Więzień spoglądał wyzywająco.
Jomo Ketlamiego przykuto kajdanami do ściany. Został odarty z odzienia i zarazem godności na polecenie Puga, który się domyślał, że część tatuaży pokrywających śniade ciało więźnia pośród czarnych, białych, czerwonych i żółtych tajemnych symboli kryje zaklęcia ochronne.
Ketlami był potężnie zbudowanym mężczyzną. Trzem chłopcom stojącym z tyłu pomieszczenia wydawał się dość silny, by rozerwać żelazne kajdany. Jego głowa, ogolona na łyso, błyszczała od potu. Miał byczy kark i szerokie ramiona, a na obnażonym tułowiu prężyły się węzły muskułów. W czarnych oczach nie widać było choćby cienia strachu. Na swoich dozorców jawnie szczerzył zęby.
Przed drzwiami straż pełniło sześciu wyznaczonych ludzi, a wewnątrz czuwał Magnus, na wypadek jakiejś magicznej interwencji mającej na celu bądź uratowanie więźnia, bądź jego uciszenie. Caleb z synami stał pod przeciwległą ścianą, na uboczu.
Do środka weszli dwaj mężczyźni. Byli to Pug i Nakor.
Magnus zapytał ich:
– A gdzie Bek?
– Na zewnątrz, czeka na moje wezwanie – odparł Nakor. – Nie powinien tego oglądać.
Magnus zerknął na brata, zadając mu nieme pytanie: „A ci chłopcy powinni?”. Caleb skinął głową. Starszy syn Puga przyjrzał się badawczo jego twarzy, po czym odpowiedział takim samym krótkim skinieniem. Jak dotąd, chłopcy nie zawiedli, okazując w chwili próby żelazną wolę i nieustraszoność, będące cechą typową dla młodości, ale w ich wypadku coraz częściej ustępujące trzeźwej ocenie czyhających na nich zagrożeń, dzięki czemu młodzieńcza pyszałkowatość zamieniała się w prawdziwą odwagę. Wszelako walka to jedno, a tortury – całkiem co innego.
Kiedy przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał, Ketlami nie wytrzymał i krzyknął do Puga:
– Równie dobrze możesz pozbawić mnie życia już teraz, magu! Wiąże mnie przysięga milczenia złożona Gildii i wszystkie sekrety zabiorę ze sobą do krainy Lims-Kragmy!
Zamiast odpowiedzieć, Pug odwrócił się do drzwi, przez które weszli kolejni dwaj mężczyźni. Chłopcy przesunęli się w lewo, przyciskając do tylnej ściany ciasnego pomieszczenia, aby zrobić miejsce nowo przybyłym.
Jeden z nich miał twarz zakrytą czarnym skórzanym kapturem i wyblakłą tunikę pokrytą zastarzałymi plamami. Tad posłał ukradkowe spojrzenie swoich dwom kompanom i z ich min wywnioskował, że wszyscy zgadzają się co do natury tych plam. Kat zatrzymał się tuż przed więźniem, podczas gdy drugi z mężczyzn stanął obok Puga.
Był średniego wzrostu i miał brązowe włosy, ale poza tym nie dało się o nim powiedzieć nic konkretnego, nie nosił żadnych znaków szczególnych i niespecjalnie rzucał się w oczy. Ubrany był w koszulę i spodnie zwyczajne dla kupców czy wieśniaków, a na stopach miał skromne skórzane buty. Wpatrywał się w więźnia, który nagle obrócił głowę i skrzyżował z nim spojrzenia. Oczy Ketlamiego najpierw się rozszerzyły, a potem zamknęły. Przez jego twarz przebiegł wyraz bólu. Na czoło wystąpiły mu świeże krople potu, z ust dobyło się warknięcie: na wpół cierpienia, na wpół gniewu.
– Wynoś się z mojej głowy! – wykrzyknął, a następnie roześmiał się triumfująco i powiedział: – Chyba będziesz musiał bardziej się postarać!
Pug spojrzał na stojącego obok niego mężczyznę z milczącym pytaniem. Ów odwzajemnił spojrzenie, skinął głową i znów wpatrzył się w Ketlamiego.
W tej samej chwili Pug polecił: – Zaczynaj – na co kat błyskawicznie postąpił krok w przód i wraził pięść prosto w brzuch więźnia. Wrócił na swoje miejsce, podczas gdy Ketlami mrugał załzawionymi oczami i łapczywie chwytał powietrze. Moment później więzień wziął głęboki oddech i zapytał:
– Bicie? Co jeszcze dla mnie macie? Rozgrzane żelazo i kleszcze?
Kat ponownie uderzył więźnia w brzuch, tym razem dwukrotnie w bardzo krótkim odstępie czasu, i nagle zawartość żołądka bitego znalazła się na podłodze.
