej nie będą chcieli z nami rozmawiać.

Jai zmierzył ją wzrokiem. Czy Splamionymi naprawdę aż tak pogardzano, że odmówiono by im wymiany nawet za własnego dziedzica? Sindri, jak zwykle przenikliwa, raz jeszcze spostrzegła wyraz twarzy chłopaka. Jai się napomniał, że musi bardziej uważać.

- Nikt nie handluje ze Splamionymi. Jedynie nas najeżdżają i sprzedają jako niewolnych. A to nasza siła.

- Jak to?

Sindri wskazała w kierunku obozu Valorów.

- Wielkie Plemiona spasły się w trakcie pokoju, Jai. Nie szanują dawnych zwyczajów. Sprzedają niewolnych na zachód, kupują drogie jedwabie, świecidełka i bibeloty ze wschodu. Jeśli chcesz się nauczyć życia Sythian, nie znajdziesz lepszych nauczycieli. Wsłuchaj się w naszą mądrość, Kidarowie bowiem nie są już tym samym plemieniem co niegdyś.

Odwróciła się i ponagliła khiro do kłusu.

- Jutro możesz jechać na Navi! - zawołała przez ramię. - Żebyś się nie zmęczył za bardzo przed zachodem słońca.

- Czemu mam się nie zmęczyć?! - krzyknął za nią Jai.

Wiatr przyniósł mu odpowiedź.

- Bo zaczynasz naukę.

Rozdział 8

Sindri nie czekała, by się przekonać, czy Jai zdoła zawrócić Navi; zostawiła go samego pod nieboskłonem rozświetlonym przez księżyc. Siedział przez chwilę na grzbiecie starej łani, pozwalając jej paść się miękką trawą, i wdychał nocne powietrze. Miał przed sobą Wielki Step w całej okazałości - rozkołysane trawy skąpane w srebrze i lśniące łąki.

Jego myśli raz jeszcze powędrowały ku Erice. Zastanawiał się, czy dotarła do ojczyzny. Czy Hanebal i jego bracia Huddyci powędrowali dalej na wschód, czy poszli za nią, do Dansków i ich Północnej Tundry.

Brakowało mu obecności dziewczyny. Nawet jej milczenia i tamtych wczesnych poranków, kiedy świat jeszcze spał, a Rufus pakował ich wóz.

Myśli o Rufusie również mu ciążyły. Czy olbrzym wygrał walkę z Magnusem? A może przywódca sekty Gryfiej Gwardii wciąż lata nad stepem, bez wytchnienia tropiąc królewskich potomków przeciwników Sabinów.

Jai zdał sobie sprawę, że być może nigdy nie pozna odpowiedzi na te pytania. Mógł mieć jedynie nadzieję, że im się powiedzie... i skupić się na tym, żeby i jemu się powiodło.

Tylko jedna z istot, które kochał, pozostała blisko. Zima uwięziona w życiu, którego dla siebie nie wybrała. Wiedział, że musiał zaskarbić sobie zaufanie Zayna - nie tylko ze względu na siebie, lecz przede wszystkim na Zimę. To właśnie Sindri dała mu do zrozumienia.

Wziąwszy głęboki oddech, wypełnił płuca rześkim nocnym powietrzem, chcąc przygotować się na czekające go wyzwania. Popędził Navi i piętami - tak jak nauczyli go kiedyś bracia - skierował ją w stronę obozu.

Po powrocie spostrzegł, że tylko Feng na niego czekał; młodzieniec stał przygnębiony na skraju wioski. Jai zsiadł z Navi, niezręcznie ześlizgując się do tyłu po jej zadzie; nagle mu ulżyło, że nie miał przy tym publiki.

- Jesteś - rzucił Feng niemal pod nosem. - A już zaczynałem myśleć, że nie wrócisz.

Jai poczuł przypływ wdzięczności wobec chłopaka. Tłumacz szybko stał się jego wiernym sprzymierzeńcem, który się o niego troszczył, choć równie dobrze z łatwością mógł się obrócić do niego plecami. W świecie, gdzie zaufanie stanowiło rzadki towar, Jai potrafił docenić wartość takiej przyjaźni.

- Dziękuję, Feng - rzekł, przytulając go. - Nie odszedłbym bez ciebie.

Oczy Fenga rozjarzyły się na te słowa.

- Naprawdę?

Jednak Jai ledwo zarejestrował odpowiedź towarzysza, bo za ich plecami w obozowisku aż zahuczało.