Jommy rzucił swoim towarzyszom ponure spojrzenie. Wszyscy trzej szkolili się w walce wręcz i na dość wczesnym etapie poznali, co znaczy dwukrotne uderzenie w brzuch. Zdrowy mężczyzna był w stanie znieść pojedyncze uderzenie i nawet nie zmylić kroku, ale dwa uderzenia wymierzone szybko jedno po drugim, tak że mięśnie nie miały czasu na dojście do siebie, oznaczały, że każdy zwijał się wpół, tracąc ostatni posiłek.
Magnus, Caleb, Pug i Nakor stali niewzruszeni, przyglądając się charczącemu Ketlamiemu. To był zaledwie początek dłuższego procesu mającego na celu złamanie więźnia i uzyskanie informacji, na której im zależało, mianowicie obecnego miejsca pobytu wielkiego mistrza Nocnych Jastrzębi.
Wszyscy zachowali milczenie, gdy kat na odlew rąbnął Ketlamiego w twarz, co było raczej obelgą niż próbą uczynienia mu krzywdy. I rzeczywiście, więzień tylko znowu zamrugał oczami i przybrał jeszcze bardziej wyzywającą minę.
Caleb odwrócił się i szepnął do chłopców:
– Trochę potrwa, zanim zrozumie swoje beznadziejne położenie. Jest silnym mężczyzną, a co więcej, fanatykiem...
Trzej młodzieńcy stali, nie mówiąc słowa, i z ponurymi minami przyglądali się temu, co działo się w lochu. Kat był niezwykle metodyczny i nigdzie się nie śpieszył. Raz po raz uderzał więźnia, po czym dawał mu chwilę wytchnienia. Następnie znów bił po twarzy, po tułowiu, po nogach.
Po prawie półgodzinie takich powolnych tortur Jomo Ketlami zwisał z kajdan, niezdolny do samodzielnego stania. Wydawało się, że jest na krawędzi utraty przytomności.
– Ocuć go – polecił Pug.
Kat skinął głową i przeszedł w kąt pomieszczenia, do stołu z wyłożonymi na blacie różnorodnymi narzędziami jego fachu. Sięgnął do jednej z toreb i wyjął ze środka małą fiolkę. Wracając do wiotkiej postaci przy ścianie, odkorkował fiolkę i podetknął ją pod nos więźniowi. Ketlami rzucił głową do tyłu i głośno zaczerpnął tchu, po czym cicho jęknął.
– Gdzie ukrywa się twój pan? – zadał mu pytanie Pug.
Ketlami uniósł głowę, aby na niego spojrzeć. Oczy miał spuchnięte, tak że mógł patrzeć najwyżej przez szparki między powiekami, wargę zaś rozciętą. Mimo że ledwie mówił, nie spokorniał ani trochę.
– Nigdy mnie nie złamiecie, magu. Lepiej każ mnie zabić i miejmy to z głowy.
Pug zerknął na stojącego obok niego człowieka, a ten prawie niezauważalnie pokręcił głową.
– Kontynuuj – polecił mu Pug.
Kat odłożył fiolkę do torby, po czym stanął naprzeciwko więźnia. Ketlami patrzył na niego dziko. Kat nieoczekiwanie zgiął nogę w kolanie, trafiając unieruchomionego mężczyznę w krocze. Ketlami opadł w łańcuchach bez sił, walcząc o oddech.
A potem kat wrócił do metodycznego bicia.
Pod koniec drugiej godziny Tad sam ledwie trzymał się na nogach. Przy każdym uderzeniu krzywił się nieznacznie. Caleb przez jakiś czas obserwował zachowanie swego przybranego syna, po czym gestem nakazał mu wyjść ze sobą. Machnięciem ręki powstrzymał Jommy’ego i Zane’a, którzy ruszyli za nimi.
Za drzwiami, w długim korytarzu obstawionym po obu stronach strażnikami, z plecami przy ścianie kucał Ralan Bek. Dziwny i niebezpieczny młodzian został oddany pod pieczę Nakorą i wydawał się zadowolony z takiego układu.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Tada Caleb.
Chłopak wciągnął powietrze głęboko do płuc, po czym wolno je wypuścił.
– Chyba nie – odparł. – Jak wiesz, widziałem parę bójek, ale to...
– ...coś zupełnie innego – dokończył zań przybrany ojciec.
Tad zaczerpnął tchu.
– Wiem, kim on jest, ale...
Caleb spojrzał mu prosto w oczy.
– To jest brutalne. I złe. Niemniej tak trzeba. Wiesz, kim on jest: zabiłby ciebie bez namysłu, zabiłby mnie, twoją matkę i każdego innego człowieka, a potem spałby snem niewiniątka. Nie jest wart tego, byś miał przez niego wyrzuty sumienia.
– Wiem, Jednakże czuję się tak, jakby...
Caleb w nietypowym dla niego geście objął Tada ramiona i uścisnął mocno.
– Rozumiem cię, wierz mi, że rozumiem.... – Uwolnił przybranego syna z objęć. – Coś przez to tracimy i nie sądzę, byśmy mieli to kiedykolwiek odzyskać. Wszelako ci, którzy występują przeciwko nam, życzą źle tym, których kochamy, i dlatego należy ich powstrzymać. To, co dzieje się tam za drzwiami, może jeszcze trochę potrwać. Gdyby nie zdolności, jakimi dysponujemy, moglibyśmy tu stracić całe dnie. A tak ten człowiek wyzna nam to, co chcemy wiedzieć, za godzinę, góra dwie. Jeśli wolisz, możesz zaczekać tu, na zewnątrz.
Tad zastanawiał się przez moment nad tą propozycją, lecz w końcu potrząsnął głową.
– Nie. Być może któregoś dnia sam będę musiał zrobić coś takiego.
Caleb pokiwał głową, że ta część nauki umknęłaby Jommy’emu i Zane’owi.
– To prawda, która napawa mnie tym większym smutkiem.
Wrócili do lochu w chwili, gdy kat ponownie cucił więźnia. Caleb i Tad zajęli swoje miejsca wśród pozostałych, a Zane szepnął do nich:
– To już chyba nie potrwa długo?
Caleb odszepnął w odpowiedzi:
– Ludzie są odporniejsi, niż myślisz, gdy wierzą w to, o co walczą. Ten człowiek jest zdeprawowaną bestią, ale wydaje mu się, że służy wielkiej sprawie, i to czyni go twardym orzechem do zgryzienia. Porozmawiaj z Talwinem Hawkinsem... – nagle przypomniały mu się opowieści własnego ojca z czasu spędzonego w obozie pracy w Imperium Tsuranuanni – albo z dziadkiem na temat tego, co potrafi wytrzymać człowiek. Założę się, że będziesz zdziwiony.
Tortury trwały kolejną godzinę, aż wreszcie kat znienacka zaniechał wymierzania kar. Bez słowa zerknął na Puga, który skinął głową, a następnie odwrócił się do stojącego obok niego mężczyzny. Ów wykonał nieokreślony gest.
Wówczas mag polecił:
– Daj mu wody.
Kat usłuchał i podał więźniowi miedziany kubek. Wymęczony torturami Ketlani pił długo i najwyraźniej odzyskał siły, gdyż oderwawszy się od kubka, plunął katowi w twarz. Niewzruszony człowiek w czarnym kapturze tylko starł ślinę i popatrzył pytająco na Puga.
Mag zapytał więźnia raz jeszcze:
– Gdzie przebywa twój wielki mistrz?
– Nigdy ci nie powiem – odparł Ketlani.
Mężczyzna stojący obok Puga wyciągnął rękę i złapał go za przedramię.
– Mam – powiedział ściszonym głosem.
– Na pewno? – spytał Nakor.
– Na pewno – potwierdził mężczyzna.
Pug zaczerpnął tchu, po czym przyjrzał się Ketlamiemu. Nawet wykrzywione bólem rysy nie były w stanie ukryć wrogiego wyrazu jego twarzy. Mag wyrzucił cicho jedno słowo:
– Kończ.
Szybkim, zdecydowanym ruchem kat dobył ostrze zza pasa i wykonał zwinne cięcie skierowane w dół, naruszając arterię, która trysnęła fontanną czerwieni. Ketlami rozszerzył oczy ze zdziwienia.
– Co... – zaczął, ale zaraz poczuł krew w ustach i głowa opadła mu na pierś.
Nakor odwrócił się do trzech chłopców.
– Wystarczy przerwać dopływ krwi do mózgu i człowiek traci przytomność, zanim się zorientuje, że ktoś go ciął w szyję. Może wygląda to jak czyn rzeźnika, ale nie znam łagodniejszego sposobu na rozstanie się z życiem.
Jommy szepnął:
– Łagodny sposób czy nie, trup pozostaje trupem.
Pug gestem nakazał wszystkim opuścić pomieszczenie, gdy kat zabrał się do odpinania ciała od oków w ścianie.
Widząc wychodzących, Bek wstał i odezwał się do Nakora:
– Czy możemy już iść? Nudzę się.
Nakor skinął głową.
– Wkrótce czeka nas mokra robota – zapewnił podopiecznego, a odwracając się do Puga, dodał: – Spotkamy się na górze. – Ruszył przodem, wyprowadzając Beka z lochów.
Pomieszczenie, w którym torturowano Ketlamiego, znajdowało się w piwnicy jednego z magazynów Chezarula na obrzeżach Keshu. Martwy już Nocny Jastrząb został tam przetransportowany przez Magnusa mimo zagrożenia ze strony ocalałych członków Gildii Śmierci, wciąż działających w imperium. Magowie z Konklawe Cieni byli zdania, iż udało im się wytępić Nocne Jastrzębie na terenie całego imperium, jednakże brakowało im zupełnej pewności.