Mężczyźni i kobiety wymachiwali drewnianymi rydlami, wykopując bliźniacze jamy w środku wioski. Pozostali wbijali w ziemię bambusowe tyki, tworząc prowizoryczną zasłonę oddzielającą dwie dziury. Inni zaś uwijali się przy ogniskach i wrzucali do ognia bele suszonej trawy. Coś gotowali. Pytanie tylko co?

- Chodź - ponaglił Feng. - Musimy pomóc, bo inaczej nie będzie nam wolno skorzystać.

Jai z uśmiechem poklepał się po żołądku i ruszył za Fengiem, który szybkim krokiem skierował się ku wiosce.

- Dobry pomysł - przyznał Jai. - Konam z głodu.

Feng wyszczerzył się rozbawiony.

- Nie zrozumiałeś.

Jai czuł już ciepło bijące z ognisk; trzask płomieni zagłuszał rozmowy zebranych, a Valorowie uwijali się przy swoich zadaniach. Jaka potrawa wymagała takiego żaru?

Dopiero teraz chłopak zauważył, że mężczyźni kopali na dnie jam i wyciągali z ziemi kamienie. Dzieci odbierały je od nich i wrzucały do ognisk pod czujnym okiem starszych, dbających o ogień.

- Co...? - zdziwił się Jai.

Feng uciszył go i wskoczył do jamy. Jai poszedł w jego ślady - z głuchym mlaśnięciem wylądował na błotnistym dnie. Biorąc przykład z Fenga oraz pozostałych, grzebał dłońmi w ziemi, wyrywał głazy z jej ciasnego uścisku i podawał je dzieciom, które wyciągały po nie ręce. Pozostali wbijali bambusowe paliki w ścianę, powstrzymując napór gleby.

Feng się zaparł, by wyciągnąć niewielki głaz tkwiący w środku jamy; kiedy kamień opadł z powrotem w błoto, pozostali uśmiechnęli się znacząco.

Jai nabrał powietrza i przyzwał ostatnie drobiny many ze rdzenia. Działo się tyle, że miał jej niewiele - zaledwie to, co Zima przekazała mu w nocy, i jakieś okruchy, które kultywował, korzystając z techniki kolibrzenia, kiedy akurat nie rozmawiał z Fengiem.

Wystarczyło jednak, by wbił dłonie pod głaz, podniósł go ze stęknięciem i cisnął na zewnątrz.

Zignorował zaskoczone spojrzenia pozostałych i wrócił do pracy.

- Uwaga! - zawołał głos z góry.

Jai rozumiał już sithosi na tyle, żeby w samą porę odskoczyć w bok. Mała dziewczynka uśmiechnęła się do niego, kiedy miska węgli i żarzących się polan wpadła w błoto za jego plecami, skwiercząc i parując.

- Chodź. - Feng klepnął Jaia w ramię. - Zanim całkowicie zasypią jamę.

Do dziury wrzucano kolejne rozżarzone węgle, a kopiący szybko przysypywali je błotem i pokrywali cienką warstwą mułu rozprowadzanego równo po całym dnie.

Jai ledwie zdążył się przyjrzeć temu, jak to robili, bo zaraz wszyscy wyszli z dołu. Ktoś wyciągnął rękę w stronę chłopaka, a on przyjął ją zaskoczony.

Ktoś zaskakująco silny wyciągnął go z jamy, a on się potoczył - cały w błocie i popiele - po trawie. Osoba, która mu pomogła, zachichotała i szturchnęła go palcem u nogi.

Okazało się, że to ta sama dziewczyna, która obudziła go tego ranka; ta sama, która walczyła z Zaynem. Była piękna - nawet na tle wielu czarujących dziewczyn z obozu - miała długie rzęsy, twarz w kształcie serca i duże oczy, patrzące tak intensywnie, że Jai z trudem mógł odwzajemnić to spojrzenie bez uciekania wzrokiem w bok.

Posłała mu kuszący uśmiech i odeszła pospiesznie. Oglądając się za nią, Jai zauważył, że długi warkocz sięgał jej pośladków. A więc była niezamężna, jeśli to, co opowiadała mu niegdyś Balbir, było prawdą.

Poczuł ukłucie winy, kiedy odezwało się w nim uczucie do tej pory zarezerwowane jedynie dla Eriki. Eriki, która dokładnie w tym momencie mogła wpaść w łapy Magnusa.

- Ej, pomożesz? - zawołał Feng. - Zanim tu utonę?