Pug odwrócił się do stojącego obok niego mężczyzny i zapytał:
– Gdzie?
– W warowni Cavell.
Pug zrobił zamyśloną minę, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
– Pamiętam – rzekł w końcu. – Dziękuję – dodał, gestem odprawiając zarówno jego, jak i strażników.
Po chwili w korytarzu stali już tylko Magnus, Caleb i chłopcy.
– Kim był ten człowiek, ojcze? – zainteresował się Caleb.
– Nazywa się Joval Delan. Choć nie należy do naszego zgromadzenia, jest winien Konklawe Cieni przysługę czy dwie. A przy tym to najzdolniejszy telepata, jakiego kiedykolwiek poznałem. Zamiast jednak używać swej mocy w imię sprawy, woli ją ukrywać z wyjątkiem tych momentów, gdy czerpie z niej zyski. – Popatrzył za oddalającym się mężczyzną. – Wielka szkoda. Mógłby nas wiele nauczyć. Spodziewał się, że umysł Ketlamiego będą chronić potężne zaklęcia, ale wiedział też, że prędzej czy później nie zdoła się powstrzymać od pomyślenia o tym, co tak skrzętnie starał się przed nami zataić. – Omiatając spojrzeniem trzech chłopców, dodał: – Stąd to całe bicie. Pamiętacie dziecięcą zabawę, w której się mówi: „Nie myśl o smoku w kącie?”. Otóż można się zmusić do niemyślenia o czymś przez naprawdę długi czas, jeśli jest się dobrze wyszkolonym i w pełni sił fizycznych i psychicznych, ale jak zaczną spadać ciosy, skrywana myśl koniec końców wyłoni się na powierzchnię umysłu. Stąd wiemy – zwrócił się bezpośrednio do syna – że wielki mistrz Nocnych Jastrzębi ukrywa się w warowni Cavell.
– W warowni Cavell? – zdziwił się Caleb. – Słyszałem o mieście Cavell, na północ od Lytonu, ale warownia...?
– Stoi od dawna opuszczona – rzekł Pug. – Wysoko w górach wznoszących się nad traktem. Z oddali zdaje się całkowicie wtapiać w otaczające ją skały, można ją dostrzec wyłącznie z drogi albo z rzeki, i to tylko wtedy, gdy wie się, gdzie patrzeć. Leży spory kawałek od miasta. Trzeba jej szukać, by ją znaleźć. Ostatni baron Corvallis porzucił ją, wybierając dla siebie inną siedzibę... ale to długa historia. Opowiem ją innym razem. Starożytna warownia strzegła sporej części traktu kupieckiego łączącego miasta Lyton i Sloop. Córka barona Corvallisa poślubiła mieszkańca Lytonu, z tego co wiem, plebejusza, i tak dekretem królewskim tytuł nie przeszedł na jej potomka. Później warownię wraz z przyległymi terenami otrzymał we władanie hrabia Sloop, mimo że bliżej było do Lytonu... Tak czy owak, warownia Cavell sprzyjała Nocnym Jastrzębiom już przed stuleciem i dopiero mój uczeń, Owyn Belfote, oraz człowiek księcia Aruthy, niejaki Jakub, rozprawili się z wiszącą nad tamtą okolicą groźbą.
Pug postukał się po brodzie palcem wskazującym, rozważając coś przez moment.
– Jak widać – podjął – uznali, że minęło dość czasu, by mogli znów wziąć warownię we władanie i zrobić z niej użytek. To niegłupia decyzja: nikt tam nie zagląda, nawet wieśniacy, z powodu pewnego przesądu, a zresztą dostać się tam to niemała sztuka. Po co ktoś miałby się pchać w to zapomniane przez wszystkich miejsce?
– Pojedziemy do Lytonu? – zapytał Caleb.
– Nie – odparł Pug. – Przekażę pałeczkę Nakorowi. Pozostaje w dobrych stosunkach z diukiem Erikiem, a moim zdaniem właśnie Królestwo Wysp powinno rozegrać ostateczną potyczkę. – Przeniósł wzrok na Magnusa. – Ale pojedziesz z Nakorem, aby mieć pewność, że Erikowi nie zabraknie wsparcia przeciwko magii, jaką jeszcze mogą dysponować Nocne Jastrzębie. Możesz być pewien, że przybędę z pomocą w ciągu zaledwie paru chwil, gdybyś mnie potrzebował. Natomiast twoją matkę poproszę, by sprawdziła, jakie są postępy w sprawie Talnoyów.
Magnus pokiwał głową i uśmiechnął się kpiąco.
– Wszyscy wiemy, jak bardzo spodoba się to magom – zauważył.
Pug również się uśmiechnął – po raz pierwszy od wielu dni. Z lekkim rozbawieniem w głosie odpowiedział:
– Nadal nie mogą się przekonać do kobiet w swoich szeregach, ale co do twojej matki... Poproszę ją, by zachowywała się odpowiednio.
Uśmiech Magnusa poszerzył się.
– Od kiedy to mama robi, o co ją poprosisz? – Grymas ojca powiedział mu, że trafił w sedno. – Czy mam przekazać Nakorowi, by się szykował do drogi?
– Nakor jest zawsze gotów do drogi, jak każdy szuler. Do zobaczenia na górze za parę minut. Chcę zamienić słówko z chłopcami.
Kiedy Magnus odszedł, Pug zwrócił się do młodzików.
– To była mokra robota – rzekł.
Jommy zerknął na Tada i Zane’a i odpowiedział za wszystkich:
– Owszem, ale trudno uznać Ketlamiego za niewinną ofiarę.
Pug położył mu dłoń na ramieniu. Choć Jommy nie był oficjalnie jego wnukiem, mag polubił tego zuchwałego rudzielca i traktował go jak dwóch pozostałych synów Caleba.
– Z żadnym człowiekiem nie powinno się tak postępować, Jommy. – Popatrzył na Tada i Zane’a, po czym znów wrócił spojrzeniem do Jommy’ego. – Niektórzy ludzie zasługują na śmierć za to, co zrobili, ale przysparzanie innym cierpienia krzywdzi raczej tego, kto zadaje ból, niż tych, którzy cierpią. – Ponownie powiódł spojrzeniem od jednej młodej twarzy do drugiej. – To, co czyni nas lepszymi od naszych wrogów, wynika z tego, że wiemy, kiedy czynimy zło. Każdy zły uczynek powinien nas martwić, nawet jeśli usprawiedliwiamy go wyższą koniecznością. – Zerkając na drzwi, za którymi kat przygotowywał ciało Ketlamiego do upłynnienia, dodał: – Taka jest cena, którą płacimy: to, co musimy zrobić, umniejsza nas. – Raz jeszcze przyjrzał się każdemu z chłopców z osobna. – Waszym jedynym pocieszeniem może być to, że uczestnicząc w naszym dziele, chronicie swoich bliskich przed jeszcze większymi zagrożeniami.
Następnie zwrócił się do Caleba.
– Wydaje mi się, że od dnia ślubu nie spędziliście z Marie wiele czasu.
Caleb uśmiechnął się smutno.
– Marie napomyka o tym, ale nigdy się nie skarży, ojcze.
– Przez jakiś czas będzie spokojniej. W Novindusie mam Kaspara z Rosenvarem i Jakubem, a teraz Nakor i Magnus udają się do Królestwa Wysp, aby rozprawić się z Nocnymi Jastrzębiami. Nie jesteś nam teraz do niczego potrzebny.
Caleb przyszpilił ojca uważnym spojrzeniem i zapytał:
– Zatem...?
– Zatem dlaczego nie miałbyś wrócić do domu i poprosić matki o sferę, której używamy, podróżując do naszej małej kryjówki? To nic wielkiego, ot, jedna z wysepek w archipelagu Wysp Zachodzącego Słońca, ale stoi na niej dobrze zaopatrzona chata, w której na pewno nie brak prywatności.
– Brzmi zachęcająco. A co z tymi trzema tutaj?
Pug się uśmiechnął.
– Odeślij ich do Talwina. Mogą zamieszkać w Domu nad Rzeką, zarabiać na utrzymanie przez tydzień czy dwa i doskonalić umiejętności szermiercze.
Zane wyszczerzył wszystkie zęby.
– Dom nad Rzeką!
Jommy klepnął przyjaciela w brzuch.
– Zdawało mi się, że chcesz to stracić?
Dom nad Rzeką był najlepszą restauracją i tawerną w Opardumie, a być może też najwspanialszą knajpą na całym świecie. Zane rozsmakował się w wyśmienitych potrawach, odkąd jego matka wyszła za Caleba i miał możliwość skosztowania lepszego jadła niż za czasów dzieciństwa.
– Będę tyrał dodatkowo, masz moje słowo! – zapewnił go w odpowiedzi przysadzisty młodzieniec.
– Cóż, jestem pewien, że Talwin z żoną znajdą ci odpowiednie zajęcie.
– A co z tobą, ojcze? – uciął te docinki Caleb, zwracając się do Puga.
– Muszę odbyć pewną podróż, niedługą, lecz nazbyt długo odkładaną. Przekaż matce, że wrócę za dzień czy coś koło tego, ale dodaj, żeby na mnie nie czekała. Powinna niezwłocznie udać się na Kelewan i sprawdzić, jak Bractwo Magów radzi sobie z Talnoyami.