Jai pospieszył na pomoc Fengowi stojącemu już po pas w wodzie, którą wlewano do jamy. Złapał go mocno i wyciągnął; we dwóch upadli na ziemię na zewnątrz, dysząc ciężko pośród ogólnego rozbawienia i chaosu.

- Po co węgle? - zapytał Jai, bezskutecznie próbując zetrzeć brud z dłoni.

- Węgiel oczyszcza wodę - wydyszał Feng. - Widzisz?

Jai wbił wzrok w łagodnie unoszącą się taflę. Feng miał rację. Barwa błota wciąż się utrzymywała, to prawda, ale widział dużo dalej, niż powinien.

Chwilę później do środka wrzucono rozgrzany do czerwoności kamień, a parująca woda plusnęła z sykiem. Za nim poleciał kolejny i kolejny.

Niedługo potem zamiast kamieni polecieli ludzie. Wołając i bucząc, nurkowali i rzucali się plackiem do szybko nagrzewającej się wody, do tego ochlapywali stojących obok, prawie jak dzieci. Nadzy jak w dniu narodzin, kompletnie niewstydzący się nagości; granice między ludźmi w różnym wieku i o odmiennym statusie momentalnie znikły w obliczu wspólnej zabawy.

Jai stał skrępowany na krawędzi basenu; pojął już, po co była ściana z bambusa - z drugiej strony dochodziły go pluski i śmiechy kobiet. Odwrócił się w stronę Fenga i zobaczył, że ten już się rozebrał i wślizgnął do wody.

Jai jęknął, ale wiedział, że potrzebuje kąpieli nawet bardziej niż inni. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję się umyć.

Wzruszywszy ramionami, ściągnął ubranie i rzucił je w błoto. Następnie wskoczył do basenu z taką gracją, na jaką było go stać.

Woda okazała się ciepła jak w dziecięcej kąpieli; z jękiem ulgi wypuścił bąbelki. Wynurzył się jednym płynnym ruchem i odgarnął włosy z oczu.

On i Feng trzymali się przy krawędzi zatłoczonego zbiornika, otoczeni przez silnych, pokrytych bitewnymi bliznami mężczyzn. Jai nie mógł się powstrzymać i policzył wojowników - w wieku nadającym się do walki było może z trzydziestu mężczyzn, z czego wszyscy otaczali Zayna.

Teraz do basenu weszli też młodzi chłopcy i starcy, którzy wcześniej wrzucili do środka kosze z posiekanymi ziołami.

Para nabrała miętowej, orzeźwiającej woni. Jai obserwował, jak mężczyźni wyławiali całe garście pachnących liści, miażdżyli je w dłoniach, a gęste mydliny spływały im po włosach. Zdziwił się, gdy zobaczył, że piana zbiera się na powierzchni wody.

- Juka - wyjaśnił Feng i sam zagarnął garść dla siebie. - Woda się mydli. Do tego dzika mięta, melisa lekarska i coś tam jeszcze.

Jai poszedł za przykładem Fenga i wycisnął liście na włosy; rozkoszował się jedwabistym dreszczem, który poczuł, gdy wcierał sobie wonne substancje w skórę głowy.

Kiedy otarł oczy, zauważył, że mężczyźni ustawiali się w rzędzie wokół krawędzi kąpieliska. Razem z Fengiem zajęli miejsce w szeregu. Bezzębny starzec wyszczerzył się do Jaia i delikatnie ustawił go w odpowiedni sposób.

Gdy każdy już stał tam, gdzie powinien, wszyscy wyciągnęli ręce, by zająć się włosami i warkoczami towarzyszy; używali do tego grzebieni, które ze sobą przynieśli. Palcami zwinnie rozplątywali kołtuny i wygładzali znoje codziennego życia. Cała ta scena była zaskakująco intymna, a Jai zaczynał rozumieć głębię zaufania, jakim ci ludzie się darzyli.

Sam starał się, jak mógł, choć jednocześnie jego też ciągnięto i drapano, mimo to starzec cmokał głośno z dezaprobatą. Feng zachichotał na widok nieporadności Jaia, ale podał mu kościany grzebień, z którego sam korzystał; jakiś młodzik wyglądał na zadowolonego, że uciekł spod ręki Fenga.

Nastał spokój. Słowa okazały się zbędne. Słychać było jedynie cichy plusk wody i trzask płomieni; para ulatywała pod upstrzone gwiazdami niebo.