Objęli się, po czym Pug pomachał całej czwórce na pożegnanie i zniknął.
Jommy pokręcił głową i ze świstem wciągnął powietrze.
– Rety! W życiu nie przyzwyczaję się do widoku znikających ludzi!
Caleb wybuchnął śmiechem.
– Przyzwyczaisz się do tego i jeszcze do paru rzeczy, nim skończymy walczyć, mój synu! – Wydobył z fałd szaty własną sferę i powiedział: – Do domu! A potem wy trzej pojedziecie do Olasko!
Zerkając na drzwi do lochu, Tad szepnął:
– Na pewno cieszę się, że tu już skończyliśmy.
Nie mówiąc nic więcej, mężczyźni położyli sobie nawzajem dłonie na ramionach, Caleb aktywował sferę i oni również zniknęli.
Znaczącą obecność spowijał mrok, a jej kształt ledwie się odcinał w słabym świetle rzucanym przez pojedynczą pochodnię umieszczoną w uchwycie na przeciwległej ścianie.
Głos przemówił, nie wydając dźwięku:
Witaj, Pugu z Crydee...
Pug uśmiechnął się, odpowiadając:
– Nie nazywano mnie tak od lat, pani.
Zdawał sobie sprawę, że obecność nie wymaga, by ją tytułować, oraz że tytuł, który wybrał, trudno nazwać odpowiednim, jednakże czuł potrzebę okazania szacunku.
– Skoro tak twierdzisz, magu – odezwał się znów głęboki głos. – Życzysz sobie więcej światła?
– Byłoby miło – ucieszył się Pug.
W okamgnieniu pomieszczenie zalało morze jasności, jakby blask słońca wpadł przez szklane ściany. Pug rozejrzał się wkoło, gdyż dawno nie widział tej komnaty. Była to pieczara, położona głęboko pod miastem Sethanon, gdzie Tomas zdołał przełamać zaklęcie Drakin-Korina, Władcy Smoków, a Pug wraz z innymi magami walczył o zamknięcie szczeliny grożącej zniszczeniem całego Królestwa Wysp, a nawet Midkemii.
Istota, przed którą stał teraz, mieściła się w ciele wielkiego smoka Ryatha, jednakże jej umysł należał do przedwiecznego bytu: Wyroczni Aal. Podczas heroicznej walki smok dał z siebie wszystko, by pokonać Pana Strachu, i trzeba było niesłychanie silnej magii i wyjątkowych umiejętności, aby zachować iskierkę życia w ciele już po tym, jak opuściły je umysł i duch, zapewniając Wyroczni Aal żyjącego gospodarza. Smocze łuski odpadły, a przyrządzony naprędce wywar zamienił gada w byt nieprześcignionej wspaniałości. Ogromny skarb Władców Smoków gromadzony pod miastem od niepamiętnych czasów był źródłem szlachetnych kamieni, które zastąpiły uszkodzone łuski, tworząc istotę nie mającą sobie równych na całym świecie: pokrytego brylantami smoka. Światło tańczyło w fasetkach tysiąca klejnotów, tak że istota zdawała się poruszać nawet wtedy, gdy spoczywała w bezruchu, tak jak teraz.
– Cykl odnowy zakończył się pomyślnie? – zapytał Pug.
– Tak – odparła Wyrocznia Aal. – Cykl przeminął i znów posiadam całą wiedzę. Istota wysłała mentalne wezwanie, na które stawił się tuzin odzianych na biało ludzi. – Oto moi towarzysze.
Pug skinął głową. Ludzie, którzy właśnie weszli do komnaty, poznali naturę wielkiego smoka z Sethanon i oddali wolność za możliwość przeżycia egzystencji po wielekroć dłuższej niż normalna oraz za honor służenia najważniejszej sprawie.
Albowiem Wyrocznia Aal była czymś więcej aniżeli zwykłą jasnowidzką. Potrafiła przewidzieć wiele możliwych skutków danej decyzji, jak również ostrzec tych, którym ufała, przed nadciągającym niebezpieczeństwem. A nie było na świecie człowieka, któremu by ufała bardziej niż Pugowi. Gdyby nie jego interwencja, ostatnia z rasy Aal – być może najstarszej we wszechświecie – sczezłaby przed stuleciem. Pug skłonił głowę, witając towarzyszy Wyroczni Aal, a oni odpowiedzieli podobnym ruchem.
– Wiesz, czemu tu jestem? – zapytał Pug.
– Nadciąga wielkie zagrożenie, nadciąga szybciej nawet, niż myślisz, ale...
– Tak?
– Ale nie jest tym, czego się obawiasz.
– Dasati?
– Mają z tym coś wspólnego, obecnie mogą się wydawać najpoważniejszym zagrożeniem, lecz za nimi czai się coś znacznie groźniejszego...
– Bezimienny?
– Coś jeszcze...
Pug zdumiał się. Z jego perspektywy nie było we wszechświecię niczego potężniejszego od Nadrzędnych Bogów. Wziął się w garść.
– Co może być większym zagrożeniem od Bezimiennego?
– Mogę powiedzieć ci tylko tyle, Pugu z Crydee: w głębinach czasu i przestrzeni walka między dobrem i złem przewyższa wszystko inne. To, czego doświadczasz, to zaledwie najmniejsza z bitew tej wojny, która rozpoczęła się w mrokach zapomnienia, na długo przed tym, zanim pierwszy przedstawiciel rasy Aal powstał z błota rodzinnego świata, i która będzie trwała długo po tym, jak zgaśnie ostatnia gwiazda. Ta walka to nieodłączna część rzeczywistości, a bierze w niej udział każde stworzenie, świadome tego lub nie. Niektóre stworzenia wiodą swój żywot w spokoju i bezpieczeństwie, podczas gdy inne bez ustanku walczą. Niektóre światy to istny raj, inne zaś to niekończące się piekło. Jedne i drugie są potrzebne do zachowania kosmicznej równowagi, a zarazem stanowią idealne pola bitwy dla toczącej się bez końca walki. Wiele światów zachowuje równowagę na swoją małą skalę... – Wyrocznia Aal zamilkła na moment, po czym dopowiedziała: – Inne jednak chyboczą się na krawędzi.
– Masz na myśli Midkemię?
Wielki smok pokiwał głową.
– Żyjesz dłużej od zwykłych śmiertelników, lecz rozstrzygnięcie losów tego świata dla bogów jest niczym mgnienie oka. Midkemia nazbyt długo pozostawała bez opieki Bogini Dobra. To, coście zaczęli z Konklawe Cieni, ośmieliło Bezimiennego przed stuleciem. Jednakowoż w tej chwili leży przyczajony, a jego sługusy to zaledwie sny i wspomnienia, potężne wedle twoich standardów, lecz bez znaczenia w porównaniu z tym, do czego byłby zdolny, gdyby się przebudził.
– A budzi się?
– Nie. Wszelako jego sny stają się coraz bardziej gorączkowe, a sprawę, o którą walczy od wieków, przejmuje istota odeń potężniejsza i straszniejsza.
Pug nie posiadał się ze zdziwienia. Nie był w stanie sobie wyobrazić istoty potężniejszej i straszniej od Pana Mroku.
– Jakaż istota mogłaby... – nie zdążył dokończyć pytania.
– Mroczny Bóg Dasatich – padła odpowiedź Wyroczni Aal.
Pug zmaterializował się w swojej pracowni. Rozejrzał się szybko, by sprawdzić, czy jest sam, gdyż jego żona miała w zwyczaju siadać z książką w kąciku pod jego nieobecność, aby poczytać w spokoju. Nadal był wstrząśnięty tym, co usłyszał od Wyroczni Aal. Uważał się za doświadczonego człowieka, takiego, co z wielu opresji wyszedł obronną ręką i bez konsekwencji naoglądał się koszmarów, a nawet stawił czoło Bogini Śmierci w jej własnej siedzibie i powrócił między żywych. Zasłyszane wieści przekraczały jednak jego zdolność pojmowania, toteż czuł się wyczerpany. Marzył, aby ukryć się gdzieś i przespać okrągły tydzień. W głębi wiedział, że to efekt szoku, który wkrótce minie, umożliwiając mu zmierzenie się z problemem. A ten polegał głównie na tym, że nie miał pojęcia, od czego zacząć. Postawiony przed zadaniem, które teraz czekało Konklawe Cieni, czuł się jak malutkie dziecko, które ktoś poprosił o przesunięcie olbrzymiej góry.
Podszedł do szafki w rogu i otworzył ją. W środku było kilka butelek, w tym jedna zawierająca mocny napój, który Caleb przywiózł mu przed rokiem. Whiskey z prowincji Kinnoch – Pug zagustował w niej. Całkiem niedawno otrzymał od cesarza Wielkiego Keshu parę kryształowych pucharków i właśnie do jednego z nich nalał sobie teraz złocistego płynu.
Sącząc intensywny, lecz smaczny i dający przyjemność napój, czuł, jak w ustach i w gardle rozlewa się stopniowo ciepło. Zamknął szafkę i zbliżył się do biblioteczki, gdzie na jednej z półek stało spore drewniane pudełko. Było ono niewyszukanego kształtu, ale za to pięknie rzeźbione, zrobione z drewna akacji łączonego wyłącznie za pomocą kleju, na jaskółczy ogon, bez jednego gwoździa z brązu czy żelaza. Odstawił pucharek i uniósł wieczko, które również odłożył na bok, by zajrzeć do wnętrza pudełka, gdzie spoczywał pojedynczy zwój.