Jai poddał się temu. Pozwolił, by świeży, ziołowy zapach oczyścił jego umysł i nozdrza. I jednocześnie... Zaczął duszooddychać.

Mana wypełniła mu płuca i popłynęła kanałami prosto do pustego rdzenia. Ledwie pierwsze krople dostały się do krystalicznego naczynia i spłynęły po ściankach aż na dno, już pomknęły do kończyn, by zagoić rozcięcia i zadrapania ostatnich kilku dni. Czy naprawdę minęło zaledwie kilka dni? Odnosił wrażenie, że z Portyku uciekł w poprzednim życiu.

Było niesamowicie. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się sobą. Problem polegał jednak na tym, że wiedział, że nie jest kompletny - raz jeszcze pożałował, że nie ma z nim Zimy. Biedna smoczyca tkwiła skuta łańcuchem w pobliskim namiocie; ale wyczuł, że przynajmniej dobrze ją nakarmiono.

Smoczyca nasłuchiwała uważnie ich więzi. Za pośrednictwem umysłu Jaia cieszyła się zapachami i doznaniami. Mimo że oddzieleni od siebie, pozostawali zespoleni o wiele mocniej niż przed jego wywyższeniem.

I wtedy, jak na jakiś niewidoczny sygnał, ludzki łańcuch się rozpadł, a mężczyźni rozproszyli się niczym zmarszczki na powierzchni wody. Jai zaintrygowany przyglądał się, jak wojownicy zbierają muł i węgle z dna jamy - tworzące ciemną, gęstą mieszankę - i nacierają się nią, po czym zeskrobują ją ze skóry odwrotną stroną grzebieni.

Niektórzy dla zabawy obrzucali twarze i ramiona kolegów pacynami błota. Robili to z braterskiej miłości. Ale nikt nie zrobił tego Jaiowi.

- No dalej - odezwał się Feng. - To niesamowite.

Jai sam nabrał więc garść mułu i w tym samym momencie pochwycił złowrogie spojrzenie Zayna. Światła płomieni tańczyły na twarzy poprzecinanej dawnymi bliznami. Delikatnym skinieniem głowy dał znak Jaiowi i Fengowi, żeby podeszli. Serce Jaia stanęło; zawahał się, ale wiedział, że zignorowanie zaproszenia zostałoby potraktowane jako obelga.

Ręka Fenga, która popchnęła Jaia w plecy, dokonała wyboru za niego, więc brodząc, ruszył w kierunku zebranych wojowników.

Zayn nawet na moment nie spuścił Jaia z oka, a jego twarz nie wyrażała żadnej emocji. Pozostali zamarli, w powietrzu zawisło napięcie. Atmosfera, jeszcze przed momentem wesoła i hałaśliwa, natychmiast zgęstniała.

Jai czuł się tak, jakby szedł na ścięcie. Przełknął z trudem ślinę pod bacznym wzrokiem mężczyzn naznaczonych bliznami po wielu bitwach. Pośród wojowników z odsłoniętymi torsami bladość skóry Jaia oraz Fenga jeszcze bardziej rzucała się w oczy.

Zayn wyciągnął rękę, oferując Jaiowi hojną porcję mieszaniny błota z węglami. Gest stanowił zarówno zaproszenie, jak i wyzwanie. Jai spojrzał Zaynowi w oczy i przyjął podarunek, po czym drżącymi dłońmi zaczął wcierać mieszankę w skórę.

Następnie Zayn zwrócił się w kierunku Fenga. Kiedy jednak chłopak wyciągnął rękę, Zayn pozwolił, by błoto wyślizgnęło mu się spomiędzy palców i wpadło do wody z drwiącym pluskiem. Wśród zebranych rozległ się chichot.

Jai wypuścił powietrze nosem i prowokacyjnie cofnął się o krok, co spotkało się z pogardliwym prychnięciem ze strony Zayna. Chłopak pozostał niewzruszony. Jakakolwiek gałązka oliwna wyciągnięta w jego stronę nie znaczyła nic, jeśli nie obejmowała również Fenga.

Wojownik bawił się nimi, chcąc po prostu ich podzielić. Jai się schylił i zebrał garść błota dla Fenga. Gdy to robił, jednocześnie obrócił się plecami do Zayna, czym zasłużył sobie na gniewne spojrzenia świadków.