Westchnął. Spodziewał się, że go tam znajdzie.
Pudełko pojawiło się któregoś ranka przed laty na jego biurku w gabinecie w Stardock. Rzecz jasna chroniła je magia, jednakże Puga zdziwił nie sam fakt, lecz to, że zaklęcia, którymi było obłożone, wydały mu się znajome, zupełnie jakby sam je rzucił. Podejrzewając pułapkę, teleportował się na znaczną odległość od Wyspy Czarnoksiężnika razem z tajemniczym pudełkiem, po czym – nie zapominając o wzniesieniu barier ochronnych wokół siebie – bez najmniejszego trudu otworzył puzderko. Znalazł tam trzy wiadomości.
Pierwsza mówiła: „Wiele trudu po nic, nieprawdaż?”.
Druga mówiła: „Gdy Jakub będzie wyjeżdżał, każ mu przekazać człowiekowi, z którym ma się spotkać, co następuje. Nie ma magii”.
Ostatnia natomiast przykazywała: „Za nic w świecie nie zgub tego pudełka”.
Wszystkie zostały napisane jego własną ręką.
Latami Pug utrzymywał w sekrecie istnienie pudełka, które umożliwiało mu wysyłanie sobie listów z przyszłości. Od czasu do czasu przyglądał mu się od niechcenia, wiedząc, że prędzej czy później będzie musiał rozgryźć jego zagadkę. Wyglądało bowiem na to, że przesyłki faktycznie pochodziły od niego.
W ciągu tego czasu ośmiokrotnie otwierał pudełko i za każdym razem znajdował w środku wiadomość. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale ilekroć pojawił się list, wyczuwał, że nadeszła pora unieść wieczko.
Któraś wiadomość mówiła: „Możesz ufać Mirandzie”. Otrzymał ją, zanim poznał swoją żonę, a kiedy do tego doszło, natychmiast zrozumiał, czemu ją sobie wysłał. Miranda była niebezpieczna, potężna i uparta oraz – w tamtym czasie – nieodgadniona.
Mimo to nadal nie ufał jej w pełni. Wierzył, że go kocha i darzy miłością ich synów, a także nie miał wątpliwości, iż jest całym sercem za ich wspólną sprawą. Wszakże często miewała własne cele, ignorowała go i postępowała wedle swojego widzimisię. Przez wiele lat korzystała z zatrudnionych przez siebie szpiegów – pracujących równolegle z agentami Konklawe Cieni. Parokrotnie na przestrzeni lat zażarcie się o to kłócili, a ona zawsze solennie obiecywała, że dotąd będzie się trzymać ustalonych reguł i ram, chociaż potem zawsze i tak robiła, co chciała.
Pug zawahał się. Jakąkolwiek wiadomość niósł ten pergamin, powinien się z nią zapoznać – chociaż zdawał sobie sprawę, że pozna sekret, o którym wolałby się nigdy nie dowiedzieć. Tylko Nakor wiedział o tajemniczych wiadomościach, i to od niecałego roku, aczkolwiek prawdę o pudełku Pug zachował wyłącznie dla siebie. Miranda miała je za element dekoracyjny.
Rozwijając pergamin, mag zastanawiał się nie po raz pierwszy, czy te wiadomości otrzymuje tylko dlatego, aby pewne rzeczy mogły się wydarzyć czy raczej aby coś strasznego nie miało miejsca. Być może między jednym i drugim nie było większej różnicy.
Spojrzał na rozwinięty pergamin. Widniały na nim dwie linijki pisma, skreślonego jego własną ręką. Pierwsza mówiła: „Weź Nakora, Magnusa i Beka, nikogo innego”. Druga zaś rozkazywała: „Jedź do Kosridi, potem do Omadrabaru”.
Pug zamknął pudełko i usiadł za biurkiem. Przeczytał obie wiadomości kilkakrotnie, jakby w ten sposób był w stanie dotrzeć do ich głębszego znaczenia. Potem odchylił się na oparcie i podjął sączenie napoju. Kosridi, jak pamiętał, było nazwą świata pokazanego w wizji Kaspara z Olasko zesłanej mu przez bóstwo Ban-ath; w świecie tym – jednym z wielu – zamieszkiwali Dasati. Gdzie leżał Omadrabar, nie miał bladego pojęcia. Wszystko wskazywało jednak na to, że będzie musiał znaleźć drogę do kolejnego poziomu istnienia, do którego, o ile było mu wiadomo, nie zapuścił się z nikt z jego rzeczywistości. Stamtąd wraz z kompanami przyjdzie mu przedostać się do świata Dasatich – Kosridi – i dalej, do rzeczonego Omadrabaru. I jeśli nawet nie miał pewności co do niczego innego, żywił przekonanie, że ów Omadrabar okaże się najniebezpieczniejszym miejscem, jakie kiedykolwiek odwiedził.