Pacyna błota trafiła go w tył głowy, a gdy się odwrócił, zobaczył wyszczerzonego Zayna. Co to niby miało być? Plemienna polityka była taka... fizyczna. W świecie, w którym Jai dorastał, lojalność zdobywało się pociągnięciem pióra, proklamacjami i dysputami w kuluarach. Polityka przez duże P. Lecz tutaj, w błocie, okazała się wybitnie namacalna. Dar ziemi, gest czesania włosów człowiekowi stojącemu obok. Szturchnięcie w ramię lub zignorowana drwina.

I w tym momencie Jai zrozumiał, dlaczego Zayn nienawidził Fenga. Bo chłopak nigdy mu nie oddał. Nie zbuntował się. Unikał spojrzenia tych, którzy mogli rzucić mu wyzwanie.

Zayn był mężczyzną szanującym jedynie siłę, odwagę w obliczu dręczyciela. Więc Jai postanowił mu ją pokazać.

- Kiedy ci powiem - mruknął cicho - opryskaj Zayna.

- Oszalałeś? - syknął w odpowiedzi Feng.

- Zrób to - nakazał mu Jai. - Jeśli narobię sobie kłopotów, Navi jest twoja.

Feng namyślał się przez chwilę. Potem skinął głową.

Jai opuścił dłonie - jedną nabrał błota, a drugą wykręcił pod wodą. Zayn, któremu paskudny uśmiech nie schodził z twarzy, spiął się na widok kucającego Jaia.

Chłopak znał niewiele zaklęć, a ćwiczył zaledwie dwa z nich. Cherlawy płomyk na nic by mu się tu nie zdał, ale zaklęcie cienia Balbir mogło pozwolić mu zaskoczyć Zayna.

Zaczerpnął many i poczuł, jak przez niego przepływa.

Zielone światło błysnęło pod wodą, a ciało Jaia zdrętwiało. A potem łuna zgasła.

Zayn wytrzeszczył oczy.

- Teraz! - warknął Jai.

Woda chlusnęła, na chwilę rozpraszając Zayna. Jaiowi starczyło akurat czasu, by skoczyć do przodu i plasnąć potężnego mężczyznę prosto w twarz.

Chłopak stał i patrzył, jak Zayn ociera błoto z oczu; odrętwienie spłynęło po ciele Jaia - właśnie zużył ostatnie resztki many.

Zapadła cisza, a Jai uśmiechnął się niepewnie do Zayna. Wojownik wyglądał na rozjuszonego. Chwilę potem jednak ryknął śmiechem, złapał Jaia pod pachę i knykciami potargał mu włosy.

Przyglądający się całemu zajściu mężczyźni z początku niepewnie przyłączyli się do ogólnej wesołości, a jeden nawet klepnął Fenga w ramię.

- Dobre! - zawołał Zayn łamanym wysokocesarskim. - Bardzo dobre!

Rozdział 9

Ranek nastał aż za szybko; Jai jęknął i się podniósł, gdy róg khiro odezwał się na pobudkę. W nocy nawiedził go gobelin snów tkanych nicią tak żywą, że zdawały się prawdziwe.

Jai czuł na języku skruszały smak wiewiórki; to Zima śniła o gęstym lesie, w którym się wykluła. Wspomnienie było tak intensywne, jakby to sam Jai przemykał przez usłane liśćmi poszycie, czuł wiatr na łuskach, a jego serce galopowało od dreszczu polowania.

Chłopak usiadł, zanim piękna Valorka zdążyła do niego podejść - dziewczyna weszła już do namiotu, żeby obudzić głuchych starców, którzy nie słyszeli rogu. Tym razem przyniosła coś Jaiowi i położyła to obok niego, dyskretnie się uśmiechając. Był to stosik ubrań; nie musiał dłużej chodzić w szmatach, które nosił od przybycia tutaj.

Jai poczuł ukłucie winy, kiedy odwzajemnił uśmiech; gdzieś na krawędzi świadomości zobaczył rozjaśnioną twarz Eriki.

Otrząsnął się z tych myśli i skorzystał z okazji, by obejrzeć ubrania pod światłem. Był wdzięczny dziewczynie i nie potrafił powstrzymać uśmiechu, kiedy zobaczył garbowaną jasnobrązową skórę i tkaną ręcznie wełnę; strój uszyty został tak, by stawić czoła żywiołom.

Nie pamiętał już, kiedy ostatnio miał na sobie czyste ubrania.

- Jak ci na imię? - wypalił, próbując mówić w języku, w którym nie rozmawiał z nikim z wyjątkiem Fenga, a i to ledwo.

Posłała mu uśmiech i pokręciła głową, namawiając starszą kobietę, by podniosła się z pledu, po czym pokazała Jaiowi, by wyszedł.

- Kiran - rzuciła, kiedy on zmrużył oczy od słońca. Wyszczerzył się i pospieszył za namiot, gdzie przebrał się tak szybko, jak potrafił.

Ulżyło mu, gdy ciało rozgrzało się w nowym stroju, i niemal westchnął z wygody. Znów czuł się prawie jak człowiek. Skórzane spodnie okazały się miękkie i gwarantowały swobodę ruchów, podczas gdy wełniana tunika była przyjemna i ciepła.

Jai spostrzegł, że Valorowie nie tracili czasu - wioska znikała na jego oczach. Pospieszył do miejsca, gdzie szykowano khiroi do kolejnego dnia podróży. Pośród krzątających się mężczyzn i kobiet zastał Fenga trzymającego wodze Navi. Khiro została już osiodłana, a pod skórzanym siodłem miała barwne, wzorzyste płótno.

Zamiast do wędzidła wkładanego między zęby cugle przymocowano do dopasowanej uprzęży, którą założono zwierzęciu na pysk. Jai wiedział od braci dość na temat koni, by się zorientować, że to nietypowe rozwiązanie. Wyciągnął rękę i dotknął rzemieni; uprząż kończyła się tuż za pyskiem Navi.

- Bez wędzidła? - zapytał zaciekawiony Jai.

- Spróbuj powstrzymać khiro przed popasem - odpowiedział Feng - to przegryzie każde wędzidło.

Jai zerknął z niepokojem na siodło, świadom spojrzeń rzucanych mu przez pobliskich jeźdźców. Być może liczyli na powtórkę z wczorajszego przedstawienia. Chłopak ukradkiem sprawdził, czy w okolicy nie ma łajna khiroi, i dopiero potem ostrożnie wspiął się na grzbiet zwierzęcia.

Navi zatrzęsła się pod ciężarem Jaia, ale ten pochylił się do przodu i poklepał starą bestię po grubym karku. Zadrżała po raz ostatni, prawie jakby wzruszała ramionami, po czym schyliła łeb i wróciła do skubania trawy.

- Pamięta. - Zza pleców Jaia dobiegł głos Sindri.

Chłopak zakląskał językiem i machnął wodzami, próbując obrócić Navi w kierunku Sindri. Musiał pociągnąć z całej siły, żeby oderwała się od posiłku; samica stanęła szerzej na nogach, zawzięcie stercząc w miejscu.

Sindri cmoknęła z dezaprobatą i podprowadziła własnego khiro obok Jaia.

- Powinieneś być bardziej delikatny - doradziła mu. - Łanie khiro to nie alkhary, które twardą ręką trzeba zmusić do posłuszeństwa. Musi być szanowana, a w zamian będzie szanować ciebie. Pozwól jej jeść, jeśli nie jest gotowa do drogi. Dopóki nie będzie szanować cię na tyle, by pójść, dokąd chcesz.

Jai poczuł ukłucie winy i puścił luźno wodze. Navi prychnęła i pociągnęła za cugle nieco mocniej, niż musiała, pochylając głowę, by się pożywić.

- Myślałem, że mam na nią sposób - przyznał, odrobinę nadąsany.

- Ha! - zawołała Sindri. - Jeśli chcesz, żeby pokazać ci twoje miejsce, możesz na mnie liczyć. Jesteś smarkaczem dosiadającym starej łani, na której ktoś dawniej jeździł. Nigdy nie ruszy szarżą do ataku ani nie stratuje twoich wrogów. Spróbuj dosiąść nieoswojonego byka, nie mówiąc o dzikim alkharze. To zupełnie inna bestia.

Choć przemowa płynęła z dobroci serca, Jai usłyszał w głosie kobiety lekceważenie. Skrzyżował ręce; pierwsi jeźdźcy zagłębili się już w łany traw.

- No już, jedź za pozostałymi - powiedziała Sindri. - Wojownicy będą jechać na czele, na wypadek zasadzki. Kiedy w pobliżu przebywa inne plemię, najlepiej zachować ostrożność. Zabierz ze sobą Fenga. Czas, żeby on też się czegoś nauczył.

Usłyszawszy to, Feng wgramolił się na siodło za Jaiem. Siedzieli tak we dwójkę, a Jai był tak skonsternowany, że nie wiedział, czy ma pociągnąć za wodze, czy nie. Zamiast tego wpatrywał się w dwie jamy w ziemi, które rzucały się w oczy dużo bardziej niż ślady po poprzednim obozowisku. Jeszcze dziwniejsze wydało mu się to, że kilka starszych osób z wioski rozsiewało ziarno wzdłuż krawędzi dziur po basenach, inni zaś klękali i modlili się do bezkresnego nieba nad głowami.

- Co oni sadzą? - zapytał Jai. - Raczej mało prawdopodobne, że będziemy znów tędy przejeżdżać, prawda?

- Robią to w nadziei, że to miejsce stanie się oazą - wyjaśnił Feng. - Dla bestii stepu lub dla innego plemienia, a może nawet potomków samych Valorów. Miejsce, gdzie będzie zbierać się woda, gdzie bambusy i drzewa będą mogły konkurować z zachłanną trawą. Niektórzy mawiają, że bez Sythii nie ostałoby się nic poza khiroi i trawą. Starsi sadzą więc rośliny, których nigdy nie ujrzą. To ich zwyczaj.

"To m ó j zwyczaj" - pomyślał Jai, przyglądając się temu z fascynacją. Nagle przyszło mu do głowy, że chciałby kiedyś ujrzeć to miejsce za miesiąc lub za kilka lat. Być może któregoś dnia dane mu będzie zobaczyć jedną z takich oaz, dojrzałych i rodzących owoce, bogatych we florę.

Ostatecznie to nieobecność pozostałych khiroi nakłoniła Navi do zaprzestania popasu. Jai nie mógł powstrzymać ekscytacji, kiedy dudniącym krokiem popędziła równiną, by dogonić wojowników jadących przed nimi.

Kawaleria Valorów składała się z około pięćdziesięciu mężczyzn i kobiet na khiroi; część z nich stanowili młodzi - nawet nieco młodsi od Jaia - a część siwi starcy, którzy jeszcze tego ranka mogli dzielić z nim namiot. Niewielu było w kwiecie wieku - to samo tyczyło się khiroi - poza małą, zżytą grupą trzymającą się Zayna, swojego przywódcy, jadącego na czele pochodu.

Uzbroili się jak do bitwy, ale zaledwie kilku dzierżyło słynne falxy Sythian. Większość miała rozmaitą broń - topory, włócznie, krótkie ostrza. Ich stroje nie różniły się zbytnio od tego, który nosił Jai, jeśli nie liczyć dodatkowej warstwy skórzanych napierśników, nagolenników i innych fragmentów zbroi zdobytych w przeszłych bitwach.

Kiran, duszozwiązana, z którą siłował się Zayn, należała do jednych z najlepiej wyekwipowanych. Jej zbroja, podobnie jak Zayna, zdawała się symbolizować status. Wyróżniała dziewczynę jako wojowniczkę, z którą należało się liczyć.

Ku irytacji Jaia Zimy nie było z nimi - dzieci prowadziły ją z tyłu niczym psa. Pewnie by coś powiedział, gdyby nie fakt, że wyczuł zadowolenie małej smoczycy rozrabiającej w wysokiej trawie i szukającej w niej przekąsek. Pogodził się więc z czekającym go dniem jazdy, próbując odgadnąć, jakie szkolenie mogła mieć na myśli Sindri.

Przez jakiś czas podróżowali w milczeniu; cichy świt pomalował świat ochrą. Dopiero kiedy ptaki zaczęły ćwierkać, za ich plecami rozległa się pierwsza pieśń marszowa, a ludzie podjęli rozmowy.

Choć Jai nie rozumiał wszystkiego, zorientował się, że potrafi wychwycić sens tego, o czym mówili. Powoli przyzwyczajał się też do ich akcentu. Każdy fragment konwersacji, który zdołał odszyfrować, traktował jak drobny triumf.

Mijały godziny, więc Jai skorzystał z okazji, by duszooddychać. Uznał, że może być to trudne, bo nadal uczył się jazdy na Navi, a jego plecy podskakiwały z każdym krokiem. Feng, który ciasno obejmował go ramionami, jedynie wszystko utrudniał. Wydawało się jednak, że ciało Jaia samo potrzebowało many; duszooddychając, instynktownie odnalazł właściwy rytm. Połączył się nawet z Zimą, która bardzo za nim tęskniła i mimo wszystko pomogła mu w kultywacji many poprzez przesłanie własnych skąpych zapasów.

Jai zawsze czuł się winny, kiedy się orientował, że lojalna towarzyszka napełniała częściowo jego rdzeń - wiedział, że bez własnej many sama będzie znacznie słabsza.

Lecz złote okruchy niczym balsam wypływały z rdzenia chłopaka, zacierały wspomnienie niewygody i bólu przerwanego snu oraz napełniały ciało zupełnie nowym rodzajem energii.

Był tak wdzięczny Zimie, że postanowił poprosić Zayna o możliwość zobaczenia się z nią. Przecież po tym, jak ostatniej nocy nawiązała się między nimi więź, mężczyzna na pewno to zrozumie...

Jakby czytając mu w myślach, Zayn pogalopował w stronę Jaia i zrównał imponującego alkharę z chłopakiem. Jeździec i wierzchowiec robili wrażenie, a bestia dorównywała wzrostem Zaynowi. Navi wyglądała przy niej prawie jak dziecko, bo była mniejsza od reszty khiroi - lata niedożywienia odcisnęły na niej piętno.

Ciemne futro potężnego stworzenia lśniło w wiosennym słońcu, a kiedy Zayn zwolnił obok Jaia, zwierzę prychnęło, chcąc odsunąć się od dziwnej khiro, której nie znało. Navi pozostawała jednak niewzruszona, z zadowoleniem skubała trawę, jakby kompletnie nie zauważyła obecności wielkiej bestii.

- Za mną - rozkazał Zayn ostrym głosem.

Tłumaczenie Fenga utonęło w fontannie ziemi, która wzbiła się w powietrze, gdy alkhara ruszył naprzód; Jai w sumie nie potrzebował przekładu. Rozumienie Valorów przychodziło chłopakowi z coraz większą łatwością. Problemów wciąż przysparzało mu jednak znalezienie własnych słów.

Rozkaz podzielił straż przednią Valorów - większość wojowników została w tyle, za to Zayn i jego świta wysunęli się jeszcze bardziej naprzód. Jai nie zdążył się nawet zastanowić, czy polecenie zostało skierowane do niego, Navi bowiem rzuciła się za nimi; skłonność łani do rywalizacji nie pozwoliła jej odstawać od reszty.

Nawet teraz gdzieś z tyłu głowy krążyły Jaiowi opowieści Fenga, jakoby Zayn pragnął władzy, którą dzierżyła jego siostra, a także pogłoski o bezlitosnej ambicji wojownika. Gdy jechali przed siebie, chłopak przyłapał się na tym, że obserwuje otaczających go jeźdźców, próbując wyczytać coś z ich twarzy. Na próżno.

Niemal zatęsknił za intelektualnymi potyczkami na dworze Sabinów, gdzie jedno spojrzenie potrafiło wyrażać więcej niż tysiąc słów.

Wkrótce plemię Valorów stało się jedynie odległą plamą, a bezkresna równina niemal pochłaniała Jaia i Navi. Im dalej jechali, tym bardziej narastały jego obawy - do tego stopnia, że niemal podskoczył, kiedy Zayn dał znak do zatrzymania; alkhara zwolnił bez najmniejszego ruchu cugli. Jai poszedł za jego przykładem, Navi dyszała ciężko.

Pozostali jeźdźcy wydawali się niezainteresowani, skanowali za to wzrokiem horyzont, jak to Valorowie mieli w zwyczaju. Jeśli Zayn miał jakiś plan, Jai założył, że jeszcze ich weń nie wtajemniczył. Jeszcze nie.

Wojownik zsiadł z wierzchowca i pokazał Jaiowi, by zrobił to samo.

- Idzie - powiedział znów w wysokocesarskim z silnym akcentem; pstryknął palcami i wskazał na ziemię. - Idzie, idzie.

Jai zeskoczył na ziemię; wyciągnął rękę, ale zaraz ją cofnął, bo nie znalazł ostrza, po które instynktownie sięgnął.

Dopiero kiedy odeszli trochę od pozostałych, Zayn odezwał się ponownie:

- Ty - powiedział. - Ja. Uczyć.

Jai przytaknął z uśmiechem. Namyślał się przez chwilę, po czym spróbował w sithosi:

- Ty uczyć mnie talvir? - zapytał, kiwając głową. - Tak. Będę pracować ciężko.

Zayn przybrał zaskoczony wyraz twarzy, a potem ponuro pokręcił głową.

- Nie - burknął już w sithosi. - T y nauczysz mnie... zaklęcia.

Gdy zrozumiał, o co chodzi, Jai poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. To nie była lekcja...

Tylko wymuszenie.